Śmierć kroczy za mną - M. Wilga - ebook
NOWOŚĆ

Śmierć kroczy za mną ebook

M. Wilga

0,0

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Tak wiele musi się zmienić, aby nic się nie zmieniło.  
Tomasz Hanke to człowiek, który za dużo widział, za dużo wie i zna nieodpowiednich ludzi. Gdy wraca do Polski, liczy na spokój i normalne życie. Mężczyzna nie spodziewa się, że na jego drodze ponownie stanie Aleksandra, jego dawna miłość. Kobieta jest zaskoczona widokiem Tomka. I chociaż wie, że znajomość z nim jest zbyt ryzykowna, dawne uczucia odżywają. Miłość przeradza się w namiętność, która ma swoje konsekwencje.A kiedy wydaje się, że wszystko powoli zaczyna się układać, paskudna przeszłość mężczyzny wraca.

Obecność Hanke komplikuje życie wielu osobom, w tym życie Aleksandry. Wszystko wokół nich wydaje się być zwiastunem czyjejś śmierci… Powieść łącząca wątki thrillera i romansu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 246

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Imwhoim

Nie oderwiesz się od lektury

Fabuła, osadzona w mrocznym świecie tajemnic i niebezpieczeństw, łączy napięcie z nieprzewidywalnym humorem.
00



Żo­nie i wszyst­kim moim cór­kom, bez was nic by się nie uda­ło.

Rozdział 1

Nie­bie­ski pick-up mo­zol­nie brnął roz­mo­kłą grun­to­wą dro­gą. Deszcz sią­pił od ty­go­dnia i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że w cią­gu naj­bliż­szych go­dzin mia­ło­by prze­stać pa­dać. Po­jazd bu­jał się ła­god­nie, gdy któ­reś z kół wpa­da­ło w głęb­szą za­pa­dli­nę. Kie­row­ca do­sto­so­wał pręd­kość do pa­nu­ją­cych wa­run­ków tak, aby wszyst­ko, co za­ła­do­wał i sta­ran­nie za­bez­pie­czył na skrzy­ni swo­je­go auta, w ca­ło­ści i bez strat do­tar­ło do wy­zna­czo­ne­go celu.

Prze­mie­rza­na te­raz tra­sa nie przy­po­mi­na­ła w ni­czym tej, któ­rą pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa. Wszyst­ko było inne: drze­wa, krze­wy, na­wet dziu­ry w dro­dze.

Kie­dyś znał każ­dy cen­ty­metr tego trak­tu: każ­dy ka­mień, za­głę­bie­nie i ko­rze­nie li­po­wych drzew, któ­re tuż pod po­wierzch­nią two­rzy­ły swo­isty wzór, ko­ja­rzą­cy się ma­łe­mu chłop­cu z siat­ką żył wi­dzia­ną pod ludz­ką skó­rą.

W cza­sie wa­ka­cji, a nie­mal każ­de­go roku spę­dzał je u ro­dzi­ców swo­jej mat­ki, prze­mie­rzał ją kil­ka, a na­wet kil­ka­na­ście razy dzien­nie – tam i z po­wro­tem. Za­wsze z wiel­kim sen­ty­men­tem wspo­mi­nał czas spę­dzo­ny w sta­rym drew­nia­nym dom­ku.

To była inna epo­ka – przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy wy­po­wie­dział te sło­wa na głos, czy tyl­ko o tym po­my­ślał. Spoj­rzał na psa, zwi­nię­te­go w kłę­bek na sie­dze­niu pa­sa­że­ra. Pierw­sze stwo­rze­nie na świe­cie, któ­re na­le­ża­ło tyl­ko do nie­go, tak jak on na­le­żał tyl­ko do swo­je­go psa.

Psiak ude­rzył dwa razy ogo­nem o sie­dze­nie pick-upa, tak jak­by chciał po­wie­dzieć: „Wiem, że o mnie my­ślisz”.

– Je­steś brzyd­ki jak kupa po ja­go­dach, ale je­steś mój. – Czło­wiek za kie­row­ni­cą, wy­po­wie­dział te sło­wa gło­śno, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od wy­bo­istej dro­gi, a psi­sko znów ude­rzy­ło dwa razy ogo­nem o fo­tel pa­sa­że­ra. – Wiem, wiem, mnie też ni­cze­go nie bra­ku­je – bąk­nął jak­by w od­po­wie­dzi na nie­sły­szal­ne psie oskar­że­nie.

Męż­czy­zna czę­sto mó­wił do psa. Zwie­rzak stał się po­wier­ni­kiem za­rów­no prze­my­śleń, jak i mrocz­nych ta­jem­nic swo­je­go wła­ści­cie­la. A ten miał ich „odro­bi­nę” wię­cej niż prze­cięt­ny oby­wa­tel.

– Jesz­cze chwi­la i bę­dzie­my na miej­scu. Po­do­ba ci się czy nie, to nasz nowy dom – rzu­cił do sier­ściu­cha, a w od­po­wie­dzi znów dało się sły­szeć dwa ude­rze­nia ogo­nem o fo­tel. – Nie je­steś zbyt wy­lew­ny. – Po tych sło­wach męż­czy­zna rzu­cił swo­je­mu to­wa­rzy­szo­wi krót­kie spoj­rze­nie.

Pies wes­tchnął, tak jak­by uznał, że nie ma ar­gu­men­tu mo­gą­ce­go prze­ko­nać czło­wie­ka do po­rzu­ce­nia po­my­słu za­miesz­ka­nia na tym od­lu­dziu.

Kloc­ki ha­mul­co­we nie­przy­jem­nie otar­ły się o tar­cze i wy­da­ły z sie­bie krót­ki, wy­so­ki pisk. Pies uniósł łeb, bo do­brze zna­ny dźwięk był dla nie­go sy­gna­łem, że za chwi­lę bę­dzie mógł wy­sko­czyć z auta.

– Je­ste­śmy na miej­scu – po­in­for­mo­wał swo­je­go wło­cha­te­go to­wa­rzy­sza. – Nie dzię­kuj – rzu­cił zło­śli­wie, otwo­rzył drzwi i wy­siadł z po­jaz­du. Po­czuł na kar­ku deszcz, któ­ry na­dal są­czył się z ni­sko za­wie­szo­nych oło­wia­nych chmur. – Mor­dor1 – po­wie­dział sam do sie­bie, a para wy­do­by­wa­ją­ca się z jego ust za­kłę­bi­ła się przed ocza­mi.

Jesz­cze ty­dzień, dwa i po­go­da bę­dzie dużo lep­sza – prze­ko­ny­wał sam sie­bie, pró­bu­jąc so­bie ja­koś wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć.

– Kla­wisz, wy­łaź – rzu­cił krót­ką ko­men­dę.

Pies wy­sta­wił pysk przez uchy­lo­ne drzwi sa­mo­cho­du, ale nie wy­ka­zy­wał en­tu­zja­zmu do tego, aby wyjść wprost w ob­ję­cia za­chod­nio­po­mor­skiej wio­sny, wo­lał zo­stać w do­brze już na­grza­nym i wy­god­nym wnę­trzu auta.

– Wy­łaź, nie ma­rudź. Gdzie two­ja psia god­ność?

Kla­wisz wy­sko­czył z sa­mo­cho­du, tak jak­by chciał udo­wod­nić, że na­dal jest tym za­dzior­nym szcze­nia­kiem, któ­re­go czło­wiek przy­gar­nął kil­ka lat temu.

Sta­li przed ma­łym drew­nia­nym dom­kiem. Srebr­no­sza­re de­ski gdzie­nie­gdzie po­kry­te czar­ną pa­ty­ną mo­gły ostu­dzić za­pał naj­zna­ko­mit­szych oso­bo­wo­ści sztu­ki cie­siel­skiej.

– Oba­wiam się, że wie­dza z YouTu­be‘a, nie wy­star­czy, aby to ogar­nąć, po­trze­bu­je­my po­sił­ków – oznaj­mił swo­je­mu psu.

Ru­szył po­wo­li w kie­run­ku drzwi i po­ko­nał dwa stop­nie drew­nia­nych scho­dów, jed­nak za­wa­hał się chwi­lę, za­nim po­sta­wił pierw­szy krok na gan­ku i zna­lazł w so­bie na tyle od­wa­gi, aby sta­nąć na nie­pew­nym pod­ło­żu. Za­trzy­mał się na kil­ka se­kund, sta­ra­jąc osza­co­wać, czy de­ski nie pod­da­dzą się pod jego cię­ża­rem. Ru­szył po chwi­li. Raz, dwa, trzy, po­li­czył w gło­wie kro­ki, ja­kie mu­siał zro­bić, aby do­trzeć do fron­to­wych drzwi. Za­trzy­mał się po­now­nie przed nimi, aby się­gnąć do kie­sze­ni spodni po klucz. Ku zdu­mie­niu męż­czy­zny za­mek pod­dał się bez naj­mniej­sze­go opo­ru. Na­ci­snął klam­kę, pchnął drzwi i z ci­chym skrzyp­nię­ciem otwo­rzył na całą sze­ro­kość po­dwo­je dom­ku.

Prze­kro­czył próg, zro­bił jesz­cze je­den krok w głąb po­miesz­cze­nia i roz­pły­nął się w ciem­no­ściach.

Pies uniósł się, tyl­ko po to, aby usiąść po­now­nie w tym sa­mym miej­scu, prze­chy­lił gło­wę i wpa­try­wał się w czar­ną ot­chłań, któ­ra po­zo­sta­ła za ple­ca­mi jego przy­ja­cie­la.

1 Sie­dzi­ba zła we „Wład­cy Pier­ście­ni” – fik­cyj­na, wul­ka­nicz­na kra­ina w Śród­zie­miu stwo­rzo­na przez J.R.R. Tol­kie­na, rzą­dzo­na przez głów­ne­go an­ta­go­ni­stę – Sau­ro­na. Ko­ja­rzo­na z ciem­no­ścią, znisz­cze­niem i ar­mią or­ków.

Rozdział 2

Ka­ri­ma­ta i śpi­wór – je­dy­nie to ścią­gnął wczo­raj ze skrzy­ni swo­je­go le­ci­we­go pick-upa. Na roz­ła­do­wa­nie resz­ty ba­ga­żu nie zna­lazł już cza­su, sił ani ocho­ty. Te­raz ża­ło­wał, że nie po­tra­fił wy­krze­sać z sie­bie po­przed­nie­go dnia nic wię­cej. Chłód i wil­goć obu­dzi­ły go wcze­snym ran­kiem, po­czuł dzię­ki temu wy­raź­niej skut­ki swo­ich wczo­raj­szych za­nie­dbań.

Usiadł. Sta­rał się w mro­ku zlo­ka­li­zo­wać pacz­kę pa­pie­ro­sów, któ­rą po­zo­sta­wił w za­się­gu ręki na pod­ło­dze obok swe­go le­go­wi­ska. Po omac­ku na­tra­fił na do­brze zna­ny mu kształt, pod­niósł pu­deł­ko i wstrzą­snął, aby się upew­nić, że za­pal­nicz­ka jest tam, gdzie być po­win­na. Za­grze­cho­ta­ło w środ­ku. Otwo­rzył pacz­kę, wy­su­nął za­pal­nicz­kę na dłoń, ujął po­mię­dzy pal­ce pa­pie­ro­sa, któ­ry wy­su­nął się wraz z za­pal­nicz­ką.

Mały pło­mień roz­świe­tlił na mo­ment po­miesz­cze­nie, męż­czy­zna za­cią­gnął się, za­trzy­mał na chwi­lę dym w płu­cach, a na­stęp­nie wy­dmu­chał go ze świ­stem.

– Kla­wisz, wsta­waj chło­pa­ku, dłu­gi dzień przed nami. Chciał­bym, że­byś kie­dyś do cze­goś się przy­dał. – Gdy tyl­ko to po­wie­dział, usły­szał w ciem­no­ści stuk psich pa­zu­rów o pod­ło­gę. – Mógł­byś cho­ciaż jaj­ka zno­sić – kon­ty­nu­ował ką­śli­wie.

Pies pod­szedł na tyle bli­sko, że zdo­łał­by do­tknąć no­sem swo­je­go pana.

– No, chodź tu do mnie, wiesz do­brze, że żar­tu­ję. – Po­dra­pał psa za usza­mi, któ­re wy­pa­trzył w ni­kłym świe­tle, ja­kie da­wał żar pa­pie­ro­sa. – Okej, po­zwól mi wstać. – Ode­pchnął de­li­kat­nie czwo­ro­no­ga i po­wo­li, z pa­pie­ro­sem w ustach, uniósł się do pio­nu, ru­szył nie­pew­nym kro­kiem w kie­run­ku drzwi, na­ma­cał klam­kę i po­cią­gnął.

Ciem­no­sza­ry, mgli­sty po­ra­nek wci­snął się do wnę­trza drew­nia­ne­go dom­ku, a sto­ją­cy w pro­gumęż­czy­zna ko­lej­ny raz głę­bo­ko za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i wpa­try­wał bez­myśl­nie w dal. Oprzy­tom­niał do­pie­ro, gdy na skra­ju pola wi­dze­nia do­strzegł błysk re­flek­to­rów zbli­ża­ją­ce­go się po­jaz­du. Na­tych­miast otrzeź­wiał. Jego mózg za­czął pra­co­wać ze zdwo­jo­ną pręd­ko­ścią i ana­li­zo­wać oko­licz­no­ści, w ja­kich się wła­śnie zna­lazł. Po szyb­kim prze­glą­dzie moż­li­wych opcji męż­czy­zna wy­raź­nie się od­prę­żył. Dało się sły­szeć ci­chy po­mruk zbli­ża­ją­ce­go się do dom­ku ele­ganc­kie­go SUV-a. Po chwi­li auto za­trzy­ma­ło się przed gan­kiem.

Wy­sia­dła z nie­go do­brze ubra­na ko­bie­ta, świa­do­ma swo­jej war­to­ści, co dało się od razu wy­czuć.

– Nie od­bie­rasz te­le­fo­nu – wy­pa­li­ła bez wstęp­nych uprzej­mo­ści.

– Do­pie­ro wsta­łem, a te­le­fon zo­stał pod­pię­ty w moim sa­mo­cho­dzie. – Męż­czy­zna usi­ło­wał się wy­tłu­ma­czyć, w tym sa­mym cza­sie jego pies wy­szedł przed dom, za­in­te­re­so­wa­ny po­ran­nym za­mie­sza­niem.

– Twój? – za­py­ta­ła ko­bie­ta, wska­zu­jąc bro­dą zwie­rza­ka.

– Tak. To mój kum­pel, ma na imię Kla­wisz – od­parł męż­czy­zna.

– Po­wie­dzia­ła­bym, że jest ład­ny, ale obo­je wie­my, że to nie­praw­da – oznaj­mi­ła.

– Dla mnie li­czy się jego od­da­nie, cze­go na przy­kład to­bie z całą pew­no­ścią bra­ku­je – od­parł.

– Je­steś taki sam jak oj­ciec. Za­sa­dy, lo­jal­ność, od­da­nie, to dla was za­wsze było na pierw­szym miej­scu, a we współ­cze­snym świe­cie te ce­chy to sła­bość. – Po tych sło­wach ru­szy­ła ener­gicz­nie w kie­run­ku drzwi.

Męż­czy­zna sto­ją­cy w pro­gu cof­nął się do środ­ka ciem­ne­go po­miesz­cze­nia, aby po­zwo­lić przejść i nie dać się stra­to­wać roz­pę­dzo­nej ko­bie­cie. Dało się sły­szeć su­chy trzask włącz­ni­ka oświe­tle­nia.

– Sie­dzia­łeś tu w tych egip­skich ciem­no­ściach? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

Tru­pio bla­de świa­tło te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go roz­ja­śni­ło po­miesz­cze­nie. Ko­bie­ta, oświe­tla­jąc so­bie dro­gę, po­de­szła do bia­łej skrzyn­ki elek­trycz­nej za­mo­co­wa­nej na prze­ciw­le­głej do drzwi ścia­nie. Otwo­rzy­ła małe prze­zro­czy­ste drzwicz­ki, za któ­ry­mi ukry­wał się cały rząd bez­piecz­ni­ków elek­trycz­nych i… klik.

– Niech sta­nie się świa­tło – po­wie­dzia­ła, od­wra­ca­jąc się do fa­ce­ta sto­ją­ce­go za jej ple­ca­mi. – Oj, To­mek, To­mek – zwró­ci­ła się do­bro­dusz­nie z nutą mat­czy­nej cier­pli­wo­ści – nic się nie zmie­ni­łeś. Cią­gle ten sam bez­rad­ny chło­piec, za któ­re­go za­wsze wszyst­ko robi młod­sza sio­stra.

– Daję so­bie do­sko­na­le radę bez two­jej po­mo­cy – od­ciął się.

– Chy­ba nie do koń­ca, sko­ro za­dzwo­ni­łeś do mnie po trzech la­tach mil­cze­nia.

– Chcia­łem cię po pro­stu zo­ba­czyć, tę­sk­ni­łem – od­po­wie­dział.

– Pew­nie dla­te­go tak wy­lew­nie mnie po­wi­ta­łeś, praw­da? – Jak za­wsze ostat­nie sło­wo mu­sia­ło na­le­żeć do niej.

– Daj­my już spo­kój tym słow­nym prze­py­chan­kom, Ka­ta­rzy­no – po­wie­dział po­jed­naw­czo. – Nie po to do cie­bie dzwo­ni­łem. Chcia­łem się po pro­stu spo­tkać z sio­strą i po­ga­dać, nie­ko­niecz­nie o szó­stej trzy­dzie­ści gdzieś na od­lu­dziu, ale sko­ro so­bie ży­czysz… – uciął, a ką­cik ust uniósł się w cha­rak­te­ry­stycz­nym dla nie­go uśmie­chu.

– Masz ra­cję – od­par­ła po krót­kim na­my­śle. – Za­pra­szam na kawę. Po dro­dze wi­dzia­łam Ga­sthaus. Jest tam mała re­stau­ra­cja, za­pew­ne jak we wszyst­kich ho­te­lach śnia­da­nie od siód­mej. Zje­my, wy­pi­je­my kawę, po­ga­da­my. Ko­lej­ność do­wol­na. Ubierz się – rzu­ci­ła.

„Ga­sthaus? Na Boga! Nie ma już pol­skie­go od­po­wied­ni­ka na przy­droż­ny za­jazd? Czyż­by umknę­ła mi ja­kaś nie­miec­ka anek­sja”? – ob­ru­szył się w my­ślach i wsu­nął sto­py w Croc­sy.

– Już – po­in­for­mo­wał sio­strę.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go, unio­sła wzrok ku nie­bu i po­krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

– Wi­dzę, że na­dal nie za­wra­casz so­bie dupy ety­kie­tą – pod­su­mo­wa­ła.

*

– Nic nie zja­dłeś – po­wie­dzia­ła Ka­sia.

– Przy­pa­dłość więk­szo­ści pa­la­czy. Za­zwy­czaj nie ja­da­ją śnia­dań – od­parł od nie­chce­nia. – Le­piej po­wiedz, co u cie­bie.

– Ja­koś się krę­ci – od­po­wie­dzia­ła zdaw­ko­wo – ale nie­ste­ty, kto chce pro­wa­dzić biz­nes w tym kra­ju, nie ma zbyt wie­le cza­su dla sie­bie i swo­ich bli­skich. Dla­te­go wła­śnie o szó­stej trzy­dzie­ści i dla­te­go wła­śnie tu­taj, bo je­stem po dro­dze do Wro­cła­wia.

– Te­raz ro­zu­miem – od­parł To­mek – cho­ciaż łu­dzi­łem się przez chwi­lę, że to tę­sk­no­ta za bra­tem zmu­si­ła cię do wi­zy­ty na wschod­nim brze­gu Odry. Aż łez­ka w oku mi się za­krę­ci­ła. – Po tych sło­wach lewy ką­cik jego ust po­wę­dro­wał do góry.

– To biz­nes mnie tu spro­wa­dził, ty je­steś przy oka­zji. Dziad­ka Sta­sia ru­skim czoł­giem do Pol­ski nie­ste­ty nie przy­wieź­li, a więc jak chcesz do cze­goś tu­taj dojść, to mu­sisz za­pier­da­lać za trzech albo wró­cić już usta­wio­ny z za­gra­ni­cy. Każ­de z nas wy­bra­ło swo­ją wła­sną dro­gę, nie oce­niam i nie chcę wie­dzieć – oznaj­mi­ła bra­tu.

Dzwo­nek za­in­sta­lo­wa­ny przy drzwiach za­sy­gna­li­zo­wał, że ktoś je otwo­rzył i prze­kro­czył próg za­jaz­du.

– Dzień do­bry, sze­fo­wo – roz­niósł się głos dziew­czy­ny z ob­słu­gi.

– Dzień do­bry, Ga­bry­siu. Cześć, Ka­siu. – Sio­stra na dźwięk swo­je­go imie­nia unio­sła wzrok znad kub­ka.

– Cześć, Olu. – Pierw­szy raz tego dnia na jej twa­rzy za­go­ścił nie­wy­mu­szo­ny uśmiech. Wsta­ła od sto­li­ka, aby przy­wi­tać zna­jo­mą.

– To mój star­szy brat To­masz. Pa­mię­tasz go? – za­py­ta­ła ją.

– Oczy­wi­ście, że pa­mię­tam, ale nie wiem, czy roz­po­zna­ła­bym go na uli­cy, po tylu la­tach – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta.

Męż­czy­zna oży­wił się na te sło­wa i za­in­try­go­wa­ny prze­bie­giem wy­da­rzeń uniósł wzrok. Roz­po­znał ten głos, czas nie miał na nie­go ab­so­lut­nie żad­ne­go wpły­wu. Wstał z krze­sła o wie­le szyb­ciej, niż­by chciał. Choć bar­dzo sta­rał się kon­tro­lo­wać wła­sne emo­cje, nie zdo­łał za­pa­no­wać nad swo­ją re­ak­cją.

– Dzień do­bry – wy­du­sił z sie­bie nie­pew­nie.

– Dzień do­bry? A cóż to za ofi­cjal­ny ton? – po­wie­dzia­ła ro­ze­śmia­na dziew­czy­na, jed­no­cze­śnie wy­cią­ga­jąc do nie­go rękę na po­wi­ta­nie. Unio­sła wzrok, spoj­rza­ła wprost w cze­ko­la­do­we oczy Tom­ka i uśmiech zgasł na jej twa­rzy.

– Po­si­wia­łeś – oznaj­mi­ła me­lan­cho­lij­nie. – Zmarszcz­ki po­ora­ły na­wet cie­bie. – Wpa­try­wa­ła się chwi­lę swo­imi szma­rag­do­wy­mi ocza­mi w twarz męż­czy­zny.

– Może usią­dzie­my – za­pro­po­no­wa­ła Ka­ta­rzy­na, czym prze­rwa­ła tę nie­zręcz­ną chwi­lę ci­szy.

– Tak, oczy­wi­ście – od­po­wie­dział To­mek, wska­zu­jąc Oli krze­sło na­prze­ciw­ko sie­bie.

– Na­dal nie­śmia­ły wo­bec ko­biet? – za­py­ta­ła Ola z ta­jem­ni­czym wy­ra­zem twa­rzy.

– Mam na­dzie­ję, że nie ule­gły wo­bec męż­czyzn – do­da­ła zło­śli­wie Ka­sia.

– Moja sio­stra, jak wi­dzisz, czer­pie sa­tys­fak­cję z upo­ka­rza­nia mnie w miej­scach pu­blicz­nych – od­ciął się To­masz, spo­glą­da­jąc na sio­strę wzro­kiem, któ­ry mógł­by za­mie­nić ją w głaz na za­wsze.

– To twój przy­by­tek? – do­cie­ka­ła Ka­ta­rzy­na, roz­glą­da­jąc się.

– Nie ma o czym mó­wić. – Ko­bie­ta mach­nę­ła ręką.

– Mimo wszyst­ko – od­rze­kła Ka­ta­rzy­na – je­stem pod wra­że­niem.

– W tak ma­łym mia­stecz­ku nie ma wie­lu moż­li­wo­ści, czło­wiek bie­rze, co jest, aby utrzy­mać sie­bie i dziec­ko – ar­gu­men­to­wa­ła Ola.

– Mój brat po­sta­no­wił za­miesz­kać w tym mia­stecz­ku, no, może nie w sa­mym mia­stecz­ku, ale w dom­ku dziad­ków, po dru­giej stro­nie je­zio­ra – kla­ro­wa­ła Ka­sia. – Po­sta­no­wił przejść na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę, bo po­dob­no nic wię­cej nie jest mu do ży­cia po­trzeb­ne, tyl­ko świę­ty spo­kój, któ­ry za­pra­gnął od­na­leźć wła­śnie tu­taj, z dala od zgieł­ku du­że­go mia­sta.

– Oho, pro­szę! – wy­krzyk­nę­ła nie­mal­że zdu­mio­na Ola. – Mam na­dzie­ję, że bę­dzie­my się te­raz czę­ściej wi­dy­wać. Je­steś tu­taj za­wsze miłym go­ściem.

– Dzię­ku­ję – od­parł. – Nie omiesz­kam sko­rzy­stać z za­pro­sze­nia. – Wy­krzy­wił usta w sub­tel­nym uśmie­chu.

– Mu­si­my już je­chać, wy­bacz, pro­szę – zwró­ci­ła się do Oli. – Przede mną jesz­cze ka­wa­łek dro­gi.

– Ro­zu­miem, ja też mu­szę za­jąć się swo­ją ro­bo­tą – od­po­wie­dzia­ła wła­ści­ciel­ka za­jaz­du.

– A ja zo­sta­wi­łem psa w domu – wtrą­cił męż­czy­zna, roz­kła­da­jąc bez­rad­nie ręce.

Po­że­gna­li się uści­skiem dło­ni.

– Ru­sza­my – za­ko­men­de­ro­wa­ła Ka­sia, a jej brat po­słusz­nie po­szedł za nią.

Za­nim do­tarł do wyj­ścia, sta­rał się jesz­cze raz zła­pać cho­ciaż­by od­bi­cie Oli w szkla­nych drzwiach wej­ścio­wych, co mu się uda­ło. Na­stęp­nie wsie­dli do auta, lecz Ka­ta­rzy­na zwle­ka­ła z uru­cho­mie­niem sil­ni­ka.

– Co jest? – za­py­tał nie­pew­nie To­mek, li­cząc na to, że sio­stra wy­ja­śni mu, dla­cze­go nie ru­szy­ła.

– Jaj­co, kur­wa! – wy­ce­dzi­ła przez za­ci­śnię­te zęby. – Wi­dzia­łam, jak na sie­bie pa­trzy­cie. I to: „nie omiesz­kam”… Ja pier­do­lę, czło­wie­ku, ona prze­ży­ła pie­kło, daj jej spo­kój, pro­szę cię.

– Nie wiem, na ja­kiej pod­sta­wie do­szłaś do wnio­sku, że mam ja­kie­kol­wiek pla­ny wo­bec tej ko­bie­ty – ob­ru­szył się męż­czy­zna.

– Uwła­czasz mo­jej in­te­li­gen­cji, bra­cisz­ku. Po­że­ra­li­ście się wzro­kiem, tak że do­brze wiem, ja­kie są two­je „pla­ny”.

Za­mil­kli. Ka­sia uru­cho­mi­ła sil­nik, wy­je­cha­ła z par­kin­gu i ru­szy­ła dro­gą pro­wa­dzą­cą nad je­zio­ro. Je­cha­li chwi­lę w mil­cze­niu, gdy To­mek za­py­tał:

– Ja­kie pie­kło?

– Co: „ja­kie pie­kło”? – od­par­ła Ka­sia, po­de­ner­wo­wa­na nie­pre­cy­zyj­nym py­ta­niem swo­je­go bra­ta.

– Ja­kie pie­kło prze­ży­ła? – po­pra­wił się.

– Jej były mąż znę­cał się nad nią i dziec­kiem. Prze­moc fi­zycz­na, eko­no­micz­na i wszel­kie inne for­my prze­mo­cy, ja­kie tyl­ko mogą się zro­dzić w gło­wie so­cjo­pa­ty. Fa­cet był w tej dzie­dzi­nie mi­strzem. Gdy­by ist­nia­ła taka dys­cy­pli­na spor­tu, mógł­by z po­wo­dze­niem re­pre­zen­to­wać nasz kraj na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej.

– A więc ta­kie pie­kło – wes­tchnął.

– Za­wie­dzio­ny? – za­py­ta­ła sar­ka­stycz­nie.

To­mek nie ode­zwał się już ani sło­wem do koń­ca krót­kiej po­dró­ży. A kie­dy do­tar­li do ma­łe­go drew­nia­ne­go dom­ku, Ka­ta­rzy­na wy­łą­czy­ła sil­nik.

– Sta­ra­łam się utrzy­mać ten dom w jako ta­kiej kon­dy­cji. Nie ocze­ku­ję za to ni­cze­go w za­mian. Dom na­da­je się do za­miesz­ka­nia, ale trze­ba od­świe­żyć kil­ka jego ele­men­tów. Przede wszyst­kim ele­wację.

Prze­chy­li­ła się w pra­wo, opie­ra­jąc ło­kieć o ko­la­no Tom­ka, otwo­rzy­ła scho­wek i wy­cią­gnę­ła z nie­go mały no­te­sik, po czym wy­rwa­ła z nie­go kart­kę:

– To są na­mia­ry na pana Wal­de­ma­ra. On za drob­ną opła­tą zaj­mo­wał się dom­kiem: na­pra­wy, kon­ser­wa­cje i temu po­dob­ne pier­do­ły. Skon­tak­tuj się z nim. Do­sta­niesz od nie­go kom­plet klu­czy i garść bez­cen­nych in­for­ma­cji – wy­ja­śni­ła bra­tu, wrę­cza­jąc mu ka­wa­łek za­pi­sa­ne­go pa­pie­ru. – Nie zgub tego – do­rzu­ci­ła.

– Nie zgu­bię – sta­rał się uspo­ko­ić sio­strę.

– Pan Wal­dek nie lubi, jak się do nie­go mówi Vol­de­mort – po­wie­dzia­ła Ka­sia z uda­wa­nym zdzi­wie­niem.

– Nie wiem, co po­cząć te­raz z tą wie­dzą – od­po­wie­dział męż­czy­zna, otwie­ra­jąc drzwi auta.

– Ach, jesz­cze jed­no… – spoj­rza­ła na Tom­ka, któ­ry za­stygł na chwi­lę w ocze­ki­wa­niu na ciąg dal­szy – …ko­cham cię, bra­cisz­ku.

Kiw­nął je­dy­nie gło­wą i wy­siadł z auta, po czym ru­szył w kie­run­ku domu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Kie­dy za­par­ko­wał przed do­mem, ze środ­ka dało się sły­szeć uja­da­nie psa.

– Je­stem, uspo­kój się – oznaj­mił przez drzwi.

Pies, uko­jo­ny gło­sem pana, za­milkł, a ci­szę za­kłó­cał je­dy­nie po­mruk sil­ni­ka od­da­la­ją­ce­go się auta.

*

Słoń­ce było nad ho­ry­zon­tem i choć gę­sta mgła sku­tecz­nie ogra­ni­cza­ła wi­docz­ność tar­czy sło­necz­nej, świa­tła we­wnątrz domu było wy­star­cza­ją­co dużo, aby bez prze­szkód oraz nie­po­trzeb­ne­go ry­zy­ka po­ru­szać się po nie­licz­nych po­miesz­cze­niach. Jed­nak nowy wła­ści­ciel uznał, że le­piej bę­dzie sko­rzy­stać z do­rob­ku cy­wi­li­za­cji przy prze­no­sze­niu skrom­ne­go do­byt­ku z auta do domu, Dla­te­go włą­czył świa­tła we wszyst­kich po­miesz­cze­niach.

W rze­czy sa­mej moż­na tu­taj miesz­kać w ludz­kich wa­run­kach – oce­nił w my­ślach, roz­glą­da­jąc się po izbie.

Po prze­nie­sie­niu rze­czy ze skrzy­ni sa­mo­cho­du, za­czął prze­szu­ki­wać ku­chen­ne szaf­ki, co nie trwa­ło dłu­go. Po zna­le­zie­niu na­czyń, wy­cią­gnął mi­skę i mały ta­le­rzyk de­se­ro­wy, po­sta­wił cen­ne ar­te­fak­ty na blat i wy­szedł przed dom. Wró­cił po chwi­li i za­mknął drzwi za sobą, w jed­nej ręce trzy­ma­jąc pusz­kę psie­go je­dze­nia, w dru­giej pacz­kę pa­pie­ro­sów.

– Śnia­da­nie – oznaj­mił, uno­sząc obie ręce w trium­fal­nym ge­ście. – Każ­de­mu we­dług jego po­trzeb – do­dał.

Pod­szedł do bla­tu, na któ­rym po­zo­sta­wił mi­skę i ta­le­rzyk, jed­nym spraw­nym ru­chem otwo­rzył pusz­kę, prze­chy­lił i cała za­war­tość chlup­nę­ła do mi­ski. Po­sta­wił ją wraz z za­war­to­ścią na pod­ło­dze, wziął do ręki ta­le­rzyk de­se­ro­wy i udał się do ma­łe­go sto­li­ka umiesz­czo­ne­go pod oknem, wy­brał jed­no z dwóch krze­seł wsu­nię­tych pod blat, usiadł, otwo­rzył nową pacz­kę pa­pie­ro­sów, za­pal­nicz­ka trza­snę­ła i To­masz gło­śno wcią­gnął ty­to­nio­wy dym.

– Kla­wisz, kie­dy ty zro­bisz mi śnia­da­nie, chło­pa­ku? – za­py­tał, wy­pusz­cza­jąc dym.

Pies zi­gno­ro­wał za­czep­ki, na­wet nie spoj­rzał na swo­je­go pana, za­ję­ty po­chła­nia­niem swo­je­go przy­sma­ku.

Męż­czy­zna wyj­rzał przez okno za­my­ślo­ny, wi­dzia­ny przez po­dwój­ną szy­bę sad wy­glą­dał w rzed­ną­cej mgle ma­je­sta­tycz­nie. Gdzieś tam za bez­list­ny­mi jesz­cze drze­wa­mi moż­na było do­strzec ma­ja­czą­cą we mgle ta­flę je­zio­ra.

Wie­le pra­cy przede mną – po­my­ślał. – Ale to do­brze, ni­cze­go in­ne­go nie pla­nu­ję, mam na to czas, aż do kre­su swo­je­go ży­cia – na­wią­zał do swo­jej po­przed­niej my­śli.

Pod­niósł się na­gle od sto­łu, za­czął prze­trzą­sać swo­je rze­czy po­roz­rzu­ca­ne w nie­ła­dzie po ca­łym sa­lo­nie. Wresz­cie zna­lazł to, cze­go szu­kał: te­le­fon i ła­do­war­kę do te­goż te­le­fo­nu, małe no­te­si­ki i dłu­go­pis. Usiadł po­now­nie przy sto­le, ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś źró­dła za­si­la­nia i pod­łą­czył kom­plet­nie roz­ła­do­wa­ny te­le­fon. Wziął do ręki no­tes i dłu­go­pis, roz­siadł się wy­god­nie na krze­śle, wy­cią­ga­jąc nogi z za­mia­rem „po­peł­nie­nia li­sty” za­ku­pów, rze­czy po­trzeb­nych do pod­sta­wo­wych prac w domu i ogro­dzie.

Za­my­ślił się na chwi­lę, uniósł wzrok, spoj­rzał w su­fit i gło­śno wy­pu­ścił z sie­bie po­wie­trze.

– Kur­wa – syk­nął.

Nie mam na­wet bla­de­go po­ję­cia, co umie­ścić na tej je­ba­nej li­ście, a tym bar­dziej, jak tego użyć – tym ra­zem je­dy­nie po­my­ślał. Zre­zy­gno­wa­ny rzu­cił no­te­sik i dłu­go­pis na stół. Sta­no­wię kom­pen­dium wie­dzy bez­u­ży­tecz­nej, tak na­praw­dę to ja nie po­tra­fię nic po­ży­tecz­ne­go – su­ro­wo oce­nił po­ziom wie­dzy na te­mat zwy­czaj­ne­go ży­cia. Wsu­nął dło­nie do kie­sze­ni spodni, spoj­rzał apa­tycz­nie na swo­je znisz­czo­ne Croc­sy.

Mam na­dzie­ję, że nie zwró­ci­ła na nie uwa­gi – uśmiech­nął się, gdy po­my­ślał o ka­wie w za­jeź­dzie.

Pra­wie się nie zmie­ni­ła. Bu­rza ru­dych wło­sów, ten sam uśmiech, pie­gi tro­chę bled­sze niż te, któ­re za­pa­mię­tał, i tyl­ko w tych zie­lo­nych oczach za­szły ja­kieś zmia­ny. Nie do­strzegł już w nich tego żaru, tego, któ­ry tak go hip­no­ty­zo­wał, gdy miał kil­ka­na­ście lat.

Słod­ki Jezu, tak mnie onie­śmie­la­ła, że choć bar­dzo chcia­łem, nie mo­głem zdo­być się na od­wa­gę, żeby za­ga­ić roz­mo­wę – dźwięk te­le­fo­nu wy­rwał go ze świa­ta wspo­mnień.

– Kla­wisz, mamy łącz­ność z bazą – za­żar­to­wał.

Wci­snął PIN na kla­wia­tu­rze i gdy urzą­dze­nie za­lo­go­wa­ło się do sie­ci, po­ja­wi­ła się cała cho­in­ka po­wia­do­mień. Przej­rzał po­wierz­chow­nie wszyst­kie wia­do­mo­ści.

Nic nie­po­ko­ją­ce­go – ode­tchnął z ulgą.

Ostat­nia ode­bra­na wia­do­mość gło­so­wa od „Ka­ta­rzy­na”. Otwo­rzył ją i od­słu­chał:

W dro­dze po­wrot­nej wpad­nę do cie­bie, spo­tka­my się jesz­cze raz. Zor­ga­ni­zuj mi ja­kiś noc­leg w domu, bo wo­la­ła­bym spać w śmiet­ni­ku niż w ho­te­lu przy sta­rym dwor­cu. Mu­si­my za­ła­twić spra­wy ad­mi­nistra­cyj­ne i tech­nicz­ne, to może po­trwać, ale nie ma tego złe­go… Na­pi­je­my się, po­ga­da­my, in vino ve­ri­tas2. Może do­wie­my się cze­goś wię­cej o so­bie, bę­dziesz miał oka­zję od­bu­do­wać re­la­cje ro­dzin­ne, w su­mie mój syn i ja je­ste­śmy ostat­ni­mi zna­ny­mi mi człon­ka­mi two­jej ro­dzi­ny. I nie stę­kaj po od­słu­cha­niu wia­do­mo­ści tym swo­im „Ja pier­do­lę”. Aha, roz­pal w pie­cach, bo jest zim­no i wil­got­no.

– Ja pier­do­lę – jęk­nął męż­czy­zna.

Wró­cił my­śla­mi do domu i ogro­du, się­gnął ręką do kie­sze­ni, z któ­rej wy­do­był kart­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu do Vol­de­mor­ta. Wy­stu­kał nu­mer na ekra­nie, przy­ło­żył do ucha. Się­gał już po pa­pie­ro­sa, gdy usły­szał w słu­chaw­ce szorst­kie za­wo­ła­nie:

– Słu­cham!

– Dzień do­bry, do­sta­łem pań­ski nu­mer od sio­stry, Ka­ta­rzy­ny Han­ke. – Od­po­wie­dzia­ła ci­sza. – Halo! Jest pan tam? – za­py­tał nie­pew­nie To­masz.

– Je­stem, je­stem. Słu­cham, po co pan dzwo­ni? Chy­ba nie po to, żeby po­wie­dzieć mi, że ma pan mój nu­mer te­le­fo­nu od pani Kasi – rzu­cił opry­skli­wie do słu­chaw­ki pan Wal­de­mar.

Nic nie dzia­ła­ło na Tom­ka tak, jak ni­czym nie­spro­wo­ko­wa­ne cham­stwo. Za­wsze prze­sad­nie re­ago­wał na ta­kie za­cho­wa­nie, dla­te­go te­raz mu­siał się wy­si­lić, żeby nie ob­rzu­cić swo­je­go roz­mów­cy in­wek­ty­wa­mi. Wziął głęb­szy od­dech, od­chrząk­nął i kon­ty­nu­ował ła­god­nym to­nem

– Po­dob­no jest pan w po­sia­da­niu klu­czy i ta­jem­nej wie­dzy do­ty­czą­cej dom­ku mo­ich dziad­ków – spró­bo­wał żar­tem roz­ła­do­wać za­gęsz­czo­ną przez Vol­de­mor­ta at­mos­fe­rę.

– Będę ju­tro o dzie­wią­tej, dzi­siaj je­stem ska­co­wa­ny i chcę pier­dol­nąć kil­ka bro­wa­rów – wy­znał szcze­rze. – Mu­szę „przy­cie­nio­wać”, jak to się mówi. Usta­wię so­bie przy­po­mnie­nie w te­le­fo­nie, je­śli to pana uspo­koi – za­re­cho­tał do słu­chaw­ki.

– To pań­ska spra­wa, pa­nie Wal­de­ma­rze – od­po­wie­dział zgod­nie z praw­dą To­mek.

Vol­de­mort roz­łą­czył się bez po­że­gna­nia. To­mek od­su­nął te­le­fon od sie­bie na od­le­głość wy­cią­gnię­tej ręki, zmru­żył oczy i spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem na ekran swo­je­go iPho­ne’a.

– Spra­gnio­ny – rzu­cił ką­śli­wie.

2 W wi­nie praw­da (łac.)

Rozdział 3

Obu­dzi­ło go dra­pa­nie do drzwi. To Kla­wisz da­wał do zro­zu­mie­nia, że na­de­szła pora na po­ran­ny spa­cer. To­mek wy­wlókł się ze śpi­wo­ra. Choć tę noc spę­dził cał­kiem przy­zwo­icie, na roz­kła­da­nej ka­na­pie, to jed­nak na­dal czuł w ko­ściach po­przed­nią noc, gdyż tyl­ko cien­ka ka­ri­ma­ta od­dzie­la­ła go od twar­dej drew­nia­nej pod­ło­gi.

Sta­rze­ję się – po­my­ślał jak za­wsze w po­dob­nych oko­licz­no­ściach.

Wy­pu­ścił psa, usiadł przy sto­le, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i za­to­pił się we wspo­mnie­niach. Uśmiech­nął się iro­nicz­nie do wła­snych my­śli. Do­pa­lił i roz­gniótł nie­do­pa­łek na ta­le­rzy­ku de­se­ro­wym, któ­ry słu­żył mu od wczo­raj jako po­piel­ni­ca. Usły­szał szczek­nię­cie za drzwia­mi, wstał, otwo­rzył drzwi, aby wpu­ścić swo­je­go czwo­ro­noż­ne­go to­wa­rzy­sza.

– We­zmę prysz­nic i je­dzie­my na kawę – po­in­for­mo­wał psa.

Pod­dał się po kil­ku nie­uda­nych pró­bach uru­cho­mie­nia elek­trycz­ne­go pod­grze­wa­cza wody. Uznał w koń­cu, że ta­jem­na wie­dza o tym, jak uru­cho­mić urzą­dze­nie, do­stęp­na jest je­dy­nie wy­brań­com, ja­kie­muś spe­cja­li­ście o czy­stym ser­cu, a pan Wal­de­mar vel Vol­de­mort na pew­no speł­niał wszyst­kie te kry­te­ria i rze­czo­ną wie­dzę po­siadł.

Chat­ka na skra­ju lasu nie sły­sza­ła jesz­cze tylu wul­gar­nych słów na­raz, ile pa­dło dziś z ust męż­czy­zny pod­czas ką­pie­li w lo­do­wa­tej wo­dzie. Wy­sko­czył spod prysz­ni­ca, gdyż nie miał za­mia­ru stać pod zim­nym stru­mie­niem dłu­żej, niż to było ko­niecz­ne. Kie­dy się ro­zej­rzał i w jego polu wi­dze­nia nie zna­lazł się ża­den ręcz­nik, zła­pał swój ba­weł­nia­ny pod­ko­szu­lek i za­czął się nim ener­gicz­nie wy­cie­rać.

A więc tak to dzia­ła, zim­ny prysz­nic roz­bu­dził we mnie kre­atyw­ność – żart wpra­wił go w lep­szy na­strój.

Spoj­rzał w lu­stro za­wie­szo­ne nad zle­wem. Przyj­rzał się swo­jej twa­rzy, bli­zny na niej były le­d­wie wi­docz­ne, dwie bia­łe cien­kie nit­ki na czo­le i po­licz­ku. Za to na le­wym ra­mie­niu wid­nia­ła dłu­ga i czer­wo­na szra­ma, twar­da, wy­pu­kła zmia­na na skó­rze. Obie bli­zny, ta na twa­rzy i ta na ra­mie­niu, były pa­miąt­ką po wy­pad­ku, jaki prze­żył. A kil­ka ład­nych mi­nut spę­dził prze­cież po „dru­giej stro­nie rze­ki”. I praw­dę po­wie­dziaw­szy, bar­dzo mu się po­do­ba­ło po tam­tej stro­nie.

Już było po wszyst­kim – trud­no po­li­czyć, któ­ry to już raz za­czął ana­li­zo­wać wy­da­rze­nia tam­te­go dnia – żad­nych pro­ble­mów, za­le­głych ra­chunków, zo­bo­wią­zań… A tu zja­wia się dwóch przy­padkowych po­li­cjan­tów i wpier­da­la­ją czło­wie­ka po­now­nie w to szam­bo, ja­kim jest ży­cie – cią­gnął swo­je prze­my­śle­nia, sto­jąc przed lu­strem. O, iro­nio losu, gdy­by ci po­li­cjan­ci wie­dzie­li, o czy­je ży­cie tak dziel­nie wal­czą – na tę myśl uśmiech­nął się do swo­je­go od­bi­cia.

Zim­ny prysz­nic oży­wił go wy­raź­nie. Wło­żył ubra­nie sto­sow­ne do pa­nu­ją­cych na ze­wnątrz wa­run­ków.

– Je­dzie­my, zjesz póź­niej – oznaj­mił Kla­wi­szo­wi i ru­szy­li w dro­gę.

*

– Dzień do­bry – po­wie­dział, gdy tyl­ko dzwo­nek u drzwi wej­ścio­wych w za­jeź­dzie ob­wie­ścił jego przy­by­cie, ale od­po­wie­dzia­ła ci­sza. – Dzień do­bry – po­wtó­rzył tym ra­zem tro­chę gło­śniej.

W drzwiach po­ka­za­ła się dziew­czy­na.

– Dzień do­bry i prze­pra­szam, że mu­siał pan cze­kać. Mogę w czymś po­móc? – za­py­ta­ła.

Męż­czy­zna przez chwi­lę stał jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny.

– Halo. – Dziew­czy­na przy­po­mnia­ła klien­to­wi o swo­im ist­nie­niu.

– Prze­pra­szam – od­po­wie­dział po chwi­li za­wa­ha­nia – moż­na z psem?

– Oczy­wi­ście – od­par­ła. – Może wody dla pie­ska? – za­pro­po­no­wa­ła.

– By­ło­by miło, a więc dla Kla­wi­sza woda, a dla mnie czar­na kawa – od­po­wie­dział, nie prze­sta­jąc wpa­try­wać się w dziew­czy­nę.

– Kla­wisz, cie­ka­we imię dla psa. Gra na for­te­pia­nie?

– Nie­ste­ty – za­prze­czył To­masz – po pro­stu lubi roz­ma­wiać z ludź­mi przez drzwi, stąd to imię. Ile pani so­bie ży­czy za kawę?

– Dzie­więć pięć­dzie­siąt – od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na i na­gle gło­śno się ro­ze­śmia­ła.

Znał skądś ten śmiech.

– Prze­pra­szam pana – wy­krztu­si­ła za­wsty­dzo­na. – Nie od razu zro­zu­mia­łam żart.

To­mek za­pła­cił, mły­nek za­szu­miał i w ca­łym po­miesz­cze­niu roz­szedł się in­ten­syw­ny aro­mat kawy. Wziął swój na­pój, a idąc do sto­li­ka, jesz­cze raz usły­szał per­li­sty śmiech dziew­czy­ny. Od­sta­wił fi­li­żan­kę na sto­lik, wy­dał ko­men­dę „zo­stań” i już sam, bez swo­je­go nie­od­łącz­ne­go to­wa­rzy­sza, wró­cił do kasy.

– Prze­pra­szam – za­gad­nął dziew­czy­nę, któ­ra po­rząd­ko­wa­ła pusz­ki z na­po­ja­mi na pół­kach.

– Tak? Słu­cham. – Ode­rwa­ła się od swo­je­go za­ję­cia.

– Czy pani Alek­san­dra Mi­cha­lak jest dzi­siaj w pra­cy? – za­py­tał, wy­raź­nie skrę­po­wa­ny.

– Nikt taki tu nie pra­cu­je – od­po­wie­dzia­ła z peł­nym prze­ko­na­niem mło­da dama.

– Ale… – i tyl­ko na tyle było go stać – …prze­pra­szam. – Od­wró­cił się i już chciał odejść.

– Alek­san­dra Kacz­ma­rek, na­dal nosi na­zwi­sko po by­łym mężu.

– Ach, te­raz ro­zu­miem. – Uśmiech­nął się pra­wie nie­zau­wa­żal­nie.

– Mama po­win­na nie­ba­wem wró­cić, po­je­cha­ła za­ła­twić ja­kieś spra­wy w mie­ście, ja ją chwi­lo­wo za­stę­pu­ję – do­koń­czy­ła.

– Dzię­ku­ję – od­parł i wró­cił do sto­li­ka.

Nor­mal­nie jak­bym wy­siadł z we­hi­ku­łu cza­su – sta­rał się wy­tłu­ma­czyć przed sobą sa­mym kon­ster­na­cję, jaką wy­wo­ły­wał w nim wi­dok dziew­czy­ny. Jest bar­dzo po­dob­na do Oli i ten jej śmiech… – stuk­nię­cie bla­sza­nej mi­ski o pod­ło­gę otrzeź­wi­ło męż­czy­znę.

– Woda dla Kla­wi­sza – po­wie­dzia­ła ko­pia Oli.

– Dzię­ku­ję w imie­niu tego drob­ne­go rze­zi­miesz­ka – do­dał, do­bro­tli­wie spo­glą­da­jąc na psa.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się i wró­ci­ła do swo­ich za­jęć.

To­masz nie zdą­żył po­now­nie za­to­pić się we wspo­mnie­niach sprzed lat, gdy po­czuł drga­nie ko­mór­ki w kie­sze­ni. Z nie­ma­łym wy­sił­kiem wy­do­był z niej te­le­fon i spoj­rzał na ekran. „Vol­de­mort” in­for­mo­wał wy­świe­tlacz.

– Kur­wa – wy­szep­tał i prze­su­nął słu­chaw­kę w pra­wo, aby po­łą­czyć się z pa­nem Wal­de­ma­rem.

– Nooo, kur­wa, pa­nie! – usły­szał w apa­ra­cie.

– Nie miaucz, kur­wa, będę za dzie­sięć mi­nut – wark­nął do słu­chaw­ki, bo uznał, że już dość tych po­ufa­ło­ści.

Vol­de­mort nie miał na­wet oka­zji, żeby od­po­wie­dzieć na im­per­ty­nen­cję swo­je­go roz­mów­cy.

To­mek wstał, po­cią­gnął so­lid­ny łyk kawy, rzu­cił krót­kie „idzie­my” do psa i ru­szy­li w kie­run­ku drzwi. Jed­nak za­trzy­mał się w po­ło­wie dro­gi, od­wró­cił się wol­no, tak jak­by mia­ło mu to dać wię­cej cza­su na za­sta­no­wie­nie, i zwró­cił się do dziew­czy­ny sto­ją­cej za kon­tu­arem:

– Czy mo­gła­by pani prze­ka­zać Oli, to zna­czy ma­mie – po­pra­wił się na­tych­miast – że… – Tu­taj urwał, za­sta­na­wia­jąc się, co po­wie­dzieć, aby nie prze­kro­czyć gra­nic do­bre­go sma­ku.

– Oczy­wi­ście, że po­wiem – prze­rwa­ła dziew­czy­na, skra­ca­jąc mę­czar­nie męż­czy­zny.

– Dzię­ku­ję. – Ode­tchnął. – Na­zy­wam się…

– Wiem, kim pan jest, pa­nie To­ma­szu, to małe mia­stecz­ko, wszy­scy już wie­dzą – przy­po­mnia­ła.

– No tak. – Za­kło­po­ta­ny spu­ścił wzrok. – Do wi­dze­nia – rzu­cił na ko­niec i wy­szedł.

*

Kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej auto Tom­ka za­trzy­ma­ło się przed drew­nia­nym do­mem. Wal­dek, sie­dzą­cy na ta­ra­sie w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd wła­ści­cie­la, zdą­żył wy­pa­lić już kil­ka pa­pie­ro­sów, dla­te­go bez naj­mniej­sze­go żalu po­zbył się te­raz fil­tra, z któ­re­go zwi­sał sza­ry pa­zur po­pio­łu.

– Wi­tam pre­ze­sa – wy­pa­lił Wal­de­mar.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Rozdział 4

Mamo! Twój ka­wa­ler pod­je­chał przed dom. – Maja pro­wo­ka­cyj­nie krzyk­nę­ła do Oli, któ­ra od kil­ku­na­stu mi­nut oku­po­wa­ła ła­zien­kę.

– Dla­cze­go nie wcho­dzi? Cho­le­ra, co za cie­lak. Wyjdź i po­proś, żeby wszedł – zwró­ci­ła się do cór­ki.

– Za­cho­wu­je­cie się jak dzie­ci – od­par­ła dziew­czy­na.

– Oj, idź! – po­na­gli­ła ją znie­cier­pli­wio­na mat­ka.

Maja wło­ży­ła buty i nie­chęt­nie wy­szła, aby za­pro­sić go­ścia do domu. Po chwi­li wró­ci­ła, trza­snę­ła drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, opar­ła się o nie ple­ca­mi i za­kry­ła usta dło­nią.

Ola, za­alar­mo­wa­na ha­ła­sem, wy­chy­li­ła gło­wę z ła­zien­ki.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła za­nie­po­ko­jo­na.

Maja od­sło­ni­ła usta, unio­sła brwi i po­wie­dzia­ła:

– Mat­ka! Ja pier­do­lę! – wy­pa­li­ła bez ogró­dek.

– Uwa­żaj, co mó­wisz, moja pan­no – skar­ci­ła ją zu­peł­nie po­waż­nie Ola.

– Idzie tu­taj! – aż pi­snę­ła pod­eks­cy­to­wa­na.

– Chy­ba po to po­szłaś, aby go za­pro­sić, nie ro­zu­miem two­jej eks­cy­ta­cji – ob­ru­szy­ła się mat­ka.

– Pe­aky Blin­ders! – po­wie­dzia­ła, gdy w tym sa­mym cza­sie roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– Co? – Alek­san­dra kom­plet­nie nie wie­dzia­ła, o co cho­dzi na­sto­lat­ce.

– Sama zo­ba­czysz – wy­sy­cza­ła i otwo­rzy­ła drzwi.

Ola wy­szła do sa­lo­nu, aby przy­wi­tać go­ścia, i ska­mie­nia­ła. Jej fa­lu­ją­ce noz­drza były je­dy­ną ozna­ką ży­cia. W drzwiach stał do­brze zbu­do­wa­ny, wy­so­ki, ele­ganc­ki fa­cet. Ubra­ny w trzy­czę­ścio­wy, szy­ty na mia­rę gar­ni­tur z twe­edu, ele­ganc­ki weł­nia­ny płaszcz, w dło­ni trzy­mał kasz­kiet. Wszyst­ko w sto­no­wa­nych ko­lo­rach. Przy­pró­szo­ne si­wi­zną skro­nie, kil­ka zmarsz­czek i blizn na su­ro­wej twa­rzy, któ­rych wcze­śniej nie do­strze­gła. Wszyst­ko to wy­war­ło ol­brzy­mie wra­że­nie na obu ko­bie­tach.

– Dzień do­bry – ode­zwał się pierw­szy.

– Ach – oprzy­tom­nia­ła Ola – dzień do­bry.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­ła Maja i sze­ro­ko się uśmiech­nę­ła. – Nie po­zna­łam pana, pa­nie To­ma­szu – do­rzu­ci­ła.

Nic nie od­po­wie­dział, spoj­rzał je­dy­nie na swo­je wy­czysz­czo­ne na wy­so­ki po­łysk buty i się uśmiech­nął.

– Za chwi­lę będę go­to­wa, wło­żę tyl­ko buty – po­wie­dzia­ła i za­nim znik­nę­ła w ła­zien­ce, rzu­ci­ła mu jesz­cze jed­no krót­kie spoj­rze­nie.

– Nie spiesz się – sta­rał się uspo­ko­ić Alek­san­drę.

Tak jak za­po­wie­dzia­ła, wy­szła po chwi­li, wy­cią­gnę­ła z sza­fy płaszcz, prze­wie­si­ła go przez ra­mię.

– Mo­że­my je­chać – oznaj­mi­ła Ola.

– Wy­glą­dasz olśnie­wa­ją­co.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­ła. – Jedź­my już.

– Oczy­wi­ście.

Gdy wy­szli, Maja sta­ła jesz­cze przez ja­kiś czas przy drzwiach, nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co przed chwi­lą zo­ba­czy­ła.

*

Kel­ner po­wi­tał ich za­raz po wej­ściu do re­stau­ra­cji.

– Znaj­dzie się miej­sce dla dwóch osób? – za­py­tał To­masz.

– Oczy­wi­ście, już pro­wa­dzę pań­stwa do sto­li­ka – od­rzekł kel­ner. – Za chwi­lę ktoś do pań­stwa po­dej­dzie – oznaj­mił i ge­stem przy­wo­łał ko­le­gę.

Re­stau­ra­cja mia­ła for­mę du­że­go, prze­szklo­ne­go kon­te­ne­ra po­sta­wio­ne­go na brze­gu rze­ki, wszyst­kie sto­li­ki usta­wio­ne były wła­śnie od stro­ny wody. Za­pie­ra­ją­cy dech w pier­siach wi­dok. Wresz­cie słoń­ce roz­go­ni­ło mgłę, na­wet naj­mniej­szy po­dmuch wia­tru nie za­bu­rzał po­wierzch­ni wody. Rze­ka ma­je­sta­tycz­nie su­nę­ła na pół­noc, ku mo­rzu. Na dru­gim brze­gu w lu­strza­nej ta­fli prze­glą­da­ły się od­no­wio­ne ka­mie­ni­ce sta­re­go mia­sta.

– Czym się zaj­mo­wa­łeś, gdy cię nie było? – za­gad­nę­ła na­gle, prze­ry­wa­jąc nie­zręcz­ne mil­cze­nie.

– Na­praw­dę cię to in­te­re­su­je? – za­py­tał za­sko­czo­ny.

– Tak, in­te­re­su­je – od­par­ła.

– Nooo do­brze, sko­ro tak, hmm… Zaj­mo­wa­łem się przede wszyst­kim lo­gi­sty­ką i trans­por­tem – wy­ja­śnił po­bież­nie. Wy­raź­nie nie chciał brnąć da­lej.

– I moż­na na tym za­ro­bić tyle, żeby w wie­ku czter­dzie­stu lat przejść na eme­ry­tu­rę i ukryć się przed świa­tem na głę­bo­kiej pro­win­cji? – son­do­wa­ła nie­śmia­ło swo­je­go roz­mów­cę.

– Jak wi­dzisz, moż­na – uciął. – A co z tobą się dzia­ło przez te lata? – za­py­tał, aby zmie­nić te­mat.

– Wi­dzia­łeś, mam cór­kę, z któ­rej je­stem bar­dzo dum­na. Pra­cu­ję, ja­koś da­je­my radę. Maja w tym roku pi­sze ma­tu­rę, po ma­tu­rze wy­je­dzie na stu­dia i zo­sta­nę sama. Nie po­tra­fię so­bie tego jesz­cze wy­obra­zić, sta­ram się w ogó­le nie my­śleć o tym. Przez ostat­nie osiem­na­ście lat wszyst­ko krę­ci­ło się wo­kół dziec­ka… – za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę, po czym po­cią­gnę­ła da­lej myśl – …ale dam radę. Jak nie ja, to kto? – za­py­ta­ła samą sie­bie, nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. – Kil­ka lat temu uwol­ni­łam się od męża so­cjo­pa­ty. Tro­chę bólu, upo­ko­rzeń, plo­tek krą­żą­cych po mia­stecz­ku, taka była cena na­szej wol­no­ści. Wol­no­ści Mai i mo­jej. Ale wierz mi, war­to było.

Męż­czy­zna do­strzegł echa tam­tych dni w jej smut­nych zie­lo­nych oczach.

*

Obiad był pierw­szo­rzęd­ny, ale oni cią­gle byli głod­ni. Głod­ni sie­bie. Czas prze­sy­py­wał im się jak piach przez pal­ce i spra­wia­li wra­że­nie, jak­by nie mo­gli się na­sy­cić swo­im to­wa­rzy­stwem. Słoń­ce za­to­nę­ło tuż przy ka­te­dral­nej wie­ży, a mia­sto roz­bły­sło mi­lio­nem ko­lo­ro­wych świa­teł.

– Pój­dzie­my na spa­cer? – za­py­tał na­gle To­mek.

– Z przy­jem­no­ścią. – Nie po­tra­fi­ła ukryć en­tu­zja­zmu.

Przy­wo­łał sub­tel­nym ru­chem ręki kel­ne­ra.

– W czym mogę po­móc? – za­py­tał.

– Ra­chu­nek – po­pro­sił Han­ke.

– Kar­tą czy go­tów­ką? – za­py­tał kel­ner.

– Go­tów­ką.

Kel­ner roz­pły­nął się bez zbęd­nych py­tań, a po­tem wró­cił z bu­tel­ką wina i oznaj­mił pom­pa­tycz­nie:

– Pań­stwa ra­chu­nek zo­stał ure­gu­lo­wa­ny przez wła­ści­cie­la re­stau­ra­cji. Szef przy­sy­ła rów­nież bu­tel­kę wina i pyta, czy może się do pań­stwa do­siąść na krót­ką po­ga­węd­kę.

Ola unio­sła brwi i uśmiech­nę­ła się tro­chę ło­bu­zer­sko.

– Kto jest wła­ści­cie­lem tego przy­byt­ku, je­śli to nie ta­jem­ni­ca? – za­py­tał za­sko­czo­ny To­masz.

– Pan Naj­der – od­po­wie­dział kel­ner.

– Nor­bert Naj­der? – upew­nił się zdu­mio­ny męż­czy­zna.

– Tak – po­twier­dził uprzej­mie.

– Ten Nor­bert Naj­der? – To­masz nie mógł uwie­rzyć w to, co wła­śnie usły­szał.

– Ten, któ­ry się pań­stwu kła­nia z drzwi po­miesz­cze­nia służ­bo­we­go – po­wie­dział, wska­zu­jąc kie­ru­nek wzro­kiem.

– Po­proś – rzu­cił szorst­ko.

– Nooo! A któż to za­szczy­cił swo­ją wi­zy­tą moją skrom­ną re­stau­ra­cję? – wy­krzy­ki­wał wła­ści­ciel, pod­cho­dząc do sto­li­ka. – Pol­ski Jung! – Ob­na­żył zęby w szy­der­czym uśmie­chu.

To­masz uśmiech­nął się kwa­śno, wska­zał ręką miej­sce przy sto­le, ale Naj­der pod­szedł do Oli, któ­rej przed­sta­wił się z wiel­ką ga­lan­te­rią, a na koń­cu uści­snął rękę Tom­ka i usiadł na wska­za­nym miej­scu.

– Tom­ku, wi­dzę, że na­dal lu­bisz ota­czać się pięk­ny­mi ko­bie­ta­mi. – Uśmiech­nął się zja­dli­wie po tych sło­wach i rzu­cił Oli prze­cią­głe spoj­rze­nie, tak­su­jąc zdo­bycz swo­je­go sta­re­go zna­jo­me­go.

To­masz spoj­rzał na nie­go z taką nie­na­wi­ścią, że Naj­der za­milkł na­tych­miast. Mil­cze­nie Nor­ber­ta jed­nak nie trwa­ło dłu­go. Spoj­rzał po­now­nie na to­wa­rzysz­kę To­ma­sza i po­wie­dział:

– Ro­zu­miem… – Za­czął się gło­śno śmiać. – A więc to tak! – Jego śmiech od­bi­jał się echem po re­stau­ra­cji. – Zna­la­złeś wresz­cie swo­ją Mał­go­rza­tę.

– Dość! – wark­nął To­mek.

– Ośmie­li­łem się nie­po­ko­ić, bo mam wia­do­mość dla cie­bie. Sta­ry Frank bę­dzie w mie­ście i je­stem pe­wien, że ze­chce się z tobą spo­tkać – oznaj­mił Tom­ko­wi.

– Je­śli bę­dzie chciał, to nie je­stem w sta­nie tego unik­nąć – stwier­dził chłod­no.

– Sta­ry wie­le ci za­wdzię­cza, a za to, co zro­bi­łeś dla nie­go w Wa­lvis, masz jego do­zgon­ną wdzięcz­ność.

– To nie jest od­po­wied­nie miej­sce na roz­mo­wy biz­ne­so­we – uciął To­mek. – Olu, idzie­my? – za­py­tał to­wa­rzy­szą­cą mu ko­bie­tę.

– Tak, chodź­my już. – Wsta­ła od sto­łu. – Było mi bar­dzo miło pana po­znać – zwró­ci­ła się do Nor­ber­ta.

– Nie po­tra­fię wy­ra­zić sło­wa­mi, jak wiel­ką ra­dość spra­wi­ła mi pani swo­ją wi­zy­tą w mo­jej skrom­nej re­stau­ra­cji. Za­pra­szam po­now­nie. – Ko­lej­ny wy­buch śmie­chu za­grzmiał w lo­ka­lu.

Po­da­li so­bie ręce na po­że­gna­nie. Ola ru­szy­ła do wyj­ścia, a w od­bi­ciu szy­by zo­ba­czy­ła jesz­cze, jak Nor­bert Naj­der po­chy­lił się i szep­nął coś do ucha Tom­ka, na co ten kiw­nął sub­tel­nie gło­wą i ru­szył za Olą do drzwi.

*

Szli po­wo­li bul­wa­rem, nie­zręcz­na ci­sza za­wi­sła mię­dzy nimi. Po chwi­lach eu­fo­rii, jaka to­wa­rzy­szy­ła im pod­czas obia­du, te­raz mil­cze­li. Pierw­sza mil­cze­nie po­sta­no­wi­ła prze­rwać Ola.

– Dłu­go się zna­cie? Py­tam, bo od­nio­słam wra­że­nie, że bar­dzo dłu­go – sta­ra­ła się ja­koś roz­ła­do­wać at­mos­fe­rę.

– Pięt­na­ście lat – od­parł i wy­cią­gnął pa­pie­ro­sy z kie­sze­ni płasz­cza, ale scho­wał je po­now­nie po krót­kim za­sta­no­wie­niu.

– Pra­co­wa­li­ście ra­zem? – drą­ży­ła te­mat.

– Tak – przy­znał jak­by nie­chęt­nie.

– Nie chcesz o tym roz­ma­wiać, praw­da? – Spoj­rza­ła na nie­go.

– Sta­re cza­sy, nie ma o czym mó­wić, je­stem już na eme­ry­tu­rze – prych­nął.

– Do­brze wam się wio­dło w tej wa­szej fir­mie: ty już na eme­ry­tu­rze, Nor­bert za­ro­bił na luk­su­so­wą re­stau­ra­cję – za­kpi­ła. – Mał­go­rza­ta? Ta z po­wie­ści Buł­ha­ko­wa? – chcia­ła wie­dzieć.

– Ta sama. Z każdą ko­bie­tą, z któ­rą by­łem w swo­im ży­ciu, by­łem tyl­ko dla­te­go, że od­naj­do­wa­łem w niej cząst­kę cie­bie. – Po tych sło­wach za­milkł i szli da­lej, nic do sie­bie nie mó­wiąc.

Tym ra­zem To­mek prze­rwał mil­cze­nie.

– Nie­po­trzeb­nie to po­wie­dzia­łem, ale trud­no – do­dał. – Będę mu­siał ja­koś z tym żyć – pod­su­mo­wał gorz­ko. – Chcesz już wra­cać? – za­py­tał, nie mo­gąc znieść tego mil­cze­nia.

– Nie – od­po­wie­dzia­ła i za­trzy­ma­ła się na­gle.

Mil­cza­ła przez pe­wien czas, jak­by się za­sta­na­wia­ła nad czymś waż­nym.

– Za­kła­dam, że to nie o Car­lu Jun­gu4 wspo­mi­nał Nor­bert? – za­py­ta­ła re­to­rycz­nie.

– Nie mam po­ję­cia, o czym ten czło­wiek bre­dzi – od­parł.

– Wy­da­wał się sym­pa­tycz­ny – pod­su­mo­wa­ła roz­mo­wę z Naj­de­rem Ola.

To­mek spoj­rzał na nią po­waż­nie.

– Uwierz mi na sło­wo, że tak nie jest. Spo­tka­nie z tym czło­wie­kiem wró­ży po­waż­ne pro­ble­my.

– Jedź­my już, nie dla nie­go tu­taj przy­je­cha­li­śmy – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła.

– Prze­pra­szam, za­gę­ści­łem at­mos­fe­rę – pró­bo­wał się uspra­wie­dli­wić.

– Nic się nie sta­ło, na­praw­dę, to był je­den z naj­mil­szych dni w cią­gu ostat­nich lat.

– Na­praw­dę? – za­py­tał z lek­kim nie­do­wie­rza­niem.

– Tak. – Uśmiech­nę­ła się, za­kło­po­ta­na tym wy­zna­niem.

Sta­nął na­prze­ciw Oli, ujął de­li­kat­nie jej ra­mio­na i po­chy­lił się, chcąc ją po­ca­ło­wać, lecz ta wy­śli­znę­ła się ze sła­be­go uści­sku, ob­ró­ci­ła wo­kół wła­snej osi i spoj­rza­ła na Tom­ka. Iskry, któ­re przy­ga­sły w jej oczach wie­ki temu, te­raz roz­pa­li­ły się ze zdwo­jo­ną mocą. To­masz mógł­by przy­siąc, że przez uła­mek se­kun­dy cała jej po­stać bły­snę­ła zło­tą aurą.

Gold­ber­ry5 – po­my­ślał ocza­ro­wa­ny.

– Dro­gi pa­nie, jesz­cze na to za wcze­śnie! – po­wie­dzia­ła z uda­wa­nym obu­rze­niem. – Jedź­my już – za­pro­po­no­wa­ła i wsu­nę­ła mu rękę pod ra­mię.

Nie spie­sząc się, do­tar­li do za­par­ko­wa­ne­go nie­opo­dal mo­stu auta.

Je­cha­li w ci­szy, ana­li­zu­jąc wy­da­rze­nia dzi­siej­sze­go dnia.

*

Nie­bie­ski pick-up za­trzy­mał się przed do­mem Kacz­mar­ków.

– Dzię­ku­ję, bar­dzo miło spę­dzi­łam z tobą dzi­siej­sze po­po­łu­dnie – stwier­dzi­ła.

– Ist­nie­je szan­sa, że­by­śmy to po­wtó­rzy­li? Na przy­kład za ty­dzień? – za­py­tał nie­śmia­ło. – Oczy­wi­ście zje­my w in­nym miej­scu.

– Już my­śla­łam, że ni­g­dy o to nie za­py­tasz – od­po­wie­dzia­ła szcze­rze. – A więc do na­stęp­ne­go razu.

– Dam ci swój nu­mer te­le­fo­nu, tak na wszel­ki wy­pa­dek – po­wie­dział, za­nim Ola wy­sia­dła z auta.

Zgo­dzi­ła się, wpi­sa­ła nu­mer do swo­jej ko­mór­ki i na­tych­miast go wy­bra­ła. Te­le­fon Tom­ka za­czął wi­bro­wać.

– Masz te­raz mój nu­mer – wy­ja­śni­ła. – Dzię­ku­ję, a więc do na­stęp­ne­go razu. Je­steś bar­dzo in­te­re­su­ją­cym roz­mów­cą – do­da­ła.

– Chcia­łem jesz­cze o coś za­py­tać…

– Nie – od­po­wie­dzia­ła, nie da­jąc do­koń­czyć Tom­ko­wi, na co on za­milkł na­tych­miast. – Nie mo­żesz mnie po­ca­ło­wać – za­chi­cho­ta­ła i wy­sia­dła z sa­mo­cho­du. – Ach, tak na mar­gi­ne­sie. Oglą­da­łam film Blow i wiem, kim był Geo­r­ge Jung6, pa­nie „lo­gi­sty­ka i trans­port”. – Znów się za­śmia­ła sre­brzy­ście, a ko­smyk ogni­sto­ru­dych wło­sów wy­su­nął się ze spin­ki i opadł jej na twarz. Na­dę­ła po­licz­ki i dmuch­nę­ła, aby zrzu­cić nie­sfor­ny ko­smyk z twa­rzy.

Tak wła­śnie wró­ci­ła Ola sprzed lat. Ta z ogniem w zie­lo­nych oczach, za­wa­diac­ką miną, dro­czą­ca się z nim i szu­ka­ją­ca za­czep­ki. Ona. Praw­dzi­wy po­wód jego po­wro­tu w te stro­ny.

4 Carl Gu­stav Jung – szwaj­car­ski psy­chia­tra, psy­cho­log, na­uko­wiec, ar­ty­sta ma­larz.

5Gold­ber­ry (rzecz­na cór­ka) – enig­ma­tycz­na po­stać z le­gen­da­rium J.R.R. Tol­kie­na, żona Toma Bom­ba­di­la za­miesz­ku­ją­ca Sta­ry Las.

6 Geo­r­ge Ja­cob Jung, pseud. Bo­ston Geo­r­ge – ame­ry­kań­ski prze­myt­nik nar­ko­ty­ków, czło­nek kar­te­lu z Me­del­lín, je­den z pio­nie­rów hur­to­we­go han­dlu nar­ko­ty­ko­we­go.

Rozdział 5

Gdy za­trzy­mał się przed do­mem i wy­łą­czył sil­nik, usły­szał Kla­wi­sza uja­da­ją­ce­go za drzwia­mi dom­ku.

– Wiem, wiem! – krzyk­nął z da­le­ka, za­nim pod­szedł do drzwi. – Za­ma­ru­dzi­łem tro­chę – mruk­nął, ale wy­mów­ki, ab­so­lut­nie nie uspo­ko­iły jego czwo­ro­noż­ne­go przy­ja­cie­la.

Do­pie­ro gdy otwo­rzył drzwi, pies wy­sko­czył na ze­wnątrz i za­milkł. Po­biegł w krza­ki za­ła­twić spra­wy, któ­re już od pew­ne­go cza­su nie da­wa­ły mu spo­ko­ju.

Męż­czy­zna wszedł, za­mknął za sobą drzwi i nie za­pa­la­jąc świa­tła, za­czął ścią­gać z sie­bie ubra­nie. Roz­rzu­cał je bez ładu i skła­du. Z ca­łej sta­ran­nie do­bra­nej na dzi­siej­sze spo­tka­nie gar­de­ro­by po­zo­stał je­dy­nie w spodniach. Usiadł przy sto­le na swo­im ulu­bio­nym krze­śle i za­pa­lił wresz­cie pa­pie­ro­sa. Tak dłu­go się przed tym po­wstrzy­my­wał, że przy pierw­szym za­cią­gnię­ciu się dy­mem ty­to­nio­wym po­czuł lek­kie drże­nie mię­śni. Pies za­czął dra­pać w drzwi od ze­wnątrz, więc męż­czy­zna odło­żył pa­pie­ro­sa na ta­le­rzyk de­se­ro­wy, wstał, po omac­ku zna­lazł drzwi i wpu­ścił pu­pi­la. Wró­cił do pa­pie­ro­sa po­zo­sta­wio­ne­go na sto­le.

Nie za­pa­lał świa­tła z oba­wy przed tym, że mógł­by przez to roz­pro­szyć jej ob­raz w swo­jej wy­obraź­ni. Nie mógł prze­stać o niej my­śleć. Nie da­wał so­bie rady z drę­czą­cy­mi go my­śla­mi.

Do­koń­czył faj­kę, oparł czo­ło o blat sto­łu i za­stygł na gra­ni­cy snu i jawy w tej wła­śnie po­zy­cji.

*

Ola sta­ra­ła się za­cho­wy­wać jak naj­ci­szej, kie­dy we­szła do domu. Opar­ła się ple­ca­mi o drzwi wej­ścio­we, chcia­ła przez chwi­lę po­my­śleć o tym, co się wy­da­rzy­ło dzi­siej­sze­go po­po­łu­dnia. Nie­ste­ty nie dane jej było zo­stać sam na sam ze swo­imi roz­wa­ża­nia­mi. Roz­bły­sło świa­tło w przed­po­ko­ju.

– Co tak sto­isz po ciem­ku? Jak było? Nie za­pro­si­łaś go na her­ba­tę? – Maja za­sy­pa­ła mat­kę py­ta­nia­mi.

Ola mi­nę­ła cór­kę bez sło­wa.

– Gdzie idziesz? Dla­cze­go nic nie mó­wisz? Mamo?? Po­wiedz coś – drę­czy­ła ją da­lej.

Olka za­mknę­ła się w ła­zien­ce, wło­ży­ła bia­ły ba­weł­nia­ny pod­ko­szu­lek i czar­ne le­gin­sy, któ­re pod­kre­śla­ły jej nie­na­gan­ną syl­wet­kę. Po dłuż­szej chwi­li wy­szła, li­cząc na to, że Maja już się pod­da­ła i wró­ci­ła do swo­je­go po­ko­ju. Na próż­no.

– Prze­ży­wa­łam wa­sze spo­tka­nie bar­dziej od cie­bie, chy­ba za­słu­gu­ję na krót­ki ra­port z rand­ki dzie­się­cio­le­cia – oznaj­mi­ła z pre­ten­sją w gło­sie.

– Daj mi spo­kój – usły­sza­ła od mat­ki.

– Aż tak źle?

– Kur­wa, go­rzej niż źle, cze­mu to wszyst­ko za­wsze musi być tak po-je-ba-ne! – wy­krzy­cza­ła. – Prze­pra­szam, nie po­win­nam… – zwró­ci­ła się tym ra­zem bez­po­śred­nio do Mai.

– Nic nie szko­dzi, mamo. – Przy­tu­li­ła ją. – Prze­śpij się z tym, ju­tro wszyst­ko mi opo­wiesz – po­wie­dzia­ła ze zro­zu­mie­niem.

– Nie wiem, czym so­bie na cie­bie za­słu­ży­łam – wes­tchnę­ła i po­ca­ło­wa­ła cór­kę w po­li­czek.

– Daj spo­kój, idę do sie­bie, ty zo­stań w kuch­ni i jak w każ­dy week­end po­uża­laj się nad wła­snym lo­sem przy bu­tel­ce wina. Do ju­tra, mamo, ko­cham cię. I nikt na cie­bie nie za­słu­gu­je – do­da­ła, po­ca­ło­wa­ła mat­kę i zo­sta­wi­ła ją samą z wła­sny­mi my­śla­mi.

Ola we­szła do kuch­ni, jed­nak nie za­pa­li­ła świa­tła, tyl­ko zbli­ży­ła się do lo­dów­ki i wy­do­by­ła z niej bu­tel­kę bia­łe­go wina. Po­sta­wi­ła ją na bla­cie obok zle­wu i wy­cią­gnę­ła szklan­kę z su­szar­ki nad nim. Nie za­wra­ca­ła so­bie gło­wy po­szu­ki­wa­niem od­po­wied­nie­go dla trun­ku na­czy­nia.

– Pier­do­lę to! – krzyk­nę­ła na tyle gło­śno, że Maja po­de­rwa­ła się z ka­na­py w swo­im po­ko­ju.

Na­sto­lat­ka wy­bie­gła za­nie­po­ko­jo­na ha­ła­sem.

– Mamo! – za­wo­ła­ła.

– Nie cze­kaj na mnie – usły­sza­ła, a za­raz po tym drzwi za­trza­snę­ły się za wy­cho­dzą­cą Olą.

– Mamo, gdzie… – Urwa­ła, nie wi­dząc naj­mniej­sze­go sen­su, aby pró­bo­wać na­dą­żyć za tem­pem zda­rzeń.

*

Pies po­de­rwał się za­alar­mo­wa­ny nie­sły­szal­nym dla czło­wie­ka dźwię­kiem. Świa­tła bły­snę­ły, raz i dru­gi prze­dzie­ra­jąc się mię­dzy drze­wa­mi. To­mek pod­niósł gło­wę z bla­tu sto­łu.

Kogo tu, kur­wa, nie­sie?– po­my­ślał nie­za­do­wo­lo­ny z nie­spo­dzie­wa­nej wi­zy­ty.

Auto za­trzy­ma­ło się przed do­mem, trza­snę­ły drzwi, trzy kro­ki po ta­ra­sie i pu­ka­nie.

Udam, że mnie nie ma.

Stu­ka­nie do drzwi roz­le­gło się po­now­nie.

To­mek nie spo­dzie­wał się ni­ko­go, ze­rwał się od sto­łu, pod­biegł pół­na­gi do drzwi, go­to­wy, żeby na­pro­sto­wać na­trę­ta, ale gdy otwo­rzył, za­marł za­sko­czo­ny wi­do­kiem.

– Je­stem – po­wie­dzia­ła Ola, za­ło­ży­ła ręce na pier­si, żeby choć tro­chę uchro­nić się przed chło­dem pa­nu­ją­cym na ze­wnątrz.

– Wejdź – po­wie­dział krót­ko. – Zim­no.

– Je­stem – po­wtó­rzy­ła już w środ­ku.

Sta­nął za nią, jak ścia­na, o któ­rą mo­gła się oprzeć.

– Cze­ka­łem na to całe moje ży­cie – po­wie­dział, krą­żąc wo­kół niej jak lew. – Wy­obra­ża­łem so­bie tę chwi­lę ty­sią­ce razy, co dzień usy­pia­łem, my­śląc o tym. Nie było ko­bie­ty w moim ży­ciu, któ­ra nie mia­ła­by ja­kie­goś okru­cha z cie­bie. Oczy, wło­sy, usta, śmiech, spoj­rze­nie. A te­raz sto­ję i za­miast po­żreć cię, drżę. Trzę­sę się ze stra­chu, że gdy tyl­ko cię do­tknę, roz­pły­niesz się jak dym. Tak bar­dzo się boję, że to tyl­ko sen. Po­wiedz mi, pro­szę, że tak nie jest, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę.

Ko­bie­ta od­wró­ci­ła się do nie­go i opar­ła twarz o jego tors.

– Na­wet te­raz to ja mu­szę wy­ko­nać ten pierw­szy krok? – wy­szep­ta­ła.

Jej do­tyk spra­wił, że oczy męż­czy­zny za­pło­nę­ły po­żą­da­niem. Lo­do­wa­ta po­sta­wa i brak emo­cji, za ja­ki­mi za­wsze się ukry­wał praw­dzi­wy To­mek przed ludź­mi, roz­pły­nę­ły się. Twarz za­zwy­czaj su­ro­wa, przy­bra­ła ła­god­ny wy­raz. Tyl­ko w jego oczach pło­nę­ło sza­leń­stwo.

Chwy­cił ją jed­ną ręką za szy­ję i pod­niósł, lek­ko jak­by była szma­cia­ną lal­ką. Ci­che jęk­nię­cie, sku­tek bólu i stra­chu, wy­do­by­ło się z ust dziew­czy­ny. Męż­czy­zna po­ca­ło­wał ją na­mięt­nie w usta i po­sta­wił na pod­ło­dze. Dziew­czy­na za­chwia­ła się, pró­bu­jąc od­zy­skać rów­no­wa­gę.

– Boże je­dy­ny – wy­szep­ta­ła. – Wy­bacz mi. – Do­koń­czy­ła i ścią­gnę­ła ba­weł­nia­ny pod­ko­szu­lek, pod któ­rym nic wię­cej nie mia­ła.

Rozdział 6

Obu­dzi­ło ich pu­ka­nie do drzwi.

– Kur­wa, Vol­de­mort, aku­rat te­raz? – po­wie­dział To­mek, wy­ska­ku­jąc z łóż­ka.

Otwo­rzył drzwi, pa­trząc pod nogi, aby nie na­dep­nąć na cze­ka­ją­ce­go na po­ran­ną to­a­le­tę Kla­wi­sza. Do­pie­ro gdy pies wy­padł z im­pe­tem na ze­wnątrz, pod­niósł wzrok i zo­ba­czył sio­strę.

– Co ty tu ro­bisz? – za­py­tał za­sko­czo­ny.

– Mnie też jest bar­dzo miło cię wi­dzieć – od­par­ła ja­do­wi­cie.

– Mo­głaś za­dzwo­nić, na­pi­sać, nie wiem… zna­leźć ja­kiś spo­sób, żeby mnie po­in­for­mo­wać o swo­jej wi­zy­cie – czy­nił wy­mów­ki sio­strze.

– Na­wet gdy­by ko­me­ta zwia­sto­wa­ła mój przy­jazd, i tak był­byś za­sko­czo­ny, zresz­tą to nic no­we­go – od­gry­zła się Ka­sia.

– Wejdź – za­pro­sił ją nie­chęt­nie do środ­ka.

– Wi­dzę, że nie w porę się zja­wi­łam. – Uśmiech­nę­ła się zło­śli­wie, wcho­dząc do środ­ka.

Ola zdą­ży­ła wło­żyć ubra­nie i krzą­ta­ła się, pró­bu­jąc za­pa­rzyć kawę dla wszyst­kich.

– Wi­tam bra­to­wą – po­wie­dzia­ła drwią­co Ka­ta­rzy­na, po czym zwró­ci­ła się do swo­je­go bra­ta: – Szyb­ko po­szło, na­wet jak na cie­bie, mój dro­gi.

– Ha­muj się – wark­nął ostrze­gaw­czo.

– Wiesz, kto to jest? Wiesz, czym się zaj­mu­je? – za­py­ta­ła Olę, nie owi­ja­jąc w ba­weł­nę.

– Zaj­mo­wał – sko­ry­go­wał To­masz z na­ci­skiem.

– Nie wiem i nie in­te­re­su­je mnie to – od­par­ła Ola.

– A po­win­no – za­drwi­ła sio­stra Tom­ka. – My­ślisz, że w ho­len­der­skich szklar­niach za­ro­bił kil­ka mi­lio­nów euro? – Sama za­śmia­ła się ze swo­je­go żar­tu.

– Za­milcz. – Zro­bił dwa kro­ki w stro­nę sio­stry.

– Pój­dę już – po­wie­dzia­ła ci­cho Ola.

– Nie, zo­stań, pro­szę. – Męż­czy­zna zła­pał ją za rękę, aby za­trzy­mać.

– O la, la! Grub­sza spra­wa, za­ru­mie­ni­ła się jak ma­ło­la­ta – sko­men­to­wa­ła, pa­trząc na nich.

– Za­mknij się, do­brze ci ra­dzę. – Wy­ce­lo­wał w nią pal­cem wska­zu­ją­cym, aby za­ak­cen­to­wać siłę swo­ich słów.

– Okej, czas na mnie – stwier­dzi­ła Alek­san­dra.

– Nie, ty zo­sta­jesz, a cie­bie że­gnam ozię­ble – rzu­cił do sio­stry.

– Ech, a tak miło dzień się za­po­wia­dał. Trud­no, na­pi­je­my się in­nym ra­zem. Pro­si­łam cię, że­byś się od niej od­je­bał, ale wi­dzę, że po­sta­no­wi­łeś spier­do­lić jej ży­cie do­ku­ment­nie, tak jak­by do tej pory nie mia­ła wy­star­cza­ją­cych pro­ble­mów – po­wie­dzia­ła to bez cie­nia iro­nii. – Wy­glą­da­cie i za­cho­wu­je­cie się jak za­ko­cha­ni. No cóż… – za­wie­si­ła głos na chwi­lę – …mi­łość to Po­la­cy wy­my­śli­li, żeby pie­nię­dzy nie pła­cić, ale naj­wi­docz­niej jesz­cze nie je­ste­ście tego świa­do­mi – po­wie­dzia­ła gorz­ko. – Mimo wszyst­ko, ży­czę po­wo­dze­nia. – Ka­sia otwo­rzy­ła drzwi. – Włą­czaj te­le­fon, bę­dzie mniej nie­spo­dzia­nek. Do zo­ba­cze­nia, To­masz­ku. – Po tych sło­wach za­mknę­ła za sobą.

– Prze­pra­szam cię za sio­strę – po­wie­dział skru­szo­ny To­mek.

– Znam Kaś­kę i wiem, że się o cie­bie mar­twi – od­po­wie­dzia­ła, a on pod­szedł do niej tak bli­sko, że mo­gła przy­tu­lić po­li­czek do jego pier­si i usły­szeć bi­ją­ce ser­ce. – Bo­isz się śmier­ci? – za­py­ta­ła, wie­dzio­na ja­kimś nie­zna­nym prze­czu­ciem.

– Nie – od­parł. – Już raz umar­łem i nie było tak źle, bar­dziej boję się ży­cia. Ty jed­nak spra­wiasz, że wszyst­ko sta­je się dla mnie ła­twiej­sze.

– Co tam jest? Co jest po dru­giej stro­nie? – była cie­ka­wa.

– Jest ol­brzy­mie drze­wo, pod któ­rym ktoś bę­dzie na cie­bie cze­kał.

– Kto? – za­py­ta­ła.

– Ktoś, kto od­szedł przed tobą – od­po­wie­dział. – Dla nas jesz­cze za wcze­śnie. – Za­czął ca­ło­wać jej wło­sy.

– Czas pły­nie tak szyb­ko, tyle nas omi­nę­ło – wes­tchnę­ła. – Ze­rżnij mnie jesz­cze raz, za­nim pój­dę do pra­cy, tak jak tyl­ko ty to po­tra­fisz – do­da­ła po chwi­li.

Uniósł brwi, zdu­mio­ny ra­dy­kal­ną zmia­ną na­stro­ju i ję­zy­kiem, ja­kie­go uży­ła, i za­py­tał:

– Po­do­ba­ło ci się?

– Do wczo­raj nie wie­dzia­łam, że tak moż­na. By­li­śmy tak gło­śno, że chy­ba w mia­stecz­ku nas sły­sze­li. – Uśmiech­nę­ła się roz­bra­ja­ją­co.

Wziął ją w ra­mio­na i za­niósł na ka­na­pę, na któ­rej spę­dzi­li ostat­nią noc.

*

– Przy­jedź do mnie o szes­na­stej, je­śli masz ocho­tę, pój­dzie­my na spa­cer, damy lu­dziom pre­tekst do plo­tek – za­pro­po­no­wa­ła przy roz­sta­niu.

– Będę o szes­na­stej – zgo­dził się chęt­nie. – We­zmę ze sobą Kla­wi­sza, je­śli po­zwo­lisz, za­nie­dbu­ję go ostat­nio i za­pew­ne bra­ku­je mu mo­je­go to­wa­rzy­stwa.

– Ja­sne, nie ma pro­ble­mu – od­po­wie­dzia­ła.

Po­ca­ło­wał ją jesz­cze raz na po­że­gna­nie i od­pro­wa­dził wzro­kiem od­jeż­dża­ją­ce auto.

Czas jako wiel­kość fi­zycz­na okre­śla­ją­ca ko­lej­ność i trwa­nie zda­rzeń za­czął za­cho­wy­wać się sprzecz­nie ze zna­ny­mi na­uce pra­wa­mi, roz­cią­gał się, jak­by był z gumy. Mi­nu­ty zmie­ni­ły się w go­dzi­ny, go­dzi­ny w całe ty­go­dnie. Nie mógł prze­stać my­śleć o niej. Chciał znów po­czuć jej za­pach, smak jej skó­ry, usły­szeć jej śmiech.

– Kla­wisz, mój sta­ry przy­ja­cie­lu, chy­ba mamy pro­blem – po­sta­no­wił zwie­rzyć się po­wier­ni­ko­wi swo­ich ta­jem­nic. – Nie wiem, co zro­bić – prze­tarł twarz dło­nią. – Wi­dzę, że nie­sko­ry je­steś do roz­mów, nie po­ma­gasz mi, mój dro­gi – skwi­to­wał za­wie­dzio­ny i za­czął szu­kać za­ję­cia, aby od­pę­dzić od sie­bie wszyst­kie na­tręt­ne my­śli.

Bał się, po raz pierw­szy bał się nie o sie­bie, lecz o ko­goś. Ko­goś, kto wdarł się w jego świa­do­mość z ta­kim im­pe­tem, że nie był w sta­nie się temu w ża­den spo­sób prze­ciw­sta­wić. Czuł, że nie jest jej obo­jęt­ny. To, o czym ma­rzył od chwi­li, kie­dy ją po­znał, miał te­raz na wy­cią­gnię­cie ręki.

Nor­bert znał go do­sko­na­le, wie­dział, że wszyst­kie ko­bie­ty, któ­re po­ja­wia­ły się w ży­ciu Tom­ka, coś łą­czy­ło. To ona była tym łącz­ni­kiem. Kie­dyś, daw­no temu, Nor­bert i on byli bar­dzo do­bry­mi ko­le­ga­mi. Ra­zem prze­pu­ści­li for­tu­nę w lo­ka­lach na wszyst­kich kon­ty­nen­tach, dzie­li­li się swo­imi pro­ble­ma­mi, wie­dzie­li o so­bie pra­wie wszyst­ko, a po­tem ich dro­gi się ro­ze­szły. Cóż… w tym biz­ne­sie, zna­jo­mo­ści nie trwa­ją dłu­go, nie ma miej­sca na sen­ty­men­ty. Nor­bert wpadł gdzieś na wy­spach Pa­cy­fi­ku, zdra­dzo­ny przez swo­ich lu­dzi. Ni­ko­go nie sprze­dał. Od­sie­dział trzy lata, a gdy zja­wił się po­now­nie w Eu­ro­pie, nie był już taki sam. Wró­cił do biz­ne­su albo jak to Sta­ry Frank ma­wia: „wró­cił do ro­dzi­ny”,czy­taj: „cho­dzi na jego smy­czy”.

Na ogół, od­kąd To­masz tu­taj przy­je­chał, wszyst­ko szło nie tak, jak iść po­win­no, chciał utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że spo­rą część swo­je­go ży­cia prze­żył w ilu­zo­rycz­nym świe­cie, gdzie tę­sk­nił za czymś, co tak na­praw­dę jest po­spo­li­te i po­wszech­nie do­stęp­ne. Było znacz­nie go­rzej, niż pier­wot­nie za­kła­dał, bo to, za czym tę­sk­nił, mia­ło war­tość, któ­rej nie spo­sób prze­li­czyć na żad­ną wa­lu­tę.

Był zmę­czo­ny do­tych­cza­so­wą eg­zy­sten­cją, do­świad­cze­nie śmier­ci to był zde­cy­do­wa­nie game chan­ger7 w jego ży­ciu. Chciał wy­rwać się z tej mat­ni. Wy­rwać się z ukła­dów, zna­jo­mo­ści, uza­leż­nień, ale nie było to ła­twe, szcze­gól­nie w tym kra­ju. Mógł za­miesz­kać w każ­dym miej­scu na świe­cie, ale wy­brał to. Po­trze­bo­wał pa­ra­so­la ochron­ne­go, przy­wi­le­ju nie­ty­kal­no­ści, aby mógł pod­jąć ja­kieś kro­ki. Nie chciał na­ra­żać Oli i jej cór­ki. Po­trze­bo­wał ko­goś, kto da mu gwa­rancję bez­pie­czeń­stwa, i ten ktoś miał się zja­wić nie­ba­wem. Do przy­jaz­du Ou baas8mu­siał za­cho­wać czuj­ność i chro­nić dziew­czy­ny, chro­nić przede wszyst­kim przed sa­mym sobą, przed swo­ją prze­szło­ścią.

*

Punk­tu­al­nie o szes­na­stej za­par­ko­wał przed za­jaz­dem.

– Wy­ska­kuj i nie przy­nieś mi wsty­du – po­wie­dział do Kla­wi­sza.

Pies wy­ko­nał po­le­ce­nie i na­tych­miast za­czął ob­wą­chi­wać oko­li­cę.

– Kla­wisz, sta­ry rze­zi­miesz­ku, chodź tu, przy­wi­taj się! – za­wo­ła­ła Maja. – Mama już idzie – po­in­for­mo­wa­ła, po czym za­czę­ła ba­wić się z psem. – Mam coś dla cie­bie – po­wie­dzia­ła do czwo­ro­no­ga, wy­do­by­wa­jąc z kie­sze­ni pacz­kę psich przy­sma­ków.

– Wi­dzę, że pani się so­lid­nie przy­go­to­wa­ła do wi­zy­ty Kla­wi­sza.

– Maja – od­po­wie­dzia­ła. – Może mi pan mó­wić po imie­niu.

– To­mek, obo­wią­zu­je nas za­sa­da wza­jem­no­ści, mam na­dzie­ję – rzu­cił.

– Okej, niech bę­dzie, ale to ty bę­dziesz mnie przed mat­ką tłu­ma­czył – oznaj­mi­ła.

Po chwi­li wy­szła Ola.

– Idzie­my? – za­py­ta­ła.

– Li­czy­łem na to, że gdzieś po­je­dzie­my – przy­znał.

– Szko­da dnia, słoń­ce jesz­cze wy­so­ko, pięk­na po­go­da, po­spa­ce­ruj­my, pie­sko­wi to do­brze zro­bi, a i miej­sco­wą lud­ność od te­le­wi­zo­rów ode­rwie­my, same plu­sy, jak wi­dzisz.

Sta­nę­ła przed nim na pal­cach i po­ca­ło­wa­ła go de­li­kat­nie, znów zda­ło mu się, że bły­snę­ła na uła­mek se­kun­dy zło­tą po­świa­tą.

– Maju, pój­dziesz z nami, praw­da? – za­py­ta­ła.

– Nie po­zo­sta­wiasz mi wy­bo­ru. – Roz­ło­ży­ła ręce w ge­ście re­zy­gna­cji.

W rze­czy sa­mej spek­ta­ku­lar­ny prze­marsz przez mia­stecz­ko nie po­zo­sta­wił jego miesz­kań­ców obo­jęt­ny­mi. Po­gło­ska ro­ze­szła się po osa­dzie lo­tem bły­ska­wi­cy, za­nim do­tar­li na dep­tak i usie­dli przy sto­le pik­ni­ko­wym, co naj­mniej po­ło­wa po­pu­la­cji już sły­sza­ła o tej ar­cy­cie­ka­wej pro­ce­sji.

– Maja wie o nas? – za­py­tał stłu­mio­nym gło­sem, jak tyl­ko cór­ka Oli zna­la­zła się wraz z Kla­wi­szem na tyle da­le­ko, by nie sły­szeć.

– Prze­cież nie jest głu­pia, wi­dzi, co się dzie­je, ob­ra­zi­ła­by się, gdy­byś ją o to za­py­tał – ro­ze­śmia­ła się. Opar­ła gło­wę o jego ramię, czas pły­nął le­ni­wie, pa­trzy­li, jak Maja rzu­ca róż­ne przed­mio­ty psu, a ten apor­tu­je, za co dziew­czy­na wy­na­gra­dza­ła go przy­sma­ka­mi.

– Nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, że taka for­ma re­lak­su przy­pad­nie mi do gu­stu – oświad­czył.

Ola unio­sła rudą czu­pry­nę z jego ra­mie­nia i spoj­rze­li so­bie w oczy bez sło­wa.

– Hej, Maj­ka. Co tam bie­ga obok cie­bie? To Chu­pa­ca­bra9? – krzyk­nął za­wa­diac­ko je­den z trzech chłop­ców, któ­rzy po­ja­wi­li się nie­spo­dzie­wa­nie na brze­giem je­zio­ra.

– Nie, to pies – od­po­wie­dzia­ła z mar­so­wą miną.

– Pies? – udał zdzi­wie­nie ten sam chło­piec.

– Tak, pies. Ta­kie zwie­rzę do­mo­we – wy­ja­śni­ła zło­śli­wie.

– A jaka to rasa? – pro­wo­ko­wał da­lej.

– Rasa pa­nów, ćwo­ku! – od­pa­ro­wa­ła.

– Maj­ka! Pa­nuj nad sobą! – krzyk­nę­ła obu­rzo­na Ola.

Chłop­cy do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­li parę sie­dzą­cą przy sto­le pik­ni­ko­wym.

– Dzień do­bry, pani! – wy­krzyk­nę­li nie­mal­że uni­so­no i od­da­li­li się w stro­nę, z któ­rej przy­szli.

To­mek za­re­cho­tał, roz­ba­wio­ny zaj­ściem.

– To nie jest śmiesz­ne. – Tym ra­zem To­mek zo­stał na­po­mnia­ny zu­peł­nie po­waż­nie. – Kto to sły­szał, żeby dziew­czy­na tak od­po­wia­da­ła – kon­ty­nu­owa­ła Ola.

– To­bie też się do­sta­ło? – za­śmia­ła się Maja.

– „To­bie”? Mo­że­cie mi wy­ja­śnić, co się tu­taj dzie­je? – Ola była już cał­ko­wi­cie zdez­o­rien­to­wa­na.

– Nic wiel­kie­go, po pro­stu prze­szli­śmy na ty – wy­ja­wił męż­czy­zna.

– „Po pro­stu”? – nie do­wie­rza­ła.

– Oluś, prze­stań cią­gle po­wta­rzać po mnie – po­pro­sił.

– „Oluś”?

– No wła­śnie – po­wie­dział To­mek zre­zy­gno­wa­ny, gdy ko­lej­ny raz po­wtó­rzy­ła po nim to, co przed chwi­lą po­wie­dział.

Zmru­ży­ła zie­lo­ne oczy.

– Do­brze – syk­nę­ła – wi­dzę, że za­wią­zał się spi­sek. Cze­kam na was przy sa­mo­cho­dzie – oznaj­mi­ła i ru­szy­ła na skró­ty traw­ni­kiem w kie­run­ku mia­stecz­ka.

– Ola! – za­wo­łał za nią, ale na­wet się nie od­wró­ci­ła.

– Ech, daj jej spo­kój, za­raz jej przej­dzie. Tak na mar­gi­ne­sie po­wiem ci, że nie wi­dzia­łam jej jesz­cze tak roz­en­tu­zja­zmo­wa­nej. Jest szczę­śli­wa.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć? – nie bar­dzo zro­zu­miał in­ten­cje Mai.

– To, że chy­ba jej od­bi­ło, od­kąd się tu po­ja­wi­łeś.

Po­zwo­li­li Oli odejść na tyle da­le­ko, aby nie czu­ła na so­bie pre­sji po­ści­gu, po czym ru­szy­li wol­no w ślad za nią, pies szedł obok z no­sem przy zie­mi.

– Jak dłu­go jest sama? – za­py­tał.

– Czte­ry lata – od­par­ła.

– I nie było ni­ko­go w tym cza­sie? Nikt nie „pod­bi­jał”? – drą­żył te­mat.

– Prze­cież wi­dzisz, jak wy­glą­da, py­tasz po­waż­nie? Prze­ce­ni­łam cię, my­śla­łam, że je­steś o wie­le bar­dziej roz­gar­nię­ty. Oczy­wi­ście, że „ktoś pod­bi­ja”, a ten ob­le­śny knur z gmi­ny nie daje jej żyć. Stąd ta pro­ce­sja, jak w Boże Cia­ło, żeby wszy­scy wi­dzie­li, że TY – wska­za­ła pal­cem na nie­go – po­ja­wi­łeś się w jej ży­ciu. – Oj, To­mek, To­mek – wes­tchnę­ła z po­li­to­wa­niem – może i je­steś in­te­li­gent­ny, tak jak mat­ka mó­wi­ła, ale w spra­wach dam­sko-mę­skich po­zo­sta­jesz kre­ty­nem.

– No cóż… być może nie mam wy­star­cza­ją­ce­go do­świad­cze­nia w tym te­ma­cie – wy­znał.

Maja za­trzy­ma­ła się na chwi­lę, zmie­rzy­ła go wzro­kiem od góry do dołu.

– Two­ja fał­szy­wa skrom­ność nie robi na mnie ab­so­lut­nie żad­ne­go wra­że­nia – prych­nę­ła.

– Je­steś bar­dzo doj­rza­ła jak na swój wiek – przy­znał z po­dzi­wem w gło­sie.

– Od dziec­ka mu­sia­łam być opar­ciem dla mat­ki, szyb­ko wdro­ży­łam się w wa­sze do­ro­słe ży­cie – od­par­ła.

– Aż mi żal two­ich ad­o­ra­to­rów – po­wie­dział, wy­obra­ża­jąc so­bie te wszyst­kie upo­ko­rze­nia, ja­kie na nich cze­ka­ją.

Zbli­ża­li się wol­nym kro­kiem do par­kin­gu. Przed za­jaz­dem doj­rze­li cze­ka­ją­cą na nich Olę.

– Wy­ko­rzy­stam oka­zję, że na­dal je­ste­śmy poza za­się­giem słu­chu mo­jej mat­ki, i coś ci po­wiem – za­czę­ła śmier­tel­nie po­waż­na Maj­ka. – Lu­bię cię, ale je­śli ją skrzyw­dzisz, ni­g­dy ci tego nie wy­ba­czę. Za­sta­nów się do­brze, cze­go chcesz, bo od­wro­tu nie bę­dzie. Nie po­zwo­lę już ni­ko­mu jej skrzyw­dzić, więc albo… albo Kla­wisz prze­gry­za ci aor­tę we śnie.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dział zu­peł­nie po­waż­nie.

Uśmiech­nę­li się obo­je, jak gdy­by ni­g­dy nic się nie sta­ło, i już nic nie mó­wiąc do sie­bie, po­de­szli do Oli.

– Spo­tka­my się jesz­cze dziś wie­czo­rem? – za­pro­po­no­wa­ła ko­bie­ta, jak­by za­po­mnia­ła o nie­daw­nych nie­sna­skach.

– Wpad­niesz do mnie? Może coś ra­zem ugo­tu­je­my – za­pro­po­no­wał.

– Nie za szyb­ko to wszyst­ko się to­czy? – pró­bo­wa­ła ostu­dzić ich za­pę­dy Maja.

– Za dużo cza­su zmar­no­wa­li­śmy, pró­bu­je­my to nad­ro­bić – tłu­ma­czy­ła Ola. – Przy­ja­dę o dwu­dzie­stej, pa­su­je? – za­py­ta­ła Tom­ka.

– Ja­sne, skoczę po dro­dze na za­ku­py. Do zo­ba­cze­nia – po­że­gnał się. Rzu­cił po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie Mai, wpu­ścił psa do auta, po czym wsko­czył za nim i od­je­cha­li. – Zro­bił­byś to? – za­py­tał psa, a ten spoj­rzał tyl­ko na swo­je­go pana. – Na­praw­dę? Prze­gry­zł­byś aor­tę naj­lep­sze­mu kum­plo­wi dla ko­bie­ty?

Pies za­czął wa­lić ogo­nem o fo­tel pa­sa­że­ra.

Po dro­dze do domu po­czy­nił po­waż­ne za­ku­py. Uznał, że po­sta­ra się zro­bić wra­że­nie sa­łat­ką z moz­za­rellą, dla­te­go ku­pił po­trzeb­ne do tego skład­ni­ki. Nie wie­dząc, co pije Ola, i czy w ogó­le pije, po­sta­no­wił, że przy­go­tu­je się na wszel­kie moż­li­we oko­licz­no­ści, czy­li: wino bia­łe, czer­wo­ne, whi­sky, gin, do tego to­nik. Prze­cież tego nie da się pić bez ni­cze­go– po­my­ślał, wziął też bu­tel­kę wód­ki i piwo bez­al­ko­ho­lo­we.

– Bę­dzie gru­bo przy po­nie­dział­ku – sko­men­to­wa­ła za­ku­py ka­sjer­ka.

Spoj­rzał je­dy­nie na nią, nie ode­zwał się, a ko­bie­ta od­wró­ci­ła wzrok i za­ję­ła się swo­ją ro­bo­tą, gdy on za­czął pa­ko­wać za­ku­py do pla­sti­ko­wych to­reb, któ­re wy­cią­gnął spod ta­śmy, przy ka­sie. Po chwi­li wy­szedł na par­king, wrzu­cił za­ku­py na skrzy­nię sa­mo­cho­du, już przy­mie­rzał się, aby wsiąść do auta, gdy usły­szał zna­jo­my głos.

– Wi­tam sze­fa.

– Cześć, Wal­dek. Miał­bym dla cie­bie za­da­nie.

– Ja­kie?

– Po­trze­bu­ję wię­cej drew­na na opał, może będę mu­siał grzać do po­cząt­ku maja.

– Zro­bi się, kie­row­ni­ku – od­parł pew­nie. – Ale, sze­fie… – za­czął nie­śmia­ło – da szef pięć­dzie­siąt zło­tych?

– Wal­dek, na co ci pie­nią­dze? Nie mam go­tów­ki – po­wie­dział To­masz.

– Piwa bym się na­pił, bo rura sma­li – wy­znał szcze­rze.

To­mek ścią­gnął piwo z pick-upa i chciał wrę­czyć Vol­de­mor­to­wi.

– Co to? – za­py­tał za­sko­czo­ny.

– Piwo, prze­cież chcia­łeś – udał zdzi­wie­nie To­mek.

– Piwo bez­al­ko­ho­lo­we to pierw­szy krok do ho­mo­sek­su­ali­zmu. – Vol­de­mort wzdry­gnął się i splu­nął za­bo­bon­nie trzy razy.

To­mek eks­plo­do­wał nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem. Ale po chwi­li prze­my­ślał swój po­stę­pek.

Kur­wa, nie­je­den z mo­ich ko­le­gów tak skoń­czył.

– Prze­pra­szam, głu­pi żart, wy­bacz, sta­ry – ka­jał się szcze­rze To­mek. Się­gnął jesz­cze raz do skrzy­ni i po­dał Wald­ko­wi bu­tel­kę wód­ki.

– Dzię­ku­ję, sze­fie. – Męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Wal­dek, umów­my się na coś, do­brze? – za­czął.

– Na co?

– Je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wał po­mo­cy, dasz mi znać. Mam zna­jo­me­go, któ­ry ma pry­wat­ny ośro­dek… po­dob­no bar­dzo do­bry. Wi­nien jest mi przy­słu­gę… Ro­zu­miesz, o czym mó­wię?

– Dam znać, sze­fie. Na ra­zie dzię­ku­ję. – Mach­nął non­sza­lanc­ko ręką na po­że­gna­nie i roz­pły­nął się w mro­ku jak duch.

Wóda za­bi­ła wię­cej lu­dzi niż woj­ny – po­my­ślał.

Wsiadł do auta i sku­pia­jąc się już tyl­ko na nad­cho­dzą­cej wi­zy­cie, ru­szył przy­go­to­wać fla­go­we da­nie, czy­li sa­łat­kę z moz­za­rel­lą.

7Game chan­ger (ang.) – wy­ra­że­nie ozna­cza­ją­ce oso­bę, rzecz, nową tech­no­lo­gię lub wy­da­rze­nie, któ­re ra­dy­kal­nie zmie­nia za­sa­dy gry, sy­tu­ację lub do­tych­cza­so­wy spo­sób po­stę­po­wa­nia.

8Ou baas – po­łu­dnio­wo­afry­kań­skie okre­śle­nie ozna­cza­ją­ce „sta­re­go sze­fa” lub „sta­re­go mi­strza”.

9El Chu­pa­ca­bra (hiszp. kozi wam­pir) – le­gen­dar­ny stwór z la­ty­no­ame­ry­kań­skie­go folk­lo­ru, ata­ku­ją­cy by­dło oraz kozy i wy­sy­sa­ją­cy ich krew.

Rozdział 7

Kla­wisz,siedź na miej­scu – po­wie­dział To­mek, gdy do­strzegł w świa­tłach re­flek­to­rów dwa nie­zna­ne mu sa­mo­cho­dy, za­par­ko­wa­ne przed jego drew­nia­nym dom­kiem. Mimo obaw pod­je­chał wol­no, za­trzy­mał auto, ale nie wy­sia­dał, cze­kał na ja­kiś ruch in­tru­zów.

– Pa­nie Han­ke, niech pan się nie oba­wia, przy­by­li­śmy w po­ko­jo­wych za­mia­rach. – Kil­ka gło­sów w mro­ku za­re­cho­ta­ło. – Co tak póź­no pan wra­ca? Mar­twi­li­śmy się o pana! Nie boi się pan ciem­no­ści? – za­py­tał po­now­nie nie­zna­ny męż­czy­zna. – Pan wy­sią­dzie, po­ga­da­my – po­na­glił.

To­mek opu­ścił wóz bar­dzo po­wo­li, cze­kał na to, co się wy­da­rzy. Męż­czy­zna wy­ło­nił się z mro­ku, wy­cią­gnął przed sie­bie rękę z trzy­ma­ną w dło­ni le­gi­ty­ma­cją. Za­nim To­masz zdą­żył co­kol­wiek prze­czy­tać, nie­zna­jo­my scho­wał do­ku­ment.

– Gra­tu­lu­je­my, ma pan przy­jem­ność z funk­cjo­na­riu­sza­mi CBŚ10, przy­by­wa­my tu­taj w po­ko­ju – po­wie­dział je­den z nich.

– Żar­tow­niś się tra­fił – od­parł spo­koj­nie To­mek.

– Za­pro­si nas pan do środ­ka? Chcie­li­by­śmy po­roz­ma­wiać – wy­ja­wił cel swo­jej wi­zy­ty.

– Pro­szę za mną. – To­mek ru­szył przo­dem.