Śmierć w Lizbonie - Robert Wilson - ebook + książka

Śmierć w Lizbonie ebook

Wilson Robert

0,0

Opis

Rok 1941, Portugalia pod faszystowskimi rządami Salazara. Klaus Felsen, niemiecki przedsiębiorca zwerbowany przez SS, przybywa do Lizbony. Niemcy, szykujący się do inwazji na froncie wschodnim, rozpaczliwie potrzebują portugalskiego wolframu, używanego do utwardzania pancerzy czołgowych. Jednak Salazar oddał wydobycie rud pod kontrolę Anglików. Felsen przeprowadza więc karkołomną, tajną operację, przemycając ze Szwajcarii złoto, zabrane Żydom w obozach śmierci, i płacąc nim za nielegalne wydobycie oraz transport wolframu. Nie robi tego sam. Joaquim Abrantes jego portugalski wspólnik pchnie tę historię na jeszcze mroczniejsze tory. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 664

Rok wydania: 2004

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Śmierć w Lizbonie

 

Robert

Wilson

Śmierć w Lizbonie

Z angielskiego przełożyłaMałgorzata Fabianowska

POLNORDICA

 

Tytuł oryginału: „A Small Death in Lisbon”

Ilustracja na okładce: CORBIS/FREE

Projekt okładki: Jerzy Dobrucki

Redakcja: Małgorzata Nesteruk

Copyright © Robert Wilson 1999

All rights reserved.

For the Polish edition:

Copyright © 2004 by POLNORDICA Publishing Sp. z o.o.

ISBN 83-7264-264-8

Druk: FINIDR, Czechy

Adres wydawcy:

POLNORDICA Publishing Sp. z o.o.

05-400 Otwock, ul. Powstańców Warszawy 3

tel. 0 22 719-50-80

e-mail: [email protected]

http: //www.polnordica.com.pl

Wydawca jest członkiem Polskiej Izby Książki, Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wydawców oraz Izby Wydawców Prasy

 

Dla Jane i mojej matki

 

Jakkolwiek powieść jest oparta na faktach historycznych, fabuła została przeze mnie wymyślona. Wszystkie postacie i zdarzenia są całkowicie fikcyjne i nie wykazują żadnego podobieństwa do prawdziwych zdarzeń oraz osób żyjących bądź zmarłych.

 

PODZIĘKOWANIA

Pragnę podziękować Michaelowi Bibersteinowi za czuwanie nad poprawnością mojego niemieckiego oraz Anie Nobre de Gusmão za tę samą pomoc, jeśli chodzi o język portugalski.

W czasie pracy nad powieścią rozmawiałem z wieloma osobami, których wiedzy, intuicji oraz książkom, jakie mi poleciły, bardzo dużo zawdzięczam. Chciałbym zwłaszcza podziękować: Mizette Nielsen, Paulowi Mollet, Alexandrze Monteiro, Natalie Reynolds, Elwinowi Taylorowi i Nickowi Rickettsowi.

Napisanie tej książki wymagało bibliotecznej kwerendy, w której wydatnie pomogli mi pracownicy bibliotek: The Bodleian w Oksfordzie oraz Biblioteca/Museu „República e Resistência”, Biblioteca de Estudos Olisiponenses i Biblioteca Nacional w Lizbonie.

Byłem również w Beirze, gdzie szczególnie życzliwi i pomocni okazali się: R. A. Naique, dyrektor kopalni Beralt Tin&Wolfram, Fernando Pãolouro z dziennika „Journal do Fundão”, José Lopes Nunes i radny Penamacor Francisco Abreu. Ponadto pragnę podziękować mieszkańcom Fundão, Penamacor, Sabugeiro, Sortelha i Barco za ich pomoc i wspomnienia, które mi przekazali. Dziękuję również Manuelowi Quintasowi i pracownikom hotelu Pálacio w Estoril.

Zadedykowałem tę książkę mojej żonie, lecz sądzę, że nie jest to wystarczająca rekompensata za nieocenioną pomoc i wsparcie, jakie od niej otrzymałem. Dyskutowała ze mną niezmordowanie na temat kształtu powstającej książki, spędzała całe tygodnie w Oksfordzie i w Lizbonie, zbierając potrzebne mi materiały, a w czasie długich miesięcy pisania podtrzymywała mnie na duchu i zagrzewała do pracy. Okazała się również świetnym redaktorem. Bez twojej pomocy, Jane, moja praca byłaby podwójnie ciężkim trudem. Dziękuję za wszystko.

Leżała na posłaniu z igieł, patrząc w słońce przenikające przez gałęzie pinii. Tak, właśnie tak... Myślała o innym czasie, o innym miejscu, kiedy podobnie jak teraz wdychała sosnowy aromat z ostrą nutą żywicy. Stopy zagłębiały się w ciepłym piasku, gdzieś z boku dochodził bezustanny łomot fal, a muszla, którą trzymała przy uchu, delikatnie powtarzała potężny szum oceanu. Robiła coś, czego nauczyła się lata temu - próbowała zapomnieć. Oczyścić tablicę umysłu. Napisać na nowo własny życiorys. Namalować i utrwalić w pamięci inny obraz tamtej półgodziny, od momentu kiedy na ulicy odwróciła się z uśmiechem, aby odpowiedzieć na pytanie: „Czy możesz mi powiedzieć, jak...?”. Och, procedura wymazywania przeżyć z pamięci nie była łatwa. Kiedy udało się jej zesłać w niebyt jedną rzecz i stworzyć jej nową wersję, okazywało się, że należy w ten sam sposób przepracować kolejną. Łatwo było się w tym wszystkim zatracić i do reszty zapomnieć, kim się jest naprawdę. Dlatego musiała być czujna. Lecz mimo wszystko wołała odciąć się od przeszłości i żyć chwilą, nie wykraczając naprzód dalej niż o milimetr - tyle, byle trwać tak jak teraz, w aromacie sosnowych igieł, w ciepłym blasku słońca. Lekka bryza połaskotała ją w nagie podbrzusze. Stanik cisnął nieznośnie. On wróci. Widział moją twarz, odczytał to z mojej twarzy. Wie, że go znam. Rzeczywiście, znała go, lecz nie potrafiła umiejscowić ani nazwać tej postaci. Przewróciła się na bok i uśmiechnęła się, słysząc szmer przypominający odgłos zalewania mlekiem śniadaniowych płatków. Uklękła, obejmując szorstką korę pnia dłońmi o krótkich, obgryzionych paznokciach. Szybkim gestem strząsnęła igliwie z jasnych włosów i nasłuchiwała kroków, ciężkich kroków. Czy to odgłos butów na zamarzniętej trawie? Niemożliwe. Rusz się! Nie mogła pokonać paniki i ruszyć się. Nigdy nie zdołała pokonać paniki. W ostrym błysku, jakby w jej głowie nagle ruszyła taśma filmowa, zobaczyła małą, jasnowłosą dziewczynkę skuloną na schodach i siusiającą w majtki, bo on napastował ją i nie mogła już tego znieść. Ruch i zamęt. Eksplozja straszliwej energii. Gwałtowny przeciąg; drzwi, które z łoskotem zatrzasnęły się w głębi domu. Głuchy huk. Czerwony miąższ arbuza, rozpryskujący się na klepkach podłogi. Rozstępująca się skóra. Krwawe bryzgi na jasnych włosach. Rozstępujące się kości czaszki. Szorstka kora rozcięła jej czoło. Duże, niebieskie oczy spojrzały w czarną pustkę.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

15 lutego 1941, koszary SS przy Unter den Eichen, Berlin-Lichterfelde

Nawet jak na tę porę roku mrok nastał zbyt wcześnie. Śniegowe chmury, wiszące nisko jak potężne, szare zeppeliny, przyspieszyły zaciemnienie. Właściwie nie było potrzebne, po prostu standardowa procedura. W taką pogodę nie poderwałby się do lotu żaden bombowiec. Od świąt nie było ani jednego nalotu.

Kelner z kantyny oficerskiej, ubrany w białą kurtkę i czarne spodnie, przyniósł na tacy herbatę. Cywil nie podniósł głowy znad gazety, której nie czytał. Kelner czekał przez chwilę na dalsze zamówienia, po czym oddalił się dyskretnie. Na zewnątrz, w ciszy, śnieg zasypywał ruiny przedmieścia, okrywając białym, maskującym kożuchem leje po bombach, szczerby murów rozkruszonych salwami z moździerzy, podziurawione dachy i czarne tunele ulic.

Cywil nalał sobie filiżankę parującego płynu, wyjął z kieszeni papierośnicę, a z niej białego papierosa, napełnionego czarnym tureckim tytoniem. Delikatnie postukał końcem bez filtra o wieczko papierośnicy, na którym gotyckimi literami wygrawerowano inicjały „KF”, po czym wetknął papieros w usta i zapalił srebrną zapalniczką. Z kolei ten przedmiot, zdobyty w wyniku mimowolnej kradzieży, zdobiły inicjały „EB”. Zaciągnął się, wypuścił dym, po czym upił łyk z filiżanki.

Herbata, pomyślał z niechęcią. Gdzie się podziała mocna czarna kawa?

Zaciągnął się jeszcze mocniej i delikatnym ruchem palców strzepnął drobinki popiołu z czarnego garnituru. Jakość materiału i mistrzostwo żydowskiego krawca przypomniały mu, czemu nie może cieszyć się chwilą taką jak ta. W wieku trzydziestu dwóch lat był świetnie prosperującym biznesmenem i zarabiał więcej, niż mógł sobie kiedykolwiek wyobrazić. Wtedy pojawiło się coś, co mogło na zawsze przerwać jego dobrą passę. Tym czymś było SS.

Tych ludzi nie mógł zlekceważyć. Dzięki nim miał zamówienia, a jego fabryka - Neukölln Kupplungs Unternehmen, wytwarzająca łączniki wagonowe, pracowała pełną parą, zaś on sam kreślił plany dalszej przemysłowej ekspansji. Mógł się bowiem pochwalić statusem Förderndes Mitglied, sponsorującego członka SS, co oznaczało, że miał zaszczyt zapraszać ludzi w czarnych mundurach na nocne wypady do miasta. W zamian zyskiwał pewność, że jego interesy nie będą zagrożone. Co prawda, ów status nie miał ciężaru gatunkowego Freunde der Reichsführer-SS, przyjaciela dowództwa SS, lecz zapewniał wystarczająco duże apanaże. Jak również zobowiązania, o czym się właśnie miał okazję przekonać.

Od dwóch dni zmuszony był mieszkać w koszarowych blokach, przenikniętych wonią gotowanej kapusty i pasty do podłóg, osadzony w militarnym, obcym mu świecie oberführerow, brigadeführerów i gruppenführerów. Kim właściwie byli ci ludzie z trupimi główkami na czapkach, bez przerwy zadający pytania? Co robili w chwilach, kiedy nie dociekali, kim byli i co robili jego dziadkowie i pradziadkowie? Prowadzimy wojnę z całym światem, a im nagle najbardziej potrzebne jest twoje drzewo genealogiczne.

Nie był jedynym kandydatem. Ściągnęli tu także innych przedsiębiorców, jednego z nich znał. Wszyscy z branży metalowej. Z rodzaju pytań, jakie mu zadawano, bynajmniej nie specjalistycznych, a raczej mających sondować charakter i zdolności, domyślił się, że chcą go do czegoś zatrudnić.

Ordynans, adiutant, czy jak tam go nazywano, wszedł do kantyny, zamykając za sobą drzwi cicho i starannie jak w czytelni.

- Herr Felsen. - Adiutant usiadł naprzeciwko ciemnowłosego cywila o szerokich, nie po wojskowemu przygarbionych ramionach.

Klaus Felsen szurnął pod stołem swoją sztywną stopą i łypnął na rozmówcę szaroniebieskimi oczami, marszcząc wydatne czoło.

- Pada śnieg - powiedział.

Adiutant z trudem mógł uwierzyć, że SS uznało takiego... takiego kmiota, obdarzonego wprawdzie nieprawdopodobną zdolnością do języków, za poważnego kandydata do zadania.

- Pańskie sprawy idą dobrze, Herr Felsen - stwierdził, ignorując towarzyskie wstępy.
- Tak? Ma pan wiadomości z mojej fabryki?
- Niezupełnie. Oczywiście, jeśli panu...
- Być może wszystko idzie dobrze dla was, lecz ja tracę pieniądze - powiedział z naciskiem fabrykant. Nerwowe spojrzenie adiutanta nie uszło jego uwagi.
- Czy gra pan w karty, Herr Felsen?
- Moja odpowiedź brzmi jak poprzednio - gram we wszystko oprócz brydża.
- Dzisiaj w klubie oficerskim umówili się na partyjkę wysocy oficerowie SS.
- Mam zagrać w pokera z Himmlerem? To nawet interesujące.
- Z gruppenführerem Lehrerem - uściślił adiutant.

Felsen wzruszył ramionami. Nie znał tego nazwiska.

- Zatem ja kontra Lehrer?
- Oraz brigadeführerzy Hanke, Fischer i Wolff, których już pan zna, a także inny kandydat. To okazja dla pana... dla nich, aby poznać pana... w nieco przyjemniejszej, swobodniejszej atmosferze.
- Poker nie został jeszcze uznany za grę dekadencką?
- Gruppenführer Lehrer jest znakomitym graczem. Myślę, że...
- Proszę nie kończyć.
- Myślę, że warto by było, aby... aby pan przegrał.
- Większą sumę?
- Zostanie panu zwrócona.
- Mam wystawić rachunek?
- Niezupełnie. Otrzyma pan rekompensatę... w innej formie.

-A więc poker - powtórzył Felsen, zastanawiając się, w jak bardzo swobodnej atmosferze przebiegnie rozgrywka.

- Wybitnie międzynarodowa gra - podsumował adiutant, wstając. - Zatem proszę być gotowym na siódmą. Sugerowałbym czarny krawat.

 

Ewa Brücke siedziała przy biureczku w małym saloniku swojego apartamentu, znajdującego się na drugim piętrze przy Kurfürstenstrasse, w śródmieściu Berlina. Pod czarnym jedwabnym kimonem, haftowanym w złote smoki, miała tylko koronkowe majteczki. Kolana okrywał wełniany pled. Paliła, bawiąc się pudełkiem zapałek, i myślała o nowym plakacie, który pojawił się na ścianie jej kamienicy. Napis głosił: „Niemieckie kobiety, wasz wódz i ojczyzna ufają wam”. Uderzyła ją niepewność przebijająca z wezwania - naziści, a może tylko sam Goebbels, podświadomie ujawniali lęk przed tak osobliwą tajemnicą, jaką jest płeć piękna.

Umysł Ewy porzucił propagandowe chwyty i skoncentrował się na sprawach nocnego klubu Die Rote Katze przy Kürfürstendamm, którego była właścicielką. Interes rozkwitł w ciągu ostatnich dwóch lat, gdyż doskonale wiedziała, czego potrzeba mężczyznom. Wyglądała niewinnie jak dziewczynka i umiała pociągnąć za sznurki, aby wprawić ich w ekstazę. Większość jej dziewczyn nie była piękna, za to posiadały inne pożądane cechy - wielkie, niebieskie oczy o niewinnym spojrzeniu, długie, łabędzie szyje albo słodkie usteczka. Perwersyjne połączenie dziewczęcej naiwności z gotowością do spełnienia każdej męskiej fantazji stanowiło prawdziwą mieszankę piorunującą.

Wzdrygnęła się i odrzuciła pled za siebie, na oparcie krzesła. Zaciągała się zbyt szybko i łapczywie, aż zakręciło się jej w głowie. Zdarzało się to, kiedy była zdenerwowana - a irytowało ją myślenie o mężczyznach. Mężczyźni zawsze przysparzali problemów, a nigdy się nie zdarzyło, by uwolnili ją od jakiegoś. Wyglądało na to, że mają zbyt wiele na głowie. Jak choćby jej ostatni gach. Czy nie mógłby tak po prostu jej kochać? Czy musi ją zawłaszczać, wdzierać się siłą na jej terytorium? Czemu pragnie posiadać coraz więcej i więcej? Może dlatego, że jest przedsiębiorcą, a zajęciem przedsiębiorców jest gromadzenie majątku i dóbr.

Usiłowała wyrzucić z myśli mężczyzn, a zwłaszcza swoich klientów i ich wizyty w kantorze na tyłach klubu, gdzie rozsiadali się po drugiej stronie jej biurka, paląc, popijając i czarując ją, dopóki nie ustalili, że usługa będzie specjalna, bardzo specjalna, przeznaczona tylko dla nich. Doprawdy, powinna być doktorem, jednym z tych modnych, którzy kładą cię na kozetce i rozmowami leczą z obłędu. Zauważyła, że w czasie wojny gusty klientów zmieniają się. Teraz pożądali bólu - takiego, który chcieli zadawać sami, bądź takiego, który trzeba było zadawać im. Tylko ten jeden człowiek przyszedł i poprosił ją o coś tak niezwykłego, że obawiała się, iż nie podoła zamówieniu. Był tak spokojny, zrównoważony i zamknięty w sobie, że nigdy by nie pomyślała...

Zapukano do drzwi. Zdusiła niedopałek w popielniczce i usiłowała szybkimi ruchami palców ułożyć jasne włosy w coś w rodzaju fryzury. Zrezygnowała, kiedy zobaczyła w lustrze swoją twarz bez makijażu. Zawiązała ciaśniej pasek kimona i podeszła do drzwi.

- Klaus - powiedziała, przywołując na twarz uśmiech. - Nie spodziewałam się ciebie.

Felsen, sfrustrowany po dwóch dniach spędzonych w koszarach, chwycił Ewę w objęcia i zaborczo pocałował w usta. Dłoń mężczyzny powędrowała w dół, po plecach kochanki. Ewa oparła ręce na jego piersi, odsuwając go na dystans.

- Jesteś zimny i mokry - powiedziała z pretensją - a ja dopiero wstałam z łóżka.
- I co z tego?

Wzięła od niego kapelusz i płaszcz i poprowadziła do saloniku. Szedł za nią, lekko utykając. Nie lubiła przyjmować gości oficjalnie, w dużym salonie. Wołała mniejsze, bardziej przytulne pomieszczenie.

- Kawy? - zapytała, skręcając do kuchni.
- Myślałem, że...
- Jest prawdziwa. I brandy?

Wzruszył ramionami i sięgnął po krzesło. Usiadł jak klient po drugiej stronie biurka i zapalił papierosa, wypluwając z języka okruchy tytoniu. Po chwili zjawiła się Ewa z tacą, na której stał dzbanek, filiżanki, karafka i dwa kieliszki. Zapalił dla niej drugiego papierosa.

Zdążyła już pociągnąć szminką usta i uczesać włosy. Wyciągnęła z gniazdka wtyczkę telefonu, aby nikt im nie przeszkadzał.

- Gdzie się podziewałeś? - zaczęła.
- Interesy.
- Jakieś problemy w fabryce?
- Wołałbym, aby tak było.

Nalała kawy do filiżanek, do swojej dolała brandy. Chciała też nalać Felsenowi, lecz powstrzymał ją gestem dłoni.

- Później. Muszę się najpierw nacieszyć aromatem prawdziwej kawy. Przez dwa dni kazali mi pić herbatę.
- Kto kazał?

-SS.

- Bardzo brutalni chłopcy - zareagowała z odruchową ironią, bez uśmiechu. - Czego potężne SS może chcieć od takiego poczciwego wieśniaka ze Szwabii?

Papierosowy dym kreślił esy-floresy w kręgu światła lampy art deco. Felsen przechylił abażur, zmniejszając jej blask.

- Na razie nie powiedzieli nic konkretnego, ale wygląda na to, że chcą mi dać jakieś zajęcie.
- Sto pytań na temat twojego pochodzenia?
- Powiedziałem im, że ojciec orał żyzną germańską ziemię gołymi rękami. Spodobało im się.
- Powiedziałeś im o swojej stopie?
- Oznajmiłem, że ojciec niechcący mi ją przeorał.
- Śmiali się?
- To nie był kabaret.

Felsen dopił kawę i nalał sobie solidną porcję brandy.

- Znasz gruppenführera Lehrera? - zapytał.
- SS-gruppenführera Oswalda Lehrera - uściśliła, poważniejąc. - Czemu pytasz?
- Gram z nim dziś w karty.
- Słyszałam, że odpowiada za prowadzenie SS albo raczej KL-ów jak interesu... to się ma opłacać. Tyle wiem.
- Znasz ich wszystkich, prawda?
- To mój zawód - wzruszyła ramionami. - Dziwię się, że nie słyszałeś o Lehrerze. Bywał w moim klubie. I on, i inni.
- Tak, teraz sobie przypominam - skłamał.

Umysł Felsena pracował na najwyższych obrotach. KL, Konzentrationslager... Czyżby chcieli podpisać z nim kontrakt, dotyczący wykorzystania w fabryce taniej siły roboczej z obozów koncentracyjnych? A może chcą, aby jego fabryka zaczęła produkować amunicję? Nie, tu chodzi o zajęcie dla niego, osobiście. Zimny dreszcz przeszedł nagle Klausowi po krzyżu. Na Boga, chyba nie każą mu prowadzić obozu pracy?

- Napij się - zaproponowała miękko Ewa, sadowiąc mu się na kolanach. - I przestań zgadywać, proszę cię. I tak nic nie wymyślisz.

Wsunęła palce w gęstą, ciemną czuprynę mężczyzny, a potem przesunęła opuszkami po jego policzku. Wreszcie naznaczyła mu usta piętnem świeżej szminki.

- Przestań myśleć - poprosiła.

W odpowiedzi włożył dużą dłoń pod jedwabne kimono i objął jędrną, nagą pierś. Drugą wsunął pod gumę majtek. Ewa poczuła, że jest gotowy. Zdecydowanym ruchem poprawiła kimono, zaciągając pasek, i wstała. Stanęła w drzwiach, opierając się o framugę.

- Czy widzimy się dziś wieczorem?
- Jeśli pozwolą mi odejść - odparł, kręcąc się na krześle, dręczony erekcją.
- Czy pytali, jakim cudem chłopski syn zna aż tyle języków?
- Jasne.
- A ty zrobiłeś im krótki wykład na temat swoich kochanek?
- Coś w tym rodzaju.
- Francuski - od Michelle.
- Ach, więc to był francuski...
- Portugalski od dziewczyny z Brazylii. Jak miała na imię?
- Susana. Susana Lopes. Co się z nią stało?
- Przyjaciele zabrali ją do Portugalii. Nie pożyłaby długo w Berlinie z tą ciemną skórą. No i Sally Parker - dodała Ewa. - Posiadłeś ją razem z angielskim, nieprawdaż?
- Nie tylko. Nauczyła mnie jeszcze pokera i swingu.
- A Rosjanka?
- Nie mówię po rosyjsku.
- Olga, o ile mnie pamięć nie myli?
- Nie wyszliśmy poza „da”.
- Rozumiem - zachichotała. - Nie miała w swoim słowniku „niet”.

Zaśmiali się. Ewa wyciągnęła rękę nad głową Klausa i z powrotem odchyliła abażur.

- Odniosłem sukces - stwierdził bez fałszywego wstydu, dolewając sobie brandy.
- Z kobietami?
- Nie, w ściąganiu uwagi na siebie... i na wszystko, co robię.
- Czasami bywało nam dobrze - stwierdziła.

Felsen trwał ze wzrokiem wbitym w dywan.

- Co powiedziałaś? - zapytał nagle, unosząc ku niej głowę z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
- Nic takiego - stwierdziła lekkim tonem, pochylając się nad nim, aby sięgnąć po papierosa. Kiedy chciał ją pochwycić w ramiona, odstąpiła krok do tyłu. - W co dzisiaj zagrasz?
- W grę Sally Parker. W pokera.
- Gdzie zabierzesz mnie za swoją wygraną?
- Doradzono mi przegraną.
- Masz wykazać wdzięczność?
- Mam się starać o zajęcie, którego nie chcę.

Za oknem przejechał samochód, mieląc kołami śnieżną breję Kürfürstenstrasse.

- Jest jedna możliwość - powiedziała Ewa.

Fersten powędrował spojrzeniem ku oknu. Pojaśniało, jakby promień przebił się wreszcie przez szare chmury.

- Możesz ich ograć.
- Myślałem o tym - przyznał ze śmiechem.
- Niebezpieczny manewr, ale... - wzruszyła ramionami.
- Zamknęliby mnie w lagrze za odmowę współpracy.
- Oni zamknęliby każdego, wierz mi - powiedziała. - To są ludzie, którzy kazali ściąć lipy na Unter den Linden, aby te ich orły na słupach mogły śledzić wzrokiem każdego, kto idzie do Café Kranzler. Aleja powinna się teraz nazywać Unter den Augen1. Gdyby tylko mogli, wepchnęliby do obozu Klausa Felsena, Ewę Brücke i kanclerza Ottona von Bismarcka na dokładkę.
- Gdyby jeszcze żył.
- A co ich to obchodzi?

Podniósł się i stanął przed nią, niewiele wyższy, ale za to trzy razy potężniejszy. Uniosła w geście pożegnania szczupłe, białe ramię o skórze poznaczonej niebieskimi żyłkami.

- Skorzystaj z rady, której ci udzielono - powiedziała z powagą. - Ja tylko żartowałam.

Wyciągnął ku niej ramiona i zaczął ją całować. Wykręciła się w uścisku. Przez chwilę manewrowali, aż Klaus znalazł się za drzwiami saloniku.

- Wrócę - zapowiedział tak, aby nie brzmiało to jak groźba.
- Przyjdę do ciebie po zamknięciu klubu - odparła.
- Będę późno. Wiesz, jak to bywa z grą w pokera.
- Obudź mnie, gdybym zasnęła.

Wychodząc, jeszcze raz zerknął ku niej z korytarza. Kimono miała rozwiązane. Kolana rysujące się na tle czarnego materiału wyglądały staro. W ogóle wyglądała na więcej niż swoje trzydzieści pięć lat. Zamknął drzwi i szybko zszedł po schodach. U dołu zatrzymał się na moment, opierając dłoń o załom poręczy. Czuł się jak okręt, który podniósł kotwicę, aby wyruszyć w nieznane.

Kilka minut po osiemnastej Felsen stał w półmroku swojego mieszkania, wyglądając na zaciemnioną Nürnbergerstrasse. Palił papierosa, chowając go w dłoni i nasłuchując wiatru poświstującego w szczelinach okien. W głębi ulicy pojawił się samochód z osłoniętymi reflektorami. Śnieżna breja z chlupotem uderzała o błotniki. Nie był to wóz służbowy i nie zatrzymał się przed jego domem, tylko skręcił w Hohenzollerndamm.

Klaus zaciągał się chciwie, myśląc o Ewie, o ich niezwykłym związku i o tym, że jeszcze przed wojną poznała go z tymi wszystkimi dziewczynami. Zdążyły pokazać mu, co ma robić, aby nigdy już nie być naiwnym, wiejskim chłopakiem. A potem, kiedy Brytyjczycy wypowiedzieli Niemcom wojnę, sama zajęła ich miejsce. Z kolei jej największą zasługą było to, że nie uczyła go niczego. Co najwyżej przybliżała mu niuanse nicości, subtelne odcienie dystansu dzielącego słowa i zdania. Tak, Ewa była mistrzem milczącego trzymania się na dystans.

Rozważając dzieje ich romansu, cofnął się aż do chwili, gdy w przypływie frustracji wywołanej ciągłą, czujną rezerwą Ewy, oskarżył ją, iż odgrywa „tajemniczą kobietę”, podczas gdy naprawdę jest tylko burdelmamą, utrzymującą swój interes pod przykrywką nocnego klubu. Zareagowała lodowatą wyniosłością i przestała odgrywać kogokolwiek. Rozstali się na tydzień, a w tym czasie Klaus pocieszał się dziwkami z Friedrichstrasse, wiedząc, że Ewa usłyszy o wszystkim. Kiedy znów zjawił się w klubie, udawała, że go nie widzi, lecz wkrótce odzyskał wstęp do jej łóżka.

Kolejny samochód pojawił się na Nürnbergerstrasse. Z ukośnych szpar w blindach, nałożonych na reflektory, sączyła się cienka smużka blasku. Felsen sprawdził, czy ma w kieszeniach dwa pliki reichsmarek, i zszedł na dół.

Brigadeführerzy Hanke, Fischer i Wolff oraz jeden z kandydatów, Hans Koch, siedzieli w klubie oficerskim, popijając drinki serwowane przez kelnera na stalowej tacy. Felsen zamówił brandy i przysiadł się do kompanii. Wszyscy zgodnie komentowali podłą jakość koniaku z okupowanej Francji.

- Tak samo jest z holenderskimi cygarami - włączył się Felsen, otwierając cygarnicę i częstując zebranych. - Teraz dopiero widać, że najlepsze zatrzymują dla siebie.
- Typowo żydowskie zagranie, nie uważacie, panowie? - podchwycił brigadeführer Hanke.

Koch, mężczyzna o pulchnej, różowej twarzy nastolatka, potwierdził spostrzeżenie surowym skinieniem głowy, przyjmując zapalone cygaro, które podawał mu Hanke.

- Nie wiedziałem, że Żydzi maczają palce w holenderskim przemyśle tytoniowym - zdziwił się Felsen.
- Żydzi są wszędzie - stwierdził autorytatywnie Koch.

-A pan nie zapali cygara? - zainteresował się brigadeführer Fischer.

- Zwyklem palić je po jedzeniu - odrzekł Felsen. - Na razie zadowolę się papierosami. Mam tureckie. Poczęstować pana?
- Nie, dziękuję.

Koch popatrzył na swoje zapalone cygaro i nagle poczuł się jak prostak.

- Czy mogę? - wskazał pudełko papierosów Felsena, leżące na stole. Na wewnętrznej stronie wieczka widniało godło zakładów tytoniowych. - O, proszę, Samuel Stern - powiedział z triumfem. - Mówiłem, że Żydzi są wszędzie.

-Żydzi zamieszkują Europę od wieków - przypomniał Felsen.

- Tak jak Samuel Stern do czasu Nocy Kryształowej - podsumował Koch z uśmiechem, zerkając w stronę przytakującego Hankego. - Każda godzina ich istnienia w Rzeszy nas osłabiała.
- Nas? - powtórzył Klaus, dla którego to zdanie zabrzmiało jak cytat z „Der Stürmer”, szmatławej nazistowskiej propagandówki. - Mnie nie osłabiali.
- Co pan nam tu sugeruje, Herr Felsen? - Pyzate policzki Kocha poczerwieniały.
- Niczego nie sugeruję, Herr Koch. Chciałem jedynie powiedzieć, że Żydzi ani trochę nie podkopali ani mojej pozycji, ani moich interesów.
- Możliwe, że pan po prostu...
- Zaś co do Rzeszy, opanowaliśmy już prawie całą Europę, więc...
- ... więc być może uśpiło to pańską czujność - dokończył Koch, wchodząc Felsenowi w słowo.

Podwójne drzwi otworzyły się z łomotem, pchnięte zdecydowaną ręką. Do sali wkroczył wysoki, postawny mężczyzna i sprężystym krokiem podszedł do ich stolika. Koch zerwał się z krzesła. Brigadeführerzy natychmiast poszli za jego przykładem. Gruppenführer Lehrer wyprężył ramię w faszystowskim pozdrowieniu.

- Heil Hitler-wyskandował. - Nalej mi koniaku. Markowego - nakazał kelnerowi.

Pozostali esesmani wyprężyli się na baczność, salutując. Felsen na moment uniósł się w krześle. Kelner nachylił się ku ciemnej głowie Lehrera i szepnął mu coś na ucho.

- Dobrze, w takim razie przynieś mi brandy do kolacji - stwierdził głośno gruppenführer.

Przeszli do części jadalnej. Lehrer niechętnie podporządkował się ceremonii. Wołałby pogrzać sobie tyły przy kominku, z kieliszkiem zacnego koniaku w dłoni.

Koch i Felsen usiedli po obu stronach Lehrera. Gdy podano paskudną zupę z zielonego groszku, Hanke zapytał Felsena o ojca. Klaus spodziewał się tego pytania.

- Zabiła go Świnia w 1924 - wyjaśnił bez drgnienia powieki.

Lehrer głośno siorbnął zupę.

Felsen czasami mówił o świni, a czasami o baranie. Byle nie powiedzieć prawdy, nie wyjawić, że piętnastoletni Klaus znalazł ojca w stodole, wiszącego na belce.

- Świnia? - zdziwił się Hanke. - Znaczy, dzik?
- Nie, zwykła, domowa. Ojciec potknął się, wpadł do zagrody i został stratowany przez knura.
- Pan przejął po nim farmę?
- Pewnie już pan to wie, brigadeführer. Gospodarzyłem na tej farmie przez osiem lat, do śmierci mojej matki. Potem sprzedałem gospodarstwo i przyłączyłem się do ekonomicznego cudu führera, na zawsze porzuciwszy myśl o pozostaniu na roli. Rolnictwo nie jest moją pasją.

Hanke milczał przez chwilę, siedząc ramię w ramię ze swoim podopiecznym, który uśmiechał się skromnie. Oczywiście znał tę wersję. Jedyną nowością okazała się Świnia. Interesujące, choć nieprawdziwe, ocenił.

Kelner zebrał talerze po zupie i podał wieprzowinę, wysmażoną jak podeszwa, z gotowanymi ziemniakami i odrobiną czerwonej kapusty na jarzynę. Lehrer ledwie skubnął swoją porcję, głównie po to, aby zabić czas, jaki pozostał mu do drinka. Za to Koch dał popis wierności partyjnym zaleceniom i przykładnie zmiótł danie z talerza w piorunującym tempie. Najedzony, pochylił się ku Felsenowi w odruchu sytej konfidencji.

- Nie jest pan żonaty, Felsen?

-Nie.

- Słyszałem - powiedział esesman, oglądając sobie paznokcie - że ma pan powodzenie u kobiet.
- Naprawdę?
- A jak ktoś, kto nigdy nie był po południowej stronie Pirenejów, mógł nauczyć się portugalskiego? - zagadnął Lehrer, masując sobie dwoma palcami płatek ucha. - I proszę mi nie wmawiać, że nauczył się pan tego języka w rodzinnej Szwabii - dodał z uśmiechem, który uświadomił Klausowi, iż Susana Lopes obracała się w bardziej znaczących kręgach, niż przypuszczał.
- W klubie jeździeckim poznałem Brazylijczyków - skłamał. Lehrer poczuł ucisk w żołądku.
- Konie? - zapytał odruchowo.

Po kolacji przenieśli się do sali klubowej. Każdy wykupił sztony za sto reichsmarek i zasiedli przy pokrytym zielonym suknem stoliku. Kelnerzy przytoczyli barowy wózek, nalali im brandy i cicho znikli. Lehrer rozpiął guziki munduru pod szyją i chciwie zaciągnął się cygarem, które ofiarował mu Felsen.

Pod lampą nad stołem kłębiły się smugi dymu. Krąg światła wycinał z półmroku twarze graczy. Kocha, który poróżowiał jeszcze bardziej od wina i brandy. Hankego, spoglądającego nieodgadnionym wzrokiem spod ciężkich powiek, z cieniem zarostu podkreślającym twarde rysy. Fischera o podpuchniętych oczach i skórze czerwonej i spierzchniętej, jakby spędził pół nocy w siekącej śnieżnej zadymce. I Wolffa, nordyckiego blondyna o niebieskich oczach, absurdalnie młodego jak na brigadeführera, którego oblicze aż się prosiło o bojową bliznę, dodającą mu złowrogiego autorytetu. I wreszcie samego Lehrera, potężnego mężczyzny o twardej, zdecydowanej linii szczęki i lekko posiwiałych skroniach. Jego ciemne oczy błyszczały z podniecenia na myśl o spodziewanych korzyściach. Gdyby Ewa tu była, pomyślał Felsen, z pewnością powiedziałaby, że ten facet lubi sobie dogodzić.

Grali. Felsen konsekwentnie przegrywał, zwijał się przy obiecującej karcie i blefował bez dalszych starań. Koch wykładał się jeszcze bardziej spektakularnie. Obaj kupili następne porcje sztonów i pozwolili je zagarnąć oficerom SS, którzy bez żenady pozwalali, aby ta farsa trwała.

Nagle Felsen zaczął wygrywać. Skomentowano, że karta mu się odwróciła. Hanke i Fischer szybko odpadli. Kochowi zostało tylko 1600 marek. Felsen skupił się na Wolffie i znów zaczął pokazowo tracić. Miał jeszcze 500 marek, kiedy Lehrer wyłączył Wolffa z gry, przebijając karetą jego fula. Wolff siedział sztywno, jak przygwożdżony do krzesła, a Lehrer królował triumfalnie za stosami sztonów.

- Będzie pan musiał odnowić zapasy, jeśli mamy dalej grać - powiedział do Felsena. Klaus nalał sobie brandy i ssał wygasłe cygaro. Lehrer promieniał. Felsen sięgnął do kieszeni i wyjął dwa tysiące marek.
- Wystarczy?

Gruppenführer niedostrzegalnie oblizał wargi.

Grali przez następną godzinę i Lehrer, teraz już rozebrany do koszuli, lekko przegrywał. Wolff, stojący poza kręgiem blasku, obserwował akcje na stoliku sokolim wzrokiem. Hanke i Koch oddelegowali się na kanapę, gdzie głośno chrapał już Fischer.

Po wpół do drugiej Lehrer nie zniżył się do dobrania kart. Felsen myślał przez całe trzy minuty, dobrał dwie karty i zerknąwszy na nie, położył, nie odkrywając, na stole. Potem przesunął na środek stołu 200 marek. Lehrer podwoił stawkę. Felsen dołożył sztonów, odpowiadając tym samym. Dopiero wtedy zastopowali i sprawdzili karty. Lehrer czekał na błysk, przysłowiowy włosek, który dzielił go od triumfu. Felsen pojął, że najsilniejsza karta przeciwnika nie leży przed nim na stole, odwrócona koszulką do góry, i pozwolił sobie na cień uśmiechu. To wystarczyło. Lehrer wszedł i przebił tysiącem marek. Felsen wyłożył swoje pozostałe 500 marek, a potem wyjął z kieszeni 5000 marek w banderoli i położył na kupce sztonów.

Wzrok Wolffa, pochylonego nad nimi, zdawał się przepalać zielone sukno. Hanke i Koch zamilkli i nawet Fischer przestał chrapać.

Lehrer z uśmiechem zabębnił palcami w stolik. Poprosił o papier i pióro. Wyłożył na stół 2500 marek i wypisał asygnatę na kolejne 2500.

- Myślę, że pora sprawdzić - powiedział.
- Pan pierwszy - zachęcił Felsen, kryjąc radość.

Esesman wzruszył szerokimi ramionami i wyłożył cztery asy i króla. Kandydat Koch omal nie zazgrzytał zębami ze złości, widząc, jak Felsen zabiera mu szansę.

- No, Felsen - ponaglił Wolff.

Klaus odwrócił najpierw swoje karty na stole - siódemkę i dziesiątkę karo. Wolff prychnął, ale Lehrer pochylił się w napięciu nad stołem. Następne były ósemka i dziewiątka karo.

- Mam nadzieję, że ostatnia nie będzie waletem - rzucił Lehrer.

Była szóstką.

Lehrer zerwał się, chwycił swoją mundurową kurtkę i w paru krokach opuścił salę.

Chyba posunąłem się o krok za daleko, stwierdził melancholijnie Felsen, spoglądając na twarze pozostałych mężczyzn, z których nagle uszły emocje. Przegrać z niskim pokerem, mając na ręku cztery asy - to już jest upokorzenie.

Mokra breja zmieniła się w śnieg, aż wreszcie temperatura spadła tak, że przestało padać i powietrze znieruchomiało od mrozu. Kałuże na drogach zamarzły i służbowy wóz, odwożący Felsena na Nürnbergerstrasse, zarzucał na każdym zakręcie.

Klaus chciał dać szoferowi napiwek, lecz ten odmówił. Powoli, utykając, wszedł na swoje piętro, w przedpokoju zdjął płaszcz i kapelusz, a pieniądze położył na stole. Nalał sobie porządną porcję brandy, zapalił papierosa i nie zważając na chłód, zdjął marynarkę i powiesił ją na oparciu krzesła.

Ewa spała na sofce w wełnianym płaszczu, z nogami nakrytymi złożonym pledem. Klaus przysunął się bliżej z krzesłem i obserwował mimowolne ruchy jej gałek ocznych pod zamkniętymi powiekami. Kiedy dotknął jej policzka zimną dłonią, ocknęła się z cichym okrzykiem, który zabrzmiał jak pisk nocnego ptaka. Cofnął rękę i zapalił dla niej papierosa.

Leżała, zaciągając się i patrząc na sufit. Drugą ręką, roztargnionym gestem, głaskała kolano mężczyzny.

- Miałam sen, wiesz?
- Zły?
- Wyjechałeś z Berlina. Ja stałam na peronie stacji U-bahnu i zamiast szyn widziałam tłumy ludzi, którzy patrzyli w górę, na mnie, jakby czegoś ode mnie oczekiwali.
- Dokąd wyjechałem?
- Nie wiem.
- Wątpię, abym dokądkolwiek stąd wyjechał po dzisiejszej nocy.
- Co zrobiłeś? - zapytała tonem matki indagującej synka.
- Ograłem ich.

Ewa usiadła wyprostowana.

- Głupio zrobiłeś - stwierdziła. - Przecież znasz Lehrera... on bywa bardzo niemiły. Pamiętasz tamte dwie Żydóweczki?
- Te, które wyłowiono z Haweli? Owszem, ale chyba nie on to zrobił?
- Był przy tym i to on wydał te dziewczyny.
- O mnie też wiedział - stwierdził Felsen, sącząc brandy. - Wiedział o mnie i o Susanie Lopes. Jak myślisz, skąd?
- Nie znasz natury tego reżimu?
- Tamto było dawno.
- To państwo było totalitarne już przed wojną - powiedziała, wsuwając mu kolana między nogi i zabierając z dłoni kieliszek. - Czy dlatego ograłeś go w karty?
- Co masz na myśli? - zapytał zły, że nagle stracił pewność.
- Byłeś zazdrosny, prawda? Tylko nie zaprzeczaj. O niego i Susanę.

Położyła mu dłonie na rozporku i delikatnie ugniatała gruby materiał.

- Wygrałem, bo nie chcę wyjeżdżać z Berlina.
- Z Berlina? - powtórzyła, przystępując do akcji.

Rozpięła guzik i suwak. Zsunął szelki z ramion, aby mogła zsunąć mu spodnie i majtki, odsłaniając pełną erekcję.

- Nie tylko z Berlina - dodała. Klaus gwałtownie wciągnął powietrze, gdy ujęła w dłonie jego penis.
- Przepraszam - rzuciła bez związku.

Przełknął ślinę. Członek zdawał się płonąć w uścisku jej drobnych, chłodnych białych palców. Rytmicznie poruszała stulonymi dłońmi w górę i w dół, z nieznośną powolnością, nie spuszczając wzroku z twarzy partnera. Dreszcz przeszył mu lędźwie. Przyciągnął ją do siebie, szarpnął pasek płaszcza, rozchylając poły, i zadarł sukienkę nad kolana. Tak mocno szarpnął w dół majtki i pas z pończochami, że Ewa musiała chwycić się oparcia jego krzesła, aby nie upaść. Teraz wprawnie okraczyła go i obniżyła się powoli, czując, jak przenika ją gorąco.

O świcie czarne zasłony tamowały szare światło sączące się z dworu. Biała, lniana pościel była sztywna z zimna. Drugie uderzenie w drzwi sprawiło, że głowa Felsena podskoczyła na poduszce. Po nim rozległ się trzask odszczepionego łomem drewna framugi. Buciory zadudniły na drewnianym parkiecie, coś upadło, strącone, i potoczyło się po podłodze. Felsen odwrócił się do drzwi, kuląc w zimnie nagie ramiona, a jego umysł z trudem rejestrował wydarzenia, pokonując opór resztek alkoholu, senności i zmęczenia. Wielkie szklane tafle w drzwiach rozprysły się z trzaskiem i do sypialni wkroczyło dwóch ludzi w długich, czarnych skórzanych płaszczach. Dlaczego po prostu nie nacisnęli klamki? - w głowie Felsena zakołatała samotna myśl.

Ewa budziła się jak ktoś, kogo ogłuszono. Felsen zsunął się z łóżka i kucnął przy nim, nagi. Twardy obcas czarnego oficerskiego buta uderzył go w skroń i zamęt w głowie na moment zmienił się w nicość.

- Felsen! - ryknął głos.

Klaus wymamrotał coś do siebie. Wszystko wirowało mu przed oczami, a pokój wypełniał głos krzyczącej coś Ewy.

- Zamknij się!

Usłyszał głuchy odgłos zadanego pięścią ciosu i zapadła cisza. Felsen usiadł, opierając się plecami o brzeg łóżka. Genitalia skurczyły mu się od dotyku lodowatego, wypolerowanego parkietu.

- Ubieraj się!

Sięgnął po rzeczy i zaczął wciągać je na siebie niezbornymi ruchami. Krew ciekła mu zza ucha ciepłą strużką. Mężczyźni ujęli go pod ramiona i wyprowadzili, tym razem grzecznie otwierając drzwi.

Zielona ciężarówka z budą była jedynym kolorowym akcentem w pokrytym śniegiem wąwozie ulicy, rozrysowanym w arktyczną mapę bieli, szarych rys i czarnych plam. Drzwiczki otworzyły się i Felsen został wepchnięty w czeluść ciemności i strachu.

2

16 lutego 1941, Prinz Albrechtstrasse 8, kwatera główna RSHA2.

Uzbrojony strażnik wyszczekał rozkaz i otwarto drzwiczki. Felsen, popchnięty lufą w ramię, zeskoczył, zapadając się po kostki w czarną breję, i chwiejnie ruszył przez dziedziniec ku schodom wiodącym do szarego gmachu Gestapo. Oprócz niego przywieziono jeszcze trzech innych. Zaprowadzono ich prosto do podziemi. Szli wąskim korytarzem z celami po obu stronach. Jedyne światło padało z otwartych drzwi, zza których dochodziły odgłosy męskiego szczytowania. Dwóch aresztantów idących przed Felsenem zerknęło tam i szybko odwróciło głowy. Mężczyzna w koszuli z krótkimi rękawami, w sztywnym, poplamionym, brązowym kitlu, używał sobie z przywiązanym do krzesła więźniem.

- Zamknij drzwi, Krüger - rzucił ku nim zmęczonym głosem człowieka, który ma przed sobą dzień ciężkiej harówki.

Felsen został wepchnięty do małej, śmierdzącej, nieoświetlonej celi na końcu korytarza, gdzie jedyne umeblowanie stanowiła prycza i wypełniony po brzegi kubeł na nieczystości. Oparł się dłońmi o wilgotną ścianę i stał tak przez chwilę, oddychając głęboko i usiłując stłumić lodowaty ucisk lęgnącego się pod sercem strachu. Naprawdę posunął się za daleko. Teraz to wiedział.

Przyszli po niego po kilkunastu godzinach, przeprowadzili obok zamkniętych drzwi sali tortur i powiedli na pierwsze piętro, do gabinetu z wysokimi oknami. Za biurkiem siedział człowiek w ciemnym garniturze, który absurdalnie długo przecierał zdjęte z nosa okulary. Felsen czekał. Wreszcie mężczyzna poprosił go, by usiadł.

- Czy pan wie, dlaczego się tu znalazł?

-Nie.

Przesłuchujący założył szkła i wyciągnął z biurka teczkę. Trzymał ją tak, aby Felsen jej nie zobaczył. Mógł za to podziwiąc nienaganny przedziałek oficera.

- Za komunizm.
- To śmieszne!

Funkcjonariusz spojrzał na Felsena, ale pozostawił jego okrzyk bez komentarza.

- Jest pan prożydowski.
- Niech pan nie żartuje!
- Znał pan niejaką Michelle Duchamp.
- To prawda.
- Moi koledzy przez cały tydzień prowadzili z nią rozmowy w Lyonie. Przypomniała sobie dokładnie swój pobyt w Berlinie w latach trzydziestych.
- To było przed wojną... kiedy się z nią spotykałem.
- Jak pan wie, pracowała przez ponad rok dla francuskiego ruchu oporu.
- Nie zajmowałem się polityką i nie wiedziałem o tym.
- Wszyscy zajmujemy się polityką. Legitymacja partyjna o numerze 479 381, Förderndes Mitglied, sponsorujący członek SS...
- Wie pan równie dobrze jak ja, że poza partią nie można żyć.

- I dlatego pan do niej wstąpił, Herr Felsen? Z dbałości o swój interes? Aby wznieść się na naszych plecach, bo tak panu pasowało?

Felsen odwrócił się od biurka i zerknął za okno, na ołowiane berlińskie niebo, myśląc, że to mogło się zdarzyć każdemu i zdarzało się... codziennie.

- Ładna marynarka - zauważył przesłuchujący. - Szyta przez pańskiego krawca...
- Izaaka Weinstocka - dopowiedział Felsen. - Jeśli to ma świadczyć, że jestem prożydowski...
- Wie pan, że Żydom nie wolno kupować materiałów.
- Ja kupiłem materiał.
- Znów zaczął sypać śnieg. Szare płatki na tle szarego nieba, widziane przez szarą szybę szarego pokoju.
- Olga Kasarow - odezwał się mężczyzna.
- Co z nią?
- Zna ją pan.
- Poszedłem z nią do łóżka... raz.
- To bolszewiczka.
- Rosjanka. To wiem z całą pewnością - zaoponował Felsen. - Nie wiedziałem natomiast, że można się zarazić komunizmem, pieprząc się z kimś.

Te słowa musiały zwolnić ukrytą sprężynę, gdyż śledczy wstał gwałtownie, wciskając teczkę pod ramię.

- Obawiam się, że niezbyt dobrze rozumie pan swoją sytuację, Herr Felsen.
- Ma pan rację, niezbyt ją rozumiem. Gdyby zatem zechciał pan...
- Mając to na względzie, zalecono pewną reedukację.

Felsen poczuł się nagle jak kierowca wozu, który wpadł w poślizg przy pełnej szybkości.

- Pańskie śledztwo... - zaczął, ale mężczyzna już szedł ku drzwiom. - Herr... proszę poczekać, ja...

Przesłuchujący otworzył drzwi. Weszli dwaj żołnierze, ujęli Felsena za ramiona, poderwali z miejsca i wyprowadzili.

- Posyłamy pana z powrotem do szkoły, Herr Felsen - powiedział mężczyzna w ciemnym garniturze.

Odstawili go do celi i trzymali tam następne trzy dni. Z nikim nie rozmawiał. Raz na dzień dostawał miskę zupy. Nie wypróżniano kubła na nieczystości. Klaus tkwił skulony na pryczy, w smrodzie własnych odchodów. Od czasu do czasu ciemność wokół niego rozrywały krzyki, raz słabe, raz straszliwie bliskie i głośne. W korytarzu za jego celą odbywały się regularnie okrutne bicia. Wielu krzyczało i wzywało swoje matki, gdy po torturach zatrzaskiwały się za nimi drzwi cel.

Felsen nie marnował czasu. Przygotowywał się. Wprowadzał swój umysł w stan nadgorliwej grzeczności, a w zachowaniu ćwiczył postawę podszytego lękiem służalczego podporządkowania. Czwartego dnia znów po niego przyszli.

Śmierdział brudem i strachem. Nie zabrali go do koszmarnego pokoju przesłuchań, lecz powiedli na górę na kolejne spotkanie z mężczyzną w ciemnym garniturze. Potem założyli mu kajdanki i wyprowadzili na podwórzec. Śnieg padał miękkimi płatami, zasypując brudne podłoże, udeptane butami i wyślizgane kołami samochodów. Wepchnęli go do ciężarówki, która miała na podłodze wielką, kleistą plamę. Załomotały zamykane drzwi.

- Dokąd jedziemy? - zawołał w ciemność.
- Do Sachsenhausen - odpowiedział wartownik na zewnątrz.
- A prawo? - pytał dalej Felsen. - Czemu nie miałem procesu?

Wartownik zabębnił pięścią w burtę wozu. Kierowca uruchomił silnik, zgrzytnął biegami i ruszył tak gwałtownie, że Felsena rzuciło do tyłu.

Ewa Brücke siedziała w swoim biurze w Die Rote Katze, paląc papierosa za papierosem i dolewając sobie brandy tak szczodrze, że w filiżance miała więcej alkoholu niż kawy. Opuchlizna znikła już z jej twarzy dzięki codziennym okładom ze śniegu. Lekki, żółtoniebieski siniak maskowała, nakładając grubą warstwę jasnego pudru.

Przez otwarte drzwi biura widać było pustą kuchnię. Usłyszała lekkie pukanie do tylnych drzwi i wstała, żeby otworzyć. W tym momencie przeraźliwie rozdzwonił się telefon. Ewa podskoczyła, jakby ktoś wystrzelił jej koło ucha, lecz szybko się opanowała. Nie miała ochoty odbierać, ale dźwięk raził jej uszy.

- Ewa?
- Tak - odpowiedziała, rozpoznając głos. - Tu Rote Katze.
- Masz zmęczony głos.
- Nic dziwnego, nocna praca i ciągle za mało snu.
- Powinnaś się trochę rozerwać.
- Na przykład ćwicząc program „Przez radość do siły”? Rozmówca roześmiał się.
- Czy znasz jeszcze kogoś, kto miałby poczucie humoru?
- To zależy, kto będzie opowiadał dowcipy.
- Nie, to znaczy... miałem na myśli kogoś, kto uwielbia się zabawić... nieszablonowo zabawić?
- Znam ludzi, którzy ciągle się z czegoś śmieją.
- Jak ja - powiedział z dumą głos.
- Być może - przytaknęła bez uśmiechu.
- Czy mogę liczyć, że przyjdą wieczorem, żeby mnie zabawić i oczarować?

-Ile?

- Sądzę, że trzy to już wesoła kompania. Może być?
- Czy mógłbyś wpaść i wyjaśnić mi dokładniej, o co...
- O, nie, nie martw się, chodzi tylko o miły posiłek. Co może być przyjemniejszego o tej porze i w tym wieku, jeśli nie dobre jedzenie?
- Zobaczę, co się da zrobić.
- Dzięki, Ewo. Twoje usługi są nieocenione.

Odwiesiła słuchawkę i podeszła do kuchennych drzwi. Niski mężczyzna, którego oczekiwała, chyłkiem wślizgnął się do środka. Zaprowadziła go do biura i wyjęła wtyczkę telefonu z gniazdka.

- Czego się pan napije, Herr Kaufmann?
- Tylko herbaty.
- Mam dobrą kawę.
- Nie, dziękuję.
- Co mogę dla pana zrobić?

-Zastanawiałem się, czy będziesz miała miejsce dla dwóch gości?

- Już ci mówiłam, że...
- Wiem, ale to bardzo pilna sprawa.
- Nie tutaj.
- Rozumiem.
- Na jak długo?
- Trzy dni.
- Może będę musiała wyjechać - rzuciła, myśląc o telefonie, jaki odebrała przed chwilą.
- Nie trzeba się nimi zajmować.
- Mówiłam ci już, że to ma być... powinno być...
- Wiem - przerwał jej, splatając dłonie na piersi - ale zaszły wyjątkowe okoliczności.
- Czy zawsze muszą być wyjątkowe?
- Zapewne masz rację.
- Kiedy się zgłoszą?

Sachsenhausen było zespołem dawnych baraków zamienionych na obóz koncentracyjny, położony trzydzieści kilometrów na północ od Berlina, w Oranienburgu. Felsen słyszał o tym miejscu, gdyż jeden polityczny i dwóch Żydów z obozu sprzątało hale w jego fabryce. Zostali zwolnieni w 1936 roku, tuż przed berlińską olimpiadą. Nie musiał pytać, jak ich tam traktowano - wystarczyło spojrzeć na ich wystające kości, obciągnięte skórą - musieli mieć po kilkanaście kilogramów niedowagi.

Jazda z Berlina po zasypanych śniegiem drogach była męcząca. Wóz szarpał i zarzucał, tańcząc po szosie. Wreszcie Felsen usłyszał zgrzyt otwieranej obozowej bramy i wściekłe bębnienie w ściany ciężarówki, zupełnie jakby wóz dostał się między dwa szeregi tłukących pałkami żołnierzy. Wreszcie zapadła cisza i opony po raz ostatni zachrzęściły na śniegu. Wóz stanął. Słychać było tylko wycie wiatru. Kierowca zakasłał w kabinie. Otwarto skrzynię.

Felsen wstał, obcierając o spodnie ręce lepkie od zasychającej plamy krwi na podłodze, i pokuśtykał ku tyłowi ciężarówki. Na zewnątrz widać było białą płaszczyznę, naznaczoną samotnym śladem. W oddali majaczyły kontury budynków i drzew.

Wóz ruszył nagle, wyrzucając swego pasażera w śnieg. Drzwi zatrzasnęły się z łomotem, który zagrzmiał nad głową Felsena jak wystrzał. Skulił się, zakrywając uszy rękami. Przed nim, wśród śnieżnej pustki, ktoś stał. Felsen zmrużył oczy i wpatrzył się w przestrzeń. Szara, nieruchoma postać majaczyła w dali. Nagle drgnął, słysząc nagły dźwięk dobiegający zza pleców - odgłos trącego o śnieg metalu. Odwrócił się błyskawicznie i zobaczył trzech ludzi w hełmach i w czarnych, długich płaszczach SS, których krawędzie rozgarniały biały pył. Jeden niósł drewnianą pałkę, a drugi łopatę, którą śmigał w powietrzu, przecinając śnieg ostrzem. Trzeci trzymał w ręku metrowy odcinek stalowej liny z rozplecionym końcem. Felsen znów spojrzał przed siebie, szukając wzrokiem tajemniczej postaci, jakby liczył na pomoc. Lecz zobaczył tylko śnieżną pustkę. Chwiejnie stanął na nogi. Niewidzialne oczy wpatrywały się w niego spod okapów hełmów. Poczuł, że nogi się pod nim uginają.

- Sachsengruss - powiedział strażnik z pałką.

Felsen splótł ręce za głową i zaczął robić przysiady. „Saskie przywitanie”. Zmuszali go do ćwiczeń przez godzinę. Następną przestał na baczność, trzęsąc się z zimna, a uszy dręczył mu świst liny, chrzęst łopaty i postukiwanie drewnianej pałki. Wartownicy cały czas chodzili wokół niego.

Zdjęli mu kajdanki. Łopata poleciała w jego stronę. Złapał ją, bojąc się, że zmarznięte palce rozprysną mu się jak porcelana.

- Odkop ścieżkę do baraków.

Postępowali za nim krok w krok, gdy odkopywał ze śniegu setki metrów przejścia. Lodowaciejące łzy spływały mu po twarzy, ciekło z nosa, a z ust ze świstem wydobywały się kłęby pary. Zaczął padać śnieg. Kazali mu jeszcze raz oczyścić ścieżkę, którą właśnie odgarnął.

Tresowali go przez sześć godzin, dopóki nie zapadły całkowite ciemności, nierozjaśnione nawet najmniejszym promieniem światła z baraków. Kazali mu odwrócić się w mrok i zadali następną godzinną porcję „saskiego przywitania”, zapowiadając, że nazajutrz znów będzie odśnieżał. W ciągu ostatnich dziesięciu minut dwa razy upadł i dwa razy kopniakami zmuszono go do wstania. Cieszył się, że jest kopany. Dzięki temu zrozumiał, że nie mają zamiaru zatłuc go na śmierć kablem, łopatą czy pałką.

Stał na baczność, dopóki od strony najbliższego budynku nie napłynęła cienka strużka muzyki. Rozkazali, by szedł tam. Znów upadł, więc wciągnęli go do budynku. Stopy wlokły się po wypastowanej do połysku podłodze, znacząc mokry ślad.

W cieple pomieszczenia jego umysł zdawał się tajać. Śnieg topił się na nim, mieszając się ze łzami i strumieniem wodnistej wydzieliny z nosa. Tony muzyki stały się głośniejsze. Znał ją. Mozart, to musiał być Mozart. Znane nuty. Przez muzykę przebiły się śmiechy i głosy. I znajoma woń. Buciory strażników łomotały po parkiecie. W zlodowaciałych stopach z bólem wracało czucie, lecz Felsen uśmiechał się skrycie. Uśmiechał się, gdyż teraz był pewien tego, co podejrzewał, gdy zrzucono go z ciężarówki - że nie jest w Sachsenhausen.

Przeszli do pokoju klubowego z fotelami, dywanami, gazetami i popielniczkami - prawdziwy wykwit cywilizacji w porównaniu do kantyny w koszarach przy Prinz Albrechtstrasse. Jeszcze raz rozległ się dziewczęcy chichot. Rozmowa ścichła, pozostała tylko muzyka.

- Czy więzień lubi tę muzykę? - zapytał głos.

Felsen spazmatycznie przełknął ślinę. Nogi mu drżały, a kark zesztywniał.

- Nie wiem, czy powinienem ją lubić, proszę pana.
- Nie masz zdania?
- Nie, proszę pana.
- To Mozart. Don Giovanni. Utwór zakazany przez partię. Czy wiesz, dlaczego?
- Nie, proszę pana.
- Libretto napisał Żyd.

Muzyka ucichła w pół tonu.

- A teraz co o niej myślisz?
- Nie podoba mi się, proszę pana.
- Dlaczego tu jesteś?
- Przysłano mnie na naukę, proszę pana.
- Dlaczego tu jesteś? - Pytanie zadał inny głos.

Przez całą długą minutę Felsen myślał, co odpowiedzieć.

- Bo mam szczęście w kartach, proszę pana - odparł i poczuł, jak w pokoju rośnie napięcie. Dziewczyna przestała chichotać. - Przepraszam, proszę pana, ponieważ oszukiwałem w kartach, proszę pana.
- Więzień, odwrócić się i stanąć na spocznij.

Z początku nie zorientował się, kto siedzi przy stole. Zmęczony wzrok w pierwszym momencie wyłowił z mgły widok ogromnych ilości jedzenia. A potem Felsen zobaczył Wolffa, Hankego, Fischera i Lehrera, dwóch mężczyzn, których nie znał, oraz młodą kobietę o mocno umalowanych wargach, rozmazującą sobie szminkę trzymanym w ustach papierosem.

Lehrer uśmiechał się. Brigadeführerzy również byli rozbawieni. Fischer pierwszy nie wytrzymał i ryknął śmiechem, tupiąc w podłogę. Za chwilę, waląc pięściami w stół, zarykiwali się wszyscy, nawet dziewczyna, choć nie wiedziała, z czego się śmieje.

- Czy więźniowi wolno się śmiać? - zapytał Hanke.

Wywołało to nowy wybuch wesołości.

- Więzień Felsen! Śmiać się! - wrzasnął Fischer.

Felsen uśmiechnął się i zamrugał, przeniknięty niespodziewaną ulgą. Ramiona zaczęły mu drgać, przepona zafalowała i zaczął się śmiać, śmiać z własnej bezsilności, i śmiał się, aż zesztywniał w postawie na baczność, a oficerowie zamilkli.

- Niech więzień przestanie się śmiać - powiedział Lehrer. Felsen momentalnie zamknął usta i stanął na spocznij.
- Masz ubranie, przebierz się.

Przeszedł do kuchni i założył ciemny garnitur, który wisiał na nim jak na wieszaku, po czym wrócił do stołu.

- Jedz - nakazał Lehrer.

Felsen nie dał się prosić i w błyskawicznym tempie opróżnił półmiski, które znajdowały się w jego zasięgu. Oficerowie rozmawiali między sobą, tylko Lehrer milczał.

- Nie sądź, że nie umiem przegrywać - odezwał się.
- Wcale tak nie myślę, proszę pana.
- A co myślisz?
- Myślę, że pańskie nazwisko jest znaczące... nauczyciel.
- Czego więc się nauczyłeś?
- Posłuszeństwa, proszę pana.
- Damy ci pracę, której nie chcesz, z różnych powodów. Jesteś dobrym organizatorem. Potrafisz być bezwzględny i agresywny. Ale w żadnym razie nie możesz być nieposłuszny, Felsen. W swoim przedsiębiorstwie możesz stracić zysk z godzinnej produkcji, jeśli ktoś nie wykona twojego polecenia. W wojennym przedsiębiorstwie, jakim jest armia, niewykonanie rozkazu grozi stratą tysięcy ludzi. Tu nie ma miejsca na zagrania. Kluczem jest kontrola. A kontrolę sprawuję ja - stwierdził, powoli obracając w palcach kieliszek koniaku. - Dlaczego więc nie chcesz tej pracy?
- Bo nie chcę wyjeżdżać z Berlina. Muszę pilnować fabryki.
- Przynajmniej nie chodzi o kobietę.
- Produkuję dobra potrzebne krajowi.
- Nie zmieniaj tematu. Co mogłoby trzymać w Berlinie takiego wieśniaka jak ty, jeśli nie fabryka? Berlin to nie Paryż ani Rzym. Tego miasta nie kocha się całą duszą. Co innego moje miasto, Norymberga. Ci berlińczycy... Uważają, że wszystko im się od świata należy.
- Może podoba mi się ich poczucie humoru.
- Tak, wy w tej waszej Szwabii lubicie sobie szydzić.
- Nie rozumiem, co pan chciał przez to powiedzieć - spłoszył się Felsen.
- Zatratowany na śmierć przez świnię. Tak to było? Felsen milczał.
- Naprawdę sądziłeś, że nie wiem o twoim ojcu? - zapytał Lehrer.
- Cóż, w takim razie ma pan dwa przykłady szwabskiego żartu.
- Przede wszystkim mam problem. Hanke twierdził, że psychicznie nie nadajesz się do tej roboty.
- Powinienem mocniej go ograć.

Lehrer przechylił się przez stół. Twarz miał zaczerwienioną od trunku i kwaśny oddech, przesycony wonią cygar.

- Ta praca jest dla ciebie wielką szansą... bardzo wielką. Jeszcze będziesz mi za nią dziękował. Wiem to.
- Czemu w takim razie pan mi o niej nie opowie?
- Nie teraz. Jutro. Przyjedziesz da Lichterfelde. Najpierw odbiorę od ciebie przysięgę.

-Na wierność SS?

- Naturalnie - odparł Lehrer, zerkając na stężałą twarz Felsena. - Nie martw się, pojedziesz na front zachodni, nie na wschodni.

Jechali z wolna na północ, przebijając się do Berlina przez zasypane śniegiem drogi. Nie mylił się, poczuwszy znajomy zapach. Był w Lichterfelde. Kilka razy mijały ich wozy jadące w przeciwnym kierunku i w ich światłach Felsen widział w jadącym przodem aucie sylwetki oficerów i siedzącą z nimi dziewczynę. Jadący z nim Lehrer nie odzywał się. Przestało prószyć. Wjechali do miasta. Pierwszy wóz skręcił ku Tiergarten i Moabitowi. Lehrer kazał szoferowi krążyć po mieście. Felsen przyglądał się przez szybę ciemnym parkom, stanowiskom artylerii przeciwlotniczej, zaciemnionym oknom domów, pustej stacji Anhalter.

- Taka jest natura wojny - przemówi! Lehrer - że wiele się w tym czasie dzieje. Więcej niż w czasie pokoju. W tym sensie czas wojny staje się najbardziej ekscytującym okresem życia mężczyzny. Jeszcze wczoraj prowadził fabrykę i zarabiał fortunę, o jakiej nie mógłby marzyć, gdyby został na roli w Szwabii. Tańczy z dziewczynami w „Złotej Podkowie”, chodzi na rewie i przechadza się po Kufu3 razem z innymi dorobkiewiczami o wypchanych portfelach. A nazajutrz...
- Stawia się przy Prinz Albrechtstrasse.
- Nowy, radykalny system musi sam się chronić. Siła przez strach.
- A nowy ruch musi... się rozwijać.
- Pomyśl kategoriami międzynarodowymi. Niemcy nie są już Niemcami. Niemcy to cała Europa. Potęga światowa, polityczna i ekonomiczna. Przestań być zaściankowy.
- Tak, mam mentalność wieśniaka. Dzięki niej doszedłem do pieniędzy.
- Bardzo dobrze, lecz musisz teraz spojrzeć szerzej. Reichsführer Himmler pragnie, aby SS było samodzielną, ekonomiczną potęgą w ramach nowej Rzeszy Niemieckiej. Pomyśl o tym.

Wreszcie wóz skręcił w Nürnbergerstrasse i zatrzymał się przed domem Felsena. Kiedy znalazł się pod drzwiami swojego mieszkania, zobaczył, że zamek został naprawiony. Wszedł do środka, znalazł papierosy i zapalił. Uchylił zaciemniającą kotarę w oknie i zobaczył, że auta już nie ma. Włożył płaszcz, kapelusz i wyszedł z domu.

Do Kürfurstenstrasse było niedaleko. Szedł bocznymi ulicami. Nikogo nie spotkał po drodze. Temperatura spadła gwałtownie.

Felsen skręcił w wąski zaułek obok domu Ewy i wszedł przez boczną furtkę na podwórko. Sterty zmarzniętej ziemi i wyrzuconych przy remoncie piwnicy desek pokryła pierzyna białego puchu. Drzwi były zamknięte. Zapukał, a potem wspiął się na pryzmę ziemi, próbując zobaczyć, czy za zasłonami nie pali się światło. Zawołał głośno jej imię. Po chwili ktoś wychylił się z okna i zrugał go za pijackie wrzaski.

Wrócił do domu, wziął długą, gorącą kąpiel i położył się do łóżka. Było wpół do trzeciej nad ranem. Rano zadzwonię do niej, pomyślał, zapadając w pierwszy, mocny sen. Budził się kilka razy, za każdym razem nerwowo siadając na łóżku, a czaszkę rozsadzał mu ból, jakby oberwał cegłą. Nozdrza wypełniał mu smród ekskrementów, a przed oczami miał ostatnie sceny snu, który prześladował go całą noc - biała, ciągnąca się w nieskończoność przestrzeń placu defiladowego. Musiał zasypiać przy zapalonym świetle.

3

26 lutego 1941, koszary SS przy Unter den Eichen, Berlin - Lichterfelde

Felsen siedział w korytarzu o idealnie wyfroterowanej podłodze, pod drzwiami kancelarii Lehrera, obserwując, jak dwóch żołnierzy z karniaka czyści kąty szczotkami o wiele za małymi do tej roboty. W ciągu ostatniego kwadransa korytarzem dwa razy przeszedł sierżant, częstując swoich podopiecznych kopniakami w zadki i salutując Felsenowi, który siedział sztywno, pocąc się w mundurze hauptsturmführera SS.

Z biura Lehrera wyszedł adiutant i przywołał go gestem. Felsen zasalutował. Lehrer, siedzący na krześle z wysokim oparciem za pokrytym czarną skórą biurkiem, odpowiedział mu skinieniem głowy. Klaus wyjął papierosy i wsadził jednego do ust. Został upomniany, że w obecności oficera wyższego rangą należy zapytać, czy można zapalić.

- Przyzwyczaisz się do regulaminu - pocieszył go Lehrer. - A nawet go polubisz.

- Trudno mi to sobie wyobrazić.
- Największym ciężarem... - zaczął zwierzchnik z miną najwyższego autorytetu - ... prawdziwym ciężarem władzy jest odpowiedzialność, która spoczywa stalowym ciężarem na moich barkach. Twoje działania jeszcze zwiększają ten ciężar. Ty tymczasem cieszysz się przywilejami lekkiego życia kogoś, kto nie przeszedł przez frontowy ogień.
- Kogoś, kto słucha rozkazów.
- Przekonasz się, że będziesz miał więcej swobody niż inni.
- Teraz, kiedy stałem się pełnoetatowym i pobierającym pełny żołd członkiem SS...
- Jedną markę miesięcznie potrąca się i odkłada do Spargemeinschaft-SS. Potem możesz z tej kasy otrzymać nie oprocentowaną pożyczkę czy...
- Marka mniej miesięcznie nie jest moim problemem. Za co macie mi płacić? Czy teraz wreszcie się dowiem?
- Nie chciałem pana zanudzać, hauptsturmführer Felsen, próbowałem tylko dać praktyczny przykład tego, o czym mówiłem już wczoraj w samochodzie.
- SS jest ekonomiczną potęgą nowej Rzeszy Niemieckiej, rozciągającej się od północnych krańców Skandynawii poprzez Pireneje i Bretanię do Lublina.
- Nie zapominaj o Wielkiej Brytanii, Półwyspie Iberyjskim, Ukrainie, krajach nad Morzem Czarnym i wielu, wielu innych - zaznaczył Lehrer. - Ta mapa jest ogromna.
- Potraktowałem sprawę w symbolicznym zarysie. Znów ten mój ciasny, chłopski umysł.
- Wiesz zapewne, że SS prowadzi rozliczne interesy.

-Ja dostarczałem wam jedynie części kolejowe, choć w bardzo dużych ilościach. Nie wiem, w jakich innych dziedzinach działa organizacja.

- Posiadamy cegielnie, kamieniołomy, cementownie, fabryki naczyń, wytwórnie materiałów budowlanych, napojów, zakłady mięsne, piekarnie oraz oczywiście zakłady zbrojeniowe i fabryki amunicji. Nie wymieniłem wszystkich przedsiębiorstw, ale już to powinno ci dać pojęcie o zakresie naszej działalności.
- Nie rozumiem, w jaki sposób mógłbym się przydać SS. To nie moje dziedziny.
- Porozmawiajmy na przykład o amunicji. Jaka jest różnica pomiędzy tą a poprzednią wojną?
- W tej decydującą rolę odgrywa lotnictwo, a właściwie bombardowania z powietrza.
- Berlińczycy mają w głowie tylko naloty - westchnął Lehrer. - Ja mówię o wojnie jako całości, o ofensywie.
- Tamta wojna było pozycyjna, w tej nie ma statycznych frontów. To wojna szybkich ofensyw. Blitzkrieg.
- No właśnie. Taka wojna wymaga pojazdów, narzędzi i części, artylerii. Jest również wojną prowadzoną za pomocą czołgów, a czołgi mają pancerze. Aby unicestwić czołg, trzeba przebić hartowaną stal pancerza, co z kolei wymaga odpowiedniej amunicji.
- Głowice pocisków są utwardzane stopem tungstenu, jak sądzę. Podobnie jak narzędzia, lufy armatnie i opancerzenie czołgowe.
- Znanym także jako wolfram - uzupełnił Lehrer. - Czy wiesz, skąd pochodzą rudy wolframu?
- Z Chin... głównie, i z Rosji. Szwecja ma niewiele, choć to Szwedzi wymyślili nazwę tungsten. Są też złoża w... - Felsen przez chwilę szukał w pamięci - ... na Półwyspie Iberyjskim.
- Znasz się na rzeczy.
- Dowiedziałem się tego od Wencdta.
- Wencdta?

-Mojego głównego zarządcy. Jest inżynierem metalurgiem - wyjaśnił Felsen. - Wcześniej wspomniał pan o Ukrainie i państwach nad Morzem Czarnym.

- Aha... - Lehrer odchylił się na oparcie fotela, łącząc dłonie czubkami palców - ... oto szersze spojrzenie.
- Byłem pod wrażeniem, gdy w 1939 roku dowiedziałem się, że podpisaliśmy ze Stalinem pakt o nieagresji. Nie oczekuję od pana potwierdzenia, że ów pakt zostanie złamany, lecz uwagi berlińczyków nie uszedł fakt, iż fabryki produkują ogromne ilości sprzętu, które są wysyłane w jednym kierunku.
- Należy mieć nadzieję, że Stalin nie będzie tak podejrzliwy jak berlińczycy.
- Wystarczyłoby mu posiedzieć w którymś z ogródków piwnych czy knajp w Kreuzbergu albo w Neukölln i postawić kilka piw, a miałby wszelkie tajne informacje, o jakich zamarzy.
- Przykra sprawa - stwierdził Lehrer bez zainteresowania. - Proszę mówić dalej, hauptsturmführer, to bardzo interesujące.
- Wolfram importujemy z Chin... a może z Rosji?
- Zgadza się.
- Łamiąc pakt o nieagresji, odetniemy się tym samym od największych dostawców wolframu na świecie.
- Teraz pan rozumie, dlaczego wołałem, aby przywdział pan mundur, zanim zdradzę, o co chodzi.
- Susana Lopes - powiedział nagle Felsen, patrząc bystro na Lehrera. - Chcecie, abym przy zakupie wolframu posłużył się moją portugalską ekskochanką.
- Portugalia ma największe w Europie zasoby wolframu, ale nie zostałeś wybrany do tej roboty dlatego, że znasz portugalski.
- Czego brakowało Kochowi?

Lehrer odrzucił nazwisko gestem dłoni, jakby rozwiewał smród.

- Nie ma za grosz wyczucia. Ta robota wymaga subtelności, podejścia do ludzi i smykałki do gier hazardowych - słowem, talentu do blefowania, zwodzenia i temu podobnych zalet. Twoje zdolności mieliśmy okazję sprawdzić w praktyce. A poza tym Koch to nie jest ktoś, kogo Susana nazwałaby simpatico, nieprawdaż?
- Ja mam kupować ten wolfram dla SS?
- Nie, dla Rzeszy, lecz tak się składa, że Departamentem Dostaw kieruje dr Walter Scheiber, który poza tym, iż jest wybitnym chemikiem, jest również zasłużonym członkiem partii i prawdziwym esesmanem. W ten sposób reichsführer Heinrich Himmler pragnie zapewnić SS uznanie i zyski z produkcji amunicji. Ale to nie ma nic wspólnego z tobą. Twoim zadaniem jest przechwycić każdy kilogram niezakontraktowanego wolframu, jaki pojawi się na świecie.
- Niezakontraktowanego wolframu? A ile zostało zakontraktowane?
- Największa kopalnia należy do Anglików. Beralt - wydobycie 2 000 ton rocznie. Francuzi mają Borralhę - produkcja 600 ton. United Kingdom Commercial Corporation podpisało w zeszłym roku kontrakt z Borralhą, ale na szczęście z pomocą rządu Vichy udało się nam nie dopuścić do jego realizacji. Kontrolujemy niewielką kopalnię Silvicola o maksymalnym wydobyciu kilkuset ton. Resztę kupujemy na wolnym rynku.
- Ile surowca potrzebujemy?
- Trzy tysiące ton tylko w tym roku.

Gabinet wypełniło tykanie zegara. Z dachu domu po drugiej stronie ulicy wiatr zwiewał tumany śniegu i ciskał w okno gabinetu.

- Czy mogę teraz zapalić? - zapytał Felsen. Lehrer skinął głową. - Powiedział pan, że największa kopalnia wydobywa dwa tysiące ton rocznie?
- Zgadza się. I nie jest to jedyny z naszych problemów. Angielski koncern będzie forował prawo pierwokupu. Będziesz musiał uruchomić ogromne zasoby „wolnej” siły roboczej, nie mówiąc już o naszych ludziach i portugalskich agentach. Trzeba będzie zabezpieczyć surowiec i załatwić fracht. Masz być... jak to powiedzieć... posłużyć się niekonwencjonalnymi metodami.
- Przemyt?

Lehrer rozluźnił palcem kołnierzyk koszuli.

- Będziesz potrzebował informacji o posunięciach konkurencji. Trzeba trzymać ludzi w pogotowiu, uaktywnić zagranicznych agentów.
- A ten portugalski führer - Salazar - czy on nie...?
- Salazar balansuje na cienkiej linie. Ideologicznie jest bez zarzutu, ale oni mają tam w Portugalii długą tradycję współpracy z Brytyjczykami i podchodzą do nich w białych rękawiczkach. Nie możemy zbytnio go naciskać.
- Kiedy wyjeżdżam do Portugalii?
- Nie musisz, przynajmniej na razie. Najpierw Szwajcaria. Jeszcze tego popołudnia.

-Już? A co z fabryką? Nie zdążyłem wydać ani jednej dyspozycji. Nie ma mowy, żebym się stąd ruszył, dopóki nie przekażę spraw!

- To rozkaz, hauptsturmführer - stwierdził zimno Lehrer. -Nie ma rozkazu, którego nie można by wypełnić. Samochód podjedzie po pana o pierwszej. Proszę się nie spóźnić.

Felsen wyszedł przed dom dokładnie z wybiciem pierwszej. Miał na sobie mundur, lecz założył swoje palto. Z ponurą miną patrzył, jak robotnik w kombinezonie przykleja na ścianie apteki naprzeciwko wielki, czarno-czerwony plakat z hasłem „Dziękujemy ci, führerze!”.

Dzwonił do Ewy przez cały ranek, lecz nikt nie podnosił słuchawki. Kiedy skończył się pakować i przekazał ustne dyspozycje Wencdtowi, pobiegł do jej domu, aby znów dzwonić do drzwi, nawoływać pod oknami i znów zostać obruganym przez tego samego sąsiada, którego obudził w nocy. Kiedy mężczyzna dostrzegł mundur SS pod płaszczem, stał się nagle niezwykle uprzejmy. Kwiecistym, służalczym stylem poinformował hauptsturmführera, że pani Ewa Brücke wyjechała wczoraj rano, bo widział, jak wsiadała z walizkami do taksówki.

Starsza kobieta mozolnie brnęła zaśnieżonym chodnikiem Nürnbergerstrasse. Kiedy zrównała się z Felsenem, dostrzegła jego zaciętą minę i wzrok, z jakim patrzył na plakat. Przystanęła i chyłkiem, jak to czyniło wielu berlińczyków, rozejrzała się wokół.

- Za co mamy mu dziękować? - zapytała, pokazując laską Wodza i z każdym słowem wypuszczając z ust kłęby pary. - Za narodowosocjalistyczny erzac kawy? Niech powie, jak mam piec ciasto bez jajek? Jedyne, co mamy dzięki niemu, to ta szmata „Völkischer Beobachter”... lepiej się nadaje do klozetu niż narodowosocjalistyczny papier klozetowy.

Nagle urwała, jakby ktoś wbił jej nóż w gardło. Wiatr rozchylił poły płaszcza Felsena i zobaczyła pod nim mundur. W panice rzuciła się do ucieczki. Nogi, tak dotąd niepewne, niosły ją po oblodzonym chodniku w łyżwiarskim tempie.

Podjechał mercedes z szoferem. Kierowca załadował rzeczy Felsena do bagażnika. Po drodze minęli starszą panią, która nie zwalniając tempa spieszyła ku Hohenzollerndamm. Felsen opowiedział zdarzenie.

- Miała szczęście, że nie trafiła na kogoś bardziej surowego - skomentował Lehrer, pocierając dłonie w rękawiczkach. - Być może powinieneś być bardziej surowy. Musisz...
- Nie wobec starych kobiet na ulicy.
- Selektywna surowość osłabia działanie - odparł jego zwierzchnik, przecierając oszronioną szybę palcem opiętym gładką, czarną skórą rękawiczki.

Wyjechali z Berlina, kierując się na Lipsk i przecinając okryte śniegiem pola, przez Weimar i Eisenach podążali w stronę Frankfurtu. Lehrer otworzył teczkę i przez całą drogę przeglądał papiery, nanosząc na nich uwagi pajęczym, niemożliwym do odczytania pismem. Felsen miał czas, aby myśleć o Ewie, lecz nie potrafił znaleźć spójnego wątku w tej znajomości, będącej jednym pasmem długich nocy spędzanych na piciu, śmiechu i słuchaniu jazzu w przerwach między scenami miłosnymi albo gwałtownymi kłótniami, które wybuchały zawsze z jednego powodu. Żądał jej dla siebie coraz więcej, lecz nie chciała mu tego dać. Napięcie wyładowywało się, kiedy zaczynała rzucać w niego czym popadnie, przeważnie butami. Nawet w największym szale nie tykała jednak porcelany, choć spotykali się w jego mieszkaniu, gdzie stały piękne okazy z Miśni.

Nie było nic... może poza incydentem z dwoma Żydówkami. Długo po tym, kiedy dowiedziała się o ich losie, wyglądała jak człowiek, który przeżył jakąś katastrofę - blada, z nieobecnym spojrzeniem, rozkojarzona. W końcu jednak jej przeszło. Zresztą owo zdarzenie nie miało nic wspólnego ani z nią, ani z nimi. Klaus zerknął na Lehrera, który nucił sobie coś pod nosem, po czym wbił wzrok w okno.

Kiedy za Karlsruhe zaczęło zmierzchać, zajechali do przydrożnego gościńca na nocleg. Felsen położył się w swoim pokoju, zaś Lehrer zajął kantor gospodarza i stamtąd wydzwaniał przez dobrą godzinę. Na kolacji byli jedynymi gośćmi. Lehrer konwersował z roztargnieniem, aż wreszcie wezwano go do telefonu. Wrócił w znakomitym nastroju i zażądał, aby podano brandy przy kominku.

- I kawę! - krzyknął za odchodzącym kelnerem. - Tylko prawdziwą, a nie tę szczynę czarnuchów.

Stanął przy ogniu i swoim zwyczajem grzał sobie tyłek, z upodobaniem oglądając ludowe wnętrze, jakby od dawna nie był w prostym, wiejskim zajeździe.

- Nigdy nie widziałem pana w Rote Katze - Felsen zaryzykował wypad na nieznany grunt.
- A ja cię widziałem - stwierdził Lehrer.
- Od dawna zna pan Ewę?
- Czemu pytasz?
- Zastanawiałem się, skąd pan wie o moich dawnych sympatiach. To ona poznała mnie z nimi wszystkimi... nie wyłączając pokerzystki.
- Jak się nazywała?
- Sally Parker.
- Nie wspominała o niej.
- Gdyby to zrobiła, nie zaprosiłby mnie pan do gry.
- Słusznie. Tak, znam Ewę od dosyć dawna, a konkretnie od czasu, kiedy prowadziła swój pierwszy klub, Der Blaue Affe, „Niebieską Małpę”. Ciekawe, czy jeszcze działa?
- Nie znam takiego.
- To było w latach dwudziestych.

Felsen przecząco pokręcił głową.

- Nieważne. W każdym razie padło twoje nazwisko i skojarzyłem, o kim mowa. Ewa wyrażała się o tobie w samych superlatywach, choć dobrze wiedziała, że nie o to mi chodzi. Chwali się jej tak daleko posunięta dyskrecja, lecz zapomniała, że ma do czynienia z gruppenführerem SS i... no właśnie - zakończył, sięgając po kieliszek z tacy, podsuniętej przez kelnera. - Chyba nie jesteś...
- Słucham?
- Mam nadzieję, że Fraülein Brücke nie była jedną z przyczyn, dla których nie chciałeś się ruszyć z Berlina?
- Nie, absolutnie nie - zaprzeczył Felsen, wściekły na siebie, że sprowokował rozmowę na ten temat.
- Chciałem powiedzieć, że...

Mokre polano zasyczało przeraźliwie. Lehrer położył sobie dłonie na pośladkach, aby także je ogrzać.

- Co takiego chciał pan powiedzieć? - Felsen nie mógł się powstrzymać.
- Cóż, można się domyślić - berlińskie kluby... kobiety... to nie...
- Ewa nie jest dziwką - rzeki Felsen, powstrzymując gniew.
- Tego nie powiedziałem, ale... chodzi o pewną kulturę, klimat... który nie sprzyja... - zawiesił głos, czekając, aż Felsen sam wpadnie na właściwie słowo, lecz odpowiedziało mu milczenie. - Nie sprzyja życiowej stabilizacji - dokończył sam. - Jest artystowski, łatwy. Stałe związki są rzadkością w tym nocnym światku.
- Czyżby sławetny rozrywkowy rajd naszej partii nie odbył się w nocy?
- Touché - zaśmiał się Lehrer, moszcząc się w głębokim fotelu. - Trudno jednak żądać od aparatu fotograficznego, by nie pokazywał tłustych brzuchów w Amtswalter, gdzie partyjni towarzysze wyglądali jak stado bawarskich wieprzków. Przypominam jednak panu, hauptsturmführer, że szydercza postawa nie jest aprobowana u wyznawców narodowego socjalizmu.

Niedługo potem pożegnali się i poszli spać. Felsen poczuł się oszukany i chory. Leżał w łóżku wpatrzony w sufit, paląc papierosy. Rozmyślał o rozstaniu z Ewą i łatwości, z jaką przywiązała go do siebie, a potem odsunęła.

- Dobra, dosyć tego - powiedział głośno i zdusił ostatni niedopałek w trzymanej na piersi popielniczce. - Jeszcze jedna do kolekcji.

Zasnął dopiero po dwóch godzinach. Długo nie mógł usunąć z myśli obrazu gołych stóp i łydek swego ojca. Kątem oka widział, jak kołyszą się nad klepiskiem. Dlaczego zadał sobie trud zdjęcia butów i skarpetek?

27 lutego 1941

Na śniadanie zeszli ubrani w garnitury. Garnitur Lehrera był jednorzędowy, granatowy, uszyty z grubej wełny. Felsen czuł się niemal jak dandys w swoim paryskim fasonie, dwurzędowym, w kolorze czekolady, z czerwonym krawatem, śmiesznym w tych okolicznościach.

- Musiał sporo kosztować - zauważył Lehrer, odgryzając kęs chleba z szynką.

- Nie był tani.
- Bankierzy nie będą ci ufać, jeśli nie ubierzesz się w granat.
- Bankierzy?
- Tak, z Bazylei. A jak sądzisz, po co jedziemy do Szwajcarii? Nie kupi się wolframu za bony.
- Ani za reichsmarki - dodał Felsen.
- Właśnie.
- Ale za franki szwajcarskie... dolary.
- Doktor Salazar jest profesorem ekonomii.
- Czy to ma usprawiedliwiać fakt, że handluje z każdym, kto płaci?
- Nie. Po prostu wiedza mówi mu, że wojna to najlepszy czas gromadzenia rezerw złota.
- Macie zamiar posłać mnie do Portugalii ze skrzynią złota?
- Pojawił się pewien problem. Amerykanie zaczęli utrudniać nam dostęp do dolarów, toteż zaczęliśmy płacić za nasze zamówienia we frankach szwajcarskich. Nasi portugalscy dostawcy wymieniają te franki na escudo. W ten sposób szwajcarska waluta, za pośrednictwem lokalnych banków, trafia w końcu do Banco de Portugal. Kiedy zgromadzi się wystarczająco duża suma, bank kupuje sobie za nią złoto w Szwajcarii.
- W czym więc problem?
- Szwajcarzy tego nie lubią. Obawiają się, że stracą kontrolę nad rezerwami złota - wyjaśnił Lehrer. - Dlatego eksperymentujemy z inną metodą.
- Jak przewieziemy to złoto?
- Ciężarówkami.
- Jakimi?
- Szwajcarskimi. Będziesz miał przez całą drogę eskortę zbrojnych żołnierzy. Taki konwój wymaga sprawnej organizacji. Chyba nie sądzisz, że wczoraj przez całą drogę dla zabawy trzymałem nos w papierach?
- Nie zdawałem sobie sprawy, że będziemy dostarczać to złoto... w sensie fizycznym. Myślałem, że transakcję załatwią między sobą banki.
- Najprawdopodobniej doktor Salazar lubi... w sensie fizycznym... siedzieć na swoim zlocie - stwierdził Lehrer, nie wyjaśniając, co właściwie miał na myśli.
- Czyje to jest złoto?
- Nie rozumiem pytania.
- Niemieckie znajdowałoby się w bankach Rzeszy, prawda?
- Zadałeś mi pytanie, na które nie mogę... zbyt mało wiem, aby na nie odpowiedzieć... albo zbyt mało znaczę. W końcu jestem tylko gruppenführerem.

Dokładnie o jedenastej rano zatrzymali się przed budynkiem bez tabliczki, znajdującym się w finansowej dzielnicy Bazylei. Nic nie wskazywało na to, co można zastać w środku. W recepcji urzędowała przystojna kobieta około trzydziestki. W głębi widać było szerokie, marmurowe spiralne schody. Lehrer wdał się w cichą rozmowę z recepcjonistką. Felsen dosłyszał tylko jedno słowo: „Puhl”. Kobieta sięgnęła po słuchawkę, wykręciła numer i powiedziała coś krótko. Następnie wyszła zza lady i energicznym krokiem podeszła ku schodom, demonstrując przy okazji mocne, kształtne nogi. Lehrer podążył za nią, dając Felsenowi znak, by zaczekał.

Klaus usiadł w wygodnym skórzanym fotelu. Po chwili kobieta wróciła i nie patrząc na niego, zajęła miejsce za ladą. Tkwiła nieruchomo z założonymi rękami, czekając na następne wydarzenie nudnego dnia. Felsen potrzebował aż pół godziny, w czasie której poważnie naruszył swoje rezerwy męskiego czaru, aby dowiedzieć się, iż antyszambruje w holu Banku Inwestycji Międzynarodowych. Ta nazwa nic mu nie mówiła.

O pierwszej Felsen i Lehrer siedzieli przy stoliku w restauracji Bruderholz. Inne stoliki, ustawione w odpowiedniej odległości od siebie, zajmowali mężczyźni w ciemnych garniturach. Podano de volaille z frytkami. Gruppenführer popijał gewürztraminera, wytwornie obracając w palcach smukłą nóżkę kieliszka.

-Jak to dobrze, że Alzacja znów do nas wróciła, nie sądzisz? Co za wspaniały kraj, a jakie wina! Mięso kurczaka jest trochę za delikatne do tej marki. Powinniśmy zamówić pieczoną gęś albo soczystą alzacką wieprzowinę, ale niestety, nie mogę jeść za dużo tłuszczu. Cóż, twoje zdrowie!

- Czy świętujemy sukces, Herr Lehrer?
- Jak ci smakuje wino?
- Bardzo korzenne.
- Tylko tyle? Sądziłem, że lubisz w życiu smakować wszystko, co jest tego warte.
- Dobrze. Ostentacyjnie zawiesiste, a jednocześnie klarowne i wytrawne. Korzenna nuta wybrzmiewa od początku do końca, długa jak transatlantycki rejs.
- Skąd znasz ten żargon? - zaśmiał się Lehrer.
- Nie mam racji?
- Ależ tak... Wolę trwać przy winie, to mniej niebezpieczne niż rejsy przez ocean. Myślę, że powinniśmy zakończyć ten obiad boską brioche.

Wypili jeszcze jednego gewürztraminera. Lokal opustoszał. Do brioche, podanej na deser, opróżnili pół butelki sauternesa. Na koniec zamówili kawę oraz koniak i siedzieli w zapadającym mroku, śledząc żarzące się koniuszki swoich cygar. Kelnerzy, podawszy co trzeba, zostawili ich samych w pustej sali. Obaj mężczyźni byli rozluźnieni. Leher zarzucił rękę z cygarem na oparcie krzesła, a Felsen rozparł się wygodnie, wyciągając przed siebie nogi.

- Mężczyzna - zaczął niespiesznie Lehrer tonem podsumowania, wskazując cygarem na swego rozmówcę - pewne ważne sprawy musi zawsze przemyśleć w samotności.
-