Ślepy Halny - Zbigniew Zimowski - ebook

Ślepy Halny ebook

Zbigniew Zimowski

0,0

Opis

Marta Wolska wraca do Zakopanego tylko po to, by sprzedać pensjonat po ojcu. Pierwszej nocy telefony, radia i hotelowe głośniki zaczynają wyć alarmami, a pod ten hałas ktoś znika bez śladu.

Była negocjatorka szybko widzi, że fałszywe wezwania nie są chaosem, lecz precyzyjną zasłoną dla czegoś znacznie gorszego. Puste kwatery, ślepe punkty kamer i stare nazwiska układają się we wzór, który miasto od lat przykrywało mgłą. Każdy trop prowadzi Martę głębiej w lokalne układy, przemilczane archiwa i cudze interesy. W Zakopanem nawet alarm może być bronią.

Wejdź w halny, mgłę i śledztwo, które nie daje złapać oddechu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 453

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kurak1966

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




Ślepy Halny

Zbigniew Zimowski

Ślepy Halny

Zbigniew Zimowski

Copyright © 2026 Zbigniew Zimowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 9788384330463

Wydawca: Tempest & Tale

[email protected]

Wydanie pierwsze, 2026

Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Prolog

Marta Wolska wjechała do Zakopanego po południu, kiedy światło miało kolor wypłowiałej blachy, a na rondzie pod Gubałówką kręciły się te same busy co zawsze, tylko z nowszym logo i gorszą blacharką. Miasto wyglądało odświętnie tylko z daleka: wypucowane fasady, brud pod paznokciami. Zimowy sezon jeszcze nie ruszył na dobre, jesienne błoto nie zdążyło zmienić się w ładny śnieg do zdjęć, wiatr pchał reklamowe flagi w bok, a mokre chodniki odbijały żółte światła sklepów z oscypkami zgrzewanymi w foliowe paczki.

Jechała wolno, bo znała ten układ ulic aż za dobrze: miejsca, gdzie zawsze ktoś wymusi pierwszeństwo, dostawczak stanie na awaryjnych pod piekarnią, a spod pensjonatu wyjdzie dzieciak w puchówce wartej więcej niż jej rata leasingu sprzed paru lat. Zakopane działało na dwóch prędkościach: dla przyjezdnych było dekoracją, dla swoich magazynem drobnych zobowiązań, urazów i przysług, których nikt nigdy nie wyksięgował.

Pensjonat po ojcu stał kilka ulic dalej od centrum, niż chcieliby turyści, i kilka ulic bliżej prawdziwego miasta, niż chcieliby deweloperzy. Drewniana tablica z napisem *Halny* zmatowiała; litery trzymały się deski bardziej z obowiązku niż z farby. Marta zatrzymała auto pod garażem, zgasiła silnik i chwilę siedziała bez ruchu, słuchając, jak wiatr szarpie rynną. Tylko tyle. Bez wielkich emocji i pojednania z dzieciństwem; ciepła też nie było. Zmęczenie po drodze, ból barku po godzinach za kierownicą i ten nieprzyjemny rodzaj ciszy, który zostaje po cudzej śmierci dłużej niż zapach papierosów.

Ojciec nie żył od ośmiu miesięcy. Zawał, kuchnia, rano, zanim ktokolwiek przyszedł po chleb i butlę gazową. Sąsiadka znalazła go dopiero koło południa, bo nikt się nie dziwił, że stary Wolski nie odbiera. Marta przyjechała wtedy na dwa dni, załatwiła pogrzeb, kłótnie z komornikiem i kilka papierów, po czym wróciła do Krakowa, udając przed sobą, że później zajmie się resztą. Później przyszło teraz, bo bank przestał udawać cierpliwość, a pośrednik nieruchomości przysłał człowieka, który oglądał dom jak ćwiartkę mięsa.

Wysiadła i od razu poczuła wilgoć. Nie tę widowiskową, z mgły nad turniami, tylko zwykłą, miejską, wchodzącą w rękawy i kołnierz. Trawa przy podjeździe była rozjechana starymi śladami, garaż rdzewiał przy dolnej krawędzi, a dwa okna na parterze wymagały malowania już nie z estetyki, tylko z przyzwoitości. Kiedy wsunęła klucz do zamka, metal stawił opór. Ojciec zawsze powtarzał, że zamek ma chodzić ciężko; wtedy człowiek wie, że drzwi jeszcze coś znaczą. W środku czekał zapach drewna, kurzu i preparatu do mycia podłóg, tego samego od lat, odkąd ojciec uznał, że lepszego nie trzeba.

Otworzyła okno w kuchni, potem drugie na korytarzu. Wpuściła do środka chłód. Lodówka burknęła, gdy podłączyła ją do prądu. W zlewie stał kubek z osadem po herbacie sprzed miesięcy; przy pogrzebie nikt nie miał głowy, żeby go umyć. Marta zdjęła rękawiczki, zakasała rękawy i zaczęła od prostych rzeczy. Wylała brunatną wodę, wyszorowała kubek, wytrzepała ścierkę, którą ktoś zostawił na kaloryferze. Potem przeszła do papierów. Rachunki, zaległości, umowa z dostawcą pelletu, pismo z urzędu skarbowego, dwa ponaglenia od zakładu energetycznego, kartka od hydraulika z nieaktualnym numerem. Dwie pocztówki bez znaczków, zapisane przez niemieckich gości i nigdy niewysłane. Każda kartka mówiła to samo: zamknij, sprzedaj, wyjedź.

Dom był większy, niż go pamiętała. Jako dziecko nie zauważa się pustki, dopóki nie trzeba jej potem ogrzać, odkurzyć i wycenić. Na pierwszym piętrze sześć pokoi gościnnych, wszystkie urządzone według jednej filozofii: czysto, ciepło i bez udawania. Sosnowe łóżka, cienkie firanki, narzuty kupowane na promocji w Makowie, kubki z odrapanym napisem *Zakopane*. Ojciec nie próbował robić górskiego spa. Robił noclegownię dla ludzi, którzy wracali w błocie i chcieli tylko prysznica, herbaty i świętego spokoju. Dopiero pod koniec zaczął przegrywać z aparthotelami, które sprzedawały ten sam widok trzy razy drożej, bo dodawały do niego designerską lampę.

W jednym z pokoi znalazła pudło po kołdrze wypełnione po brzegi starymi rachunkami. W drugim dwie pary kijków trekkingowych, których nikt nie odebrał po pandemii. W trzecim futerał po harmonijce i trzy monety euro zawinięte w rachunek z karczmy. Na korytarzu zatrzymała się przy ścianie, na której nadal wisiała jej szkolna fotografia klasowa. Miała na niej dwanaście lat, grzywkę przyciętą krzywo przez sąsiadkę i wyraz twarzy człowieka, który już wtedy nikomu nie wierzył za darmo. Ojciec nigdy jej nie zdjął; nie z sentymentu, tylko z przyzwyczajenia. To było jeszcze gorsze.

Nie była już policjantką. Ta wiadomość nadal brzmiała sztucznie, kiedy wypowiadała ją w głowie. W papierach miała urlop zdrowotny, potem rozwiązanie za porozumieniem. W praktyce oznaczało to, że od ponad roku nie odbierała nocnych telefonów, nie wchodziła do mieszkań pełnych płaczu i gazu, nie słuchała przez słuchawkę ludzi, którzy byli o jedno zdanie od skoku z dachu albo wbicia noża komuś obok. Odeszła po sprawie w Niepołomicach, o której media zdążyły już zapomnieć. Ona nie. Wystarczył jej czasem ton obcego głosu w sklepie, żeby przez sekundę wrócić pod tamtą kamienicę, na klatkę pachnącą starym olejem i amoniakiem, gdzie wszystko było kwestią pięciu sekund i jednego słowa postawionego w złym miejscu.

Zeszła do recepcji na parterze. Za szybą od ulicy wisiał wyblakły cennik sprzed trzech sezonów. Pod ladą stały segregator z meldunkami, stary terminal płatniczy i radio nasłuchowe, którego ojciec używał po pracy bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Nie pamiętała go bez radia. Nawet kiedy gotował jajka, miał obok włączony głośnik, z którego sączyły się komunikaty, trzaski, nazwiska, współrzędne, głosy ludzi utkniętych właśnie między drogą a przepaścią. Kiedy była dzieckiem, nienawidziła tego urządzenia bardziej niż wszystkich jego kolegów razem wziętych. Zawsze mogło go zabrać od stołu.

W szufladzie pod ladą znalazła zapasowe bezpieczniki, notes z numerami dostawców i małą, plastikową figurkę świętego Krzysztofa wciśniętą między paragony. Ojciec nie wierzył specjalnie w Boga, ale w rzeczy działające z rozpędu już tak. Ktoś kiedyś przybił figurkę do deski przy kasie i chyba potem nikt nie miał serca tego ruszyć. Marta odłożyła ją z powrotem i usiadła przy stole w kuchni. Rozłożyła papiery, otworzyła laptopa, wpisała w arkusz kolejne zobowiązania. Po dziesięciu minutach miała dość i zaczęła liczyć w pamięci, ile realnie dostanie po sprzedaży. Odpowiedź była tak marna, że bank pewnie nawet nie podziękuje.

Po siedemnastej zadzwonił pośrednik.

– Jutro o dziesiątej przyjadę z klientem – powiedział bez śladu pytania w głosie. Prowizję miał chyba policzoną już od samego powietrza. – Warto byłoby trochę przewietrzyć, może zapalić światła. On szuka czegoś z potencjałem.

– To nie jest choroba, żeby miało potencjał – odparła Marta.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, w której pośrednik uznał, że prowizja jest ważniejsza niż obraza.

– Rozumiem żart. Jutro o dziesiątej.

Rozłączył się. Marta wstawiła wodę na herbatę. Wolałaby kawę, tylko ekspres po ojcu zdechł. Potem wyszła jeszcze raz przed dom z workiem śmieci. Na ulicy sąsiad z naprzeciwka mył busa reklamującego przewóz na termy. Skinął jej bez uśmiechu. Dwóch chłopaków w polarach niosło po chodniku składane łóżko z któregoś remontowanego apartamentu. Dalej, przy sklepie spożywczym, starsze kobiety mówiły o pogodzie tonem, jakim inne miasta mówią o polityce. Normalny wieczór, tylko bardziej pusty. To ją drażniło najbardziej. Miasto nie było w ruinie, nie tonęło, nie płonęło; po prostu pracowało dalej. Ktoś mył busa, ktoś wynosił łóżko, ktoś zamykał sklep, a ona stała z workiem śmieci przed domem, którego nie chciała.

Zmierzch przyszedł szybko. Z ulicy dobiegały szum aut wracających z Kuźnic i urywane szczekanie psa. O dziewiętnastej miasto miało już ten martwy połysk, który znała z dzieciństwa: centrum świeciło dla przyjezdnych, boczne ulice zapadały się w półmrok, a prawdziwe życie przenosiło się za firanki i do garaży. Marta obeszła jeszcze budynek, sprawdziła drzwi od kotłowni, zajrzała do garażu. W kącie stały stare narty ojca, jedna z pękniętym wiązaniem, wciąż czekające na naprawę odkładaną po sezonie. Na półce obok leżały zwój linek, latarka czołowa i pudełko z bateriami. Instynkt kazał jej od razu sprawdzić, co działa. Naładowała dwie latarki, wsunęła do kieszeni nóż do linek, sama nie wiedząc po co. Po latach pracy przy cudzym bałaganie ręce robiły swoje: sprzęt najpierw, powód później.

Pierwszy komunikat poszedł krótko po dwudziestej pierwszej.

Nie z telefonu, tylko z głośnika radiowego stojącego na półce w recepcji. Marta nie włączała go. Mimo to odbiornik zatrzeszczał, a zaraz potem odezwał się męski głos, spłaszczony przez zakłócenia:

– Uwaga, zgłoszenie lawinowe, rejon Doliny Małej Łąki, poszkodowani pod ścianą, możliwe dzieci, powtarzam...

Słowa urwał pisk nośnej. Marta podeszła do odbiornika i odruchowo przekręciła gałkę. Trzask. Potem to samo wezwanie odezwało się z telefonu leżącego na blacie: nie alarm systemowy, tylko automatyczne nagranie wysłane z nieznanego numeru. Chwilę później identyczny komunikat popłynął z głośnika na korytarzu, podpiętego do starego systemu rozgłoszeniowego dla gości. Odbijał się od pustych ścian pensjonatu, a w rurach i na klatce odpowiadały mu drobne trzaski.

Marta znieruchomiała. Potem ciało weszło w dawny rytm szybciej niż głowa. Sprawdziła telefon, numer prywatny bez identyfikacji. Oddzwoniła. Cisza i sygnał zajętości. Wyszła na ganek. Nad miastem ciągnęły się długie smugi chmur, a wiatr niósł słabe echo kilku syren.

W domu po drugiej stronie ulicy zapaliło się światło na piętrze. Ktoś odsunął firankę. Z pensjonatu dwa budynki dalej wybiegł mężczyzna w kapciach i kurtce narzuconej na T-shirt, z telefonem przy uchu. Znała takie reakcje z innych miejsc. Najpierw pół sekundy niedowierzania, potem ruch bez planu. Ludzie ruszają, zanim ustalą, dokąd i po co, a w takich minutach najłatwiej było komuś zniknąć.

Wróciła do środka, otworzyła kolejne okno i wyraźniej usłyszała komendę z ulicy. Ktoś z hotelu po drugiej stronie drogi puścił przez głośniki dokładnie to samo nagranie. Pomyślała o awarii systemu alarmowego, głupim żarcie, przypadkowej pętli. Potem nagranie włączyło się po raz trzeci, a na końcu pojawiły się słowa, których nie dało się uznać za przypadek.

– Piotr, zgłoś potwierdzenie wejścia.

Przymknęła oczy. Głos był chropawy, starszy, zadyszany. Rozpoznała go od razu, choć słyszała go może dwa razy w życiu i oba razy dawno temu. Adam Łada, ratownik TOPR, zginął czternaście lat wcześniej, sprowadzając śmigłowiec we mgle. Jeśli ktoś właśnie puszczał archiwalną łączność z jego głosem na pół Zakopanego, nie robił tego dla samej draki.

Telefon zadzwonił znowu. Tym razem numer zapisany: Irena Bielska, sąsiadka od końca ulicy.

– Martusia, ty słyszysz? – spytała bez przywitania. – W radiu, w telewizorze, u mnie na monitoringu od garażu. I ludzie lecą samochodami jak po pożarze.

– Słyszę. Proszę zamknąć drzwi i nikogo nie wpuszczać.

– A to prawdziwe?

Marta zatrzymała wzrok na drgającej szybie w kuchni.

– Coś jest prawdziwe. Jeszcze nie wiem, co.

Rozłączyła się i zadzwoniła pod 112, bardziej dla potwierdzenia niż z nadziei. Linia była przeciążona. Dopiero za trzecim razem odebrał zmęczony operator. Od piętnastu minut najwyraźniej tłumaczył dzwoniącym z całego Podhala, że nie wie, co właśnie słyszą.

– Tak, mamy serię fałszywych retransmisji – powiedział. – Służby weryfikują zdarzenia. Proszę nie jechać w góry, nie powielać komunikatów, czekać na oficjalne informacje.

– Skąd idzie sygnał?

– Tego nie mogę pani powiedzieć.

– Bo nie wiecie, czy nie możecie powiedzieć?

Krótki wydech.

– Proszę pani, dzisiaj to jest bardzo podobne.

To akurat brzmiało uczciwie.

Marta wciągnęła kurtkę, sprawdziła latarkę i ruszyła do recepcji. Nie umiała siedzieć, kiedy miasto dostawało napadu cudzej paniki. W szafce po ojcu znalazła ręczny skaner radiowy, dwa akumulatory i mały notes pełen dat akcji. Otworzyła go od tyłu. Krótkie zapisy, same hasła. Miejsca, godziny, pogoda, nazwiska skrócone do inicjałów. Przy jednej dacie sprzed lat ktoś mocniej przycisnął długopis i dopisał: *nie wpisywać do czystej*. Nie wiedziała, czy pisał to ojciec, czy ktoś inny, ale od samego charakteru pisma stężał jej kark.

Zanim zdążyła czytać dalej, przed pensjonatem zahamował srebrny SUV z naklejką jednego z aparthoteli. Wysiadła młoda recepcjonistka w grubym swetrze, bez czapki, z przyklejonym uśmiechem wyuczonym przy cudzych pieniądzach.

– Pani Wolska? – zawołała od furtki. – Sąsiadka mówiła, że pani była w policji. My mamy problem. Jedna dziewczyna zniknęła.

Marta nie zapytała, skąd recepcjonistka zna jej nazwisko. W takim mieście nazwisko nie było tajemnicą, tylko walutą.

– Od kiedy?

– Od godziny może. Może mniej. Ale szef kazał najpierw obdzwonić znajomych i sprawdzić, czy nie poszła do miasta, bo jak przyjedzie policja, to będzie syf.

– A teraz?

Dziewczyna obejrzała się przez ramię; szefa nie było, a i tak ściszyła głos.

– Teraz w pokojach lecą te komunikaty z głośników. Ludzie krzyczą, ktoś wrzucił w sieć, że lawina przy Małej Łące, a tej dziewczyny dalej nie ma. Aparat zostawiła, laptopa nie ma, telefon nie odpowiada. I... – zawahała się. – Ona coś nagrywała po korytarzach, wypytywała obsługę, schodziła do garaży. Szef mówi, że była influencerką, więc pewnie robi aferę. Tylko ja widziałam jej pokój. Ona nigdzie nie pojechała.

– Policję wezwaliście?

– Szef mówi, że najpierw trzeba mieć pewność.

– Wezwijcie ich teraz. Jak się znajdzie za pięć minut, odwołacie zgłoszenie.

Recepcjonistka skinęła nerwowo głową. Miała obgryzione skórki przy paznokciach, a na lewym mankiecie plamę po kawie. Zmęczenie, nocna zmiana, robota za małe pieniądze i ze zbyt dużą odpowiedzialnością. Ludzie z nocnych zmian zwykle widzą więcej niż kierownictwo. Noszą klucze, worki z pościelą i cudze kłopoty.

Marta zgasiła światło w recepcji. Ciemność odcięła odbicia w szybie i łatwiej było myśleć. Wzięła klucze od domu, notes po ojcu i skaner radiowy.

– Jedziemy.

Zanim zamknęła drzwi, jeszcze raz spojrzała na ścianę za ladą. Na gwoździu wisiała stara kurtka ojca, ta lżejsza, niegórska, do chodzenia po mieście i załatwiania spraw. Nie ruszała jej wcześniej. Odruch kazał jej włożyć rękę do kieszeni i sprawdzić, czy czegoś tam nie zostawił. Powstrzymała ją ostrożność, nie szacunek. Wiedziała już, że w tym domu kieszenie i szuflady zaczynają kusić dopiero wtedy, kiedy naprawdę nie ma na nie czasu.

Na stole w recepcji został jeszcze kubek z niedopitą herbatą. Wzięła go do zlewu, wylała zimny napar i odstawiła kubek do góry dnem, mały, porządny rytuał przed wejściem w brud. Potem dopiero zgasiła światło w kuchni. Dom zrobił się od tego jeszcze bardziej martwy, ale przynajmniej uczciwie.

Zamknęła pensjonat, wsunęła klucz do kieszeni i zanim wsiadła do auta, spojrzała na ciemne okna domu. W ręce trzymała notes z dopiskiem, którego nie chciała rozumieć.

Wiatr poruszył tablicą *Halny*. Drewno stuknęło o ścianę raz, potem drugi raz. Marta schowała klucz głębiej do kieszeni i poszła do samochodu recepcjonistki.

Rozdział 1

Hotel *Tatrzański Horyzont* nie był hotelem, tylko zbiorem apartamentów udających klasę średnią na progu luksusu. Drewno klejone na ścianach, czarne baterie w łazienkach, przy wejściu kamienna misa z plastikowymi gałązkami, wszystko w stylu, który miał mówić: Podhale, ale bez ludzi. Podjazd był pełen aut z Warszawy i Gdańska, a w recepcji pachniało waniliowym odświeżaczem i świeżo drukowanymi formularzami.

Już z zewnątrz było widać, że obiekt jest drogi bardziej kredytem niż jakością. Deski na elewacji świeżo zaolejowano tylko od frontu, po bokach już szarzały. Ktoś zadbał o lampy przy podjeździe i chromowane oznaczenia miejsc parkingowych, ale rynna z tyłu wisiała na opaskach zaciskowych. Marta znała ten typ inwestycji. Ma dobrze wyglądać na zdjęciu w listopadzie i wytrzymać pięć sezonów, a potem niech następny właściciel bierze to na siebie.

Recepcjonistka, która ją przywiozła, przedstawiła się dopiero przy drzwiach.

– Klaudia – powiedziała. – Jestem na nocnej i teraz chyba na porannej też.

– Ile godzin już tu siedzisz?

– Nie wiem. Od piętnastej wczoraj.

To tłumaczyło spojrzenie. W takich miejscach zmęczenie było elementem wyposażenia.

Na monitorze za ladą skakały obrazy z kamer. Dwie klatki co jakiś czas ciemniały, jakby ktoś przetarł je popiołem. Menedżer obiektu, niski mężczyzna z brodą przystrzyżoną jak regulamin wewnętrzny, zmierzył Martę wzrokiem człowieka, który widzi problem, a nie rozwiązanie.

– Pani nie jest od nas – powiedział.

– To akurat stwierdzenie, nie argument – odparła Marta. – Gdzie pokój zaginionej?

– Najpierw chcę wiedzieć, na jakiej podstawie pani tu weszła.

– Na podstawie tego, że państwo nie zadzwonili po policję, kiedy zniknęła wam kobieta.

– Nie wiemy, czy zniknęła.

– To proszę mi pokazać, jak wróciła.

Menedżer nabrał powietrza, ale Klaudia wcisnęła kartę do czytnika, zanim zdążył rozwinąć służbową dumę. Ruszyli korytarzem wyłożonym wykładziną, po której nawet panika chodziła cicho. Z głośników w suficie nadal co jakiś czas wyłaził sklejony komunikat ratunkowy, tyle że teraz urwany do połowy i przesterowany. Ktoś z gości uchylił drzwi, zobaczył obcych i od razu zaczął nagrywać telefonem. Za kolejnymi drzwiami płakało dziecko, a ktoś próbował je uspokoić angielskim gorszym od polskiego.

Pokój numer 214 był ciepły i uporządkowany naprędce, zbyt pospiesznie, by uznać go za sprzątnięty. Na stoliku stała niedopita kawa. W łazience wisiał wilgotny ręcznik. Na łóżku leżała rozpięta kurtka puchowa i kosmetyczka. Brakowało telefonu, torby na ramię i jednej pary butów. Na parapecie stał aparat z długim obiektywem, zakryty szalikiem. Marta podeszła do niego, nie dotykając. Profesjonalny. Nie zabawka do selfie.

– Jak się nazywa? – spytała.

– W papierach Maja Radecka – odparła Klaudia. – W internecie chyba *MajaRays*. Ma dużo obserwujących. Pokazywała Tatry, knajpy, takie rzeczy.

– Sama?

– Sama przyjechała. Ale ciągle z kimś pisała. I nie pytała o miejsca do zdjęć, tylko o to, kto jest właścicielem sąsiedniego budynku, kto wymieniał monitoring, czemu podjazd prowadzi na drugą stronę garaży.

Marta podeszła do leżącego na fotelu notatnika. Kartki były zapisane drobnym, szybkim pismem; nie było tam listy filtrów i lokali, tylko nazwy działek, numery ksiąg wieczystych i strzałki między nazwiskami. Na marginesie ktoś podkreślił trzy razy: *Łada / Wolski / noc 12.11*. Dalej: *Bryja? kto wypłacił?* i *P-3, sprawdzić dojście od starej przepompowni*. Otworzyła kolejną stronę. Krótkie hasła: *Horyzont - garaż / techniczni nie z etatu / właściciel via spółka*. To nie wyglądało jak materiał sponsorowany o weekendzie pod Tatrami.

Menedżer zrobił krok do przodu.

– Tego nie wolno ruszać.

– To dlaczego pan dotąd nie wezwał policji?

– Mówiłem, weryfikowaliśmy, czy klientka po prostu...

– Klientka zostawiła puchową kurtkę w pokoju i aparat za kilka tysięcy? – Marta przerwała mu. – Weryfikowaliście, czy sama wróci, czy kupowaliście sobie czas?

Mężczyzna otworzył usta, ale nic sensownego nie znalazł. Z dołu dobiegł krzyk jakiejś kobiety. Potem trzask drzwi wejściowych. W hotelu panował ten rodzaj porządku, który trzyma się tylko dopóty, dopóki ludzie wierzą w cennik.

Marta obeszła pokój powoli. Na blacie kuchennym leżał paragon ze stacji benzynowej, dwa batony proteinowe i papierowa mapa okolic Gubałówki, złożona tak, żeby odsłaniała nie turystyczne trasy, tylko drogi serwisowe. W koszu na śmieci znalazła puste opakowanie po karcie pamięci do aparatu. Opakowanie wyrzucono, zawartość zabrano. Ktoś nie tylko zabrał kobietę albo sprawił, że wyszła. Ktoś wyjął z pokoju jeden element i zostawił resztę, licząc na to, że zamieszanie dopowie, co wygodne.

– Kto pierwszy wszedł po tym, jak przestała odpowiadać? – spytała.

– Ja i menedżer – powiedziała Klaudia.

– Co było inaczej?

Dziewczyna zawahała się, potem wskazała na stolik.

– Laptopa nie było. Ale nie wiem, czy zabrała go wcześniej. Widziałam go po południu.

– A aparat?

– Leżał tak samo, tylko bez karty. Znaczy... ja nie sprawdzałam, ale klapka była otwarta. Teraz jest domknięta.

Menedżer odwrócił głowę z miną człowieka, który nie słyszy rzeczy nieopłacalnych.

– Jak długo w hotelu leciał ten komunikat? – spytała Marta.

– Około dwudziestu minut, może dłużej – odparła Klaudia. – Nagle zepsuło się wszystko naraz. Telefony pokojowe, głośniki, nawet ekran przy windzie.

– Macie wspólny system z prywatnym monitoringiem?

– Nie wiem.

– On wie – powiedziała Marta, patrząc na menedżera.

Nie zaprzeczył. Opuścił wzrok na tablet z rezerwacjami.

Policja przyjechała po dwudziestu minutach, na tyle szybko, na ile pozwalała noc, w której pół miasta zgłaszało zdarzenia wywołane fałszywymi komunikatami. Dwóch mundurowych, potem technik, na końcu śledczy po cywilu, wysoki, z twarzą nieprzespaną od dawna. Przedstawił się krótko:

– Komisarz Damian Król.

Zatrzymał na Marcie wzrok dłużej, niż wymagała sytuacja.

– Wolska?

– Tak.

– Ta od negocjacji?

– Była.

– A teraz?

– Teraz stoję w pokoju zaginionej i patrzę, jak obsługa przez godzinę udawała, że nic się nie dzieje.

Król przyjął to bez komentarza. Rozejrzał się po pokoju jednym ruchem, który zdradzał człowieka przyzwyczajonego do wybierania rzeczy ważnych spod sterty cudzych deklaracji. Kiedy zobaczył notatnik, zmrużył oczy.

– Nikt niczego nie rusza – powiedział do technika. – Zabezpieczamy wszystko.

Na korytarzu robiło się głośniej. Goście pytali o ewakuację, o lawinę, o pożar. Recepcja odpowiadała każdemu inaczej. Marta słuchała mimochodem i układała wzór: fałszywy alarm był czymś więcej niż przynętą; rozpraszał uwagę ludzi na tyle skutecznie, że zniknięcie Mai dostało miękki, wygodny chaos zamiast świadków.

Król podszedł do niej później, kiedy technik robił zdjęcia.

– Pani tu mieszka?

– Od paru godzin. W pensjonacie po ojcu.

– I przypadkiem znalazła się pani tutaj.

– Przywiozła mnie recepcjonistka, bo jej szef chciał załatwić zaginięcie po cichu.

– Zgrabne.

– Prawdziwe.

Nie wydawał się przekonany. Miała to gdzieś. Ludzie z policji patrzyli na byłych policjantów jak na rozwodników z tej samej parafii: niby swoi, ale coś śmierdzi.

Pytania trwały długo. O której Maja wróciła, z kim była widziana, czy miała konflikty. W końcu znalazł się chłopak z ochrony, który przyznał niechętnie, że około dwudziestej zauważył ją schodzącą do garażu z telefonem przy uchu. Mówiła krótko i spokojnie. Nie wyglądała na przerażoną. Na nagraniu z kamery widać było ją przez kilka sekund, potem obraz zgasł. Następna kamera nie złapała już nic.

– Awaria – powiedział menedżer.

– Oczywiście – mruknął Król.

Marta poprosiła o możliwość obejrzenia monitoringu. Król odmówił samym spojrzeniem. Zeszli jednak razem do garażu. Pachniało tam betonem, ropą i wilgocią. Z sufitu ciekła woda na jedną białą linię parkingową. Przy drzwiach technicznych widać było przetarcie na ścianie, jak po czymś ciężkim przeciągniętym po farbie. Marta przykucnęła. Na posadzce znalazła kawałek czarnej taśmy izolacyjnej i cienki srebrny drucik z oplotu przewodu.

– Ktoś tu wpinał sprzęt – powiedziała.

Król milczał chwilę.

– Wie pani, że formalnie nie powinna pani chodzić po moim miejscu zdarzenia.

– Wiem. A pan wie, że ten garaż ma drugie wyjście na drogę serwisową i że można tamtędy wywieźć człowieka bez mijania recepcji?

Król obejrzał metalowe drzwi na końcu poziomu. Zamknięte. Z boku czytnik kart i zwykły mechaniczny zamek.

– Kto ma klucz?

Menedżer zaczął odpowiadać za szybko. Król już go nie słuchał.

Przeszli przez wąskie przejście techniczne, gdzie pachniało kurzem, wilgotnym gipsem i nagrzaną elektroniką. W małym pomieszczeniu serwisowym stał rack z urządzeniami sieciowymi, oblepiony etykietami od różnych podwykonawców. Jedna szafa była uchylona. Ktoś w środku wymieniał moduł albo upozorował wymianę. Śruby leżały obok, zbyt równo, żeby to była bylejakość nocnego serwisanta.

– Macie logi dostępu? – spytała Marta.

– Pewnie mamy – odburknął menedżer. – Trzeba zadzwonić do firmy.

– To proszę dzwonić, a nie stać – powiedział Król.

W jego głosie nie było krzyku. Tym gorzej dla menedżera.

Na zewnątrz wiatr zdążył przybrać na sile. Przed wejściem do hotelu stał wóz transmisyjny lokalnego portalu, który materializował się zawsze tam, gdzie była krew albo przynajmniej szansa na nią. Dwóch ratowników przebiegło przez ulicę do samochodu terenowego, pewnie na jedno z prawdziwych zgłoszeń. Nad wszystkim wisiał drażniący szum przeciążonych sieci i głosów ludzi wypchniętych z łóżek w sam środek cudzej paniki.

Przy wejściu minęła kobietę w szlafroku hotelowym i kozakach, która kłóciła się z recepcją o zwrot pieniędzy za przerwany pobyt. Obok mężczyzna w puchowej kamizelce żądał, żeby ktoś natychmiast wyłączył głośniki i otworzył parking podziemny, bo rano ma samolot do Dubaju. Marta patrzyła na to bez szczególnej satysfakcji. Widziała tylko, jak łatwo w takim miejscu sprawić, żeby człowiek zniknął w środku nocy, kiedy wszyscy wokół są zajęci swoją wersją katastrofy.

Marta wróciła na chwilę do pokoju Mai. Na stoliku obok łóżka, oprócz pustego kartonika po karcie pamięci, znalazła też zapasową kartę do pokoju wsuniętą pod reklamę hotelowego spa. Drobna rzecz, ale ważna. Ktoś, kto wychodził na chwilę, zwykle brał kartę ze sobą. Ktoś, kogo wyciągnięto albo kto wychodził w pośpiechu za kimś, mógł ją zostawić. Na blacie łazienkowym dostrzegła ślad po przesuniętym telefonie albo tablecie. Prostokąt na zaparowanym kamieniu był czystszy od reszty.

Przykucnęła jeszcze przy łóżku i zajrzała pod ramę. Nic spektakularnego. Kurz, wsunięta pod spód nakrętka od butelki i paragon z piekarni na Krupówkach. Godzina na paragonie: siedemnasta trzydzieści sześć. Maja musiała wrócić przed zmrokiem albo zaraz po nim. Miała czas, żeby spokojnie wejść, odłożyć część rzeczy, przepisać notatki i dopiero potem zejść do garażu. Impulsywne wyjście za przygodą nie pasowało do tych śladów. Pasowało spotkanie, na które się przygotowała i którego nie bała się do ostatniej chwili.

Na stoliku nocnym leżała też hotelowa kartka z numerami alarmowymi. Ktoś obrysował długopisem numer do recepcji i dopisał obok jedno słowo: *nigdy*. Pismo nie pasowało do reszty notatek. Grubsza kreska, cięższa ręka. Marta pokazała to technikowi. Zrobił zdjęcie bez komentarza, przykleił żółty znacznik i odsunął się od stolika. Drobny ślad, może żart, może ostrzeżenie.

Klaudia czekała pod ścianą, blada i zmęczona.

– Szef każe mi mówić, że pani była tu jako znajoma gościa – szepnęła. – Żeby nie było pytań, skąd pani wiedziała.

– A ty co chcesz mówić?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Że mam umowę do końca miesiąca i kredyt na hybrydę.

Marta przyjęła to bez komentarza.

– Widziałaś, z kim Maja rozmawiała?

– Raz z jakimś facetem z technicznych. Nie naszym, z zewnątrz. Miał siwą czapkę i kurtkę bez logo. I pytała mnie o stare nazwiska. O Ładę, o Wolskiego. Myślałam, że robi materiał o wypadkach w górach.

– I nic nikomu nie powiedziałaś.

– W tym miejscu za dużo rzeczy lepiej nie mówić – odparła Klaudia. – Człowiek szybciej traci grafik niż złudzenia.

– Wypytywała jeszcze o coś? – dopytała Marta.

Klaudia zawahała się, po czym zerknęła odruchowo w stronę recepcji.

– O garaż numer trzy. Nie parking, tylko takie zaplecze obok. Tam niby są magazyny i pralnia, ale techniczni nie lubią, jak ktoś tam schodzi. Raz weszła tam prawie na moich oczach i powiedziała, że w nocy słyszała radio, nie muzykę, tylko normalne komunikaty. Myślałam, że robi prowokację pod materiał.

– Powiedziała, z kim miała się spotkać?

– Nie. Tylko że jak wróci, to będę wiedziała, dlaczego nikt tu nie lubi kamer. Tak powiedziała. Jak wróci.

Klaudia przełknęła ślinę i poprawiła rękaw swetra.

– Wie pani, co jest najgorsze? – spytała. – Że tutaj wszyscy od razu umieją mówić tak, żeby nic nie powiedzieć. Szef, techniczni, goście. A ona jedna chodziła i zadawała pytania normalnie, jakby to miało jeszcze sens.

– Czasem ma – powiedziała Marta.

– Tutaj?

Marta nie odpowiedziała. Nie chciała kłamać dziewczynie w pierwszą noc znajomości.

Klaudia wcisnęła dłonie w rękawy swetra i skinęła głową, jakby właśnie takiej odpowiedzi się spodziewała.

Za ścianą znowu odezwał się hotelowy głośnik, już tylko krótkim trzaskiem. Obie odruchowo podniosły głowy. Trzask wystarczył za odpowiedź.

Potem wsłuchiwały się już w budynek inaczej: w krótkie stuki rur, szum wentylacji i przerwy między jednym trzaskiem a drugim.

Król podszedł do Marty przy windzie.

– Niech pani jutro przyjdzie na komendę złożyć zeznanie.

– Przyjdę. I niech pan sprawdzi, jakimi kanałami poszły kopie tego komunikatu. Nie tylko publicznymi. Ktoś wpuścił to do prywatnych systemów budynków.

– Już sprawdzamy.

– A hotel?

– Hotel też.

– Nie, komisarzu. Pytam, czy pan sprawdza hotel, czy pan go oszczędza.

Na sekundę coś twardego przeszło mu przez twarz.

– W tym mieście każdy myśli, że jeśli czegoś nie powie na głos, to sprawa znika – odparł. – Mnie to męczy od lat. Ale nie potrzebuję instrukcji po pierwszej godzinie znajomości.

– To proszę wpisać moją uwagę do protokołu.

Wróciła do pensjonatu po północy. Wiatr tłukł gałęziami o dach, a stare radio po ojcu znowu zaszumiało samo z siebie, jakby szukało częstotliwości dawnej nocy. Marta usiadła przy stole z herbatą, która zdążyła wystygnąć, zanim jej spróbowała. W głowie układały się szczegóły: archiwalny głos, zaginiona kobieta, notatki o działkach, martwe kamery, pusta karta pamięci, system prywatnych głośników puszczających cudzy strach jak reklamę apartamentów.

Wyjęła notes ojca i spróbowała jeszcze raz przejrzeć kilka stron. Większość zapisów była lapidarna, jak raport robiony dla samego siebie. Daty, pogoda, nazwiska skrócone do liter. Na dwóch kartkach pojawiało się samo *Bach.* i obok godzina. Potem skreślone. Zamknęła notes. Miała dość znaków, które jeszcze niczego nie układały.

Po chwili otworzyła szufladę i wsunęła notes obok kluczy od pensjonatu. Rano miała iść po podpisy, ale klucze leżały już na papierach jak dowód rzeczowy.

Rozdział 2

Ciało znaleziono rano na starym dojściu od strony Bachledzkiego Wierchu, w miejscu, gdzie szlak był już bardziej pamięcią niż trasą. Telefon zadzwonił do Marty o szóstej piętnaście. Król nie przeprosił za porę.

– Mówiła pani w nocy o drugiej drodze i przestawianiu uwagi – powiedział. – Mam trupa, który według kamer nie powinien tam być. Jeśli pani chce się mądrzyć dalej, to teraz.

Połączenie się urwało. Nie było w tym zaproszenia, tylko odruch człowieka, który nie miał czasu na elegancję.

Marta siedziała na łóżku, dopóki ciało nie dogoniło godziny. Pensjonat był zimny mimo odpalonego pieca. W rurach zaszumiała woda; dom dopiero przypominał sobie, że znów ktoś w nim nocuje. Telefon leżał na kołdrze, drzwi były uchylone na ciemny korytarz. Przywykła do telefonów o świcie, tylko że kiedyś oznaczały pracę. Teraz praca znalazła ją sama i nie pytała o zgodę.

Martwy ekspres zostawił jej mały rondelek i kawę po turecku. Wypiła dwa łyki, gorzkie i z fusami, ubrała gruby sweter po ojcu, puchową kurtkę i wyszła na chłód, od którego płuca od razu robiły się mniejsze. Nad miastem wisiały niskie chmury, ale halny na chwilę odpuścił. Ulice były brudnoszare, jak po źle przespanej nocy. Na jednym z przystanków stały dwie pokojówki z siatkami zakupów i gadały o nocnych komunikatach tonem rozmowy o wyniku meczu. W Zakopanem sensacja przechodziła do rutyny szybciej niż w innych miastach; zawsze czekała kolejka następnych.

Dojazd pod las prowadził wąską drogą, gdzie asfalt kończył się bez uprzedzenia, a pobocze miało więcej błota niż stałości. Na miejscu stały dwa radiowozy, terenówka techników i karetka, która nic już nie miała do roboty. Policjanci deptali po zmarzniętej ziemi z ostrożnością ludzi, którym kazano uważać, ale nie powiedziano dokładnie, na co. Za taśmą zebrało się już troje gapiów, każdy w czapce, z miną człowieka gotowego przekazać sprawę dalej.

Zabity leżał między świerkami twarzą do góry, z rozcięciem na skroni i brudem na rękawach. Około czterdziestki, robocza kurtka, buty miejskie nie do takiego terenu. Nie wyglądał na turystę, raczej na kogoś, kogo przeniesiono tam już po wszystkim albo kto umierał, próbując iść w miejsce, którego nie znał.

– Nazywał się Rafał Bilski – powiedział Król. – Serwisant systemów teletechnicznych. Pracował dla zewnętrznej firmy, robił przeglądy w hotelach, stacjach kolejki, pensjonatach. Wczoraj wieczorem miał być na Gubałówce, potem ślad się urywa. Monitoring z dojazdu pokazuje auto, ale nie pokazuje jego wejścia tutaj.

– A pokazuje wyjście auta?

– Pokazuje, że auto stanęło koło starej przepompowni i potem odjechało. Kierowcy nie widać.

Marta przykucnęła obok śladów na ścieżce. Były dwa rodzaje odcisków: cięższe, z terenowego buta, i lżejsze, rozmazane. Do tego ślad przeciągania, krótki, urywający się przy omszałym kamieniu. Ktoś wykonał robotę starannie, ale nie idealnie; miał wprawę rzemieślnika przyzwyczajonego do ciemności i czasu liczonego w minutach.

– On coś naprawiał? – spytała.

– W teorii.

– W praktyce?

Król podał jej foliowy worek. W środku leżał mały moduł przekaźnikowy, rozkręcony, z wydłubanym układem pamięci.

– To znaleźliśmy w jego aucie.

– Ktoś wyjął mu język z kieszeni – powiedziała.

Król ważył to przez sekundę.

– Trafne.

Technik zawołał ich do śladu przy drzewie. Na korze ktoś zostawił świeże zadrapanie metalem, może klamrą plecaka, może elementem noszy. Marta od razu pomyślała o ratowniczym sprzęcie, ale nie powiedziała tego. Nie chciała jeszcze dodawać ojca do każdego znaku, jaki widziała w lesie.

Podeszła kawałek wyżej, tam gdzie ścieżka załamywała się przy starym murku oporowym. Stąd było widać fragment miasta i drogę serwisową prowadzącą od strony przepompowni. W nocy, przy odpowiednim aucie i bez oświetlenia, można było podjechać wystarczająco blisko, żeby przerzucić ciało, zostawić kilka śladów i odjechać, zanim ktokolwiek z okolicznych domów zdążyłby podnieść roletę. Ten teren był przede wszystkim praktyczny.

– Kto go znalazł? – spytała.

– Facet z psem. Emerytowany nauczyciel. Twierdzi, że chodzi tędy codziennie.

– I dziś akurat wyszedł wcześniej.

– Zauważyła pani, że dziś wszystko dzieje się akurat.

– Zauważyłam, że pan też.

Uśmiech ledwie ruszył mu twarz i zgasł.

W aucie Bilskiego pachniało kablami, tanią kawą i odświeżaczem o zapachu morskiej bryzy, co w Zakopanem miało tyle sensu co parasol w tunelu aerodynamicznym. Na siedzeniu pasażera leżał notes serwisowy. Ostatni wpis: *TH garaż - reset pętli / kolejka dolna stacja - kamera 4 / wieża pomocnicza P-3*. Marta zapamiętała skrót. Król też.

– P-3? – spytała.

– Stare oznaczenie punktu przekaźnikowego nad Bachledą – odparł młody funkcjonariusz z boku. – Nieczynne od lat.

Król uciszył go krótkim uniesieniem brwi: dobrze, że wiesz, ale nie rozpędzaj się.

– Nieczynne oficjalnie? – dopytała Marta.

Młody policjant odchrząknął.

– No... tak się mówi. Kiedyś były tam jeszcze przeglądy dla awaryjnych połączeń, potem niby wszystko odcięli.

– *Niby* to nie jest techniczny termin – powiedziała.

– U nas bywa – mruknął Król.

Marta zajrzała do schowka. W środku rachunki paliwowe, dwa śrubokręty, karta wjazdowa do garażu w *Tatrzańskim Horyzoncie* i wydruk zlecenia bez podpisu klienta. Firma serwisowa z nagłówka była ta sama, której loginy pojawiły się przy nocnym włamaniu do systemu hotelu. Ktoś szedł po konkretnym łańcuchu dostępu i robił to bez pośpiechu.

– Rodzina? – spytała.

– Żona z Nowego Targu, w separacji. Jeden syn. Mówią, że robił wszystko, co płaciło. Montaże, serwisy, prywatne zlecenia po godzinach.

– Czyli człowiek od tego, co działa w tle.

– Czyli człowiek, którego łatwo nie zauważyć – poprawił Król.

Kiedy ciało pakowano do worka, nad drogą zebrało się już kilku następnych gapiów. Zawsze pojawiali się szybko. W Zakopanem plotka chodziła na własnych nogach, bez potrzeby aplikacji. Starsza kobieta w wełnianym berecie powiedziała do sąsiadki z satysfakcją zbyt bliską uldze:

– W nocy to nic dobrego nie jeździ.

Marta znała ten ton: skoro spotkało kogoś innego, świat jeszcze trzyma pion.

Pojechała za Królem prosto do firmy, która zatrudniała Bilskiego. Mieściła się w blaszanym budynku przy drodze na Poronin, między składem okien a hurtownią hydrauliki. Na szyldzie widniało neutralne *System-Komplex*, nazwa dobra dla firmy, która mogła wymienić wszystko poza sumieniem. W środku siedziała księgowa w polarze i właściciel z twarzą czerwoną od wstydu albo ciśnienia.

– Rafał był porządny – powtarzał. – Spóźniał się, ale robił. Te loginy? No przecież każdy techniczny ma swoje. Ktoś mógł mu zabrać telefon, przepisać hasło, wszystko.

– Wczoraj miał zlecenie w *Horyzoncie*? – spytała Marta.

Właściciel zmierzył ją niechętnie, potem Króla, sprawdzając, czy wolno mu się oburzyć.

– Miała pani nie przeszkadzać – mruknął.

– A pan miał zgłaszać niestandardowe wejścia do systemu – odparł Król. – Odpowie pan na pytanie.

Bilski rzeczywiście miał wejść do dwóch obiektów. Jedno zlecenie zgłoszone oficjalnie, drugie dopisane ołówkiem na wydruku. *P-3* nie widniało w żadnym systemie, tylko w jego prywatnym notesie. Właściciel twierdził, że nic nie wie o nieczynnych punktach przekaźnikowych, z miną człowieka mówiącego prawdę tylko o tej części, którą właśnie ćwiczył.

Księgowa siedząca z boku przez większość rozmowy milczała, ale kiedy Król poprosił o listę ostatnich delegacji, przesunęła po biurku drugi segregator. Cicho, prawie ukradkiem.

– To prywatne rozliczenia kilometrówki – powiedziała. – Rafał dwa razy brał paliwo na wyjazd, którego nie ma w oficjalnym grafiku.

Właściciel zacisnął palce na poręczy krzesła.

– Pani Jolu, nie trzeba wszystkiego...

– Jak przyjechała policja po ciało, to chyba już trzeba – odparła, nie patrząc na niego.

Na kartkach widniały dwa kursy: okolice starej przepompowni i dojazd techniczny od strony Bachledy. Nie było numerów zleceń ani podpisu klienta. Marta zapamiętała daty.

Zanim wyszli, obejrzała jeszcze tablicę korkową w biurze. Między ogłoszeniem o obowiązkowym szkoleniu BHP a kalendarzem z kobietą w stroju narciarskim wisiała kartka z rozpisanymi hasłami dostępu do kilku starszych urządzeń. Część zamazana markerem, część poprawiona długopisem. Właściciel zauważył to i za szybko ściągnął kartkę.

– Nieaktualne – powiedział.

– Czyli tym bardziej niepotrzebne na widoku – odparła.

Król nic nie dodał, tylko zapisał coś w notatniku.

Na komendę wrócili przed południem. Budynek wyglądał jak większość komend: jasna farba, odklejony narożnik wykładziny, automat do kawy mający na sumieniu więcej rozczarowań niż przesłuchań. Korytarz pachniał mokrymi kurtkami i tonerem. Jeden z dzielnicowych rozpoznał Martę i natychmiast udał obojętność. Wieści chodzą szybko, twarze jeszcze szybciej.

W pokoju Króla stała szafa z aktami, dwa krzesła dla petentów i kubek z napisem *Najlepszy Tata*, najwyraźniej nadużywany do długopisów. Na tablicy korkowej wisiała mapa miasta z kolorowymi pinezkami. Cztery z nich były nowe.

– Nie powinna pani tu być – powiedział Król, zamykając drzwi.

– A jednak jestem.

– To nie są argumenty.

– Pańskie też nie.

Usiadł ostrożnie, przenosząc ciężar na oparcie.

– Dobrze. Oficjalnie jest pani świadkiem. Nieoficjalnie ma pani doświadczenie, którego u nas nikt teraz nie ma, bo połowa ludzi od kryzysów jest w terenie albo u psychologa. Nie mylić tego z wolnym wstępem do śledztwa.

– Nie mylę. Chcę zobaczyć, czy te zgłoszenia i zniknięcie Mai mają wspólną logistykę.

– Mai Radeckiej nie mamy jeszcze jako porwania.

– Macie za to martwego serwisanta od kamer i przekaźników.

Król odchylił się na krześle.

– Pani ojciec też lubił mówić w ten sposób. Dla niego te brakujące dwa zdania były stratą czasu.

Marta zesztywniała odruchowo.

– Znał pan mojego ojca?

– To Zakopane. Wszyscy znali wszystkich w wersji lepszej albo gorszej.

Nie rozwinął. Może specjalnie. Może sam jeszcze nie wiedział, po której stronie tego nazwiska ma stanąć.

Przez kolejną godzinę oglądali monitoring. Garaż aparthotelu, wjazd od ulicy, kamery miejskie przy rondzie, jedna prywatna kamera z piekarni. Bilski był widoczny wieczorem przy dolnej stacji kolejki, potem jego auto przepadło na dwanaście minut w strefie bez dobrego pokrycia. Następnie widziano je znów, już bez pewności, kto siedzi za kierownicą. Żadna kamera nie pokazywała, jak znalazł się na starym szlaku.

– Kto ma martwe pole tej wielkości w środku miasta? – spytała Marta.

Król wzruszył jednym ramieniem.

– Ten, kto zna kamery. Albo ten, kto je finansuje.

Marta zapamiętała to zdanie.

Po południu zjawił się prokurator, zdenerwowany bardziej przeciekami do mediów niż ciałem. Chciał prostego komunikatu: nie łączyć zdarzeń, uspokoić mieszkańców, nie podsycać teorii. Marta obserwowała to z boku, pijąc kawę z automatu, która smakowała jak ciepła kara administracyjna. Po piętnastu minutach widziała już pierwszy realny opór: ciężki, urzędowy odruch, by z każdej niejasności zrobić oddzielny folder.

Kiedy prokurator wyszedł, na korytarzu zrobiło się luźniej, jak po inspekcji sanepidu. Młody funkcjonariusz, ten od skrótu P-3, podszedł do Marty przy automacie z wodą.

– Mój ojciec pracował kiedyś przy utrzymaniu tych starych punktów – powiedział półgłosem. – Jak pani chce, mogę sprawdzić, kto ostatnio prosił o klucze serwisowe. Tylko oficjalnie nie było tematu.

– Czemu mi to pan mówi?

Wzruszył ramionami.

– Bo wszyscy udają, że te miejsca nie istnieją. A potem trup wychodzi właśnie stamtąd.

Później, już przy wyjściu, Król zatrzymał ją w drzwiach swojego pokoju.

– Jeśli ktoś zacznie testować pani adres, proszę to zgłosić formalnie – powiedział.

– I co pan wpisze? Niepokój byłej policjantki?

– Wpiszę, że ktoś testuje granice.

– Pańskie czy moje?

– Na razie wspólne – odparł. – Niech pani tego nie traktuje jak komplementu.

Król nie rzucał słów na zapas. Marta jeszcze przez sekundę trzymała dłoń na klamce.

Kiedy wróciła do samochodu, siedziała z rękami na kierownicy i patrzyła na budynek komendy odbity w mokrej szybie. Jeszcze parę dni temu powiedziałaby bez wahania, że to już nie jej świat. Teraz łapała się na tym, że nasłuchuje rytmu dyżuru i tonu ludzi, wyłapuje moment, w którym sprawa zaczyna być niewygodna nie dla zabójcy, tylko dla całego porządku wokół niego.

Gdy ruszała spod komendy, zadzwonił Król. Na służbowy telefon Bilskiego, zabezpieczony przed chwilą przez policję, zadzwonił ktoś z nieznanego numeru i rozłączył się po dwóch sygnałach. Oddzwonili bez skutku. Ktoś po drugiej stronie chciał tylko sprawdzić, czy aparat jeszcze żyje albo kto go trzyma. Dowodu z tego nie było. Była za to pewność, że druga strona nie skończyła pracy po jednej nocy.

Zostawała po tym zimna staranność: ślad poprawiony, gorszy od przypadkowego. Nie wyglądało to na panikę, raczej na porządek cierpliwego człowieka.

Zaraz potem zadzwonił pośrednik od pensjonatu.

– Pani Marto, klient czekał rano pół godziny – zaczął z pretensją. – Rozumiem emocje po rodzinnych sprawach, ale rynek nie śpi.

– Dzisiaj mam ważniejsze sprawy niż rynek – odpowiedziała.

Rozłączyła się, zanim zdążył obrazić się na dobre.

Pod domem zobaczyła ślady opon w błocie, świeższe niż jej własne. Ktoś podjechał, zawrócił i odjechał. Niby nic; w Zakopanem każdy gdzieś podjeżdżał. Kiedy jednak weszła do środka, radio nasłuchowe po ojcu było przestawione o pół obrotu, na inną częstotliwość niż ta, na której zostawiła je rano.

Stała w ciszy, z kluczem jeszcze w dłoni. Nie było śladów włamania, nic nie zginęło, nikt nie przewrócił krzeseł. Tylko ten mały ruch, staranny jak wizytówka.

Przeszła jeszcze raz przez parter. W kuchni wszystko stało tak jak zostawiła, ale na stole przesunięto jeden z rachunków. Ten od energii, z czerwonym paskiem terminu. Drobna zmiana; gdyby rano nie porządkowała papierów, pewnie by jej nie zauważyła. Ktoś nie przyszedł kraść. Ktoś przyszedł zobaczyć dom po człowieku, który wiedział za dużo.

Marta odłożyła rachunek dokładnie tam, gdzie leżał rano. Potem przestawiła radio z powrotem na poprzednią częstotliwość i słuchała pustego szumu, aż gałka pod palcami przestała drżeć.

Rozdział 3

Komenda miała własny rytm zmęczenia. O ósmej rano pachniała jeszcze detergentem i niedopalonym papierosem strażnika z nocnej zmiany. O dziesiątej wchodził zapach kawy, toneru i ludzi, którzy od dwóch dni nie mieli czasu porządnie obrazić się na świat. Marta przyszła przed dziewiątą, bo Król kazał, ale też dlatego, że nie znosiła czekania we własnym domu na cudze ruchy.

W nocy spała może dwie godziny. Nie ze strachu, raczej przez ten konkretny rodzaj czuwania, w którym człowiek leży nieruchomo i nasłuchuje, czy dom znów nie zacznie mówić cudzym głosem. Radio po ojcu odłączyła z gniazdka, ale i tak kilka razy miała wrażenie, że słyszy trzask nośnej z dołu. Nad ranem zrezygnowała z udawania odpoczynku, wstała, obeszła wszystkie pomieszczenia, sprawdziła okna i klamki, a potem znalazła na parapecie w recepcji cienką smugę błota, której wcześniej nie było. Nie wiedziała, czy to ślad po bucie, czy po wilgotnej torbie opartej o framugę. Wystarczyło, żeby zabrała ten ślad ze sobą na komendę.

Dyżurny poprosił ją, żeby usiadła. Usiadła, ale tylko ciałem. Uszy miała otwarte. Ktoś zgłaszał włamanie do sklepu z elektroniką, ktoś inny awanturę domową na Olczy. Między tymi zwykłymi sprawami co kilka minut przewijało się nazwisko Bilskiego, zaginionej Mai albo hasło o fałszywych komunikatach. Wszyscy mówili ostrożnie, jakby sam sposób mówienia mógł ograniczyć skalę kompromitacji. Za szybą dyżurki stał starszy mężczyzna w roboczym kombinezonie i chciał zgłosić zniknięcie tablicy rejestracyjnej. Gdy usłyszał obok słowo *porwanie*, ściszył głos automatycznie. Tu nawet kolejka do własnego nieszczęścia potrafiła ustąpić miejsca większemu.

Król zjawił się z kubkiem czarnej kawy i teczką pod pachą.

– Chodźmy.

To *chodźmy* w jego ustach nie oznaczało koleżeństwa. Raczej tymczasowe zawieszenie broni. Zaprowadził ją do małej salki przesłuchań z oknem na parking. Na stole leżały wydruki z bilingów, schemat sieci monitoringu wokół Gubałówki i protokół z zabezpieczenia pokoju Mai.

– Telefon zaginionej nadal nieaktywny – powiedział. – Karta logowała się ostatni raz przy dolnej stacji kolejki, potem cisza. Aparat zostawiła, laptop zabrała albo ktoś zabrał go razem z nią. W notatkach mamy działki, kilka nazwisk z ratownictwa i jedno stare zdarzenie, które nic mi nie mówi. Mówi to pani coś?

Na kartce widniało nazwisko Łady i data. Adam Łada, Piotr Wolski, noc z listopada. Ojciec nigdy nie mówił o akcjach więcej, niż było potrzebne przy stole: gdzie był, ile trupów, czy śmigłowiec zdążył. Nie opowiadał legend. Tylko czasem w środku nocy siadał w kuchni z radiem i milczał długo.

– Niewiele – odparła. – Tyle że Łada zginął lata temu i nie powinno go być w żadnym świeżym systemie. Jeśli ktoś użył archiwalnej łączności, to miał dostęp albo do starych nagrań, albo do człowieka, który je trzymał.

– A pani ojciec?

– Był ratownikiem, nie archiwistą.

Król przyjął to bez komentarza. Odnotował kolejny wariant, zamiast mówić, czy jej wierzy.

Potem przeszedł na twarde rzeczy. Zabezpieczony monitoring, lista pracowników aparthotelu, przepustki do garażu, logi systemu rozgłoszeniowego. Ktoś wgrał komunikat przez aktualizację, która nie powinna mieć miejsca, używając poświadczeń zewnętrznej firmy technicznej. Tej samej, która zatrudniała Bilskiego. Koło zaczynało się zamykać, tylko nadal było za czyste, za zgrabne. Ktoś układał nie tyle prawdę, ile jej wersję do pokazania.

– Nie ufa mi pan – stwierdziła Marta.

– Nie mam jeszcze luksusu ufać komukolwiek – odparł. – Pani pojawia się po latach, pierwszej nocy słyszy głos z archiwum, trafia do sprawy, w której wraca nazwisko pani ojca. To jest albo pech, albo czyjaś robota.

– Lubi pan eleganckie określenia przed południem.

– Lubię, jak rzeczy mają kolejność.

– To proszę sobie ustawić taką: przyjechałam sprzedać dom. Ktoś tej samej nocy używa głosu z dawnej akcji, uruchamia fałszywe alarmy, a z hotelu znika kobieta. Albo jestem najgłupszą wspólniczką na południu Polski, albo ktoś wciągnął mnie do tego celowo.

Król długo nic nie mówił. Za oknem parkował radiowóz, błoto spod opon osiadło na drzwiach jak słaba farba.

– Albo jedno, albo drugie – powiedział w końcu. – W obu wersjach nie lubię tej sytuacji.

– Wzajemnie.

Poszli razem na odprawę. W pokoju siedziało siedem osób, część w mundurach, część po cywilnemu. Nad mapą miasta wisiał telewizor bez dźwięku, na którym lokalny portal puszczał pętlę z nocnymi syrenami. Zebrani zmierzyli Martę krótko, ale wystarczająco. Była obca i swoja zarazem, co dla policji zawsze znaczyło kłopot.

Król przedstawił ją bez ozdobników.

– Była negocjatorka, świadek części zdarzeń, zna lokalny kontekst rodzinny.

Jeden z młodszych funkcjonariuszy prychnął niemal niesłyszalnie. Starszy aspirant z wąsem nawet nie próbował kryć sceptycyzmu.

– To może od razu damy jej biurko – rzucił.

Marta uniosła brwi.

– Jak będzie puste i z dala od pana, mogę rozważyć.

W pokoju na moment ucichło. Król nie skarcił nikogo. Dobrze. Wolał sprawdzić, kto się odkryje, niż urządzać lekcję manier.

Odprawa szła ciężko. Każdy miał swój kawałek i własną wersję granicy odpowiedzialności. Do zrobienia było wszystko naraz: zabezpieczyć monitoring, przesłuchać obsługę, ustalić, co Bilski robił dla kolejki, porównać logowania jego służbowego telefonu, sprawdzić listę zgłoszeń z nocy pod kątem realnych interwencji przykrytych alarmami. Marta słuchała i w końcu przerwała, kiedy jeden z policjantów zaczął traktować każde zdarzenie osobno.

– Kto koordynuje oś czasu? – spytała.

– Oś czego? – mruknął aspirant.

– Tego, co wydarzyło się jednocześnie. Alarmy, zniknięcie, ruch Bilskiego, zaniki monitoringu, prawdziwe wyjazdy ratowników. Jak nie złożycie tego w jedną linię minutową, będziecie ścigać własne notatki.

Aspirantowi nie spodobał się ton bardziej niż treść.

– Pani nie prowadzi tej sprawy.

– Pan też jeszcze nie.

Król uciął to jednym ruchem dłoni.

– Ma rację w jednym. Potrzebuję wspólnej osi. Nowak, bierzesz to. Minuta po minucie.

Po tym zdaniu w pokoju skończyła się kurtuazja. Marta zobaczyła po twarzach, że część ludzi już odruchowo wpisała ją do rubryki *problem dodatkowy*. Dobrze. Tam zwykle było więcej miejsca do pracy niż w rubryce *sojusznik*.

Po odprawie Król zaprowadził ją do archiwum technicznego komendy, gdzie trzymano stare nośniki z zabezpieczonych spraw. Chciał sprawdzić, czy komunikat z głosem Łady pochodził z materiałów, które kiedyś trafiały do policji. Pomieszczenie było zimne, zakurzone i pełne metalowych regałów, na których teczki stały z dumą właściwą tylko prawdziwej biurokracji. Nic cyfrowego nie pachnie tak mocno jak papier, który przeżył trzy reformy.

Starsza archiwistka przeczytała nazwisko Wolskiej i od razu stężała.

– Po co pani grzebie przy tamtym? – spytała bardziej do Króla niż do niej.

– Bo ktoś zaczął pierwszy – odparł.

Od razu nie znaleźli nic użytecznego. Trafili za to na lukę. Teczka z akcją z listopada sprzed lat istniała, numer się zgadzał, spis załączników też, ale jednego nośnika brakowało. W spisie widniało: *rejestracja łączności - kopia robocza*. Ktoś odnotował wypożyczenie sprzed wielu lat i nigdy nie dopisał zwrotu.

– Kto wypożyczał? – spytała Marta.

Archiwistka podsunęła kartę. Podpis był nieczytelny, ale pieczątka należała do wydziału, który już nie istniał po reorganizacji.

– Pięknie – mruknął Król. – Martwy wydział, martwy ratownik, żywy problem.

Marta przeszukała jeszcze spis akt pod kątem nazwisk. Przy jednym załączniku ktoś dopisał ołówkiem *przekazać dalej bez kopiowania*. Ołówek był stary, ledwo widoczny. To był ślad po kimś, kto chciał dać znak i jednocześnie mieć wymówkę, że nie dopisał niczego oficjalnie.

– Kto w tym mieście miał zwyczaj poprawiać papiery ołówkiem? – spytała.

Archiwistka przyjęła pytanie ze zmęczeniem urzędnika, który przeżył za dużo reform, żeby jeszcze cokolwiek wskazywać palcem.

– Wszyscy, którzy potem awansowali – powiedziała.

Kiedy Król poszedł podpisać wypożyczenie jednej z teczek, Marta została z archiwistką sama. Starsza kobieta poprawiła okulary i przez chwilę udawała, że układa karty ewidencyjne.

– Pani ojciec nie był jedyny, który po tamtej nocy wrócił inny – powiedziała nagle.

Marta podniosła wzrok.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że przez miesiąc przychodzili tu różni ludzie i pytali tylko o jedną teczkę. A potem nagle przestali. Jak w tym mieście ludzie nagle przestają pytać, to zwykle dlatego, że ktoś im wytłumaczył.

– Kto pytał? – spytała Marta.

Archiwistka przesunęła palcem po krawędzi metalowej szuflady.

– Ratownicy, policjanci, jeden człowiek z urzędu miasta. I kobieta, której nigdy wcześniej tu nie widziałam. Elegancka, za elegancka jak na tę komendę. Podała nazwisko, którego już nie pamiętam, ale mówiła tonem kogoś, kto nie szuka dokumentu, tylko sprawdza, czy ktoś inny go nie znajdzie.

– Kiedy to było?

– Zaraz po tej akcji. Potem jeszcze raz kilka miesięcy później.

Marta zapamiętała to i nie pytała dalej. Archiwistka już zamknęła się w sobie; każde następne pytanie zrobiłoby z tej rozmowy protokół.

W drodze z archiwum Król niósł teczkę pod pachą ostrożniej, niż wymagał papier.

– Myśli pan, że to przypadek, że brakuje akurat roboczej kopii łączności z tamtej nocy? – spytała.

– W policji przypadki zwykle mają pieczątkę albo protekcję – odparł. – Jeszcze nie wiem, którą.

– A jeśli obie?

Zmrużył oczy.

– To będzie długi tydzień.

Wyszli przed komendę na papierosa, choć Marta rzuciła palenie dwa lata wcześniej. Z boku zatrzymał ją głos.

– Marta?

Przy schodach stał starszy posterunkowy, którego pamiętała mgliście jeszcze z dzieciństwa, kiedy przychodził czasem do ojca pożyczyć klucz francuski albo flaszkę na imieniny. Nazywał się Włodek Rojek; twarz zużyła mu się trochę szybciej niż mundur.

– Nie mieszaj nazwiska starego do tej sprawy, jeśli nie musisz – powiedział cicho. – Tu jest dużo ludzi, którzy lubią pamiętać wybiórczo.

– To rada?

– To oszczędność czasu.

– A jak nie oszczędzam?

Rojek utkwił wzrok w parkingu i układał w głowie zdanie tak, by nie musiało potem wracać jako zeznanie.

– To zaczną ci tłumaczyć, że wszystko pomyliłaś. Najpierw grzecznie, potem mniej grzecznie.

– A ty co pamiętasz? – spytała.

Rojek skrzywił się lekko.

– Tyle że po tamtej akcji przez dwa dni zwozili sprzęt do garażu TOPR-u nie główną bramą, tylko tyłem. I że twój stary pił potem kawę z ludźmi, których normalnie nie wpuszczałby do domu. To mi wystarczyło, żeby nie zadawać pytań.

Nie zdążyła dopytać, bo Król już wracał. Pytanie zostało jej na języku.

Po południu Marta złożyła formalne zeznanie. Potem, zamiast wrócić prosto do pensjonatu, pojechała na Bachledzki Wierch jeszcze raz zobaczyć miejsce znalezienia Bilskiego, tym razem bez taśm i krzątaniny. Ścieżka była cicha, zbutwiałe igły miękko uginały się pod butami. Z góry widać było fragment miasta: dachy, parkingi, światła reklam i drogi przecinające wszystko na ukos.

Zatrzymała auto niżej niż rano i resztę drogi przeszła pieszo od drugiej strony. Chciała zobaczyć nie tylko samo miejsce, ale trasę, którą wybrałby ktoś, kto nie przyjeżdża tu w radiowozie. Minęła dwa ogrodzenia z podciętym drutem, szopę z deskami pachnącymi mokrą żywicą i tyły jednego nowego domu z kamieniem na elewacji i workami śmieci porzuconymi przy kompostowniku. Tu kończyła się pocztówka, a zaczynał magazyn miasta. Ludzie wynajmowali widok, ale wszystko, co potrzebne do utrzymania tego widoku, leżało właśnie po takich tyłach.

Stała tam chwilę, rozkładając w głowie ten układ. Ktoś znał topografię i potrafił myśleć nią zawodowo. Martwe kamery wyznaczały drogi. Fałszywe komunikaty wprawiały ludzi w ruch i tworzyły zasłonę.

Przy murku oporowym dostrzegła zdeptaną paczkę po nikotynowych saszetkach i dwa świeże niedopałki, mimo że rano policja nie wspominała o paleniu na miejscu. Nie podniosła ich, zanotowała tylko markę. Jeśli ktoś wrócił sprawdzić, czy wszystko poszło zgodnie z planem, zostawił po sobie popiół i nazwę na folii.

Zeszła kilka metrów niżej i stanęła przy rozwidleniu ścieżki, której rano prawie nie zauważyła. Nie była oznaczona, tylko wydeptana przez lata przez ludzi, którzy wiedzieli, że tędy jest krócej albo ciszej. Schodziła w stronę zaplecza kilku posesji i dalej ku drodze serwisowej. Wystarczyło znać rytm okien, miejscowe psy i martwe lampy. Ktoś, kto pracował w mieście latami, mógł tędy przerzucić pół życia, nie zostawiając nic poza błotem na podeszwach.

Na jednym z kamieni zobaczyła świeżą smugę białej farby, jak po otarciu metalowej skrzynki albo obudowy urządzenia. Schyliła się i dotknęła. Farba nie zdążyła jeszcze dobrze zaschnąć. Albo Bilski niósł tędy coś technicznego, albo ktoś przeniósł to za niego. W każdym razie Bilski, znaleziony martwy między świerkami, nie był przypadkowym trupem dorzuconym do krajobrazu. Należał do roboty.

Wracając do auta, minęła starszego mężczyznę z reklamówką i psem na sznurku. Sądząc po opisie, to był ten sam, który podobno rano znalazł ciało. Zauważył ją, rozpoznał i z przesadną starannością uciekł wzrokiem.

– Codziennie pan tędy chodzi? – spytała.

Zatrzymał się niechętnie.

– Jak mogę.

– A dziś mógł pan wyjść wcześniej.

– Pies chciał – mruknął.

Pies nawet nie drgnął.

– Widział pan coś w nocy?

Mężczyzna poprawił reklamówkę.

– W nocy to człowiek śpi.

Skłamał słabo, ale wystarczająco, żeby nie dało się go przycisnąć bez odznaki. Marta puściła go. Bał się zwykłego pytania; to znaczyło więcej niż połowa oficjalnych wypowiedzi z komendy.

Wsiadła do auta i przez chwilę nie odpalała silnika. Na siedzeniu obok leżały notatki z komendy, w kieszeni miała nazwiska z archiwum, a w głowie coraz wyraźniejszy układ ścieżek, garaży, technicznych wejść i ludzi, którzy wszędzie byli tylko na chwilę. Początek sprawy zwykle bywał mglisty, a ten miał już krawędzie. Im ostrzej zaczynało to wyglądać, tym mniej miejsca zostawało na wygodne pomyłki.

Szyba od środka zaczęła zachodzić parą. Marta przetarła ją rękawem i odsłoniła miasto poniżej, spokojne, prawie rozsądne. Ludzie bardziej wierzą w spokojny widok niż w cudzy strach; ktoś tutaj musiał rozumieć to od dawna.

Dopiero wtedy zauważyła, że pod wycieraczką tkwiła złożona kartka wyrwana z notatnika. Bez koperty, bez podpisu. W środku trzy słowa zapisane drukowanymi literami:

*WYJEDŹ, PÓKI MOŻESZ.*

Wsunęła kartkę do kieszeni i odpaliła silnik. Nie musiała rozstrzygać, czy to groźba, czy uprzejmość; obie wersje wymagały tej samej reakcji.

Schowała papier głębiej. Szeleścił przy każdym ruchu kierownicy, mały suchy dźwięk, którego nie potrafiła już przestać słyszeć.

Rozdział 4

Pośrednik przyjechał punktualnie o dziesiątej z klientem, który miał buty za cenę połowy miesięcznej raty i spojrzenie inwestora myślącego w metrach użytkowych. Marta otworzyła im pensjonat bez uśmiechu. Klient chodził po pokojach, stukał w boazerię, zaglądał do łazienek i pytał, czy da się „otworzyć ten obiekt na lepszą klientelę”. Mówił tak, jakby wyceniał puszkę konserwy.