Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
23 osoby interesują się tą książką
Tak wiele musi się zmienić, aby nic się nie zmieniło.
Tomasz Hanke to człowiek, który za dużo widział, za dużo wie i zna nieodpowiednich ludzi. Gdy wraca do Polski, liczy na spokój i normalne życie. Mężczyzna nie spodziewa się, że na jego drodze ponownie stanie Aleksandra, jego dawna miłość. Kobieta jest zaskoczona widokiem Tomka. I chociaż wie, że znajomość z nim jest zbyt ryzykowna, dawne uczucia odżywają. Miłość przeradza się w namiętność, która ma swoje konsekwencje.A kiedy wydaje się, że wszystko powoli zaczyna się układać, paskudna przeszłość mężczyzny wraca.
Obecność Hanke komplikuje życie wielu osobom, w tym życie Aleksandry. Wszystko wokół nich wydaje się być zwiastunem czyjejś śmierci… Powieść łącząca wątki thrillera i romansu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 246
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Żonie i wszystkim moim córkom, bez was nic by się nie udało.
Niebieski pick-up mozolnie brnął rozmokłą gruntową drogą. Deszcz siąpił od tygodnia i nic nie wskazywało na to, że w ciągu najbliższych godzin miałoby przestać padać. Pojazd bujał się łagodnie, gdy któreś z kół wpadało w głębszą zapadlinę. Kierowca dostosował prędkość do panujących warunków tak, aby wszystko, co załadował i starannie zabezpieczył na skrzyni swojego auta, w całości i bez strat dotarło do wyznaczonego celu.
Przemierzana teraz trasa nie przypominała w niczym tej, którą pamiętał z dzieciństwa. Wszystko było inne: drzewa, krzewy, nawet dziury w drodze.
Kiedyś znał każdy centymetr tego traktu: każdy kamień, zagłębienie i korzenie lipowych drzew, które tuż pod powierzchnią tworzyły swoisty wzór, kojarzący się małemu chłopcu z siatką żył widzianą pod ludzką skórą.
W czasie wakacji, a niemal każdego roku spędzał je u rodziców swojej matki, przemierzał ją kilka, a nawet kilkanaście razy dziennie – tam i z powrotem. Zawsze z wielkim sentymentem wspominał czas spędzony w starym drewnianym domku.
To była inna epoka – przez chwilę zastanawiał się, czy wypowiedział te słowa na głos, czy tylko o tym pomyślał. Spojrzał na psa, zwiniętego w kłębek na siedzeniu pasażera. Pierwsze stworzenie na świecie, które należało tylko do niego, tak jak on należał tylko do swojego psa.
Psiak uderzył dwa razy ogonem o siedzenie pick-upa, tak jakby chciał powiedzieć: „Wiem, że o mnie myślisz”.
– Jesteś brzydki jak kupa po jagodach, ale jesteś mój. – Człowiek za kierownicą, wypowiedział te słowa głośno, nie odrywając wzroku od wyboistej drogi, a psisko znów uderzyło dwa razy ogonem o fotel pasażera. – Wiem, wiem, mnie też niczego nie brakuje – bąknął jakby w odpowiedzi na niesłyszalne psie oskarżenie.
Mężczyzna często mówił do psa. Zwierzak stał się powiernikiem zarówno przemyśleń, jak i mrocznych tajemnic swojego właściciela. A ten miał ich „odrobinę” więcej niż przeciętny obywatel.
– Jeszcze chwila i będziemy na miejscu. Podoba ci się czy nie, to nasz nowy dom – rzucił do sierściucha, a w odpowiedzi znów dało się słyszeć dwa uderzenia ogonem o fotel. – Nie jesteś zbyt wylewny. – Po tych słowach mężczyzna rzucił swojemu towarzyszowi krótkie spojrzenie.
Pies westchnął, tak jakby uznał, że nie ma argumentu mogącego przekonać człowieka do porzucenia pomysłu zamieszkania na tym odludziu.
Klocki hamulcowe nieprzyjemnie otarły się o tarcze i wydały z siebie krótki, wysoki pisk. Pies uniósł łeb, bo dobrze znany dźwięk był dla niego sygnałem, że za chwilę będzie mógł wyskoczyć z auta.
– Jesteśmy na miejscu – poinformował swojego włochatego towarzysza. – Nie dziękuj – rzucił złośliwie, otworzył drzwi i wysiadł z pojazdu. Poczuł na karku deszcz, który nadal sączył się z nisko zawieszonych ołowianych chmur. – Mordor1 – powiedział sam do siebie, a para wydobywająca się z jego ust zakłębiła się przed oczami.
Jeszcze tydzień, dwa i pogoda będzie dużo lepsza – przekonywał sam siebie, próbując sobie jakoś wszystko wytłumaczyć.
– Klawisz, wyłaź – rzucił krótką komendę.
Pies wystawił pysk przez uchylone drzwi samochodu, ale nie wykazywał entuzjazmu do tego, aby wyjść wprost w objęcia zachodniopomorskiej wiosny, wolał zostać w dobrze już nagrzanym i wygodnym wnętrzu auta.
– Wyłaź, nie marudź. Gdzie twoja psia godność?
Klawisz wyskoczył z samochodu, tak jakby chciał udowodnić, że nadal jest tym zadziornym szczeniakiem, którego człowiek przygarnął kilka lat temu.
Stali przed małym drewnianym domkiem. Srebrnoszare deski gdzieniegdzie pokryte czarną patyną mogły ostudzić zapał najznakomitszych osobowości sztuki ciesielskiej.
– Obawiam się, że wiedza z YouTube‘a, nie wystarczy, aby to ogarnąć, potrzebujemy posiłków – oznajmił swojemu psu.
Ruszył powoli w kierunku drzwi i pokonał dwa stopnie drewnianych schodów, jednak zawahał się chwilę, zanim postawił pierwszy krok na ganku i znalazł w sobie na tyle odwagi, aby stanąć na niepewnym podłożu. Zatrzymał się na kilka sekund, starając oszacować, czy deski nie poddadzą się pod jego ciężarem. Ruszył po chwili. Raz, dwa, trzy, policzył w głowie kroki, jakie musiał zrobić, aby dotrzeć do frontowych drzwi. Zatrzymał się ponownie przed nimi, aby sięgnąć do kieszeni spodni po klucz. Ku zdumieniu mężczyzny zamek poddał się bez najmniejszego oporu. Nacisnął klamkę, pchnął drzwi i z cichym skrzypnięciem otworzył na całą szerokość podwoje domku.
Przekroczył próg, zrobił jeszcze jeden krok w głąb pomieszczenia i rozpłynął się w ciemnościach.
Pies uniósł się, tylko po to, aby usiąść ponownie w tym samym miejscu, przechylił głowę i wpatrywał się w czarną otchłań, która pozostała za plecami jego przyjaciela.
1 Siedziba zła we „Władcy Pierścieni” – fikcyjna, wulkaniczna kraina w Śródziemiu stworzona przez J.R.R. Tolkiena, rządzona przez głównego antagonistę – Saurona. Kojarzona z ciemnością, zniszczeniem i armią orków.
Karimata i śpiwór – jedynie to ściągnął wczoraj ze skrzyni swojego leciwego pick-upa. Na rozładowanie reszty bagażu nie znalazł już czasu, sił ani ochoty. Teraz żałował, że nie potrafił wykrzesać z siebie poprzedniego dnia nic więcej. Chłód i wilgoć obudziły go wczesnym rankiem, poczuł dzięki temu wyraźniej skutki swoich wczorajszych zaniedbań.
Usiadł. Starał się w mroku zlokalizować paczkę papierosów, którą pozostawił w zasięgu ręki na podłodze obok swego legowiska. Po omacku natrafił na dobrze znany mu kształt, podniósł pudełko i wstrząsnął, aby się upewnić, że zapalniczka jest tam, gdzie być powinna. Zagrzechotało w środku. Otworzył paczkę, wysunął zapalniczkę na dłoń, ujął pomiędzy palce papierosa, który wysunął się wraz z zapalniczką.
Mały płomień rozświetlił na moment pomieszczenie, mężczyzna zaciągnął się, zatrzymał na chwilę dym w płucach, a następnie wydmuchał go ze świstem.
– Klawisz, wstawaj chłopaku, długi dzień przed nami. Chciałbym, żebyś kiedyś do czegoś się przydał. – Gdy tylko to powiedział, usłyszał w ciemności stuk psich pazurów o podłogę. – Mógłbyś chociaż jajka znosić – kontynuował kąśliwie.
Pies podszedł na tyle blisko, że zdołałby dotknąć nosem swojego pana.
– No, chodź tu do mnie, wiesz dobrze, że żartuję. – Podrapał psa za uszami, które wypatrzył w nikłym świetle, jakie dawał żar papierosa. – Okej, pozwól mi wstać. – Odepchnął delikatnie czworonoga i powoli, z papierosem w ustach, uniósł się do pionu, ruszył niepewnym krokiem w kierunku drzwi, namacał klamkę i pociągnął.
Ciemnoszary, mglisty poranek wcisnął się do wnętrza drewnianego domku, a stojący w progumężczyzna kolejny raz głęboko zaciągnął się papierosem i wpatrywał bezmyślnie w dal. Oprzytomniał dopiero, gdy na skraju pola widzenia dostrzegł błysk reflektorów zbliżającego się pojazdu. Natychmiast otrzeźwiał. Jego mózg zaczął pracować ze zdwojoną prędkością i analizować okoliczności, w jakich się właśnie znalazł. Po szybkim przeglądzie możliwych opcji mężczyzna wyraźnie się odprężył. Dało się słyszeć cichy pomruk zbliżającego się do domku eleganckiego SUV-a. Po chwili auto zatrzymało się przed gankiem.
Wysiadła z niego dobrze ubrana kobieta, świadoma swojej wartości, co dało się od razu wyczuć.
– Nie odbierasz telefonu – wypaliła bez wstępnych uprzejmości.
– Dopiero wstałem, a telefon został podpięty w moim samochodzie. – Mężczyzna usiłował się wytłumaczyć, w tym samym czasie jego pies wyszedł przed dom, zainteresowany porannym zamieszaniem.
– Twój? – zapytała kobieta, wskazując brodą zwierzaka.
– Tak. To mój kumpel, ma na imię Klawisz – odparł mężczyzna.
– Powiedziałabym, że jest ładny, ale oboje wiemy, że to nieprawda – oznajmiła.
– Dla mnie liczy się jego oddanie, czego na przykład tobie z całą pewnością brakuje – odparł.
– Jesteś taki sam jak ojciec. Zasady, lojalność, oddanie, to dla was zawsze było na pierwszym miejscu, a we współczesnym świecie te cechy to słabość. – Po tych słowach ruszyła energicznie w kierunku drzwi.
Mężczyzna stojący w progu cofnął się do środka ciemnego pomieszczenia, aby pozwolić przejść i nie dać się stratować rozpędzonej kobiecie. Dało się słyszeć suchy trzask włącznika oświetlenia.
– Siedziałeś tu w tych egipskich ciemnościach? – zapytała z niedowierzaniem.
Trupio blade światło telefonu komórkowego rozjaśniło pomieszczenie. Kobieta, oświetlając sobie drogę, podeszła do białej skrzynki elektrycznej zamocowanej na przeciwległej do drzwi ścianie. Otworzyła małe przezroczyste drzwiczki, za którymi ukrywał się cały rząd bezpieczników elektrycznych i… klik.
– Niech stanie się światło – powiedziała, odwracając się do faceta stojącego za jej plecami. – Oj, Tomek, Tomek – zwróciła się dobrodusznie z nutą matczynej cierpliwości – nic się nie zmieniłeś. Ciągle ten sam bezradny chłopiec, za którego zawsze wszystko robi młodsza siostra.
– Daję sobie doskonale radę bez twojej pomocy – odciął się.
– Chyba nie do końca, skoro zadzwoniłeś do mnie po trzech latach milczenia.
– Chciałem cię po prostu zobaczyć, tęskniłem – odpowiedział.
– Pewnie dlatego tak wylewnie mnie powitałeś, prawda? – Jak zawsze ostatnie słowo musiało należeć do niej.
– Dajmy już spokój tym słownym przepychankom, Katarzyno – powiedział pojednawczo. – Nie po to do ciebie dzwoniłem. Chciałem się po prostu spotkać z siostrą i pogadać, niekoniecznie o szóstej trzydzieści gdzieś na odludziu, ale skoro sobie życzysz… – uciął, a kącik ust uniósł się w charakterystycznym dla niego uśmiechu.
– Masz rację – odparła po krótkim namyśle. – Zapraszam na kawę. Po drodze widziałam Gasthaus. Jest tam mała restauracja, zapewne jak we wszystkich hotelach śniadanie od siódmej. Zjemy, wypijemy kawę, pogadamy. Kolejność dowolna. Ubierz się – rzuciła.
„Gasthaus? Na Boga! Nie ma już polskiego odpowiednika na przydrożny zajazd? Czyżby umknęła mi jakaś niemiecka aneksja”? – obruszył się w myślach i wsunął stopy w Crocsy.
– Już – poinformował siostrę.
Kobieta spojrzała na niego, uniosła wzrok ku niebu i pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Widzę, że nadal nie zawracasz sobie dupy etykietą – podsumowała.
*
– Nic nie zjadłeś – powiedziała Kasia.
– Przypadłość większości palaczy. Zazwyczaj nie jadają śniadań – odparł od niechcenia. – Lepiej powiedz, co u ciebie.
– Jakoś się kręci – odpowiedziała zdawkowo – ale niestety, kto chce prowadzić biznes w tym kraju, nie ma zbyt wiele czasu dla siebie i swoich bliskich. Dlatego właśnie o szóstej trzydzieści i dlatego właśnie tutaj, bo jestem po drodze do Wrocławia.
– Teraz rozumiem – odparł Tomek – chociaż łudziłem się przez chwilę, że to tęsknota za bratem zmusiła cię do wizyty na wschodnim brzegu Odry. Aż łezka w oku mi się zakręciła. – Po tych słowach lewy kącik jego ust powędrował do góry.
– To biznes mnie tu sprowadził, ty jesteś przy okazji. Dziadka Stasia ruskim czołgiem do Polski niestety nie przywieźli, a więc jak chcesz do czegoś tutaj dojść, to musisz zapierdalać za trzech albo wrócić już ustawiony z zagranicy. Każde z nas wybrało swoją własną drogę, nie oceniam i nie chcę wiedzieć – oznajmiła bratu.
Dzwonek zainstalowany przy drzwiach zasygnalizował, że ktoś je otworzył i przekroczył próg zajazdu.
– Dzień dobry, szefowo – rozniósł się głos dziewczyny z obsługi.
– Dzień dobry, Gabrysiu. Cześć, Kasiu. – Siostra na dźwięk swojego imienia uniosła wzrok znad kubka.
– Cześć, Olu. – Pierwszy raz tego dnia na jej twarzy zagościł niewymuszony uśmiech. Wstała od stolika, aby przywitać znajomą.
– To mój starszy brat Tomasz. Pamiętasz go? – zapytała ją.
– Oczywiście, że pamiętam, ale nie wiem, czy rozpoznałabym go na ulicy, po tylu latach – odpowiedziała kobieta.
Mężczyzna ożywił się na te słowa i zaintrygowany przebiegiem wydarzeń uniósł wzrok. Rozpoznał ten głos, czas nie miał na niego absolutnie żadnego wpływu. Wstał z krzesła o wiele szybciej, niżby chciał. Choć bardzo starał się kontrolować własne emocje, nie zdołał zapanować nad swoją reakcją.
– Dzień dobry – wydusił z siebie niepewnie.
– Dzień dobry? A cóż to za oficjalny ton? – powiedziała roześmiana dziewczyna, jednocześnie wyciągając do niego rękę na powitanie. Uniosła wzrok, spojrzała wprost w czekoladowe oczy Tomka i uśmiech zgasł na jej twarzy.
– Posiwiałeś – oznajmiła melancholijnie. – Zmarszczki poorały nawet ciebie. – Wpatrywała się chwilę swoimi szmaragdowymi oczami w twarz mężczyzny.
– Może usiądziemy – zaproponowała Katarzyna, czym przerwała tę niezręczną chwilę ciszy.
– Tak, oczywiście – odpowiedział Tomek, wskazując Oli krzesło naprzeciwko siebie.
– Nadal nieśmiały wobec kobiet? – zapytała Ola z tajemniczym wyrazem twarzy.
– Mam nadzieję, że nie uległy wobec mężczyzn – dodała złośliwie Kasia.
– Moja siostra, jak widzisz, czerpie satysfakcję z upokarzania mnie w miejscach publicznych – odciął się Tomasz, spoglądając na siostrę wzrokiem, który mógłby zamienić ją w głaz na zawsze.
– To twój przybytek? – dociekała Katarzyna, rozglądając się.
– Nie ma o czym mówić. – Kobieta machnęła ręką.
– Mimo wszystko – odrzekła Katarzyna – jestem pod wrażeniem.
– W tak małym miasteczku nie ma wielu możliwości, człowiek bierze, co jest, aby utrzymać siebie i dziecko – argumentowała Ola.
– Mój brat postanowił zamieszkać w tym miasteczku, no, może nie w samym miasteczku, ale w domku dziadków, po drugiej stronie jeziora – klarowała Kasia. – Postanowił przejść na wcześniejszą emeryturę, bo podobno nic więcej nie jest mu do życia potrzebne, tylko święty spokój, który zapragnął odnaleźć właśnie tutaj, z dala od zgiełku dużego miasta.
– Oho, proszę! – wykrzyknęła niemalże zdumiona Ola. – Mam nadzieję, że będziemy się teraz częściej widywać. Jesteś tutaj zawsze miłym gościem.
– Dziękuję – odparł. – Nie omieszkam skorzystać z zaproszenia. – Wykrzywił usta w subtelnym uśmiechu.
– Musimy już jechać, wybacz, proszę – zwróciła się do Oli. – Przede mną jeszcze kawałek drogi.
– Rozumiem, ja też muszę zająć się swoją robotą – odpowiedziała właścicielka zajazdu.
– A ja zostawiłem psa w domu – wtrącił mężczyzna, rozkładając bezradnie ręce.
Pożegnali się uściskiem dłoni.
– Ruszamy – zakomenderowała Kasia, a jej brat posłusznie poszedł za nią.
Zanim dotarł do wyjścia, starał się jeszcze raz złapać chociażby odbicie Oli w szklanych drzwiach wejściowych, co mu się udało. Następnie wsiedli do auta, lecz Katarzyna zwlekała z uruchomieniem silnika.
– Co jest? – zapytał niepewnie Tomek, licząc na to, że siostra wyjaśni mu, dlaczego nie ruszyła.
– Jajco, kurwa! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Widziałam, jak na siebie patrzycie. I to: „nie omieszkam”… Ja pierdolę, człowieku, ona przeżyła piekło, daj jej spokój, proszę cię.
– Nie wiem, na jakiej podstawie doszłaś do wniosku, że mam jakiekolwiek plany wobec tej kobiety – obruszył się mężczyzna.
– Uwłaczasz mojej inteligencji, braciszku. Pożeraliście się wzrokiem, tak że dobrze wiem, jakie są twoje „plany”.
Zamilkli. Kasia uruchomiła silnik, wyjechała z parkingu i ruszyła drogą prowadzącą nad jezioro. Jechali chwilę w milczeniu, gdy Tomek zapytał:
– Jakie piekło?
– Co: „jakie piekło”? – odparła Kasia, podenerwowana nieprecyzyjnym pytaniem swojego brata.
– Jakie piekło przeżyła? – poprawił się.
– Jej były mąż znęcał się nad nią i dzieckiem. Przemoc fizyczna, ekonomiczna i wszelkie inne formy przemocy, jakie tylko mogą się zrodzić w głowie socjopaty. Facet był w tej dziedzinie mistrzem. Gdyby istniała taka dyscyplina sportu, mógłby z powodzeniem reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej.
– A więc takie piekło – westchnął.
– Zawiedziony? – zapytała sarkastycznie.
Tomek nie odezwał się już ani słowem do końca krótkiej podróży. A kiedy dotarli do małego drewnianego domku, Katarzyna wyłączyła silnik.
– Starałam się utrzymać ten dom w jako takiej kondycji. Nie oczekuję za to niczego w zamian. Dom nadaje się do zamieszkania, ale trzeba odświeżyć kilka jego elementów. Przede wszystkim elewację.
Przechyliła się w prawo, opierając łokieć o kolano Tomka, otworzyła schowek i wyciągnęła z niego mały notesik, po czym wyrwała z niego kartkę:
– To są namiary na pana Waldemara. On za drobną opłatą zajmował się domkiem: naprawy, konserwacje i temu podobne pierdoły. Skontaktuj się z nim. Dostaniesz od niego komplet kluczy i garść bezcennych informacji – wyjaśniła bratu, wręczając mu kawałek zapisanego papieru. – Nie zgub tego – dorzuciła.
– Nie zgubię – starał się uspokoić siostrę.
– Pan Waldek nie lubi, jak się do niego mówi Voldemort – powiedziała Kasia z udawanym zdziwieniem.
– Nie wiem, co począć teraz z tą wiedzą – odpowiedział mężczyzna, otwierając drzwi auta.
– Ach, jeszcze jedno… – spojrzała na Tomka, który zastygł na chwilę w oczekiwaniu na ciąg dalszy – …kocham cię, braciszku.
Kiwnął jedynie głową i wysiadł z auta, po czym ruszył w kierunku domu, nie oglądając się za siebie.
Kiedy zaparkował przed domem, ze środka dało się słyszeć ujadanie psa.
– Jestem, uspokój się – oznajmił przez drzwi.
Pies, ukojony głosem pana, zamilkł, a ciszę zakłócał jedynie pomruk silnika oddalającego się auta.
*
Słońce było nad horyzontem i choć gęsta mgła skutecznie ograniczała widoczność tarczy słonecznej, światła wewnątrz domu było wystarczająco dużo, aby bez przeszkód oraz niepotrzebnego ryzyka poruszać się po nielicznych pomieszczeniach. Jednak nowy właściciel uznał, że lepiej będzie skorzystać z dorobku cywilizacji przy przenoszeniu skromnego dobytku z auta do domu, Dlatego włączył światła we wszystkich pomieszczeniach.
W rzeczy samej można tutaj mieszkać w ludzkich warunkach – ocenił w myślach, rozglądając się po izbie.
Po przeniesieniu rzeczy ze skrzyni samochodu, zaczął przeszukiwać kuchenne szafki, co nie trwało długo. Po znalezieniu naczyń, wyciągnął miskę i mały talerzyk deserowy, postawił cenne artefakty na blat i wyszedł przed dom. Wrócił po chwili i zamknął drzwi za sobą, w jednej ręce trzymając puszkę psiego jedzenia, w drugiej paczkę papierosów.
– Śniadanie – oznajmił, unosząc obie ręce w triumfalnym geście. – Każdemu według jego potrzeb – dodał.
Podszedł do blatu, na którym pozostawił miskę i talerzyk, jednym sprawnym ruchem otworzył puszkę, przechylił i cała zawartość chlupnęła do miski. Postawił ją wraz z zawartością na podłodze, wziął do ręki talerzyk deserowy i udał się do małego stolika umieszczonego pod oknem, wybrał jedno z dwóch krzeseł wsuniętych pod blat, usiadł, otworzył nową paczkę papierosów, zapalniczka trzasnęła i Tomasz głośno wciągnął tytoniowy dym.
– Klawisz, kiedy ty zrobisz mi śniadanie, chłopaku? – zapytał, wypuszczając dym.
Pies zignorował zaczepki, nawet nie spojrzał na swojego pana, zajęty pochłanianiem swojego przysmaku.
Mężczyzna wyjrzał przez okno zamyślony, widziany przez podwójną szybę sad wyglądał w rzednącej mgle majestatycznie. Gdzieś tam za bezlistnymi jeszcze drzewami można było dostrzec majaczącą we mgle taflę jeziora.
Wiele pracy przede mną – pomyślał. – Ale to dobrze, niczego innego nie planuję, mam na to czas, aż do kresu swojego życia – nawiązał do swojej poprzedniej myśli.
Podniósł się nagle od stołu, zaczął przetrząsać swoje rzeczy porozrzucane w nieładzie po całym salonie. Wreszcie znalazł to, czego szukał: telefon i ładowarkę do tegoż telefonu, małe notesiki i długopis. Usiadł ponownie przy stole, rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś źródła zasilania i podłączył kompletnie rozładowany telefon. Wziął do ręki notes i długopis, rozsiadł się wygodnie na krześle, wyciągając nogi z zamiarem „popełnienia listy” zakupów, rzeczy potrzebnych do podstawowych prac w domu i ogrodzie.
Zamyślił się na chwilę, uniósł wzrok, spojrzał w sufit i głośno wypuścił z siebie powietrze.
– Kurwa – syknął.
Nie mam nawet bladego pojęcia, co umieścić na tej jebanej liście, a tym bardziej, jak tego użyć – tym razem jedynie pomyślał. Zrezygnowany rzucił notesik i długopis na stół. Stanowię kompendium wiedzy bezużytecznej, tak naprawdę to ja nie potrafię nic pożytecznego – surowo ocenił poziom wiedzy na temat zwyczajnego życia. Wsunął dłonie do kieszeni spodni, spojrzał apatycznie na swoje zniszczone Crocsy.
Mam nadzieję, że nie zwróciła na nie uwagi – uśmiechnął się, gdy pomyślał o kawie w zajeździe.
Prawie się nie zmieniła. Burza rudych włosów, ten sam uśmiech, piegi trochę bledsze niż te, które zapamiętał, i tylko w tych zielonych oczach zaszły jakieś zmiany. Nie dostrzegł już w nich tego żaru, tego, który tak go hipnotyzował, gdy miał kilkanaście lat.
Słodki Jezu, tak mnie onieśmielała, że choć bardzo chciałem, nie mogłem zdobyć się na odwagę, żeby zagaić rozmowę – dźwięk telefonu wyrwał go ze świata wspomnień.
– Klawisz, mamy łączność z bazą – zażartował.
Wcisnął PIN na klawiaturze i gdy urządzenie zalogowało się do sieci, pojawiła się cała choinka powiadomień. Przejrzał powierzchownie wszystkie wiadomości.
Nic niepokojącego – odetchnął z ulgą.
Ostatnia odebrana wiadomość głosowa od „Katarzyna”. Otworzył ją i odsłuchał:
W drodze powrotnej wpadnę do ciebie, spotkamy się jeszcze raz. Zorganizuj mi jakiś nocleg w domu, bo wolałabym spać w śmietniku niż w hotelu przy starym dworcu. Musimy załatwić sprawy administracyjne i techniczne, to może potrwać, ale nie ma tego złego… Napijemy się, pogadamy, in vino veritas2. Może dowiemy się czegoś więcej o sobie, będziesz miał okazję odbudować relacje rodzinne, w sumie mój syn i ja jesteśmy ostatnimi znanymi mi członkami twojej rodziny. I nie stękaj po odsłuchaniu wiadomości tym swoim „Ja pierdolę”. Aha, rozpal w piecach, bo jest zimno i wilgotno.
– Ja pierdolę – jęknął mężczyzna.
Wrócił myślami do domu i ogrodu, sięgnął ręką do kieszeni, z której wydobył kartkę z numerem telefonu do Voldemorta. Wystukał numer na ekranie, przyłożył do ucha. Sięgał już po papierosa, gdy usłyszał w słuchawce szorstkie zawołanie:
– Słucham!
– Dzień dobry, dostałem pański numer od siostry, Katarzyny Hanke. – Odpowiedziała cisza. – Halo! Jest pan tam? – zapytał niepewnie Tomasz.
– Jestem, jestem. Słucham, po co pan dzwoni? Chyba nie po to, żeby powiedzieć mi, że ma pan mój numer telefonu od pani Kasi – rzucił opryskliwie do słuchawki pan Waldemar.
Nic nie działało na Tomka tak, jak niczym niesprowokowane chamstwo. Zawsze przesadnie reagował na takie zachowanie, dlatego teraz musiał się wysilić, żeby nie obrzucić swojego rozmówcy inwektywami. Wziął głębszy oddech, odchrząknął i kontynuował łagodnym tonem
– Podobno jest pan w posiadaniu kluczy i tajemnej wiedzy dotyczącej domku moich dziadków – spróbował żartem rozładować zagęszczoną przez Voldemorta atmosferę.
– Będę jutro o dziewiątej, dzisiaj jestem skacowany i chcę pierdolnąć kilka browarów – wyznał szczerze. – Muszę „przycieniować”, jak to się mówi. Ustawię sobie przypomnienie w telefonie, jeśli to pana uspokoi – zarechotał do słuchawki.
– To pańska sprawa, panie Waldemarze – odpowiedział zgodnie z prawdą Tomek.
Voldemort rozłączył się bez pożegnania. Tomek odsunął telefon od siebie na odległość wyciągniętej ręki, zmrużył oczy i spojrzał z niedowierzaniem na ekran swojego iPhone’a.
– Spragniony – rzucił kąśliwie.
2 W winie prawda (łac.)
Obudziło go drapanie do drzwi. To Klawisz dawał do zrozumienia, że nadeszła pora na poranny spacer. Tomek wywlókł się ze śpiwora. Choć tę noc spędził całkiem przyzwoicie, na rozkładanej kanapie, to jednak nadal czuł w kościach poprzednią noc, gdyż tylko cienka karimata oddzielała go od twardej drewnianej podłogi.
Starzeję się – pomyślał jak zawsze w podobnych okolicznościach.
Wypuścił psa, usiadł przy stole, zapalił papierosa i zatopił się we wspomnieniach. Uśmiechnął się ironicznie do własnych myśli. Dopalił i rozgniótł niedopałek na talerzyku deserowym, który służył mu od wczoraj jako popielnica. Usłyszał szczeknięcie za drzwiami, wstał, otworzył drzwi, aby wpuścić swojego czworonożnego towarzysza.
– Wezmę prysznic i jedziemy na kawę – poinformował psa.
Poddał się po kilku nieudanych próbach uruchomienia elektrycznego podgrzewacza wody. Uznał w końcu, że tajemna wiedza o tym, jak uruchomić urządzenie, dostępna jest jedynie wybrańcom, jakiemuś specjaliście o czystym sercu, a pan Waldemar vel Voldemort na pewno spełniał wszystkie te kryteria i rzeczoną wiedzę posiadł.
Chatka na skraju lasu nie słyszała jeszcze tylu wulgarnych słów naraz, ile padło dziś z ust mężczyzny podczas kąpieli w lodowatej wodzie. Wyskoczył spod prysznica, gdyż nie miał zamiaru stać pod zimnym strumieniem dłużej, niż to było konieczne. Kiedy się rozejrzał i w jego polu widzenia nie znalazł się żaden ręcznik, złapał swój bawełniany podkoszulek i zaczął się nim energicznie wycierać.
A więc tak to działa, zimny prysznic rozbudził we mnie kreatywność – żart wprawił go w lepszy nastrój.
Spojrzał w lustro zawieszone nad zlewem. Przyjrzał się swojej twarzy, blizny na niej były ledwie widoczne, dwie białe cienkie nitki na czole i policzku. Za to na lewym ramieniu widniała długa i czerwona szrama, twarda, wypukła zmiana na skórze. Obie blizny, ta na twarzy i ta na ramieniu, były pamiątką po wypadku, jaki przeżył. A kilka ładnych minut spędził przecież po „drugiej stronie rzeki”. I prawdę powiedziawszy, bardzo mu się podobało po tamtej stronie.
Już było po wszystkim – trudno policzyć, który to już raz zaczął analizować wydarzenia tamtego dnia – żadnych problemów, zaległych rachunków, zobowiązań… A tu zjawia się dwóch przypadkowych policjantów i wpierdalają człowieka ponownie w to szambo, jakim jest życie – ciągnął swoje przemyślenia, stojąc przed lustrem. O, ironio losu, gdyby ci policjanci wiedzieli, o czyje życie tak dzielnie walczą – na tę myśl uśmiechnął się do swojego odbicia.
Zimny prysznic ożywił go wyraźnie. Włożył ubranie stosowne do panujących na zewnątrz warunków.
– Jedziemy, zjesz później – oznajmił Klawiszowi i ruszyli w drogę.
*
– Dzień dobry – powiedział, gdy tylko dzwonek u drzwi wejściowych w zajeździe obwieścił jego przybycie, ale odpowiedziała cisza. – Dzień dobry – powtórzył tym razem trochę głośniej.
W drzwiach pokazała się dziewczyna.
– Dzień dobry i przepraszam, że musiał pan czekać. Mogę w czymś pomóc? – zapytała.
Mężczyzna przez chwilę stał jak zahipnotyzowany.
– Halo. – Dziewczyna przypomniała klientowi o swoim istnieniu.
– Przepraszam – odpowiedział po chwili zawahania – można z psem?
– Oczywiście – odparła. – Może wody dla pieska? – zaproponowała.
– Byłoby miło, a więc dla Klawisza woda, a dla mnie czarna kawa – odpowiedział, nie przestając wpatrywać się w dziewczynę.
– Klawisz, ciekawe imię dla psa. Gra na fortepianie?
– Niestety – zaprzeczył Tomasz – po prostu lubi rozmawiać z ludźmi przez drzwi, stąd to imię. Ile pani sobie życzy za kawę?
– Dziewięć pięćdziesiąt – odpowiedziała dziewczyna i nagle głośno się roześmiała.
Znał skądś ten śmiech.
– Przepraszam pana – wykrztusiła zawstydzona. – Nie od razu zrozumiałam żart.
Tomek zapłacił, młynek zaszumiał i w całym pomieszczeniu rozszedł się intensywny aromat kawy. Wziął swój napój, a idąc do stolika, jeszcze raz usłyszał perlisty śmiech dziewczyny. Odstawił filiżankę na stolik, wydał komendę „zostań” i już sam, bez swojego nieodłącznego towarzysza, wrócił do kasy.
– Przepraszam – zagadnął dziewczynę, która porządkowała puszki z napojami na półkach.
– Tak? Słucham. – Oderwała się od swojego zajęcia.
– Czy pani Aleksandra Michalak jest dzisiaj w pracy? – zapytał, wyraźnie skrępowany.
– Nikt taki tu nie pracuje – odpowiedziała z pełnym przekonaniem młoda dama.
– Ale… – i tylko na tyle było go stać – …przepraszam. – Odwrócił się i już chciał odejść.
– Aleksandra Kaczmarek, nadal nosi nazwisko po byłym mężu.
– Ach, teraz rozumiem. – Uśmiechnął się prawie niezauważalnie.
– Mama powinna niebawem wrócić, pojechała załatwić jakieś sprawy w mieście, ja ją chwilowo zastępuję – dokończyła.
– Dziękuję – odparł i wrócił do stolika.
Normalnie jakbym wysiadł z wehikułu czasu – starał się wytłumaczyć przed sobą samym konsternację, jaką wywoływał w nim widok dziewczyny. Jest bardzo podobna do Oli i ten jej śmiech… – stuknięcie blaszanej miski o podłogę otrzeźwiło mężczyznę.
– Woda dla Klawisza – powiedziała kopia Oli.
– Dziękuję w imieniu tego drobnego rzezimieszka – dodał, dobrotliwie spoglądając na psa.
Dziewczyna uśmiechnęła się i wróciła do swoich zajęć.
Tomasz nie zdążył ponownie zatopić się we wspomnieniach sprzed lat, gdy poczuł drganie komórki w kieszeni. Z niemałym wysiłkiem wydobył z niej telefon i spojrzał na ekran. „Voldemort” informował wyświetlacz.
– Kurwa – wyszeptał i przesunął słuchawkę w prawo, aby połączyć się z panem Waldemarem.
– Nooo, kurwa, panie! – usłyszał w aparacie.
– Nie miaucz, kurwa, będę za dziesięć minut – warknął do słuchawki, bo uznał, że już dość tych poufałości.
Voldemort nie miał nawet okazji, żeby odpowiedzieć na impertynencję swojego rozmówcy.
Tomek wstał, pociągnął solidny łyk kawy, rzucił krótkie „idziemy” do psa i ruszyli w kierunku drzwi. Jednak zatrzymał się w połowie drogi, odwrócił się wolno, tak jakby miało mu to dać więcej czasu na zastanowienie, i zwrócił się do dziewczyny stojącej za kontuarem:
– Czy mogłaby pani przekazać Oli, to znaczy mamie – poprawił się natychmiast – że… – Tutaj urwał, zastanawiając się, co powiedzieć, aby nie przekroczyć granic dobrego smaku.
– Oczywiście, że powiem – przerwała dziewczyna, skracając męczarnie mężczyzny.
– Dziękuję. – Odetchnął. – Nazywam się…
– Wiem, kim pan jest, panie Tomaszu, to małe miasteczko, wszyscy już wiedzą – przypomniała.
– No tak. – Zakłopotany spuścił wzrok. – Do widzenia – rzucił na koniec i wyszedł.
*
Kilkanaście minut później auto Tomka zatrzymało się przed drewnianym domem. Waldek, siedzący na tarasie w oczekiwaniu na przyjazd właściciela, zdążył wypalić już kilka papierosów, dlatego bez najmniejszego żalu pozbył się teraz filtra, z którego zwisał szary pazur popiołu.
– Witam prezesa – wypalił Waldemar.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Mamo! Twój kawaler podjechał przed dom. – Maja prowokacyjnie krzyknęła do Oli, która od kilkunastu minut okupowała łazienkę.
– Dlaczego nie wchodzi? Cholera, co za cielak. Wyjdź i poproś, żeby wszedł – zwróciła się do córki.
– Zachowujecie się jak dzieci – odparła dziewczyna.
– Oj, idź! – ponagliła ją zniecierpliwiona matka.
Maja włożyła buty i niechętnie wyszła, aby zaprosić gościa do domu. Po chwili wróciła, trzasnęła drzwiami wejściowymi, oparła się o nie plecami i zakryła usta dłonią.
Ola, zaalarmowana hałasem, wychyliła głowę z łazienki.
– Co się stało? – zapytała zaniepokojona.
Maja odsłoniła usta, uniosła brwi i powiedziała:
– Matka! Ja pierdolę! – wypaliła bez ogródek.
– Uważaj, co mówisz, moja panno – skarciła ją zupełnie poważnie Ola.
– Idzie tutaj! – aż pisnęła podekscytowana.
– Chyba po to poszłaś, aby go zaprosić, nie rozumiem twojej ekscytacji – obruszyła się matka.
– Peaky Blinders! – powiedziała, gdy w tym samym czasie rozległo się pukanie do drzwi.
– Co? – Aleksandra kompletnie nie wiedziała, o co chodzi nastolatce.
– Sama zobaczysz – wysyczała i otworzyła drzwi.
Ola wyszła do salonu, aby przywitać gościa, i skamieniała. Jej falujące nozdrza były jedyną oznaką życia. W drzwiach stał dobrze zbudowany, wysoki, elegancki facet. Ubrany w trzyczęściowy, szyty na miarę garnitur z tweedu, elegancki wełniany płaszcz, w dłoni trzymał kaszkiet. Wszystko w stonowanych kolorach. Przyprószone siwizną skronie, kilka zmarszczek i blizn na surowej twarzy, których wcześniej nie dostrzegła. Wszystko to wywarło olbrzymie wrażenie na obu kobietach.
– Dzień dobry – odezwał się pierwszy.
– Ach – oprzytomniała Ola – dzień dobry.
– Dzień dobry – powiedziała Maja i szeroko się uśmiechnęła. – Nie poznałam pana, panie Tomaszu – dorzuciła.
Nic nie odpowiedział, spojrzał jedynie na swoje wyczyszczone na wysoki połysk buty i się uśmiechnął.
– Za chwilę będę gotowa, włożę tylko buty – powiedziała i zanim zniknęła w łazience, rzuciła mu jeszcze jedno krótkie spojrzenie.
– Nie spiesz się – starał się uspokoić Aleksandrę.
Tak jak zapowiedziała, wyszła po chwili, wyciągnęła z szafy płaszcz, przewiesiła go przez ramię.
– Możemy jechać – oznajmiła Ola.
– Wyglądasz olśniewająco.
– Dziękuję – odpowiedziała. – Jedźmy już.
– Oczywiście.
Gdy wyszli, Maja stała jeszcze przez jakiś czas przy drzwiach, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą zobaczyła.
*
Kelner powitał ich zaraz po wejściu do restauracji.
– Znajdzie się miejsce dla dwóch osób? – zapytał Tomasz.
– Oczywiście, już prowadzę państwa do stolika – odrzekł kelner. – Za chwilę ktoś do państwa podejdzie – oznajmił i gestem przywołał kolegę.
Restauracja miała formę dużego, przeszklonego kontenera postawionego na brzegu rzeki, wszystkie stoliki ustawione były właśnie od strony wody. Zapierający dech w piersiach widok. Wreszcie słońce rozgoniło mgłę, nawet najmniejszy podmuch wiatru nie zaburzał powierzchni wody. Rzeka majestatycznie sunęła na północ, ku morzu. Na drugim brzegu w lustrzanej tafli przeglądały się odnowione kamienice starego miasta.
– Czym się zajmowałeś, gdy cię nie było? – zagadnęła nagle, przerywając niezręczne milczenie.
– Naprawdę cię to interesuje? – zapytał zaskoczony.
– Tak, interesuje – odparła.
– Nooo dobrze, skoro tak, hmm… Zajmowałem się przede wszystkim logistyką i transportem – wyjaśnił pobieżnie. Wyraźnie nie chciał brnąć dalej.
– I można na tym zarobić tyle, żeby w wieku czterdziestu lat przejść na emeryturę i ukryć się przed światem na głębokiej prowincji? – sondowała nieśmiało swojego rozmówcę.
– Jak widzisz, można – uciął. – A co z tobą się działo przez te lata? – zapytał, aby zmienić temat.
– Widziałeś, mam córkę, z której jestem bardzo dumna. Pracuję, jakoś dajemy radę. Maja w tym roku pisze maturę, po maturze wyjedzie na studia i zostanę sama. Nie potrafię sobie tego jeszcze wyobrazić, staram się w ogóle nie myśleć o tym. Przez ostatnie osiemnaście lat wszystko kręciło się wokół dziecka… – zastanowiła się przez chwilę, po czym pociągnęła dalej myśl – …ale dam radę. Jak nie ja, to kto? – zapytała samą siebie, nie oczekując odpowiedzi. – Kilka lat temu uwolniłam się od męża socjopaty. Trochę bólu, upokorzeń, plotek krążących po miasteczku, taka była cena naszej wolności. Wolności Mai i mojej. Ale wierz mi, warto było.
Mężczyzna dostrzegł echa tamtych dni w jej smutnych zielonych oczach.
*
Obiad był pierwszorzędny, ale oni ciągle byli głodni. Głodni siebie. Czas przesypywał im się jak piach przez palce i sprawiali wrażenie, jakby nie mogli się nasycić swoim towarzystwem. Słońce zatonęło tuż przy katedralnej wieży, a miasto rozbłysło milionem kolorowych świateł.
– Pójdziemy na spacer? – zapytał nagle Tomek.
– Z przyjemnością. – Nie potrafiła ukryć entuzjazmu.
Przywołał subtelnym ruchem ręki kelnera.
– W czym mogę pomóc? – zapytał.
– Rachunek – poprosił Hanke.
– Kartą czy gotówką? – zapytał kelner.
– Gotówką.
Kelner rozpłynął się bez zbędnych pytań, a potem wrócił z butelką wina i oznajmił pompatycznie:
– Państwa rachunek został uregulowany przez właściciela restauracji. Szef przysyła również butelkę wina i pyta, czy może się do państwa dosiąść na krótką pogawędkę.
Ola uniosła brwi i uśmiechnęła się trochę łobuzersko.
– Kto jest właścicielem tego przybytku, jeśli to nie tajemnica? – zapytał zaskoczony Tomasz.
– Pan Najder – odpowiedział kelner.
– Norbert Najder? – upewnił się zdumiony mężczyzna.
– Tak – potwierdził uprzejmie.
– Ten Norbert Najder? – Tomasz nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
– Ten, który się państwu kłania z drzwi pomieszczenia służbowego – powiedział, wskazując kierunek wzrokiem.
– Poproś – rzucił szorstko.
– Nooo! A któż to zaszczycił swoją wizytą moją skromną restaurację? – wykrzykiwał właściciel, podchodząc do stolika. – Polski Jung! – Obnażył zęby w szyderczym uśmiechu.
Tomasz uśmiechnął się kwaśno, wskazał ręką miejsce przy stole, ale Najder podszedł do Oli, której przedstawił się z wielką galanterią, a na końcu uścisnął rękę Tomka i usiadł na wskazanym miejscu.
– Tomku, widzę, że nadal lubisz otaczać się pięknymi kobietami. – Uśmiechnął się zjadliwie po tych słowach i rzucił Oli przeciągłe spojrzenie, taksując zdobycz swojego starego znajomego.
Tomasz spojrzał na niego z taką nienawiścią, że Najder zamilkł natychmiast. Milczenie Norberta jednak nie trwało długo. Spojrzał ponownie na towarzyszkę Tomasza i powiedział:
– Rozumiem… – Zaczął się głośno śmiać. – A więc to tak! – Jego śmiech odbijał się echem po restauracji. – Znalazłeś wreszcie swoją Małgorzatę.
– Dość! – warknął Tomek.
– Ośmieliłem się niepokoić, bo mam wiadomość dla ciebie. Stary Frank będzie w mieście i jestem pewien, że zechce się z tobą spotkać – oznajmił Tomkowi.
– Jeśli będzie chciał, to nie jestem w stanie tego uniknąć – stwierdził chłodno.
– Stary wiele ci zawdzięcza, a za to, co zrobiłeś dla niego w Walvis, masz jego dozgonną wdzięczność.
– To nie jest odpowiednie miejsce na rozmowy biznesowe – uciął Tomek. – Olu, idziemy? – zapytał towarzyszącą mu kobietę.
– Tak, chodźmy już. – Wstała od stołu. – Było mi bardzo miło pana poznać – zwróciła się do Norberta.
– Nie potrafię wyrazić słowami, jak wielką radość sprawiła mi pani swoją wizytą w mojej skromnej restauracji. Zapraszam ponownie. – Kolejny wybuch śmiechu zagrzmiał w lokalu.
Podali sobie ręce na pożegnanie. Ola ruszyła do wyjścia, a w odbiciu szyby zobaczyła jeszcze, jak Norbert Najder pochylił się i szepnął coś do ucha Tomka, na co ten kiwnął subtelnie głową i ruszył za Olą do drzwi.
*
Szli powoli bulwarem, niezręczna cisza zawisła między nimi. Po chwilach euforii, jaka towarzyszyła im podczas obiadu, teraz milczeli. Pierwsza milczenie postanowiła przerwać Ola.
– Długo się znacie? Pytam, bo odniosłam wrażenie, że bardzo długo – starała się jakoś rozładować atmosferę.
– Piętnaście lat – odparł i wyciągnął papierosy z kieszeni płaszcza, ale schował je ponownie po krótkim zastanowieniu.
– Pracowaliście razem? – drążyła temat.
– Tak – przyznał jakby niechętnie.
– Nie chcesz o tym rozmawiać, prawda? – Spojrzała na niego.
– Stare czasy, nie ma o czym mówić, jestem już na emeryturze – prychnął.
– Dobrze wam się wiodło w tej waszej firmie: ty już na emeryturze, Norbert zarobił na luksusową restaurację – zakpiła. – Małgorzata? Ta z powieści Bułhakowa? – chciała wiedzieć.
– Ta sama. Z każdą kobietą, z którą byłem w swoim życiu, byłem tylko dlatego, że odnajdowałem w niej cząstkę ciebie. – Po tych słowach zamilkł i szli dalej, nic do siebie nie mówiąc.
Tym razem Tomek przerwał milczenie.
– Niepotrzebnie to powiedziałem, ale trudno – dodał. – Będę musiał jakoś z tym żyć – podsumował gorzko. – Chcesz już wracać? – zapytał, nie mogąc znieść tego milczenia.
– Nie – odpowiedziała i zatrzymała się nagle.
Milczała przez pewien czas, jakby się zastanawiała nad czymś ważnym.
– Zakładam, że to nie o Carlu Jungu4 wspominał Norbert? – zapytała retorycznie.
– Nie mam pojęcia, o czym ten człowiek bredzi – odparł.
– Wydawał się sympatyczny – podsumowała rozmowę z Najderem Ola.
Tomek spojrzał na nią poważnie.
– Uwierz mi na słowo, że tak nie jest. Spotkanie z tym człowiekiem wróży poważne problemy.
– Jedźmy już, nie dla niego tutaj przyjechaliśmy – zakomunikowała.
– Przepraszam, zagęściłem atmosferę – próbował się usprawiedliwić.
– Nic się nie stało, naprawdę, to był jeden z najmilszych dni w ciągu ostatnich lat.
– Naprawdę? – zapytał z lekkim niedowierzaniem.
– Tak. – Uśmiechnęła się, zakłopotana tym wyznaniem.
Stanął naprzeciw Oli, ujął delikatnie jej ramiona i pochylił się, chcąc ją pocałować, lecz ta wyśliznęła się ze słabego uścisku, obróciła wokół własnej osi i spojrzała na Tomka. Iskry, które przygasły w jej oczach wieki temu, teraz rozpaliły się ze zdwojoną mocą. Tomasz mógłby przysiąc, że przez ułamek sekundy cała jej postać błysnęła złotą aurą.
Goldberry5 – pomyślał oczarowany.
– Drogi panie, jeszcze na to za wcześnie! – powiedziała z udawanym oburzeniem. – Jedźmy już – zaproponowała i wsunęła mu rękę pod ramię.
Nie spiesząc się, dotarli do zaparkowanego nieopodal mostu auta.
Jechali w ciszy, analizując wydarzenia dzisiejszego dnia.
*
Niebieski pick-up zatrzymał się przed domem Kaczmarków.
– Dziękuję, bardzo miło spędziłam z tobą dzisiejsze popołudnie – stwierdziła.
– Istnieje szansa, żebyśmy to powtórzyli? Na przykład za tydzień? – zapytał nieśmiało. – Oczywiście zjemy w innym miejscu.
– Już myślałam, że nigdy o to nie zapytasz – odpowiedziała szczerze. – A więc do następnego razu.
– Dam ci swój numer telefonu, tak na wszelki wypadek – powiedział, zanim Ola wysiadła z auta.
Zgodziła się, wpisała numer do swojej komórki i natychmiast go wybrała. Telefon Tomka zaczął wibrować.
– Masz teraz mój numer – wyjaśniła. – Dziękuję, a więc do następnego razu. Jesteś bardzo interesującym rozmówcą – dodała.
– Chciałem jeszcze o coś zapytać…
– Nie – odpowiedziała, nie dając dokończyć Tomkowi, na co on zamilkł natychmiast. – Nie możesz mnie pocałować – zachichotała i wysiadła z samochodu. – Ach, tak na marginesie. Oglądałam film Blow i wiem, kim był George Jung6, panie „logistyka i transport”. – Znów się zaśmiała srebrzyście, a kosmyk ognistorudych włosów wysunął się ze spinki i opadł jej na twarz. Nadęła policzki i dmuchnęła, aby zrzucić niesforny kosmyk z twarzy.
Tak właśnie wróciła Ola sprzed lat. Ta z ogniem w zielonych oczach, zawadiacką miną, drocząca się z nim i szukająca zaczepki. Ona. Prawdziwy powód jego powrotu w te strony.
4 Carl Gustav Jung – szwajcarski psychiatra, psycholog, naukowiec, artysta malarz.
5Goldberry (rzeczna córka) – enigmatyczna postać z legendarium J.R.R. Tolkiena, żona Toma Bombadila zamieszkująca Stary Las.
6 George Jacob Jung, pseud. Boston George – amerykański przemytnik narkotyków, członek kartelu z Medellín, jeden z pionierów hurtowego handlu narkotykowego.
Gdy zatrzymał się przed domem i wyłączył silnik, usłyszał Klawisza ujadającego za drzwiami domku.
– Wiem, wiem! – krzyknął z daleka, zanim podszedł do drzwi. – Zamarudziłem trochę – mruknął, ale wymówki, absolutnie nie uspokoiły jego czworonożnego przyjaciela.
Dopiero gdy otworzył drzwi, pies wyskoczył na zewnątrz i zamilkł. Pobiegł w krzaki załatwić sprawy, które już od pewnego czasu nie dawały mu spokoju.
Mężczyzna wszedł, zamknął za sobą drzwi i nie zapalając światła, zaczął ściągać z siebie ubranie. Rozrzucał je bez ładu i składu. Z całej starannie dobranej na dzisiejsze spotkanie garderoby pozostał jedynie w spodniach. Usiadł przy stole na swoim ulubionym krześle i zapalił wreszcie papierosa. Tak długo się przed tym powstrzymywał, że przy pierwszym zaciągnięciu się dymem tytoniowym poczuł lekkie drżenie mięśni. Pies zaczął drapać w drzwi od zewnątrz, więc mężczyzna odłożył papierosa na talerzyk deserowy, wstał, po omacku znalazł drzwi i wpuścił pupila. Wrócił do papierosa pozostawionego na stole.
Nie zapalał światła z obawy przed tym, że mógłby przez to rozproszyć jej obraz w swojej wyobraźni. Nie mógł przestać o niej myśleć. Nie dawał sobie rady z dręczącymi go myślami.
Dokończył fajkę, oparł czoło o blat stołu i zastygł na granicy snu i jawy w tej właśnie pozycji.
*
Ola starała się zachowywać jak najciszej, kiedy weszła do domu. Oparła się plecami o drzwi wejściowe, chciała przez chwilę pomyśleć o tym, co się wydarzyło dzisiejszego popołudnia. Niestety nie dane jej było zostać sam na sam ze swoimi rozważaniami. Rozbłysło światło w przedpokoju.
– Co tak stoisz po ciemku? Jak było? Nie zaprosiłaś go na herbatę? – Maja zasypała matkę pytaniami.
Ola minęła córkę bez słowa.
– Gdzie idziesz? Dlaczego nic nie mówisz? Mamo?? Powiedz coś – dręczyła ją dalej.
Olka zamknęła się w łazience, włożyła biały bawełniany podkoszulek i czarne leginsy, które podkreślały jej nienaganną sylwetkę. Po dłuższej chwili wyszła, licząc na to, że Maja już się poddała i wróciła do swojego pokoju. Na próżno.
– Przeżywałam wasze spotkanie bardziej od ciebie, chyba zasługuję na krótki raport z randki dziesięciolecia – oznajmiła z pretensją w głosie.
– Daj mi spokój – usłyszała od matki.
– Aż tak źle?
– Kurwa, gorzej niż źle, czemu to wszystko zawsze musi być tak po-je-ba-ne! – wykrzyczała. – Przepraszam, nie powinnam… – zwróciła się tym razem bezpośrednio do Mai.
– Nic nie szkodzi, mamo. – Przytuliła ją. – Prześpij się z tym, jutro wszystko mi opowiesz – powiedziała ze zrozumieniem.
– Nie wiem, czym sobie na ciebie zasłużyłam – westchnęła i pocałowała córkę w policzek.
– Daj spokój, idę do siebie, ty zostań w kuchni i jak w każdy weekend poużalaj się nad własnym losem przy butelce wina. Do jutra, mamo, kocham cię. I nikt na ciebie nie zasługuje – dodała, pocałowała matkę i zostawiła ją samą z własnymi myślami.
Ola weszła do kuchni, jednak nie zapaliła światła, tylko zbliżyła się do lodówki i wydobyła z niej butelkę białego wina. Postawiła ją na blacie obok zlewu i wyciągnęła szklankę z suszarki nad nim. Nie zawracała sobie głowy poszukiwaniem odpowiedniego dla trunku naczynia.
– Pierdolę to! – krzyknęła na tyle głośno, że Maja poderwała się z kanapy w swoim pokoju.
Nastolatka wybiegła zaniepokojona hałasem.
– Mamo! – zawołała.
– Nie czekaj na mnie – usłyszała, a zaraz po tym drzwi zatrzasnęły się za wychodzącą Olą.
– Mamo, gdzie… – Urwała, nie widząc najmniejszego sensu, aby próbować nadążyć za tempem zdarzeń.
*
Pies poderwał się zaalarmowany niesłyszalnym dla człowieka dźwiękiem. Światła błysnęły, raz i drugi przedzierając się między drzewami. Tomek podniósł głowę z blatu stołu.
Kogo tu, kurwa, niesie?– pomyślał niezadowolony z niespodziewanej wizyty.
Auto zatrzymało się przed domem, trzasnęły drzwi, trzy kroki po tarasie i pukanie.
Udam, że mnie nie ma.
Stukanie do drzwi rozległo się ponownie.
Tomek nie spodziewał się nikogo, zerwał się od stołu, podbiegł półnagi do drzwi, gotowy, żeby naprostować natręta, ale gdy otworzył, zamarł zaskoczony widokiem.
– Jestem – powiedziała Ola, założyła ręce na piersi, żeby choć trochę uchronić się przed chłodem panującym na zewnątrz.
– Wejdź – powiedział krótko. – Zimno.
– Jestem – powtórzyła już w środku.
Stanął za nią, jak ściana, o którą mogła się oprzeć.
– Czekałem na to całe moje życie – powiedział, krążąc wokół niej jak lew. – Wyobrażałem sobie tę chwilę tysiące razy, co dzień usypiałem, myśląc o tym. Nie było kobiety w moim życiu, która nie miałaby jakiegoś okrucha z ciebie. Oczy, włosy, usta, śmiech, spojrzenie. A teraz stoję i zamiast pożreć cię, drżę. Trzęsę się ze strachu, że gdy tylko cię dotknę, rozpłyniesz się jak dym. Tak bardzo się boję, że to tylko sen. Powiedz mi, proszę, że tak nie jest, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Kobieta odwróciła się do niego i oparła twarz o jego tors.
– Nawet teraz to ja muszę wykonać ten pierwszy krok? – wyszeptała.
Jej dotyk sprawił, że oczy mężczyzny zapłonęły pożądaniem. Lodowata postawa i brak emocji, za jakimi zawsze się ukrywał prawdziwy Tomek przed ludźmi, rozpłynęły się. Twarz zazwyczaj surowa, przybrała łagodny wyraz. Tylko w jego oczach płonęło szaleństwo.
Chwycił ją jedną ręką za szyję i podniósł, lekko jakby była szmacianą lalką. Ciche jęknięcie, skutek bólu i strachu, wydobyło się z ust dziewczyny. Mężczyzna pocałował ją namiętnie w usta i postawił na podłodze. Dziewczyna zachwiała się, próbując odzyskać równowagę.
– Boże jedyny – wyszeptała. – Wybacz mi. – Dokończyła i ściągnęła bawełniany podkoszulek, pod którym nic więcej nie miała.
Obudziło ich pukanie do drzwi.
– Kurwa, Voldemort, akurat teraz? – powiedział Tomek, wyskakując z łóżka.
Otworzył drzwi, patrząc pod nogi, aby nie nadepnąć na czekającego na poranną toaletę Klawisza. Dopiero gdy pies wypadł z impetem na zewnątrz, podniósł wzrok i zobaczył siostrę.
– Co ty tu robisz? – zapytał zaskoczony.
– Mnie też jest bardzo miło cię widzieć – odparła jadowicie.
– Mogłaś zadzwonić, napisać, nie wiem… znaleźć jakiś sposób, żeby mnie poinformować o swojej wizycie – czynił wymówki siostrze.
– Nawet gdyby kometa zwiastowała mój przyjazd, i tak byłbyś zaskoczony, zresztą to nic nowego – odgryzła się Kasia.
– Wejdź – zaprosił ją niechętnie do środka.
– Widzę, że nie w porę się zjawiłam. – Uśmiechnęła się złośliwie, wchodząc do środka.
Ola zdążyła włożyć ubranie i krzątała się, próbując zaparzyć kawę dla wszystkich.
– Witam bratową – powiedziała drwiąco Katarzyna, po czym zwróciła się do swojego brata: – Szybko poszło, nawet jak na ciebie, mój drogi.
– Hamuj się – warknął ostrzegawczo.
– Wiesz, kto to jest? Wiesz, czym się zajmuje? – zapytała Olę, nie owijając w bawełnę.
– Zajmował – skorygował Tomasz z naciskiem.
– Nie wiem i nie interesuje mnie to – odparła Ola.
– A powinno – zadrwiła siostra Tomka. – Myślisz, że w holenderskich szklarniach zarobił kilka milionów euro? – Sama zaśmiała się ze swojego żartu.
– Zamilcz. – Zrobił dwa kroki w stronę siostry.
– Pójdę już – powiedziała cicho Ola.
– Nie, zostań, proszę. – Mężczyzna złapał ją za rękę, aby zatrzymać.
– O la, la! Grubsza sprawa, zarumieniła się jak małolata – skomentowała, patrząc na nich.
– Zamknij się, dobrze ci radzę. – Wycelował w nią palcem wskazującym, aby zaakcentować siłę swoich słów.
– Okej, czas na mnie – stwierdziła Aleksandra.
– Nie, ty zostajesz, a ciebie żegnam ozięble – rzucił do siostry.
– Ech, a tak miło dzień się zapowiadał. Trudno, napijemy się innym razem. Prosiłam cię, żebyś się od niej odjebał, ale widzę, że postanowiłeś spierdolić jej życie dokumentnie, tak jakby do tej pory nie miała wystarczających problemów – powiedziała to bez cienia ironii. – Wyglądacie i zachowujecie się jak zakochani. No cóż… – zawiesiła głos na chwilę – …miłość to Polacy wymyślili, żeby pieniędzy nie płacić, ale najwidoczniej jeszcze nie jesteście tego świadomi – powiedziała gorzko. – Mimo wszystko, życzę powodzenia. – Kasia otworzyła drzwi. – Włączaj telefon, będzie mniej niespodzianek. Do zobaczenia, Tomaszku. – Po tych słowach zamknęła za sobą.
– Przepraszam cię za siostrę – powiedział skruszony Tomek.
– Znam Kaśkę i wiem, że się o ciebie martwi – odpowiedziała, a on podszedł do niej tak blisko, że mogła przytulić policzek do jego piersi i usłyszeć bijące serce. – Boisz się śmierci? – zapytała, wiedziona jakimś nieznanym przeczuciem.
– Nie – odparł. – Już raz umarłem i nie było tak źle, bardziej boję się życia. Ty jednak sprawiasz, że wszystko staje się dla mnie łatwiejsze.
– Co tam jest? Co jest po drugiej stronie? – była ciekawa.
– Jest olbrzymie drzewo, pod którym ktoś będzie na ciebie czekał.
– Kto? – zapytała.
– Ktoś, kto odszedł przed tobą – odpowiedział. – Dla nas jeszcze za wcześnie. – Zaczął całować jej włosy.
– Czas płynie tak szybko, tyle nas ominęło – westchnęła. – Zerżnij mnie jeszcze raz, zanim pójdę do pracy, tak jak tylko ty to potrafisz – dodała po chwili.
Uniósł brwi, zdumiony radykalną zmianą nastroju i językiem, jakiego użyła, i zapytał:
– Podobało ci się?
– Do wczoraj nie wiedziałam, że tak można. Byliśmy tak głośno, że chyba w miasteczku nas słyszeli. – Uśmiechnęła się rozbrajająco.
Wziął ją w ramiona i zaniósł na kanapę, na której spędzili ostatnią noc.
*
– Przyjedź do mnie o szesnastej, jeśli masz ochotę, pójdziemy na spacer, damy ludziom pretekst do plotek – zaproponowała przy rozstaniu.
– Będę o szesnastej – zgodził się chętnie. – Wezmę ze sobą Klawisza, jeśli pozwolisz, zaniedbuję go ostatnio i zapewne brakuje mu mojego towarzystwa.
– Jasne, nie ma problemu – odpowiedziała.
Pocałował ją jeszcze raz na pożegnanie i odprowadził wzrokiem odjeżdżające auto.
Czas jako wielkość fizyczna określająca kolejność i trwanie zdarzeń zaczął zachowywać się sprzecznie ze znanymi nauce prawami, rozciągał się, jakby był z gumy. Minuty zmieniły się w godziny, godziny w całe tygodnie. Nie mógł przestać myśleć o niej. Chciał znów poczuć jej zapach, smak jej skóry, usłyszeć jej śmiech.
– Klawisz, mój stary przyjacielu, chyba mamy problem – postanowił zwierzyć się powiernikowi swoich tajemnic. – Nie wiem, co zrobić – przetarł twarz dłonią. – Widzę, że nieskory jesteś do rozmów, nie pomagasz mi, mój drogi – skwitował zawiedziony i zaczął szukać zajęcia, aby odpędzić od siebie wszystkie natrętne myśli.
Bał się, po raz pierwszy bał się nie o siebie, lecz o kogoś. Kogoś, kto wdarł się w jego świadomość z takim impetem, że nie był w stanie się temu w żaden sposób przeciwstawić. Czuł, że nie jest jej obojętny. To, o czym marzył od chwili, kiedy ją poznał, miał teraz na wyciągnięcie ręki.
Norbert znał go doskonale, wiedział, że wszystkie kobiety, które pojawiały się w życiu Tomka, coś łączyło. To ona była tym łącznikiem. Kiedyś, dawno temu, Norbert i on byli bardzo dobrymi kolegami. Razem przepuścili fortunę w lokalach na wszystkich kontynentach, dzielili się swoimi problemami, wiedzieli o sobie prawie wszystko, a potem ich drogi się rozeszły. Cóż… w tym biznesie, znajomości nie trwają długo, nie ma miejsca na sentymenty. Norbert wpadł gdzieś na wyspach Pacyfiku, zdradzony przez swoich ludzi. Nikogo nie sprzedał. Odsiedział trzy lata, a gdy zjawił się ponownie w Europie, nie był już taki sam. Wrócił do biznesu albo jak to Stary Frank mawia: „wrócił do rodziny”,czytaj: „chodzi na jego smyczy”.
Na ogół, odkąd Tomasz tutaj przyjechał, wszystko szło nie tak, jak iść powinno, chciał utwierdzić się w przekonaniu, że sporą część swojego życia przeżył w iluzorycznym świecie, gdzie tęsknił za czymś, co tak naprawdę jest pospolite i powszechnie dostępne. Było znacznie gorzej, niż pierwotnie zakładał, bo to, za czym tęsknił, miało wartość, której nie sposób przeliczyć na żadną walutę.
Był zmęczony dotychczasową egzystencją, doświadczenie śmierci to był zdecydowanie game changer7 w jego życiu. Chciał wyrwać się z tej matni. Wyrwać się z układów, znajomości, uzależnień, ale nie było to łatwe, szczególnie w tym kraju. Mógł zamieszkać w każdym miejscu na świecie, ale wybrał to. Potrzebował parasola ochronnego, przywileju nietykalności, aby mógł podjąć jakieś kroki. Nie chciał narażać Oli i jej córki. Potrzebował kogoś, kto da mu gwarancję bezpieczeństwa, i ten ktoś miał się zjawić niebawem. Do przyjazdu Ou baas8musiał zachować czujność i chronić dziewczyny, chronić przede wszystkim przed samym sobą, przed swoją przeszłością.
*
Punktualnie o szesnastej zaparkował przed zajazdem.
– Wyskakuj i nie przynieś mi wstydu – powiedział do Klawisza.
Pies wykonał polecenie i natychmiast zaczął obwąchiwać okolicę.
– Klawisz, stary rzezimieszku, chodź tu, przywitaj się! – zawołała Maja. – Mama już idzie – poinformowała, po czym zaczęła bawić się z psem. – Mam coś dla ciebie – powiedziała do czworonoga, wydobywając z kieszeni paczkę psich przysmaków.
– Widzę, że pani się solidnie przygotowała do wizyty Klawisza.
– Maja – odpowiedziała. – Może mi pan mówić po imieniu.
– Tomek, obowiązuje nas zasada wzajemności, mam nadzieję – rzucił.
– Okej, niech będzie, ale to ty będziesz mnie przed matką tłumaczył – oznajmiła.
Po chwili wyszła Ola.
– Idziemy? – zapytała.
– Liczyłem na to, że gdzieś pojedziemy – przyznał.
– Szkoda dnia, słońce jeszcze wysoko, piękna pogoda, pospacerujmy, pieskowi to dobrze zrobi, a i miejscową ludność od telewizorów oderwiemy, same plusy, jak widzisz.
Stanęła przed nim na palcach i pocałowała go delikatnie, znów zdało mu się, że błysnęła na ułamek sekundy złotą poświatą.
– Maju, pójdziesz z nami, prawda? – zapytała.
– Nie pozostawiasz mi wyboru. – Rozłożyła ręce w geście rezygnacji.
W rzeczy samej spektakularny przemarsz przez miasteczko nie pozostawił jego mieszkańców obojętnymi. Pogłoska rozeszła się po osadzie lotem błyskawicy, zanim dotarli na deptak i usiedli przy stole piknikowym, co najmniej połowa populacji już słyszała o tej arcyciekawej procesji.
– Maja wie o nas? – zapytał stłumionym głosem, jak tylko córka Oli znalazła się wraz z Klawiszem na tyle daleko, by nie słyszeć.
– Przecież nie jest głupia, widzi, co się dzieje, obraziłaby się, gdybyś ją o to zapytał – roześmiała się. Oparła głowę o jego ramię, czas płynął leniwie, patrzyli, jak Maja rzuca różne przedmioty psu, a ten aportuje, za co dziewczyna wynagradzała go przysmakami.
– Nie zdawałem sobie sprawy, że taka forma relaksu przypadnie mi do gustu – oświadczył.
Ola uniosła rudą czuprynę z jego ramienia i spojrzeli sobie w oczy bez słowa.
– Hej, Majka. Co tam biega obok ciebie? To Chupacabra9? – krzyknął zawadiacko jeden z trzech chłopców, którzy pojawili się niespodziewanie na brzegiem jeziora.
– Nie, to pies – odpowiedziała z marsową miną.
– Pies? – udał zdziwienie ten sam chłopiec.
– Tak, pies. Takie zwierzę domowe – wyjaśniła złośliwie.
– A jaka to rasa? – prowokował dalej.
– Rasa panów, ćwoku! – odparowała.
– Majka! Panuj nad sobą! – krzyknęła oburzona Ola.
Chłopcy dopiero teraz zauważyli parę siedzącą przy stole piknikowym.
– Dzień dobry, pani! – wykrzyknęli niemalże unisono i oddalili się w stronę, z której przyszli.
Tomek zarechotał, rozbawiony zajściem.
– To nie jest śmieszne. – Tym razem Tomek został napomniany zupełnie poważnie. – Kto to słyszał, żeby dziewczyna tak odpowiadała – kontynuowała Ola.
– Tobie też się dostało? – zaśmiała się Maja.
– „Tobie”? Możecie mi wyjaśnić, co się tutaj dzieje? – Ola była już całkowicie zdezorientowana.
– Nic wielkiego, po prostu przeszliśmy na ty – wyjawił mężczyzna.
– „Po prostu”? – nie dowierzała.
– Oluś, przestań ciągle powtarzać po mnie – poprosił.
– „Oluś”?
– No właśnie – powiedział Tomek zrezygnowany, gdy kolejny raz powtórzyła po nim to, co przed chwilą powiedział.
Zmrużyła zielone oczy.
– Dobrze – syknęła – widzę, że zawiązał się spisek. Czekam na was przy samochodzie – oznajmiła i ruszyła na skróty trawnikiem w kierunku miasteczka.
– Ola! – zawołał za nią, ale nawet się nie odwróciła.
– Ech, daj jej spokój, zaraz jej przejdzie. Tak na marginesie powiem ci, że nie widziałam jej jeszcze tak rozentuzjazmowanej. Jest szczęśliwa.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – nie bardzo zrozumiał intencje Mai.
– To, że chyba jej odbiło, odkąd się tu pojawiłeś.
Pozwolili Oli odejść na tyle daleko, aby nie czuła na sobie presji pościgu, po czym ruszyli wolno w ślad za nią, pies szedł obok z nosem przy ziemi.
– Jak długo jest sama? – zapytał.
– Cztery lata – odparła.
– I nie było nikogo w tym czasie? Nikt nie „podbijał”? – drążył temat.
– Przecież widzisz, jak wygląda, pytasz poważnie? Przeceniłam cię, myślałam, że jesteś o wiele bardziej rozgarnięty. Oczywiście, że „ktoś podbija”, a ten obleśny knur z gminy nie daje jej żyć. Stąd ta procesja, jak w Boże Ciało, żeby wszyscy widzieli, że TY – wskazała palcem na niego – pojawiłeś się w jej życiu. – Oj, Tomek, Tomek – westchnęła z politowaniem – może i jesteś inteligentny, tak jak matka mówiła, ale w sprawach damsko-męskich pozostajesz kretynem.
– No cóż… być może nie mam wystarczającego doświadczenia w tym temacie – wyznał.
Maja zatrzymała się na chwilę, zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu.
– Twoja fałszywa skromność nie robi na mnie absolutnie żadnego wrażenia – prychnęła.
– Jesteś bardzo dojrzała jak na swój wiek – przyznał z podziwem w głosie.
– Od dziecka musiałam być oparciem dla matki, szybko wdrożyłam się w wasze dorosłe życie – odparła.
– Aż mi żal twoich adoratorów – powiedział, wyobrażając sobie te wszystkie upokorzenia, jakie na nich czekają.
Zbliżali się wolnym krokiem do parkingu. Przed zajazdem dojrzeli czekającą na nich Olę.
– Wykorzystam okazję, że nadal jesteśmy poza zasięgiem słuchu mojej matki, i coś ci powiem – zaczęła śmiertelnie poważna Majka. – Lubię cię, ale jeśli ją skrzywdzisz, nigdy ci tego nie wybaczę. Zastanów się dobrze, czego chcesz, bo odwrotu nie będzie. Nie pozwolę już nikomu jej skrzywdzić, więc albo… albo Klawisz przegryza ci aortę we śnie.
– Rozumiem – odpowiedział zupełnie poważnie.
Uśmiechnęli się oboje, jak gdyby nigdy nic się nie stało, i już nic nie mówiąc do siebie, podeszli do Oli.
– Spotkamy się jeszcze dziś wieczorem? – zaproponowała kobieta, jakby zapomniała o niedawnych niesnaskach.
– Wpadniesz do mnie? Może coś razem ugotujemy – zaproponował.
– Nie za szybko to wszystko się toczy? – próbowała ostudzić ich zapędy Maja.
– Za dużo czasu zmarnowaliśmy, próbujemy to nadrobić – tłumaczyła Ola. – Przyjadę o dwudziestej, pasuje? – zapytała Tomka.
– Jasne, skoczę po drodze na zakupy. Do zobaczenia – pożegnał się. Rzucił porozumiewawcze spojrzenie Mai, wpuścił psa do auta, po czym wskoczył za nim i odjechali. – Zrobiłbyś to? – zapytał psa, a ten spojrzał tylko na swojego pana. – Naprawdę? Przegryzłbyś aortę najlepszemu kumplowi dla kobiety?
Pies zaczął walić ogonem o fotel pasażera.
Po drodze do domu poczynił poważne zakupy. Uznał, że postara się zrobić wrażenie sałatką z mozzarellą, dlatego kupił potrzebne do tego składniki. Nie wiedząc, co pije Ola, i czy w ogóle pije, postanowił, że przygotuje się na wszelkie możliwe okoliczności, czyli: wino białe, czerwone, whisky, gin, do tego tonik. Przecież tego nie da się pić bez niczego– pomyślał, wziął też butelkę wódki i piwo bezalkoholowe.
– Będzie grubo przy poniedziałku – skomentowała zakupy kasjerka.
Spojrzał jedynie na nią, nie odezwał się, a kobieta odwróciła wzrok i zajęła się swoją robotą, gdy on zaczął pakować zakupy do plastikowych toreb, które wyciągnął spod taśmy, przy kasie. Po chwili wyszedł na parking, wrzucił zakupy na skrzynię samochodu, już przymierzał się, aby wsiąść do auta, gdy usłyszał znajomy głos.
– Witam szefa.
– Cześć, Waldek. Miałbym dla ciebie zadanie.
– Jakie?
– Potrzebuję więcej drewna na opał, może będę musiał grzać do początku maja.
– Zrobi się, kierowniku – odparł pewnie. – Ale, szefie… – zaczął nieśmiało – da szef pięćdziesiąt złotych?
– Waldek, na co ci pieniądze? Nie mam gotówki – powiedział Tomasz.
– Piwa bym się napił, bo rura smali – wyznał szczerze.
Tomek ściągnął piwo z pick-upa i chciał wręczyć Voldemortowi.
– Co to? – zapytał zaskoczony.
– Piwo, przecież chciałeś – udał zdziwienie Tomek.
– Piwo bezalkoholowe to pierwszy krok do homoseksualizmu. – Voldemort wzdrygnął się i splunął zabobonnie trzy razy.
Tomek eksplodował niepohamowanym śmiechem. Ale po chwili przemyślał swój postępek.
Kurwa, niejeden z moich kolegów tak skończył.
– Przepraszam, głupi żart, wybacz, stary – kajał się szczerze Tomek. Sięgnął jeszcze raz do skrzyni i podał Waldkowi butelkę wódki.
– Dziękuję, szefie. – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
– Waldek, umówmy się na coś, dobrze? – zaczął.
– Na co?
– Jeśli będziesz potrzebował pomocy, dasz mi znać. Mam znajomego, który ma prywatny ośrodek… podobno bardzo dobry. Winien jest mi przysługę… Rozumiesz, o czym mówię?
– Dam znać, szefie. Na razie dziękuję. – Machnął nonszalancko ręką na pożegnanie i rozpłynął się w mroku jak duch.
Wóda zabiła więcej ludzi niż wojny – pomyślał.
Wsiadł do auta i skupiając się już tylko na nadchodzącej wizycie, ruszył przygotować flagowe danie, czyli sałatkę z mozzarellą.
7Game changer (ang.) – wyrażenie oznaczające osobę, rzecz, nową technologię lub wydarzenie, które radykalnie zmienia zasady gry, sytuację lub dotychczasowy sposób postępowania.
8Ou baas – południowoafrykańskie określenie oznaczające „starego szefa” lub „starego mistrza”.
9El Chupacabra (hiszp. kozi wampir) – legendarny stwór z latynoamerykańskiego folkloru, atakujący bydło oraz kozy i wysysający ich krew.
Klawisz,siedź na miejscu – powiedział Tomek, gdy dostrzegł w światłach reflektorów dwa nieznane mu samochody, zaparkowane przed jego drewnianym domkiem. Mimo obaw podjechał wolno, zatrzymał auto, ale nie wysiadał, czekał na jakiś ruch intruzów.
– Panie Hanke, niech pan się nie obawia, przybyliśmy w pokojowych zamiarach. – Kilka głosów w mroku zarechotało. – Co tak późno pan wraca? Martwiliśmy się o pana! Nie boi się pan ciemności? – zapytał ponownie nieznany mężczyzna. – Pan wysiądzie, pogadamy – ponaglił.
Tomek opuścił wóz bardzo powoli, czekał na to, co się wydarzy. Mężczyzna wyłonił się z mroku, wyciągnął przed siebie rękę z trzymaną w dłoni legitymacją. Zanim Tomasz zdążył cokolwiek przeczytać, nieznajomy schował dokument.
– Gratulujemy, ma pan przyjemność z funkcjonariuszami CBŚ10, przybywamy tutaj w pokoju – powiedział jeden z nich.
– Żartowniś się trafił – odparł spokojnie Tomek.
– Zaprosi nas pan do środka? Chcielibyśmy porozmawiać – wyjawił cel swojej wizyty.
– Proszę za mną. – Tomek ruszył przodem.
