Sierota, bestia, szpieg - Matt Killeen - ebook
Opis

„Bękarty wojny” dla nastolatków. Lato roku 1939. Dla Żydów dobry moment na opuszczenie Berlina już dawno minął. Po tragicznej w skutkach próbie ucieczki piętnastoletnia Sara – sprytna i impulsywna gimnastyczka – zostaje sama jak palec. Ale gdy już się wydaje, że szczęście ją opuściło, los stawia na jej drodze brytyjskiego szpiega, a ten składa jej propozycję nie do odrzucenia. Jeśli Sara pomoże mu w pewnej niebezpiecznej misji, on wywiezie ją z Niemiec. Sara przyjmuje więc fałszywą tożsamość, wstępuje do elitarnej szkoły dla córek nazistów i rozpoczyna grę o wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 471

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuORPHAN, MONSTER, SPY
First published in the UK in 2018 by Usborne Publishing Ltd. Cover design by permission of Usborne Publishing Limited Copyright © 2018 Usborne Publishing Ltd. Cover border pattern © Shutterstock/Gorbash Varvara Cover background pattern © Shutterstock/Picksell Copyright © 2018 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o. All rights reserved
W powieści wykorzystano fragmenty: Bertolt Brecht, Opera za trzy grosze, w tłum. Władysława Broniewskiego William Shakespeare, Miarka za miarkę, w tłum. Leona Ulricha William Shakespeare, Jak wam się podoba, w tłum. Stanisława Barańczaka Wilhelm i Jakub Grimmowie, Zając i jeż, w tłum. Elizy Pieciul-Karmińskiej Sun Tzu, Sun Pin, Sztuka wojny czyli trzynaście rozdziałów, w tłum. Dariusza Bakalarza
Polska wersja okładkiAndrzej Komendziński
Skład i łamanieAndrzej Komendziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I
ISBN 978-83-8008-531-2
Media Rodzina Sp. z o.o. 61-657 Poznań, ul. Pasieka 24 tel. 61 827 08 60 e-mail: [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Wszystkim dzieciom bitym,zastraszanym i wykorzystywanym

ROZDZIAŁPIERWSZY

28 SIERPNIA 1939

SAMOCHÓD W KOŃCU ZNIERUCHOMIAŁ. Sara z trudem uniosła jedną powiekę i zamrugała, by odzyskać ostrość widzenia. Po chwili wyjrzała z kryjówki pod schowkiem na rękawiczki. Jej matka siedziała w fotelu obok, pochylona, z głową wspartą o górną część kierownicy i wzrokiem utkwionym w miejscu, gdzie kuliła się Sara. Oczy matki wyglądały niemal tak samo jak zawsze, duże i piękne. W ich rozszerzonych źrenicach można się było przejrzeć. Teraz jednak biła z nich pustka. Jej matka odeszła.

Sara wyciągnęła rękę. Coś ciepłego kapnęło jej na dłoń, więc szybko ją cofnęła. Na skórze, tuż obok bielutkich palców, zobaczyła jasnoczerwoną plamę.

„Lauf, dumme Schlampe!”.

Sara słyszała głos matki, choć jej usta pozostawały nieruchome. Dziewczynę piekły oczy i nie mogła oddychać przez nos. Ból był jak mgła wypełniająca głowę i utrudniająca myślenie. Znów usłyszała głos. „Lauf! Uciekaj!”. Spojrzała na matkę po raz ostatni i zobaczyła, jak jej głowa zsuwa się z kierownicy. Wciąż miała szeroko otwarte oczy, teraz jednak były skierowane na podłogę. „Lauf. Po prostu uciekaj”. Sara miała wrażenie, że to ona sama wypowiada te słowa.

Szarpnęła za klamkę. Drzwi ani drgnęły. Spróbowała powtórnie. Tym razem lekko się uchyliły. Napierała na nie z całej siły, jakby toczyła ciężar w górę zbocza. Dłonie miała śliskie od krwi, więc wytarła je w płaszcz. W końcu, wcisnąwszy ramię w tapicerkę, udało jej się pchnąć drzwi na tyle mocno, że się otworzyły, wpuszczając do wnętrza samochodu chłodne, słabnące światło wieczoru. Podniosła się z podłogi i niezgrabnie wysiadła. Mercedes wpadł do przydrożnego rowu i znieruchomiał z maską wbitą w ogrodzenie magazynu.

Sara zajrzała do wnętrza auta i zobaczyła, co kula uczyniła z potylicą jej matki. Zrobiło jej się niedobrze, jednak kiedy zamykała drzwi, poza mdłościami nie czuła zupełnie nic. Jeszcze nie.

Serce waliło jej jak szalone, miała wrażenie, że słyszy jego bicie. Czuła ukłucia w nosie, kiedy wciągała powietrze. Bolał ją kark. Żołnierze z punktu kontrolnego zbliżali się do zakrętu, który jej matka pokonała na chwilę przed tym, jak dosięgła jej kula. Słyszała czyjeś słowa, krzyki, stukot butów o asfalt. Rozszczekały się psy. Byli coraz bliżej. Dokąd uciekać? Co dalej?

„Lauf”.

Sara wdrapała się na rozgrzaną maskę samochodu i przeczołgała na drugą stronę, w kierunku wyrwy w ogrodzeniu wybitej przez rozpędzonego mercedesa. Odłamki stłuczonej szyby raniły jej dłonie i kolana. Zsunęła się na ziemię i przedzierała na czworakach przez krzaki jeżyn, nie bacząc na wbijające się w skórę kawałki szkła, kolce i drzazgi.

„Nie oglądaj się za siebie. Nie zatrzymuj. Nie myśl o bolących dłoniach i kolanach. Lauf!”.

Zajęta przechodzeniem przez wyrwę, nie uciszała głosu rozbrzmiewającego w jej głowie. Czyj to był głos? Jej własny? Matki? To nie miało znaczenia.

„A teraz wstawaj! Bardzo dobrze! Lauf, lauf, uciekaj, uciekaj”.

Rzuciła się biegiem między dwoma starymi budynkami, rozbryzgując błoto z kałuż gromadzących się wzdłuż przepełnionego rynsztoku. Spojrzała w górę i zobaczyła pordzewiałe, zapchane zgniłymi liśćmi rynny, zwisające spod krawędzi dachu. Jakieś dwa metry nad ziemią. Za wysoko. Zbyt duże ryzyko. Wąskie przejście ciągnęło się bardzo daleko, a za sobą słyszała coraz bliższe szczekanie psów.

„No dalej, w górę, dumme Schlampe”.

„Nie nazywaj mnie tak”.

„Przecież to prawda. Co z ciebie za gimnastyczka?”.

„Żydowska gimnastyczka. Niedopuszczona do rywalizacji”.

„Zaraz będziesz martwą żydowską gimnastyczką, jeśli nie przestaniesz tu sterczeć. Jesteś wytrzymała? Pobożna? Radosna? Wolna?”.

Sara roześmiała się na wspomnienie starego hasła. Co by pomyślał Jahn, ojciec gimnastyki, o Żydówce – Deutschlands Unglück, nieszczęściu, które spotkało Niemcy – czerpiącej inspirację z jego słów? Zebrała się i złożyła do skoku, ignorując skurcze w łydkach, ból pleców i strach przed poślizgnięciem się. Powtarzając bezgłośnie frisch, fromm, fröhlich, frei, wytrzymała, pobożna, radosna, wolna, skupiła wzrok na rynnach nad głową. Wybiła się w powietrze, uchwyciła rynien po obu stronach przejścia, podciągnęła się energicznie, przerzuciła na prawo i przy akompaniamencie skrzypienia metalu przeniosła ciało nad pordzewiałym korytkiem. Z hukiem wyrżnęła w dach z blachy falistej i zaczęła się zsuwać, lecz na szczęście zatrzymała się tuż przed krawędzią.

„Spróbuj tego, Trudi Meyer, założę się, że nie dasz rady. A teraz poproszę twój złoty medal, danke”.

Położyła się płasko na dachu i znieruchomiała, wpatrzona w bezkresne i ciemniejące niebo. Poczucie tryumfu powoli słabło, jak światło dnia na zachodzie, pozostawiając chłodną pustkę w jej żołądku. Musiała uspokoić oddech, jeśli nie chciała, żeby ją usłyszeli. Pomyślała o tym, co zobaczyła, kiedy po raz ostatni zajrzała do wnętrza mercedesa, po czym odsunęła od siebie to wspomnienie. Schowała je do specjalnej skrzyni w swoim wnętrzu i zatrzasnęła wieko. Wbiła wzrok w pustkę nad sobą i nasłuchiwała.

Szczekanie psów zagłuszyło jej przyspieszony oddech. Pokrzykiwania rozlegały się coraz bliżej. W końcu usłyszała stłumiony odgłos kroków – jeden z żołnierzy szedł między budynkami. Stukot jego butów nie był wystarczająco wyraźny, by mogła ocenić odległość, a jej oddech wciąż wydawał się zbyt głośny, stanowczo zbyt głośny. Odczekała dwie sekundy, nabrała głęboko powietrza i zacisnęła wargi. Niespodziewanie uświadomiła sobie, że w miejscu, gdzie niebo było najciemniejsze, widzi już pierwszą gwiazdę. Zorientowała się również, że nie może oddychać przez nos, więc jedyne, co jej pozostało, to nie oddychać wcale.

Kroki, tuż poniżej.

Gwiazda. Albo może planeta. Czy to Wenus? Kroki ucichły. Planeta. Gwiazda.

Ktoś się poruszał, słyszała drapanie materiału o ceglaną ścianę. Skrzypienie rynny. Serce waliło jej coraz mocniej i zaczynało brakować tchu. Z dołu, spod krawędzi dachu dobiegało ciężkie dyszenie i szuranie butami o mur. Czuła coraz większy ucisk w klatce piersiowej, coraz silniejszy ból i pragnienie, by zerwać się na równe nogi i rzucić do ucieczki. Bardzo powoli przechyliła głowę i zobaczyła grube, brudne palce zaczepione o brzeg rynny. W jej głowie rozległ się krzyk. Chciała otworzyć usta i wypuścić go na zewnątrz. Bardzo, bardzo tego chciała.

W tej samej chwili rozległ się trzask, odgłos łamania i kwik przestrachu. Rynna, brudne, grube paluchy i ciężkie dyszenie zniknęły w akompaniamencie metalicznego łomotu. Potem w powietrze wzniósł się potok przekleństw. Krzyki. Gwizdy. Śmiechy. Oddalające się kroki. Odległe szczekanie.

Otworzyła gwałtownie usta i ze świstem wypuściła oddech, jakby się bała, że zaraz eksplodują jej płuca. Łapczywie nabrała chłodnego powietrza. Jej ramiona unosiły się i opadały, a ona nie mogła nad nimi zapanować. Zaczęła cicho łkać.

Sara była dobra w zabawie w chowanego. Dawniej, w lepszych czasach, kiedy jeszcze wolno jej było się bawić z innymi dziećmi, zawsze najdłużej pozostawała w ukryciu, długo po tym, jak pozostali, znudzeni szukaniem, zajmowali się innymi rzeczami.

Leżała na dachu, wpatrywała się w gwiazdy coraz liczniej rozświetlające niebo i wsłuchiwała w odgłosy doków. Słyszała też poszczekiwania psów, krzyki żołnierzy i ich kroki – odległe, ale wciąż obecne, zupełnie jak nawoływania dzieci, które biegały po domu i krzyczały, żeby w końcu wyszła z kryjówki.

„Czyli co, zamierzasz sobie tak po prostu leżeć i nic nie robić?” – atakował głos w jej głowie.

„Nie, czekam tylko, aż zrobi się zupełnie ciemno”.

„Nie kłam. Nie masz pojęcia, co dalej” – zakrakał głos.

Sara odwróciła głowę. Z daleka widziała portowy dźwig i komin jakiegoś statku, a za nimi ogromne Jezioro Bodeńskie, skrywane przez zapadającą ciemność. Popatrzyła w drugą stronę; w oddali dostrzegła dachy Friedrichshafen, zbyt dalekie, by ktokolwiek mógł ją dostrzec, choćby stojąc na kościelnej wieży. Spojrzała w dół. Stary, ciemny i opuszczony budynek sypiącego się magazynu obserwował ją chorymi, pustymi oczodołami wybitych okien. Bezpieczeństwo. Idealnie nadawał się na chwilową kryjówkę.

A co potem? Żydówka bez dokumentów i bez pieniędzy, w porcie po niemieckiej stronie.

Sara zignorowała głos rozsądku. A może to był głos matki, nie miała pewności. Przyszłość była bez znaczenia, liczyło się tylko tu i teraz. Matka ją tu przywiozła, więc musiała mieć jakiś pomysł, jakiś plan, jak przedostać się na drugą stronę Jeziora Bodeńskiego, promem albo prywatną łodzią. Do Szwajcarii, gdzie było bezpiecznie. Jak najdalej od bicia, głodu i poniżenia. Teraz z jej planu nic nie zostało. Oczywiście pod warunkiem, że matka rzeczywiście miała jakiś plan. Bo ostatnie lata wskazywałyby raczej, że organizacja czegoś tak skomplikowanego przekraczała jej możliwości. I w zasadzie nie należało się dziwić, że wszystko skończyło się tragedią. Jej śmiercią...

Kolejna myśl, którą Sara wcisnęła do skrzyni i zatrzasnęła wieko. Ta była jeszcze zbyt świeża, zupełnie jak ból uszkodzonego podczas wypadku nosa.

Specjalna skrzynia ukryta głęboko w jej wnętrzu z początku była maleńka jak szkatułeczka, w której matka przechowywała cenną biżuterię. Przez ostatnich sześć lat, czyli od kiedy narodowi socjaliści doszli do władzy, rzadko mogła sobie pozwolić na przerażenie czy złość, więc starannie chowała w pudełeczku każde poniżenie i niesprawiedliwość. W ten sposób uwalniała się od tych uczuć. Teraz jednak jej skrytka przybrała rozmiary kufra podróżnego, którego drewniane ścianki były odrapane z lakieru, pozieleniałe i zniszczone, a brązowe okucia dawno już straciły blask. Jego zawartość bulgotała, wyciekała spod wieka i powoli skapywała na ziemię. Lecz najgorsze było uczucie, gdy Sara wyobrażała sobie, że sama staje się taką skrzynią, schowkiem na wszystko, co chciała ukryć, co zalewa ją od środka i pochłania, gotowe przyoblec kształt i pożreć ją żywcem.

Serce znów biło jej jak oszalałe. Próbowała się uspokoić, wyobrażając sobie, że to tylko zabawa w chowanego. Że zamknęła się w szafie pod schodami, za wiszącymi płaszczami i zimowymi ubraniami. Specjalnie zostawiła uchylone drzwi, żeby szukające jej dzieci tylko zajrzały pobieżnie do środka. Niewidzialna, cierpliwa, poza ich zasięgiem. Zmęczenie dostrzegło swoją szansę i objęło ją kojąco ramionami. Na metalowym omszałym dachu, w wieczornym półmroku, Sara zasnęła.

•••

Idzie obok taty. Był wysokim mężczyzną, lecz teraz wydaje jej się jeszcze potężniejszy. Sama ma pewnie tylko kilka lat. Przesuwa wzrokiem wzdłuż swojego ramienia w czerwonym rękawku aż do miejsca, gdzie jej drobna rączka ginie w uścisku potężnej dłoni ojca.

Ziemia pod stopami jest miękka, słońce świeci zbyt intensywnie, żeby mogła unieść głowę i spojrzeć w niebo, i zalewa wszystko złotym blaskiem.

– Widzisz już, Sara, mein Schatz?

– Co mam widzieć, tato?

Śmieje się, schyla i ją podnosi. Sara jest bardzo wysoko, ale czuje się całkowicie bezpiecznie, przytrzymywana przez ramiona mocne jak konary.

– A teraz już widzisz?

Sara mruży powieki i spogląda w zalane oślepiającym blaskiem niebo. Bolą ją oczy, musi osłonić je dłonią. Słyszy ciche buczenie.

– Co to jest?

Tata znów się śmieje.

– Poczekaj, zaraz zobaczysz.

Odgłos jest coraz wyraźniejszy, bardziej intensywny. Po chwili słyszy kolejne buczenie, i jeszcze kolejne. Nakładają się na siebie jak dźwięk zamieszkanego ula, jak bzyczenie milionów zapracowanych pszczół.

– Boję się, tato!

– Nie bój się.

Buczenie zmienia się w warkot, od którego czuje drżenie w klatce piersiowej. Przywiera do czarnej marynarki ojca, sama nie wiedząc, ze strachu czy z ekscytacji. W końcu widzi, co chciał jej pokazać.

Jest gigantyczny, srebrny i błyszczy w płomieniach słońca. Wypełnia niebo swoim ogromem. To największa rzecz, jaką kiedykolwiek widziała. Chłopcy gonią jego przesuwający się cień, pokazują go sobie palcami, machają chorągiewkami. Sara odwraca głowę, żeby zobaczyć, jak olbrzymie cygaro przesłania światło i przesuwa się nad nimi z warkotem silników.

Zaczyna chichotać i w końcu zanosi się śmiechem. Patrzy ojcu w oczy, a on patrzy na nią. I też zaczyna się śmiać. Wszyscy się śmieją...

•••

Sara uniosła powieki. W mgnieniu oka uświadomiła sobie, gdzie jest i co się stało. Na niebie pojawił się księżyc i zalał wszystko srebrzystobladą poświatą. Czuła drżenie blaszanego dachu, a nad głową widziała dziób potężnego zeppelina. Nie miała już czasu, by szukać schronienia. Musiała leżeć nieruchomo i czekać, aż wielki statek powietrzny przeleci dalej; mała Żydówka na dachu starego magazynu; drobny kształt skąpany w księżycowym świetle, ledwie kilka metrów od uważnych oczu załogi.

„Oni nie mają o tobie pojęcia. Nie szukają cię i mają co innego do roboty. Nawet jeśli ktoś cię zauważy, nie zwróci uwagi, bo nikt cię nie szuka. Jesteś jedynie zimowym płaszczem w szafie pod schodami”.

Była dość blisko zeppelina, by widzieć okna gondoli i światło w środku. Dostrzegła łaty w miejscach, gdzie powłoka wielkiego cygara była naprawiana, nazwę zamalowaną pospiesznie jedną warstwą farby i snopy żółtego światła padające przez okna mostka. Przylgnęła jeszcze mocniej do wibrującego dachu. „Jestem zimowym płaszczem” – powtarzała sobie, czekając, aż gondola ją minie.

Niemal całą frontową ścianę pokładu widokowego wypełniały okna, a padające przez nie światło żarówek elektrycznych było oślepiające. Wewnątrz stały dwie osoby i obserwowały otoczenie. Trudno było uwierzyć, że nikt jej nie zobaczył, a jednak statek powietrzny przesuwał się dalej, a oni trwali niewzruszenie na swoich stanowiskach. Buczenie przybierało na sile, aż minęły ją gondole silników na patykowatych pylonach, z niewyraźną plamą wirujących śmigieł. Korpus sterowca zaczął się zwężać, aż w końcu na jej wysokości znalazły się tylne stateczniki. Choć pomalowano je czarną farbą, wyzierały spod niej swastyki na białym tle; wilk w słabym przebraniu owieczki nie mógł zmylić nikogo.

W końcu sterowiec odpłynął. Sara odetchnęła głośno. Poczuła się tak samo jak wtedy, gdy inne dzieci otwierały drzwi szafy i nie zauważały niczego podejrzanego. Usiadła. Mięśnie nóg i pleców boleśnie dały o sobie znać. Szum pracującego ula stawał się coraz cichszy, a blacha dachu przestawała drżeć, w miarę jak potężny zeppelin się oddalał. Kiedy znalazł się za terenem opuszczonych magazynów, w słabej księżycowej poświacie Sara dostrzegła postać na płaskim dachu innego budynku. Ktoś tam był i obserwował sterowiec przez lornetkę, tak jak obserwuje się ptaki.

Przyglądała się, jak podąża szkłami lornetki za zakręcającym zeppelinem, aż w końcu w polu jego widzenia została jedynie rufa. Był ubrany na czarno, a zarys jego sylwetki odcinał się na tle jaśniejszego już nieba. Słabo go widziała, lecz ani przez chwilę nie pomyślała, że mogło jej się wydawać. Zaintrygowana siedziała nieruchomo na dachu i nie odrywała od niego wzroku, nawet kiedy opuścił lornetkę i patrzył gdzieś w niebo. Dlaczego tam był? Co robił? Przecież lotnisko znajdowało się co najmniej trzy kilometry dalej.

Zamarł, po czym niespodziewanie uniósł lornetkę i ponownie przyłożył ją do oczu. Poczuła, jakby w jej wnętrzu coś tąpnęło. Musiała nabrać powietrza.

Nie była przecież niewidzialna, a on patrzył wprost na nią.

Mężczyzna powoli opuścił lornetkę, a po sekundzie bezruchu uniósł dłoń i pomachał jej.

– Odejdź, po prostu zniknij! – powtarzała szeptem i budząc się gwałtownie do życia, potoczyła się w kierunku krawędzi dachu, a potem odepchnęła się i zeskoczyła na ziemię. Tutaj było jeszcze ciemniej, bo między budynki nie docierała księżycowa poświata, a jedyne, co widziała, to jaśniejsze punkty na początku i końcu wąskiego przejścia. Po prawej stronie znajdował się duży magazyn, na dachu którego stał mężczyzna z lornetką; po lewej droga, którą tu przyszła, z płotem, rowem i rozbitym autem. Nie chciała tam wracać. Zmusiła zesztywniałe nogi do marszu w prawo, po omacku. Przesuwała dłońmi po chropowatej ceglanej ścianie, pomagając sobie zachować równowagę. Tępe napięcie twarzy zasnuwało jej wzrok mgłą i czuła szybko rosnący, kłujący ból gdzieś wewnątrz głowy. Dręczyło ją rozpaczliwe pragnienie. Przesunęła językiem po spierzchniętych i popękanych wargach. Miała wrażenie, że towarzyszył temu dźwięk, jaki wydają koty, kiedy się oblizują: szorstki i suchy. Przez cały dzień nic nie piła. Matka nie chciała się zatrzymywać, od kiedy wyjechały z Wiednia, lecz nie spakowała wody ani niczego do jedzenia. Przerażająco męczące sześćset trzydzieści kilometrów pośród uważnych spojrzeń całego Vaterlandu, przez miejsca, gdzie narodził się narodowy socjalizm. Nie mogła uwierzyć, że dotarły tak daleko.

Nabrzeże po lewej stronie było słabo oświetlone, lecz wyglądało niepozornie, nie jak rozległa, anonimowa przestrzeń, którą sobie wyobrażała. Nie zatrzymując się, zagłębiła się w labirynt wąskich przejść między budynkami przed sobą.

„Idź, po prostu idź”.

„Tylko dokąd?”.

„Ciągle tylko pytasz dlaczego i dokąd. Skup się! Potraktuj to jak ćwiczenie, układ gimnastyczny czy utwór na pianino. Skup się na zadaniu do wykonania”.

„Jestem zmęczona. Nie wiem, co robić”.

„Chyba nie zamierzasz teraz chlipać jak rozhisteryzowane dziecko?”.

„Nie”.

„I słusznie. Nie po to cię samotnie wychowywałam, żebyś się teraz poddała, prawda?”.

Sara przełknęła szloch. Czyżby głos w jej głowie należał do matki? To ona od początku do niej mówiła?

– Och, Mutti – mruknęła pod nosem. – Och, Mutti...

„Uspokój się”.

„Nie potrafię. To, co zobaczyłam w samochodzie... to mnie przerasta...”.

„Nie, uspokój się!”.

Znieruchomiała. Przez odległy gwar i hałasy przebijał się szum lejącej się wody.

Podążając za jej dźwiękiem, dotarła do starych drzwi, z których płatami odchodziła stara farba. Były uchylone, lecz w środku panowała ciemność i nic nie było widać. Sara naparła na nie ramieniem i otworzyła. W nozdrza uderzył ją duszący zapach amoniaku i ścieków. Z wahaniem przekroczyła próg i się rozejrzała. Otaczał ją nieprzenikniony mrok. Zamknęła oczy, żeby przyzwyczaić się do braku światła, i ruszyła przed siebie, przesuwając palcami po oślizgłej ścianie, by na nic nie wpaść. Podążała za szumem lejącej się wody. Mimo że otworzyła oczy, nie dostrzegała żadnych szczegółów. Pomieszczenie nie mogło być zbyt duże, jednak miała wrażenie, że znalazła się w przestronnej jaskini albo cuchnącej paszczy olbrzymiej bestii. „Ciemność jest twoim przyjacielem” – powtarzała sobie. – „Ma wielkie ramiona, w których możesz się ukryć. Naucz się ją kochać”.

Nagle natrafiła palcami na coś, co się poruszyło. Drgnęła odruchowo i chciała się cofnąć, lecz się powstrzymała. Po raz drugi dotknęła czegoś, co znów zniknęło. Odczekała chwilę, aż powróciło. To był cienki łańcuszek, z pętelką na końcu. Piął się w górę, gdzie musiał być do czegoś przymocowany. Chwyciła za pętelkę i pociągnęła.

Rozległo się delikatne pyknięcie i pomieszczenie zalało światło tak jaskrawe, że Sara zadrżała. Stała pośrodku brudnej i zaniedbanej łazienki z uszkodzoną muszlą klozetową skrytą za przegniłą drewnianą przegrodą. Wzdłuż jednej ze ścian, tuż nad podłogą, biegła metalowa rynna. Wszystko wokół było odrażające, lecz tuż obok Sara dostrzegła zardzewiały kran plujący brązową wodą do płytkiej, podłużnej umywalki.

Zacisnęła palce na jej krawędzi i nachyliła się, otwierając szeroko usta, by znalazły się tuż pod kranem. Ciepły płyn smakował rdzą, ale był mokry i się nie kończył. Sara poczekała, aż wypełni jej usta i połknęła, a potem powtórzyła całą czynność, nie bacząc na to, że się dusi, gdy brązowa ciecz trafiła do nosa. Po minucie przestała pić i się wyprostowała. Krople wody ściekały jej po brodzie, ale czuła, że wraca do życia.

– Kogo my tu mamy... to przecież dziewczynka z dachu!

Męski głos. Sara zamarła. „Dumme Schlampe! Zostawiłaś otwarte drzwi!”. Nieznajomy stanął między nią a jedynym wyjściem. Nie miała dokąd uciec. Beznadziejność sytuacji sprawiła, że uleciał cały ciężar. Poczuła się dziwnie spokojna i lekka. Tak lekka, jakby miała się unieść i poszybować nad powierzchnią morza paniki. Mruknęła coś na potwierdzenie, że tak, to ona, i nachyliła się, by pić dalej. Starała się nie myśleć, co ją czeka w ciągu następnych kilku godzin.

ROZDZIAŁDRUGI

CO TU ROBISZ? – ZAPYTAŁ MĘŻCZYZNA.

– Piję, a co? – odpowiedziała między kolejnymi łykami.

– A co robiłaś na dachu? – mówił spokojnym, monotonnym, niemalże pozbawionym emocji tonem.

„Nie daj się nabrać. To oznacza tylko, że nie potrafisz odczytać jego emocji, a nie, że ich nie ma”.

– Szukałam kogoś. – Wyprostowała się i wytarła brodę. Miała wrażenie, że jest umorusana rudawym osadem. Celowo unikała patrzenia prosto w jego stronę, starając się zyskać na czasie, by coś wymyślić, nie zdradzając się przy tym spojrzeniem.

– Na dachu?

„Uważaj, to pułapka”.

– Owszem. – Odsuwała jedynie nieuniknione. Nie miało znaczenia, co powie, a to sprawiało, że czuła się wolna. Śmiała. – A pan? Po co pan obserwował ten sterowiec?

– To ja tu zadaję pytania. – Najmniejszego śladu napięcia. Nawet cienia złości.

– Racja, pan zadaje. – Sara przechyliła buńczucznie głowę i czekała. Mężczyzna był ubrany na czarno, na głowie miał wełniany kapelusz, ciemny plecak przewieszony przez ramię i brudną twarz. Niezupełnie tego się spodziewała. Przyglądał się jej, jakby próbował zrozumieć, z kim ma do czynienia. Sara pomyślała, że może jednak udałoby jej się wykpić z tej sytuacji. – No dobrze, w takim razie nie będę zajmowała panu więcej czasu...

Mężczyzna pchnięciem zamknął za sobą drzwi i dalej patrzył na nią bez słowa. Sara cofnęła się o krok. Nieznajomy oparł się o framugę i skrzyżował ręce na piersi.

– A ty dokąd się wybierasz? – Chłodniejszy ton. Niemalże lodowaty. Sara prawie zadrżała.

– Do domu. Szukałam... ojca. Pracuje w porcie.

– Dlaczego go szukałaś? – Dziewczyna nie miała wątpliwości, że to przesłuchanie.

– Żeby mu powiedzieć, że obiad jest gotowy.

– O czwartej nad ranem?

– Pracuje na nocnej zmianie.

– Na dachu?

– Szukałam wszędzie, gdzie się dało.

– Co ci się stało w twarz?

Sara odruchowo uniosła dłoń i dotknęła nosa. Ukłucie bólu było silne i gwałtowne jak mocny policzek. Coś dziwnego przywarło do jej palców. Spuściła wzrok, by przyjrzeć się, co to jest. Dopiero wtedy zauważyła, że cały przód jej jasnobrązowej sukienki pokrywały rdzawoczerwone plamy. Opuszki palców miała umazane krzepnącą krwią.

– To... wpadłam na coś po ciemku – chciała wyjaśnić, lecz nie zdołała wypowiedzieć ani słowa, bo zakrztusiła się i zaniosła kaszlem, a na koniec spróbowała siąknąć nosem i skrzywiła się z bólu. Mężczyzna się roześmiał, lecz w jego śmiechu próżno było szukać rozbawienia. Raczej pogardę. Sara odniosła wrażenie, że gdzieś w jej wnętrzu wybiło źródełko złości i niechęci. Spojrzała nieznajomemu prosto w oczy; dorastająca dziewczyna, cała pokryta zaschniętą krwią, rdzą, pleśnią i gnijącymi liśćmi. „Zachowuj się jak dama, kochanie” – odezwał się jej wewnętrzny głos. Głos jej matki. – „Ty jesteś na scenie, oni nie. Możesz im rozkazywać i nimi kierować. Chcą być zwodzeni. Więc zwódź ich”.

– Dokładnie tak było. Zgubiłam się i wpadłam po ciemku na zerwaną rynnę. Mam panu pokazać gdzie?

Nieznajomy miał wodnistoniebieskie źrenice z ciemniejszymi obwódkami. „Nie mrugaj” – skarciła się.

– Jak masz na imię? – zapytał delikatniejszym już tonem. Zmarszczki w kącikach jego oczu wydawały się delikatnie uśmiechać. Miał dziwny, nieoczywisty akcent. W pierwszej chwili pomyślała, że ma do czynienia z Bawarczykiem, jednak niektóre słowa brzmiały w jego ustach inaczej...

– Sara. Sara Gold... – Myśl! – G... Elsengrund.

„Dumme Schlampe”. Sara zgarbiła się i oparła o zlew. Mężczyzna znów się zaśmiał, choć tym razem już nie tak głucho.

– Proszę, proszę, a tak dobrze ci szło. Będziesz musiała jeszcze trochę popracować nad tym elementem, Saro Goldberg, Goldstein, Goldschmitt... czy jak tam się nazywasz.

Sara zaczęła obmywać twarz, mając nadzieję, że w ten sposób ukryje łzy zbierające się w kącikach oczu. Mężczyzna podszedł bardzo blisko i przysiadł na brzegu zlewu. Kiedy się odezwał, mówił bardzo szybko:

– Doprowadź sukienkę do porządku, zmyj te plamy, nawet jeśli miałaby zostać mokra. To w niczym nie przeszkadza... i strzepnij brud z płaszcza. Pochodzisz z Elsengrundu, tak? – Sara przytaknęła. – To dobrze, tego się trzymaj... i wybierz sobie jakieś inne imię, Ursula czy jakoś tak. Sara... chyba nie da się bardziej żydowsko, co? Masz dokąd pójść?

Sara pokręciła głową. Została pokonana, a teraz na dodatek nie miała pojęcia, co się dzieje.

– Domyślam się, że papierów też nie masz, ale to nie szkodzi. Gdybyś miała wszystkie stemple i tak nie przedostałabyś się do Szwajcarii. Prom to twoja jedyna szansa. Scenka z zagubioną dziewczynką, która miała być na pokładzie. Poczekaj do rana, ale nie tutaj. Najlepiej na dachu, obojętnie którym – przerwał. – I jeszcze jedna sprawa... – Chwycił ją gwałtownie za twarz i ścisnął palcami jej nos. Sara zdążyła złapać go za nadgarstek, lecz było już za późno. Pociągnął mocno, zanim mu przeszkodziła. Pisnęła mimo przerażenia. Ból był zbyt przenikliwy. Rozległ się nieprzyjemny trzask i nagle było po wszystkim. Zatoczyła się w tył, zbyt przestraszona, by dotknąć twarzy.

– Lepiej zostaw teraz nos w spokoju... przynajmniej jest prosty. I mniej rzuca się w oczy. – Wytarł dłonie w spodnie. – Nie wiedziałaś, że jest złamany?

Sara stała z uniesionymi i trzęsącymi się dłońmi. Powoli nabrała powietrza przez nos. Bolało, ale była w stanie oddychać. Głos w jej głowie zamilkł. Podniosła wzrok i rozejrzała się, akurat w porę, by zobaczyć, jak nieznajomy odchodzi.

– I nikomu nie ufaj. Powodzenia, Saro z Elsengrundu.

Potem zniknął.

Sara obserwowała swoje dłonie. Potrzebowały pełnej minuty, by przestać drżeć.

Poranek nadszedł chłodny i szary. Po spokojnej bezchmurnej nocy znad jeziora nadciągnęły brudne chmury i zmieniły wschód słońca w wyblakłą fotografię. Sara stała w cieniu, mokra sukienka kleiła jej się do nóg jak lepkie od pleśni zasłony. Materiał drażnił zadrapania na kolanach i łydkach, aż ból stał się jedyną rzeczą, o jakiej mogła myśleć. Nie walczyła z nim, bo całkowicie zagłuszał głos, który wcześniej rozlegał się w jej głowie. A on był teraz ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała.

Większość krwi udało jej się zmyć, lecz na sukience pozostała paskudna plama. Żeby ją ukryć, zapięła pod samą szyję ciemny płaszcz. Szyję owinęła kawałkiem płótna, które można było wziąć za szalik. Materiał pachniał zsiadłym mlekiem, lecz posiadał tę zaletę, że nie był mokry. To była jedyna sucha rzecz, jaką miała na sobie. Doprowadziła włosy do jako takiego porządku, wykorzystując jedyną wsuwkę, jaka jej się ostała, a z tyłu głowy zaplotła coś na kształt warkocza, po czym związała go kawałkiem przewodu. Z daleka można było uznać, że wygląda przyzwoicie, lecz z bliska nikogo nie mogłaby zmylić, bo bardziej niż dziewczynę przypominała stracha na wróble.

Źle spała. Za każdym razem, kiedy zamykała oczy, widziała krew i goniące ją psy. Na jawie była w stanie kontrolować swoje emocje, lecz ledwie zasypiała, bestie ją doganiały i rzucały się na nią. Obudziła się tak zapłakana, że ledwie była w stanie oddychać. Kiedy nie spała, mogła przynajmniej skupić się na tym, co ją czekało.

Rozległ się sygnał syreny promu. Na ten moment czekała. Wyszła z cienia i ignorując piekący ból nóg, ruszyła podskokami drogą w kierunku nabrzeża. Mimo że miała piętnaście lat, bez trudu mogła uchodzić za jedenastolatkę, ba, nawet młodszą dziewczynkę, pod warunkiem że odpowiednio się zachowywała. Sara nigdy nie wyglądała na swój wiek, a lata biedy i niedożywienia tylko to pogłębiły. Wcielała się teraz w rolę, którą niejeden już raz odgrywała: małego, niepozornego dziecka. Miasteczko budziło się do życia, a jego mieszkańcy ruszali do pracy brukowanymi uliczkami, ze wzrokiem wbitym pod nogi lub pedałując obok niej na skrzypiących rowerach. Zmęczeni, niezadowoleni i przede wszystkim niezainteresowani. Sara poruszała się w jednostajnym rytmie, walcząc z pragnieniem, by rzucić się biegiem. Żeby się uspokoić, zaczęła nucić pod nosem piosenkę, którą śpiewał Bund Deutscher Mädel, Związek Niemieckich Dziewcząt. W głowie czuła jej rytm i czerpała siłę z jej taktów, podekscytowana faktem, że przejmuje ją na własny użytek.

– Uns’re Fahne coś tam, coś tam, uns’re Fahne, coś tam, Zeit!... – Gorączkowo szukała w głowie brakujących słów. Sztandar coś tam. Już niemal dotarła do wejścia.

– Und die Fahne führt uns coś tam, coś tam... – Rany, co było dalej? Tak, tak... nasz sztandar... sztandar?

– Nasz sztandar znaczy więcej niż śmierć! – ryknął żołnierz, który niespodziewanie wyrósł tuż przed nią.

Sara wpadła na niego, pisnęła i odskoczyła przestraszona. Poczuła zapach potu i wyprawionej skóry. Stanął i spojrzał na nią z góry, szary potwór owinięty brązowymi skórzanymi paskami.

– Naprawdę nie rozumiem, jak oni was uczą tych piosenek! – Patrzył na nią z rękoma wspartymi na biodrach i karabinem przewieszonym przez plecy, kręcąc z dezaprobatą głową. Był młody, miał może dwadzieścia lat i z teatralnym niezadowoleniem marszczył brwi. Sara uśmiechnęła się; tak długo zmuszała kąciki ust, by się uniosły, że zaczęły ją boleć policzki.

– ...więcej niż śmierć... niż śmierć! – odkrzyknęła i zachichotała niemal histerycznie. – Dobrze nas uczą, naprawdę! I przepraszam! – rzuciła przez ramię i szybko pomachała żołnierzowi. Zobaczyła jeszcze, że się do niej uśmiecha, po czym odwraca się i idzie dalej.

– Śmierć.. śmierć... – odetchnęła, starając się uspokoić walące dziko serce. Czekała spięta, aż czyjeś mocarne ręce zacisną się na jej ramionach, lecz nic takiego nie nastąpiło.

„Uspokój się... przecież nikt cię nie szuka” – wyjaśnił głos w jej głowie.

„W takim razie co oni tu w ogóle robią?”.

„Uśmiechaj się. Cały czas się uśmiechaj”. – Głos zmienił temat. – „Grasz swoją rolę przez cały czas, nawet kiedy schodzisz ze sceny i idziesz do garderoby. Nie wychodzisz z roli do chwili, kiedy opadnie kurtyna”.

Prom siłą rozpędu zbliżał się do nabrzeża, a dalej, przed jego dziobem, widać było lekko zamglony horyzont i postrzępione zarysy szczytów po drugiej stronie jeziora, gór, które oznaczały...

Wolność? Bezpieczeństwo? Sara nie do końca wiedziała, co miałaby zrobić, nawet gdyby udało jej się dostać na prom do Szwajcarii.

„Skup się na swojej roli. To teraz najważniejsze. Wszystko inne – przyjęcia i sława – to kwestia przyszłości, nie teraźniejszości. Jesteś na scenie, żeby je zdobyć”.

Po prawej stronie pasażerowie ustawiali się w kolejce. Po lewej zobaczyła konia z wozem. Zwierzę też czekało na prom. Poza tym dookoła roiło się od żołnierzy i policji; sprawdzali, wypytywali, pilnowali i czuwali.

Sara zwolniła kroku. Musiała trafić na idealny moment. Prom się zatrzymał, cumy zostały rzucone na nabrzeże, a kilku pasażerów zeskoczyło z trapu. Trzeba zaczekać. Kolejka małymi kroczkami przesuwała się w stronę rampy, koń szarpnął wóz. Chaos i zamieszanie...

„Płacz, moja kochana, to prawdziwa sztuka. Powstrzymywanie łez nią nie jest – to potrafi każdy głupiec. Zamykać je w sobie i gromadzić do czasu, kiedy będą potrzebne – to sekret znany nielicznym. Żadnych pojedynczych kropelek, od razu kaskada... i koniec, kiedy już nie są potrzebne”.

„Mam się rozpłakać?”.

„Przypomnij sobie chwile, kiedy naprawdę się bałaś i je wykorzystaj”.

Wzdrygnęła się. Ujrzała obraz matki w samochodzie, tuż obok niej. Odsuwała go od siebie aż do teraz.

„Nie”.

„Tak” – upierał się głos.

„Nie, to boli”.

„I ma boleć. O to chodzi. Zajrzyj do auta. Już”.

– Nie, Mutti, nie... – błagała Sara.

„Zajrzyj do tego cholernego samochodu, dumme Schlampe!”.

Krew.

„No właśnie” – szepnął głos.

Tyle krwi...

Łzy same popłynęły jej po twarzy. Zaczęło jej się robić niedobrze. Poczuła, że nadpływa fala wymiocin, ale szybko je przełknęła.

Teraz.

Rzuciła się biegiem wzdłuż kolejki czekających pasażerów. Krzyczała, ze złością i strachem.

– Vati! Vati! Tato! Tatusiu! Gdzie jesteś, Vati?! – Ludzie zaczęli się odwracać niepewnie i spoglądali jedni na drugich. Sara przyspieszyła, pędząc w stronę rampy.

– Vati!

– Hola! Stać! Fräulein! Panienko, proszę się zatrzymać! – Sierżant cofnął się, przez chwilę rozważał sięgnięcie po broń, jednak znieruchomiał zmieszany. Sara zatrzymała się ze ślizgiem i skryła twarz w dłoniach.

– Gdzie jest Vati? Powiedział, że mam tu na niego czekać! – zawyła zrozpaczona i zacisnęła powieki. – On tu musi być... Vati!

Uniosła wzrok i szeroko otwartymi, zapłakanymi oczyma spojrzała na sierżanta, pociągając nosem. Lepka wydzielina spłynęła z niego na jej roztrzęsione usta.

– Czeka na pokładzie? Tam się umówiliście?... Tylko że... – Mężczyzna rozejrzał się bezradnie. Jego podwładni przyglądali się całej scenie z głupkowatymi minami. Żołnierz donośnym głosem zawołał do policjanta po drugiej stronie trapu.

– Wachmeister! Potrzebujemy pana tutaj!

– Vati! – zawyła Sara. – Czy tata jest już na pokładzie?

– Ta, już lecę. Nie jestem służącym, Scharführer! – odkrzyknął policjant.

Sierżant zwrócił się do Sary:

– Co z biletem? Gdzie są twoje dokumenty?

– U taty... – „No dalej, nie przestawaj! Płacz, rycz, wrzeszcz!”

– Ale...

– Halo, możemy już wchodzić? – Uprzejme dotąd głosy pobrzmiewały nutką irytacji.

– TATUSIU!

– Dobra, leć, idź poszukaj taty... – Żołnierz uniósł ramiona i dał jej znak, że ma zmiatać.

Sara nie czekała, aż zmieni zdanie, ruszyła biegiem i wspięła się na pokład. Tylko raz się obejrzała i zobaczyła, że zasłonił ją koń z wozem. Poczekała chwilę, a potem podbiegła do klatki schodowej prowadzącej na górny pokład i nie zatrzymując się, wytarła rękawem zasmarkany nos i usta.

„Świetnie się spisałaś. Przepraszam. Wcale nie jesteś głupia”.

Nie chciała słuchać. Odsunęła od siebie wspomnienie wypadku i myśl o braku matki, zamknęła głęboko w sobie, w ciemności, i odzyskała kontrolę. Weszła na dziób promu i wcisnęła się za koło ratunkowe, z dala od przypadkowych spojrzeń.

Wychyliła się odrobinę i spojrzała na port. Wypełniało ją poczucie ogromnego tryumfu. To, co zrobiła, było lepsze niż zdobycie medalu olimpijskiego, lepsze niż wołanie o bis i lepsze niż powrót do domu bez konieczności słuchania wyzwisk. W końcu po tym okropnym czasie niekończącego się głodu, dręczenia i ataków mała, przeklęta Żydówka Sara została Königin, królową, szefową! Narodowi socjaliści ze swoimi marszami, wybijaniem okien wystaw i pałającą nienawiścią mogli jej naskoczyć. Chciało jej się krzyczeć z radości, wtórować mewom i razem z nimi wzbić się w powietrze.

Smak zwycięstwa, surowej, wszechogarniającej satysfakcji nie trwał niestety długo. Kiedy słaby strumyk emocji wysechł, Sara poczuła się dziwnie pusta, jak pudełko, z którego ktoś wyjadł wszystkie czekoladki, a potem zapakował, żeby nic nie było widać.

Przesunęła wzrokiem po dachach budynków i spojrzała na bliźniacze kościelne wieże na zachodzie. Spoglądała na swój kraj. Jej kraj. Od tak dawna przemykała ulicami, kuląc się ze strachu, że zdążyła już zapomnieć, przed czym tak uciekała. To było jej miejsce. Tutaj należała. Nie była głupią pieczątką „Jude” w dokumentach. Była Niemką. A oni zmuszali ją, by opuściła swój kraj, tak samo jak wcześniej zmusili ją do opuszczenia rodzinnego domu w Elsengrundzie i mieszkania w Berlinie, a potem, kiedy uciekły z matką do Austrii, przepędzili je również stamtąd.

W takim świetle zwycięstwo miało smak żółci, a towarzyszyły mu strach i zwątpienie.

Siąknęła nosem i splunęła nad relingiem. Jeden z pasażerów popatrzył na nią z wyraźną dezaprobatą, lecz Sara się tym nie przejęła. Teraz nie mogli jej już nic zrobić.

A może jeszcze mogli? Spojrzała uważnie na nabrzeże. Żołnierze wydawali się zajęci sobą, zdezorganizowani i nieuważni. Dwóch schowało się za murkiem, paląc papierosa. Sierżant kłócił się z policjantem. Nikt nie dowodził, jakby nie wiedzieli, kogo, albo czego, szukali.

A może naprawdę nie mieli pojęcia, kogo szukają? Małej dziewczynki, uciekającej im Żydówki, co ciekawe, blond Żydówki, której matka spanikowała na widok punktu kontrolnego i staranowała szlaban, bo wszystko, czego się tknęła, obracało się w katastrofę? Dlaczego wcześniej jej nie złapali? Chyba że... czy to możliwe, że nie jej szukali?

Obserwowała jak kilku spóźnialskich wspina się po trapie na pokład, a potem zobaczyła jakiegoś mężczyznę biegnącego nabrzeżem. Miał długi czarny płaszcz i torbę podróżną przewieszoną przez plecy. Sierżant zastąpił mu drogę i rozłożył szeroko ramiona. Palacze zdusili niedopałki i wrócili na rampę.

Punkt kontrolny, który staranowała jej matka, był czymś zupełnie nieoczekiwanym. Poza tym cała reszta udała się przecież zgodnie z planem. Tylko czy w ogóle istniał jakiś plan? Dostały się w pobliże granicy samochodem, który nie był ich, a co potem?

Możliwe, że matka przedstawiła jej plan w najdrobniejszych szczegółach, ale Sara nie słuchała. Była zła na narodowych socjalistów, ale także na pozostałych Żydów za to, że na to wszystko pozwolili, lecz najgłębszy, najbardziej palący i przejmujący żal czuła do matki; za jej problemy z piciem, za jej porażki i za jej nieudaczność. Najgorsze były te niekończące się pokłady wyimaginowanych rozwiązań i ułudy. Rozbicie samochodu na punkcie kontrolnym i wystawienie się na odstrzał – tego nie można było się po niej spodziewać!

Jednak jeśli blokada nie została ustawiona na drodze ze względu na nie... jeśli to nie one były celem poszukiwań... to czego szukali żołnierze? Kogo? Może w innych miejscach również znalazły się punkty kontrolne, nie tylko tutaj...

Nie chcieli wpuścić ostatniego pasażera na pokład. Sara wychyliła się nad relingiem, żeby lepiej widzieć, co się dzieje. Dopiero teraz policjant zainteresował się maruderem. Mężczyzna zdjął kapelusz i przeczesał palcami blond włosy. Marynarze zaczęli odwiązywać cumy i wyglądali niecierpliwie, co dalej. Żołnierze stali naprzeciwko po obu stronach spóźnialskiego. Mężczyzna cofnął się kawałek i coś tłumaczył, wskazując w stronę miasta. Chciał odebrać swoje dokumenty, jednak sierżant odsunął je tak, by znalazły się poza jego zasięgiem. Sara obserwowała plecy jednego z żołnierzy. Szorstki materiał munduru napiął się, kiedy chłopak sięgnął po broń i przesunął ją pod prawe ramię.

Sara odwróciła głowę i popatrzyła naprzód, w kierunku wskazywanym przez dziób promu, na góry po drugiej stronie jeziora. Na bezpieczeństwo. Prawdopodobnie. Nie miała wizy, znajomych, pieniędzy i matki – a Szwajcaria wcale nie witała żydowskich uchodźców z otwartymi ramionami, więc tam też będzie musiała być bardzo ostrożna. Ale nie miała wyboru...

Potem znów spojrzała na prom. Nagle uświadomiła sobie, że właśnie ten mężczyzna musiał być przyczyną ustawienia dodatkowych punktów kontrolnych i wysłania żołnierzy do portu. Ścigany. A ona jak mało kto wiedziała, co to znaczy być ściganą.

Policjant zatrzymał się dziesięć metrów za mężczyzną, odcinając mu drogę ucieczki. Marynarze z promu głośno pospieszali żołnierzy. Robiło się późno. Sierżant spojrzał na nich i coś odkrzyknął. W tej samej chwili nieznajomy uniósł głowę i popatrzył w górę. Sara dostrzegła jego jasnoniebieskie oczy i momentalnie go rozpoznała. Miał wyraz twarzy zwierzęcia zapędzonego w narożnik, bez wyjścia, tak zupełnie inny niż mina, z którą rozmawiał z nią wczorajszej nocy. Samotny. Pozbawiony wyboru.

Rozległ się gwizd syreny zamontowanej na nadbudówce promu.

Zanim dźwięk przebrzmiał, Sara była przy schodach. Trzymając się dłońmi poręczy, zjechała na sam dół, wylądowała na nogach i nie zwalniając, pognała dalej. Nie myślała o piekącej skórze na rękach. Rampa została podniesiona, więc wybiła się i przeskoczyła nad nią. W locie dostrzegła refleksy światła odbijające się od brudnej wody przy nabrzeżu. Chwilę później stała na betonie.

– Vati! Vati! Tata! – wrzasnęła i popędziła w stronę żołnierzy. W jasnoniebieskich oczach dostrzegła błysk zaskoczenia, kiedy ją rozpoznał. Padła mu w ramiona. Zatoczył się pod jej ciężarem, po czym uniósł ją i oparł na biodrze, a ona objęła go nogami.

– Vati! Tatusiu! – płakała ze szczęścia.

– Ursula! A tak długo cię szukałem! No już, spokojnie, jesteś bezpieczna – mruknął, po czym spojrzał na żołnierzy. – Chciałem tylko...

– Vati! Chodźmy już do domu! – zaszlochała Sara.

– Czy mogę zabrać małą do domu? – zapytał mężczyzna i wyciągnął dłoń po dokumenty. – Bardzo proszę. Mam za sobą naprawdę paskudny poranek.

Sara wpatrywała się w ramię mężczyzny i powtarzała w myślach, by nie podnosić wzroku. Pachniał drogim mydłem. Nie używał wody kolońskiej. Po raz kolejny rozległa się syrena promu.

– Niezależnie od tego, dokąd się pan wybiera, wszystkie papiery muszą być w porządku. Inaczej marnuje pan nasz czas. Nawet jeśli przyszedł pan tylko szukać tej smarkuli, o czym zapomniał pan wspomnieć.

– Dziękuję i przepraszam. Naprawdę. – Mężczyzna odebrał swoje dokumenty i odwrócił się.

– I kup bilet, sknero! – prychnął jeden z żołnierzy. Pozostali wybuchnęli śmiechem.

– Oczywiście, kupię. Przepraszam za zamieszanie – powiedział i ruszył przed siebie. – A ty, moja panno, może mi wyjaśnisz, gdzie się podziewałaś? Umówiliśmy się przecież na dworcu.

– Przepraszam, Vati.

Potem milczał, aż minęli wejście do portu i wspięli się do połowy wzgórza.

– To było niewiarygodnie głupie. – Odetchnął ciężko.

– Zwykłe „dziękuję” by wystarczyło... – mruknęła Sara.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki