Wydawca: Ridero Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Patchwork - Jolanta Wachowicz-Makowska

Bohater ksiażki, szesnastoletni Grzegorz, zbuntowany przeciwko rodzicom, szkole i całemu światu, w trakcie rodzinnej awantury dowiaduje się, że nie jest synem męża swojej matki. Postanawia odnależć biologicznego ojca. I od tej chwili jego dojrzewanie i dorastanie przebiega w dwóch bardzo różnych środowiskach. Determinujacych inny styl życia, inne zachowania, postawy, życiowe decyzje i ważne wybory.

Opinie o ebooku Patchwork - Jolanta Wachowicz-Makowska

Fragment ebooka Patchwork - Jolanta Wachowicz-Makowska

Jolanta Teresa Wachowicz-Makowska

PATCHWORK

Część 1

Projektant okładkiJędrzej Makowski

© Jolanta Teresa Wachowicz-Makowska, 2017

© Jędrzej Makowski, projekt okładki, 2017

Bohater ksiażki, szesnastoletni Grzegorz, zbuntowany przeciwko rodzicom, szkole i całemu światu, w trakcie rodzinnej awantury dowiaduje się, że nie jest synem męża swojej matki. Postanawia odnależć biologicznego ojca. I od tej chwili jego dojrzewanie i dorastanie przebiega w dwóch bardzo różnych środowiskach. Determinujacych inny styl życia, inne zachowania, postawy, życiowe decyzje i ważne wybory.

ISBN 978-83-8104-615-2

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Odkąd Mateusz sięgał pamięcią jego rodzice zawsze się kłócili. Ale nie były to typowe kłótnie. Ojciec podniesionym tonem i nie przebierając w słowach wywrzaskiwał swoje pretensje do matki. A matka nic nie mówiła. Słuchała jego wrzasków ze zwieszoną głową. Czasem płakała. Zazwyczaj cichutko. Czasem krótko, czasem długo, a niekiedy bardzo długo.

Przeważnie powodem ojcowego gniewu był Mateusz. Do pewnego czasu Mateusz próbował się zorientować dlaczego ojciec jest tak zirytowany wszystkim, co on robi i wszystkim, czego on nie robi. Wreszcie doszedł do wniosku, że jest po prostu nieudanym chłopcem i nieudanym synem, a ojciec nie może sobie darować, że nie udało mu się go najpierw zrobić, a potem wychować na miarę swoich marzeń i aspiracji o udanym chłopcu i udanym synu. Zastanawiał się też, czy gdyby był jedynakiem ojciec bardziej, lub choćby trochę bardziej by go lubił. Czasem wydawało mu się, że tak. Częściej, że nie. Podpatrywał swojego młodszego brata, któremu jeszcze więcej niż jemu brakowało do ideału dziecka i syna, a który zdawał się znacznie mniej drażnić ojca. Ale z tych obserwacji nic a nic nie wynikało.

Próbował się więc dowiedzieć od matki, czy zna powody tego ojcowego nielubienia. I jego — Mateusza. I jej — jako jego matki. Zawsze wykręcała się od odpowiedzi milczeniem i popłakiwaniem. Mateusz nie wiedział i przez szesnaście lat się nie dowiedział, czy matka zna przyczyny ojcowskiej niechęci do niej i do niego, ale nie chce o nich mówić, czy nie ma o nich pojęcia więc nie ma o czym mówić.

Przez kilka pierwszych lat życia starał się pozyskać względy ojca. Ale mniej więcej w wieku lat siedmiu przestało mu na nich zależeć. A z czasem on także przestał lubić ojca i wszystko, co ojciec robił i czego ojciec nie robił, budziło jego sprzeciw i pogardę. A wszystko, co ojca irytowało, jemu sprawiało złośliwą radość. Kiedy miał lat czternaście po raz pierwszy powiedział ojcu: „Nienawidzę cię”. A ojciec odwrzeszczał: „I z wzajemnością”. Przez następne lata ich stosunki stale się pogarszały. Choć tak naprawdę trudno było sobie wyobrazić, że mogłoby być jeszcze gorsze.

Jednocześnie pogarszały się też układy między Mateuszem i matką. Miał do niej żal, wyrażany początkowo cichy, potem głośno i nazbyt głośno, że nigdy nie staje w jego obronie. Potem żal zmienił się w gniew. Coraz bardziej zapiekły. A jeszcze potem nie czuł do matki już nic poza ową zapiekłą złością.

Mateusz nie pamiętał kto i kiedy stwierdził, że ma słuch absolutny. W każdym razie było to na tyle wcześnie, że umieszczono go w szkole muzycznej. Choć ojciec zawsze uważał tę decyzję za dowód głupoty.

Mateusz uwielbiał muzykę i bardzo lubił grać. Najbardziej na gitarze, ale także na fortepianie, na skrzypcach, akordeonie, trąbce i saksofonie. Nie lubił natomiast szkoły. Najprawdopodobniej nie lubiłby żadnej, ale ponieważ chodził do muzycznej, nie lubił właśnie tej. Żaden z nauczycieli nie kwestionował jego muzycznych zdolności, ale żaden nie miał też złudzeń, że Mateusz kiedykolwiek zdoła te zdolności rozwinąć i że ktokolwiek mógłby mu w tym dopomóc. Odkąd zaczął uczęszczać do szkoły muzycznej stał się już nie tylko złym dzieckiem i złym synem, ale także złym, a nawet bardzo złym uczniem.

Dla swoich w większości miłych, grzecznych i spokojnych szkolnych kolegów nie był odpowiednim kompanem. Był za to bardziej niż odpowiednim kompanem dla rówieśników z podwórka i rozmaitych dzieci ulicy, którzy nie byli ani mili, ani grzeczni, a na już na pewno nie byli spokojni.

Pierwszego papierosa zapalił kiedy miał lat dwanaście. Pierwszego skręta w dwa lata później. Spił się do nieprzytomności w swoje szesnaste urodziny. Policja zabrała go wtedy najpierw na komisariat, potem do Izby Wytrzeźwień, aż w końcu odstawiła go do domu. Kiedy wytrzeźwiał usłyszał jak ojciec wrzeszczy do matki i na matkę: „Ten twój bękart!”.

Przedtem był dla ojca gówniarzem lub szczeniakiem z przymiotnikiem „głupi”, a łajdakiem i bydlakiem z przymiotnikiem „wstrętny”. Tamtego dnia stał się bękartem. Zapytał więc rodziców czyim wobec tego on, bękart, jest synem.

Ojciec trzasnął drzwiami i wyszedł. Matka płakała. Mateusz podszedł do niej, potrząsnął nią. Też wrzasnął;

— Kto ci mnie zrobił? Kto ci zrobił bękarta?

Nie odpowiedziała.

Przedtem dość często wagarował. Od tamtego dnia w ogóle przestał chodzić do szkoły. W domu pojawiła się pani kurator. Ojciec wzruszał ramionami. Mówił: „Nie moja sprawa”. Albo: „Róbcie z nim co chcecie”. Mama płakała. Mateusz w ogóle się nie odzywał do ojca, do matki i do pani kurator. Kiedy zaś pani kurator zagroziła umieszczeniem go w Pogotowiu Opiekuńczym po raz pierwszy uciekł z domu. Potem po raz drugi. I trzeci. I znowu. Nie wracał czasem przez kilka dni. Kiedyś — przez dwa tygodnie. Ojciec nie pytał, gdzie był. Sprawiał wrażenie zadowolonego, że Mateusza nie było w domu. Matka popłakiwała. Przed panią kurator tłumaczyła, że syn pojechał do babci. Której Mateusz podobno nie miał, a w każdym razie nie znał.

Po ostatnim swoim gigancie, najdłuższym ze wszystkich, bo prawie trzytygodniowym, nie zastał w domu ani ojca, ani brata. Matka, znowu płacząc, wyjaśniła, że ojciec się wyprowadził i złożył pozew o rozwód. A także o zaprzeczenie ojcostwa.

Mateusz zapytał więc raz jeszcze:

— No, to kto ci mnie zrobił? Jeszcze większy drań od tego…

Nie widział, jak ma teraz mówić o człowieku, którego uważał za nieudanego i nielubianego, ale przecież ojca. Matka dopiero wtedy się poddała:

— Marek Giller.

Nie zrozumiał.

— Co takiego?

— Tak się nazywa twój prawdziwy ojciec.

Mateusz usiadł na kanapie. Nogi mu drżały. Ręce też. Włożył je do kieszeni spodni. Ale drżącego głosu nie udało się ukryć.

— Kto to?

Matka wydawała się całkowicie zagubiona i załamana.

— To długa historia.

Wyglądała tak, jakby brakowało jej sił na opowiedzenie nawet całkiem krótkiej historii. Mateusza ogarnęła wściekłość.

— Ale to moja historia! — krzyknął.

Potaknęła.

— Tak, twoja. Ale nie wiem, jak ci ją opowiedzieć. Nigdy nie wiedziałam.

Spróbował się opanować.

— Teraz już nie masz wyjścia — powiedział. — Musisz.

Znowu skinęła głową.

— Byłam z nim… No, z twoim ojcem, dwa lata. Nawet trochę dłużej. To był lekarz, wtedy już po doktoracie, tuż przed habilitacją. Ordynator. Bardzo ceniony fachowiec. I…

Jakby zabrakło jej sił i słów. Mateusz przynaglił:

— I?

— Bardzo go kochałam.

— A on? Ciebie?

— Nie wiem. W każdym razie dobrze nam się układało. Miałam nawet wrażenie, że on — przynajmniej czasami — myśli o trwałym związku ze mną.

— O małżeństwie?

— Być może o małżeństwie. Bo po roku tego naszego bycia ze sobą przestał się…

Stropiła się i zaczerwieniła.

— … zabezpieczać. Wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że chciałby mieć ze mną dziecko. Ja też bardzo tego chciałam. Ale jakoś nam przez cały rok nie wychodziło. Kilka razy wydawało się, że jestem w ciąży, ale to były fałszywe alarmy. Boleliśmy nad tym. Oboje. On chyba nawet bardziej niż ja.

Mateusz nic a nic nie rozumiał.

— Więc dlaczego kiedy zaszłaś wreszcie w ciążę i w dodatku nie urojoną, ale prawdziwą, to cię rzucił?

Pokręciła głową.

— On mnie nie rzucił.

— Ty? Jego? Dla tego jednokomórkowca?

— Nie. Nie dla Jurka, ani dla żadnego innego mężczyzny. Nadal bardzo go kochałam. Chyba za bardzo.

— Możesz jaśniej? — spytał.

— Nie mogę jaśniej — powiedziała cicho. — Bo to nie jest ani trochę jasne.

— Mów, jak chcesz. Ale wyduś to wreszcie.

Mateusz patrzył na ręce matki. Trzęsły się tak samo jak jego.

— Byliśmy na nartach. W Austrii. Tam mieszkają jego rodzice.

Przełknęła głośno ślinę.

— Czyli twoi… dziadkowie. Matka Marka jest Austriaczką.

Mateusz coraz bardziej się niecierpliwił.

— I?

— I tam się połapałam, że jestem w ciąży. Że c h y b a jestem w ciąży. Ale bałam się powiedzieć o tym Markowi. Bo choć był ginekologiem i jego ojciec był ginekologiem, więc szybko by to wyjaśnili, ale za bardzo się bałam kolejnego rozczarowania. Zwłaszcza rozczarowania Marka. Więc nic nie mówiłam.

Mateuszowi wystąpiły czerwone placki na twarzy. Serce łomotało mu tak, że nie mógł złapać tchu.

— No i?

— No i Marek poznał któregoś dnia dziewczynę. Zakochał się w niej. Jakoby od pierwszego wejrzenia. Powiedział mi o tym. A ja mu nie powiedziałam o ciąży.

— Zwariowałaś?

Spuściła głowę.

— Chyba tak. A nawet na pewno tak.

Teraz milczeli oboje. Matka splatała i rozplatała ręce.

— Nie powiedziałam mu ani wtedy, ani nigdy. Myślałam, że robię to z miłości do niego. Ale tak naprawdę zrobiłam to z zemsty. Żeby nie miał tego, czego pragnął najbardziej na świecie. Czyli dziecka.

Czerwone placki na twarzy Mateusza zbielały. Był teraz bardzo blady. Z żalu i wściekłości.

— Odebrałaś mnie ojcu, który mnie chciał i dałaś mnie człowiekowi, który mnie nie chciał? Który mnie nienawidził? To na kim się właściwie zemściłaś? Na swoim niewiernym kochanku, czy na mnie?

— Nie wiedziałam, że Jurek … Sądziłam, że cię pokocha. No, przynajmniej polubi. Przecież bez wahania dał ci swoje nazwisko. Adoptował cię. Wierzyłam…

— Wierzyłaś — powiedział z goryczą. — A kiedy przestałaś wierzyć?

— Kiedy urodził się Maciek. Jurek nie mógł ani mnie, ani tobie darować, że jesteś bardziej udany. Ładniejszy, bystrzejszy, bardziej uzdolniony. Że w przyszłości możesz być kimś lepszym od jego syna. Zajść wyżej. Więcej osiągnąć.

Mateusz wzruszył ramionami.

— Bzdura. Wściekał się przecież za to, że nic nie robię, nic nie umiem, że ze mnie takie ziółko, leń i łobuz.

Matka też wzruszyła ramionami.

— Ale wiedział, że jeśli tylko zechcesz, to możesz osiągnąć wiele. Nawet z twoim lenistwem i łobuzowaniem. A Maciek nie. Nawet bez lenistwa i łobuzowania.

Mateusz spojrzał na matkę. Ale ona nie patrzyła na niego. Tylko na te swoje kurczowo splecione dłonie.

— Jaki on był? — spytał. — Bo jaki jest teraz pewnie nie wiesz.

— Twój ojciec? Jesteś bardzo do niego podobny — odrzekła. — Fizycznie. No i masz, tak jak on, talent muzyczny.

Mateusz zdziwił się.

— Jak — też? Przecież mówiłaś, że to lekarz.

— Tak, ale ukończył średnią szkołę muzyczną. Dopiero po maturze postanowił zostać lekarzem. Myślę, że pod wpływem swojego ojca. Ale muzyka pozostała jego wielką pasją.

Mateusz poczuł się tą informacją bardziej poruszony i bardziej skrzywdzony niż każdą poprzednią. I nagle zapragnął zakończenia tej rozmowy. Jakby ta porcja wiadomości przerastała możliwość ich zrozumienia i ogarnięcia.

— Wiesz gdzie teraz mieszka? Gdzie pracuje? — spytał.

— Nie wiem.

Mateusz nie uwierzył. Ale czuł się zbyt zmęczony, aby zmuszać i zmusić matkę do wyjawienia prawdy. Wiedział, że tego, co chce wiedzieć może i zdoła dowiedzieć się sam. Więc nic już nie powiedział. Wyszedł z pokoju, a potem z domu. Miał zamiar i nadzieję — na zawsze.

W starej książce telefonicznej znalazł nazwisko: Giller. Marek o tym nazwisku i w dodatku poprzedzony skrótem dr hab. był tylko jeden. A przy nazwisku pana dr hab. Marka Gillera był adres. Mateusz nie odkładał wizyty u nieznanego ojca na żadne, najkrótsze nawet „potem”. Po prostu wsiadł w tramwaj i pojechał na ulicę Narbutta. Odszukał numer domu. Problemem okazał się numer mieszkania, którego w książce telefonicznej nie podano. Klatki schodowe były zabezpieczone domofonami. List lokatorów nie było. Mateusz zadzwonił na chybił trafił. Za trzecią próbą ktoś podniósł słuchawkę, ale albo nie znał, albo udawał, że nie zna doktora Gillera. Dopiero za piątym razem męski głos wyjaśnił, że pan Giller od pewnego czasu już tu nie mieszka.

Mateusz nieco, ale tylko nieco się zdetonował. W końcu pan dr hab. Marek Giller mógł się przeprowadzić. Ludzie często zmieniali mieszkania. Na większe, mniejsze, w innej dzielnicy albo na domek z ogródkiem. Postanowił poszperać w internecie. Z ostatniej informacji, jaką znalazł pod hasłem dr hab. Marek Giller wynikało, że jego ojciec pracował w szpitalu klinicznym na ulicy Karowej, na stanowisku ordynatora jednego z oddziałów. Mateusz pojechał więc autobusem na Karową. Od portiera dowiedział się, że pan docent bywa jeszcze na Karowej, ale rzadko. Najczęściej wtedy, kiedy jest do przeprowadzenia bardzo trudna operacja.

— A ty z rodziny? — spytał.

— Dlaczego pan tak myśli? — zdziwił się Mateusz.

— Podobieństwo jest. Jakby…

Przezornie nie dodał: „Jakby kto skórę z pana docenta zdjął”, bo wydało mu się nieprawdopodobne to, co przyszło mu do głowy. Powiedział więc szybko:

— Tak tylko spytałem.

— A wie pan gdzie pan docent teraz pracuje?

— Nie wiem.

— A któryś z lekarzy może wiedzieć?

— Może i może. Ale na oddział cię nie wpuszczę.

Mateusz miał ochotę rzucić mu najgrubsze przekleństwo, ale się pohamował. Wyszedł na zewnątrz i zapalił papierosa. Przedostatniego. I nie wiedział, czy i kiedy będzie mógł kupić nową paczkę. Pieniędzy miał mniej niż niewiele. Możliwości pożyczania — żadnych. A skoro odszedł z domu, także wyłudzania ich od matki lub podbierania matce, ojcu i bratu.

Rzadko chorował więc nie znał lekarzy. A już na pewno lekarzy ginekologów. Ale przyszła mu do głowy lecznica na Ordynackiej. Mówiono o niej „profesorska”. Jego dotychczasowy ojciec-nie-ojciec leczył tam swoje hemoroidy. Mateusz szydził, że muszą to być wyjątkowe żylaki i wyjątkowy odbyt skoro wymagają profesorskiego oglądu. Teraz pomyślał, że ojciec-nie-ojciec, wystawiając swoje tłuste dupsko przed profesorem, po prostu podnosił w ten sposób swój prestiż. We własnych i tylko własnych oczach.

Pojechał na Ordynacką. Nie rejestrując wizyty usiadł przed gabinetem ginekologa. Sądząc z imienia — mężczyzny. Pacjentki popatrywały na niego z ukosa. Wymieniały porozumiewawcze spojrzenia. Unosiły znacząco i z prześmieszką brwi.

Lekarz okazał niezadowolenie, że Mateusz nie ma karty.

— Ja nie na wizytę — powiedział chłopak. — Jestem synem docenta Marka Gillera.

Siwowłosy lekarz tym razem okazał zdziwienie.

— Kolega Giller, o ile wiem, nie ma syna w twoim wieku.

— Myślał, że nie ma. Ale ma. W mojej osobie. I szukam możliwości skontaktowania się z nim. I zawiadomienia go o tym fakcie. No, że ma syna. W t y m wieku.

Pan doktor habilitowany przyglądał mu się z uwagą.

— Ile masz lat?

— Szesnaście.

— A kiedy się dowiedziałeś? I od kogo?

— Wczoraj. Od matki.

Lekarz pokiwał głową.

— Kolega Giller rzadko bywa w Warszawie. I w Polsce. Ale wciąż ma tu dom. Chyba w Józefowie. Matka ci nie mówiła?

— Nie. Nic nie mówiła. Mnie — o nim. Jemu — o mnie. No, że w ogóle istnieję. Chyba nie miała z nim żadnego kontaktu. Nawet wtedy, kiedy była w ciąży.

Lekarz przyglądał mu się. Nieufnie.

— A w czym ja miałbym pomóc?

Mateusz poszedł w stronę drzwi.

— Już w niczym.

Ale odwrócił się na chwilę.

— Pan go zna?

— Tak.

— I co?

— Z czym?

— Jestem do niego podobny?

— Tak. Jesteś do niego podobny. Ale na pewno nie z charakteru. To nadzwyczaj kulturalny człowiek. On by powiedział przynajmniej „dzień dobry”, „do widzenia” i „dziękuję”.

Mateusz nie powiedział „do widzenia” ani „dziękuję”. Na złość. Choć nie wiedział, czemu tak bardzo znielubił swego informatora. Może za tę ostatnią uwagę.

Przenocował w domku na działkach. Z kilkoma kolegami, którzy tam sypiali od wiosny do późnej jesieni. Następnego dnia pojechał do Józefowa. Pierwsza zapytana o Marka Gillera kobieta rozjaśniła się.

— To na Miłej. Tą ulicą do końca i potem dróżką w stronę lasu. Dom na prawo. Taka drewniana willa. Nazywa się „Malwina”.

Rozdział 2

Kiedy Anna Guttry dojechała do swojej willi w Józefowie, zobaczyła wynurzającego się z mroku tyczkowatego wyrostka. Stanął na drodze, w świetle reflektorów jej auta. Wydał się jej po szczeniacku zaczepny i całkiem nieprzewidywalny w swoich, raczej nieprzyjaznych, zamiarach. Odruchowo zablokowała drzwi samochodu i nacisnęła klakson. Dwa obronne psy, które znajdowały się za ogrodzeniem „Malwiny”, niewiele wprawdzie mogły jej pomóc, ale hałasem, jaki uczyniły, wywołały z domu Swietę, ukraińską gosposię. Swieta otworzyła drzwi wejściowe i widząc, co się dzieje, pospieszyła do furtki. Otworzyła ją i wyprowadziła na zewnątrz Groma. Trzymała go za obrożę, ale i Anna, i blokujący jej drogę intruz zdawali sobie sprawę co może się stać i co się stanie, jeśli pies zostanie puszczony wolno.

Chłopak odstąpił od bramy wjazdowej do garażu i podniósł ręce sygnalizując, że nie ma złych zamiarów. Anna uchyliła szybę.

— Czy to dom Marka Gillera? — spytał.

Mówił głosem jeszcze nie do końca ukształtowanym. A teraz, pewnie z przejęcia czy zdenerwowania, odrobinę za wysokim. Nie widziała dobrze jego twarzy, bo miał na głowie kaptur kurtki, który ją zasłaniał.

— Nie — odparła. — To mój dom.

Chłopak wydawał się mocno stropiony.

— Podano mi ten adres…

Bardzo stracił na pewności siebie i na arogancji.

— Mieszkał tu przez wiele lat — wyjaśniła Anna.

— A zna może pani…

Wysiadła z samochodu. Teraz widziała chłopca całkiem dobrze. Zdumiało ją wprost uderzające podobieństwo do Marka Gillera.

— Tak — powiedziała. — Znam. Ale nie jestem upoważniona do podawania jego aktualnego adresu. Nieznajomym.

To ostatnie słowo wymówiła ze szczególnym naciskiem.

Chłopak zagryzł wargi. Zauważyła, że jest zmęczony i zmarznięty. I pomyślała, że pewnie jest głodny. Teraz nie było w nim już ani zadziorności, ani buty. Raczej zupełnie dziecinna bezradność.

— Jak się nazywasz? — spytała.

Wzruszył ramionami.

— Mateusz.

— Ale masz chyba jakieś nazwisko?

Prychnął.

— Miałem. Ale — jak się okazało — nieprawdziwe. No, nie mojego prawdziwego ojca.

Zrozumiała. Choć ta informacja zdawała się nie do pojęcia.

— Wprowadzę samochód do garażu — powiedziała.

A zwracając się do Swiety poprosiła, aby zaprosiła chłopca do domu. Swieta przestąpiła z nogi na nogę.

— Ja bym tam …

Wyraźnie nie miała ochoty na spełnienie polecenia. Chłopak przeciwnie, upatrywał w tym zaproszeniu jakiejś bardzo ważnej dla niego szansy.

Usiedli w dolnym salonie. Chłopak przypatrywał się stojącemu w nim fortepianowi. W oczach uznanie.

— Bosendorfer — powiedział. — Niewielki, ale pewnie dźwięk ma wspaniały.

Anna spojrzała na niego. Ze zdumieniem. Bo Bosendorfer to była nieczęsto spotykana w Polsce marka.

— Grasz?

Pokręcił głową na tak i na nie.

— Byłem w szkole muzycznej…

— Byłeś?

— No, teraz już nie chodzę. Do żadnej szkoły.

Znowu odgadła. Lub wydawało jej się, że odgadła.

— Uciekłeś z domu?

Nie zaprzeczył. Anna zawołała Swietę i poprosiła, aby przygrzała obiad. Na dwie osoby. Swieta wzniosła oczy ku sufitowi. Nie była rada tej wizycie.

— Chcesz umyć ręce? — spytała Anna.

Wydawał się bardzo zadowolony z zaproszenia. I do domu, i na obiad, i do łazienki. Nie certował się ani trochę i ani przez moment.

Swieta przyniosła wazę i dwa talerze.

— Chcesz pewnie porozmawiać z Markiem Gillerem? — spytała Anna, nalewając chłopcu zupę na talerz.

Mateusz przełknął głośno ślinę. Był głodny. Bardzo głodny.

— Tak — powiedział. — Chciałbym. To mój ojciec.

Jeszcze stojąc przy samochodzie i przed płotem „Malwiny” Anna w jakiś niewytłumaczalny sposób spodziewała się tego wyznania, ale mimo to zrobiło na niej wrażenie. Ogromne.

— Kto ci powiedział?

Mateusz jadł łapczywie. I nawet nie starał się swojej łapczywości i wygłodzenia maskować. Anna powtórzyła pytanie.

— Matka — odparł.

— A dotychczas? — zdumiała się Anna. — Nic nie wiedziałeś? Ile masz lat?

— Szesnaście.

Anna szybko wykonała arytmetyczne działanie. Był rok 2004, chłopak urodził się więc w 1988. Z kim wówczas związany był jej obecny ojczym? Chyba z Kasią Roztworowską. Ładniutką, wesołą blondyneczką, której Anna nigdy nie lubiła i nigdy nie polubiła. Choćby dlatego, że Kasia była następczynią kobiety, którą Anna zawsze i bardzo lubiła. Kobiety, którą nazywała w swoim dzieciństwie ciocią Natalią. Czyim dzieckiem był ten wygłodniały i dziwny wyrostek, który na pierwszy rzut oka potrafił ocenić markę unikalnego w Polsce fortepianu? Kasi?

— Moi rodzice… Matka i jej mąż rozwodzą się — powiedział Mateusz. — I …

Chciał powiedzieć „ojciec”, ale zawahał się.

— I o n walczy o mojego brata. O prawo opieki i tak dalej. O mnie nie było i nie ma w ogóle mowy. Jakbym nie istniał. Więc spytałem o co chodzi. No i matka mi powiedziała.

Swieta podała gołąbki. Raczej rzuciła niż postawiła półmisek na stół. Chłopak patrzył łakomie.

— Nakładaj — powiedziała Anna. — I nie żałuj sobie. Mam dwóch braci. Więc znam chłopięce apetyty.

Przyjrzał jej się.

— Kim jesteś? — spytał.

— W ogóle? Czy dla Marka Gillera?

— Dla niego.

— Pasierbicą. Ożenił się z moją matką po śmierci mego taty. Miałam wtedy osiem lat. Można więc powiedzieć, że mnie wychował.

Nadal się jej przyglądał. Wiedziała na co czeka. Uśmiechnęła się.

— Pewnie chcesz wiedzieć kim on jest? I jaki jest?

Spuścił oczy. Wstydził się własnej ciekawości.

— A mama ci nie powiedziała?

— No, coś tam… Że jest lekarzem. Nawet chyba już profesorem. No i że nie wie o moim istnieniu.

— Jak się nazywa twoja mama?

— Natalia. Kiedyś nazywała się Jędraszczyk.

A więc nie Kasia, ale ciocia Natalia. Jej kochana, choć prawie całkiem już zapomniana ciocia Natalia. Anna mgliście ją sobie przypominała. Najbardziej głos — niski, z leciutką, przyjemną chrypką. O wiele lepiej pamiętała lalki z kartonu, wycinane przez ciocię Natalię. Ubierały je w papierowe sukienki. Ania bardzo lubiła tę zabawę.

— Znałam ją — powiedziała. — Bardzo było mi żal, kiedy zerwała z Markiem. Ale nie wiedziałam, że spodziewała się dziecka. Ona też tego nie wiedziała? Ani Marek?

— Podobno nie. To znaczy — ona wiedziała, ale jemu nie powiedziała.

— A teraz wie gdzie jesteś? No, twoja matka.

— Nie.

— Boże! — zawołała Anna. — Czy ty, dzieciaku, zdajesz sobie sprawę…

Przerwał jej.

— Zdaję sobie sprawę. Nienawidzę jej. I nienawidzę jego.

— Marka?

— Jego jeszcze nie. Mówię o tym facecie. No, mężu matki.

Anna podniosła się.

— Zatelefonuję do Marka. Chcesz z nim rozmawiać? Czy ja mam zreferować sprawę?

Zawahał się. Był chyba przygotowany na bezpośrednią, a nie telefoniczną rozmowę.

— Porozmawiam.

Anna była pewna, że chłopak ma w tej chwili wilgotne i zimne ze zdenerwowania i niepokoju dłonie. Kiedy wychodziła z dolnego salonu spytał:

— Mogę?

Wskazał na fortepian. Skinęła przyzwalająco głową. Na górze, w hallu, zatrzymała się. Zdumiona i urzeczona. Chłopak grał fragment koncertu fortepianowego Lutosławskiego. Sama próbowała kilkakrotnie. Ale jakoś nigdy nie była z siebie zadowolona. Chłopak grał z młodzieńczą, przesadną brawurą. Brakiem poczucia swojej ograniczoności i niedoskonałości. Słuchała przez chwilę. Z podziwem. I z zazdrością. Że brak jej tej młodzieńczej brawury. Potem podeszła do telefonu, podniosła słuchawkę i niemal natychmiast ją odłożyła. Telefon odebrałaby najprawdopodobniej mama. Albo matka Marka. Anna nie wiedziała co mogłaby i powinna im powiedzieć. Sięgnęła więc po telefon komórkowy i nadała SMS do Marka: „Zatelefonuj kiedy będziesz sam. Pilne. Ania”.

Wróciła do dolnego salonu. Chłopak przestał grać.

— Świetny instrument — powiedział.

— Tak — odparła. — Też go lubię. Bardzo.

Nie skomentowała jego gry. Nie wiedziała, jak przyjmie jej opinię. Powiedziała jedynie o SMS-ie.

— Nie wiem, gdzie Marek teraz jest. Jeśli w szpitalu lub w gabinecie, to będziemy musieli poczekać. Jeśli jest w domu być może też nie oddzwoni od razu. Chciałam, żeby zatelefonował kiedy będzie sam.

Mateusz skinął głową.

Telefon zagrał swoją melodyjkę po kwadransie. Marek wydawał się zaniepokojony.

— Co się dzieje? Coś u dziadków? U Piotra? Z tobą?

— Nie — odpowiedziała Anna. — Ale jest u mnie ktoś, kto twierdzi, że jest twoim synem. Twoim i Natalii.

Po drugiej stronie cisza. I zmieniony głos Marka.

— O czym ty mówisz?

Oddała słuchawkę chłopakowi. Wstała i wyszła z salonu. Ale usłyszała jak Mateusz mówił teraz już całkiem piskliwym głosem:

— Tu Mateusz. Syn Natalii Jędraszczyk. Powiedziała mi, że jestem pana synem.

Potem, kiedy Anna wróciła i oddawał jej telefon, powiedział:

— Jutro ma przylecieć do Warszawy. Do mojej matki. Tam chce się ze mnę spotkać. Ale…

— Jeśli zechcesz — powiedziała Anna — zatelefonuję także i do niej. Powiem, gdzie jesteś. I że jutro wrócisz do domu. Żeby zobaczyć się z ojcem.

— Proszę, zrób to — powiedział cicho.

Rozdział 3

Swieta bardzo niechętnie przyjęła informację, że chłopak będzie nocował w „Malwinie”. Anna zamknęła się z nią w kuchni i tłumaczyła, że to przecież syn Marka i że nie można go ot tak, po prostu, wyrzucić z domu. W części — ojcowego.

Swieta wydymała usta.

— Syn? — powątpiewała. — I pan doktor nic by nie wiedział? Przez tyla czasu? To nie jest do uwierzenia. A poza tym źle oczy mu patrzą. Wedle mnie kręcioła jakiś.

Wieczorem wrócił Janek Guttry, mąż Anny. Anna i Swieta zreferowały sprawę. Każda po swojemu.

— Pan sam z nim pogada — doradzała Swieta. — Bo nasza Ania to za bardzo jest wierząca każdemu. Tego też z ulicy przygarnęła. Jak zgubionego szczeniaka. Aby nie na nasze i pana doktora nieszczęście.

Janek porozmawiał z Mateuszem. A potem, telefonicznie, z matką Mateusza. I po tych rozmowach zdecydował, ku wielkiemu nieukontentowaniu Swiety, że Mateusz może spędzić w „Malwinie” noc.

Mateusz został, ale nie zasnął. Zastanawiał się, czy rano pojechać do domu i tam czekać na ojca, czy wybrać się na lotnisko. Zdecydował, że pojedzie na lotnisko. Był więcej niż pewien, że pozna ojca. Choć przecież nigdy nie widział nawet jego fotografii.

Zjawił się na Okęciu o wiele za wcześnie. Samolot z Austrii miał przylecieć dopiero za godzinę. Mateusz kręcił się po poczekalni, łażąc z kąta w kąt, aż zwrócił na siebie uwagę strażnika. Nie tylko swoim nerwowym zachowaniem, ale i wyglądem. Niechlujnie ubrany, rozczochrany, szurający zabłoconymi buciorami, spoglądający spode łba na każdego i wszystko, sprawiał wrażenie albo tego, kim był, czyli młodocianego uciekiniera z własnego domu, albo kogoś, kim jeszcze nie był — początkującego kieszonkowca.

Strażnik wylegitymował go. Spytał dlaczego o tej porze nie jest w szkole.

— No ojca czekam — wyburczał Mateusz.

— Jak się ojciec nazywa? — spytał strażnik.

Mateusz zdał sobie sprawę z głupiej sytuacji. Nazwisko ojca było przecież inne niż nazwisko wypisane na jego szkolnej legitymacji. Strażnik natychmiast zwrócił na to uwagę. I sprawdził przez radiotelefon, czy na liście pasażerów samolotu lecącego z Austrii znajduje się Marek Giller. Otrzymał potwierdzenie. Wzruszył ramionami. Oddał legitymację Mateuszowi.

— Uważaj — przestrzegł. — Będę miał cię na oku.

Kiedy Mateusz usłyszał zapowiedź, że samolot, na który czekał, właśnie wylądował, zapragnął uciec z hali. Ukryć się gdzieś. Ale nie wiedział gdzie, po co i na jak długo. W ogóle nie wiedział, co robić. Najzwyczajniej się bał. Tego spotkania. Z t y m ojcem.

Było tak, jak przewidział. Poznał go z daleka. I był całkowicie pewien, że to on. Zdumiało go tylko, że t e n ojciec jest stary. Niby ten dotychczasowy ojciec też dobiegał sześćdziesiątki, ale Mateusz wyobrażał sobie, że prawdziwy będzie młodszy. Przynajmniej o dziesięć lat.

Kiedy Marek Giller zmierzał ku wyjściu, Mateusz zaszedł go z boku i powiedział bardzo niepewnym i bardzo schrypniętym głosem:

— To ja…

Obaj zdawali sobie sprawę, że w tym momencie rozstrzygają się losy ich przyszłych stosunków. Mateusz jeszcze nigdy w życiu nie był aż tak zdenerwowany i aż tak przejęty. Marek Giller — także.

Przystanął. Spojrzeli sobie w oczy. Marek Giller uśmiechnął się.

— Cieszę się, że jesteś — powiedział.

Mateusz raz jeszcze zapragnął uciec. Bał się, że jeśli zostanie rozklei się i rozbeczy jak dziecko. Chciał powiedzieć: „Ja też”, ale wiedział, że nie zdobędzie się na wypowiedzenie nawet tych dwóch króciutkich słów. Choć w tej chwili najbardziej właściwych. Jedynych, jakie mogły i jakie powinny zostać powiedziane. I zostały wypowiedziane. Przez t e g o ojca. Jego ojca.

Marek Giller wyciągnął rękę do syna. Mateusz, troszeczkę się ociągając, podał mu swoją. Była zimna i tak mokra jakby trzymał ją pod kranem. Wstydził się tej swojej, po szczeniacku spoconej, dłoni. Zwłaszcza, że ręka t e go ojca była, po męsku, przyjemnie sucha i przyjemnie ciepła. Marek Giller wciąż nie odrywał oczu od twarzy chłopca.

— Nie masz pojęcia jak bardzo żałuje tych szesnastu lat. Bez ciebie — powiedział.

Nie było w tym wyznaniu ani patosu, ani cienia fałszu. Mateusz swoim absolutnym słuchem wyczułby każdą nieszczerą nutę. Ale t e n ojciec chyba naprawdę tak myślał i chyba naprawdę tego żałował. Gdyby Mateusz był w stanie jeszcze bardziej nienawidzić swojej matki, to by ją znienawidził jeszcze bardziej. Ale na skali jego nienawiści nie było już żadnego bardziej.

Pojechali do domu taksówką. Prawie nie rozmawiali. Mateusz zapytał tylko:

— Pan… No…

Nie wiedział, jak powinien sie zwracać do t e g o ojca. Pan? Ty? Bezosobowo? „Tata” nie przeszło by mu przez gardło. Tatą był ten, kto trzymał na kolanach, pokazywał jak puszcza się latawce i biegał za dwukołowym rowerkiem, podtrzymując siodełko. Takim tatą nie był Mateuszowy p.o. ojciec, ale nie był nim także i t e n ojciec.

— Mieszkacie w Austrii? Na stałe?

W głosie lęk, że jeśli tak jest, to t e n ojciec będzie zawsze daleko i daleki. Że nie będzie nigdy ojcem na stałe. Tylko jakim? Korespondencyjnym? Ojcem „na widzenia” i „od widzeń”?

Marek Giller pominął zwrot „pan”. Zaakceptował liczbę mnogą udając czy nie udając, że Mateusz pyta nie tylko o niego, ale i rodzinę. Teraz także już i jego rodzinę

— Tak. Od kilku lat mieszkamy w Austrii. Ojciec zostawił mi swoją klinikę. No i gabinet lekarski. Kiedyś było tak, że jeździłem tam na letnie i zimowe urlopy. Teraz jest odwrotnie. To w Polsce spędzamy lato i wszystkie święta.

Mateusz przełknął ślinę.

— Z rodziną?

— Tak. Mam żonę i trójkę dzieci.

Natychmiast się poprawił:

— Mam trójkę dzieci ze swoją żoną. A tak w ogóle, jak się właśnie okazało, czwórkę. No i dwoje pasierbów. Anię już poznałeś.

Mateusz skinął głową.

— Ona jest bardzo w porządku.

Marek Giller znowu się uśmiechnął. A Mateusz pomyślał, że i t e n ojciec też wydaje się być bardzo w porządku.

— Tak — przytaknął. — Na pewno się polubicie.

— Z nią — pomyślał Mateusz — na pewno. Ale czy i z innymi dziećmi t e g o ojca? Tego nie był pewien. A nawet bardzo w to wątpił. Dojechali do domu.

— Prowadź — powiedział Marek Giller.

Mateusz otwierał drzwi do mieszkania, ale ręce mu zbyt mocno drżały i zamek nie zareagował na obroty klucza. Usłyszał kroki i matka odsunęła zamek. Stanęła w drzwiach.

Mateusz nigdy dotychczas nie analizował jej wyglądu. Po prostu jej wygląd nie miał dla niego znaczenia. Obchodziły go wyłącznie jej zachowania i reakcje. A do tych miał od zawsze zastrzeżenia. Z upływem czasu większe i większe. Dopiero w tej chwili spostrzegł urodę matki. Nie była już młoda, przekroczyła pięćdziesiątkę, ale wciąż była bardzo zgrabna i nawet jeśli nie piękna, to na pewno interesująca. A tego dnia bardzo się postarała, aby wyglądać i elegancko, i ładnie, i interesująco. Wyobraził ją sobie o szesnaście lat młodszą. Powiedziałby wtedy o niej: „niezła laska”. Czy jego ojciec, ten prawdziwy, też tak uważał? Wtedy, kiedy z nią był? Chyba nie, skoro rzucił ją dla innej, bardziej „niezłej laski”.

Teraz oboje, matka i t e n ojciec, byli przede wszystkim wzruszeni. Marek objął mamę, a ona przytuliła policzek do jego policzka. Mateusz zauważył, że matka dorównuje ojcu wzrostem. Pewnie dlatego miała na nogach pantofle na płaskim obcasie. Zwykle nosiła pantofle na koturnie lub nawet wysokich obcasach. Jego p.o. ojciec był od niej dużo niższy i dlatego nie miało znaczenia, czy różnica wzrostu między nimi będzie wynosiła pięć, dziesięć, czy jeszcze więcej centymetrów. Czasem Mateusz miał nawet wrażenie, że p.o. ojciec jest zadowolony z imponującego wzrostu swojej żony. Zupełnie jakby to podwyższało i jego samego, a w każdym razie podnosiło jego społeczną rangę i znaczenie.

— Nataszka — powiedział cicho Marek Giller.

W jego głosie było tak wiele czułości i serdeczności, że matka rozpłakała się. Ale i Markowi Gillerowi ociupinę zwilgotniały oczy.

Powitanie dawnych kochanków przedłużało się. Mateusz poczuł się trochę zażenowany, a trochę zirytowany. I zdał sobie sprawę, że jest zazdrosny o t e g o ojca. Bo przecież t e n ojciec przybył do Polski, do Warszawy i do Mateuszowego domu dla niego, nie dla „Nataszki”. To nie ona go odnalazła.

Chrząknął. Oboje jakby się ocknęli. Marek wypuścił Natalię z objęć. Ona powiedziała:

— Proszę, wejdź do pokoju. Przygotowałam herbatę i coś do herbaty.

Weszli. Marek Giller spojrzał na starannie nakryty stół. Uśmiechnął się, ale jakoś smutno.

— Pamiętam — powiedział — jak kupowałaś ten obrus. W sklepie na Marszałkowskiej. Przy Królewskiej. Nigdy nie przypuszczałem, że kupno obrusa może być tak ważne. I trwać tak długo. Krócej wybierałem swoje kolejne samochody niż ty ten obrus.

Mateusz znowu zachrząkał. To spotkanie nie miało być okazją do odnawiania przeszłego romansu, ani lirycznych wypominków. To on miał być głównym bohaterem tego szczególnego wydarzenia. Matka i t e n ojciec spojrzeli na niego.

— No tak — powiedział Marek Giller, jakby przytwierdzając niewypowiedzianym słowom i pragnieniom Mateusza. — Patrząc na naszego…

Mateusz poczuł się mile dowartościowany tym wybitym zaimkiem.

— … syna nikt nie miałby wątpliwości, że ja go zmajstrowałem. Jeśli już, to raczej czy to ty go urodziłaś. Nie jest do ciebie ani trochę podobny.

Znowu się uśmiechnął. W przeciwieństwie do p.o. ojca bardzo często się uśmiechał. I żartował. Jerzy Magnuszewski nie lubił żartów. No, może czasem i może niektóre. Jak powiadał „męskie”. Rechotliwe. Mateusz czasem nawet je powtarzał, oczywiście nie kolegom ze szkoły. Nie tym wysublimowanym „delikatesom” z muzycznej. Kumplom od piwa, papierosów i skrętów. Oni rechotali. A on? Też rechotał. Dla towarzystwa. Choć te dowcipy nigdy i nie za bardzo go śmieszyły.

Marek Giller znowu zaczął przyglądać się synowi. Tym razem w milczeniu. Matka wyszła z pokoju, aby po chwili wrócić z półmiskiem, na którym leżały grzanki z móżdżkiem.

— Nadal je lubisz? — spytała.

Pokiwał głową.

— Bardzo.

Wziął jedną i położył na swoim talerzyku. Przenosząc wzrok z chłopca na jego matkę spytał:

— Nataszko, kiedy to się stało?

Mateusz, w oczekiwaniu na odpowiedź, spocił się tak bardzo, że miał już nie tylko mokre dłonie, ale i pachy. Na koszuli pojawiły się wielkie plamy wilgoci. Matka nie odpowiedziała od razu. Choć przecież dobrze znała odpowiedź.

— Kiedy jechaliśmy do Steindorfu podejrzewałam, że jestem w ciąży. Tam się o tym upewniłam. Ale mimo to chciałam poczekać do trzeciego miesiąca. Żeby …

— Jezusie Nazareński! — jęknął Marek Giller. — I ja, skończony idiota, niczego nie zauważyłem? Jak można było t e g o nie zauważyć? Powinienem natychmiast oddać swój lekarski dyplom, pojechać nad morze i zostać marynarzem.

— Lubi „Kubusia Puchatka” — pomyślał Mateusz. — Pewnie czyta go s w o i m dzieciom.

I bardzo się rozżalił, że ani jego p.o. ojciec, ani t e n ojciec nigdy niczego mu nie czytali. Nie był pewien, czy wtedy, gdy był mały, naprawdę tego potrzebował i czy by to lubił. Teraz wydawało mu się, że tak.

— Zrobiłam wszystko, żebyś się nie domyślił — wyznała samokrytycznie Natalia Magnuszewska.

Mateusza po trosze dziwiła, po trosze wzruszała, a po trosze złościła ta licytacja rodzicielskich przewinień. Bo to było dziwaczne. Zazwyczaj mężczyźni dowiadując się, że mają nieślubne dziecko, w pierwszym, samoobronnym odruchu próbują temu zaprzeczyć. Potem jak najdokładniej informację sprawdzić. Potem, nawet mając już niezbite dowody swego ojcostwa, długo nie dowierzają, A jeszcze potem starają się wykręcać od ponoszenia materialnych i moralnych konsekwencji swego niedopatrzenia? głupoty? chwili nieuwagi? T e n ojciec zareagował w sposób jak najdalszy od tego schematu. I zachowywał się tak, jakby wiadomość, że ma nieślubnego i dorastającego już syna, była dla niego dobrą wiadomością. A na pewno nie była wiadomością złą. Jedyne, o co wydawał się mieć pretensję i to raczej do siebie niż do matki Mateusza, to o nierozpoznanie jej błogosławionego stanu.

— Nataszko, ale dlaczego? Przecież wiedziałaś…

Natalia Magnuszewska pochyliła głowę. Po jej policzkach znowu popłynęły łzy. Marek Giller wstał, obszedł stół, uniósł pochyloną głowę dawnej kochanki i pocałował ją.

— Pierwszy raz widzę cię płaczącą — powiedział. — Było i jest aż tak źle?

W jego głosie wcale nie udawane współczucie. A może także poczucie winy. Ponieważ matka nie odpowiedziała, odezwał się Mateusz.

— Ja — powiedział przekornie, ze złością — nie widywałem jej nie płaczącej. Nawet już sobie nie potrafię wyobrazić, jak wygląda, kiedy nie płacze. A czy było źle? Było dużo gorzej niż źle.

Marek Giller rozejrzał się po pokoju. Było to bardzo estetycznie i bardzo kosztownie urządzone wnętrze. Wiszące na ścianach obrazy nie wyszły wprawdzie spod pędzla Kossaka czy Siemiradzkiego, ale na pewno można je było zaliczyć do całkiem niezłych płócien. Każdy z bibelotów pochodził z Desy. Zapewne trudno więc było uwierzyć, że los mieszkańców tego domu był gorzej niż zły. Mateusz zamachał rękoma.

— Nie o to chodzi — powiedział, jakby odpowiadał na niezadane pytanie t e g o ojca. — W tym domu forsy było zawsze więcej niż lodu. Matka mogła kupować sobie sukienki choćby i u samego Diora. I w ogóle wszystko, co chciała. Byleby to było najpiękniejsze i najdroższe. Żeby goście podziwiali. No i żeby goście zielenieli z zazdrości.

— Kim on jest? — spytał Marek Giller.

To „on” świadczyło, że nie wiedział jak powinien mówić o Jerzym Magnuszewskim. Pewnie nie chciał użyć określenia: „twój mąż”, ani „twój ojczym”. Mateusz wzruszył ramionami.

— Biznesmanem. Na liście najbogatszych nie zajmuje czołowego miejsca. Ale zarabia tyle, że na ptasie mleko dla niego i rodziny na pewno wystarcza. Tyle, że rodzina go rozczarowała. Jego rodzina nie jest na miarę ptasiego mleka. A już na pewno ja nie jestem.

Marek Giller jakby nie dowierzał opinii syna.

— Nataszko?

Spojrzała na Mateusza. Miał nadzieję, że jeśli nie słowem, to przynajmniej milczeniem wesprze jego słowa. Ale matka tym razem nie milczała. Spytała. Z goryczą:

— A jest? Ja jestem? Ty jesteś?

Zapanowało milczenie. Mateusz przeżuwał urazę. Tak wielką, że nie był w stanie przyznać matce choćby częściowej racji. A przecież miała rację. Nie był aż tak zaślepiony, aby nie zdawać sobie sprawy, że nigdy swojego męża nie kochała. A Jerzy Magnuszewski, choć gruboskórny, nie mógł tego nie wyczuwać. W każdym dniu ich wspólnego życia. A tym bardziej podczas każdej ich nocy. Natalia spełniała bez zarzutu niektóre warunki ich ślubnego kontraktu. Była niewątpliwą ozdobą domu Jerzego Magnuszewskiego. Jak obrazy na ścianach i bibeloty na meblach. Niemal wszyscy jego znajomi wymieniali sterane wiekiem, pracą, dorabianiem się, zapyziałe fizycznie i intelektualnie żony na lepszy model. Ale żaden z jego znajomych nie wymienił starego modelu na tak atrakcyjny, jak Natalia. Była modelka, młodsza od męża o lat dwadzieścia, zawsze ubrana tak, jakby miała za chwilę wyjść na wybieg, a przy tym ułożona, opanowana, posłuszna, cierpliwa. Tyle, że straszliwie chłodna. Dopiero w tej chwili Mateusz uświadomił sobie, że matka zdobywała się na serdeczniejsze gesty tylko wobec niego. I tylko podczas nieobecności jego p.o. ojca. Wobec Jerzego Magnuszewskiego zachowywała się uprzejmie, ale bez śladu czułości. I dopiero teraz się przekonał, że do takiej czułości była jak najbardziej predestynowana i zdolna. Kiedy składała głowę na ramieniu Marka Gillera, kiedy go dotykała, jej ruchy nabrały nieznanej Mateuszowi miękkości i kobiecego powabu. Nigdy przedtem nie widział, aby się tak zachowywała w stosunku, czy choćby w towarzystwie swego męża. Nigdy nie widział takiego lśnienia jej oczu, nie słyszał tego odrobinkę, ale i wyraźnie zachęcająco obniżonego tonu jej głosu.

— Ona wciąż jeszcze go kocha — skonstatował.

I choć w dalszym ciągu nienawidził matki, a przynajmniej wydawało mu się, że ją nienawidzi, zapragnął aby t e n ojciec znowu, albo dopiero teraz też ją pokochał.

Rozdział 4

To była już druga bezsenna noc Mateusza. Leżał w swoim łóżku, w czystej, zmienionej przez matkę pościeli i starał się uporządkować pomieszane myśli i uczucia. Do tej pory nie uważał swojego życia za szczęśliwe i udane. Nawet sobie nie wyobrażał i nawet nie marzył, że może czy mogłoby by być udane i szczęśliwe. Nie miał zresztą pojęcia, jakie życie uważałby za udane i szczęśliwe. Bo co lubił? Lubił grać. Wszystko jedno na jakim instrumencie, byleby po swojemu. Byleby to, co lubił. Byleby tylko dla siebie. Granie dla innych, dla jakiejkolwiek, choćby nielicznej publiczności nigdy i ani trochę go nie pociągało. Czasami dawał się namówić kolegom i brzdąkał dla nich na gitarze, ale nawet takie najkameralniejsze występy nie sprawiały mu radości. Co innego granie w pustym mieszkaniu, kiedy nikt go nie słuchał i kiedy mógł wykonywać pianistyczne wariacje na temat Griega lub Strawińskiego. Poza muzyką nie lubił właściwie niczego. Czy mógł więc być kiedykolwiek i czymkolwiek naprawdę usatysfakcjonowany? Sądził, że nie mógłby.

Próbował sobie kupić szczęście w pigułce. Słyszał, że proszek powoduje wydzielanie szczęściodajnych substancji. Dopaminy? Serotoniny? Jakoś tak lub podobnie się nazywały. Kiedy jednak po raz pierwszy pociągnął szczęściodajnego skręta, poczuł się jeszcze mniej szczęśliwy niż przedtem. Wirowało mu w głowie i przez wiele godzin zbierało na rzyganie. Pomyślał wtedy, że ćpanie to stanowczo przereklamowana przyjemność i nie znajdzie w nim ucieczki od swego bezradosnego życia. Ale mimo to powtórzył eksperyment. Za którąś próbą zaskoczyło. Koledzy nazywali to odlotem. Może i było w tym coś z lotu. Mateusz miał wrażenie, że unosi się nad ziemią, a dochodzące do niego dźwięki układały się w miłą dla ucha linię melodyczną. Ale było to oderwania się od świata i życia na krótko. Na bardzo krótko. I w żadnym przypadku nie było aż ekstazą.

Dziewczynami się jeszcze nie interesował. Jego rówieśnice wydawały mu się albo infantylne i naiwne, albo rozwydrzone i pretensjonalne. Dziewczyny młodsze od niego były jeszcze dziećmi, a starsze go onieśmielały. Dopiero tej nocy pomyślał, że mogłaby mu się spodobać dziewczyna. Ta, która mogłaby mu się spodobać, musiałaby być jednak podobna do Anny Guttry. Nie tylko ładna, ale delikatna i krucha, obdarzona intuicją — po równo: życiową i muzyczną. Ale nigdy przedtem nie spotkał takiej dziewczyny. I nie przypuszczał, by Anna Guttry miała swój duplikat.

Spotkanie z t y m ojcem wywarło na nim wrażenie o wiele większe od tego, jakiego się spodziewał. Nie miał wiele czasu na wyobrażanie sobie, jaki t e n ojciec jest. Od chwili, kiedy dowiedział się o jego istnieniu do momentu spotkania z nim upłynęło kilkanaście? kilkadziesiąt? godzin. W każdym razie czasowe mgnienie.

Ale w tym czasowym mgnieniu ani przez moment nie sądził, aby mógł mu się spodobać całkiem przecież obcy dla niego mężczyzna, zapewne poirytowany niespodziewaną wiadomością o istnieniu dorastającego syna. Poza tym trudno było sobie wyobrazić, że spodoba mu się mężczyzna, który kiedyś tak lekko i tak szybko opuścił jego matkę dla innej kobiety i nigdy się nie zainteresował jej losem. Choć spędził z nią całkiem spory szmat czasu. I doskonale wiedział, jak bardzo kochała. Jak za bardzo go kochała.

A mimo to t e n ojciec mu się spodobał. Mateusz był zły na siebie o to spodobanie. Do tej pory nie lubił takich mężczyzn. Zbyt gładkich w wyglądzie i zachowaniu. Noszących idealne skrojone garnitury i zachowujących się z idealną poprawnością. Zawsze i niemal odruchowo pragnął wyprowadzić ich z tej idealnej równowagi zewnętrzno-duchowej i skazić ich nieskazitelność. Kombinował i kombinował — dlaczego w tym przypadku nie uległ takiej chętce? Nie znajdował odpowiedzi. Jeszcze bardziej dziwiło go, że zamiast wyszydzić i nadpsuć idealność t e g o ojca, on sam poczuł się smarkaczowaty ze swoją demonstracją własnej nieidealności.

Podczas całego spotkania z t y m ojcem był tak oszołomiony i przytłoczony jego osobowością, że zgodził się praktycznie na wszystko, co t e n ojciec zaproponował. I to bez nie tylko większych, ale żadnych oporów. Dopiero teraz doszedł do wniosku, że zgodził się pochopnie. No dobrze — mógł zacząć uczyć się niemieckiego. I pojechać do Austrii na trochę, albo na dłużej, albo na zawsze. Nic go w Polsce i w jego domu nie trzymało. W domu t e g o ojca zapewne trzymałoby go jeszcze mniej, ale przecież nie musiał w nim zostać ani na trochę, ani na dłużej, a tym bardziej na zawsze.

Natomiast jego obietnica, że wróci do domu i do szkoły muzycznej wydały mu się teraz strasznie na wyrost. Wrócić do domu? Czyli gdzie? Do pięknego mieszkania, z pięknymi meblami i modernistycznymi obrazami modnych modernistów — Adamczyka i Stabrowskiego? Do mieszkania z zasłonami szytymi na miarę w najlepszej warszawskiej dekoratorni? Do mieszkania ze wszystkimi super-urządzeniami kuchennymi, z których mama nigdy nie korzystała i zapewne nawet nie umiała by korzystać? I na dodatek do mieszkania stanowiącego własność jego p.o. ojca?

Teraz, kiedy Jerzy Magnuszewski wyprowadził się z tego pięknego mieszkania, stało się jedynie dachem nad głową Mateusza i jego matki. Po rozwodzie będą jednak musieli się spod tego dachu wynieść. Dokąd?

A szkoła? Myśl o tym, że będzie musiał codziennie rano jechać na Okólnik i przez siedem lub osiem godzin uczyć się o rzeczach, sprawach, wydarzeniach i zjawiskach, które go w ogóle nie interesowały oraz ćwiczyć nudne i nielubiane utwory pod dyktando nielubianych mistrzów, napawała go zgrozą. Wiedział, że jeśli nawet szkoła okaże swoją dydaktyczną wspaniałomyślność i przywróci mu prawa ucznia, to on z tych praw nie będzie chciał i umiał korzystać dłużej niż przez kilka dni. No, najwyżej kilka tygodni.

Matka nie wspomniała t e m u ojcu, że Mateusz znajduje się pod pieczą kuratora. Że ma za sobą ucieczki z domu. Że pije. Że może jeszcze nie codziennie, ale jednak ćpa. Był jej wdzięczny, że nie powiedziała. Z drugiej strony był jednak ciekaw jak t e n ojciec zareagowałby na te rewelacje.

Sam wygląd Mateusza musiał jeśli nie zaszokować Marka Gillera, to na pewno go zbulwersować, czy nawet zniesmaczyć. Zdawał sobie sprawę, że mimo podobieństwa rysów twarzy, koloru oczu, a nade wszystko charakterystycznego skrętu włosów, wszystko w wyglądzie zewnętrznym ich różni. T e n ojciec był człowiekiem zadbanym i wytwornym. Z ostentacyjnym podkreślaniem w każdym szczególe i zadbania, i elegancji. Mateusz był chłopakiem krańcowo zaniedbanym i niechlujnym. Z ostentacyjnym podkreśleniem swojej abnegacji. Mimo to t e n ojciec ani razu, ani jednym słowem, i ani jednym gestem nie dał mu do zrozumienia, że synowska abnegacja go razi.

Wciąż i wciąż wspominał pierwsze słowa, jakie t e n ojciec wypowiedział na lotnisku: „Cieszę się, że jesteś”. Było jasne, że nie chodziło mu o fakt pojawienia się syna w hali przylotów. Ale czy rzeczywiście cieszył się, że ma syna? W dodatku — takiego syna? I w dodatku — nie jedynego.

Mateusz poczuł się boleśnie rozczarowany, kiedy dowiedział się, że ma aż trójkę przyrodniego rodzeństwa. Mniejsza o siostry. Były jeszcze bardzo małe i były t y l k o dziewczynami. Ale brat? Już wkrótce tak, jak on teraz — podrostek? Jaki jest? Zapewne oczko w głowie s w o j e g o tatusia. I zapewne większy od Mateusza udaniec. A na pewno mniejszy od Mateusza nieudaniec. Z całego serca go znielubił. Gdyby znał Pismo Święte pomyślałby o Ablu. Ale Mateusz nie znał ani Starego ani Nowego Testamentu. Tej nocy zastanawiał się, czy w ogóle jest ochrzczony. I czy ma to dla niego jakiekolwiek znaczenie. I czy ma to lub może mieć znaczenie dla t e g o ojca?

Rano, przy śniadaniu zapytał o to matkę. Zdziwiła się.

— Dlaczego o to pytasz?

Bo przecież było wiele innych i o wiele istotniejszych spraw, o które mógł i powinien ją zapytać.

Zezłościł się nie za to pytanie, ale dlatego, że był na matkę wściekły.

— Odpowiedz! — krzyknął.

Przestraszyła się. Skuliła. I od razu zapłakała.

— Nie — powiedziała. — Nie jesteś ochrzczony. Ja chciałam… Choć sama nie jestem ochrzczona. Ani wierząca. Zresztą nie wiem. Był taki moment, że chyba byłam. Albo raczej — bardzo chciałam być wierząca. Ale to dawno temu. Potem, kiedy związałam się z Jerzym…

— A kiedy byłaś…

Wciąż nie mógł zdobyć się na powiedzenie: „z moim ojcem”. Zaimek „mój” stawał mu w gardle jak rybia ość.

— … z nim?

Zamyśliła się.

— Tak, wtedy potrzebowałam religii. Może niekoniecznie katolickiej. Jakiejkolwiek. I jakiegokolwiek Boga. Bo jak się bardzo kocha, to i duchowo i niemal fizycznie przeczuwa się jego istnienie i jego obecność. W sercu. W życiu. W ogóle.

— A on? Jest wierzący?

— Twoi dziadkowie byli praktykującymi katolikami. Zwłaszcza pani Gillerowa.

Mateusz przełknął ślinę. Ale nie zwilżyła wyschniętego gardła. Wychrypiał:

— Babcia?

Zaimek „moja” nadal był do wymówienie zbyt trudny. Matka skinęła głową. Mateusz powtórzył:

— A on?

— Chyba tak. Ale kiedy byliśmy ze sobą, nie chodził regularnie do kościoła. Był jednak ojcem chrzestnym córki swojego przyjaciela. I innych jeszcze dzieci. Więc jest katolikiem. Czasem nawet praktykującym katolikiem.

Mateusz nie mógł się zdecydować, czy zaliczyć to do aktywów, czy pasywów t e g o ojca. Odłożył osąd tej sprawy na później. Teraz zastanawiał się, czy raz jeszcze pojechać na lotnisko, tym razem do hali odlotów, aby go pożegnać. Miał na to ochotę. Był ciekaw, co powie t e n ojciec przy rozstaniu. Liczył na jakieś słowo, czy zdanie, które mógłby rozpamiętywać tak jak powitalne: „Dobrze, że jesteś”. Właściwie liczył nawet na coś więcej.

Wczoraj, żegnając się, Marek Giller raz jeszcze wziął matkę w ramiona i całował ją. We włosy, w czoło, policzki. Mateusz miał wrażenie, że t e n ojciec pocałował matkę także w usta. Może nie z zachłanną namiętnością, ale w sposób nie całkiem namiętności pozbawiony. A potem jeszcze ucałował jej obie ręce. Było to więc serdeczne, a nawet znacznie więcej niż serdeczne pożegnanie. Jemu, Mateuszowi, podał rękę. Choć sprawiał wrażenie, że i jego chciałby ucisnąć. A przynajmniej poklepać po ramieniu lub plecach. Mateusz bardzo na taki gest czekał. Ale się nie doczekał. Może t e n ojciec zdobył by się nań na lotnisku?

W końcu jednak nie pojechał na Okęcie. Uznał, że mogłoby to być odebrane jako narzucanie się ze swoją obecnością. Zbyt wyraziste ujawnienie tego oddawnego pragnienia posiadania ojca. Prawdziwego. Własnego. Teraz to pragnienie wydało mu się infantylne, nie męskie.