Śluza - Zu Witkowska - ebook + audiobook + książka

Śluza ebook

Witkowska Zu

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

ILE KOSZTUJE ŻYCIE WEDŁUG CUDZEGO SCENARIUSZA? Łucja, ambitna naukowczyni, wyjeżdża w delegację, by koordynować prestiżowy projekt badawczy. Ma zgromadzić rośliny potrzebne do opracowania przełomowego leku. Tuż przed wyjazdem znajduje w skrzynce list z dawnych lat, zawierający wstrząsającą wiadomość, która burzy jej spokój. Wkrótce Łucja zorientuje się, że całe życie grała rolę napisaną dla kogoś innego.

Na miejscu badań Łucja poznaje operatorkę śluzy – będzie przyglądać się z podziwem jej autonomii i wewnętrznej sile. Kiedy poranna burza rozwieje po całej wsi zebrane paprocie, Łucja stanie przed ostatecznym wyborem: ratować projekt czy siebie. Śluzowa podsunie jej wtedy myśl, że o ważności katastrof można decydować samemu.

*

„Śluza” – prozatorski debiut cenionej poetki Zu Witkowskiej – to zmysłowa, przenikliwa opowieść o konsekwencjach podejmowanych wyborów, pokoleniowym rozczarowaniu i samotności.

„Śluza łapie wodę i ludzi, wstrzymuje ich jak oddech i na moment wszystko zastyga”

„To opowieść o kobiecie na zakręcie, która żyjąc z przyzwyczajenia zapomniała o swoich potrzebach. Czasem powrót do prawdziwej siebie wymaga szczerego spotkania z tym, co dla nas naprawdę ważne. Bardzo udany debiut prozatorski Zu Witkowskiej nie daje gotowych odpowiedzi, ale pokazuje, co dzieje się, kiedy tytułowa śluza nie chce nas dalej przepuścić. I musimy wtedy pomóc same.”

SYLWIA CHUTNIK

„Jak to jest, że Śluza jest tak gorzką opowieścią, a równocześnie niesie ze sobą tak wielką i słodką pociechę? To historia o tym, że upadanie boli i że często nie ma z tych upadków żadnego morału. Piękna i mądra proza przynosząca uśmiech i spokój.”

WOJCIECH CHMIELARZ

„Zu Witkowska stworzyła niebywale wciągającą powieść. Zwięzły tekst zawiera nieoczywiste zwroty akcji i trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. To wspaniały materiał na bezpretensjonalną fabułę kinową!”

KAROLINA FELBERG

Zu Witkowskapisarka, autorka tomów poetyckich „Fluid”(2022) oraz „Podręcznik lizania ran” (2025). Publikowała m.in. w „Piśmie”, „Dwutygodniku”, „Odrze” i „Notatniku Literackim”.

Za „Śluzę” (2026), swoją debiutancką powieść, otrzymała Nagrodę Krakowa Miasta Literatury UNESCO.

Studiowała nauki ścisłe: technologię chemiczną i astronomię, obroniła doktorat na Politechnice Wrocławskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 137

Data ważności licencji: 6/3/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W serii Proza PL ukazały się:

Sylwia Chutnik, Cwaniary

Sylwia Chutnik, Dintojra

Sylwia Chutnik, Jolanta

Sylwia Chutnik, Tyłem do kierunku jazdy

Sylwia Chutnik, W krainie czarów

Anna Cieplak, Lata powyżej zera

Anna Cieplak, Lekki bagaż

Jacek Dehnel, Historie łajdackie

Jacek Dehnel, Krivoklat

Paulina Jóźwik, Strupki

Zośka Papużanka, On

Zośka Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem

Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem

Patrycja Pustkowiak, Maszkaron

Żanna Słoniowska, Dom z witrażem

Żanna Słoniowska, Wyspa

Łukasz Staniszewski, Pieśni łaciatych krów

Stanisław Syc, Suplementy siostry Flory

Magdalena Tulli, Szum

Magdalena Tulli, Włoskie szpilki

Michał Witkowski, Drwal

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś

Michał Witkowski, Lubiewo

Michał Witkowski, Margot

Michał Witkowski, Tango

Michał Witkowski, Wymazane

Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna

Copyright © by Zu Witkowska

Projekt okładki

Kira Pietrek

Grafika na okładce

© Artwork by Alexandra Levasseur

Redaktorka inicjująca

Paulina Jóźwik

Redaktorka prowadząca

Ewelina Janowska

Redakcja

Paulina Jóźwik

Adiustacja

Małgorzata Sikora-Tarnowska

KorektaJoanna Wiśniewska

Opieka promocyjnaOla Pakieła

Koordynatorka produkcjiHelena Piecuch

Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa – Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026.

ISBN 978-83-8427-267-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Mamie

#1

Żyjąc przy śluzie, czujesz, jak gdyby czas przebiegał ci po plecach. Dni, miesiące, lata są tu zawsze obecne jak domownik albo pies, który wiesz, że cię przeżyje. Kiedy przepuszczasz spienioną wodę przez śluzę, to jakbyś przepuszczała ją przez siebie. A z nią te wszystkie kajaki, motorówki, rowery wodne z jeziora za lasem, żaglówki na silniku, pontony. Śluza łapie wodę i ludzi, wstrzymuje ich jak oddech i na moment wszystko zastyga. Ale po chwili wodę oddaje w jedną stronę, ludzi w drugą, a ty patrzysz i czujesz, jak słabniesz. Jak gdyby upuszczali ci krwi. Za każdym razem opóźniam otwarcie wrót o choćby chwilę, o trzydzieści sekund… Zawsze mam ochotę zamknąć je i po prostu odejść, zatrzymać w niej wszystkich, razem z ich drożdżówkami i ogórkami kiszonymi sprzedawanymi z pomostów.

Rozdział 1

Po plecach Łucji spływa kropla potu. W pokoju już teraz jest duszno, a zebranie konsorcjum ma trwać co najmniej do obiadu. Mimo początku maja upały mocno dają się we znaki, a zakurzony uniwersy­tecki wentylator nie przynosi ulgi w tak wysokim pomieszczeniu.

Profesor Graham mówi od niemal godziny.

Przedstawiciel pharmy wtrąca czasem kilka zdań, zakreś­lając wskaźnikiem odpowiednie fragmenty prezentacji.

Przy stołach złączonych na środku sali tłoczy się piętnaście osób: pięciu gospodarzy z Instytutu Biologii i Biomedycyny oraz dziesięciu zaproszonych gości – trzech z politechniki, trzech z uniwersytetu medycznego, dwóch z zewnętrznego laboratorium akredytowanego i dwóch przedstawicieli pharmy. Piętnaście kaw – w tym dwie bezkofeinowe – które sekretarka zaczęła przygotowywać jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, właśnie robi drugie okrążenie. Ledwie widoczny cień zrezygnowania przemyka przez twarz kobiety, kiedy ta przyjmuje prośby o kolejne filiżanki. Graham nachyla się w tym momencie do ludzi z pharmy po swojej prawej i, ­niczym sufler, coś do nich szepcze.

Łucja przejmuje wskaźnik i zabiera głos. Materiał zacznie być gromadzony już od następnego tygodnia, żeby jesienią można było kompleksowo przeanalizować wyniki. Częścią terenową zajmie się osobiście, tak jak ustalono. Jutro, zgodnie z planem, rozpocznie kilkumiesięczną delegację: będzie koordynować gromadzenie materiału i przekazywanie go do suszenia, a następnie do ekstrakcji. Rośliny są już bujne. Trzeba działać, jeśli za rok konsorcjum chce się pochwalić gotowym do badań klinicznych zalążkiem produktu. Ekstrakty to pierwszy, ale kluczowy krok – potem pałeczkę przejmą biotechnolodzy z obecnej tu politechniki, którzy zajmą się hodowlą odpowiednich grzybów. Konsorcjum musi jeszcze napisać patenty, ale to dopiero zimą. Teraz najważniejsze jest to, żeby zebrać rośliny, sprawnie je schładzać i niezwłocznie suszyć. Ekstrakcja nadkrytyczna będzie miała sens, tylko jeśli biomasa nie zostanie naruszona procesami gnicia czy pleśnienia, gdyż zaburzyłoby to skład chemiczny produktu końcowego, nie mówiąc o jego aktywności biologicznej.

Zapada cisza i wszyscy zerkają na Grahama, który z aprobatą kiwa głową i dodaje kilka słów od siebie, po czym przekazuje głos reszcie zaangażowanych instytucji. Przy każdej z osób Łucja skrupulatnie sprawdza swój kalendarz i notatki. Wydaje się, że wszystko rzeczywiście jest dograne. Na koniec krótko zabiera głos pharma. Są szczęśliwi, że uczestniczą w projekcie łączącym tak znamienitych ekspertów i że mogą wspólnie z nimi tworzyć historię biologii, farmacji i w końcu medycyny. Dla nich to coś więcej niż tylko kolejny projekt badawczo-rozwojowy – to badania, które najprawdopodobniej zmienią życie wszystkich osób w tym pokoju. Jeszcze nigdy nie powstał preparat, który byłby tak blisko panaceum.

***

Las po obu stronach drogi gęstnieje i ­ciemnieje. Niebo jeszcze odznacza się jasną plamą, ale nadejście zmroku jest kwestią kilku chwil. Łucja włącza długie światła. Kilka par oczu spogląda na nią z rowu, więc zwalnia, wytężając wzrok. Sarny? Błyszczące punkty nagle znikają, ale trawy pozostają nieruchome. Pozwala Fiatowi przetoczyć się wolno, nie dodając gazu. Sarny. Trzy. Nieruchome, ich kształtne łebki zwrócone w kierunku szosy.

Jedzie w ciszy, droga jest zupełnie pusta. Telefon leży na siedzeniu pasażera obok kosmyka włosów zwiniętego w idealną obrączkę. Łucja nie bardzo wie, gdzie dokładnie się znajduje. Mija zielone drogo­wskazy z nic niemówiącymi jej nazwami wiosek i kolonii, a przez uchylone okno wpada wilgoć – lubi zapach torfowisk, więc na moment się ożywia, ale zaraz znowu zapada się w sobie. Ściska mocniej kierownicę i marszczy czoło na wspomnienie dzisiej­szego ­popołudnia i przesyłki, którą znalazła w skrzynce po powrocie z zebrania konsorcjum.

Koperta była prosta, niewielka, płaska. Pożółkła, z twardymi grudkami wykruszającego się kleju, ale nadal zamknięta. Ile minęło lat, osiemnaście? Dwadzieścia? List miał być „czułym prezentem po latach, stop-klatką z młodzieńczego czasu”, jak wspomniał w załączonej notce wychowawca z liceum. Nie pamiętała, by pisała coś takiego. Z wahaniem obracała kopertę w dłoniach. Narastał w niej opór i dziwny wstyd, ale przecież, myślała, listu w butelce nie znajduje się codziennie. Takim chwilom należy się chyba odpowiednia oprawa – po­winna nalać sobie odrobinę valpolicelli i w końcu chociaż raz użyć noża do papieru, który dostała kilka lat temu z okazji obrony doktoratu – ale poczuła, jak ogarniająca ją coraz mocniej fala gorąca zamienia się w krople potu na karku. Zrzuciła z siebie bluzkę i resztę ubrań, po czym odruchowo wsunęła palec w niesklejony fragment zamknięcia i gwałtownie rozerwała kopertę. Cholera.

Sięgnęła do środka. Na obszarpanej kartce w kratkę znalazła krótką wiadomość: „Cześć. Nie tłumacz się. Wiedziałam, że mnie zawiedziesz”.

Gdyby ją zapytać, co w tym momencie pomyślała, nie potrafiłaby odpowiedzieć. Nic, lub raczej wszystko naraz, jak wtedy, gdy w krytycznym momencie całe życie przelatuje komuś przed oczami. Strzępy, czarne plamy, urywki przewijane w przód i w tył.

Jej ramiona pokryły się gęsią skórką. Dłuższą chwilę stała naga w słońcu ostro oświetlającym ten fragment pokoju. Skanowała pamięć, ale wspomnienia rozbiegały się na wszystkie strony jak rozlana na stole rtęć. Żaden z mniej i bardziej rozmytych obrazów nie chciał się kleić z tą jedną linijką. ­Wyraźnie jednak widziała swój charakter pisma i czarny długopis, szybko i zdecydowanie prowadzony po papierze.

Dwie walizki, torebka i złożone w kostkę ubrania na podróż były na wszelki wypadek gotowe od dwóch dni, więc po szybkiej decyzji wyjście z domu zajęło jej kilka minut. Przekręciła klucz i jak zawsze powiedziała do siebie: „Zamknięte”, a potem wróciła z połowy schodów, żeby jeszcze raz dla pewności złapać za klamkę.

Wsiadła do samochodu, spojrzała w tylną szybę i krzyknęła z palącego bólu. Sięgnęła do głowy – przytrzaśnięte pasmo włosów zostało jej w dłoni. Wzięła kosmyk w palce, starannie go zwinęła i położyła na siedzeniu pasażera. Była zbyt zdziwiona, żeby płakać.

***

Teraz też nie płacze. Co najwyżej wpada w otępienie, z którego budzi ją czasem co ruchliwsze skrzyżowanie albo konieczność sprawdzenia trasy, bo uchwyt na telefon urwał się jeszcze pod domem i nawigacja całą drogę bardziej lub mniej sensownie gada do niej z fotela obok. Łucja znowu ma wątpliwości, czy dobrze zrozumiała wskazówki, musi zjechać na pobocze. Czuje przy tym, jak coraz mocniej ją mdli – głodna zaczęła być już kilka godzin temu.

Droga biegnie na przestrzał. Od kilkudziesięciu kilometrów pada lekki deszcz. Wycieraczki poruszają się miarowo, hipnotycznie. Drzewa wokół są smukłe, w ciemności nie widać ich koron. Nie widać też zwierząt ani ludzi, tylko rozświetlane reflektorami krople i pnie przypominające nogi słoni. Mokry, kołyszący się w ziemi las grądowy sprawia, że projekt przypomina o sobie: w takich siedliskach rośnie sporo leszczyny. Będzie potrzebne co najmniej pięćdziesiąt kilogramów samych liści. Jest dużo do zrobienia. Właściwie to dobrze się składa.

Dopiero późną nocą dojeżdża do naprędce zarezerwowanego noclegu, bo mieszkanie na najbliższe miesiące ma wynajęte dopiero od jutra. Parkuje i widzi, że miejsce jest obskurne, czego właściwie można się spodziewać już po samej nazwie, ale w okolicy nie było niczego innego do wyboru. Motelik STOP. Obdrapany szyld niemal wprost mówiący, że obsługuje się tutaj tylko przypadkowych gości. Podjazd jest wysypany tłuczniem, a zza gęstych tuj wyłania się parterowy budynek, którego nie było widać od strony szosy. Przez gałązki przebija się fioletowe światło.

Poza ledwie słyszalnym odgłosem telewizora dobiegającym z któregoś z pokoi w ciemnym holu jest zupełnie cicho i pusto. Widać tylko oświetlony lampką kontuar recepcji, a w rogu korytarza dystrybutor ciepłych napojów – młoda dziewczyna na podświetlonym panelu ma przesadny makijaż i trzyma filiżankę kawy w dłoni. Łucja sięga po telefon, ale dostrzega wyłaniającego się zza rogu starszego mężczyznę, więc się przedstawia i podaje mu dokument. Musiał już przekroczyć siedemdziesiątkę. Na bordowy sweter wyłożył kołnierzyk błękitnej koszuli, a siwe włosy zaczesał na jedną stronę. Nie mówi nic poza lakonicznym, ale uprzejmym „dzień dobry”, kiedy podaje jej klucze i pomarszczoną dłonią pokazuje kierunek. Ich oczy się nie spotykają.

Duszny korytarz wyłożono wykładziną, która prawdopodobnie nigdy nie doświadczyła profesjonalnego czyszczenia. Wszędzie wywieszono znaki: „Palenie zabronione”.

W pokoju pod ścianą stoi ogromne łóżko z półkolistym wezgłowiem, po bokach proste szafki nocne, naprzeciw dwa wysiedziane skórzane fotele i mały stoliczek, na stoliczku szklana popielniczka. Za oknem ledowa łuna lekko oświetla tuje i parking.

Łucja dwukrotnie sprawdza zamknięcie drzwi i opada na sztywny materac z myślą, że chyba pierwszy raz w życiu zaśnie w ubraniu. Nie ma siły zmyć makijażu, chociaż wie, że rano będzie żałować.

Czuje, jak mijają godziny, sen jednak nie przychodzi. Zaschnięte gardło przypomina jej o dystrybutorze w holu. Powoli zwleka się z łóżka, trze oczy. Palce ma czarne od tuszu, drobinki wpadają pod powieki, drażnią spojówkę i boleśnie kłują. W półmroku korytarza podchodzi do mruczącej jednostajnie dziewczyny i czyta instrukcję. Automat przyjmuje tylko monety. Nie do wiary. Rozgląda się wokół, ale po mężczyźnie z recepcji nie ma śladu. W kieszeniach znajduje jedynie gumkę do włosów i paragon ze stacji benzynowej. Zrezygnowana wychodzi przed budynek i opiera się plecami o futrynę. Odchyla głowę i ciężko wzdycha.

– Potrzebuje pani chusteczki? – niespodziewanie słyszy obok siebie.

W fioletowym świetle wpatruje się w nią para zmęczonych oczu.

– Chusteczki? – powtarza zdezorientowana, a recepcjonista wskazuje na smugi na jej skroniach. Łucja sięga do twarzy. – Nie, nie, dziękuję, coś mi wpadło do oka. Już wszystko w porządku.

– Jest pani pewna? – odpowiada nienachalnie mężczyzna, a jego głos lekko opada na ostatniej sylabie.

Może właśnie to uprzejme zawahanie sprawia, że Łucja zaczyna płakać.

– Nie mam bilonu do dystrybutora.

– Nie trzeba, działa bez. Zapomniałem pani powiedzieć. Wszyscy do tej pory wciskali bez pytania – tłumaczy recepcjonista i robi zapraszający gest.

Wchodzą do środka. Gorąca czekolada jest wodnista i ma posmak papierowego kubka. Ciepły słodki płyn koi, rozluźnia brzuch.

– Może pani zostać do południa. Nikogo się nie spodziewam, a nawet jeśli ktoś przyjedzie, to prawie cały obiekt wolny. Wytłumaczę potem, gdzie może pani pojechać coś zjeść. Tutaj jest tylko ten dystrybutor.

Mężczyzna powoli wchodzi za kontuar. W je­go ­ruchach jest coś delikatnego, może nawet wątłego.

Łucja siada w jednym z klubowych foteli rozstawionych w holu.

– Nie można nic zjeść w motelu? Naprawdę? – ­dziwi się.

– Naprawdę – dobiega ją cicha odpowiedź.

– Nie opłaca się?

– Nie wiem. Nigdy nie miałem okazji sprawdzić. – W jego głosie słychać ciężar.

Łucja patrzy na niego uważnie.

– Pan jest tu właścicielem? – próbuje ostatni raz.

– Tak.

Długo siedzą w ciszy przerywanej odgłosem pojedynczych, przejeżdżających z rzadka samochodów. Zegar na ścianie pokazuje czwartą pięć. Łucja jednym łykiem wypija wystygłą czekoladę i podchodzi do automatu po kolejną. Na dworze jest jeszcze całkiem ciemno, ale widać już łunę zbliżającego się świtu.

– Naprawdę nic nie płacę? – upewnia się.

– Nic.

Wraca do pokoju, kładzie się na półtwardym łóżku i nie wie, kiedy zasypia.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji