Wydawca: HarperCollins Polska sp z o.o Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 443 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słońce i deszcz - Debbie Macomber

W życiu Molly od dawna brakuje słońca. Jej ojciec zmarł, gdy była dzieckiem, mąż odszedł po kilku latach małżeństwa. Teraz wychowuje samotnie dwóch synów i z trudem wiąże koniec z końcem. Gdy otrzymuje wiadomość, że jej ukochany dziadek ma kłopoty ze zdrowiem, błyskawicznie podejmuje decyzję. Sprzedaje wszystko i wyrusza z dziećmi do Montany. Życie w domu na prerii mogłoby być cudowne, jednak i tutaj Molly boryka się z kłopotami. Samotnej kobiecie trudno jest ratować podupadające gospodarstwo. Dziadek jest coraz słabszy, praca na ranczu wyczerpująca, a zarządca majątku, Sam Dakota, nie wzbudza jej zaufania.  Dziadek nalega, by wyszła za mąż za tego  mężczyznę. Wierzy mu bez zastrzeżeń, w dodatku synowie Molly wyraźnie lgną do Sama…

Opinie o ebooku Słońce i deszcz - Debbie Macomber

Fragment ebooka Słońce i deszcz - Debbie Macomber

Debbie Macomber

Słońce i deszcz

Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie wiem, jak długo jeszcze pożyje pani dziadek. Molly przycisnęła mocniej słuchawkę do ucha i osunęła się na stołek obok telefonu. Tom i Clay kłócili się właśnie zawzięcie o to, który z nich powinien nakryć do kolacji, telewizor ryczał, minutnik przy kuchence zaczął natarczywie brzęczeć, jednak ona nie zwracała na to uwagi.

– Mój dziadek… Chwileczkę, kim pan właściwie jest? – zapytała.

– Nazywam się Sam Dakota – odpowiedział głos po drugiej stronie linii. – Rozumiem, że nie jest to najwłaściwszy moment, ale uznałem, że powinienem zawiadomić panią odpowiednio wcześniej. Widzi pani… Walt na pewno by tego nie pochwalił, ale sądzę, że ma pani prawo znać prawdę i wiedzieć, jaki jest stan jego zdrowia.

Telewizor wciąż ryczał, chłopcy nie zamierzali zaprzestać kłótni. Poprzez ich wrzaski do uszu Molly dobiegł przeraźliwy brzęk tłuczonego szkła.

Zakryła dłonią słuchawkę i krzyknęła w ich stronę:

– Chłopcy, proszę! Nie teraz!

Zamilkli niemal natychmiast, jakby po tonie głosu matki odgadli, że ten telefon jest naprawdę ważny. Odwrócili się jak na komendę i wbili w nią wzrok.

– Skąd pan zna mojego dziadka, panie Dakota? – Molly wróciła do rozmowy.

– Jestem zarządcą na jego ranczu. Od pół roku.

Molly kiwnęła głową. Wiedziała, że dziadek przekazał zarządzanie ranczem w cudze ręce, jednak do tej pory nie łączyła tego ściśle z jego zdrowiem czy wiekiem. Od kilku już lat dziadek wyzbywał się po kawałku swojej olbrzymiej niegdyś posiadłości i teraz pozostało mu jedynie jakieś dwa tysiące akrów – niewiele jak na standardy obowiązujące w Montanie. Oczywiście Sam Dakota nie był pierwszym zarządcą w historii rancza o równie romantycznej, co dziwacznej nazwie Złamana Strzała. Wynajęci pracownicy przychodzili i odchodzili, lecz dziadek i tak sprawował osobistą kontrolę nad wszystkimi sprawami i przedsięwzięciami. Dopiero list, który wysłał do Molly przed czterema miesiącami, zaraz po Gwiazdce, nieco ją zaniepokoił.

Po pierwsze, dziadek pisał listy tylko w szczególnych okolicznościach, po drugie zaś zdziwiła się, że losy rancza powierzył obcemu, sam rezygnując z wpływu na decyzje zarządcy. Powinno ją to było wówczas zaniepokoić, jednak zajęta własnymi problemami, szybko odsunęła na bok nieprzyjemne myśli.

– Czy mógłby mi pan wyjaśnić, co się właściwie stało? – spytała, usiłując odzyskać równowagę.

– Tak, oczywiście… No więc wiosną jak zwykle mamy mnóstwo roboty. Wczoraj pani dziadek poinformował mnie, że chciałby przyjrzeć się cielakom. Umówiliśmy się. Kiedy nie przyszedł, wróciłem do domu i zastałem go nieprzytomnego na podłodze w kuchni. To był atak serca.

Molly przycisnęła palce do ust. Z przerażeniem pomyślała o dziadku, leżącym samotnie w boleściach, z trudem łapiącym oddech, cierpiącym. Odkąd matka i przyrodni brat Molly zamieszkali w Kanadzie, dziadek stał się dla niej najbliższym członkiem rodziny. Tylko on łączył ją z od dawna nieżyjącym ojcem.

– Zawiozłem go do kliniki w mieście. Doktor Shaver potwierdził moje przypuszczenia – mówił mężczyzna. – To serce. Walt ma wszczepiony rozrusznik, ale jego serce jest słabe, kruche i stare. Stymulator nie działa tak dobrze, jak powinien…

– Dziadek ma stymulator? – zdumiała się Molly. – Ja… nic nie wiedziałam… Od kiedy?

Z trudem wypowiadała kolejne słowa przez ściśnięte wzruszeniem gardło. Uniosła dłoń i dotknęła kamei wiszącej na złotym łańcuszku na jej szyi. To była najcenniejsza biżuteria, jaką kiedykolwiek posiadała. Dostała ją od dziadka w dniu pogrzebu babci, dziewięć lat wcześniej.

– Od pół roku. Ja też dopiero teraz się dowiedziałem.

– Boże, czemu nikomu nic nie powiedział?

– Nie mam pojęcia. Wciąż jeszcze nie za dobrze go znam, pani chyba lepiej… W każdym razie pomyślałem, że powinna pani wiedzieć o jego chorobie. Walt chyba niedługo już pociągnie. Jeśli chce go pani zobaczyć przed śmiercią, musi pani przyjechać jak najszybciej.

– Co właściwie jest nie tak z jego sercem? – zapytała, aby choć na chwilę odsunąć od siebie myśl o kosztownej wyprawie z San Francisco do Montany. W tej chwili nie mogła sobie na nią pozwolić.

– Co jest nie tak? Wiem tylko tyle, ile powiedział mi doktor. Wie pani, jak działa taki rozrusznik?

– No… trochę. – Molly wiedziała tylko, że stymulatory emitują elektryczne impulsy, dzięki którym chore serce pobudzane jest do skurczy.

– Mówiłem już pani, że serce pani dziadka jest kruche i słabe. Za słabe. Rozrusznik nie funkcjonuje prawidłowo. Doktor Shaver nie gwarantuje, że sytuacja się polepszy. Podobno nic więcej nie może zrobić i to tylko kwestia czasu, kiedy to schorowane serce stanie na dobre.

Molly przycisnęła dłoń do piersi. Poczuła się nagle tak, jakby to jej serce miało się właśnie zatrzymać.

– Dziękuję panu – odezwała się słabym głosem. – Dziękuję, że pan zadzwonił. Jeszcze raz dziękuję…

– Przykro dzwonić w takiej sprawie.

– Tak… Tym bardziej jestem panu wdzięczna. Jak on się teraz czuje?

Zerknęła w stronę pokoju. Tom i Clay stali nieruchomo w drzwiach, wyraźnie poruszeni przebiegiem rozmowy. Powinna się do nich uśmiechnąć, uspokoić ich nieco, ale to przerastało jej siły.

– Teraz lepiej, ale jutro… – mężczyzna zawiesił głos. – Przyjedzie pani?

– Nie jestem pewna.

– Nie? – rozmówca zdziwił się nieco.

Och, łatwo mu się dziwić. A przecież ona naprawdę nie miała pojęcia, skąd mogłaby wziąć pieniądze na taką eskapadę. Pozbawiona od jakiegoś czasu alimentów, przy wszystkich ograniczeniach domowego budżetu, po prostu nie była w stanie pozwolić sobie na nietani w końcu bilet do Montany. Poza tym, jadąc do dziadka, musiałaby wziąć przynajmniej tygodniowy urlop, i to zapewne bezpłatny, nie mówiąc już o tym, że nie miałaby z kim zostawić chłopców.

Nie, ich też powinna zabrać – dziadek na pewno chciałby ich zobaczyć, a i oni na to zasłużyli.

– A kiedy będzie pani wiedziała?

– Wkrótce – odparła sucho, zirytowana nagle tonem niechęci, który dało się słyszeć w jego głosie. Ten człowiek nic o niej nie wiedział, nie miał pojęcia, jak żyła, nie miał więc prawa osądzać jej decyzji!

– To znaczy?

– Wkrótce – powtórzyła. – Gdybym wiedziała dokładnie, zdążyłabym już pana poinformować!

Oparła czoło o kuchenną ścianę i usiłowała zebrać myśli. Próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Poczuła, że zbiera się jej na płacz.

– Wobec tego nie będę pani dłużej przeszkadzał – przerwał jej myśli Sam Dakota.

Z początku chciała poprosić, żeby poczekał, wyjaśnić, że ma jeszcze wiele pytań, lecz po chwili westchnęła tylko z rezygnacją. Zarządca powiedział jej to, co najważniejsze – dziadek był chory, umierający. Choćby czekała nie wiedzieć jak długo na zapewnienie, że po chwilowej niedyspozycji dziadek z pewnością wróci do normy, z ust Sama Dakoty takiego zapewnienia uzyskać nie mogła.

– Dziękuję za telefon – odezwała się po chwili milczenia. Czuła się winna. Winna podwójnie – z powodu swojego wahania, braku natychmiastowej reakcji, jakiegoś spontanicznego zapewnienia, że tak, oczywiście, natychmiast wsiada w samolot i przyjeżdża; ale też winna z powodu irytacji, z jaką zareagowała na szczere i pozbawione zapewne złośliwości zdziwienie jej rozmówcy.

Nikt nie lubi przekazywać złych wieści. Sam Dakota uczynił miły gest, powiadamiając ją o stanie dziadka. Powinna mu być wdzięczna, a nie obrażać się na niego.

– Zawiadomię pana, czy przyjedziemy z wizytą – dodała.

– Doskonale. Pani dziadek wróci do domu za dzień, może dwa. Aha, byłbym zobowiązany, gdyby nie wspominała mu pani, że dzwoniłem.

– Rozumiem. Nie zrobię tego. I jeszcze raz dziękuję. Odłożyła słuchawkę na widełki i popatrzyła poważnie na synów. Obaj odziedziczyli po ojcu ciemne, głęboko osadzone oczy i obaj niemal od urodzenia potrafili przejrzeć ją nimi na wylot – zarówno czternastoletni Tom, już zbuntowany, skryty i nie tak szczery wobec matki, jak kiedyś, choć jeszcze daleki od dojrzałości, pełen zmiennych nastrojów i nieustannych pretensji, jak i jedenastolatek Clay – młodsza kopia brata, jeśli chodzi o wygląd, i jednocześnie przykład całkiem odmiennego charakteru.

Żaden z chłopców nie odziedziczył po niej rudawych włosów ani niebieskich oczu. Obaj podobni byli do członków rodziny ojca – mieli takie same ciemne włosy, śniadą cerę, pociągłe twarze. I właściwie tylko tyle łączyło ich z jego rodziną, bowiem ani on, ani jego krewni niespecjalnie interesowali się losem Toma i Claya.

– Chodziło o tatę, prawda? – zapytał Tom i wbił w nią przeciągłe spojrzenie. Usztywnił ramiona, jak gdyby przygotowywał się na jakąś straszną wiadomość. To dziwne, że mimo całego zamieszania z Danielem, jego głośnego procesu, nieustannego natykania się w gazetach i w telewizji na jego nazwisko, chłopcy nie uodpornili się dotąd na kolejne rewelacje dotyczące osoby ich ojca.

– Nie – odparła ostrożnie. – Telefon nie dotyczył waszego taty.

– Akurat! Co tym razem zrobił?

Molly westchnęła, słysząc te pełne nowo nabytego cynizmu słowa; słowa rozgoryczonego nastolatka, który nie wierzy już dorosłym, a zwłaszcza rodzonej matce.

Wiedziała, że nie powinna się temu dziwić – taki młodzieńczy bunt jest typowy, zwłaszcza w rodzinach, w których sprawy między rodzicami nie układają się najlepiej. A przecież Daniel nie był ani dobrym ojcem, ani dobrym mężem, w końcu zaś zostawił ją dla innej. Jednego tylko nie można mu było zarzucić – aż do zeszłego roku sumiennie płacił alimenty. Pieniądze przestały nadchodzić dopiero wtedy, gdy zaczęły się jego kłopoty z prawem.

– Powiedziałam już, że ta rozmowa nie miała nic wspólnego z waszym ojcem. Przecież wiesz, że nie okłamałabym cię, Tom – dodała i popatrzyła mu prosto w oczy.

– No to o co chodzi, mamo? – włączył się Clay i podszedł do niej z bezradną ufnością dziecka.

Molly rozłożyła ramiona, aby uściskać młodszego syna. Clay nie miał na razie nic przeciwko tego rodzaju pieszczotom, za to Tom demonstrował przy każdej okazji, że jest już zbyt dorosły na podobną czułość i poufałość. Był powściągliwy w wyrażaniu uczuć, Molly zaś szanowała jego wolę, chociaż w głębi duszy tęskniła za czasami, kiedy mogła go przytulić.

– Chodzi o dziadka – odparła i natychmiast poczuła gwałtowny ucisk w gardle, który nie pozwolił jej powiedzieć więcej ani słowa.

– Jest chory? – Tom wepchnął ręce w kieszenie i zaczął chodzić w tę i z powrotem po kuchni. Był to jeden z jego najnowszych zwyczajów, który bardzo ją irytował, choć z drugiej strony Molly próbowała usprawiedliwiać prowokacyjne zachowania syna. Powtarzała sobie, że ostatni rok nie należał w życiu Toma do najłatwiejszych. Publiczne upokorzenie ojca z powodu defraudacji, brak pieniędzy, przeprowadzka z przestronnego domu do ciasnego, dwupokojowego mieszkania – wszystko to składało się na surową lekcję życia, którą zdążył już odebrać.

– Tak, ma kłopoty z sercem – oznajmiła bezbarwnym głosem.

– Pojedziemy się z nim zobaczyć? – zapytał Clay i przycisnął policzek do jej ramienia.

– Jeszcze nie wiem – odparła Molly, odgarnąwszy uprzednio włosy z czoła dziecka.

– Jak to? Nie chcesz jechać? – oburzył się Tom. Zabolało ją gniewne spojrzenie syna. Oczywiście, że chciała jechać. Gdyby tylko miała jakiś wybór, wsiadłaby w pierwszy samolot do Montany.

– Jak możesz tak mówić, Tom? – westchnęła. – Oddałabym wszystko, aby być w tej chwili z dziadkiem, ale…

– No to możemy wyjechać jeszcze dzisiaj – oznajmił Tom, po czym ruszył w stronę pokoju, który dzielił z bratem, jak gdyby sprawa wyjazdu została przesądzona i teraz pozostawało im tylko spakowanie walizek.

– Rzecz w tym, że nie możemy – powstrzymała go Molly.

– Czemu nie?

– Bo nie mamy…

– Wiem, nie mamy pieniędzy – dokończył za nią syn i zaciśniętą pięścią uderzył ze złością w kuchenną ladę. – Nienawidzę pieniędzy! Zawsze kiedy czegoś chcemy albo potrzebujemy, nie możemy tego mieć! Zawsze z powodu pieniędzy!

– To nie jest wina mamy – mruknął Clay i stanął na wprost brata, jakby chciał bronić matkę przed jego gniewem.

– Nie kłóćcie się, chłopcy – westchnęła Molly. – Wystarczy nam zmartwień, które już mamy. Zastanówmy się lepiej, co jesteśmy w stanie zrobić.

– Ja już powiedziałem: trzeba jechać do dziadka. Jeśli chcesz jechać sama, mogę zaopiekować się Clayem – zaproponował Tom z nutą źle skrywanej niechęci.

– Nie potrzebuję opiekuna – żachnął się Clay i popatrzył na brata wyzywającym wzrokiem.

– Nikt się ciebie nie pyta!

– Chłopcy! Mówiłam przecież… Posłuchajcie, zamiast skakać sobie do oczu. Otóż nie mogę wyjechać, ani z wami, ani bez was – powiedziała smutno. – Właśnie z powodu pieniędzy. – Popatrzyła na Toma. – Tak to w życiu jest, że raz są, a raz ich nie ma. Teraz mamy ich bardzo mało.

Była to, niestety, smutna prawda. Na bankowym koncie Molly miała niecałe dwadzieścia dolarów, a do końca miesiąca wcale nie było blisko. Ograny scenariusz, pomyślała z przygnębieniem, zbyt długi miesiąc i zbyt mało funduszy.

– Pamiętam dziadka – odezwał się nieoczekiwanie Tom.

– Tak mi się przynajmniej zdaje…

Molly uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Tak, Tom mógł go pamiętać. Kiedy ostatni raz odwiedziła ranczo, była świeżo po rozwodzie, więc musiało to być przed dziesięciu laty. Babcia, już wtedy osłabiona postępującym rakiem, umarła wkrótce po tej wizycie. Dziadek poprosił wówczas Molly, aby z nim zamieszkała, a ona przez chwilę poważnie rozważała tę propozycję.

Gdyby nie zabrakło jej wtedy zdrowego rozsądku, z pewnością by na nią przystała. Przeniosłaby się do Montany, zmieniłaby pracę, może wiodłoby się jej lepiej niż w San Francisco. Niestety, jej kwalifikacje i umiejętności – biegła znajomość niemieckiego, francuskiego, prawa handlowego oraz zasad księgowania – nie były w cenie w zachodniej Montanie, gdzie niemal wszyscy zajmowali się hodowlą bydła. Molly wystraszyła się zbyt dużej zmiany i została w San Francisco.

Podczas tamtej wizyty Tom miał cztery lata, a Clay nie wyrósł jeszcze z pieluch. Czy jednak wspomnienia Toma nie ukształtowały się raczej pod wpływem opowieści matki o ranczu? Najprawdopodobniej tak właśnie było.

Leżąca u stóp strzelistych gór posiadłość była jedną z kilku rozrzuconych w dolinie rzeki Flathead. Położona malowniczo, rozmiary miała imponujące, a piękno otoczenia wprost zapierało dech w piersiach. Molly często opowiadała chłopcom o tamtych okolicach, zwłaszcza gdy nadchodził list od dziadka. Listów nie było wprawdzie wiele, zaledwie dwa czy trzy w roku, ale i te okazje wystarczyły, by w wyobraźni chłopców ukształtował się romantyczny obraz dziadka-ranczera, żyjącego gdzieś w dalekim stanie, który, choć były lata dziewięćdziesiąte XX wieku, dla chłopaków wciąż pozostawał Dzikim Zachodem.

Dziadek podtrzymywał tę rodzinną korespondencję z podziwu godnym uporem, choć pisać listów nie znosił, podobnie jak nienawidził rozmów przez telefon. A jednak czynił ten wysiłek, gdyż nie chciał stracić kontaktu z jedyną wnuczką. Każdy zaś z tych jego listów czytany był w domu Molly wiele razy i traktowany jak skarb.

Molly odpisywała sumiennie, do każdego listu dołączając zdjęcia synów. Wiedziała, że dziadek na nie czeka i że kocha mocno zarówno ją, jak i dwójkę prawnuków. Myliłby się jednak ten, kto wyobrażałby sobie go jako uroczego starszego pana, siwobrodego dziadziusia z upodobaniem snującego bajeczki dla dzieci. W rozmowie dziadek był nieprzyjemny, skąpił komplementów i czułych słówek, zrzędził. Często wydzierał się do słuchawki, jakby tylko w ten sposób można go było usłyszeć, oraz bezustannie narzekał na wysokie koszty rozmów.

Respekt budził zresztą nie tylko swoim apodyktycznym sposobem bycia, ale i postawą. Potężnie zbudowany, ze wzrostem ponad metr dziewięćdziesiąt i przeszło stu kilogramami wagi, uchodził za olbrzyma i siłacza. W czasie ostatniej wizyty na ranczu czteroletni wówczas Tom obawiał się go tak bardzo, że przez pierwszych kilka dni nie odstępował Molly na krok. Maleńki Clay z kolei krył głowę na ramieniu matki i zaczynał płakać, kiedy tylko dziadek pojawiał się w zasięgu wzroku.

– Bez przerwy wrzeszczał – mruknął zatopiony we wspomnieniach Tom.

– Pamiętasz to jeszcze? – Molly uśmiechnęła się do syna.

– Jeszcze jak!

Taki był właśnie dziadek – burkliwy, niecierpliwy, łatwo wpadający w złość. Subtelności nie miał w sobie za grosz, jednak ci, którzy dobrze znali Walta Wheatona, wiedzieli, że w piersi tego „potwora’’ bije kochające, szczere serce. Darzyli go prawdziwą miłością, choć on rzadko pozwalał komukolwiek na poufałość. Dbał za to, by wszyscy wokół dobrze wiedzieli, co myśli na dany temat, tego zaś kto ośmielił się mu sprzeciwić, nazywał idiotą albo popaprańcem – zazwyczaj w jego obecności.

Kiedy żyła jeszcze babcia Molly, temperowała nieco gwałtowną naturę męża. Jej wdzięk, poczucie humoru, delikatność łagodziły atmosferę w domu i chroniły małżeństwo Wheatonów przed zapiekłym gniewem regularnie obrażanych sąsiadów. Teraz, kiedy jej zabrakło, dziadek zdołał już zapewne zrazić do siebie wszystkich mieszkańców Sweetgrass.

Podobnie rzecz się miała z jego pracownikami, zwłasz cza zaś zarządcy mieli ciężki los. Ten, który do niej zadzwonił, oświadczył, że pracuje na farmie już od pół roku. To chyba rekord, pomyślała. Rzadko komu udało się wytrwać pod czujnym okiem Walta Wheatona tak długo. Ciekawe, dlaczego dziadek nie wspominał o nim w żadnym ze swoich ostatnich listów. A może i wspominał, ale ona przeoczyła ten fragment. Dziwne, zważywszy na to, jak często je czytała, lecz przecież nie niemożliwe.

Sam Dakota. To nazwisko brzmiało znajomo. Tak, oczywiście, było identyczne z nazwą jednego ze stanów, ale także…

Zresztą, jakie to ma znaczenie?

Wkrótce po kolacji chłopcy znaleźli się w łóżkach i bez marudzenia ułożyli się do snu. Molly była im wdzięczna – nie zniosłaby kolejnych dyskusji i sporów. Sama również się położyła, gdyż czuła zmęczenie i słabość, nie mogła jednak zasnąć. Kiedy tylko zamykała oczy, widziała przed sobą dziadka.

O północy machnęła ręką na sen i włączyła światło, po czym podeszła do biurka i przeszukała szuflady. W końcu znalazła ostatni list. Usiadła na łóżku, skrzyżowała nogi i zaczęła czytać:

Droga Molly!

Dziękują ci za zdjęcia. Chłopcy zupełnie nie przypominają nas, Wheatonów, prawda ? Trudno ich winić, że są tacy podobni do ojca. Twoje zdjęcie to inna historia. Za każdym razem, gdy na nie spoglądam, widzę moją kochaną żonę, gdy była w twoim wieku. Tyle że ona nosiła długie włosy.

Zupełnie nie rozumiem, co się powyprawiało z tymi kobietami. Obcinają włosy tak, jak gdyby chciały być mężczyznami. Na przykład Ginny Dougherty, kobieta, która ma ranczo nieopodal. Ta głupia baba myśli, że jest równie dobrym ranczerem, co mężczyzna, więc się za niego przebiera. Mogłaby być całkiem ładna, gdyby tylko zapuściła włosy i choć raz włożyła sukienkę. Ale ona nie, uparta sztuka. Jestem pewien, że jej mąż przewraca się w grobie, jeśli wie, co z siebie zrobiła.

Co do włosów, mężczyźni nie są wcale lepsi. Wszystko stoi dzisiaj na głowie, więc mężczyźni, a przynajmniej większość z nich, nosi długie włosy – jak ci hippisi w latach sześćdziesiątych. Nigdy nie myślałem, że ujrzę dorosłych mężczyzn – i to siwowłosych ramoli! – z kucykami. Albo i nawet z warkoczykami. Czy to nie Willie Nelson odpowiada za taki stan rzeczy?

To jednak, co ten czy inny popapraniec robi z włosami, to małe piwo. W Sweetgrass dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy. Nie wiadomo już, komu wierzyć. Ludzie zachowują się tak, jakby rząd był wrogiem. Nie po to brałem udział w wojnie, żeby słuchać tej głupiej paplaniny, ale w końcu oni nigdy nie podzielali moich opinii. I tak się nimi dzielę, czy chcą mnie słuchać, czy nie. Znasz mnie przecież.

Pogoda jest zmienna, chociaż zima jak na razie nie dała nam się we znaki – tylko jedna śnieżyca.

Co tam u Ciebie? Wygląda na to, że Daniel dostał w końcu to, na co zasłużył. Okradał tych biedaków z ich ciężko zarobionej gotówki! Nigdy nie mogłem zrozumieć, czemu wyszłaś za tego wygadanego cwaniaka. Od samego początku wiedziałem, że to nic dobrego. Gdybyś raczyła poprosić mnie o radę przed ślubem, zaoszczędziłabyś sobie mnóstwo kłopotów. No, ale w końcu maszswoich chłopców, więc z tego małżeństwa wyszło coś dobrego.

Jesteś moją jedyną wnuczką, Molly, i wszystkim, co mi pozostało. Wiesz o tym. Pamiętam dzień, w którym przyszłaś na świat, pamiętam, jak twój ojciec zadzwonił i powiedział, że Joan urodziła córeczkę. Twoja babcia płakała, kiedy dowiedziała się, że dali ci jej imię. Musieli coś przeczuwać, bo chociaż byłaś wtedy taka malutka, przypominałaś moją Molly, tak jak przypominasz ją dzisiaj. Była piękną kobietą, tak jak ty.

Szkoda, że twoje małżeństwo nie przypominało naszego.

Ślub z Molly był najlepszą decyzją w moim życiu. Wiesz co? Cieszę się, że pozbyłaś się tego Daniela, ale chciałbym, abyś ponownie wyszła za maż. Mam nadzieję, że pogadamy o tym przy jakiejś okazji.

Teraz chcę napisać Ci o czymś innym. Obchodziłem ostatnio siedemdziesiąte szóste urodziny i uznałem, że czas uporządkować pewne sprawy. Sporządziłem nowy testament. Podczas wizyty w miasteczku rozmawiałem z Russellem Letsonem. To tutejszy prawnik, przyjaźniłem się z jego ojcem. Lubię Russella, chociaż uważam, że wszyscy prawnicy to oszuści. Tak czy inaczej, pokazałem mu mój stary testament, pogadaliśmy trochę, a on zadał mi kilka pytań, które dały mi do myślenia.

Otóż jest parę spraw, o których powinnaś wiedzieć. Mam depozyt w banku, gdzie trzymam kilka medali z czasów wojny. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, będziesz mogła je podarować moim prawnukom. Chyba powinienem też włożyć tam ślubną obrączkę twojej babki, ale nie mogłem się na to zdobyć. Trzymam ją wciąż na szafce obok łóżka. Molly odeszła dziewięć lat temu, lecz wciąż za nią tęsknię.

Jeśli chodzi o ranczo, to zapisane jest Tobie. Żałuję, że nie przeprowadziłaś się tu po śmierci Molly, ale rozumiem, dlaczego zdecydowałaś się wrócić do Kalifornii.

Nie, nie rozumiem! Nie mam pojęcia, jak możesz oddychać tym śmierdzącym powietrzem. Widziałem San Francisco w telewizji. Cały ten smog z pewnością szkodzi chłopcom. Mam nadzieję, że po mojej śmierci spróbujesz zamieszkać w Sweetgrass. Ludzie są tu skromni i pracowici. Zyski z hodowli to już nie to, co kiedyś, ale przynajmniej da się wyjść na swoje. Dom jest solidny – mój ojciec zbudował go w 1909 roku, ale stawiał wszystko co najmniej na sto lat. Nie jest może wymyślny, ale skoro przetrwał wszystkie te lata, przetrwa i kolejne.

I to właściwie wszystko, co miałem ci do powiedzenia.

Kocham cię, moja mała Molly, i kocham tych twoich chłopaków. Jestem pewien, że o tym wiesz, chociaż nieczęsto to powtarzam.

Pamiętaj, nie przejmuj się już Danielem. Dostał to, na co zasłużył.

Dziadek

Kiedy Molly skończyła czytać, przeczytała list po raz drugi. A potem trzeci. Powoli wszystko zaczęło nabierać sensu. Przypomniała sobie słowa zarządcy i wywnioskowała, że dziadek napisał do niej jakieś dwa miesiące po wszczepieniu rozrusznika. Nie dziwiła się, że ani słowem nie wspomniał o kłopotach zdrowotnych. Wiedziała, że zrobił tak, gdyż nie chciał przysparzać jej dodatkowych zmartwień po tym, jak wybuchła afera z malwersacjami finansowymi jej męża.

Cóż, jeśli chodzi o Daniela, to dziadek miał rację – były mąż Molly zasłużył na więzienie. Jako doradca inwestycyjny regularnie przelewał na prywatne konto kwoty zgromadzone na funduszach emerytalnych swoich starszych klientów. Mówiąc inaczej – po prostu kradł, a robił to na tyle zręcznie, że odkrycie tego procederu zajęło kilku księgowym i specjalistom finansowym niemal rok.

Świadczyło to nie najgorzej o jego sprycie i intelekcie, jednak wystawiało fatalne świadectwo jego moralności. Oto Daniel okradał tych, którym miał pomagać; okłamywał kolegów, klientów, później zaś policję i prasę. Przyłapano go nawet na kłamstwie pod przysięgą. Jego proces trwał kilka tygodni, podczas których przed sądem gromadziły się tłumy wściekłych emerytów, domagających się sprawiedliwości. Niestety, nie odzyskali swoich pieniędzy. Musiała im wystarczyć satysfakcja w postaci skazania ich krzywdziciela na dwadzieścia lat.

Molly była tak przygnębiona tym wszystkim, że nie zwróciła uwagi na niektóre fragmenty listu od dziadka. Czytała jego słowa, gdyż niosły jej pociechę, była mu wdzięczna za okazane wsparcie. Skupiła się na sprawie Daniela tak bardzo, że nie zaalarmowały jej słowa dziadka na temat testamentu i chęci uporządkowania spraw. Dopiero teraz zrozumiała, że tym listem Walt Wheaton przygotowywał się na śmierć. Musiał zdawać sobie sprawę, że nie zostało mu wiele czasu.

Kiedy wcześniej mówił jej, że ją kocha? Chyba jedynie w dniu pogrzebu babci. Molly nie wątpiła w jego miłość, wiedziała wszakże, że dziadek rzadko ujawnia swoje uczucia i nie miała nawet do niego pretensji, że jest oschły i powściągliwy. W liście zaś napisał: „Kocham Cię’’. Mało tego, sugerował, że wnuczka powinna ponownie wyjść za mąż, życzył jej szczęścia. Ten temat przewijał się wprawdzie przez jego korespondencję od jej rozwodu, tym razem jednak Molly wyczuła w prostych słowach dziadka szczególną troskę – troskę człowieka, który wie, że o pewnych sprawach ma być może szansę mówić po raz ostatni.

Wyjść za mąż…

Na samą myśl o kolejnym związku Molly czuła nieprzyjemny dreszcz. Zaliczyła już jedno małżeństwo i nie miała zamiaru ponownie wplątywać się w kłopoty.

Westchnęła, ostrożnie włożyła list do koperty i położyła się, nie oczekując wcale na sen. Musiała jednak przysnąć, gdyż następnym dźwiękiem, jaki usłyszała, był dzwonek budzika. Gdy zaś podniosła ciężkie od niewyspania powieki, spostrzegła, że wciąż trzyma w dłoni ostatni list od dziadka. Teraz wiedziała już, co powinna zrobić.

Niewielki pokój nauczycielski przy gabinecie dyrektora szkoły był ostatnim miejscem, w jakim Tom pragnął się znaleźć. W pomieszczeniu, zwanym przez uczniów aresztem, panował chłód nawet w najgorętsze dni lata, a wypełniający go nieprzyjemny zapach kojarzył się z gabinetem dentystycznym.

Koło Toma siedział Eddie Ries, kolega z klasy. Obydwaj czekali na rodziców, których postanowił wezwać dyrektor, i obydwaj mieli miny zbuntowanych skazańców. Matka Eddiego podobno była już w drodze do szkoły. Kiedy pojawi się jego matka, Tom nie miał pojęcia. Wiedział za to, że z pewnością nie będzie zachwycona kolejnym zapisem na liście szkolnych kar jej syna.

Zawieszony na trzy dni.

O rany, to ci dopiero kara! Czas spędzony z dala od szkoły będzie dla niego słodką nagrodą! Tom nie znosił szkoły, podobnie jak nienawidził rzeczy i spraw, na które nie miał wpływu i których nie był w stanie zmienić.

Nienawidził też ojca; ojca, za którego musiał wstydzić. Odkąd tylko kumple i nauczyciele dowiedzieli się, że jest synem tego faceta z gazet, który ogolił z forsy całą armię staruszków, świecił za starego oczami, choć przecież to nie on był przestępcą i złodziejem. Mówiąc krótko, Tom był wściekły. Dosyć miał bezradności i frustracji – i dlatego właśnie zrobił to, co zrobił.

Nie przyjaźnił się z Eddiem. Nawet go nie lubił. Eddie wciąż szukał kłopotów i zgrywał ważniaka. Inni też uważali go za nie wiadomo kogo. Jedyne, co łączyło go z tym kolesiem, to fakt że Eddie również czuł się nieprzystosowany do szkolnego systemu – bezmyślnej dyscypliny, lizusostwa, faworyzowania synalków bogatych tatusiów. Tom od jakiegoś czasu czuł, że tu nie pasuje; Eddie czuł to od dawna. Może dlatego wpadli razem na ten idiotyczny pomysł?

No więc dobrze, zawieszą go. Ani myśli płakać. Szkoda tylko, że mama się zmartwi. I tak miała dość kłopotów. Najpierw ojciec, potem choroba dziadka. Udawała przed nimi, że się nie przejmuje, ale przecież Tom widział, jak bardzo jest tym wszystkim przygnębiona. Podczas kolacji prawie się nie odzywała, niewiele jadła, w nocy chyba płakała, bo miała rano takie czerwone oczy…

Owszem, on też nie miał apetytu. Nie mógł przestać myśleć o dziadku, choć przecież prawie go nie znał i nie był pewien, czy w ogóle go pamięta. Clayowi mówił, że tak, ponieważ jako starszy brat powinien pamiętać. Ale tak naprawdę nie był w stanie przypomnieć sobie twarzy tego człowieka.

Wiedział, że dziadek o nich pamięta. Na trzynaste, a może czternaste urodziny Tom dostał od niego list z czekiem na dwadzieścia dolarów. Wcześniej dziadek wysyłał pieniądze mamie, a ona od razu szła do sklepu i coś im kupowała. Ostatnio jednak przyszedł czek wypisany na Toma. Tom pamiętał, jak się wówczas poczuł – jak dorosły mężczyzna, którego można obdarzyć zaufaniem.

Sam dziadek zresztą napisał, że chłopiec w jego wieku powinien już wiedzieć, czego chce, i umieć kupić sobie to coś. Od nikogo wcześniej Tom nie usłyszał podobnych słów i dlatego właśnie uważał, że coś od niego dziadkowi się należy, zwłaszcza teraz, kiedy dziadek podobno zachorował. W końcu prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Żeby tylko udało im się wyjechać. Może mama coś wykombinuje? Tom najbardziej się wściekał, kiedy widział zmartwienie w jej oczach i nie był w stanie jej pomóc. Szedł wtedy do swojego pokoju, zakładał na uszy słuchawki i włączał muzykę tak głośno, że rozsadzała mu głowę. To pomagało. Przez jakiś mógł nie myśleć o tym cholernym świecie.

Mama myślała, że to od niej chce uciec, że przed nią chce się odgrodzić ścianą gitarowych dźwięków. Ale on ją kochał i naprawdę chciał jej pomóc. Kiedy był trochę młodszy, marzył, że zostanie czarodziejem i jednym machnięciem różdżki zniszczy wszystkie złe rzeczy, które przytrafiły się w jej życiu. Choć teraz nie był już taki naiwny, wciąż czasami sobie to wyobrażał – lekkie skinienie dłonią i znikają wszystkie kłopoty.

Drzwi do pomieszczenia otworzyły się nagle. Tom odruchowo wyprostował się na krześle i podniósł wzrok. W progu stanęła jego matka.

Zmrużył powieki. Zastanawiał się, czy powinien się do niej uśmiechnąć, ale jej wzrok go onieśmielił. Nie wyglądała na zadowoloną z powodu nagłej wizyty w jego szkole.

– Po co to zrobiłeś, Tom? – zapytała przez zaciśnięte zęby i oparła ręce na biodrach. – Wyjaśnij mi, w jakim celu namalowałeś znaki gangu w sali gimnastycznej?

– Na sali gimnastycznej – poprawił ją i natychmiast spuścił wzrok. – Nie w środku, tylko na zewnątrz.

– Myślisz, że ma to dla mnie jakieś znaczenie? – zapytała ostrym tonem, a on wiedział już, że trzydniowe zawieszenie w prawach ucznia to betka w porównaniu z tym, co czeka go w domu.

Zza pleców matki do gabinetu wsunął się dyrektor. Na pucołowatej twarzy miał uśmieszek zadowolenia, jakby cieszyło go to, że jest świadkiem tej przykrej sceny. Zazwyczaj człowiek ten nie wzbudzał w Tomie żywszych uczuć, teraz jednak Tom uznał, że go nie lubi – właśnie za ten uśmieszek, który sugerował, że dyrektor cieszy się na myśl o czekających ucznia kłopotach.

– Jak już wyjaśniałem, pani Cogan – odezwał się – w tej szkole nie tolerujemy żadnych gangów. Osobiście nie sądzę, żeby Tom należał do któregoś z nich, ale wiem, jak łatwo demoralizuje się dzisiejsza młodzież. Do tej pory wierzyłem, że pani syn ma wystarczająco dużo rozumu, żeby trzymać się z daleka od tych młodocianych przestępców, lecz po dzisiejszym dniu nie jestem już tego taki pewien.

– Dziękuję za wyjaśnienia, panie Boone – odparła krótko matka. – A ty zbieraj się – spojrzała na Toma – jedziemy do domu.

Tom ochoczo poderwał się z krzesła. Chciał jak najszybciej opuścić to okropne miejsce. Złapał marynarkę i wyszedł za matką na boisko.

– Ze wszystkich bezmyślnych rzeczy, których się dopuściłeś, ta jest najbardziej idiotyczna – mówiła, kiedy szedł za nią w stronę parkingu. – Co chciałeś pokazać? Co udowodnić? Że ich popierasz? Że jesteś jednym z nich? Przecież sam mówiłeś kiedyś, że to zakompleksione głąby…

Matka szła tak szybko, że z trudem za nią nadążał. Nie odpowiadał na jej pytania. Cóż mógłby odpowiedzieć, skoro sam nie wiedział, co go podkusiło? To było jak odruch, chciał wkurzyć profesorów, sprowokować paru kumpli, tych lalusiów z dobrych domów, chciał sprawić, żeby się go bali. Tylko po co?

Kiedy ruszyli z piskiem opon, Tom aż uderzył plecami o oparcie fotela. Zaraz potem matka nie dostrzegła czerwonego światła przed skrzyżowaniem i wjechała na nie, omal nie zderzając się z innym samochodem.

– Mamo! – wrzasnął Tom. – Uważaj! To kiepski pomysł, żebyś prowadziła, kiedy jesteś wściekła – dodał, gdy udało im się szczęśliwie przejechać na drugą stronę.

– Wściekła to mało powiedziane.

– Dobrze, popełniłem błąd.

– Błąd? Tylko tyle, Tom?

– O rany, wiesz przecież, że nie jestem członkiem żadnego gangu!

– Wiem? – Rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie. – To czemu namalowałeś te znaki?

– Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami. – Dla hecy.

– W takim razie sam odmalujesz tę ścianę. Dla hecy.

– Nie ja jeden ją pomazałem!

– Nie szkodzi. Ale ty pójdziesz jutro do szkoły i zamalujesz wszystkie znaki i napisy.

– A Eddie?

– Nie mogę mu niczego rozkazać. Jestem twoją matką i tobie mogę wydawać polecenia.

Toma korciło, by odpowiedzieć jej jakimś złośliwym: „Czyżby?’’ albo „Akurat!’’, uznał jednak, że nie czas teraz na tego rodzaju dyskusje. Ostatecznie stać go na to, by nie wkurzać matki jeszcze bardziej.

– Jest jeden problem, mamo – odezwał się tylko. – Według słów pana Boone’a, przez trzy kolejne dni nie wolno mi przebywać na terenie szkoły.

– Nie martw się. Już z nim o tym rozmawiałam. Pan Boone jest gotów zrobić dla ciebie wyjątek.

– Nie chcę! To niesprawiedliwe! Czemu to ja mam wracać i malować całą ścianę? Eddie też powinien przyjść.

– Powiedziałam już, że karą dla Eddiego zajmą się jego rodzice.

Tom potrząsnął głową ze złością. Wiedział, że Eddie będzie miał święty spokój. Jego matka piła dzień w dzień i nie w głowie jej było wychowanie syna. O ojcu zaś Eddie nie miał zielonego pojęcia – ani gdzie jest, ani kiedy wróci.

– Czy mogę pomalować ścianę po zawieszeniu? – zapytał. – Na przykład podczas weekendu.

Tak by było najlepiej, pomyślał. Niezbyt pociągało go malowanie sali gimnastycznej na oczach nabijających się z niego uczniów.

Jednak matka był nieprzejednana.

– Nie – padła zwięzła odpowiedź.

– Dlaczego nie? – Tom zacisnął pięści.

– Bo podczas weekendu będziesz mi potrzebny.

– Do czego?

– Do pakowania. Spojrzał na nią zaskoczony.

– Wybieramy się gdzieś?

– Do Montany.

– Naprawdę? – Tom omal nie podskoczył z podniecenia. To była dobra wiadomość, lepsza niż się spodziewał. – Jedziemy odwiedzić dziadka?

Matka nie odpowiedziała od razu. Jej dłonie zacisnęły się na kierownicy, ona sama westchnęła cicho, potem zaś odparła, nie odrywając wzroku od drogi:

– Niezupełnie. Właśnie złożyłam wymówienie. Przenosimy się tam na stałe.

ROZDZIAŁ DRUGI

Sam Dakota zerwał się gwałtownie, przebudzony z głębokiego snu. Jego serce łomotało tak szybko, jak gdyby chciało wyrwać się z piersi. Oddychał ciężko, usiłując nabrać powietrza w płuca, wciąż jednak czuł dławienie w gardle i paraliżującą duszność.

Ten sen budził go od lat. Gdy go nawiedzał, Sam czuł wszechogarniającą panikę, zwierzęcy strach, wrażenie bezsilności i bezradności tak żywe, jak tego pierwszego dnia, gdy zamknęła się za nim stalowa brama więzienia. Głuchy szczęk zamka, przeciągły jęk zawiasów – te dźwięki wciąż wibrowały w jego uszach, choć przecież już od dwóch lat Sam cieszył się upragnioną wolnością.

Cieszył się? Nie, dręczące wspomnienia nadal wdzierały się do jego snów, nadal upokarzały go i uprzytomniały, że jest chodzącą przegraną. Na szczęście odkąd zaczął pracować u starego Wheatona, koszmary nie powracały już tak często.

Zamknął oczy i położył głowę na miękkiej poduszce.

To już przeszłość, powtórzył sobie kilka razy w myślach. W przeszłość odeszło więzienie i całe poprzednie życie. Kiedyś był gwiazdą, zdobywał wszystko, czego pragnął. Flirtował ze sławą, flirtował z kobietami. Miał grupę wielbicielek, które jeździły za nim, nie opuszczając żadnego występu. Szalały za nim, dopingowały go, piły z nim i spały, kiedy tylko zgodził się wziąć którąś do łóżka. Ba, bywało i tak, że się o niego biły!

Teraz i one odeszły, tak jak odeszło wszystko, co kiedyś wydawało się ważne. Wystarczyła chwila, jedno zdarzenie podczas zawodów w Vegas, by stał się innym człowiekiem. Podobno każdy, kto stanie oko w oko ze śmiercią, nie umie żyć dalej tak, jak żył dotychczas.

Cóż, było, minęło… Srebrna sprzączka od pasa, na której wyryto, że jest najlepszym spośród najlepszych jeźdźców rodeo w całej Ameryce, poszła w zastaw, aby ratować ranczo starego. Teraz Sam trzymał się z dala od kłopotów i pilnował własnego nosa.

Nie lubił wspominać dawnych czasów. Karierę zakończył definitywnie. Lekarze ostrzegali przed ryzykiem, jakie niosły dalsze występy. Kolejny upadek, podobny do tego sprzed sześciu lat, mógł uczynić go kaleką albo nawet pozbawić życia. I tak niemal zbankrutował, opłacając kolejnych lekarzy w kolejnych szpitalach.

Przez pewien czas po wypadku otaczali go przyjaciele, odeszli jednak szybko, zrażeni jego złością, frustracją i rozgoryczeniem. To fakt, był nieznośny dla otoczenia. Nawet najbliższej rodzinie brakowało cierpliwości do popadającego w coraz głębszą depresję rekonwalescenta. Może to zresztą i lepiej – nie wiedzieli przynajmniej, co się z nim stało i gdzie trafił, jemu zaś duma nie pozwoliła przyznać, że wdał się w bójkę i wylądował w więzieniu stanowym za brutalne pobicie. Teraz, po dwóch latach milczenia, nie chciało mu się spowiadać przed nimi ze swoich grzechów, toteż zaszył się w Montanie i coraz rzadziej myślał i o rodzinie, i o przeszłości.

Długo szukał swojego miejsca. Zanim wylądował na ranczu Wheatona, przemierzył cztery stany nieszczęśliwy, biedny i zły jak diabli. Wreszcie trafił do Sweetgrass i póki co nie zamierzał się stąd ruszać.

Przede wszystkim z powodu Walta, jego szefa. Walt był gburowaty i wymagający niczym kapral w austriackiej armii, ale Sam podziwiał go za odwagę, upór i determinację. No i za serce, dobre serce, które teraz zaczęło niedomagać.

Ich drogi zeszły się przypadkiem. Wystarczyło, że Sam pojawił się w tym ukrytym między wzgórzami miasteczku, a już napytał sobie kłopotów. Cholera, naprawdę nigdy ich nie szukał – to one zawsze go znajdowały. Tym razem chciał tylko pomóc pewnej damie, którą napastował jakiś pijak. Traf chciał, że pijak był przyjacielem szeryfa, toteż Sam prędko trafił przed surowe oblicze miejscowego reprezentanta prawa. Szeryf szybko się dowiedział o więziennej przeszłości Sama i natychmiast go zaaresztował, oskarżając o zakłócanie spokoju. Natrętny pijak oczywiście odszedł wolno.

Potem zaś, z powodów, których Sam do dzisiaj nie rozumiał, w biurze szeryfa pojawił się Walt Wheaton, zapłacił grzywnę i zaproponował uwolnionemu nieznajomemu pracę.

Sam potrafił poradzić sobie ze wszystkim – bólem, rozczarowaniem, biedą. Nie przywykł jednak do tego, że ktoś może okazać mu życzliwość. Wprawiało go to w zakłopotanie, niepokoiło, budziło podejrzliwość. Nigdy w podobnych sytuacjach nie wierzył w cudzą bezinteresowność, więc i teraz powiedział sobie, że ma jakiś dług do spłacenia i że go spłaci. Prawdę powiedziawszy, tylko dlatego przyjął posadę zarządcy na ranczu Złamana Strzała.

Pensja, którą mu zaproponowano, nie była wysoka. Domek na terenie rancza, w którym Sam miał zamieszkać, nadawał się do mieszkania, jednak luksusów w nim nie było.

Nietrudno było odgadnąć, że Walt cienko przędzie, a jego Złamana Strzała jest w opłakanym stanie. Jakby tego było mało, gdy tylko Sam zaczął pracę, nastąpiła seria tajemniczych i pozornie niepowiązanych ze sobą zdarzeń, które uszczupliły i tak już wątłe zasoby finansowe jego pracodawcy. Niby nie było to nic poważnego – ot, głupie kawały i akty wandalizmu – jednak nieźle dawały im się we znaki.

Walt był wymagającym, lecz rozsądnym szefem. Pod jego czujnym okiem Sam harował ciężko jak wół, miał jednak satysfakcję, kiedy widział, jak na podupadłym ranczu wraca porządek. Radość sprawiało mu też wyraźne zadowolenie, które widział co wieczór w przygaszonych dotychczas oczach staruszka.

Po kilku tygodniach pracy Walt zaprosił go któregoś wieczora na kolację. Wtedy to właśnie Sam po raz pierwszy ujrzał fotografię wnuczki szefa, Molly. Zdjęcie stało na telewizorze, oprawione w złote ramki. Kobieta obejmowała na nim dwóch synów, z których młodszy uśmiechał się do niej promiennie, a starszy krzywił twarz do obiektywu. Ona sama miała rozpuszczone, rozwiane lekko na wietrze włosy i łagodny, jakby nieśmiały uśmiech, który zdawał się pytać: „Czy mam prawo do szczęścia?’.’

Jednak największe wrażenie zrobiły na Samie jej oczy. Nigdy dotąd nie widział równie intensywnego błękitu. Pomyślał zrazu, że Molly nosi barwiące szkła kontaktowe, lecz drugie zdjęcie, na którym Walt przygarniał do siebie żonę, również o imieniu Molly, przekonały go, że kolor ten jest wyłącznie dziełem natury. Oto oczy babci miały identyczny odcień, co oczy wnuczki, a włosy obu pań były podobnie zwiewne i lśniące.

Sam nie wiedział, dlaczego utkwiło mu w pamięci to zdjęcie. Wnuczka Walta była ładna, ale zarazem dosyć zwyczajna. Może i atrakcyjna, lecz na pewno nie piękna. Znał mnóstwo pięknych kobiet i wiedział, że przy niejednej z nich Molly mogłaby nabawić się kompleksów, a jednak to właśnie ona zdawała mu się intrygująca i warta bliższego poznania.

Kiedy po raz pierwszy usłyszał przez telefon jej głos, był nieco zawiedziony. Ale tylko z początku, bowiem później nie miał już ochoty na szybkie omówienie sprawy i zakończenie rozmowy. Ten głos powracał do niego w kolejnych dniach, łączył się z obrazem zapamiętanym ze zdjęcia. Molly ożywała w jego wyobraźni, a wówczas Sam ze zdumieniem odkrywał, że układa w myślach scenariusze z jej udziałem.

Oczywiście nietrudno było zgadnąć, dlaczego tak się dzieje. Sam za długo trwał w celibacie. Powtarzał sobie, że któregoś piątkowego wieczoru powinien pojechać do miasta i pozwolić, aby jakaś młoda ślicznotka zabrała go do domu, nie mógł jednak wykrzesać w sobie entuzjazmu niezbędnego do tego rodzaju przygód.

W dawnych czasach nie miałby z tym problemów. Kiedyś lubił krótkie przygody – szedł z kobietą do łóżka i nie dbał o to, czy zna lub pamięta jej imię. Teraz był od tego daleki i to nie tylko z uwagi na AIDS. Owszem, mówił sobie, że gdyby chciał doprowadzić do własnej zagłady, wolałby to zrobić na grzbiecie szalejącego byka niż na materacu, z kobietą bez twarzy, która spała przed nim z tym czy innym nosicielem. Gdyby zaś nawet miał tę pewność, że nie spała, że seks jest bezpieczny, że ona go pragnie i chce mu dać na jedną noc swe piękne ciało – to nie, po prostu nie.

Po tamtej pierwszej kolacji Sam i Walt zaczęli wspólnie jadać posiłki. Starszy pan bezustannie bombardował zarządcę pytaniami, lecz Sam odpowiadał jedynie na niektóre z nich. Walt polegał na nim, wierzył mu, a on nie zamierzał budzić swoją przeszłością żadnych podejrzeń, tak jak nie zamierzał nigdy zawieść jego zaufania.

Podczas tych wszystkich lat Sam sporo dowiedział się o sobie – przede wszystkim zaś, że potrafi przetrwać. Los znowu mógł dać mu w kość, ale tym razem był na to przygotowany. Musiał mieć tylko pewność, że nie przywiąże się nigdy do nikogo ani do niczego. Kiedyś przywiązał się do fortuny i sławy – i omal nie przypłacił tego życiem, kiedy okazało się, że w jednej chwili stracił wszystko, co posiadał. Gdyby i teraz na czymś mu zależało, byłby bezbronny wobec kaprysów losu, jak wtedy. Wmówił więc sobie, że im mniej ma, tym bardziej jest wolny, silny i niezależny, i konsekwentnie stosował się do tej zasady.

I tylko czasem łapał się na nierozsądnych myślach i marzeniach, jak te o Molly albo jej dziadku, do którego nadmiernie się przywiązał i którego trudno by mu było opuścić.

Stojący przy łóżku budzik rozdzwonił się nagle, nie bacząc na to, że Sam od dawna już nie śpi i wpatruje się w sufit nieruchomym wzrokiem. Sam uciszył go ruchem ręki, po czym wygramolił się z łóżka, przeszedł do kuchni i nastawił wodę na kawę. Sięgnął po ubranie i wyjrzał z westchnieniem przez okno – słońce wyjrzało już zza gór, barwiąc niebo różowymi i złocistymi wstęgami. Uśmiech nął się do siebie na ten widok, a potem wyszedł z domu, by sprawdzić przed pracą, jak czuje się Walt.

Od jakiegoś czasu robił to każdego ranka, spodziewając się podświadomie, że może znaleźć staruszka pogrążonego w wiecznym śnie. Nie oczekiwał tej chwili, ale pamiętał, jak stary ranczer mówił mu, że jego koniec jest bliski: „Miałem szczęśliwe życie – powtarzał – i niewielu rzeczy w nim żałuję. Kiedy przyjdzie mój czas, po prostu umrę. A czas już nadchodzi…’’.

Kiedy dotarł do werandy na tyłach domu, ujrzał, że w kuchni pali się światło. Zdziwił się. Walt rzadko wstawał tak wcześnie. Oszczędzając słabe serce, połowę dnia spędzał na drzemce.

– Kawa gotowa – powitał go Walt, kiedy Sam zjawił się w kuchni. Wydawał się dzisiaj nieco bardziej żwawy, co przyjemnie kontrastowało ze zwyczajną u niego powolnością i milkliwością.

– Dziękuję, już wypiłem filiżankę.

– Aha. To nic, siadaj. – Walt zaprosił go gestem do stołu. – Wczoraj wieczorem dzwoniła Molly. – Uśmiechnął się szeroko. – Wygląda na to, że w końcu poznasz ją i jej chłopców.

– Zamierza przyjechać? – spytał ostrożnie Sam, mając nadzieję, że wnuczka nie wspomniała dziadkowi o telefonie sprzed kilku dni. Walta zirytowałaby ta nadmierna, jego zdaniem, troska o jego osobę. – Na jak długo?

– Jest lepiej niż myślisz. – Walt ujął w drżące dłonie kubek z parującą kawą. Jego oczy lśniły ze szczęścia.

– Nie rozumiem…

– Ona przyjeżdża na zawsze – wyjaśnił Walt. – W końcu nabrała rozumu, sprzedała, co mogła, a resztę spakowała i przyjeżdża. Będzie za niecałe dwa tygodnie.

Sam powoli usiadł na krześle. Oparł dłonie na zniszczonym, sosnowym blacie i przez chwilę rozważał słowa starego.

– Ranczo należy do niej – Walt wtrącił się w jego myśli. – Prócz niej nie został w rodzinie nikt inny. Mam nadzieję, że zdoła tu przetrwać, kiedy mnie zabraknie na świecie.

Sam od początku wiedział, że po śmierci Walta Złamaną Strzałę odziedziczy jego wnuczka. Niby był przygotowany na taką ewentualność, jednak teraz, na wieść o tym, że Molly przyjeżdża do Montany na stałe, poczuł się niezbyt pewnie.

Nie wiedział dlaczego. Przecież nie powinien się obawiać utraty posady. Skoro miał się do niczego nie przywiązywać, to jaka różnica, gdzie będzie mieszkał i pracował? Jeśli Molly nie zechce go zatrudniać, to trudno, odejdzie i znajdzie sobie inne zajęcie.

Owszem, wcześniej zdarzało mu się pomyśleć, że mógłby zostać w Montanie na stałe. Zastanawiał się nad utworzeniem spółki, w której on zarządzałby gospodarstwem i dzielił się zyskami z właścicielem, niezależnie od tego czy miałby to być Walt, czy jego wnuczka. Dopilnowałby, żeby układ był korzystny dla obu stron, a gdyby udało mu się zaoszczędzić trochę pieniędzy, to może w dalekiej przyszłości wykupiłby nawet od Molly całe ranczo.

– Nic nie powiesz? – zapytał Walt.

– A co mam powiedzieć? – Sam wzruszył ramionami.

Walt popatrzył na niego uważnie, a potem roześmiał się przerywanym kaszlem śmiechem.

– Co cię tak śmieszy?

– Ty – odparł Walt i nagle spoważniał.

– Niby dlaczego?

– Jeszcze się przekonasz. Poczekaj, aż ją zobaczysz. Jeśli wciąż przypomina swoją babkę, a jest do niej podobna, możesz mi wierzyć, to będziesz tu ganiał z wywieszonym jęzorem. To zdjęcie na telewizorze nie jest najlepsze, w rzeczywistości Molly jest dużo piękniejsza.

– Dlaczego mi o tym mówisz?

– Powiedziałem już, że sam się wkrótce przekonasz.

– Tylko sobie nic nie myśl – ostrzegł go żartobliwie Sam.

– Czego mam sobie nie myśleć?

– O mnie i swojej wnuczce.

– Chciałbyś!

Sam nie zamierzał być nieuprzejmy, ale zdecydowanie nie podobał mu się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa.

– Posłuchaj, Walt. Jeśli uważasz, że mam wobec niej jakieś zamiary, to się mylisz – powiedział spokojnie. – Nie zakochuję się w pięknościach z fotografii.

Walt zmrużył oczy i wbił w Sama uporczywe spojrzenie.

– Nawet gdybyś się zakochał – odparł – to wątpię, żeby Molly na ciebie poleciała.

– Ja też wątpię – przytaknął zgodnie Sam. A potem zdjął szybko kapelusz z wieszaka i wyszedł z kuchni.

Słońce wyjrzało wreszcie zza horyzontu i rozświetliło różowym blaskiem górzysty pejzaż. Molly obrzuciła szybkim spojrzeniem Toma, który siedział w milczeniu na fotelu obok niej, cały czas trzymając ręce skrzyżowane na piersiach. Całą swoją postawą zdawał się mówić, że nic nie jest w stanie zrekompensować mu krzywdy, jaką była rozłąka z kolegami ze szkolnej klasy.

Za to Clay zupełnie nie mógł się uspokoić. Wciąż kręcił się na tylnym siedzeniu, niecierpliwie wyglądał przez okno i raz po raz zadawał pytania.

Samochód oraz doczepiona doń przyczepa wypełnione były po brzegi wszystkim, czego Molly dorobiła się w ciągu trzydziestu czterech lat życia, toteż cały ten konwój posuwał się wyjątkowo powoli. Mimo to Molly miała nadzieję, że jazda będzie przyjemna dla całej trójki i że pozostawi po sobie dobre wspomnienia.

Cóż, skoro zeszły rok nie pozostawił po sobie dobrych wspomnień, może ten okaże się lepszy. Oto mieli zacząć wszystko od początku, zamieszkać w nowym domu, poznać nowe życie. Niewielu ludziom dana jest taka okazja.

– Już dojeżdżamy? – zapytał znowu Clay.

– O rany, Clay, nawet nie wyjechaliśmy z Kalifornii – jęknął Tom.

– Naprawdę?

– Naprawdę, synku – przytaknęła Molly.

Clay zmartwił się na te słowa.

– No to ile jeszcze będziemy jechać? – zapytał.

– Kilka dni – odparł ponuro Tom. – Co najmniej…

Molly oparła się pokusie uszczypnięcia syna. Od samego początku stosunek Toma do przeprowadzki był sceptyczny. Jej syn miał ochotę na wizytę w Montanie, co nie znaczy wszakże, że zamierzał zostawić szkolnych przyjaciół i zostać na jakimś zapyziałym ranczu na zawsze. Kiedy zapowiedziała mu, że sama podjęła decyzję i nie będzie tolerować żadnych dyskusji, obraził się, zaciął, a od początku podróży – czyli od paru godzin – wypowiedział zaledwie kilka słów.

Oczywiście, wiedziała, że Tom wciąż ma jej za złe to, że kazała mu odmalować pomazaną ścianę sali gimnastycznej. Wiedziała również, że powinna być bardziej ostrożna i nie ryzykować decyzji, które mogłyby go sprowokować do wypowiedzenia jej posłuszeństwa i osta tecznego buntu. Póki co Tom się jej słuchał, jednak na samą myśl, że mogłaby stracić autorytet, a on przystąpiłby do gangu młodocianych przestępców, cierpła jej skóra.

Na szczęście w Sweetgrass nie było żadnych gangów. Ludzie koncentrowali się tam na ciężkiej pracy, nie będzie więc musiała martwić się o złe wpływy wielkiego miasta.

– Opowiadałam już wam o Złamanej Strzale? – zapytała w celu rozpoczęcia rozmowy. Jeśli ona będzie okazywała pozytywny stosunek do tego wyjazdu, być może i Tom zacznie myśleć w podobny sposób.

– Chyba z tysiąc razy – mruknął jej syn i wbił spojrzenie w boczną szybę.

– Są tam konie… – ciągnęła nie zrażona Molly.

– Ile? – zapytał Tom i ziewnął ostentacyjnie.

– Mamo, a co z moim świadectwem? – zapytał Clay, nie pozwalając jej odpowiedzieć.

– Szkoła obiecała, że przyśle je pocztą – odparła. – Przecież już o to pytałeś.

– Wiem… ale zapomniałem. Fajnie, że mogliśmy opuścić ostatnie dwa tygodnie, co nie, Tom?

– Pozwolono wam tylko dlatego, że obiecałam, iż zaliczycie wcześniej wszystkie przedmioty – przypomniała im Molly. Wolała nie czekać z przeprowadzką nawet dwa tygodnie. Zważywszy stan zdrowia dziadka, liczył się każdy dzień.

– Mogłaś chociaż zapytać, czy chcemy się przeprowadzać. – Tom popatrzył z wyrzutem na matkę.

– Masz rację – przyznała niechętnie. – Powinnam była to zrobić.

– I co?

– I nie zapytałam. Uznałam, że skoro dziadek nas potrzebuje, to nie możemy go zawieść.

– Zabrałaś nas od przyjaciół.

– Których? Takich jak Eddie Ries?

No właśnie, poza chorobą dziadka to także był jeden z powodów, który zaważył na jej decyzji. Molly doskonale zdawała sobie sprawę, że Tom potrzebuje innego towarzystwa. Martwiła się o niego, niepokoiła, pytała się w rozpaczy i desperacji, co stało się z tym miłym, zawsze chętnym do pomocy chłopcem, którym był kiedyś Tom. Przemiana, która w nim zaszła, dokonała się niemal w ciągu jednej nocy. Pogodny niegdyś Tom zrobił się nagle ponury, kapryśny, niegrzeczny.

Z początku pomyślała, że syn sięgnął po narkotyki. Tak ją to wystraszyło, że od razu zadzwoniła do telefonu zaufania, gdzie wyjaśniono jej, że najlepszym sposobem sprawdzenia, czy dziecko się narkotyzuje, jest regularne przeszukiwanie jego plecaka lub pokoju. „Dzieci są mistrzami – tłumaczono jej – w stwarzaniu pozorów i przekonywaniu najbliższych o swojej niewinności. Rodzice zaś, zamiast martwić się, czy dziecko nie popadło w nałóg, wolą mu wierzyć. Tylko czysta prawda, nagi fakt posiadania działki takiego czy innego środka odurzającego może otworzyć im oczy; tylko wtedy uwierzą, że ich niewinny synek czy córka padli ofiarą narkotykowych naganiaczy’’.

Molly przeszukała więc pokój Toma – na szczęście niczego nie znajdując. Zgodnie z radą fachowców zaczęła też zwracać baczniejszą uwagę na to, z kim przyjaźni się jej syn. Do zeszłej jesieni kompanami Toma były porządne i miłe dzieciaki z dobrych domów. Dopiero po zamieszaniu z ojcem Tom zaczął włóczyć się z Eddiem Riesem.

– Czy dziadek nauczy mnie jeździć konno? – zapytał nagle Clay.

– Pewnie nie – powiedziała Molly ze smutkiem. – Pamiętaj, że dziadek nie najlepiej się czuje. Nie sądzę, aby jeszcze jeździł konno.

– No to będzie beznadziejnie – stwierdził Clay i rozpłaszczył nos na oknie.

Zirytowana Molly potrząsnęła głową z oburzeniem.

– Co się z wami dzieje, na litość boską? – zapytała. – Odkąd wyjechaliśmy z San Francisco, nic tylko marudzicie!

– Bo nie mamy w Montanie żadnych przyjaciół – odpowiedział Tom.

– No to ich znajdziecie. Przecież nigdy nie mieliście kłopotów z nawiązywaniem znajomości. Dzieciaki w Montanie na pewno zechcą dowiedzieć się czegoś o życiu w wielkim mieście. Będziecie bohaterami!

– Akurat…

– Chcecie, opowiem wam o ranczu?

– Tak! – wykrzyknął entuzjastycznie Clay.

– Ja nie jestem zainteresowany – odburknął Tom.

– No to opowiadam – orzekła. – Jeden do jednego, lecz mój głos przeważa szalę.

– To niesprawiedliwe! – wrzasnął Tom.

– Jak nie chcesz słuchać, to zatkaj uszy – poradził mu brat.

Tom mruknął coś w odpowiedzi i odwrócił wzrok, przybierając minę męczennika, Molly natomiast wzięła oddech i zaczęła mówić:

– Początkowo Złamana Strzała liczyła ponad piętnaście tysięcy akrów. Teraz zostało dwa i pół tysiąca…

– Dlaczego właściwie to ranczo nazywa się Złamana Strzała? – Clay nie pozwolił jej powiedzieć więcej.

– Bo znaleźli na nim złamaną strzałę, baranie – włączył się Tom. Hm, czyżby jednak jej słuchał?

– Mamo, on mnie przezywa!

– Nie rób tego, Tom.

– Ale to przecież prawda.

– Tom!

– No co, może nie znaleźli na nim złamanej strzały?

– Owszem, ale to nie powód, żeby obrażać brata. Doskonale pamiętam, że sam zadałeś kiedyś to samo pytanie.

– Tak, ale ja byłem wtedy dzieckiem.

– Miałeś dokładnie tyle lat, co Clay.

– Mamo, a kim jest zarządca, który pracuje u dziadka? – dopytywał się Clay, najwyraźniej zapomniawszy już o doznanej zniewadze.

Zarządca? Molly niewiele miała synowi do powiedzenia na ten temat. Znała tylko nazwisko – Sam Dakota – oraz domyślała się, że człowiek ten jest dość silnie związany z dziadkiem, skoro stać go było na odnalezienie jej telefonu i powiadomienie o fatalnym stanie zdrowia swojego pracodawcy. Poza tym nie wiedziała nic.

Owszem, w ciągu ostatnich dwóch tygodni wiele razy myślała o krótkiej rozmowie telefonicznej, którą z nim odbyła. Miała wrażenie, że w jej trakcie umknęło jej coś istotnego, jakiś dodatkowy, ukryty komunikat, który zawarty był w słowach Sama Dakoty, a którego ona nie zdołała rozszyfrować. Co słyszała w jego głosie? Niepokój? Tak, wyraźny niepokój. Zdenerwowanie, wyczekiwanie? Na co?

Gdy następnego wieczoru sama zatelefonowała do dziadka, ten sprawiał wrażenie całkiem zdrowego. Mówił jasno, precyzyjnie. I głośno, tak jak zwykle. Najbardziej ucieszyła go wiadomość o tym, że Molly przyjeżdża do Montany.

Ano właśnie. Dziadek był szczęśliwy, lecz stało się to kosztem niepokoju, który w ciągu ostatnich dni narastał w sercu Molly. Czy znajdzie pracę w maleńkim Sweetgrass? Mało prawdopodobne. Zapewne nie ma tam wiel kiego zapotrzebowania na tłumaczy, może jednak zdoła się zatrudnić w miejscowym liceum. Mogłaby uczyć francuskiego lub niemieckiego, gdyby zaś to nie wyszło, zawsze może dawać prywatne lekcje. Na przykład dzieciom. Kilka renomowanych przedszkoli w San Francisco od kilku już lat oferowało naukę języków obcych swoim trzy- i czteroletnim podopiecznym. Może uda się jej zapoczątkować nową modę w Montanie.

Westchnęła ciężko. Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Zawsze ten sam problem. Nie chciała nawet myśleć o swojej sytuacji finansowej. Aby wyjechać do Montany, sprzedała wszystko, co mogła – meble, naczynia, sprzęt domowy. Nie wzbogaciła się nadmiernie, lecz przy rozsądnym gospodarowaniu mogli przeżyć względnie spokojnie najbliższe dwa miesiące. Tylko co potem?

– Mamo! – W jej myśli wdarł się głos młodszego syna. – Pytałem cię o tego zarządcę, czemu nie odpowiadasz?

– A co chciałbyś wiedzieć?

– Może on nauczy mnie jeździć konno?

– Nie wiem, kochanie. Nie mam pojęcia, kim jest ten człowiek.

– E, tam – Tom postanowił podzielić się z bratem swoim sceptycyzmem – niby czemu taki gość miałby to robić?

– Ale mogę go o to poprosić, prawda? – dopytywał się Clay.

– Oczywiście – odparła Molly.

Przez następne kilkanaście minut powtarzali ten sam scenariusz z irytującą dokładnością. Clay przez chwilę milczał, potem zadawał jakieś pytanie, Tom wtrącał się z kąśliwą uwagą, a potem wkraczała Molly, by zażegnać kłótnię między braćmi i udzielić ciekawskiemu Clayowi oględnej odpowiedzi. Wreszcie Clay znużył się, zapiął pas i zapadł w sen z głową opartą o zagłówek. A jako że klimatyzacja w samochodzie nie działała, duszne powietrze w samochodzie zmęczyło także Toma, który oparł głowę o szybę i również zamknął oczy.

Cisza, jaka zapadła po dwóch godzinach nieustannych pytań, zdawała się Molly prawdziwym błogosławieństwem.

Mocniej docisnęła pedał gazu, by jak najwięcej przejechać, póki słońce nie zacznie prażyć. Wtedy będą musieli się zatrzymać. Całe szczęście, że wyjechali o świcie.

Z północy wiał orzeźwiający wietrzyk. Walt Wheaton usiadł w bujanym fotelu na frontowej werandzie i z lubością wdychał poranne powietrze. Czuł się słabo, ale nawet chore serce nie było w stanie zmącić jego szczęścia.

Molly i chłopcy byli już w drodze. Jechali od dwóch dni i według obliczeń Walta powinni pojawić się na ranczo właśnie dzisiaj około południa. Wyobrażał już sobie, jak skręcają z autostrady w polną drogę, która prowadzi do jego zagrody, jak wyskakują z samochodu, wbiegają na werandę…

Do licha, naprawdę cieszył się, że zobaczy tę trójkę! Będzie musiał ich trochę ustawić – wiedział, że każde z nich ma swoje problemy. Molly nieustannie wątpiła w to, czy jest dobrą matką. Starszy syn miał niewyparzoną gębę, o czym Walt mógł się przekonać podczas rozmów telefonicznych. Za to młodszy robił podobno nieziemski bałagan wszędzie tam, gdzie się pojawił.

Ech, poprawią się z czasem. Wprawdzie świat wyglądał teraz całkiem inaczej niż kiedyś, ale miłość i odrobina dyscypliny w każdym czasie i w każdym miejscu zdolne są zdziałać cuda. Jeśli Molly potrzebne było ojcowskie wsparcie, on – choć dziadek – na pewno jej pomoże. A jeśli chłopakom potrzebna jest męska ręka, to już on nauczy ich prawdziwego życia. Pewnie z początku będą marudzić i stawać okoniem, ale w końcu na dobre im to wyjdzie.

Walt wiedział, że to, co dla niego było dyscypliną i wyrabianiem charakteru, w wielkich miastach nazywano znęcaniem się nad dziećmi. To ci nauka! Dla tych przemądrzalców najstraszniejsze były takie słowa, jak używanie przemocy, hamowanie naturalnej ekspresji, tłumienie spontanicznych odruchów czy stosowanie systemu kar i gróźb. No i potem te ich dzieciaki w spontanicznym odruchu sięgały po jakieś świństwa albo okładały się kijami i pałkami, jak to nieraz już miało miejsce. A naturalną ekspresją było dla nich ślęczenie przed telewizorem czy komputerem i pasienie brzucha chipsami albo pizzą na wynos.

Walt wiedział, że jego metody wychowawcze uważano za przestarzałe i szkodliwe. Gdyby zamieszkał w którymś z wielkich miast, pewnie wytykano by go palcami, że znęca się nad dziećmi. Jednak według niego prawdziwą krzywdą wyrządzaną współcześnie dzieciom było ignorowanie ich, zaniedbywanie, zostawianie samym sobie.

Nie dokończył swoich pedagogicznych rozmyślań, bowiem na końcu podjazdu pojawiła się nagle chmura kurzu.

Molly? Nie spodziewał się, że przyjadą tak wcześnie.

Wstał ostrożnie, by nie obciążać zbytnio serca. Nie miał już tak dobrego wzroku, jak kiedyś i dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że w jego stronę jedzie furgonetka, a nie samochód z przyczepą. Po kolejnej chwili rozpoznał swoją sąsiadkę, Ginny Dougherty.

Mruknął pod nosem z niezadowoleniem. Diabli nadali tę głupią Ginny. Ta kobieta miała mniej rozumu niż nowo narodzone cielę, a usiłowała poradzić sobie z prowadze niem gospodarstwa. Mieszkała sama, a pomagał jej jedynie kuzyn – stary kawaler imieniem Fred, słabowity i dobrze już po sześćdziesiątce. Co ją tu przygnało? I dlaczego akurat dzisiaj?

Furgonetka Ginny zatrzymała się, wzniecając chmurę kurzu. Kobieta wyskoczyła z wozu i podbiegła szybko do Walta.

– Zanim zaczniesz na mnie wrzeszczeć, posłuchaj, co mam do powiedzenia!

– Czego znowu chcesz? – odburknął Walt. Oparł się niedbale o płotek, aby nie zorientowała się, że jest chory i osłabiony, i obrzucił ją nieprzyjaznym spojrzeniem. Kobieta w jej wieku nie powinna nosić ogrodniczek z drelichu, pomyślał.

– Ktoś zniszczył twoją skrzynkę pocztową – odparła Ginny i wysunęła brodę do przodu. – Sądząc po śladach opon, zrobiono to celowo.

Do licha, znowu to samo. Wandale od kilku tygodni nie dawali mu spokoju. Walt zupełnie nie rozumiał, czemu na niego się uwzięli.

– Wiesz, kto mógł to zrobić? – zapytał.

– Każdy, kto cię zna, Walt. Masz opinię zrzędy i awanturnika, najmniej sympatycznego człowieka w Sweetgrass.

– Po to tu przyjechałaś? Żeby mnie obrażać? – zirytował się Walt. Przy Ginny zawsze puszczały mu nerwy. Podejrzewał, że celowo go prowokuje, lecz szczerze mówiąc, uwielbiał te słowne potyczki.

– Nie obrażam cię. Mówię ci prawdę.

– Dziękuję, nie trzeba. – Odwrócił się od niej, po czym powoli usiadł na fotelu.

– Nic ci nie jest? – Ginny zmarszczyła brwi, jakby zaniepokoiło ją coś w jego postawie.

– A co ma mi być? – żachnął się Walt.

– No, czy dobrze się czujesz. Wyglądasz jakoś…

– Oczywiście, że dobrze się czuję! – sapnął, jednak w tym samym momencie poczuł ucisk w piersi i zamknął oczy, by wziąć głębszy oddech. To zawsze się tak zaczynało – nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Łapało go za serce i nie mógł zaczerpnąć powietrza. Próbował, lecz oddychał płytko, nierówno, zupełnie jakby ktoś ściskał go za gardło i chciał udusić.

– Walt?

– Nic, nic… – Zniecierpliwiony machnął ręką.

– Boże, Walt! Jak ci pomóc?

– Pastylki… – wykrztusił tylko w odpowiedzi i poklepał się po kieszeni koszuli. Jego głowa opadła na jedną stronę, czuł dłoń Ginny w swojej kieszeni, nad uchem słyszał jej trajkotanie. Boże, czy nawet w takiej chwili ta utrapiona baba nie przestanie gadać?

Minęła wieczność, zanim udało jej się wsunąć mu pastylkę pod język. Kilka minut później lekarstwo zaczęło działać. Walt zdołał zachować przytomność wyłącznie dzięki sile woli. Nie chciał zemdleć – był pewien, że w takiej sytuacji Sam zawiózłby go do szpitala, on zaś wiedział, że jeśli trafia się w takie miejsce, z całą pewnością nie wychodzi się z niego zdrowym.

Już raz był w szpitalu, jedna wizyta mu wystarczy. Doktor Shaver omal go nie zabił, podczas gdy Sam spokojnie się temu przyglądał. W ciągu następnych kilku dni Walt trzykrotnie zwalniał swego zarządcę, ale ten uparcie ignorował jego polecenia. Tak, Sam był uparty. Równie uparty jak Walt.

– Wypij to – usłyszał głos Ginny i poczuł, jak podsuwa mu do ust szklankę.

– Co to jest? Arszenik?

– Woda, idioto.

Pokręcił głową, a wówczas Ginny sama wypiła zawartość szklanki.

– Co robisz? Myślałem, że to dla mnie.

– Potrzebowałam tego bardziej niż ty – odparła i opadła ciężko na fotel.

To był fotel Molly. Przez czterdzieści lat siadywała co wieczór wraz z mężem na tej werandzie. Cerowała, szydełkowała, szyła. Nie lubiła siedzieć bezczynnie. Czasami udawało mu się skraść jej całusa.

Walt nie mógł się nadziwić, że kobieta równie piękna i utalentowana jak Molly MacDougal poślubiła człowieka takiego jak on. Mało tego, poślubiła go i była z nim szczęśliwa! Z takim zrzędą! Żałowała tylko, że nie zdołała urodzić mu więcej dzieci.

Teraz oboje – i Molly, i ich syn – już nie żyli. Dwudziestokilkuletniego Adama przejechał pijany kierowca, potem odeszła na zawsze jego matka.

Ech, wkrótce i on do nich dołączy. Nawet się na to cieszył. Cieszył i szykował. Starczy tego życia. Zanim jednak odejdzie, musi załatwić parę spraw. Może dobry Bóg mu na to pozwoli. Zabrał mu Molly, zabrał Adama, więc chyba da coś w zamian.

– Przeraziłeś mnie, Walt! Przeraziłeś jak nigdy! – odezwała się z pretensją Ginny. – Przyznaj się, zrobiłeś to specjalnie. Nie jesteś naprawdę tak ciężko chory…

– Powiedz lepiej o tej skrzynce. Co zrobiłaś z moimi listami? – zapytał Walt, aby zmienić temat. Nie chciał rozmawiać o swojej chorobie.

– To ja ocaliłam ci życie, a ty pytasz o jakąś głupią pocztę?

– Masz listy, prawda? Jak cię znam, to pewnie je przeczytałaś.

– Oczywiście, że nie!

– Akurat.

– Nie wierzysz?

– A kto by tam tobie wierzył?

– A dlaczego nie?

– Wścibskiej babie?

– Może byś mi podziękował, zamiast mnie oskarżać? Gdyby nie ja, już byś rozmawiał ze świętym Piotrem.

– Lepiej z nim niż z tobą, kobieto. Gdybym wiedział, że będziesz tyle gadać, umarłbym z przyjemnością. No dobrze – uśmiechnął się, widząc jej obrażoną minę – dziękuję, Ginny. A teraz dawaj te listy…