Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kaśka zajmuje się dostarczaniem i instalacją aparatury diagnostycznej w szpitalach, a także szkoleniem personelu w jej obsłudze. Niespodziewanie dostaje zlecenie od przyjaciółki, z którą w czasach studiów były nierozłączne, lecz dorosłość rozdzieliła je na wiele lat. Agnieszka obecnie szefuje Oddziałowi Badań Klinicznych w jednym z prowincjonalnych szpitali. Kaśka przyjeżdża na miejsce, nie zastaje jednak przyjaciółki. Nikt nie wie, gdzie może być Agnieszka, nikt nie ma z nią kontaktu, nawet jej mąż – jak się okazuje – dyrektor placówki.
Kaśka jest coraz bardziej zaniepokojona i szuka przyjaciółki. Nie dość, że jej nie znajduje, to sama wpada w potężne tarapaty – pewnego ranka budzi się na oddziale zamkniętym przypięta do łóżka jako rzekoma ochotniczka testów klinicznych cudownego eliksiru.
Gdzie znikła Agnieszka? Kto jest odpowiedzialny za nielegalne eksperymenty? I jak uratować się z pułapki zastawionej w białych, szpitalnych korytarzach?
Thriller medyczny o skomplikowanej kobiecej przyjaźni, niezaspokojonych ambicjach i żądzach.
Weronika Wierzchowska – z zawodu chemiczka, dawniej związana z przemysłem farmaceutycznym i kosmetycznym. Lubi mieszać – zarówno w reaktorach chemicznych, jak i w losach wymyślonych postaci. Fascynuje się historią nauki, zwłaszcza medycyny, kultury materialnej i ulubionego XIX wieku. Dociekliwie zgłębia historie kobiet, najbardziej tych zapomnianych lub lekceważonych, które chętnie przypomina w powieściach. Perypetie postaci historycznych zestawia z losami współczesnych dzielnych i niezwykłych Polek, tworząc opowieści o życiu kobiet.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Copyright © Weronika Wierzchowska, 2026
Projekt okładki
Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Zdjęcie na okładce
© danr13/Adobe Stock
© Serhii/Adobe Stock
Redaktor inicjujący
Michał Nalewski
Redaktor prowadzący
Anna Kubalska
Redakcja
Maria Talar
Korekta
Maciej Korbasiński
ISBN 978-83--8444-633-1
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
1
Kaśka ziewnęła przeciągle, po czym zaczęła bębnić palcami w kierownicę. Jazda autostradą zrobiła się nudna i monotonna jak całe jej życie. Albo jak dwa tysiące odcinków M jak Miłość. Choć w telenoweli bohaterom przydarzały się przynajmniej jakieś dramy, za to w jej życiu ani jednej, o której warto wspomnieć. Włączyła radio, parę chwil z kwaśną miną zmieniała kanały, aż wreszcie zanuciła refren z lecącego kawałka:
– „Trzydzieści okropnych dni i trzydzieści okropnych nocy. Nikt cię nie kocha, już od miesiąca”. Co za bzdury, mnie nikt nie kocha od dwóch wieków i nie jęczę – westchnęła i znów ziewnęła.
Na A4 między Wrocławiem a granicą z Niemcami w weekendowe przedpołudnie ruch panował niewielki, grzała więc wygodnie lewym pasem, wyprzedzała pojedyncze samochody, świat przesuwał się za oknem jakiś taki nijaki. Nagle klakson i błysk w lusterku wstecznym, aż podskoczyła na fotelu. Senność minęła bez śladu, jakiś dureń siedział jej na zderzaku i migał światłami. Pojawił się w lusterku tak szybko, że ledwie zdążyła mu ustąpić miejsca.
– Spieprzaj, palancie! – warknęła.
Wyprzedził ją, zjechał na prawy pas i zwolnił. W jednej chwili krew się jej zagotowała. Wdepnęła pedał gazu i rozpędziła wóz, przejechała lewym pasem obok delikwenta. Zerknęła w bok, kierowcy nie widziała, za to samochód to była Toyota RAV4, czerwona terenówka z napisem na boku: Straż Pożarna. Tak zwany wóz operacyjny, nawet zaopatrzony w koguta, ale niewłączonego, nie jechał zatem do pożaru. Pruła tak jakiś czas, po czym wróciła grzecznie na swój pas. Strażacy jechali za nią parę chwil, po czym znów ją wyprzedzili i po raz kolejny znaleźli się przed nią.
Wreszcie przestała się nudzić i coś poczuła. Ale nie miłość czy choćby motylki w brzuchu, tylko zimny gniew. Przynajmniej już się jednak nie musiała bronić przed nieustannym ziewaniem. Wdepnęła gaz i pomknęła, tym razem nie odpuszczając, tylko cisnąc, aż rozpędziła się prawie do dwustu i zostawiła strażaków daleko w tyle.
Poczuła się, jakby leciała. Świat za oknem migał biało-czerwonymi słupkami przydrożnymi, ekrany wygłuszające zlały się w jeden tunel. Zapomniała o głupawych rozterkach i wiercącym dziurę w brzuchu poczuciu osamotnienia, pustki, która od kilku tygodni, a może miesięcy, odbierała radość życia. Pragnęła emocji i je właśnie dostała. Lepsze takie niż żadne.
W zasadzie przecież miała się z czego cieszyć, jechała zobaczyć się z przyjaciółką, której nie widziała od wieków. Może niezupełnie od wieków, Agnieszka odwiedzała ją co jakiś czas we Wrocławiu, ostatnio chyba dwa lata temu, kiedy przybyła z prośbą, by Kaśka zbierała dla niej krew miesięczną, konieczną do eksperymentów z izolowaniem komórek macierzystych. Tak, kazała jej zbierać tampony i mrozić w torebkach strunowych. To było typowe dla tej wariatki, wiecznie rzucającej się w jakieś absurdalne projekty i mającej najbardziej szalone pomysły spośród wszystkich znajomych Kaśki.
Poza tym dziwnym epizodem z kolekcjonowaniem krwi menstruacyjnej kontakt z Agnes miała raczej sporadyczny. Od kiedy ta wyprowadziła się z Łukaszem do Bolesławca, gdzie jej małżonek objął posadę w szpitalu, czasu na wygłupy i ekstrawaganckie pomysły miała coraz mniej. Teraz Łukasz szefował tam jako dyrektor placówki, Agnieszka dorobiła się funkcji kierowniczki Oddziału Badań Klinicznych w tej samej jednostce. Spoważniała, nabrała mocy i straciła chyba cały wolny czas, poczucie humoru i radość życia.
Doszło do tego, że Kaśka nie jechała do niej ze zwykłą wizytą, tylko w interesach. Wiozła aparaturę diagnostyczną, którą Łukasz zamówił w firmie, w której pracowała. Miała nie tylko ją zainstalować, ale i przeszkolić personel. Musiała spędzić w Bolesławcu cały tydzień i Agnes upierała się, by zatrzymała się u nich, nie w jakimś hotelu. Mieszkali w dużym domu i jej obecność miała nie stwarzać żadnych problemów. Zgodziła się zatem po pewnym wahaniu, głównie dlatego, że była ciekawa, jak się właściwie żyje przyjaciółce w tym miasteczku za górami i lasami. Jakoś się tak złożyło, że nigdy jej tam nie odwiedziła.
Radio złapało lokalną rozgłośnię, podawali wiadomości, których słuchała jednym uchem.
– W lesie na północ od miasta przypadkowy turysta natknął się na zwłoki kobiety. Trwają czynności operacyjne i policja nie komentuje wydarzenia, nie jest nawet znana tożsamość zmarłej. Nieoficjalnie wiadomo, że w głowie ofiary była rana wyglądająca na postrzałową…
Kaśka aż zagwizdała. Zastrzelony człowiek w lesie, zupełnie jakby nadal trwały wczesne lata dziewięćdziesiąte, kiedy mafie panoszyły się w całym kraju i bezkarnie wykonywały wyroki. Ale pewnie się okaże, że jakiś myśliwy wziął turystkę za dzika i ją odstrzelił. W tym nie byłoby nic nadzwyczajnego.
W oczy rzuciła się jej tablica informująca, że zbliża się do stacji benzynowej. Zerknęła na poziom paliwa i uznała, że nadarza się okazja, by go dolać i przy okazji skorzystać z ubikacji. Nie wiedzieć czemu na tej trasie właściwie nie zbudowano MOP-ów, a na stacje trzeba było polować. Zwolniła i zjechała na tę dostrzeżoną. Stanęła przy dystrybutorze, wetknęła pistolet z wężem w otwór do nalewania paliwa, jednocześnie przyglądała się odbiciu w szybie. Zrobiła do tego odbicia dzióbek.
Na sąsiednim stanowisku w tej właśnie chwili zatrzymała się znajoma Toyota. Ze środka wysiadło dwóch strażaków, obaj po cywilnemu, ale od razu dało się poznać, że to zawodowcy. Kierowca był wysoki i dobrze zbudowany. Miał na sobie jasną obcisłą koszulkę, przez którą rysował się tors bez śladów opony na brzuchu. Musiał sporo czasu spędzać na „targaniu żelaza” w siłowni, poza tym poruszał się, jakby miał w tyłku nakręcaną sprężynę. Prawdziwy samiec sigma i alfa jednocześnie napęczniały mięśniami i męskością. Poza tym dojrzały, po trzydziestce, ale raczej od Kaśki młodszy. Uśmiechnął się do niej i skinął głową.
– My się chyba już spotkaliśmy. I to nie raz – powiedział. – Lubi pani być górą, prawda?
– To zależy – odparła – od sytuacji. Pan z kolei nie lubi być na dole, prawda?
– To też zależy. Od tego, pod kim mam się znaleźć – odpowiedział i uśmiechnął się, prezentując równe, zadbane uzębienie.
Błyszczący typ z reklamy pasty do zębów i zdrowego trybu życia, pomyślała. Trochę jak trener personalny, jeden z tych przesadnie atrakcyjnych influencerów, których widuję, jak się filmują na siłowni. Nie da się ukryć, że to po prostu atrakcyjny, świetnie zbudowany mężczyzna.
Weszła do budynku stacji, musiała się wreszcie wysikać. Kiedy siedziała na sedesie, wpadł jej do głowy świetny pomysł. Wiedziała, że najważniejsze to teraz, natychmiast go zrealizować, zanim wyda się jej głupi. Zapłaciła za paliwo i przy okazji kupiła długopis. Wróciła do ubikacji i wyrwała papierowy ręcznik z dozownika przy umywalce. Ogarnęła ją euforia, jakby znów miała dwadzieścia lat. Wymyśliła, że powtórzy numer, z którego kiedyś zasłynęła Agnieszka. Za studenckich czasów obie nie grzeszyły rozsądkiem, ale to Agnes przewodziła w wybrykach.
Kiedy wyszła z toalety, strażak jeszcze stał w kolejce do kasy. Podeszła do niego, uśmiechnęła się i bez słowa wyjaśnienia włożyła mu złożony papier z zapisanym swoim numerem w rękę. Wyszła szybko, wskoczyła do samochodu i odjechała. Z podekscytowania i uciechy tak mocno cisnęła gaz, że koła zakręciły się z piskiem palonej gumy. Śmiejąc się jak wariatka, wyjechała na autostradę i pognała, jakby ją gonili. Dopiero po paru chwilach euforia minęła i przyszła fala opamiętania. Poczuła się niewymownie głupio, aż zrobiła się czerwona ze wstydu.
– Dziewczyno, za rok skończysz czterdzieści lat, nie jesteś już dwudziestoletnią podfruwajką – stwierdziła do lusterka wstecznego. – Tylko czterdziestoletnią idiotką, jak widzę. Piękniś ze straży pomyśli, że spotkał starą, napaloną szajbuskę. Ech, to już nie to, co kiedyś…
Wszystko przez Agnieszkę. Były wówczas jeszcze na studiach na Politechnice Wrocławskiej, tam upływały im początkowe lata nowego tysiąclecia. Poszły razem ze swoimi chłopakami do Teatru Współczesnego na sztukę. Jaką? Nie była w stanie sobie przypomnieć, to zresztą nieważne. Ważniejsze było to, co wydarzyło się na widowni. Obok Agnieszki z jednej strony siedział jej chłopak, z drugiej – nieznajomy mężczyzna. Obserwowała go z ukosa, bo coś ją w nim zaintrygowało. Przystojniak, sprawiał wrażenie melancholijnego i grzecznego, a do takich miała słabość. Później opowiadała, że tak ją wzięło, iż nie mogła się po prostu powstrzymać. W pewnej chwili, jeszcze podczas pierwszego aktu, chwyciła obcego za rękę. Nawet na nią nie spojrzał, ale nie odsunął swojej dłoni, tylko ścisnął lekko palce Agnieszki i trzymał je do końca aktu. Dziewczyna, coraz bardziej spocona, siedziała tak, jedną ręką trzymając swego chłopaka, drugą obcego przystojniaka. Podczas antraktu pobiegła do toalety, zapisała swój numer telefonu na kartce i w czasie drugiego aktu włożyła ją w dłoń nieznajomego. Zadzwonił jeszcze tego samego wieczoru, okazało się, że miał na imię Łukasz. Od kilkunastu lat był mężem Agnieszki.
Katarzyna oczywiście męża nie szukała, za to z chęcią znalazłaby jakąś przygodę. Niby libido jej spadało ze starości. I to w bezdenną przepaść, przynajmniej tak sobie powtarzała, ale tak naprawdę w gruncie rzeczy sama w to nie wierzyła. Nie miałaby nic przeciw bliższej znajomości ze strażakiem, znajomości opierającej się, powiedzmy, wyłącznie na cielesnym kontakcie. Takie relacje w dzisiejszych czasach nie były niczym trudnym, wystarczyła jedna aplikacja w telefonie i mogła mieć kochanków na pęczki, na dowolną godzinę, w dowolnym wieku i rozmiarze. O ile oczywiście opłaciłaby wersję premium, oferującą całe legiony kochanków „w twojej okolicy”. Mimo wszystko wolała unikać takich atrakcji, umawianie się z nieznajomymi poznanymi w aplikacji jakoś ją odpychało. Randki w ciemno z desperatami, od których roiło się w sieci, to jednak proszenie się o kłopoty.
Uspokoiła się, choć poczucie zażenowania tym, co zrobiła, przekonanie, że jest po prostu żałosna, jakoś jej nie opuszczało. Prawda była taka, że strażak zobaczył wytapetowaną czterdziechę, w dodatku o zbyt grubych łydkach i zbyt mięsnych udach, które od zawsze były jej przekleństwem, i teraz z koleżką, z którym jechał, śmiał się z niej do rozpuku. Tak się gryzła, aż omal nie przegapiła zjazdu z autostrady. Przemknęła urokliwą drogą wijącą się po wzgórzach i po kolejnych dwudziestu kilometrach wjechała do Bolesławca, była na miejscu.
2
Nawigacja zaprowadziła ją pod dom stojący na Zabobrzu, peryferyjnej dzielnicy miasta, powiedzmy, że willowej, o ile tak można było nazwać poniemieckie nieruchomości i współczesne domy jednorodzinne. Tu i ówdzie dostrzec się dało zwykłe zabudowania gospodarcze, na ich podwórkach stały maszyny rolnicze, w dali ciągnęły się wykoszone łąki. Dom, przed którym zatrzymała się Katarzyna, wyglądał nieco nowocześniej, musiał powstać w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, za nim stał zwykły garaż, a nie stodoły i szopy. Z grubsza się zgadzało z tym, co Kaśka pamiętała z opowieści Agnieszki. Kiedy zamieszkali w Bolesławcu, po prostu kupili jedno z gospodarstw i nieco je dostosowali do swoich potrzeb. Okolica była cicha i spokojna, niby miasto, a jednak trochę wieś. Niedaleko za domem szumiał prawdziwy las i wiła się rzeka Bóbr. Doskonałe miejsce, by spokojnie żyć.
Coś w sam raz dla starej baby, szykującej się do emerytury, pomyślała Kaśka, po czym wybrała numer Agnieszki.
Chciała jej powiedzieć, że przyjechała i czeka pod domem, ale nie jest pewna, czy na pewno dobrze trafiła. Agnieszka nie odbierała. To się Kaśce nie podobało, bo rankiem też jej nie odpisała na esemes. Tylko wczoraj wysłała Messengerem wiadomość:
Dostajesz pokój na piętrze, na prawo od schodów. Zostawiam ręczniki, świeżą pościel, kawa do ekspresu jest w szafce na dole. Cały dom jest twój, razem z wyposażeniem, używaj, czego i kogo chcesz, do woli. Zobaczymy się później, mam kupę roboty. Dbaj o siebie.
Dziwne, pomyślała, czytając wiadomość jeszcze raz. Siedziała w samochodzie i zastanawiała się, co robić. Ma kupę roboty w niedzielę? I co znaczy „używaj, kogo chcesz”? Jej męża, Łukasza? Słaby żart.
Zastanawiała się, czy nie zawrócić do miasta i popytać o pokój w hotelu. Zrobiło się jej jakoś nieswojo, poczuła się trochę nie na miejscu. I wówczas furtka przy bramie się otworzyła i z posesji wyszedł Łukasz. Zamrugała zaskoczona. Zmienił się przez ten czas, bo widziała go po raz ostatni na ich ślubie, piętnaście lat temu. Pamiętała go jako młodego yuppie, jak się wówczas mówiło na korporacyjne szczury, przekonanego o własnej wielkości i ważności gogusia, któremu pojawiał się już drugi podbródek i brzuszek, mimo tego, że co dwa dni biegał półmaraton. Spodziewała się, że przez te wszystkie lata Łukasz zamienił się w łysiejącego dyrektora z wyraźną nadwagą. On jednak przeszedł jakąś przemianę, kryzys wieku średniego lub coś takiego i wziął się w obroty. Szczupły, ze szpakowatą czupryną fachowo podgoloną, jakby dopiero co wyszedł od wizażysty fryzur. Nie był mięśniakiem, jak nieznajomy strażak, raczej typem lekkoatlety, długonogim i bez grama tłuszczu. Podobał się jej, wyglądał znacznie, znacznie lepiej, niż kiedy był młodym korposzczurem.
Wyskoczyła z samochodu, by wpaść mu w ramiona. Wcześniej nie okazywał jej podobnych czułości, teraz objął ją i uścisnął, cmoknął w policzek. Po czym nabrał powietrza, by rzucić jakiś komplement, dostrzegła bowiem, że omiótł spojrzeniem jej sylwetkę, wypadało zatem, by powiedział coś miłego na powitanie.
– Kogo to diabli nadali? Ta stara, gruba baba wydaje mi się dziwnie znajoma – wypalił z szelmowskim uśmiechem.
Zrobiła usta w „o”. Takie żarty po latach przerwy w znajomości? Choć z drugiej strony, dlaczego nie wyluzować i poczuć się, jakby nadal byli na studiach?
– Gdybyś, chudy dziadygo, nie zapomniał o okularach, może byś mnie poznał – odparła. – Słyszysz, co mówię? Czy prócz tego, żeś ślepy, to jeszcze głuchy?
– Co? – Przekrzywił głowę, nadstawiając ucha.
Ciągle trzymał ją za ręce, za które złapał podczas tego wylewnego powitania. Błysnął zębami w szerokim uśmiechu i parsknął, kręcąc głową.
– Nic się nie zmieniłaś, Kasiu. Poza tym, że wypiękniałaś. Naprawdę cieszę się, że widzę cię taką kwitnącą i uroczą. Miałem rację, podejrzewając, że poczucie humoru cię nie opuściło.
– Za to ty chyba wyluzowałeś i odpuściłeś. Kiedyś byłeś taki spięty i ważny, że bałam się, czy nagle nie wybuchniesz od tego dyrektorskiego majestatu.
– Masz rację, za bardzo wszystko brałem do siebie, poza tym wierzyłem w te wszystkie korporacyjne bzdury. Pozwoliłem, by na szkoleniach motywacyjnych wyprali mi mózg. Z biegiem lat jednak nadchodzi otrzeźwienie. Człowiek w końcu przegląda na oczy. Na szczęście oświecenie spłynęło na mnie w samą porę. – Puścił jej ręce, na co zareagowała z niejakim żalem, bo dotyk miał nader miły, skórę suchą i ciepłą. – Otworzę bramę i wjedziesz, dobra? Później zabierzemy twoje walizy i te liczne prezenty, które z pewnością przywiozłaś.
Przejechała na podwórko, walizę miała tylko jedną, nawet niespecjalnie wielką. Co do prezentów z kolei musiała zauważyć, że nie jest bogatą ciotką z Ameryki i przywiozła tylko kilka butelek wina i trochę wiktuałów kupionych w markecie na jej blokowisku. Tak w ogóle to była ciekawa, gdzie też podziewa się Agnieszka i dlaczego nie odpowiada na telefony i wiadomości?
– Wycisza telefon i wrzuca do szafki w szatni, kiedy wchodzi na oddział. Taki ma zwyczaj i tego też życzy sobie od pracowników. Uważa, że to urządzenie niepotrzebnie rozprasza. Pielęgniarki scrollują i oglądają w sieci różne pierdoły, od których dostają brainrot, zgnilizny mózgu. Znaczy się głupieją – wyjaśnił. – Wezwali ją do szpitala, jest pewien poważny problem z projektem, który prowadzi.
– Kto by pomyślał? Agnes stała się panią kierowniczką na całego. Tak jak ty nieco upuściłeś pary, to ona jej nabrała. – Katarzyna pokręciła głową. – A co to za poważny program? O ile oczywiście można spytać.
– Spytać zawsze można, ale nie jestem pewien, ile mogę powiedzieć, by mi potem nie urwała głowy. Poza tym podpisaliśmy umowę o poufności, zarówno jako szpital, jak i osoby prywatne. Wiesz, co to znaczy, chyba nie muszę tłumaczyć? Jeśli zacznę za bardzo mleć ozorem i coś z tego gadania przedostanie się do sieci, skończy się straszliwymi karami pieniężnymi. Ale wolno mi chyba powiedzieć, że to projekt dla naprawdę dużej firmy, prawdziwa fucha nam się trafiła. Jak ślepej kurze ziarno. – Łukasz wyjął jej walizkę z ręki i sam wniósł ją po schodach. – Agnieszka by się wściekła, że tak to określiłem. Tak naprawdę dostaliśmy to zlecenie, bo długo o nie zabiegaliśmy. Było jeżdżenie, umawianie się i zapraszanie na kolacyjki, spotkania w biurze i w klubie z panienkami, takie tam, rozumiesz? Dla Agnes to sprawa najważniejsza w jej dotychczasowej karierze. Wiąże się z konkretną forsą, ale i wielką odpowiedzialnością. Nie możemy sobie pozwolić, by ją zawalić. To dlatego, kiedy zadzwonili, że coś się dzieje, rzuciła wszystko i pognała do roboty. Ja jej tam nie pomogę, Oddział Badań Klinicznych to jej królestwo. Zresztą nie jestem lekarzem, tylko prawnikiem, a właściwie z zawodu jestem dyrektorem. – Mrugnął porozumiewawczo. – Jeśli coś nie idzie z pacjentami, umywam ręce. Od tych spraw mam doktorów.
– Ale Agnes przecież też nie jest lekarką.
– Za to biochemiczką, z doktoratem na Akademii Medycznej – przypomniał. – Coś tam się zna, przynajmniej bardziej ode mnie.
Oprowadził ją pobieżnie po domu. Pokoje gościnne mieli na górze, zaproponował, by wybrała sobie któryś, najlepiej ten z widokiem na las, bo z tamtej strony najspokojniej.
– Agnieszka przygotowała mi pokój przy schodach, nie będę jej mieszała w planach, tam się ulokuję. – Katarzyna odebrała gospodarzowi walizkę i wpakowała się z nią do wskazanego w wiadomości pomieszczenia. Rzeczywiście, łóżko czekało pościelone i przykryte narzutą jak w hotelu, leżały na niej też dwa czy trzy ręczniki.
– Planowaliśmy dziś zabrać cię do restauracji w rynku. Jest tam kilka naprawdę niezłych, w dodatku można w nich dobrze zjeść, ale… – Łukasz wszedł za nią do sypialni. – Ale nie wiadomo, kiedy Agnieszka wróci. Możliwe, że zostanie do wieczora, niewykluczone, że na noc. Jak to w szpitalu, mamy pokoje socjalne dla personelu.
– Może byśmy coś ugotowali i jej zawieźli? Jesteś tam szefem, to chyba cię wpuszczą, mimo że będzie po godzinach? – rzuciła bez zastanowienia.
Pokręcił głową i westchnął.
– Pewnie bym się wdarł, gdzie mi się zachce, ale nie chcę zadzierać z Agnes. To badanie jest prowadzone w izolacji pacjentów, cały oddział jest zamknięty na cztery spusty. Nie byłaby szczęśliwa, gdybyśmy zjechali z garami – westchnął. – Zje, kiedy wróci. Ale my musimy sobie zrobić kolację, w lodówce znajdzie się coś ciekawego. Mam kawał łososia, mogę go upiec i dodać do sałaty rzymskiej. Do tego jajko na twardo, tarty ser, ugotowane szparagi, oliwki, sos winegret…
Oczywiście się zgodziła, choć czuła się trochę nieswojo. Niby znała się z Łukaszem i mieli o czym pogadać, ale odniosła wrażenie, że czas zbudował między nimi solidny mur. Byli sobie tak naprawdę obcy i będą się męczyli, tocząc sztywne rozmowy. Nie to co z Agnieszką. Z nią zawsze było swojsko. Każde spotkanie czy telefon to było tak, jakby rozstały się kwadrans wcześniej. Mogły rozmawiać o najintymniejszych sprawach, jak w czasach, gdy razem mieszkały na stancji. Przemijały miesiące, lata rozłąki i znów stawały się niczym siostry, papużki nierozłączki. Potrzebowała jej tu zatem, by dobrze się poczuć. Liczyła na to, że razem dziś opiją się wina i pogadają do późnej nocy, a Łukasz sobie pójdzie i zostawi je w spokoju. Teraz, kiedy się okazało, że niezłe z niego ciacho, w dodatku zachowuje się wobec niej wręcz szarmancko, aż poczuła się nieswojo.
Co znaczyło to „używaj, kogo chcesz”? Co ta małpa miała na myśli?, Kaśka zastanawiała się gorączkowo, kiedy już sama w pokoju rozpakowywała walizkę. Czy ona upadła na głowę? Podsunęła mi go, bym sobie wzięła pana dyrektora do łóżka? Miała dość starego? Ech, nieee. To raczej tylko żart, właściwie nawet w jej stylu. Zawsze miała w nosie konwenanse i zdolna była niemal do wszystkiego.
Telefon odezwał się wibracjami w kieszeni. Chwila nadziei, że to Agnes, prysła szybko, okazało się, że to numer nieznany. Nie mogła go po prostu odrzucić, bo często dzwonili do niej klienci. Zawsze musiała pozostać czujna i uprzejma, taki już los sprzedawcy. Przez skąpstwo szefowej nie mogła się doczekać telefonu służbowego i musiała obsługiwać klientów z prywatnego, co ją coraz bardziej irytowało.
– Cześć, tu Maciek – odezwał się jakiś mężczyzna.
– Tak, słucham. Proszę się przypomnieć, jaki Maciek?
– Aspirant Maciej Hodecki. Dzwonię w związku z pani dzisiejszym zachowaniem na autostradzie A4. Musimy się spotkać i to wyjaśnić, im prędzej, tym lepiej.
Wciągnęła ze świstem powietrze. Pruła dziś czwórką prawie dwieście na godzinę, pewnie policyjny dron ją zarejestrował. Lub sfotografował fotoradar, ale teraz ponoć drogówka namiętnie korzystała z dronów, szczególnie na autostradach.
– Panie aspirancie, ale ja… Gdzie mam się stawić, na której komendzie?
– Dzwonię z Bolesławca i tu by mi było najwygodniej, ale dostosuję się, jestem gotów pojechać, dokąd sobie pani życzy.
– Och, dobrze się składa, bo przez cały tydzień będę w mieście. Mogę podjechać na komendę. Co mi właściwie grozi? – Słyszała, że ostatnio znacznie podwyższyli kary dla piratów drogowych, by odstraszyć psycholi i powstrzymać ich przed zabijaniem ludzi na drodze. Przełknęła ślinę, bo już oczami wyobraźni widziała czterocyfrową kwotę na mandacie, który jej wlepią. Jeśli straci prawko, to katastrofa, bez samochodu nie mogła przecież pracować. Zachciało się jej sikać ze strachu.
– Grozi pani kolacja ze mną, w wybranej restauracji i o dogodnej porze – odparł, a ona usłyszała w jego głosie uśmiech. – I nie zdążyłem wyjaśnić, ale jestem aspirantem straży pożarnej, nie policji. Spotkaliśmy się na stacji benzynowej…
– Katarzyna Gogol, bardzo mi miło – odparła mechanicznie, z trudem hamowała się, by nie wrzasnąć. Dała się złapać na żart jak amatorka. – Tak, chyba pana pamiętam, panie Maćku. Chętnie przedyskutuję to, co zaszło, ale niestety nie dziś. Jestem zajęta…
Nie mogła przecież po przyjeździe do dawno niewidzianych przyjaciół w sprawach zawodowych po prostu wyjść wieczorem łajdaczyć się z jakimś nieznajomym mięśniakiem. Choć takie okazje nie trafiały się jej co dzień, w dodatku przystojniaczek dobrze rokował, sprawiał wrażenie inteligentnego, potrafił złożyć kilka zdań poprawną polszczyzną i jeszcze trafnie zażartować. Podziękowała mu za telefon i zaproszenie, obiecała, że się odezwie. Padła na łóżko podekscytowana i zadowolona. Już nie czuła się jak idiotka, stara sztuczka z numerem na kartce zadziałała. Przynajmniej jeszcze ten raz.
3
W kuchni intensywnie pachniało piekącym się łososiem, którego Łukasz szczodrze natarł ziołami. Zupełnie jak w smażalni nad Bałtykiem, gdzie tak robią, by przyprawami ukryć fakt, że ryba nie jest świeża, przemknęło Kaśce przez głowę, po czym natychmiast się zmitygowała. Tylko pozytywne myśli!
Bulgotała wrząca woda w garnku, gospodarz właśnie odłamywał zdrewniałe końcówki szparagów, kiedy Katarzyna do niego dołączyła. Przywitał ją kieliszkiem wina i szerokim uśmiechem. Miał na sobie koszulę o podwiniętych rękawach i kuchenny fartuszek. Wyglądał w tym stroju jak postać z tandetnie przesłodzonej komedii romantycznej na Netflixie – znów nie mogła się powstrzymać przed komentowaniem w myślach rzeczywistości. Natychmiast też wyobraziła sobie, że jest ubrany wyłącznie w ten fartuszek i nic więcej. Zaraz jednak powściągnęła wodze fantazji i przeklęła ją w duchu.
– Tylko kilka kropel. Nie mogę przesadzić, bo jutro czeka mnie robota wymagająca skupienia i cierpliwości – powiedziała, przyjmując podany przez niego kieliszek czerwonego wina. – Nie chcesz chyba, bym instalowała sprzęt i uczyła twoich podwładnych, będąc na ostrym kacu?
– Nie przesadzimy, jesteśmy dorosłymi ludźmi, którzy potrafią zapanować nad pragnieniem. – Wzruszył ramionami. – Spróbuj, to ulubione wino Agnieszki. Sprowadzane z jakiejś tam hiszpańskiej winnicy. Kraftowe, rzemieślnicze, do tego bio i eko, wszystko na raz. Nie powiem ci, z jakiego szczepu, bo się nie znam, ale jest aż czarne od antocyjanów i garbników. Kupujemy je w kartonach, co niestety jest minusem, mam wrażenie, że przez to więcej tego wypijamy.
– Też tak miałam, nie widać, jak napój znika z opakowania, i łatwo się można wpędzić w alkoholizm. Co wieczór kieliszeczek do filmu albo książki i budziłam się rano niewyspana i z worami pod oczami. Aż się postawiłam do pionu i w ogóle przestałam kupować wino. Nie dość, że postarza, skóra od alko wiotczeje, to jeszcze dupa mi od niego rosła – wyznała szczerze i pociągnęła łyk wina. – Dobra, co mam kroić? Może zrobię sos do tej sałatki?
– Sos jest w lodówce. Agnieszka ma w zwyczaju przygotowywać zapas, jest jeszcze z pół szklanki, akurat dla nas. – Podał jej nóż kuchenny. – Może pokrój oliwki na plasterki? No i opowiadaj, co tam u ciebie? Agnesa coś wspomniała, że nie jesteś już z Andrzejem…
– Z Andrzejem? Chłopie, ja z nim chodziłam, kiedy braliście ślub, to było trzy wieki temu, może nawet w innej epoce geologicznej. Porzucił mnie jakiś rok po waszym weselu, wyjechał do Anglii z jedną taką doktorantką ekonomii z Cambridge. Ale nie wiem, czy długo ze sobą wytrzymali, mam nadzieję, że nie.
– Skoro cię rzucił, to niech cierpi katusze – przytaknął Łukasz. – I co, znalazłaś jakiegoś innego na jego miejsce?
– Nie tylko jednego, ale każdy kolejny okazywał się strzałem w płot. Aktualnie jestem sama, po tym gdy Jacek, agent ubezpieczeniowy, zdecydował, że musi się ustatkować i potrzebuje żony. Ja zaś na żonę się nie nadaję, jestem według niego osobą niestabilną emocjonalnie i napakowaną po same uszy traumami i kompleksami.
– Jakimi znowu traumami? Pierwsze słyszę…
– Jestem w spektrum DDA, Dorosłe Dzieci Alkoholików. Kiedyś nie było takiej jednostki chorobowej, więc nie wiedziałam, że na coś cierpię. Okazało się jednak, że to piętno wypalone na psychice wielu osób pochodzących z rodzin, w których przynajmniej jedno z rodziców chlało na umór. Mamy problemy w budowaniu relacji i utrzymaniu związków. Trochę przez lęk, że wszystko zaraz się rozsypie, trochę przez cholera wie co…
Po co ja o tym gadam? Przed kolejnym facetem właśnie wychodzę na starzejącą się laskę z problemami psychicznymi. Stop, dziewczyno! Udawaj normalną, zwyczajną babkę.
– Mój stary też ostro dawał w palnik, ale jakoś udało mi się stworzyć i utrzymać związek. – Łukasz machnął łopatką, którą wpychał pod wodę gotujące się szparagi. – Nie mam też żadnych lęków ani nocnych koszmarów.
– Widocznie nie zrujnował ci dzieciństwa, nie urządzał dzikich awantur z biciem matki, nie wpędzał w poczucie stałego zagrożenia, nie doprowadził do tego, że byłeś w szkole pośmiewiskiem i popychadłem, bo twój ojciec to ten, co śpi w rowie i chodzi w zaszczanych spodniach. To i nie masz żadnych urazów z dzieciństwa – odparła z uśmiechem, po czym ugryzła się w język. Znowu wszystko psuła ględzeniem na poważne tematy! Kolejny raz robiła z siebie ofiarę. Nic dziwnego, że faceci przed nią uciekali. – Ty, ale rzeczywiście niezłe to wino. Agnes zawsze wiedziała, co dobre.
Wyjął jej z ręki opróżniony kieliszek i napełnił go ponownie. Kaśka poczuła przyjemne ciepło w piersi i narastający szum w głowie. Nadchodziła alkoholowa euforia, ta sama, która wpędziła jej ojca do grobu, a wcześniej zdemolowała mu życie. Kiedyś się zastanawiała, czy nie odziedziczyła po nim skłonności do nałogu, ale udawała przed sobą, że jest w stanie kontrolować chęć na kolejny łyk. Odstawiła kieliszek nietknięty, zajęła się krojeniem, poza tym spostrzegła, że jej obawy co do tego, jak sobie sama poradzi z Łukaszem, były przesadzone. Gadało się im bardzo dobrze, zupełnie na luzie i z przyjemnością, choć przecież wcześniej, w dawnych czasach nigdy nie mieli ze sobą dobrego kontaktu. On zawsze trzymał się Agnieszki, ślepo w niej zakochany, a ona chyba trochę izolowała go, szczególnie od Kaśki. Czyżby się wówczas bała, że przyjaciółka może jej odbić wybranka?
Wreszcie skomponowali sałatkę, wymieszali składniki w dużej szklanej misce i polali sosem winegret z lodówki. O dziwo, choć tradycyjnie zrobiony z oleju, miodu, musztardy i octu, nie rozwarstwił się, mimo że przestał całą noc.
– Agnes zrobiła emulsję trwałą, jak w majonezie. Wszystko, do czego się bierze, zawsze robi porządnie i z entuzjazmem. Widzę, że to się nie zmieniło – pochwaliła nieobecną.
– Perfekcjonistka – przyznał Łukasz. – Czasem to doprowadza mnie do szału, bo przechodzi momentami w pedantyzm. Wszystko równo poukładane, na swoim miejscu i o swojej porze. I tak, by miała nad tym pełną kontrolę. Nawet w łóżku, wyobrażasz to sobie? Zdarzają się nam sytuacje, że czuję się jak na musztrze.
Agnieszka w łóżku dyrygująca mężem, może jeszcze ubrana w lateksowy strój dominy? Taki obraz stanął jej przed oczami. Parsknęła śmiechem, po czym natychmiast udała, że się tylko zakrztusiła.
– Może włączę muzykę, co? Chyba że chcesz wyjść na werandę? – Łukasz dotknął jej dłoni, podając odstawiony przez nią kieliszek.
Aż zadrżała. Z trudem przełknęła ślinę z podniecenia i by to zamaskować, napiła się łapczywie wina, choć miała się przecież hamować.
Co się, kurde, ze mną dzieje? To nie scena z romansu, to prawdziwe życie! Prawdziwy mąż twojej prawdziwej przyjaciółki, opanuj się!, krzyknęła w myślach.
Zjedli w środku, Katarzyna starała się pilnować i trzymać wyobraźnię na wodzy. Łukasz przynajmniej zdjął fartuszek i nie musiała już walczyć z głupimi obrazami, że jest pod nim nagi. Tyle że teraz rozpiął koszulę. Ten odsłonięty kawałek ciała, z widocznym owłosieniem, nieco zbyt gęstym jak na jej upodobania, przyciągał wzrok. I sprowadzał kolejne pomysły, których nie chciała i nie potrzebowała. Przecież wcale nie miała ochoty na męża przyjaciółki, na litość boską!
Za długo byłam sama czy co? Nigdy przecież tak nie reaguję na facetów. Nieufnie spojrzała w kieliszek, jakby spodziewała się znaleźć w nim coś podejrzanego, co odpowiadało za jej stan.
Nic nie dostrzegła poza czerwoną cieczą, po prostu dziś ten mężczyzna wydawał się jej jakimś innym człowiekiem niż Łukasz, którego zapamiętała. Fajny gość, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Żartował ze swoich treningów biegowych i kiepskiego dyrektorowania, przez które wpędził szpital w długi. To między innymi dlatego ten projekt był ważny, placówka musiała zarobić, i to sporo, by nie zatonąć. Rozmowa stopniowo zdryfowała na sprawy szpitalne i nic dziwnego, bo to temat, którym żyli zarówno Łukasz, jak i Agnieszka.
– Badamy preparat o złożonym działaniu, którego kompletnie nie rozumiem – powiedział niemal szeptem, pochylając się do Kaśki, jakby zdradzał jej wielką tajemnicę i nie chciał, by ktoś to usłyszał. – Zajęliśmy się nowym środkiem dla pań na urodę, seks i te sprawy. Zdajesz sobie sprawę, że przemysł farmaceutyczny to kopalnia złota, prawda? Ludzie nie żałują pieniędzy, jeśli chodzi o zdrowie i wygląd, o ratowanie lub przedłużanie życia. Można zarobić fortunę na lekach zarówno nasercowych, onkologicznych i psychiatrycznych, jak też na maściach na opryszczkę lub na nagniotki. Nie ma znaczenia, kupią wszystko. Ale najwięcej forsy i bez mrugnięcia ludzie wydają na dwie kategorie produktów zdrowotnych: pediatryczne i antykoncepcyjne.
– Ci, co już mają dzieci, nie żałują grosza, by o nie jak najlepiej zadbać, a ci, co ich nie mają, dadzą każdą forsę, byle ich nie mieć – podsumowała. – To logiczne.
– Otóż to, w sumie do tego się wszystko sprowadza. I nam się trafiła do badań złota kura, której jednak nie można zakwalifikować do żadnej z tych dwóch kategorii, jest czymś jeszcze lepszym – przyznał. – Nie mogę podać nazwy korpo, która nam to zleciła, ale jak się domyślasz, mają takie dochody, że mogliby kupić ten kraj w całości i nawet specjalnie by nie odczuli wydatku. Ta pigułka to też nie byle co, tylko superlek nowej generacji. Otrzymane w biosyntezie, modyfikowane chemicznie białko wyizolowane z jakichś tam specjalnych komórek. Biologia molekularna, genetyka, biofarmacja, te klimaty. Jak dla mnie kompletny kosmos. Za naszych czasów, gdy chodziliśmy na studia i rozpoczynaliśmy kariery, takie rzeczy to było czyste science fiction. Teraz to rzeczywistość, to przyszłość właściwie całej farmacji i co za tym idzie medycyny. Ten specyfik oczywiście przeszedł już wszystkie etapy prób podstawowych, pozytywnie zaliczył badania na liniach komórkowych, na modelach zwierzęcych i teraz nam przypadł zaszczyt, by poddać go testom na ludziach.
– To nic niezwykłego, przecież wszystkie leki poddaje się takim doświadczeniom. Macie szczęście, że możecie go sprawdzić na swoich pacjentkach. – Katarzyna czuła się dziwnie. Nie mogła się skupić na rozmowie, wzrok sam jej uciekał na odsłonięty tors gospodarza.
Czuła przy tym uderzenia gorąca, zrobiło się jej słabo. Spostrzegł to, bo zmarszczył brwi, chwilę przyglądał się jej uważnie.
– Chyba się źle poczułaś, co? Dostałaś rumieńców i szybko oddychasz. Może jednak wyjdziemy na taras, złapiesz trochę powietrza…
Na zewnątrz panował jeszcze upał, choć dzień zbliżał się ku końcowi. Katarzyna zrobiła kilka kroków i zachwiała się, złapała odruchowo Łukasza za ramię. Ten, też machinalnie, objął ją wpół i przyciągnął do siebie. Na chwilę zamarli oboje. Ich usta znajdowały się od siebie o kilka centymetrów i przyciągały z siłą, zdawałoby się, niepowstrzymaną. Brakowało sekundy, by doszło, do czego nie powinno. Oczami wyobraźni widziała już dalszy scenariusz. Najpierw zaczną się całować, coraz mocniej i namiętniej, on weźmie ją na ręce i zaniesie do salonu, rzuci na tę dużą sofę. I dalej to już wiadomo, skończą cali spoceni i rozpaleni na sofie, na której zmęczona po pracy Agnieszka lubiła się wyciągnąć, by poczytać. Kiedy podniecenie opadnie, ogarnie ich oboje potworny wstyd. I wszystko to dla kilku chwil przyjemności? Bez sensu.
Może też wszystko potoczyć się zupełnie inaczej. Agnieszka wróci ze szpitala i zastanie ich na swojej ulubionej sofie, splecionych ze sobą, nagich i lśniących od potu. Nie wiadomo, co bardziej obrzydliwe, aż strach pomyśleć. Katarzyna nie spojrzałaby przyjaciółce już nigdy w oczy, zresztą także sobie w lustrzanym odbiciu. Odepchnęła go zatem z całych sił, jakby właśnie toczyli walkę, a nie dobierali się do siebie.
– Co robisz, do cholery? – warknęła.
– Nie wiem. – Odsunął się ze zmieszaną miną. – Myślałem, że to ty robisz. Przecież to nie ja na ciebie wpadłem i uczepiłem się niczym…
– Ostatniej deski ratunku? Zaraz, to może jeszcze moja wina? Kto mnie upija i łapie za tyłek? – wypaliła. Opamiętała się jednak, uniosła rękę. I romansidło z Netflixa to już nie jest, skończyło się. – Stop, nie ciągnijmy sprawy w tę stronę, to głupie. Nic się na szczęście nie stało, do niczego nie doszło. Uznajmy to za nieporozumienie, durną pomyłkę.
Naprawdę czuła się niewymownie głupio. Rzuciła się na niego jak napalona nastolatka na gwiazdę k-popu.
– Jasne. Wybacz, Kasiu. Przyznaję, że nie pomyślałem, że coś takiego może się wydarzyć, i dałem się ponieść… Obiecuję, że to już się nie powtórzy – odpowiedział szybko, unosząc ręce w pojednawczym geście. – Uch, czuję się jak skończony dureń. Ale z drugiej strony uspokójmy się oboje, nic takiego się nie stało. Nasze ciała zareagowały na siebie zgodnie z naturą, na szczęście dysponujemy wolną wolą i nie musimy ulegać jakimś pierwotnym bodźcom, prymitywnym instynktom. Napijmy się czegoś chłodnego, odetchnijmy i zapomnijmy o tym czym prędzej.
Uśmiechnęła się z ulgą. Tak będzie lepiej, niech to się rozejdzie po kościach. Przez głowę przemknęło jej, czy może powinna uciec, zanim sytuacja znów zacznie eskalować? Może jechać do miasta? Tylko gdzie teraz szukać noclegu, kiedy zbliżał się wieczór, w dodatku niedzielny? Musiałaby zostawić samochód na parkingu hotelowym, choć w bagażniku miała sprzęt wart setki tysięcy. Co będzie, jeśli go ktoś zakosi? No i najważniejsze, musiałaby wsiąść za kółko, choć czuła się odrobinę urżnięta. Wypiła dwa i pół kieliszka, ale wino dość skutecznie ją dziś rozebrało. Kręciło się jej w głowie, świat zrobił się jakiś miękki i zbyt jasny, niczym prześwietlona fotografia. Czuła też, że jest niepokojąco pobudzona. Chciało się jej śmiać i płakać jednocześnie, w głowie kłębiły się myśli, o zgrozo, nie wiedzieć czemu ciągle kosmate.
Łukasz też chyba nieco się urżnął, jego ruchy zrobiły się wręcz taneczne, uśmiech błogi i zalotny jednocześnie. Opowiadał jej o trasach biegowych wzdłuż rzeczki, o urokach miasteczka, o tym, jak spokojnie się im tu żyje. Właściwie to względnie spokojnie. Nie licząc stresu spowodowanego pracą, naprawdę bezproblemowo, sielsko i anielsko. Gadał jak nakręcony, jakby chciał tym gadaniem zgasić pożar, który ich oboje ogarnął. Wyczuła to i dostrzegła w jego oczach, usłyszała w drżeniu głosu.
– Wybacz, ale głowa mnie rozbolała. Nie obrazisz się, jeśli się położę? Zawołajcie mnie koniecznie, kiedy Agniecha wróci – przerwała mu nagle potok wymowy. – Nawet jakbym zasnęła, koniecznie mnie obudź.
Wyglądał na szczerze rozczarowanego. Uśmiechnął się jednak i pokiwał głową, zaproponował, że zrobi jej herbaty lub kawy, ofiarował też środki przeciwbólowe. Podziękowała i niemal czując jego oddech na karku, uciekła na górę. Zamknęła za sobą drzwi i wówczas spostrzegła, że te mają zamek. Tkwił w nim kluczyk. Przekręciła go i dopiero wtedy poczuła ulgę. Najchętniej wyrzuciłaby teraz ten kluczyk przez okno, bo korciło ją bowiem jak diabli, by wrócić pędem do salonu i rzucić się Łukaszowi na szyję. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Nigdy nie reagowała w tak absurdalny sposób na facetów. Nie poniżyłaby się wskakiwaniem komu popadnie do łóżka. Dlaczego teraz drżała każda komórka jej ciała, czemu tak pragnęła dotyku i pocałunków?
Coś było nie tak, reagowała podejrzanie mocno. To przez wino? Dosypał jej czegoś do alkoholu? Tak zwaną pigułkę gwałtu? Bzdura. W takim wypadku straciłaby świadomość i zrobiła wszystko, co by zechciał. To nie to, ale czuła się, jakby była na ostrym haju. Metamfetamina, mefedron, ecstasy? Nie miała w tym doświadczenia, nigdy nie brała. Musi jakoś zapanować nad sobą, najlepiej się zdrzemnąć. Padła zatem na łóżko tak jak stała, w całym opakowaniu.
4
Obudziła się rozpalona niczym kotka na gorącym blaszanym dachu. Usiadła na łóżku, przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje. Panował mrok, jedyne źródło światła stanowiła szpara pod drzwiami, przez którą sączyła się blada poświata. Za oknem tkwiła tylko ściana ciemności. Opadła na poduszkę i zaczęła nasłuchiwać. Śniło się jej, że ktoś skrobie do drzwi, że stoi tuż za nimi i szepcze. Czy to sen, czy jakieś wizje poalkoholowe? Łukasz próbował do niej wejść?
– Chyba naszprycował nas oboje jakimś świństwem – szepnęła. – Co za idiota, już ja mu wygarnę…
Spojrzała do telefonu. Zero wiadomości od Agnieszki, za to jedna od Maćka strażaka. Ruchoma emotikonka, uśmiechnięta buźka mrugająca okiem. Ech, te współczesne zaloty były takie żałosne. Nawet nie chciało się jej odpowiadać na tę zaczepkę, miała ochotę kliknąć „zablokuj numer” i wykreślić strażaka ze swego życia, ale zamiast tego rzuciła telefon na łóżko.
Nasłuchiwała chwilę. Podeszła do drzwi i przekręciła kluczyk. Na korytarzu panował półmrok od delikatnego podświetlenia schodów i cisza jak w grobie. Nadstawiła ucha, czy nie słychać pijackiego chrapania Łukasza, ale dobiegł ją tylko szum pracującej lodówki lub innego urządzenia elektrycznego na dole. Zbliżała się trzecia w nocy, widocznie gospodarz spał gdzieś cichutko, Agnieszka natomiast została w pracy. Katarzyna zabrała ręczniki i na palcach powędrowała do łazienki na końcu korytarza, którą wcześniej wskazał jej Łukasz. Koniecznie musiała zmyć z siebie pot, który ją dosłownie oblepiał, jakby nie wiadomo co wyprawiała. Czuła się jak wybudzona z ciężkiej choroby po tygodniu spędzonym na gorączkowaniu w łóżku. Weszła pod prysznic, gorąca woda uderzyła w nią niczym chłosta. Okazało się, że skóra Katarzyny stała się nienaturalnie wrażliwa, czuła, jakby całe jej ciało, ramiona, brzuch i nogi, pokrywało tyle receptorów co na wargach lub w innym, jeszcze bardziej wrażliwym miejscu.
– Chyba nadal jestem pod wpływem jakiejś chemii – stwierdziła ze zdumieniem. – No po prostu mega zajebiście! Niech no tylko dopadnę Agnesę. Wycisnę z niej, co tu się dzieje, choćbym miała ją dusić gołymi rękoma. Chyba że to tylko numer odstawiony przez Łukasza. Jeśli chciał mnie w ten sposób uwieść, odurzając jakimś narkotykiem, popamięta ten wieczór do końca życia.
Spływająca po skórze gorąca woda tylko na początku sprawiła ból. Po chwili pobudzone receptory nerwowe się przyzwyczaiły i okazało się, że gorący strumień z prysznica jest niezwykle przyjemny. Aż za przyjemny. Katarzyna westchnęła i jęknęła, kiedy gorąco spływało po jej szyi, obejmowało piersi, paliło w brzuch i ściekało po udach. Utwierdziła się w przekonaniu, że nadal odczuwa działanie jakiegoś specyfiku pobudzającego układ nerwowy. Powinna wyjść spod prysznica, ale zamiast tego jęknęła z rozkoszy. Gorąc wdzierał się pod skórę, pieścił i gładził niczym delikatny dotyk kochanka. Wyobraziła sobie, że strumienie to rozpalony język Łukasza. Albo Maćka. Albo Jacka. Nieważne, wszystko mieszało się jej w głowie. Jęknęła głośno.
To sprowadziło ją na ziemię. Trzecia w nocy, w obcym domu, nie powinna głośno stękać. Jakoś chyba nie wypadało. Zakręciła wodę, wytarła się i zawinęła w ręcznik. Ostrożnie otworzyła drzwi na korytarz i wyszła na wstrzymanym oddechu. Z dołu, z salonu, sączyło się żółte światło. Albo Łukasz się obudził, albo Agnieszka wróciła. Może zejść i się przywitać? Zrobiła kilka kroków w stronę schodów i uświadomiła sobie, że ma na sobie jedynie ręcznik. Już miała zawrócić, kiedy dobiegło ją wyraźne parsknięcie śmiechem, chichot i zmysłowe miauknięcie, na koniec westchnienie.
Kaśka zamarła w pół kroku, wstrzymała oddech. Agnes od progu rzuciła się na męża i uprawiają seks? To nie w stylu dawnej Agnieszki. Jej jedynym wybrykiem romansowym było złapanie Łukasza za rękę w teatrze. Ani wcześniej, ani później nawet nie zasygnalizowała swojej zmysłowości, była pod tym względem zupełnie obojętna i zimna. Aż tak bardzo się zmieniła przez te lata? Trudno w to uwierzyć.
Ciekawość wypełniła Katarzynę i pociągnęła w dół. Zeszła po schodach ostrożnie, na palcach i ciągle na głębokim wdechu. Światło rozchodziło się subtelnym blaskiem z kilku punktów w salonie, pomieszczeniu zajmującym niemal cały dół, z wielką sofą, aneksem kuchennym zaopatrzonym w stół wyspowy i z nowoczesnym, przeszklonym kominkiem. To przed nim, na puszystym dywanie Łukasz spółkował z jakąś kobietą. Z całą pewnością nie z Agnieszką. Łukasz leżał na plecach, kochanka dosiadała go, szybko poruszała biodrami, postękiwała przy tym i dyszała. Była dużą, z pewnością wysoką blondynką, mocno zbudowaną, z szerokimi biodrami i z długimi, rozpuszczonymi włosami. Miała na sobie rozpiętą koszulę, wyginała się w tył, Łukasz wodził dłońmi po jej obfitym biuście.
Katarzyna zamarła ze zgrozy. Skąd ta kobieta się tu wzięła i kim właściwie była? Na oko miała trochę po trzydziestce, urody mocno słowiańskiej, z wyglądu rosła, silna dziewucha. To oczywiście nic nie znaczyło, Kaśka już od dawna nie oceniała nikogo po wyglądzie, lata pracy z ludźmi nauczyły ją, że pozory mogą mylić. Blondyna po prostu zachowywała się głośno, prócz jęczenia cedziła przez zęby chrapliwe wulgaryzmy. Brała Łukasza ostro, jechała na jego biodrach, jakby zamierzała je wgnieść w podłogę. Kaśka gapiła się na nich z rozchylonymi ustami, teraz spierzchniętymi, aż przejechała po nich językiem. Było jej gorąco, skóra ciągle ją paliła, nadmiernie delikatna i czuła. Nawet nie zauważyła, kiedy ręcznik zsuwa się z jej ciała. Złapała go machinalnie, zastygła na dole schodów, podglądając gospodarza zupełnie nago.
I wtedy jej spojrzenie spotkało się z rozgorączkowanym wzrokiem blondynki. Ta patrzyła na podglądaczkę spod półprzymkniętych powiek, wyciągnęła leniwie rękę i skinęła na Kaśkę zachęcająco.
– Chodź – poruszyła ustami. – Chodź do nas.
Łukasz odchylił głowę, ale Kaśka nie patrzyła, nie wiedziała, czy ją dostrzegł w ciemnym korytarzu, zupełnie gołą. Rzuciła się biegiem po schodach na górę, wpadła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi na kluczyk. Po drodze zgubiła ręcznik, ale trudno. Oddychała szybko, rozgrzana, rozpalona jak piec. Słyszała dobiegający z dołu śmiech blondynki, głośny i wyzywający. Oparła się plecami o odrzwi, rozglądała w panice. Niewiele brakowało i uległaby zaproszeniu. Coś takiego jeszcze jej nie spotkało, choć wydawało się jej, że prowadzi dosyć bogate życie seksualne i jest bezpruderyjna. Scena, jakiej była przed chwilą obserwatorką, okazała się jednak zbyt mocna.
Nasłuchiwała, wstrzymując oddech, co będzie dalej, ale na dole zapadła cisza. Nikt też nie wchodził za nią po schodach, nie namawiał, nie prosił. Przynajmniej tyle, że dali jej spokój. Ubrała się w koszulkę i szorty do spania, weszła do łóżka i zagrzebała w pościeli. Leżała tak w ciemnościach i czekała, aż nie wiedzieć kiedy zasnęła.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
ROZDZIAŁ 1
Okładka
