Wydawca: Ridero Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie w niebycie. Część I - Jolanta Wachowicz-Makowska

Bohater ksiażki, Grzegorz Majewski nie ma przeszłości. Był „znaleziskiem”. Noworodkiem podrzuconym w „oknie życia”. Przez kilka lat opiekowały się nim rodziny zastępcze, potem — dom dziecka. Czy człowiek pozbawiony jakiegokolwiek rodzinnego i społecznego zaplecza może mieć przyszłość? I jaką? Grzegorz będzie próbował mieć normalną. Dobrą. Szczęśliwą. Ale przedtem będzie się starał uciec ze swojego niebytu w wyimaginowany byt. Po to, aby kiedyś ten nieprawdziwy nabrał cech realności.

Opinie o ebooku Życie w niebycie. Część I - Jolanta Wachowicz-Makowska

Fragment ebooka Życie w niebycie. Część I - Jolanta Wachowicz-Makowska

Jolanta Wachowicz-Makowska

Życie w niebycie

Część 1

Projektant okładkiKrzysztof Krajewski

© Jolanta Wachowicz-Makowska, 2017

© Krzysztof Krajewski, projekt okładki, 2017

Bohater ksiażki, Grzegorz Majewski nie ma przeszłości. Był „znaleziskiem”. Noworodkiem podrzuconym w „oknie życia”. Przez kilka lat opiekowały się nim rodziny zastępcze, potem — dom dziecka. Czy człowiek pozbawiony jakiegokolwiek rodzinnego i społecznego zaplecza może mieć przyszłość? I jaką? Grzegorz będzie próbował mieć normalną. Dobrą. Szczęśliwą. Ale przedtem będzie się starał uciec ze swojego niebytu w wyimaginowany byt. Po to, aby kiedyś ten nieprawdziwy nabrał cech realności.

ISBN 978-83-8104-990-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

                     Prolog

Charakterystyczny sygnał usłyszały wszystkie siostry. Ale do okna życia pierwsza dobiegła siostra Klara. Nie dlatego, że była najbliżej tego okna, ani nie dlatego, że była najmłodsza i najszybciej biegała. Ona najbardziej ze wszystkich sióstr chciała być pierwsza.

Biegnąc odmówiła akt strzelisty, aby tym razem alarm nie okazał się fałszywy. Bo dotychczas, poza jednym jedynym razem, alarmy były wyłącznie fałszywe. Ludzie wkładali do okna życia najrozmaitsze przedmioty. Czasem starego pluszowego misia, ale przeważnie coś paskudnego. Na przykład worek śmieci. Albo zdechłego kota.

Ten jeden jedyny niefałszywy alarm zwiastował dzieciaczka. Ale z powodu mnóstwa wad wrodzonych nie bardzo go przypominającego. Malec miał ogromną, niekształtną czaszkę, zarośnięte oczodoły, rozszczepioną wargę i przedziwnie poskręcane kończyny. Maciupkie dłonie i stopy. Bez jednego choćby paluszka. Siostra Zuzanna, która była pielęgniarką, oceniła, że noworodek nie ma więcej niż dwa dni. Wywnioskowały więc, że nie urodził się w szpitalu, bo nikt by go z niego w takim stanie nie wypisał. I że do okna nie włożyła go matka, bo na pewno jeszcze słabowała po porodzie. Więc kto? Może przerażona babcia? Może przerażona koleżanka przerażonej matki? Zanim przyszła wezwana przez siostry lekarka, mały już nie żył. Siostry zdążyły go jednak umyć, ochrzcić i utulić. Trzymająca go w ramionach siostra Zuzanna zanuciła mu kołysankę. Był tak słabiutki, że nawet nie kwilił. Odszedł cichutko do znacznie lepszego świata. W każdym razie na pewno lepszego dla niego. A one miały odtąd w niebie swojego osobistego aniołka. Pochowały chłopczyka w klasztornym grobie i zapalały światełko już nie tylko w Dniu Zadusznym, ale także w Dniu Dziecka.

Tym razem w oknie leżał noworodek całkiem inny od tamtego nieboraka. Siostra Klara nie widziała, poza tamtym biedusiem, żadnych noworodków. Ten wydał jej się cudownie cudowny. Był tłuściutki, czyściutki, ubrany w ciuszki wprawdzie nie nowe, ale i niezłachane, a owinięty był tanim, ale całkiem nowym, niebieskim kocykiem.

Siostry rozebrały malca. Miał wszystko na swoim miejscu i wyglądał na dziecko silne i zdrowe. Zważyły go. Ponad 4 kilogramy. Zmierzyły — 58 centymetrów. Skórę miał różową, bez żadnych potówek, wyprzeń czy otarć. Istne cudo.

Siostra Zuzanna nacisnęła okrągły brzuszek i stwierdziła, że dzieciak całkiem niedawno został nakarmiony. A ponieważ po naciśnięciu brzuszka puścił głośnego bąka i zrobił malutką, ale wzorcową dla swego wieku kupkę, siostry wpadły w jeszcze większy zachwyt. I choć żadna tego głośno nie powiedziała, wszystkie bardzo chciały go zatrzymać. Jak najdłużej. I wszystkie bardzo się bały, że pani doktor zabierze go do szpitala. Nie dlatego, że był chory. Dlatego, że był niczyj.

Postanowiły więc wezwać lekarkę dopiero następnego dnia. W końcu nie musiała dokładnie wiedzieć, kiedy go podrzucono. Grzech malutkiego kłamstwa wybaczyły sobie odmawiając podczas wieczornej mszy dodatkowy różaniec. Siostra przełożona wahała się, której z sióstr powierzyć nocną opiekę nad podrzutkiem. Kiedy się zastanawiała i wahała, siostra Klara modliła się gorąco do tamtego ich osobistego aniołka, aby wybór padł na nią. Osobisty aniołek wysłuchał prośby i siostra przełożona oddała znajdka siostrze Klarze. Nie całkiem tylko jej, bo siostra Klara dzieliła celę z siostrą Zuzanną. Ale ponieważ siostra Zuzanna miała przysłowiowo kamienny sen, więc rozkosz czuwania nad malcem przypadła siostrze Klarze. Była to najmilsza noc w jej życiu. Siedziała na brzegu łóżka i wpatrywała w uśpione dziecko. A kiedy poruszyło się, zamruczało lub westchnęło natychmiast je przytulała i głaskała. O czwartej nad ranem chłopczyk zapłakał. Choć miał na sobie pampersa i to z tych „wiecznie suchych” od razu mu go zmieniła. Nie z koniecznej konieczności, ale dla okazania mu swojej troski. A potem podała chłopaczkowi butelkę z mlekiem. Mleko było cieplutkie, bo butelka została wieczorem włożona do elektrycznego podgrzewacza. Chłopczyk miał dobry apetyt i wypił całą porcję. Siostra Klara chętnie dałaby mu repetę, ale została uprzedzona, aby tego w żadnym przypadku nie robić. Przyszło jej jednak do głowy, że zamiast smoczka mogłaby dać malcowi własną pierś, aby sobie possał. Nie miała pokarmu, więc nie groziło mu przekarmienie, a słyszała, że samo ssanie też sprawia niemowlętom przyjemność. Uspokaja je i usypia. Tylko przez moment zastanawiała się, czy nie będzie to grzech nieczystości, ale przypomniała sobie niezliczone obrazy Matki Boskiej Karmiącej. I dzięki temu upewniła, że nie ma mowy o naruszeniu jakiegokolwiek przykazania. Chłopczyk musiał być już wcześniej przystawiany do piersi, bo chwycił i ucisnął brodawkę bardzo sprawnie. Potem ją puścił, wyraźnie rozczarowany brakiem spodziewanego efektu. Ale po chwili zabawnie westchnął i podjął ssanie. Tak, jakby to był smoczek. Tyle, że o wiele od smoczka milszy w dotyku. Ssał coraz wolniej i wolniej. Aż wreszcie zasnął. Siostra Klara nie położyła go jednak do łóżka, ale nadal trzymała w ramionach, kołysząc leciutko. Chłopczyk posapywał i wzdychał, ale chyba tylko i wyłącznie z wielkiego ukontentowania. Dzielonego z wielkim ukontentowaniem siostry Klary.

Rano siostra Klara przyszła na mszę święta z raz jeszcze nakarmionym i raz jeszcze przewiniętym chłopczykiem. Wszystkie siostry chciały go choć przez chwilkę potrzymać, a ona im pozwalała, choć w głębi duszy żal jej było każdej minuty nietrzymania. Nie za bardzo skupiła się tego ranka na modlitwie. Ale inne siostry też nie były zbyt gorliwe w rozmowie z Panem Bogiem. Wszystkie jednak miały nadzieje, że On to zrozumie. A jeśli nie zrozumie, to Matka Boska ich brak skupienia Mu wytłumaczy.

Po śniadaniu ksiądz ochrzcił małego. Siostry wybrały dla niego imię Grzegorz jako pierwsze i Dominik jako drugie. Nie wiedziały wprawdzie kiedy się urodził, ale w oknie życia pojawił się 17 listopada, czyli w święto Ojca Kościoła, Grzegorza Cudotwórcy. Drugie imię było jeszcze bardziej oczywiste. Chłopczyk znalazł się bowiem w oknie klasztoru sióstr Dominikanek.

Lekarka potwierdziła intuicyjną opinię siostry Zuzanny o doskonałym stanie zdrowia chłopca. I nie upierała się, aby oddać znalezisko do szpitala ani domu małego dziecka. Zasugerowała jedynie, aby znalazczynie jak najszybciej załatwiły wszelkie urzędowe formalności oraz znalazły dla niego rodzinę adopcyjną. Zresztą — kolejność mogła być odwrotna. Wtedy formalności spadłyby na tę właśnie rodzinę.

Odkąd istniało okno życia, kandydatów na rodziców zastępczych zgłaszało się do sióstr całe mnóstwo. Wydawało się, że gdyby codziennie wkładano do oknakilkoro dzieci i tak chętnych na ich przysposobienie byłoby wielokrotnie więcej. Siostry z tej lawiny zgłoszeń zrobiły listę, a potem ją korygowały i wreszcie ustaliły coś w rodzaju rankingu zgłaszających się par. Na czele tej listy znajdowali się państwo Krystyna i Bogdan Majewscy. Siostry znały ich od dawna, bo przychodzili na mszę do ich kaplicy. Ksiądz, choć nigdy przenigdy nie zdradziłby tajemnicy spowiedzi, uchylił jednak jej rąbka, zdecydowanie akceptując ten wybór. Wywnioskowały więc, że dziecko trafi w dobre i kochające ręce.

Państwo Majewscy byli już dziesięć lat po ślubie, lecz mimo wielkich chęci i usilnych starań, dzieci nie mieli. Oboje bardzo nad tym boleli. Zawiadomieni o okiennym znalezisku przybyli w ciągu kwadransa. Pani Krystyna Majewska wzięła malutkiego Grzegorza Dominika na ręce. Zalewając łzami wzruszenia i radości samą siebie i dziecko. Bo jej też wydał się najpiękniejszym niemowlakiem na świecie. I najmilszym. A nawet najmądrzejszym. Ze śmiesznych wicherków nad jego czołem wywnioskowała, że będzie miał zdolności matematyczne. A także, bo często idzie to w parze, zamiłowanie do muzyki.

Policja i prokuratura, nie zajmując się urodą ani potencjalnymi zdolnościami chłopczyka, przeprowadziły rutynowe śledztwo mające ustalić czyim mały Grześ jest dzieckiem biologicznym. I czy przy jego porzuceniu nie doszło do przestępstwa. Śledztwo dość szybko utknęło w martwym punkcie. Być może dlatego, że śledczym nie bardzo zależało na odnalezieniu matki, a jej jeszcze mniej na tym, by zostać odnalezioną. W każdym razie w pół roku później państwo Krystyna i Bogdan Majewscy zostali uznani za rodziców adopcyjnych, a Grzegorz Dominik za ich syna. Siostra Klara wybłagała, aby przynajmniej raz w miesiącu zawiadamiali ją o losach chłopca. Zrobili o wiele więcej i przynajmniej raz w miesiącu najpierw przynosili, a potem przyprowadzali chłopca do klasztoru. Tam bywał opychany cukierkami i dosładzany najczulszymi słowami i pieszczotami. Zdarzało się nawet, że rodzice zostawili go z „ciociami-siostrami” na dwa-trzy dni, jeśli wyjeżdżali gdzieś dalej, a nie chcieli trudzić malca podróżą. Dla Grzesia i dla sióstr były to cudowne dni. Nawet w swojej dorosłości Grzegorz Majewski twierdził, że były to najmilsze dni jego wczesnego dzieciństwa.

Rodzinna sielanka trwała lat pięć. Potem zakończyła się nagle i radykalnie. Pani Krystyna odkryła — może nie jako ostatnia, ale na pewno nie jako pierwsza — że jej mąż idealny ma romans. I że owocem tego romansu jest córka. Nieadoptowana, ale jak najbardziej biologiczna. Pan Bogdan wprawdzie nadal kochał Grzesia, ale bez porównania bardziej kochał własne dziecko. I dlatego postanowił rozwieść się z żoną i związać z dotychczasową kochanką. Przez rok Grześ pozostawał z wiecznie płaczącą, szalejącą już nie ze szczęścia, ale z gniewu, upokorzenia i zazdrości przybraną matką. Potem pani Krystyna poznała pewnego wdowca, wychowującego samotnie dwóch synków. Zamieszkali razem. Chłopcy nie znosili Grzesia. On ich także nie znosił. Któregoś dnia, w czasie bójki, jeden z nich uderzył twarzą o kant dębowego stołu i w wyniku tego incydentu stracił oko. I ojciec, i obaj jego synowie oskarżali Grzegorza o spowodowanie tego nieszczęścia. On zapewniał, że został do bójki sprowokowany, a chłopak upadł, tracąc równowagę przy chybionym ciosie. Nikt jednak nie był w stanie dojść prawdy. W każdym razie stało się jasne, że pani Krystyna nie ma szans na ułożenie sobie spokojnego i szczęśliwego związku w tak bardzo skonfliktowanym rodzinnym układzie. Ponieważ pan Bogdan Majewski praktycznie żadnych stosunków z Grzesiem nie utrzymywał, sąd rodzinny uznał, że może nie najlepszym, ale i nie najgorszym wyjściem z sytuacji będzie rozwiązanie stosunku adopcji. No i stosunek ten rozwiązał. Ponieważ jednak Grzegorz nie miał znanych z imienia i nazwiska rodziców, ani innej niż adopcyjna metryki urodzenia, postanowiono, że nadal pozostanie Grzegorzem Dominikiem Majewskim, synem Krystyny i Bogdana, urodzonym 17 listopada 1988 roku w Zielonce pod Warszawą.

Tak więc mając siedem lat po raz drugi w życiu został społecznym sierotą. I tym razem bez szans na adopcję. No, bo kto by wziął tak dużego i najwyraźniej agresywnego chłopca do swego domu? Spróbowano umieścić go w rodzinie zastępczej, ale i z tego nic nie wyszło. Po prostu rodzina zastępcza przestała istnieć, kiedy Grzegorz miał osiem lat. Wykryto poważne finansowe machlojki, spowodowane przez rodziców zastępczych. Szóstka wychowywanych przez nich dzieci trafiła do domu dziecka.

Początkowo pani Krystyna Majewska przyjeżdżała regularnie w odwiedziny do eksprzybranego syna. Zawsze z prezentami i smakołykami. Ale Grzegorz nie cierpiał tych odwiedzin. Nie dlatego, że nie lubił swojej eksprzybranej matki, ale dlatego, że nie lubili jej jego koledzy. Bo ich odwiedzały całkiem inne mamy. Według ich kryteriów normalne. Czyli bardzo zaniedbane, czasem trochę, a czasem mocno pijane. I jeśli już — co było raczej ewenementem — przywoziły jakieś upominki, była to coca-cola, fanta, guma do żucia, czekolada lub ciastko. Wycacana mama, zajeżdżająca pod dom dziecka wypasioną furą pełną wypasionych gadgetów wydawała się istotą nie z tego świata. Trudno było zrozumieć, o ile w ogóle można było to zrozumieć, dlaczego taka lalunia nie chce opiekować się swoim dzieckiem. Reszta bidulowych wychowanków wiedziała: nie mogą żyć we własnym domu, bo mama, tata lub mama i tata piją, ćpają, biją się po społu lub na zmianę, siedzą w więzieniu lub w ogóle nie wiadomo czy i gdzie są. No i nie mają pieniędzy, aby wykarmić siebie i swoje bachory. Więc bachory wiedziały, że muszą być w domu dziecka, bo jest lepszy niż ich własny. Ale dlaczego Grzesiek był w domu dziecka, tego nikt nie mógł pojąć. I z tego niepojęcia bardzo mu dokuczano. Chłopiec zaczął więc uciekać, kiedy widział zajeżdżające przed dom dziecka czerwone volvo jego eksadopcyjnej mamy. Temu też się dziwiono. A każde zdziwienie przemieniało się w śmichy-chichy, przezywania lub poszturchiwania.

Nie lepiej było z odwiedzinami siostry Klary. No, bo jakże mieć ciotkę „wronę”? Żadne z dzieci takiej nie miało ani nawet nie słyszało o takiej możliwości. Więc śmiano się z Grześka, że pewnie ma także wujka księdza. Albo może on sam księdzem zostanie.

Jedyną dobrą stroną kontaktów z siostrą Klarą były święta i wakacje. Święta spędzał w klasztorze Dominikanek. Mieszkał w pokoju gościnnym, oddanym do jego i tylko jego dyspozycji. Dostawał całe mnóstwo prezentów, a wszystkie siostry okazywały mu wielkie i prawdziwe przywiązanie. Na wakacje siostra Klara zabierała go do swojego rodzinnego domu. Jej rodzice, rodzeństwo, bratankowie i siostrzenice mieszkali w Rucianem i tam Grzegorz mógł zażywać rozkoszy pływania, wiosłowania, a nawet żeglowania. A także przyjemności bycia lubianym i akceptowanym. Tyle tylko, że urlop siostry Klary trwał krótko, a Grzegorz zbyt szybko stał się wyrostkiem i zakonnicy nie wypadało już matkować czy „siostrować” nastolatkowi. Tak więc w wieku lat czternastu Grzesiek przestał jeździć do Rucianego, a zaczął na kolonie. Których nienawidził bardziej niż spędzania lata w opustoszałym w tym okresie domu dziecka.

Był jedynym z osiemnastu wychowanków domu, który zdał egzamin do liceum i w dodatku uchodził w tej szkole za dobrego, a nawet bardzo dobrego ucznia. Brał udział w prawie wszystkich olimpiadach przedmiotowych, ale sukces odniósł w trzech: chemicznej, biologicznej i historycznej. Dzięki temu miał otwartą drogę na studia. Historia bardzo go ciekawiła, ale nie dawała konkretnego fachu. Konkretnym fachem była natomiast medycyna. Tyle, że leczenie ludzi wcale a wcale Grzegorza nie pociągało. Wiedział jednak, że jego zainteresowania nie mają żadnego znaczenia. Ani dla niego, ani dla nikogo. Zdecydował się więc na konkretny fach, czyli medycynę. Dyrektorka domu dziecka, cały jego personel, eksmatka adopcyjna i siostry Dominikanki byli zachwyceni. I zgodnie się dziwili, że Grzegorz jest zachwycony o wiele mniej od nich.

Rozdział 1

Tak było codziennie. I tak było od kilku lat. Od rozpoczęcia przez Grzegorza nauki w liceum. Był jedynym wychowankiem domu dziecka, który chodził do takiej obciachowej szkoły. Kiedyś, ale nie za jego pamięci, do liceum medycznego uczęszczała pewna dziewczyna, też domodzieckowa. Ale ona wybrała liceum pielęgniarskie i na czas nauki zamieszkała w bursie. Dzięki temu nie była postrzegana przez współwychowanków jako „inna”, „obca” i „obciachowa”. On był.

Dokuczano mu w mało wymyślny i stale ten sam sposób. Kiedy wracał ze szkoły i zamykał się w swoim pokoju, na korytarzu natychmiast rozlegało się szur-szur-szur. I chichoty. A potem łup-łup-łup w drzwi. I pospieszny odwrót. Już bez szur-szur-szur, ale z chichotami.

Grzegorz mógł się przyczaić, otworzyć drzwi swojego pokoju, złapać któregoś z natrętnych gówniarzy i spuścić mu manto. Takie do popamiętania. Teoretycznie mógł to zrobić, bo był od gówniarzy i dużo starszy, i dużo silniejszy. Ale praktycznie nie mógł tego zrobić. Bo miałby wtedy kłopoty. Na które w żadnym przypadku, a na pewno teraz, nie mógł sobie pozwolić.

Ukończył osiemnaście lat, był pełnoletni i po zdaniu matury mógł, a nawet powinien opuścić dom dziecka i zostać usamodzielniony. Gmina, zgodnie z ustawowymi wytycznymi o usamodzielnianiu wychowanków domu dziecka, przydzieliła dorosłym wychowankom mieszkanie. Nie za piękne, ale i nie całkiem do niczego. Trzypokojowe, z kuchnią, łazienką, standardowym, ale niezłym wyposażeniem. Na pewno większość nie-domodzieckowych osiemnastolatków mogła o takim locum jedynie sobie pomarzyć.

Ale mieszkanie było samodzielne jedynie z nazwy. Jego mieszkańcy nadal pozostawali pod kontrolą wychowawcy. I ta kontrola nie była ani symboliczna, ani dyskretna.

Grzegorz za nic nie chciał zostać w ten sposób usamodzielniony. Nie tylko dlatego, że przeszkadzałaby mu kontrola. Ale jeszcze bardziej nie dogadzałoby mu towarzystwo dwóch innych usamodzielnianych. Jeden z nich był — najłagodniej jego zaburzenie określając — niezrównoważony psychicznie i emocjonalnie. A mówiąc bez ogródek był to wyjątkowy świr, nieprzewidywalny w swoich, z reguły agresywnych, zachowaniach. Drugi chłopak był wieloletnim ćpunem, tyle że nigdy jeszcze na ćpaniu nie przyłapanym. Być może dlatego, że żadnemu z wychowawców ani specjalnie, ani niespecjalnie nie zależało, aby go na ćpaniu przyłapać. Bo wtedy trzeba by było „coś z tym zrobić” i „coś z nim zrobić”. Ale co można było z nim i z tym zrobić nikt nie wiedział. Grzegorz wyraził więc mało wprawdzie entuzjastyczną, ale jednak chęć pozostania w domu dziecka. Na trochę. Czyli do momentu otrzymania miejsca w akademiku. Na które bardzo liczył i na które miał znacznie większe szanse od innych studentów. Jako domodzieckowy.

Trochę się zdziwiono, kiedy nie chciał się wprawdzie tylko trochę i tylko na niby, ale jednak usamodzielnić. Nie robiono mu jednak z tego powodu żadnych wstrętów ani nie wywierano na niego nacisków. Bo miejsca w jego podwarszawskim domu dziecka było dosyć, a Grzegorz nie sprawiał nikomu ani dużych, ani żadnych kłopotów. Przeciwnie nawet — był domodzieckową chlubą i można go było pokazywać jako przykład i sukces domodzieckowych metod wychowawczych.

O osiemnastej, kiedy jego prześladowcy pomknęli na kolację, Grzegorz poszedł do pokoju wychowawców. Tego dnia dyżur pełniła „ciocia Misia”. Była najstarszą pracownicą domu dziecka. Uważała się za całkowicie wypalonego pedagoga, ale musiała pracować jeszcze dwa lata, aby dobrnąć do emerytury. „Ciocia Misia” była łagodna, ale nie z natury, tylko z tego swojego zawodowego wypalenia. Nie krzyczała, bo jej się nie chciało krzyczeć. Nie zwracała na nic uwagi, bo też jej się nie chciało. Czas swoich dyżurów spędzała najchętniej w pokoju wychowawców, gdzie zamiast podopiecznych mogła oglądać telewizję. Teraz kątem oka dostrzegła wchodzącego Grzegorza. Bez słowa i nie odrywając wzroku od ekranu sięgnęła do kieszeni i podała mu klucz. Wziął klucz i poszedł otworzyć drzwi gabinetu dyrektorki domu. Tak było co wieczór. Dzieciaki wracały z kolacji i jeszcze przez przynajmniej godzinę waliły w drzwi jego pokoju. Nie wiedząc, że go w nim nie ma. Żadnemu z gnojków nie przychodziło do głowy, że ich ofiara siedzi teraz w ciszy dyrektorskiego gabinetu i czyta. Tego akurat dnia encyklopedię zdrowia.

Następnego dnia, kiedy Grzegorz wrócił ze szkoły, inna wychowawczyni, jeszcze niewypalona, czekała na niego w progu Domu. Była bardzo przejęta.

— Przyjechała twoja mama — powiedziała. — Wpuściłam ją do twojego pokoju.

— Kogo? — spytał zdumiony.

— No, twoją mamę.

Patrzył na wychowawczynię nic nie rozumiejąc. Przyszła mu nawet do głowy całkiem absurdalna myśl, że odnalazła go jego prawdziwa matka.

— Skąd wiadomo, że to matka? Moja w dodatku?

— No, przecież ją pamiętam. Odwiedzała cię.

— Krystyna Majewska?

Wychowawczyni skinęła głową, a Grzegorz wzruszył ramionami.

— Już wtedy, kiedy mnie odwiedzała, nie była moją matką. Ani prawdziwą, ani nawet adopcyjną. Jak więc może być nią teraz?

— Nie chcesz jej widzieć?

Zastanawiał się przez chwilę.

— Dlaczego miałbym nie chcieć? Mogę się z nią spotkać. Ciekawe, po co przyjechała.

Wychowawczyni też była tego ciekawa. Chyba nawet bardziej niż Grzegorz.

Kiedy był mały, a Krystyna Majewska pełniła rolę jego przybranej mamy, wydawała mu się wprawdzie niemłoda, ale całkiem ładna. Potem, kiedy już nie pełniła tej roli, ale czasami przyjeżdżała do niego w odwiedziny, nadal wydawała mu się ładna. I elegancka. Teraz była nijaka. Powiedział jej „dzień dobry”.

— Mój Boże! — powiedziała Krystyna Majewska. — Jesteś prawie dorosły.

Była tym ogromnie zdziwiona i wzruszona, choć Grzegorz nie widział żadnego powodu ani do zdziwienia, ani do wzruszenia. Od ich ostatniego spotkania minęło kilka lat i było oczywiste, że w tym czasie będzie rósł i dorastał. A nawet — dorośnie. Dziwna byłaby sytuacja, gdyby zatrzymał się w swoim rozwoju. Ale nic nie powiedział.

— Pewnie chciałbyś wiedzieć co się stało, że przyjechałam?

Skinął głową. Chciał wiedzieć. Ale nie aż tak bardzo jak Krystyna Majewska tego oczekiwała.

— Tomasz odszedł ode mnie — powiedziała. — Tak, jak twój…

Zawahała się. Szukała właściwego słowa. Określenie „tata” wydało jej się pewnie nieadekwatne więc zastąpiła je innym.

— Jak mój pierwszy mąż. Ten też odszedł do innej kobiety. Młodszej i …

Grzegorz skinął głową, choć nie widział żadnego związku pomiędzy odchodzeniem byłych mężów jego eksadopcyjnej mamy do innych pań, a jej pojawieniem się w jego domodzieckowym pokoju.

— Jestem teraz sama — powiedziała Krystyna Majewska.

Nie wiedział czego oczekiwała. Współczucia? Jakoś nie mógł się na nie zdobyć.

Kobieta odczekała chwilę. Potem powiedziała:

— Nie rozczulam się nad sobą. Wiem, że zasłużyłam na swój los. Wyrządziłam ci tak wielką krzywdę, że nigdy za nią nie zdołam odpokutować.

Nadal rozmyślał czego chce. Jeśli nie współczucia, to może wybaczenia? Ale nie miał jej czego wybaczać. To nie ona go urodziła. Okazała za to sporo dobrej woli, aby stworzyć mu zastępczy dom. Tyle tylko, że jej to nie wyszło. Nie było więc czego przebaczać.

— Wiem, że chcesz zdawać na studia. W twojej sytuacji będzie to bardzo trudny okres. Pod każdym względem. Ja mogę ci pomóc przynajmniej w jednym — ofiarowując mieszkanie i utrzymanie.

— W zamian za co? — spytał.

Nie zamierzał być niegrzeczny. Ale nie przypuszczał, aby jego eksadopcyjna mama doznała nagłego przypływu rodzicielskich uczuć. Raczej pragnienia zadośćuczynienia i pokuty. Ale i te uczucia zwykle nie bywały całkiem bezinteresowne.

— W zamian za niebycie samotną — powiedziała po prostu.

I chyba szczerze. Dodała:

— Nie umiem sobie z wieloma rzeczami i sprawami radzić. Chciałabym mieć przy sobie przyjazną duszę. Choćby za ścianą. I choćby po to, aby wezwała pogotowie, kiedy zachoruję. Albo dogadała się z mechanikiem samochodowym i nie dała nabrać na jego fałszywą diagnozę i wycenę.

Nie miał pojęcia jak powinien się do niej zwracać. Wybrał formę oficjalną.

— Jest pani chora? Wymaga pani opieki?

Skrzywiła się na to „pani”. Jakby to słowo ją dotknęło. Zabolało. Uraziło. A na pewno zasmuciło.

— Nie. To znaczy — bywam. Od pewnego czasu cierpię na napadowe migotanie przedsionków. To są długie i ciężkie ataki. Ale próbuję unikać szpitala. Tyle, że leżąc w domu i czekając na ich samoistne ustąpienie, czuję się jak żółw przewrócony na grzbiet.

Skinął głową na znak, że rozumie. Choć nie wiedział co to jest „migotanie przedsionków”. Brzmiało złowrogo.

— Dobrze — powiedział, ale nie dlatego, że czuł się zobowiązany czy chętny do udzielania pomocy swojej chorej, ale bardzo już eksadopcyjnej matce.

Mieszkanie w innych warunkach niż domodzieckowe wydało mu się optymalnym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że nie wymagało płacenia czesnego. Krystyna Majewska najwidoczniej nie przewidywała aż tak szybkiej zgody, bo upewniła się:

— Naprawdę tego chcesz?

Skinął głową. Dla porządku i na w razie czego zastrzegł jednak:

— Ale żeby nie wiązać sobie rąk, ustalmy jakiś okres próbny. Na początek dwa tygodnie? Miesiąc?

Nawet przez chwilę nie pomyślał, że taka szybka zgoda na jej propozycję może być niehonorowa. A nawet — podejrzana. No, bo jeśli Krystyna Majewska tak bardzo i tak długo cierpiała z powodu swojej wielkiej winy, to on pewnie nie powinien przechodzić nad tym jej wielkim przewinieniem tak lekko. Jakby go w ogóle nie obeszło. Jakby nie wywołało w nim nawet ociupiny żalu, rozgoryczenia czy pretensji. Które Krystynie Majewskiej wydawałyby się pewnie całkiem usprawiedliwione. I całkiem naturalne.

Jeżeli była zaskoczona: mile? niemile?, to tego nie okazała.

— Od kiedy mógłbyś…

Pamiętał, że wzruszanie ramionami jest oznaką arogancji i prostactwa. W obecności swojej eksadopcyjnej matki nie chciał wydać się ani arogancki, ani prostacki. Jeśli cokolwiek chciał jej pokazać i udowodnić, to jedynie, że bez jej starań i jej opieki wyrósł na człowieka dobrze wychowanego. Nie wzruszył ramionami. Powiedział spokojnie i rzeczowo:

— Mógłbym nawet od zaraz.

Wskazał ręką na pokój.

— Cały mój dobytek to zawartość tej szafy oraz książki. Szafa niewielka. Książek mniej niż sto.

Zerknął na stojący w rogu bardzo stary, bardzo powycierany fotel-leniwiec. Nie wiedział jednak jak powiedzieć, że jest dla niego jeszcze większym i o wiele ważniejszym dobytkiem od ubrań i książek oraz IPada. Więc na razie o fotelu nie wspomniał. Dodał jedynie:

— A chciałbym wyprowadzić się stąd jak najszybciej. Ze względu na maturę i egzaminy na studia. Tu nie ma warunków do nauki. Takiej normalnej, porządnej, systematycznej.

Zawahała się. A on od razu wycofał.

— Ale jeśli pani to nie odpowiada, proszę wyznaczyć inny termin.

— Nie o to chodzi — odparła. — Po prostu nic w domu nie jest na twój przyjazd i pobyt przygotowane. A chciałabym…

— Jeśli tylko o to chodzi, proszę się nie przejmować. Nie oczekuję, że pani cokolwiek przygotuje. Rozsądniej będzie nawet, jeśli ewentualne przygotowania uzgodnimy. Na miejscu. W pani mieszkaniu.

Popatrzyła na niego. Zmieszana.

— Wiem, że nie zasłużyłam sobie, abyś nazywał mnie mamą. Sama sobie odebrałam to prawo. Ale „pani” będzie brzmiało chyba trochę sztywno i nienaturalnie, jeżeli będziemy razem mieszkać.

Uśmiechnął się do niej. Nie serdecznie, ale i nie złośliwie. Zdawkowo.

— Każdy, kto mieszka w tym domu, marzy, aby móc powiedzieć „mamo”. Niekoniecznie do kobiety, która nią jest. Ja też dość długo o tym marzyłem. Teraz — przeszło. Ale jeśli pani by tego chciała, mogę mówić „mamo”. Tak przecież mówiłem do pani. Kiedyś.

— Bardzo bym chciała — odrzekła.

Uśmiechnął się raz jeszcze.

— Dobrze…

Nie przypuszczał, że wymówienie tego słowa będzie tak trudne.

-.....mamo.

Nie zabrzmiało to zbyt naturalnie, ale i nie całkiem fałszywie. Krystyna Majewska miała łzy w oczach.

— Miałeś wtedy dziesięć miesięcy. Coś tam sobie gruchałeś, bawiłeś się wydawaniem dźwięków. Bardzo chciałam, aby ułożyły się wreszcie w słowo „mama”. Siedziałam godzinami przy twoim łóżeczku i powtarzałam te dwie sylaby. Kiedyś zabrałam cię na spacer. Siedziałeś w swoim wózeczku. Zobaczyłeś psa. Wyciągnąłeś do niego rączki i powiedziałeś: „pś”.

Pomyślał, ale z umiarkowaną goryczą, że może już wtedy przeczuł, że pś jest istotą wierniejszą niż jego prawdziwa i jego nieprawdziwa matka.

Rozdział 2

Pamiętał dom, choć kiedyś otaczające go podwórko wydawało mu się znacznie większe, a rosnące na nim drzewa znacznie niższe. Podwórko nie zmieniło swoich rozmiarów, ale drzewa z pewnością urosły. Tak jak i on sam. Mieszkania nie poznał. W każdym razie jego wyobrażenie o tym mieszkaniu nie przystawało do oglądanej rzeczywistości. Być może zostało przerobione, a może tylko przemeblowane. Nie mógł się w tych zmianach połapać. Postawił w przedpokoju walizkę, obok położył plecak. Paczki z książkami zostały w bagażniku samochodu. Nie widział czy powinien zdjąć buty zanim wejdzie do pokoju. W mieszkaniach, w których bywał, panowały rozmaite zasady. W jednych wejście w butach uchodziło za nietakt, w innych przeciwnie — zdjęcie butów i paradowanie w skarpetkach traktowano jako prowincjonalizm. Krystyna Majewska zmieniła swoje obuwie na domowe kapcie. Grzegorz nie miał kapci. To znaczy w ogóle miał, ale nie teraz i nie pod ręką.

— Wejdź — powiedziała Krystyna Majewska i otworzyła drzwi pokoju.

Wszedł. W butach. A ona stropiła się, ale nie z powodu jego butów.

— Kiedyś… — powiedziała i urwała.

Domyślił się, że kiedyś był to jego pokój. I że pewnie od teraz też miał być to jego pokój. Tamtego dawnego nie mógł sobie przypomnieć. Tylko całe mnóstwo zabawek. I tory elektrycznej kolejki. Chyba z semaforami. Zapalającymi się na czerwono i zielono. Ale poza tym — nic. Pewnie stało w tym pokoju jakieś łóżeczko. Albo tapczan. No i szafka na to całe mnóstwo zabawek.

Teraz w pokoju znajdowała się wersalka i biurko. Na biurku stał komputer i kreślarska lampa. Na ścianach półki z książkami i bibelotami. Staroświecka komoda z intarsjowanym blatem i trzema szufladami. Malutki stolik i dwa pufy.

W pokoju panował sterylny porządek. Wydawało się, że albo nikt go nie używał, albo użytkownik był wyjątkowo wyjątkowym pedantem.

— Oczywiście możemy wszystko pozmieniać — powiedziała prędko Krystyna Majewska. — Na pewno będziesz chciał urządzić go po swojemu.

— Nie — oparł Grzegorz. — Niech wszystko zostanie. Tak, jak jest.

Nie dodał: „przynajmniej na razie”. Wciąż miał bowiem wrażenie, że to, co się wydarzyło, nie jest czymś całkiem realnym. Ani trwałym. Raczej bardzo tymczasowym. Ale bardzo chciał, aby udało mu się w tym nie-realu przetrwać najbliższe dwa miesiące. Czyli czas matury i egzaminów na studia. Dalej nie sięgał ani wyobrażeniami, ani marzeniami. Zresztą — marzeń już od dawna nie miewał. I nie chciał miewać. Ani mieć.

— Garderoba jest w malutkim pokoju przy kuchni — mówiła jego eks-zastępcza matka. — Wygospodaruję w niej miejsce dla twoich ubrań. Zamierzałam to zrobić, ale wszystko…

No rzeczywiście — „wszystko” wydarzyło się bardzo nagle. Dla niej pewnie zbyt nagle. Grzegorz był więcej niż pewien, że nie spodziewała się, że jej eksprzybrany syn tak łatwo i tak szybko zgodzi się na powrót do swojego eksprzybranego domu.

— Dobrze — powiedział Grzegorz. — Nie ma pośpiechu.

Stali naprzeciw siebie. On opanowany, ona zagubiona i spięta. Choć to przecież Krystyna Majewska znajdowała się we własnym domu, a Grzegorz był w nim tylko gościem? lokatorem? chwilowym? stałym? Bo, przynajmniej na razie, jeszcze nie domownikiem.

— Przygotuję kolację — powiedziała. — Ty się tymczasem rozpakuj.

— Dobrze.

Niewiele było tego rozpakowywania. Bielizna, dwie piżamy, dres, dwie pary spodni, dwa swetry, koszula, kurtka. Sandały, addidasy i półbuty. Zimowe ubrania zostały — na razie? — w domu dziecka. Położył wszystko na wersalce.

Potem poszedł do łazienki. I nie widział co zrobić ze swoim ręcznikiem, takim przeraźliwie zwyczajnym. Lepiej od jego ręcznika wyglądała nawet ścierka do wycierania podłogi. Puchata i czyściutka. Ładniejsza od wszystkich ręczników, jakie kiedykolwiek miał w bidulu. Umył ręce, wytarł je we własny ręcznik, ale postanowił zabrać go do pokoju. Tu wydawał się całkiem nie na miejscu. Tak jak i jego szczotka do zębów. Na półce pod lustrem stała szczotka Krystyny Majewskiej. Elektryczna. Wychodząc dotknął wiszącego na drzwiach szlafroka. Kremowego, mięciutkiego i mile pachnącego. Na moment wtulił w niego twarz. Gdzieś, w bardzo odległym zakamarku jego pamięci, tkwił ten zapach. Zapach kobiety, którą kiedyś nazywał mamą. I którą miał teraz nazywać mamą.

Zapukała do drzwi łazienki.

— Przyniosłam świeże ręczniki — powiedziała. — Inne potrzebne ci rzeczy i kosmetyki kupimy jutro.

Kupimy. Nie umawiali się przecież na pełne utrzymanie. Tylko na zamieszkanie i — ewentualnie — całkowite lub częściowe wyżywienie. Grzegorz nie chciał otrzymywać od Krystyny Majewskiej niczego więcej. Wyglądało jednak na to, że bez takich, a może i innych prezentów się nie obejdzie.

Stół do kolacji był przygotowany w niezbyt szczególny, ale i nie całkiem zwyczajny sposób. Potrawy nie były wyszukane: biały i żółty ser, jakaś wędlina, dżem. Ale wszystko podane na półmisku z ładnej porcelany, na zapewne odświętnym obrusie. Nie przypuszczał, aby Krystyna Majewska jadała tak codziennie. No, ale i status Grzegorza w tym domu zwyczajny nie był. Przynajmniej na razie. Czy kiedykolwiek miał i mógł być zwyczajny? Grzegorz mocno w to wątpił. I wydawało mu się, że równie mocno wątpi w to Krystyna Majewska. Choć na pewno bardzo chciała nie wątpić.

— Nie wiem, co lubisz — powiedziała. — Gdybym wiedziała, przygotowałabym.

Uśmiechnęła się, ale bardzo niepewnie, bo nie wiedziała jak Grzegorz zareaguje na to wyznanie.

— Kiedyś przepadałeś za racuszkami z jabłkiem. Aż trudno było uwierzyć, że aż tyle placuszków można pomieścić w tak małym brzuszku.

Nie skomentował tego wspomnienia. Powiedział po prostu, może troszkę za mocno wybijając czas teraźniejszy.

— Teraz wszystko lubię. Nie jestem wybredny.

Zabolało ją to „teraz”. Potraktowała je jak wyrzut.

— A czy… No, w tym domu… Dobrze was karmiono?

— No, na pewno nie tak, jak kiedyś w przysłowiowych sierocińcach. Państwo bardzo dba, aby jego bidulowym podopiecznym nie brakowało kalorii, witamin i wszystkiego, co powinna zawierać zdrowa dieta. Tyle, że dzieciaki i tak wolą przysmaki z McDonalda. Więc zabierano nas tam przynajmniej raz w tygodniu. I mogliśmy się napychać do woli fast-foodami. Nasza wychowawczyni mawiała „paskudami”.

Rozmowa na temat jedzenia się urwała. Ale tylko na chwilę. Krystyna Majewska raz jeszcze ją podjęła.

— Lubię gotować. I lubię domowe jedzenie. Ale teraz, kiedy muszę więcej pracować, gotuję obiad raz na dwa dni. To znaczy — codziennie jadam domowy obiad. Tyle, że nie codziennie jest inne menu.

Nic nie powiedział.

— O której chciałbyś jeść obiad? O której wracasz ze szkoły? A właściwie, o której teraz będziesz wracał? Bo przecież będziesz miał do szkoły bliżej.

— Nie mam stałej godziny powrotu — odparł. — Teraz, przed maturą, mamy niemal codziennie dodatkowe zajęcia. Chodzę też na popołudniowe lekcje angielskiego i treningi. Ale to nie ma znaczenia dla pory domowego obiadu. Bo jadam je w szkole.

— I nie chciałbyś…?

Zastanowił się.

— Może w okresie przerwy przedmaturalnej? Wtedy chyba chciałbym. Żeby nie trzeba było biegać po mieście, aby coś zjeść.

— A śniadania i kolacje? — spytała.

Chyba z nadzieją, że Grzegorz będzie chciał je jadać w domu.

— Jeśli można, to tak. Ale mogę je sam przygotowywać. A jeśli trzeba, to i dla…

Ciężko szło mu z tą „mamą”.

Westchnęła.

— Jeśli zajdzie taka potrzeba, a na pewno zajdzie, to na pewno skorzystam z twojej pomocy.

— No, ale poza zaparzeniem herbaty i posmarowaniem chleba niewiele więcej umiem.

Przez chwilę, a właściwie znacznie dłużej niż przez chwilę jedli w milczeniu. Grzegorz dziwił się, że te same produkty, które pojawiały się przecież często na domodzieckowym stole, smakują teraz całkiem inaczej. Ale to zdziwienie nie było mu obce. Wszystko, co jadał u swoich zakonnych „cioć” też miało inny smak. Lepszy. Kiedyś nawet zapytał, czy twarożek kupują w sklepie, czy robią go same. Bo taki smaczny. Okazało się, że czasem robią, ale akurat tamten, który jadł był kupiony w sklepie. Najzwyczajniejszy „Bieluch”.

Czuł, że należy przerwać milczenie. Spytał więc, wciąż omijając formę osobową:

— Często zdarzają się te ataki? I co trzeba wtedy robić?

— Przynajmniej raz w miesiącu — odparła Krystyna Majewska. — Ale bywa, że co dziesięć dni. Lub co tydzień. Więc często.

— I jak to wygląda? Taki atak.

— Zawsze rozpoczyna się nagle, bez żadnych zapowiadających go symptomów. Dlatego pewnie nazywa się napadowym migotaniem przedsionków. Na ogół robi mi się słabo, ale trwa to chwilę. Czasem mdleję. Ale jest to płytkie zemdlenie. Wystarczy chlupnąć wodą lub klepnąć w policzek. Potem następuje gwałtowny wzrost ciśnienia i tachykardia. Czyli przyspieszenie tętna. Nawet do dwustu uderzeń na minutę.

Nawet sobie nie wyobrażał, że serce może bić tak szybko. I wytrzymać tyle uderzeń. Trochę się wystraszył. Że nie będzie umiał sobie w takiej i z taką sytuacją poradzić.

— I co wtedy? — spytał.

— Muszę usiąść lub położyć się z wysoko uniesioną głową. Mam zawsze przy sobie leki. Wystarczy podać mi zimną wodę. Zawsze stoi w lodówce. Jeśli następuje ponowna utrata przytomności trzeba wezwać pogotowie.

— A jeśli nie będzie mnie wtedy w domu?

Uśmiechnęła się.

— No to nie wezwiesz pogotowia. A po powrocie do domu zajrzysz do szuflady w moim biurku. Tam leży spisany testament. Wszystko, co mam — łącznie z tym mieszkaniem, bankowym kontem i moim samochodem — zapisałam tobie.

Nie zrozumiał.

— Co takiego?

— No, zrobiłam testament i poświadczyłam u notariusza. Jest gotowy i niepodważalny. A w nim moja wola, że wszystko, co mam, pozostawiam tobie. Nie masz zresztą konkurentów do spadku. Jedynie moją mamę. Ale ona jest w domu opieki i ma zabezpieczenie na całą, najdłuższą nawet starość. Na pewno nie będzie podważała zapisu.

— Ale dlaczego? — spytał.

Ta wiadomość tak go zaskoczyła, że nawet nie potrafił ogarnąć jej znaczenia. Dla całej jego przyszłości. Nawet bardzo, bardzo odległej.

— Bo gdyby nie stało się to, co się stało, tak właśnie by było. Byłbyś naszym jedynym synem i jedynym spadkobiercą. Więc ja tym zapisem jedynie przywróciłam dawny porządek rzeczy. Przynajmniej w tej jednej sprawie.

Wiedział, że Amerykanin powiedziałby: I don’t know what tosay. Ale po polsku zabrzmiałoby to zbyt banalnie. I na pewno nie oddawałoby w żaden sposób jego zdziwienia, zaskoczenia i wszystkich poplątanych uczuć, jakich doświadczał. Więc nic nie powiedział. Raz jeszcze pomyślał, że siedząca na przeciw niego kobieta usiłuje odkupić swoje winy. Lub to, co uważa za swoją winę. Bo on nadal nie miał pewności czy istotnie aż tak bardzo zawiniła.

Krystyna Majewska szybko zmieniła temat.

— Denerwujesz się maturą? Masz tremę?

Pokręcił głową.

— Nie. To nie jest trudny egzamin. Przejrzałem wszystkie pytania i zadania z kilku poprzednich lat. Nie było takiego, z którym nie dałbym sobie rady. No, może ustny polski. Bardzo trudno jest poprawnie mówić, kiedy dorasta się w…

Nie chciał użyć słowa bidul. Ani mniej pejoratywnego: dom dziecka.

— No, w takim otoczeniu. Środowisku. Tam nikt nie mówi poprawnie. Nawet wychowawcy.

Krystyna Majewska spuściła oczy, a Grzegorz pomyślał, że do jej worka z przewinami dołożył następny kamyczek. Może niewielki, ale jednak zwiększający ten — i tak pewnie zbyt trudny do udźwignięcia — ciężar. Spróbował to załagodzić.