Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj - Spolsky Mery - ebook + książka
BESTSELLER

Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj ebook

Spolsky Mery

3,7

Opis

Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj to niepokorny debiut literacki Mery Spolsky, który na długo zapadnie Wam w pamięć. Przygotujcie się na nieposkromioną zabawę słowami i dzikie fikołki z wyobraźnią.

Marysia jest dwudziestokilkulatką i właśnie układa sobie życie. A raczej: porządkuje chaos w głowie. Narratorka zabiera nas na kolejne randki, poznajemy jej punkt widzenia na sprawy damsko-męskie. Podglądamy podstarzałą kobietę w barze, która ewidentnie szuka czegoś więcej niż jednonocnej przygody. Wspólnie zastanawiamy się, ile jeszcze czeka nas spokojnych dni wypełnionych filmami z Netflixa, pochłanianiem lodów i drapaniem zwierzaków po brzuchach. Wkurzamy się na absurdy codzienności, Instagram i zniekształcone życie zamknięte w kwadratach.

Autorka pisze o chłopcach, których kiedyś kochała. Dziewczynach, które były jej przyjaciółkami. Rodzicach, którzy byli i są jeszcze kimś więcej. Oraz o tej najważniejszej relacji – z samą sobą, bo to przede wszystkim opowieści o świadomym wyznaczaniu własnych granic. O naginaniu zasad.

W szerszej perspektywie to też arcyciekawy (auto)portret całego pokolenia współczesnych młodych kobiet.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (122 oceny)
41
35
21
15
10
Sortuj według:
Charionette08

Całkiem niezła

W opisie książki możemy przeczytać, że mogłaby być "arcyciekawym (auto)portretem całego pokolenia współczesnych młodych kobiet.” Czy nim jest? Muszę przyznać, że jako dwudziesto paro latka rzeczywiście odnajduję na stronnicach książki myśli, które mogłyby być moimi, lub zostać wyjęte z mojego pamiętnika (oczywiście nie w tak poetyckim stylu). I wierzę, że dotyczy to również wielu dziewczyn młodszych lub w podobnym wieku. Jednak obraz jaki wyłania się po spojrzeniu na całość lektury, wydaje mi się dość infantylny, niedojrzały i na dłuższą metę mdli. Treść przepełniona jest ciekawą grą słów i formy, ironią, rzeczywiście czasem skłania do refleksji, jednak odnoszę wrażenie, że za bardzo przerysowana w jedną stronę stworzyłaby co najwyżej portret człowieka karykaturalnego. Na myśl że współczesna młodość (po ustaniu burzy hormonów oczywiście) jest tylko tym o czym pisze Spolsky – robi mi się niedobrze. Książka momentami również bawi, ale czy inspiruje tak jak chciała autorka, mam wątpliwośc...
21
sao2201

Nie oderwiesz się od lektury

świetna. Mery cudownie operuje slowem.
10
magdala36

Całkiem niezła

Świat widziany oczami młodej kobiety. Trywialność, z tego składa się nasze codzienne życie. Drobne sprawy, małe problemy, które czasem w naszym umyśle urastają do rangi międzynarodowych. I te nasze jedynie słuszne poglądy na wszystko. Ile razy nie ogarniam tego czy owego, i mówię, ja się dzisiaj zabiję. I idę dalej. Podoba mi się język autorki, porównania i nawiązania do literatury. Dużo jest o kulturze popularnej, która wyznacza różne standardy. No w ogóle dużo tam fajnych rzeczy
00
agnieszkapaszek98

Nie polecam

Rozrzucone luźno myśli, stos rymów przebijający się przez książkę bardzo zniechęcają. Myślałam, że wydarzy się coś ciekawego, ale to taka trochę zbieranina wszystkiego i niczego.
00
bryjam

Całkiem niezła

Lektura ciekawa. Miło się czyta, chce się kolejnej strony. Nie jest to książka do której chce się wracać kolejny raz po przeczytaniu. Zdecydowanie bardziej cenię sobie teksty piosenek Mery. Marysiu nie zabijaj się dzisiaj po tym co napiszę. Pisz więcej. Ale nie książek. Piosenek. Proszę.
00

Popularność




Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj...

Mam dwadzieścia sześć lat i dołek w lewym policzku. Muszę się uśmiechnąć, aby był widoczny, ale to akurat nie problem. Bardzo dużo się śmieję i jeszcze więcej ryczę w poduszkę. To wszystko przez lustro, co wisi u mnie w pokoju. Widziało już moje szpagaty, soczysty tyłek w stringach, oczy czerwone z rozpaczy, serce wyrwane z żeber, poszerzone źrenice po udanym koncercie i śmierć Mamy jedenastego listopada. W szkole mówili na mnie „Żuk”, „Merka”, „Mery”, „Marysia”. W domu było „Maryńcia” i wszelkie pały z matmy więdły na to hasło. Byłam kujonem z polskiego i debilem z fizyki. Ciamajdą na wuefie i gwiazdą w szkolnym musicalu. Nosicielką obcasów już w podstawówce i nieśmiałym dzieckiem w kiosku. Skrzywionym kręgosłupem od skrzypiec i zdartym gardłem od śpiewania Metalliki w piwnicy. Wyszczekanym pieskiem na scenie i cichą myszką w urzędzie. Laureatką konkursu na najlepsze opowiadanie w gazetce „Witch” i przegrywem na wielu castingach. Odpowiednim kompanem do świrowania i hamulcowym, gdy trzeba skakać z mostu. Najsmutniejszą dziewczyną na planecie i śmiechem zaraźliwym jak wirus. Jestem Wednesday Addams i Gwen Stefani. Czarnym i białym.

Z chłopakami było tak, że najpierw ich nie było. Pojawiali się za to w wierszach i niezliczonych piosenkach w szufladzie. Kilka lat temu liczyłam i wyszło ich ponad trzysta. Piosenek, nie chłopaków. Nie byłam i nie jestem wybredna, liczy się grzywka i wnętrze. Lubię też dziewczyny. Przekonacie się o tym niebawem, a jak już przeczytacie całą książkę, to zniknę. Zapadnę się pod ziemię. A może spalę się ze wstydu? Mam kaprysy, mam na udach rysy, cellulitowe zwisy. Mam humory, wybór tych złych spory, wszystko zależy od pory. Ubieram się na czarno, bo chudsza wtedy noga. I łatwiej z wyborem kreacji, co spocznie na mnie w trumnie. Poza tym umrzeć na czarno brzmi cholernie dumnie. Nie boję się śmierci, bo przyszła do nas w listopadzie. Urodziłam się czternastego listopada. Nie przystąpiłam do komunii świętej. Zdałam maturę i mam dyplom magistra. Ledwo nauczyłam się jeździć autem. Nigdy nic sobie nie złamałam. Zjadłam dużo krewetek, stresu i włoskiej pizzy. Mam brązowe włosy, zielone oczy i zawsze o dziesięć kilo za dużo. Mam głodny brzuszek, nie jem, choć muszę, a gdy się już skuszę, to kurczy się ciuszek. Nie lubię zdrobnień, ale czasem się rymują. Kręcą mnie słowa, herbata bez cukru i bąbelki w winie. Jestem Madame Salami, możesz ciąć mnie garściami, szczególnie w obszarze zwanym udami.

Jeśli chodzi o masochizm, to nigdy się nie cięłam, bo preferowałam walenie głową w ścianę. Głupia sprawa, szkoda ściany. Szczególnie że w moim pokoju jest zawsze porządek, dużo instaxów i dużo książek. Raz czytam, a raz mam przerwę, w szkole królowa streszczeń, w życiu streścić się nie umiem. Mówią, że jestem równą babką, czasem słodką, a czasem idiotką. Przejmuję się tym, co myślą ludzie, wzdycham ciężko, śpię za długo. Mam psa o imieniu Lolek, kochającego Tatę i stos butów po Mamie. Niestety nie mój rozmiar, więc kurzą się na strychu. Zdarza mi się biegać, choć częściej chyba po sklepach. Świst wieszaków działa na mnie kojąco, a nowe swetry idealnie chłoną łzy. Mam już przećwiczone wszystkie smutne miny i pierwsze zmarszczki na czole. Boję się siwych włosów i słowa „nie” z ust chłopaka. Jeszcze nigdy nikt ze mną nie zerwał i sama się temu dziwię. Mój termin wytrzymałości trwał najdłużej dwa i pół roku, więc jak kiedyś dobiję do trzech, to będę mogła mówić, że to ten jedyny. Zdarzyło mi się rzucić chłopaka przez mejla. Ukradłam kiedyś ze sklepu żelkę. Całowałam się kiedyś z zajętym. Byłam raz zajęta, jak się całowałam.

Szybko się wściekam, a skroń wibruje mi wtedy jak czajnik, gdy woda już gotowa. Czasem siebie uwielbiam, a czasem nienawidzę. Gdy szczeknę na tego, kto rano przyniósł herbatę. Gdy palnę głupotę lub język poplącze mi się niezdarnie przed setką oczu. Gdy zerknę w lustro. Gdy ryczę przez dwa dni w pidżamie, a świat, jak na złość, pędzi dalej. Mama mówiła, że „uwielbiam” ma silniejsze rażenie niż „kocham”, zatem uwielbiam się nienawidzić.

Codziennie próbuję być dobrą osobą. Rozwieszam pranie, ścieram kurze, uśmiecham się do ludzi, głaszczę zwierzęta. Każdego dnia wysyłam Tacie esemesa z serduszkiem. Starannie dobranym, głośniejszym niż „kocham”. Na dobranoc wiszę na telefonie i mówię, że życie jest piękne. Nie lubię niewyjaśnionych spraw, lubię wyjaśniać. Śmierć kręci mnie od momentu, gdy twarz Mamy zbladła i czarny worek przemknął po schodach. Tego akurat nie da się wyjaśnić. Czasem jest mi tak smutno, że aż więdną kwiaty. Czasem myślę, że jestem obrzydliwą osobą i marszczę demonicznie brwi do lustra. Zawsze chcę, by było dobrze. Kocham do grobowej deski. Nienawidzę jak w filmach.

Czy jestem dobra?

Nie wiem.

Czy jestem dobra dla siebie?

Sami oceńcie.

Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj.

.

TRAPOWE OPOWIADANIE

Lubię, gdy on trzyma tam swoje łapy, lubię ostre trapy, lubię trajbale i bale, miłe lale. Nie lubię, gdy mi odpierdale. Lubię, gdy stanik trzyma mocno cycki, opina, nie wygina, lubię na nich drina. Nie lubię push-upów za wielkich, bo widać i obciach. Lubię, gdy liżesz podparty na łokciach.

Nie przepadam za przegrywaniem,

nieodpisywaniem,

chmurami

i tofu.

Ale już wasabi uwielbiam, i gdy piecze kark od słońca, picie coli zero bez końca, nie lubię, gdy ilość lajków malejąca. Nie za bardzo w moim guście jest siedzieć po turecku, ale herbatę turecką już lubię i kebab o trzeciej w nocy. Nie lubię mówić „pomocy” ani brudnych kocy, rymów powtarzalnych i rozwiązań banalnych, nie lubię pizzy hawajskiej i kuchni fusion, nie kumam mortadeli z melonem, ale żurawina już jest spoko. Lubię ładne dziewczyny, długie włosy, pornosy, jak nie ma między nami kosy, z serem naczosy, nie lubię, gdy wciągają nosy. Jak za długo siedzą mi w domu, to nie lubię, ale samotnością też gardzę, bo gdy brak adoracji, to tyłek mi opada. Nie lubię krytyki, lubię zachwyty, lubię, gdy blat jest umyty, wkurwiają mnie niewyniesione śmieci. Zbyt długo trzymanych rupieci nie lubię, bo kojarzą mi się z dziadowaniem, a tego też nie lubię. Lubię słyszeć śmiechy, stuknięcie szklanek, lubię późny poranek, nienawidzę w łóżku kajdanek. Nie za bardzo mi miło, gdy to ja proponuję, źle się czuję, gdy deszcz plany psuje, ale latem już kocham biegać w strugach burzy i z włosów wodę wyciskać, nosić za dużą bluzę jakiegoś typa i całować się na przypał. Lubię szaleństwo jak kradzież wózka w sklepie, nie lubię, gdy ktoś po plecach mnie klepie, mam na myśli tak na serio, nie metaforycznie, tylko fizycznie. Klepanie po plecach działa na mnie panicznie. Wkurwiam się, gdy siedzisz za długo w internecie, zamiast gapić się na gwiazdy lub stringi, które robię ze zwykłych majtek. Nie lubię, gdy się śmiejesz, że mam wąsy, bo potem naprawdę myślę, że je mam, i patrzeć w lustro nie mogę. Lubię, gdy wycierasz podłogę, uwielbiam, gdy już nie mogę. Strasznie mnie denerwuje, jak nie odpowiadasz na pytania, jak biegacze mnie wyprzedzają i jak pies się nie słucha, gdy się spieszę.

Lubię, gdy odnosisz sukcesy,

lubię dźwięk otwieranego wina,

zapach nowych perfum

i zlizywanie toffi z torsu.

Lubię ramen, choć siorbanie mi nie leży, czuję niedosyt, gdy nie

jęczysz, nie lubię, gdy jest cicho. Kocham małe szczeniaczki, co skaczą i są puchate, ale nie lubię patrzeć, jak cierpią, i nienawidzę, gdy robią siku w domu. Lubię w sobie dobry humor, gdy przed snem się uśmiecham do ściany, nie mogę znieść momentów, w których dzwonisz najebany.

Czuję wstyd,

gdy czytasz moje wiadomości,

brakuje mi czasem czułości,

a bywają takie dni,

kiedy sama wolę się zamknąć w domu,

wziąć prysznic i zjeść wszystko,

co jest w lodówce.

Mam dosyć zadręczania się myślami, lubię ciepłe napoje w Oslo i białe wino na Cyprze, mam wielką potrzebę kupowania sobie prezentów, nawet gdy pustka w portfelu. Lubię być odpowiedzialna, seks na dworze uwielbiam, letnie wieczory ubóstwiam, gdy świerszcze zagłuszają esemesy. Brzydzą mnie cudze sedesy. Lubię jechać samochodem po prawej stronie, czyli dobrze rozumiesz – nienawidzę prowadzić. Nie potrzebuję drogich aut, więc nie wiem, czy je lubię, ale imponują mi na pewno spontaniczne przejażdżki.

Lubię jeziora

i skoki na golasa,

lubię twojego kutasa,

lubię to słowo,

lubię,

gdy inni się burzą na słowa.

Lubię robić wszystko na opak, specjalnie, aby właśnie wszystkim udowodnić, że nie będą mi nic kazać, nie lubię się mazać. Ale lubię smutne piosenki i łzy wzruszenia pod powieką, nienawidzę pogrzebów w kościele, lubię białe pościele. Kocham trzymać się za ręce, nieważne, czy z nim, czy z kimś innym, po prostu lubię być trzymana i najebana, ale nie lubię być w brzuch kopana.

Pamiętam, jak mnie kopnął kiedyś w brzuch jeden koleś i straciłam wiarę w facetów, ale minęły trzy minuty i mi przeszło, bo jestem naiwna. Nie lubię być naiwna. Ale lubię być dziwna. Nie lubię glonojadów, tych w akwarium i tych z blond włosami, lubię, gdy jesteśmy sami, lubię oklaski między piosenkami. Napompowane usta nie są w moim guście, nie mówiąc już o biuście, chociaż patrzę zawsze z ciekawością. Lubię być seksi, ale nie dla tych kolesi, co lubią jeździć audi. Kocham to, co robi Gaudí, szczególnie gdy patrzę tu i teraz i wbija mnie w materac.

Lubię stare katedry i kościoły,

nie lubię szkoły,

bo kojarzy mi się ze wstawaniem zbyt wcześnie

i wieczną konkurencją.

Lubię konkurować,

ale nie lubię swojego charakteru,

który każe mi być zawsze najlepszą.

Lubię patrzeć, jak się pieprzą,

lubię grilla

i lubię, gdy trwa chwila.

Spacery nad wodą, nad Wisłą, lubię zapach i kolor, zgniły, zielony, przyjemny. Lubię obserwować fale, wypatrywać wirów wodnych i nie lubię sobie wyobrażać trupów w wodzie, choć robię to często. Szczególnie w kontekście własnej osoby.

Lubię flirt w tej pierwszej fazie, kiedy nikt jeszcze nie zna wad drugiego, kiedy jeszcze mi się chce i mam czas się malować. Lubię się pod kołdrą schować, lubię się dołować, choć nie lubię się za to pałować. Lubię słuchać soundtracków do filmów Allena, nie lubię imienia „Selena” i gdy ktoś wita mnie „siema”. Lubię Woodstock, kurz, piwo wygazowane i glany, podartą koszulkę, pot na czole, kefir z ziemniakami i całowanie na dole. Nie lubię sukienki Mamy, w której musieliśmy ją pochować. Lubię się dobrze zachować, bo czuję się potrzebna, nie lubię, gdy coś jest z drewna, lubię, gdy mówisz na mnie „królewna”. Lubię afery o późnej porze, obrażanie się i tętno podwyższone, gdy martwisz się o mnie, wtedy czuję, że ci zależy, więc gdy wychodzę ostentacyjnie, to lubię, jak biegniesz.

Przepadam za chłopakami,

nieważne, w jakim wieku

i jaki kolor włosów,

po prostu lubię w nich uśmiech

i błysk w oku.

Podoba mi się muzeum Edvarda Muncha w Norwegii, lubię spokój mojego Taty i kolor zielony na drzewach. Lubię imię „Ewa”, przyjaźnie z dziewczynami, malowanie paznokci w pidżamie i obrazy na ścianie. Nie lubię paprochów na dywanie, zużytych baterii i gadania o sprzętach i kablach, nie lubię odcisków na piętach. Nie lubię mieć cię w dupie, bo wiem, że wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że może już cię nie kocham. Nie lubię kończyć związków, ale lubię, gdy coś się kończy. Lubię zmiany, nie lubię dostawać piany, ale w wannie już lubię, najlepiej ze świeczką. Lubię mieć dreszcze, mam je, gdy głaszczesz mi szyję. Lubię pieniądze niczyje, na ulicy rozsypane, i lubię rozglądanie się na boki, czy nikt nie patrzy.

Lubię autobusem się przejechać,

gdy lekko okno uchylone,

nie lubię, gdy czuć starość w środku,

i wkurza mnie, gdy są korki.

Lubię wtorki,

bo są mniej zobowiązujące niż poniedziałki. Co tydzień szykuję listę obowiązków i wpisuję je w swoją tabelkę. Lubię się z nich wywiązywać, nie lubię się podlizywać. Podoba mi się używanie „XDDD” na fejsbuku, lubię ulicę Harajuku i frytki z sosem pieprzowym. Lubię, gdy ser ciągnie się na pizzy, i nie lubię, gdy wyliczasz mi kawałki, nienawidzę skąpstwa i cudzego potomstwa. Wkurza mnie, gdy nie piszę piosenek i gdy nie tworzę, lubię siedzieć na dworze. Nie lubię czepialstwa o złą formę gramatyczną, nie lubię okularów zatłuszczonych i mam dość warzyw mrożonych. Lubię randki z romantyzmem, ale bez przesady, bo gdy facet jest księciem, to ciepłe kluchy się robią, a ja wolę al dente. Lubię komplementy przegięte, chamskie i bezpośrednie. Lubię nosić rozmiary średnie. Płakać mi się chce, gdy myślę o Mamie, lubię śniadania w Samie, bajgle lubię piec w piekarniku, miło, jak są świeże, w Boga nie wierzę.

Nie lubię bałaganu, bo wtedy od razu sobie myślę, że całe życie takie będzie, w chaosie i nie w sosie. Kocham jeść krewetki, kocham z Ikei serwetki, mam bzika na punkcie czystości, lubię wyznanie miłości. On zawsze musi zrobić to pierwszy, nie lubię, gdy czekam za długo, lubię potem odtwarzać w myślach ten moment jak zapętlony film, ubóstwiam fakt, że nikt nie może podejrzeć, co mam w głowie. Lubię cydr gruszkowy na cytadeli, lubię, gdy najpierw mnie nie chcieli, a potem dzwonią sami.

Lubię spocić ciało, nie lubię, gdy jestem gorsza, kocham zakwasy i burgery z dorsza. Imponują mi często ludzie, lubię się od nich uczyć, a najbardziej przepadam za typem osób, co na wszystko znajdą jakiś sposób. Nie lubię malkontentów, instagramowych kontentów, blogerek ze słabą dykcją i książek z bajkową fikcją. Czasami nie lubię czytać i bardzo się tego wstydzę, szczególnie gdy on czyta dużo, lubię chlupnąć kałużą. Lubię Open’era, kocham, gdy on się do mnie dobiera, bo jestem z tych lasek, co chciałyby mieć klasę, ale same nie wiedzą, gdzie jest ta granica.

Lubię, gdy krótka jest spódnica.

Nie lubię słowa „miednica”

i gdy mówisz, że mam dużą

i że niby to dobrze, bo kobiety tak mieć powinny.

Lubię to, że jesteś inny, nie masz nigdy pretensji, lubię świrować, że jestem zazdrosna. Likier kawowy uwielbiam, makaroniki z maca są spoko, lubię malować oko, nie lubię, gdy kreska mi nie wychodzi. Krępuję się przy przystojnych facetach, odbiera mi nagle zdolność normalnego myślenia. Wściekam się, gdy głośnik się rozładuje albo jak chcę białe pieczywo, a wiem, że nie mogę. Latem lubię piwo. Kręcą mnie luksusy typu ty, ja i szampan, ale nie lubię, gdy kosztował dużo. Lubię opcję Biedronka i lubię, gdy on stawia. Nie lubię marnotrawienia czasu na nudnych wykładach, więc cieszę się, że studia mam za sobą.

Nie

    lubię

starych

dziadów

z wąsami,

ale uwielbiam

starszych

facetów.

Lubię wyjazdy do Francji, ale nie lubię brudnych hoteli, nienawidzę, jak w mop wkręcają się włosy, wolę rozwieszanie prania zamiast opróżniania zmywarki. Lubię z sosem czosnkowym talarki. Lubię mówić głośno o swoich fantazjach, robić sobie dobrze nad twoją twarzą i gdy kotlety się smażą, lubię mięso, ale lubię też wegetariańskie dania, nie lubię krótkiego spania, nie lubię długo czekać na śniadania. Moje ulubione świece to te, co palą się długo, nie kumam tych naturalnych, nie czuję różnicy. Lubię, gdy wszystko planujesz i nic się nie zmienia, ale lubię wylądować przez przypadek z kimś w łóżku. Nie lubię lądować samolotem, ale lubię, gdy lecę.

Spakowane

walizki

uwielbiam

i odgłos kółek mnie kręci. Piwo o piątej rano za dwadzieścia złotych na lotnisku dla zasady kupione, pomidory w puszce krojone, nienawidzę tych w całości. Lubię wyobrażać sobie, że mi się oświadczasz, bo fajnie jest poczuć się chcianą. Ale nie lubię, gdy facet naciska na wspólne mieszkanie, bo to psuje adorowanie. Nie lubię, gdy robotnicy gwiżdżą na moją dupę, ale lubię sprośne komentarze na fejsie. Nienawidzę mieć kompleksów, kocham pewne siebie dziewczyny i sok z cytryny. Lubię być samolubna i gadać tylko o sobie, ale nie robię tego z kurtuazji. Lubię dostosowywać się do twoich fantazji.

Lubię pisać,

co lubię i czego nie lubię,

bo jak to czytasz,

to myślisz tylko o mnie.

Widzisz stos zdań o moich gustach.

Utrwala ci się w głowie,

jaka jestem, a jaka nie.

I albo po tym tekście mnie lubisz,

albo nie.

Choć niby nic on nie znaczy, bo to tylko zbiór jakichś rzeczy, to i tak już masz o mnie jakieś zdanie. Prawda, kochanie? Trapowe opowiadanie.

A jak masz z tym Pro8l3m, to trudno.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Projekt graficzny okładki i środka, ilustracje i skład wersji papierowejTomek Kuczma
Ilustracja róży na s. 279ze zbiorów Biodiversity Heritage Library
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaBerenika Wilczyńska
KorektaTeresa Zielińska Natalia Galuchowska
Management Mery SpolskyAgata Furmanek – [email protected]
Copyright © by Mery Spolsky, Warszawa 2021 Copyright for this edition © KAYAX Production & Publishing Sp. z o. o. /Wielka Litera Sp. z o. o., Warszawa 2021
ISBN 978-83-8032-645-3
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
KAYAX Production& Publishing Sp. z o. o. ul. Obrońców 2B 03-933 Warszawa
Konwersja: eLitera s.c.