Smak szczęścia - Michalina Kowolik - ebook
NOWOŚĆ

Smak szczęścia ebook

Kowolik Michalina

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Anna Matkowska ma trzydzieści trzy lata, czternastoletnią córkę, którą wychowuje samotnie, i ustabilizowane życie. Jest szczęśliwa… chyba. Coraz częściej czuje jednak, że czegoś jej brakuje.

Wszystko zmienia się, gdy córka oznajmia, że skontaktowała się z kuzynką mieszkającą w Stanach Zjednoczonych.

Przed laty mama Anny zakochała się w Henrym Kownackim – Amerykaninie polskiego pochodzenia. Rodzinna legenda głosi, że siostra Janiny uwiodła go, by spełnić marzenie o wyjeździe za ocean. Janinie pozostały złamane serce i ciąża, której nie planowała. Ale czy na pewno właśnie tak było?

Anna postanawia odkryć prawdę. Nie wie jeszcze, że ta decyzja może zmienić wszystko.

Jakie będą konsekwencje wyjazdu?
Czy z rodziną naprawdę najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu?
I jak prawda odmieni losy całej rodziny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Michalina Kowolik Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: SemangArt (stock.adobe.com)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Katarzyna Augustyniak-Rak

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-54-4

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Życzę Wam, abyście znalazły swojego Wyatta.

On gdzieś tam jest, musicie tylko poczekać

albo się rozejrzeć.

Z moim Wyattem mieszkaliśmy po sąsiedzku

i przez długi czas nie zwracaliśmy na siebie

uwagi.

Mój Wyatt ma na imię Dawid i od dziesięciu

lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem.

Tego Wam życzę – szczęścia.

I miłości!

Dla wszystkich szukających szczęścia.

Ta książka jest dla Was.

Część I

1

Upieczony dzień wcześniej biszkopt leży przede mną na blacie kuchennym. Przekładam go musem malinowym i kremem czekoladowym, starając się, aby każda warstwa była równa. Lubię piec. W tej czynności jest coś uspokajającego, niemal intymnego. Kiedy pracuję w kuchni, świat zwalnia, a myśli przestają biec chaotycznie i mogę je wreszcie poukładać.

Zgarniam odrobinę kremu z miski i oblizuję palec. Czekolada to moja słabość i niestety widać to po mojej pupie. Co prawda, bieganie trzy razy w tygodniu pozwala mi utrzymać sylwetkę, w której czuję się dobrze, ale wiem, że gdybym odstawiła słodycze, wyglądałabym jeszcze lepiej. Tylko czy naprawdę ciągle muszę coś sobie udowadniać? Wciąż gonić za ideałem, walczyć o lepszą wersję siebie? Ale przecież życie to wieczne pole bitwy. To ciągła obecność na froncie, bez urlopu i bez gwarancji zwycięstwa. Ja walczę od lat. O spokój, o poczucie, że jeszcze coś dobrego przede mną, o miłość, o szczęście – cokolwiek ono oznacza.

Kiedyś sądziłam, że szczęście ma twarz mężczyzny. Był ktoś taki w moim życiu. Pojawił się, obiecał więcej, niż był w stanie dać, a potem odszedł, zostawiając mnie w momencie, w którym najbardziej go potrzebowałam. Nazywał się Alan Bura i był moją pierwszą wielką miłością. Chodziliśmy razem dwa lata, zanim zdecydowaliśmy się na seks, dla obydwu z nas pierwszy w życiu. Nie było żadnych fajerwerków. Później zrobiliśmy to jeszcze trzy razy. Było lepiej. Używaliśmy prezerwatyw i nawet przez głowę nam nie przeszło, że coś może pójść nie tak.

Gdy okres zaczął mi się spóźniać, nie zmartwiłam się, ponieważ nigdy nie dostawałam go regularnie. Dopiero kiedy minął miesiąc, a krwawienie nadal się nie pojawiło, zaczęłam się denerwować. Kama, moja przyjaciółka, kupiła mi test. Pamiętam, jak siedziałyśmy na brzegu wanny i czekałyśmy trzy minuty na wynik. Kama ściskała moją dłoń i bardzo się wtedy bałam.

Na teście pokazały się dwie kreski. Nie mogłam w to uwierzyć. Miałam tylko dziewiętnaście lat. Za pół roku czekała mnie matura, później studia... Nie byłam gotowa na macierzyństwo. Tak, myślałam o ślubie z Alanem i dzieciach, ale to w bardzo dalekiej przyszłości.

Przed oczami pokazały mi się mroczki i pewnie gdyby nie przyjaciółka, to upadłabym na zimne kafelki w kolorze beżu. Płakałam przez całą noc, a rano pobiegłam do apteki po drugi test. On także dał wynik pozytywny.

Po szkole umówiłam się z Alanem i powiedziałam mu o ciąży. Liczyłam na to, że mnie wesprze, że pomimo szoku przytuli mnie i powie, że damy radę, ale nic takiego się nie stało. Alan pobladł, a po chwili jego twarz przybrała czerwony kolor. Spojrzał na mnie z pogardą i krzyknął:

– Chcesz mnie złapać na dziecko?!

Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. To było jak policzek w twarz. Uciekłam z parku, w którym się spotkaliśmy, wróciłam do domu i płakałam w poduszkę, nie wiedząc, co będzie dalej.

Mama myślała, że się pokłóciłam z Alanem, że to normalne, że zaraz sobie wszystko wyjaśnimy i znów będzie dobrze. Ale tak się nie stało. Alan zażądał, abym usunęła ciążę. Nie zgodziłam się na to. Wtedy powiedział, że jestem głupia, jeśli myślę, że on porzuci swoje marzenia dla jakiegoś bachora. Tak właśnie nazwał nasze dziecko...

Nie mogłam mu tego wybaczyć. Podobno dopiero w kryzysowych sytuacjach naprawdę poznaje się drugiego człowieka. I właśnie wtedy zobaczyłam, jaki jest Alan. To nie był chłopak, w którym się zakochałam, tylko ktoś całkowicie inny. Chciał się pozbyć problemu i żyć dalej, jakby nic się nie stało. Ja znalazłam się w dużo gorszej sytuacji niż on, a jednak pomimo strachu od razu wiedziałam, że nie usunę ciąży, że urodzę dziecko i wychowam je najlepiej, jak potrafię.

I paradoksalnie to ono wkrótce stało się moim największym szczęściem. Nosiłam je pod sercem przez dziewięć miesięcy, a dziś ma czternaście lat, niewyparzony język i talent do doprowadzania mnie do szału jednym spojrzeniem. Moja córka Nina jest dla mnie wszystkim. Zawsze była i zawsze będzie.

Jednak nie ułożyłam sobie życia z żadnym mężczyzną. Coraz częściej łapię się na myśli, że jeśli nic się nie zmieni, to do końca życia będę już tylko matką. Macierzyństwo jest piękne, ale dzieci dorastają, odchodzą i zaczynają własne historie. A ja nie chcę zostać kobietą, która siedzi sama w pustym mieszkaniu z kubkiem zimnej herbaty i pretensjami do świata. Może to już czas na kota? Tylko że ich nie lubię. Są niezależne, chodzą własnymi drogami i potrafią pokazać pazury.

Odsuwam te myśli i wracam do tortu. Tynkowanie to najprzyjemniejsza część pracy. Włączam cicho muzykę i pod nosem nucę „Use Somebody” Kings of Leon. Mama twierdzi, że najgorsze już za mną i że teraz będzie tylko lepiej. Zawsze tak mówi. A potem siada wieczorami w fotelu, narzeka na wszystko i wszystkich i coraz bardziej zamyka się w swoim świecie.

Wiem, że samotność ją przygniata, choć nigdy się do tego nie przyzna. Stała się zgryźliwa i pełna pretensji, których nie potrafi już nawet nazwać. Patrzę na nią i ogarnia mnie strach. Boję się, że kiedy Nina odejdzie, ja też się taka stanę. Że zostanę sama z ciszą, rutyną i żalem do świata, że przegrałam życie.

Chociaż jest coś, co daje mi nadzieję, że może nie będzie tak źle. Mam ciekawe zajęcie, które od pewnego czasu przynosi mi dochód. Wtedy, gdy wszystko mi się w życiu rozsypało, zaczęłam pisać powieści. Byłam młodą, samotną matką, zmęczoną, zagubioną, pełną lęku o jutro. W dzień gotowałam kaszki, przewijałam Ninę i udawałam, że wiem, co robię, a nocami uciekałam do swojego fikcyjnego świata. Tam mogłam pozwolić sobie na wszystko, czego w prawdziwym życiu się bałam.

Na początku traktowałam pisanie jak terapię. Tworzyłam silne bohaterki, które potrafiły głośno powiedzieć, czego pragną, nie bały się przeciwności losu i pokonywały kłody rzucane im pod nogi. Wymyślałam kobiety, jakimi sama chciałam się stać. Pisałam „do szuflady”, ale w końcu pokazałam fragment Kamie. Spodobał się jej i namówiła mnie do wysłania pliku do wydawnictwa.

Dziś piszę zawodowo. Pod pseudonimem. Nie dlatego, że się wstydzę. Przynajmniej nie tylko dlatego. Piszę sceny erotyczne, intymne, szczere, momentami bezwstydne. Takie, które wymagają odwagi – i ode mnie, i od czytelnika. Nie chcę, żeby czytała je moja czternastoletnia córka, która widzi we mnie przede wszystkim matkę, a nie kobietę, która może mieć swoje fantazje i pragnienia.

Nie chcę też, by o tym, że piszę, dowiedziała się moja mama – kobieta głęboko wierząca, dla której seks zawsze był tematem do przemilczenia, zamkniętym szczelnie w małżeńskiej sypialni i opatrzonym znakiem „nie rozmawiać”. Pseudonim daje mi wolność. Oddziela moje role. Pozwala mi być jednocześnie matką, córką i kobietą, która ma prawo pożądać i być pożądaną.

Mój wydawca uważa, że powinnam się ujawnić. Twierdzi, że czytelnicy potrzebują twarzy, autografów i spotkań autorskich. Że upublicznienie mojego prywatnego życia może przynieść mi większe zyski. Ale ja tego nie chcę, wręcz boję się. Wolę, kiedy moje książki mówią same za siebie. Jedyną osobą, która zna prawdę, jest moja przyjaciółka Kama. I bardzo chcę, żeby tak pozostało.

Wyciągam rękaw cukierniczy i dekoruję górę tortu kremowymi różyczkami, a pomiędzy nimi układam świeże maliny. Jestem zadowolona z efektu. Podnoszę tort, żeby przełożyć go do pudełka i wstawić do lodówki. I wtedy dzieje się coś, co sprawia, że świat zwalnia. Tort przechyla się, wyślizguje mi się z rąk i spada. Gdy widzę, jak uderza o ziemię, zamieniając się w breję, zaczynam krzyczeć. Drę się tak, że pewnie słychać mnie na sąsiedniej ulicy:

– Kurwa jego mać!

Do kuchni wbiega moja córka, staje w progu, patrzy to na mnie, to na ciasto, a raczej to, co z niego zostało, a później podchodzi do szuflady, w której trzymamy sztućce, i wyciąga łyżeczkę. Następnie, jakby to było zupełnie normalne, siada na ziemi przy rozwalonym biszkopcie i zaczyna go jeść.

– Co ty robisz?! – krzyczę.

Nina ma włosy tak samo brązowe jak moje, ten sam nos i podbródek. Oczy odziedziczyła po ojcu, są brązowe i duże, ale bardziej serdeczne. Staram się nie szukać w niej cech Alana i swoich, ale niektóre są tak bardzo widoczne, że ciężko udawać, że się ich nie widzi.

– Jem – oznajmia niewzruszona Nina.

Uśmiecha się do mnie, a mnie krew zalewa. Cała moja ciężka praca poszła na marne. Jutro Kama obchodzi swoje trzydzieste czwarte urodziny i ciasto miało być dla niej niespodzianką. Co prawda, moja przyjaciółka pomimo rozrywkowego charakteru nie obchodzi urodzin, ale ja zawsze czekam na nią z tortem i butelką wina. Przyjaźnimy się od tak wielu lat, że znamy się na wylot. Nina nazywa ją nawet moim mężem, bo jest ona poza moją mamą jedyną stałą osobą w naszym życiu. Kłócimy się jak stare małżeństwo, rozśmieszamy się nawzajem do łez, spotykamy w niedzielę na obiadach i non stop ze sobą piszemy.

– Zaklnij sobie jeszcze raz. – Nina wskazuje na mnie łyżeczką. – Ulży ci.

– Nie przy tobie. Nie jesteśmy patologią. – Krzyżuję ręce na piersi.

Jestem bliska płaczu. Pociągam nosem i szybko mrugam oczami, aby odgonić łzy i nie wyjść na mięczaka. Należę do tych osób, które płaczą ze smutku, nerwów i szczęścia. To jest bardzo uciążliwe, ale nie potrafię nic na to poradzić.

– Mam czternaście lat, mamo. Połowa moich znajomych klnie. Dla mnie to nic dziwnego – mówi.

– Z kim ty się zadajesz?

Nina wbija łyżeczkę w kakaowy biszkopt.

– Z tymi samymi, co zawsze. – Macha ramionami i zjada kolejny kęs. – Ty nie klęłaś, gdy byłaś w moim wieku?

– Nie.

Nina przewraca oczami.

– Nie umiesz kłamać, mamo.

– Cicho!

– Każdy młody klnie, bo myśli, że to jest fajne.

– I ty też tak uważasz? – dziwię się.

– Chyba tak.

– To nie jest fajne.

– No może. – Nina kiwa głową, a jej długie włosy związane w kitkę podskakują. – I pewnie kiedyś to zrozumiem, ale chyba nie teraz.

– Przeklinasz? – Moje oczy momentalnie się rozszerzają.

– Zdarza mi się.

– Coo?!

– Jestem typową nastolatką, mamo. Usiądź teraz z swoją córką i pomóż jej zjeść tort, bo szkoda, żeby się zmarnował.

Kąciki moich ust lekko się unoszą. Może i nie jestem idealną mamą, ale kocham swoją córkę nad życie i myślę, że dobrze ją wychowuję. Nie zawsze bywa miło i przyjemnie, czasem są krzyki, łzy i rozczarowania, ale czy tak nie jest w życiu? Raz z górki, raz pod górkę, nigdy prosto.

Wyciągam z szafki łyżeczkę i siadam po drugiej stronie rozwalonego ciasta. Wkładam do ust kawałek kremu z biszkoptem i mruczę z rozkoszy.

– Nie należę do osób, które się chwalą, ale wyszedł mi.

– To prawda. I dobrze, że umówiłam się z dziewczynami na siatkówkę. Przynajmniej spalę te kalorie – mówi Nina.

– Wychodzisz?

– Za godzinę.

– Okej.

Opieram się plecami o szafkę. Nie jestem stara, ale tak się czuję. Moja córka zaczyna mieć swoje życie, swoje tajemnice i swoich przyjaciół. Mamy dobry kontakt ze sobą, przynajmniej tak mi się wydaje, ale coraz mniej czasu spędzamy wspólnie. Znajoma powiedziała mi, że taka jest kolej rzeczy, że trzeba pozwolić dzieciom na własne błędy, zacisnąć zęby i przeczekać ten czas, w którym rodzic wydaje się zbędny, bo to mija. Więc zaciskam zęby i czekam.

– Do jasnej anielki, was kiedyś ktoś okradnie!

Do kuchni wkracza Kama. Ma na sobie kwieciste spodnie, białą bluzkę i czarną ramoneskę. Jej jasne włosy falami opadają na ramiona. Wygląda jak z okładki „Vogue”. Jest piękna, wykształcona, mądra i pewna siebie, czego mi brakuje.

– A wy kręcicie scenę z „Przyjaciół”? – pyta, unosząc swoje równe, grube brwi.

– Nie, ale w sumie to może tak wyglądać. – Nina szybko wstaje i wybiega z kuchni, a gdy wraca po kilku sekundach, trzyma w dłoni telefon i robi mi kilka zdjęć.

– Przestań! – Zakrywam się ręką.

– To na pamiątkę. – Nina ponownie siada na podłodze. – Uśmiech! – Wyciąga dłoń z telefonem i robi nam zdjęcie.

– Ja też chcę! – Kama rzuca torebkę na stolik, ściąga kurtkę i siada przy mnie.

Teraz już we trzy śmiejemy się i robimy głupie miny.

To jedna z tych chwil, które mnie podbudowują. Życie właśnie składa się z takich krótkich momentów szczęścia, które zbieramy w pamięci jak fotografie, a w ciężkich chwilach wracamy do nich, aby uświadomić sobie, że nie wszystko jest złe i do dupy.

– To ja się zbieram. – Nina wstaje, chowa telefon do tylnej kieszeni dżinsów i wychodzi.

To tyle, jeśli chodzi o czas spędzony z córką.

– Masz z nią świetny kontakt. – Kama sięga po łyżeczkę i zaczyna jeść ciasto. – I zabraniam ci myśleć inaczej.

– Dzięki. Jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie. – Po moim policzku spływa samotna łza. – A ten tort miał być dla ciebie, ale jakimś cudem znalazł się na podłodze i teraz wygląda jak kupa.

Kama się uśmiecha.

– Ale bardzo dobra. – Puszcza mi oczko.

Zaczynam się śmiać przez łzy. Tylko Kama potrafi do tego doprowadzić.

Zjadamy tyle ciasta, że bolą nas brzuchy, a resztę zbieramy i wyrzucamy do kosza. Później otwieramy butelkę wina i siadamy na kanapie. Kama opowiada mi o swojej ostatniej randce. Od kilku miesięcy umawia się z facetami poznanymi przez aplikację randkową i żaden z nich nie jest tym, za kogo się podaje. Co się dzieje z tym światem? Czy naprawdę tak ciężko jest znaleźć miłość?

– Myślę, że powinnyśmy zawrzeć pakt.

– Pakt? – Bawię się kieliszkiem, w połowie już pustym, i spoglądam na przyjaciółkę.

– Gdy w wieku czterdziestu lat nadal będziemy same, hajtniemy się.

– Nie jesteśmy lesbijkami, o ile mi wiadomo. Prawda?

– Nie. A szkoda. Byłybyśmy zgraną parą.

– Też tak uważam.

Mój telefon wibruje. Sięgam po niego i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Nina dodała na Instagramie zdjęcie razem ze mną i oznaczyła mnie. Która czternastolatka oznacza swoją matkę w social mediach? Bardzo mnie to wzrusza.

– „Małe chwile – wielkie szczęście” – Kama czyta opis zdjęcia. – I to właśnie jest dowód na to, że odwaliłaś kawał dobrej roboty, Anka. Twoja córka cię kocha, nie wstydzi się ciebie i jest bardzo mądra. Czasami ci jej zazdroszczę.

– Serio?

– Jasne. Jesteś szczęściarą. Nina jest świetna!

– Też tak uważam. Nawet w te dni, w których chcę ją udusić. Naprawdę.

Kama chichocze.

– Co postanowiłaś? – pyta, wyciągając przed siebie nogi.

– Chodzi ci o mojego wydawcę?

– Tak.

– Nie ujawnię się. – Wzruszam ramionami.

– Jesteś tego pewna?

– Tak. Nie potrzeba mi żadnego rozgłosu. Jest mi dobrze tak, jak jest.

– Nie boisz się, że nie będą chcieli podpisać z tobą kolejnych umów?

– O dziwo nie. – Biorę łyka wina. – Do moich drzwi pukają trzy następne wydawnictwa. Poza tym zarabiam na życie jeszcze w inny sposób, więc w razie czego nie zostanę bez grosza przy duszy. Jestem w dość komfortowej sytuacji.

– Urodziłaś córkę w wieku niespełna dwudziestu lat, zostałaś sama, bo ojciec dziecka okazał się dupkiem, a zobacz, jak daleko zaszłaś. Jesteś cenioną księgową i ukrywającą tożsamość pisarką słynnej serii o Cecylii Lukawskiej. Jesteś wielka, tylko że nie wiem, dlaczego w siebie nie wierzysz.

– Wiesz, ile kobiet podobnych do mnie jest na świecie? Miliony, kochana. Niektóre z nich same wychowują nie jedno dziecko, a dwójkę czy trójkę i także dają radę. Nie jestem niezwykła, a zwyczajna jak papier toaletowy.

– Koniecznie musisz znaleźć faceta, przy którym nigdy nie poczujesz się zwyczajna. Mogę zrobić ci jakieś sexy fotki i założyć konto na Tinderze. Chcesz? – śmieje się.

– Nie ma mowy.

– Dlaczego? Można tam spotkać naprawdę ciekawych ludzi.

– Na przykład napalonych nastolatków podających się za dużo starszych? – Unoszę brwi.

Kama odchyla głowę i spogląda w sufit.

– To się zdarzyło tylko raz – wzdycha. – Dobra. Dwa. Przyznaję.

– No widzisz. Ja nie mam ochoty na takie numery.

– A co, jeśli gdzieś tam jest ten twój wymarzony? – pyta Kama.

– To znajdzie do mnie inną drogę. – Wzruszam ramionami.

– Z takim nastawieniem będziesz sama do końca życia.

– I chyba się już z tym pogodziłam.

– Co?! – Kama podskakuje na kanapie i wylewa na siebie resztę wina. – Cholera jasna! Przez ciebie się oblałam!

– Jak to przeze mnie? Wypraszam sobie! Trzeba było nie podskakiwać jak małpa!

Kama ściąga z siebie bluzkę. Stoi w białym koronkowym staniku i mierzy we mnie palcem.

– Dawaj coś do ubrania!

– A może „proszę”? – drażnię się z nią.

– Nie ma żadnego „proszę”. Mówisz takie głupoty, że aż uszy więdną. Masz dopiero trzydzieści cztery lata...

– Jeszcze trzydzieści trzy.

Kama przewraca oczami.

– Niech ci będzie. Masz trzydzieści trzy lata, a zachowujesz się jak osiemdziesięciolatka. Musisz to zmienić i to w tej chwili! Od dzisiaj chodzisz ze mną na imprezy! A bluzkę wezmę sobie sama!

– Nie będę z tobą chodzić na żadne imprezy! – krzyczę za przyjaciółką.

Moja sypialnia mieści się na piętrze, a dwie duże szafy z Ikei służą mi za garderobę. Czekam, aż Kama znajdzie coś odpowiedniego i wróci, a gdy to robi, po raz kolejny powtarzam jej, że nigdzie z nią nie będę chodzić. Jestem domatorką. Zawsze nią byłam, chociaż muszę przyznać, że odkąd zostałam mamą, to się pogłębiło. Oczywiście wyjeżdżam z Niną na wycieczki i wczasy za granicę, ale sobotnie wieczory uwielbiam spędzać na kanapie pod kocem z książką w ręce lub oglądając jakiś serial. Kama jest inna. Ona kocha ludzi, a ludzie ją i wcale mnie to nie dziwi, bo jest wspaniała. Ale to nie oznacza, że lubimy te same rzeczy. Różnimy się od siebie jak ogień i woda, i chyba właśnie dzięki temu nasza przyjaźń jest taka wspaniała i trwa już tyle lat. Przeciwieństwa się przyciągają.

Kama już nic nie mówi, tylko łączy się z moim kinem domowym i włącza piosenkę „Girls Just Want To Have Fun” Cyndi Lauper. Później wyciąga mnie na środek pokoju, zaczyna śpiewać i tańczyć. Poddaję się temu. Śpiewamy na cały głos, śmiejąc się przy tym aż do łez. Kama mnie okręca, a później ja ją.

Może właśnie o to chodzi w życiu, o te chwile z osobami, które się kocha i dzięki którym na naszych twarzach pojawia się uśmiech. O nic więcej.

Nasz chwilowy wybryk kończy głośne chrząknięcie mojej mamy, która stoi w progu salonu i przygląda się nam. Ma na sobie sprane dżinsy, zielony golf i czarną puchatą kamizelkę. Mieszkamy w bliźniaku, więc dzieli nas tylko ściana. Mamy swoją prywatność, ale jesteśmy blisko, gdy któraś z nas potrzebuje pomocy. Dzięki temu było mi dużo łatwiej, gdy Nina poszła do przedszkola, a ja do pracy. Mama nigdy nie zostawiła mnie samej, gdy szef wymagał nadgodzin lub Nina chorowała. Zawsze mogłam na nią liczyć i nigdy jej tego nie zapomnę. Później zaczęłam pracować zdalnie i od tamtej pory nie potrzebuję mamy już tak bardzo, ale nie zamierzam się przeprowadzać. Jest mi tu dobrze. Nasz dom mieści się z dala od miejskiego zgiełku, ale nie na tyle, aby utrudniało to życie. Nina bez problemu dojeżdża do szkoły autobusem, sklepy znajdują się w zadowalającej odległości, a przez internet można zamówić teraz niemal wszystko, więc zauważam tutaj więcej plusów niż minusów.

– Ciebie kiedyś ktoś okradnie – mówi mama, ściągając kamizelkę. – Albo zabije.

– Już drugi raz to słyszę. – Ściszam muzykę. – To o okradaniu. Jesteś pierwszą, która życzy mi morderstwa.

– Nie życzę ci, tylko ostrzegam, a to różnica.

Mama siada na kanapie i zerka na pustą butelkę po winie.

– Już zaczęłyście świętować? – pyta, spoglądając to na mnie, to na Kamę. – Mogłyście mi powiedzieć. Chętnie bym się z wami napiła.

– To wszystko wina tortu – śmieję się. To wino stanowczo za bardzo uderzyło mi do głowy.

– Jakiego tortu?

– Tego z podłogi – wyjaśnia Kama. – Ale spokojnie, większość zjadłyśmy. Nie lubimy przecież, jak coś się marnuje.

– Ile wyście wypiły? – pyta mama.

Widząc jej minę, zaczynam się śmiać jeszcze głośniej. Dobrze, że Niny nie ma w domu i nie widzi mnie w takim stanie. Niby to nic takiego, ale jako pełnoetatowa matka powinnam świecić przykładem, a nie upijać się dwoma kieliszkami wina.

– Za mało, pani Janinko. Za mało! – krzyczy Kama.

– Powariowałyście dzisiaj.

– Nic z tych rzeczy, mamo. – Uspokajam się i siadam na kanapie. – Zrobiłam tort, ale mi spadł. Zjadłyśmy go więc z podłogi i otworzyłyśmy wino. Tyle.

– Zawarłyśmy także pakt – dodaje rozweselona Kama. – Gdy do czterdziestki będziemy singielkami, to weźmiemy ślub.

– Jezus Maria! – Mama wykonuje znak krzyża. – Co wy za bzdury gadacie? Dwie kobiety? Wykluczone! Poza tym w Polsce nie można wziąć ślubu z osobą tej samej płci!

– To pojedziemy za granicę. Żaden problem – Kama ciągnie temat dalej, nie zważając na czerwoną twarz mojej matki.

– Po moim trupie!

Jeszcze chwila i mama wybuchnie.

– Spokojnie. – Nie potrafię się nie śmiać. – To tylko żarty.

– Żarty? Jeśli tak, to strasznie głupie – fuka mama.

– Już niech się pani tak nie unosi, pani Janinko. – Kama podchodzi do oszklonej witryny, otwiera ją i zaczyna przeglądać jej zawartość. – Napije się pani... whisky? – Dźwiga butelkę z brązowym płynem.

– A macie colę?

– Anka? – Kama spogląda na mnie.

– Mamy. – Kiwam głową.

– To poproszę. Na trzeźwo nie zniosę tego waszego głupiego pieprzenia.

– Pani Janino! – Kama teatralnie chwyta się za serce. – Będzie musiała pani pójść do spowiedzi.

– To pójdę. – Mama macha ręką na znak, że to nie ma znaczenia. – Z czegoś spowiadać się muszę, a że nie mam z czego, to przynajmniej sobie poklnę.

– Oookej. – Kama podaje mojej mamie drinka. – Przyjmuję taką odpowiedź, chociaż jej nie rozumiem, bo chyba lepiej w ogóle nie grzeszyć, prawda?

– Proszę cię, nie zaczynaj tego tematu – szepczę do przyjaciółki.

Mama należy do tych osób, które co niedzielę chodzą do kościoła, słuchają księdza i jego słowa uważają za święte, ale równocześnie gardzą tymi, którzy myślą inaczej. Dla mnie to niepojęte, ale już jej tego nie wypominam, żeby się nie kłócić po raz setny.

– Wy młodzi niczego nie rozumiecie – prycha mama. – Dla was kościół stał się nudny, pragniecie czegoś innego, tylko sami nie wiecie, czego.

Trochę prawdy w jej słowach jest. Ale tylko trochę.

– Ja wiem, czego chcę od życia – kontynuuje niezrażona Kama. – Chcę faceta, który nie okaże się skończonym debilem zdradzającym mnie na prawo i lewo, forsy na tyle, abym nie musiała się przejmować, czy dotrwam do końca miesiąca, i zdrowia, bo jego nie kupię za żadne pieniądze świata.

– A kto tego nie chce, Kama? – Mama patrzy w dal nieobecnym wzrokiem.

– Nie wiem, dlaczego, ale to nie pierwszy raz, kiedy odnoszę wrażenie, że dźwiga pani jakiś ciężar na sercu – mówi moja przyjaciółka.

Mama chrząka.

– Mocny ten drink – zmienia temat. – Dobrze, że mam blisko do domu. No i gdzie jest Nina? Czy nie powinna już wrócić? Dajesz jej za dużo luzu, Anka.

– Ona ma czternaście lat, a nie pięć, mamo – bronię się. – Nie mogę trzymać jej pod kloszem. Ty mnie trzymałaś i do czego to doprowadziło?

Mama odstawia szklankę na stolik z takim impetem, że połowa trunku wylewa się na blat. Potem wstaje i bez słowa wychodzi.

– No to ją wkurzyłaś... – Kama przynosi ręczniki papierowe i zaczyna wycierać rozlanego drinka.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz. – Wypuszczam z płuc powietrze, nawet nie zdając sobie sprawy, że je wstrzymywałam.

– Wróciłam! – dobiega do nas głos Niny. – Co zrobiłyście babci, że wybiegła stąd czerwona jak burak?

– Nic takiego. – Macham ręką.

– Twoja babcia uważa, że Anka powinna cię krócej trzymać. – Jak zawsze Kama nie umie się ugryźć w język. Czasem mam ochotę ją za to udusić.

– Czyli normalka. – Nina odwraca się i wychodzi. – Będę u siebie.

– Koniecznie musisz sobie kogoś znaleźć. – Kama przeszywa mnie wzrokiem. – Nina ma już swoje życie.

– Mówisz tak, jakby była dorosła, a to jeszcze dziecko.

– Ale nie takie, do którego musisz załatwiać niańkę, gdy chcesz wyjść na randkę.

– Z tym się mogę zgodzić.

– Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale obiecaj mi, że nie zamkniesz się w domu. – Kama patrzy na mnie z czułością, troską i miłością.

– Obiecuję – mówię.

Nie jest to puste słowo. Nie jestem jeszcze aż tak stara, aby nie próbować zmienić życia na lepsze. Pragnę szczęścia, takiego zwykłego, spokojnego i mojego. I mam nadzieję, że w końcu je znajdę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki