Shuggie Bain - Douglas Stuart - ebook + książka

Shuggie Bain ebook

Stuart Douglas

4,6

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Najgłośniejszy światowy debiut literacki ostatnich lat.

Powieść o granicach miłości, która rozbudza emocje i zostaje w człowieku na zawsze.

Młody Hugh Bain, zwany przez wszystkich Shuggiem, to samotny chłopiec, którego dzieciństwo przypadło na trudny okres lat osiemdziesiątych w robotniczym Glasgow i który mimo starań nie potrafi sprostać oczekiwaniom swojego otoczenia.

Jego matka, Agnes Bain, chciała od życia czegoś więcej. Marzyła o domu i o życiu na własny rachunek. Kiedy jej niewierny mąż postanawia odejść, kobieta i troje dzieci zostają uwięzieni w górniczym mieście, przetrzebionym przez reformy Margaret Thatcher. Agnes coraz częściej szuka ratunku w butelce i ostatecznie to na dzieciach spoczywa obowiązek uratowania matki. Jedno po drugim wszyscy ją opuszczają, aż zostaje tylko Shuggie.

Jej najmłodszy syn wierzy bowiem w matkę jak nikt i walczy o nią do samego końca. Sam jednak zmaga się z problemami – Agnes pragnie mu pomóc, jednakże z czasem uzależnienie przyćmiewa w jej życiu wszystko, włączając w to ukochanego syna.

Nominowana do wszystkich najważniejszych nagród literackich – w tym do National Book Award oraz Nagrody Bookera, którą zdobyła – opowieść o uzależnieniu, seksualności i miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 578

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (119 ocen)
83
25
9
2
0
Sortuj według:
Dotmagia

Nie oderwiesz się od lektury

"Boże, wbiłeś we mnie wszystkie noże!" Wyglądo na to, że Wałbrzych i Glasgow mają ze sobą coś wspólnego. Czymu? Bo tak jakoś się mnie wspomniało. W "Shuggie Bain" jest po prowdzie kapka wincy popijanio, ale w sumie dekoracjo całkiem podobno. Problymy z robotą, z chopami, a jak jeszcze dziunia se troche lubi chlapnąć, to już cołkiem sakramynckie problymy ze szyskim. Dziecioki głodne i brudne, hasioki pełne. Doma sztynks, szarpaczka od rana do nocy. Co zrobić, jak idzie ino o to, by do gloski szło czego nalać... Nie taki tyn kapitalizm słodki, jak nom tyn fachman ze chickagowskiej szkoły beroł. Komu sie w nim gira pośliznie, tymu czasem pieruńsko ciynżko ze rynsztoka wylyźć. Tak po prowdzie to rzyc potrza, że nieroz to nie wina polityki, ino człowieka, ale polityka tyż tu wiela nie pomogo. Bo co to za polityka, co godo, że jak se kto radzić nie umi, to jego łostuda. Żelazno Dama... heksa pierońsko! No, ale szlus już z tym godaniem. Książka to opis walki, choć lepiej byłoby chyba powie...
80
nera123

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciężka powieść, sytuacje i ich opisy są tak brutalnie dokładne, że średnio po każdym rozdziale musiałam robić przerwę, by dojść do siebie. Książka warta przeczytania, liczę na drugi tom, skupiający się bardziej na późniejszym życiu Shuggiego.
10
telfer

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała powieść.
10
moniafrania

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja.
10
OlivierO2

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka o bohaterskim życiu dziecka alkoholiczki.
10

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Shuggie Bain

Copyright © 2020 by Douglas Stuart

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Cieślik, 2021

 

Redaktor prowadzący • Adrian Tomczyk

Marketing i promocja • Katarzyna Kończal

Redakcja•Maria Wirchanowska

Korekta•Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny wnętrza •Mateusz Czekała

Łamanie •MELES-DESIGN

Projekt okładki •Stuart Wilson | Picador Art Department

Fotografia na okładce • Jez Coulson | Insight-Visual

Adaptacja okładki • Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej • Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66839-12-0

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej Matce, A.E.D.

 

 

 

 

 

 

1992

 

SOUTH SIDE

 

 

 

 

 

 

Jeden

 

 

 

 

 

Dzień był bez wyrazu. Tamtego ranka opuścił go umysł, zostawiwszy ciało, by błąkało się poniżej. Porzucone, obojętnie oddawało się rutynie, blade, o nieobecnym wzroku w blasku świetlówek, podczas gdy jego dusza unosiła się nad alejkami, myśląc jedynie o jutrze. Nie mógł się doczekać jutra.

Shuggie przygotowywał się do swojej zmiany metodycznie. Przelał na czyste tacki zawartość wszystkich pojemników z oleistymi dipami i pastami. Starł z ich brzegów wszelkie plamki, które szybko zrobiłyby się brązowe, burząc złudzenie świeżości. Pomysłowo ułożył plasterki szynki ozdobione sztuczną natką pietruszki, a oliwki obrócił tak, by lepki sok spływał jak śluz po ich zielonych skórkach.

Ann McGee miała czelność zadzwonić rano do roboty i powiedzieć, że jest chora, pozostawiając wyłącznie na jego głowie niewdzięczne zadanie obsługi działu z garmażerią i rożna. Kilkadziesiąt surowych kurczaków nigdy nie oznaczało dobrego początku dnia, a dziś, gdy odbierało słodycz jego snom na jawie, szczególnie.

Nabił po kolei wszystkie zimne, martwe ptaki na rożen, a potem starannie ułożył je w rządku. Tkwiły tam z pękatymi skrzydełkami skrzyżowanymi na grubych, małych piersiach jak szereg bezgłowych niemowlaków. Dawniej czerpałby dumę z tego ładu. W rzeczywistości przepchnięcie metalu przez guzkowate różowe mięso było proste; trudność sprawiało oparcie się pokusie, by to samo zrobić z klientami. Sterczeli przed nagrzaną szybą i szczegółowo analizowali każdą tuszkę. Wybierali wyłącznie najlepsze, nie zdając sobie sprawy z tego, że z powodu chowu klatkowego wszystkie są identyczne. Shuggie stał tam, przygryzając trzonowcami wnętrze policzka, i z wymuszonym uśmiechem cierpliwie znosił ich niezdecydowanie. Potem cyrk zaczynał się naprawdę.

– Dej mi tera, synek, trzy cyce, pińć udek i jedne krzidełko.

Modlił się o siłę. Dlaczego nikt już nie kupował całego kurczaka? Podnosił tuszkę kolcami do rożna, uważając, by nie dotknąć ptaka rękawicami, a następnie skrupulatnie odkrawał (nie psując skóry) wybrane części za pomocą nożyc do drobiu. Oparty o oświetlenie rusztu, czuł się w tym miejscu jak głupek. Skóra pociła mu się pod siatką na włosy, a ręce miał nie dość silne, by sprytnie podzielić kurczaka tępymi ostrzami. Lekko się garbił, żeby mięśnie pleców odciążyły jego nadgarstki, i przez cały czas się uśmiechał.

Jeśli miał wielkiego pecha, szczypce mu się wyślizgiwały, kurczak spadał z głuchym łomotem i sunął po zasyfionej podłodze. Trzeba było udawać skruchę i zaczynać od nowa, ale nigdy nie marnował uwalanego ptaka. Kiedy kobiety się odwracały, umieszczał go z powrotem obok pobratymców pod gorącym, żółtym oświetleniem. Jak najbardziej wierzył w higienę, ale te małe osobiste triumfy powstrzymywały go przed buntem. Większość krytycznych gospodyń domowych o męskich obliczach, które robiły tu zakupy, na to zasługiwała. Patrzyły na niego z góry tak, że jego szyja pokrywała się jasną czerwienią. W szczególnie kiepskie dni dodawał do taramosalaty wszelkiego rodzaju płynów ustrojowych. Sprzedawał nieprawdopodobne ilości tego burżujskiego gówna.

Pracował u Kilfeathera od ponad roku. W żadnym razie nie miało to trwać tak długo. Po prostu musiał jeść i co tydzień zapłacić za kwaterę, a tylko w supermarkecie by go przyjęli. Pan Kilfeather był skąpym sukinsynem; chętnie zatrudniał każdego, komu nie musiał płacić pełnej stawki, Shuggie zaś mógł brać krótkie zmiany, które wpasowywał pomiędzy swoje nieregularne obecności w szkole. W marzeniach planował ruszyć naprzód. Od zawsze uwielbiał szczotkować włosy i się nimi bawić; tylko to sprawiało, że czas naprawdę leciał. Gdy skończył szesnaście lat, obiecał sobie, że pójdzie do liceum fryzjerskiego, które znajdowało się na południe od rzeki Clyde. Zebrał wszystkie swoje inspiracje, szkice, które kopiował z katalogu Littlewoods, i strony wydarte z niedzielnych magazynów. Pojechał do Cardonald, by zorientować się w kwestii wieczornych zajęć. Na przystanku autobusowym przed szkołą natknął się na grupkę osiemnastolatków. Mieli na sobie najnowsze, najmodniejsze ciuchy i rozmawiali z ożywioną pewnością siebie, która maskowała ich zdenerwowanie. Shuggie szedł dwa razy wolniej niż oni. Patrzył, jak wchodzą przez główne wejście, a następnie przeszedł na drugą stronę ulicy, by złapać autobus zmierzający w powrotnym kierunku. Tydzień później zaczął pracować u Kilfeathera.

Shuggie zabił większość przerwy śniadaniowej, uważnie analizując wybrakowane konserwy w koszach z przecenionymi produktami. Znalazł trzy małe puszki szkockiego łososia, które były ledwie uszkodzone – miały podarte i poplamione etykiety, ale poza tym były nietknięte. Wydał ostatnie grosze tygodniówki na niewielkie zakupy. Konserwy włożył do staromodnej torby, którą ponownie zamknął w swojej szafce. Potem wspiął się po schodach do stołówki pracowniczej, próbując wyglądać nonszalancko, gdy mijał stolik studentów z uniwersytetu, którzy obsługiwali łatwe letnie zmiany i podczas przerw z tymi swoimi grubymi plikami notatek sprawiali wrażenie ważnych. Utkwił spojrzenie nieco w oddali i usiadł w rogu –nie z dziewczynami z kas, lecz blisko nich.

W rzeczywistości owe dziewczyny były trzema glasgowkami w średnim wieku. Ena, przywódczyni, była patykowatą kobietą o kamiennej twarzy i przetłuszczających się włosach. Praktycznie nie miała brwi, za to sypał jej się lekki wąsik, co wydawało się Shuggiemu nie w porządku. Ena uchodziła za obcesową, nawet jak na ten zakątek Glasgow, ale była też miła i wielkoduszna na sposób właściwy ludziom doświadczonym życiem. Nora, najmłodsza z tej trójki, nosiła włosy ciasno związane gumką, jej oczy, podobnie jak Eny, były małe i czujne; w wieku trzydziestu trzech lat miała już piątkę dzieci. Ostatnia z tej grupki, Jackie, różniła się od tamtych dwóch tym, że zdecydowanie przypominała kobietę. Była hałaśliwą plotkarą, wielką, piersiastą babą. To właśnie ją Shuggie lubił najbardziej.

Siedział blisko nich i załapał się na końcówkę epopei o ostatnim facecie Jackie. Zawsze gwarantowały kawał dobrodusznej paplaniny. Już dwa razy zabrały go na swoje wieczorki z bingo, a gdy piły i ryczały ze śmiechu, siedział z nimi jak nastolatek, któremu nie można zaufać na tyle, by zostawić go samego w domu. Podobała mu się swoboda, z jaką siedzą razem, jak ich ciała otaczają go, wciskając się miękko w jego boki. Podobało mu się, jak się nad nim trzęsą i mimo jego protestów odgarniają mu włosy znad oczu i ślinią kciuki, by wytrzeć mu kąciki ust. Z ich punktu widzenia Shuggie oferował pewną formę męskiej uwagi i nie liczyło się, że miał dopiero szesnaście lat i trzy miesiące. Przynajmniej raz każda z nich próbowała otrzeć się o jego kutasa pod stolikiem do bingo w La Scali. Ruchy te były zbyt długie, zbyt badawcze, by można je uznać za przypadkowe. Dla bezbrewej Eny stało się to niemalże krucjatą. Im więcej piła, tym robiła się bezczelniejsza. Za każdym muśnięciem knykciami, które zdobiły pierścionki, ściskała zębami gruby język, a wzrokiem wypalała mu dziurę w policzku. Gdy Shuggie zapłonął w końcu wstydem, mlasnęła z dezaprobatą, a Jackie przesunęła po blacie dwufuntowy banknot w stronę rozpromienionej, zwycięskiej Nory. Jasne, były trochę rozczarowane, ale gdy wypiły jeszcze więcej, już nie czuły się całkiem odrzucone. Coś z tym chłopakiem było nie tak, a to przynajmniej budziło ich współczucie.

 

Shuggie siedział w ciemności, słuchając nierównomiernego chrapania zza ścian. Starał się, lecz nie potrafił nie zwracać uwagi na samotnych mężczyzn, którzy nie mieli nikogo bliskiego. Poranny chłód sprawił, że jego nagie uda zrobiły się sine, więc Shuggie owinął się ręcznikiem, by się ogrzać, i nerwowo przygryzał kącik ust, uspokajając się tym ciamkaniem. Umieścił ostatnią wypłatę z supermarketu na brzegu stolika. Ułożył monety: najpierw według wartości, a potem według ich stanu i połysku.

Mężczyzna o różowej twarzy z pokoju obok ze skrzypieniem obudził się do życia. Podrapał się głośno, leżąc w swym wąskim łóżku, i wzdychając, pomodlił się o wolę, by wstać. Jego stopy grzmotnęły o podłogę jak torby z mięsem od rzeźnika. Zdawało się, że dobrnięcie do drzwi maleńkiego pokoiku sprawia mu trudność. Pogmerał przy dobrze sobie znanym zamku i wyszedł na wiecznie ciemny korytarz, poruszając się na ślepo; jego ręka sunęła wzdłuż ściany i zatrzymała się na drzwiach Shuggiego. Chłopak wstrzymał oddech, gdy palce przebiegały po koralikach zasłony. Dopiero gdy usłyszał cyk, cyk sznureczka od włącznika światła w łazience, znów się poruszył. Stary, jak każdego ranka, zaczął kasłać i odkrztuszać flegmę. Shuggie starał się nie słuchać, jak szcza i spluwa przy tym do kibla.

Poranne światło miało kolor cienkiej bawarki. Zakradło się do wynajmowanego pokoju jak przebiegły duszek, przecinając dywan i powoli wdrapując się po gołych nogach chłopaka. Shuggie zamknął oczy i starał się poczuć, jak światło na niego wpełza, ale jego dotyk pozbawiony był ciepła. Czekał, aż wydało mu się, że może go już okrywać w całości, a potem uniósł powieki.

Jak zawsze jego spojrzenie odwzajemniło sto par namalowanych oczu, co do jednej zrozpaczonych albo samotnych. Porcelanowe baleriny ze szczeniaczkami, młoda Hiszpanka z roztańczonymi marynarzami, rumiany wiejski chłopak ciągnący leniwego konia rasy shire. Shuggie starannie ustawił figurki na parapecie pod oknem wykuszowym. Godzinami wymyślał ich historie. Barczystego kowala w towarzystwie młodziutkich chórzystów o anielskich obliczach albo jego ulubieńców: bodaj siedmiu ogromnych uśmiechniętych kociątek, które prześladują zgnuśniałego pasterza.

Przynajmniej sprawiały, że to miejsce wyglądało trochę weselej. Pokój był wyższy niż dłuższy, a pojedyncze łóżko sterczało na środku jak przegroda. Po jednej stronie stała staromodna drewniana dwuosobowa kozetka z cieniutkimi poduszkami, które sprawiały, że listwy oparcia zawsze wbijały się w plecy. Po drugiej niewielka lodówka i dwupalnikowa kuchenka. Oprócz wymiętej pościeli wszystko było na swoim miejscu: ani śladu kurzu, wczorajszych ubrań, oznak życia. Shuggie próbował się uspokoić, gładząc pościel nie do kompletu. Myślał o tym, jak bardzo nie podobałaby się jego matce; te dziwne kolory i wzory, warstwa na warstwie, jakby nie obchodziło go, co ludzie pomyślą. Ten bałagan zraniłby jej dumę. Kiedyś oszczędzi trochę i kupi nową, własną pościel. Miękką, ciepłą i w jednym kolorze.

Miał szczęście, że dostał ten pokój w pensjonacie pani Bakhsh. Miał szczęście, że staruszek, który mieszkał tu wcześniej, tak bardzo lubił sobie wypić, że go zamknęli. Ogromny wykusz wystawał dumnie na Albert Drive i Shuggie sądził, że jego pokój musiał być niegdyś salonem całkiem sporego, trzypokojowego mieszkania. Zaglądał do innych pomieszczeń w domu. W kuchence, z której pani Bakhsh zrobiła sypialnię, podłoga nadal wyłożona była starym linoleum w szachownicę, a w pozostałych trzech bardziej kwadratowatych pokojach nadal leżały przetarte dywany. Mężczyzna o różowej twarzy mieszkał w czymś, co dawniej musiało być pokojem dziecinnym, nadal bowiem zdobiła go tapeta w żółte kwiaty z bordiurą w roześmiane króliki. Łóżko, sofa i kuchenka ustawione były obok siebie pod jedną ścianą. Shuggie widział raz tamten pokój przez szparę w uchylonych drzwiach i cieszył się ze swego okazałego wykuszu.

Miał szczęście, że trafił na Pakistańczyków. Nikt inny nie chciał wynająć pokoju piętnastolatkowi, który udawał, że właśnie skończył szesnaście lat. Inni właściciele nie mówili tego wprost, ale zadawali zbyt wiele pytań. Podejrzliwie mierzyli wzrokiem jego najlepszą koszulę do szkoły i wypastowane buty. „Nie powinno tak być” – mówił ich wzrok. Kąciki ust zdradzały oburzenie, że chłopak w tym wieku nie ma mamy ani żadnych bliskich.

Pani Bakhsh się tym nie interesowała. Spojrzała tylko na jego szkolny plecak i wzięła czynsz za miesiąc z góry, a potem wróciła do zamartwiania się o to, jak wyżywić własne szkraby. Pierwszą kopertę z czynszem Shuggie ozdobił specjalnie dla niej długopisowym wzorkiem paisley. Chciał jej pokazać, że stara się być dobry, że jest na tyle solidny, by włożyć w to dodatkowy wysiłek. Wyrwał kartkę z zeszytu do geografii i okrasił zawijasami, obramowując nimi jej nazwisko, a następnie pokolorował przestrzeń między liniami, tak że pawie kształty odcinały się od tła w swej kobaltowej okazałości.

Właścicielka mieszkała naprzeciwko w identycznym mieszkaniu w czynszówce, tyle że w pełni umeblowanym i z centralnym ogrzewaniem. W drugim, zimnym, trzymała pięciu mężczyzn w pięciu pokojach za osiemnaście funtów i pięćdziesiąt pensów tygodniowo od osoby, wyłącznie gotówką. Dwaj z nich, których czynszu nie pokrywała opieka społeczna, musieli wsuwać pieniądze pod jej drzwi w piątkowy wieczór, nim ruszyli przepić resztę pensji. Klękali na wycieraczce, ociągając się chwilę, by chłonąć promieniujące z wnętrza zadowolenie: woń drobiu z kipiących garnków, radosne odgłosy dzieci spierających się o to, jaki kanał włączyć, i wybuchy śmiechu grubych kobiet, które rzucały obce słowa nad kuchennym stołem.

Właścicielka nigdy nie naprzykrzała się Shuggiemu. Nigdy nie postawiła nogi w jego pokoju, chyba że spóźnił się z czynszem. W takiej sytuacji przychodziła z innymi Pakistankami o tęgich ramionach i głośno pukała do drzwi. Zwykle zjawiała się tylko po to, by odkurzyć pozbawiony okien korytarz albo wytrzeć podłogę wokół wanny. Raz w miesiącu wpuszczała wybielacz do muszli klozetowej, a od czasu do czasu układała wokół niej nowy kawałek dywanika, by chłonął szczyny.

Shuggie przysunął twarz do drzwi, nasłuchując, aż mężczyzna o różowym obliczu skończy ablucje. W ciszy usłyszał, jak tamten odryglowuje łazienkowe drzwi i wychodzi na korytarz. Wsunął nogi w stare szkolne buty. Narzucił na siebie szeleszczącą nylonową parkę z futrzanym kapturem, pod spodem miał tylko majtki. Zapiął ją pod szyję, a w obszernych kieszeniach upchnął torbę na zakupy z supermarketu i dwie cienkie ścierki kuchenne.

Szparę pod drzwiami zasłaniał szkolny sweter. Gdy Shuggie go stamtąd wyciągnął, zimny podmuch wniósł ze sobą zapachy pozostałych lokatorów. Jeden z nich znów palił w nocy, inny jadł rybę na kolację. Shuggie otworzył drzwi i wyślizgnął się w ciemność.

Pani Bakhsh wykręciła jedyną żarówkę z lampy sufitowej, mówiąc, że to kosztuje spore pieniądze, bo nikt jej nie gasi. Teraz zapach mężczyzn wisiał w korytarzu jak smuga pozostawiona przez duchy i nie rozpraszał go żaden powiew ani światło. Lata palenia tam, gdzie się śpi, jedzenia smażeniny na kolację przy piecykach gazowych, spędzania letnich dni przy zamkniętych oknach. Zatęchły smród potu i spermy mieszał się z ciepłem bijącym z czarno-białych telewizorów i gryzącym zapachem bursztynowego płynu po goleniu.

Shuggie powoli zaczynał odróżniać lokatorów. Mógł śledzić w mroku mężczyznę o różowej twarzy, gdy ten wstaje, by się ogolić i wczesać pomadę we włosy, mógł poznać zatęchły płaszcz mężczyzny z żółtymi zębami, który jadł tylko coś, co pachniało jak maślany popcorn albo ryba w sosie śmietanowym. Później, gdy zbliżała się godzina zamknięcia pubów, był w stanie wyłapać bezpieczny powrót każdego z nich do mieszkania.

Drzwi wspólnej łazienki były ze szkła ornamentowego. Zamknął je i przez chwilę pociągał za klamkę, by sprawdzić, czy zasuwa dobrze złapała. Rozpiął ciężką parkę i położył ją w rogu. Odkręcił kran z ciepłą wodą, by ją sprawdzić – poleciała resztka letniej, a potem dwa razy prychnęła i popłynęła zimniejsza niż w rzece Clyde. Lodowaty wstrząs sprawił, że Shuggie włożył palce do ust. Wyjął z kieszeni pięćdziesięciopensówkę, poobracał ją ze smutkiem w palcach, wsunął do piecyka i patrzył, jak bucha niewielki płomień.

Gdy znów odkręcił kran, poleciała lodowata woda, by chwilę później – po odkaszlnięciu – ustąpić strumieniowi wrzątku. Shuggie namoczył wilgotną ścierkę kuchenną i przejechał nią po zimnej klatce piersiowej i szyi, ciesząc się jej parującym gorącem. Zanurzył twarz i głowę w nieczęstym cieple, stał tak i marzył o napełnieniu wanny po brzegi. Myślał o zanurzeniu się w gorącej wodzie z dala od zapachów innych lokatorów. Minęło sporo czasu, od kiedy ostatni raz czuł, że zupełnie odtajał, że cały jest rozgrzany.

Podniósł ramię, przejechał ścierką od nadgarstka do barku. Naprężył mięśnie i powiódł palcami wokół bicepsu. Gdyby naprawdę się postarał, mógłby niemal objąć go dłonią, a gdyby mocno ścisnął, poczułby kości. Pachę miał posypaną meszkiem przypominającym upierzenie kaczątka. Przybliżył do niej nos, pachniała słodyczą i czystością, i zupełnie niczym. Uszczypnął się tam i złapał, ściskając delikatne ciało, dopóki nie zaczerwieniło się z bezradności. Szorując się teraz mocniej, powtarzał półgłosem: „Tabela szkockiej Premier League. Rangers: 22 zwycięstwa, 14 remisów, 8 porażek, 58 punktów. Aberdeen: 17 zwycięstw, 21 remisów, 6 porażek, 55 punktów. Motherwell: 14 zwycięstw, 12 remisów, 10 porażek”.

W lustrze jego mokre włosy były czarne jak węgiel. Sczesał je nad twarz, z zaskoczeniem odkrywając, że sięgają niemal szczęki. Przyglądał się, próbując znaleźć coś męskiego, co byłoby w nim godne podziwu: czarne loki, mleczna cera, wysoko osadzone kości policzkowe. Złapał odbicie swych oczu w lustrze. Nie powinno tak być. Nie tak wyglądali prawdziwi chłopcy. Znów zaczął się szorować. „Rangers: 22 zwycięstwa, 14 remisów, 8 porażek, 58 punktów. Aberdeen: 17 zwycięstw, 21 remisów…”.

Na korytarzu rozległy się kroki, znajome skrzypienie ciężkich skórzanych butów, a potem nic. Cienkie drzwi uporczywie napierały na zasuwę. Shuggie sięgnął po parkę i wsunął w nią mokre ciało.

Kiedy wprowadził się do pokoju u pani Bakhsh, tylko jeden z lokatorów tak naprawdę zwrócił na to uwagę. Mężczyzna o różowej twarzy i ten z żółtymi zębami byli zbyt ślepi albo zbyt urżnięci, żeby ich to obchodziło. Ale gdy tego pierwszego wieczoru Shuggie siedział na łóżku, jedząc posmarowaną masłem piętkę białego chleba, rozległo się pukanie do drzwi. Przez dłuższy czas chłopak trwał w bezruchu, aż w końcu zdecydował się otworzyć. Stojący za progiem mężczyzna był wysoki, dobrze zbudowany i pachniał mydłem sosnowym. W ręku trzymał reklamówkę z dwunastoma puszkami piwa, które pobrzękiwały jak stłumione dzwony w kaplicy. Przedstawił się jako Joseph Darling, ściskając mu mocno dłoń, i z uśmiechem wyciągnął przed siebie reklamówkę. Shuggie próbował powiedzieć „nie, dziękuję” w uprzejmy sposób, jakiego został nauczony, ale coś go w tym mężczyźnie przestraszyło, więc go wpuścił.

Siedzieli w milczeniu, Shuggie i jego gość, przycupnięci na skraju schludnego pojedynczego łóżka, i wyglądali na ulicę pełną czynszówek. Protestanckie rodziny jadły kolację przed telewizorami, a sprzątaczka, która mieszkała naprzeciwko, posilała się samotnie przy stoliku z opuszczanym blatem. Pili bez słów i patrzyli, jak inni zajmują się swymi zwykłymi sprawami. Pan Darling nie zdjął grubego tweedowego płaszcza. Pod ciężarem mężczyzny na łóżku Shuggie osunął się w jego stronę. Kątem oka obserwował, jak żółte czubki grubych palców pana Darlinga nerwowo wbijają się w siebie nawzajem. Z uprzejmości wypił łyk lagera i gdy mężczyzna odezwał się do niego, był w stanie myśleć tylko o smaku ale’a z puszki, o tym, jak bardzo jest cierpki i przykry. Przypominał mu o rzeczach, o których wolałby zapomnieć.

Pan Darling miał przemyślany, dość zamknięty sposób bycia. Shuggie robił, co w jego mocy, by zachowywać się uprzejmie i słuchać, gdy mężczyzna opowiadał mu, jak był woźnym w protestanckiej szkole, którą zamknęli i połączyli ze szkołą katolicką, by oszczędzić miejskie fundusze. Mówił to tak, jakby wydawał się bardziej zaskoczony tym, że dzieciaki protestantów mogą latać sobie spokojnie razem z katolikami, niż utratą pracy.

– Za nic w to nie wierzę! – powiedział bardziej do siebie. – Za moich czasów religia coś o człowieku mówiła. Szłeś bez szkołę i musiałeś rozpychać się łokciami, bo pełno tam było żrących kapuchę katolskich sukinkotów. To był powód do dumy. A dzisiej każda dobra lala prześpi się z byle zawszonym Irolem ot tak, jakby dała psowi.

Shuggie udał, że pociąga nieduży łyk, ale tylko pozwolił piwu zawirować między zębami i ściec z powrotem do puszki. Oczy pana Darlinga szukały jakiegoś znaku na ścianie. Potem mężczyzna zerknął ukradkiem na chłopaka i nagle niepewny swej publiczności spytał:

– No to do jakiej żeś chodził szkoły?

Shuggie wiedział, o co mu chodzi.

– Tak właściwie ani do jednej, ani do drugiej, a poza tym dalej chodzę.

Była to prawda, nie należał do katolików ani protestantów i nadal uczęszczał do szkoły, kiedy mógł sobie na to pozwolić.

– Ta? To z czegoś jest najlepszy?

Shuggie wzruszył ramionami. Nie przez skromność, po prostu z niczego nie był dobry. Jeśli w ogóle chodził na lekcje, to w kratkę, przez co trudno mu było nadążać za tym, czego uczono. Przeważnie siadał cicho z tyłu, żeby komisja edukacyjna nie ścigała go za wagary. Gdyby w szkole wiedzieli, jak żyje, byliby zmuszeni coś z tym zrobić.

Mężczyzna skończył drugą puszkę i szybko zabrał się do trzeciej. Shuggie czuł, że palec pana Darlinga parzy go w bok nogi. Mężczyzna położył rękę na materacu, jego mały palec z sygnetem ze złotym suwerenem ledwie dotykał chłopaka. Nie ruszał się ani nie wiercił. Po prostu tam leżał, a przez to parzył jeszcze bardziej.

Teraz Shuggie stał w wilgotnej łazience, trzymając parkę blisko przy ciele. Pan Darling pociągnął za skraj tweedowego kaszkietu w staromodnym pozdrowieniu.

– Tak żem właśnie zapukał, coby sprawdzić, czyś dzisiej na miejscu.

– Dziś? Nie wiem. Muszę zrobić jakieś zakupy.

Twarz pana Darlinga przecięła chmura rozczarowania.

– Kiepski dzień po temu.

– Wiem. Ale umówiłem się z kolegą.

Pan Darling cmoknął językiem o swe wielkie białe zęby. Był tak wysoki, że nadal nie wyprostował się do końca. Shuggie mógł sobie wyobrazić, jak jego długi cień przerażał pokolenia protestanckich szkrabów ustawionych w szeregu. Dostrzegł teraz, że pan Darling ma zaczerwienioną twarz, a na skraj brwi wystąpił mu już pijacki pot. Był pewien, że wcześniej mężczyzna stał pochylony nad dziurką od klucza.

– Szkoda. Szłem se właśnie po zasiłek, potem może zajrzę do Brewers Arms i jeszcze może jaki kuponik wypełnię. Ale se pomyślałem, że późnij mogliby my co chlapnąć, na wyniki w pudle popaczyć? Bych cię co poduczył o brytolskich ligach? – Mężczyzna spojrzał na niego z góry, wpychając język w trzonowce.

Gdyby Shuggie dobrze to rozegrał, mógłby liczyć u niego na kilka funtów. Ale za długo trwałoby czekanie, aż pan Darling odbierze zasiłek, aż dolezie z poczty do punktu przyjmowania zakładów i do monopolu, a wreszcie do domu, o ile oczywiście w ogóle do domu trafi. Shuggie nie mógł tyle czekać.

Puścił w końcu parkę, a pan Darling udawał, że nie gapi się między rozchylone poły. Nie był jednak w stanie się powstrzymać, Shuggie zaś patrzył, jak szare światło zanurza się w jego zielonych oczach. Czuł, jak przepala mu bladą klatkę piersiową, gdy spojrzenie mężczyzny ześlizgnęło się w dół od luźnej bielizny ku gołym nogom, niewyróżniającym się, białym i nieowłosionym, które zwisały jak nieodcięte nitki u dołu czarnego płaszcza.

Dopiero wtedy pan Darling się uśmiechnął.

 

 

 

 

 

 

1981

 

SIGHTHILL

 

 

 

 

 

 

Dwa

 

 

 

 

 

Agnes Bain wbiła palce u nóg w dywan i wychyliła się w wieczorne powietrze tak daleko, jak mogła. Wilgotny wiatr pocałował jej zarumienioną szyję i zjechał pod sukienkę. Przypominał dłoń nieznajomego, znak życia, wspomnienie o nim. Pstryknęła papierosa, obserwując jego upadek, dogasający żar, który przetańczył szesnaście pięter ku ziemi na ciemnym podwórku. Chciała pokazać miastu tę aksamitną sukienkę w kolorze czerwonego wina. Chciała zobaczyć błysk zazdrości w oczach obcych ludzi, tańczyć z mężczyznami, którzy trzymaliby ją przy sobie z dumą. Przede wszystkim jednak chciała się porządnie napić, trochę pożyć.

Rozciągnąwszy łydki, oparła się kością biodrową o framugę okna i pozbyła się balastu palców u nóg. Jej ciało przechyliło się ku bursztynowym światłom miasta, a policzki nabiegły krwią. Wyciągnęła ręce w stronę świateł i przez krótką chwilę latała.

Nikt nie dostrzegł szybującej kobiety.

Myślała o tym, żeby przechylić się bardziej, prowokowała się do tego. Jakże łatwo byłoby wmawiać sobie, że lata, aż do chwili, gdy stałoby się to już tylko upadkiem i roztrzaskałaby się na betonie. Napierało na nią mieszkanie w wysokościowcu, które nadal dzieliła z matką i ojcem. W pokoju za jej plecami wszystko wydawało się tak małe, tak nisko zawieszone i duszące; życie na krechę od dnia powszedniego do święta, bez czegokolwiek, co wydawałoby się twoją własnością.

To, że miała trzydzieści dziewięć lat, męża i trójkę dzieci, w tym dwoje prawie odchowanych, i tłoczyła się z nimi wszystkimi w mieszkaniu matki, smakowało porażką. On, jej mężczyzna, który teraz, gdy dzielił z nią łoże, wydawał się leżeć na samym jego skraju, sprawiał, że złościła się na wyrzucone do śmieci obietnice czegoś lepszego. Agnes chciała to wszystko zeskrobać, jakby to była odłażąca tapeta. Wsadzić pod nią paznokieć i zedrzeć ją całą.

Ze zwieszonymi ramionami opadła na podłogę dusznego pokoju i znów poczuła pod nogami bezpieczeństwo maminego dywanu. Pozostałe kobiety nie podniosły wzroku. Ze złością przejechała igłą po płycie gramofonowej. Szarpnęła za grzywkę i mocno podgłośniła.

– No już, proszę, tylko jeden malutki.

– Tss, nie tera – prychnęła Nan Flannigan. W rozgorączkowaniu układała srebrne i miedziane monety w staranne stosiki. – Zara was wszystkie na ulice zagonię.

Reeny Sweeny przewróciła oczami, trzymając karty przy sobie.

– Świństwa ci tyko w głowie!

– No, nie mów, że nie ostrzegałam. – Nan odgryzła czubek panierowanej ryby i oblizała tłuszcz z ust. – Jak już ogram was w te karty ze wszystkich piniędzy na życie, będziecie musiały iść do domu i dupczyć te kurze ogryzki, co macie za mężów, żeby znowu co dostać.

– Mowy nie ma! – Reeny niedbale zrobiła znak krzyża. – Od wielkiego postu mam nogi skrzyżowane i nie zamierzam dać mu się do niej dobrać do następnych świąt. – Wepchnęła sobie grubą złotą frytkę do ust. – Raz żem go tak długo przetrzymała, aż dostałam nowy kolorowy telewizor do sypialni.

Kobiety jazgotały, nie przerywając gry. W pokoju od ulicy było upalnie i parno. Agnes obserwowała swoją matkę, małą Lizzie, która uważnie analizowała karty, mając po jednej stronie cielsko Nan Flannigan, a po drugiej Reeny Sweeny. Siedziały udo w udo, wsuwając resztki ryby i frytek. Przesuwały monety i składały karty zatłuszczonymi palcami. Ann Marie Easton, najmłodsza z nich, koncentrowała się na zwijaniu nędznie wyglądających papierosów z tytoniu leżącego luzem na jej spódnicy. Kobiety wysypały swoje pieniądze na domowe wydatki na niski stolik i stawiały raz za razem po pięć, dziesięć pensów.

Agnes to nudziło. Zanim nastały czasy rozciąganych kardiganów i kościstych mężów, zabierała je wszystkie na tańce. Jako nastolatki trzymały się razem jak perły w sznurze i śpiewały na cały głos na Sauchiehall Street. Były niepełnoletnie, ale Agnes, pewna siebie nawet w wieku piętnastu lat, wiedziała, że wprowadzi je do klubu. Bramkarz zawsze ją dostrzegł, rozpromienioną, na końcu kolejki i przywoływał skinieniem, a ona ciągnęła za sobą dziewczyny jak więźniów skutych łańcuchem. Przywierały do paska jej płaszcza i mamrotały coś w proteście, ale Agnes po prostu rzucała bramkarzowi swój najlepszy uśmiech, ten, który przeznaczała dla mężczyzn i który ukrywała przed matką. W tamtych czasach uwielbiała chwalić się swym uśmiechem. Zęby miała po rodzinie ze strony ojca; zęby Campbellów zawsze były kiepskie, stając się przyczyną wyrazu skromności na ładnych poza tym twarzach. Jej własne stałe okazały się małe i krzywe i nawet gdy były nowe, nie lśniły bielą z powodu palenia i mocnej maminej herbaty. W wieku piętnastu lat Agnes ubłagała Lizzie, żeby je wszystkie usunąć. Dyskomfort związany ze sztucznymi zębami był niczym w porównaniu z uśmiechem gwiazdy filmowej, który miała uzyskać. Każdy nowy ząb był szeroki, równy i tak prosty jak u Elizabeth Taylor.

Agnes cmoknęła językiem o swą porcelanę. Teraz były tutaj, w każdy piątkowy wieczór, te same kobiety grające w karty w pokoju od ulicy u jej mamy. Żadna z nich nie nałożyła choćby kapki makijażu. Żadna nie miała właściwie serca, by wciąż śpiewać.

Obserwowała, jak walczą o kilka funtów w drobniakach, i westchnęła znudzona. Piątkowe karty były jedyną rzeczą, na którą czekały przez cały tydzień. Miała to być chwila wytchnienia od prasowania przed telewizorem i gotowania puszek fasolki niewdzięcznym pętakom. Stara Nan zwykle wracała do domu z wygraną ze wspólnej puli, z wyjątkiem tych przypadków, gdy Lizzie dopisywało szczęście i dostawała za to po twarzy. Stara Nan nie mogła się powstrzymać. Robiła się nerwowa, gdy w grę wchodziły pieniądze, i nie lubiła ich tracić. Agnes widziała, jak jej matka kończy z podbitym okiem z powodu dziesięciu szylingów.

– Ej ty! – krzyczała Nan do Agnes, pochłoniętej własnym odbiciem w oknie. – Rżniesz nas, kurde!

Agnes przewróciła oczami i pociągnęła duży łyk ciemnego piwa. Był to zbyt wolny środek transportu do miejsca, w którym chciała się znaleźć. Spłukała przełyk piwem, żałując, że to nie wódka.

– Dej jej spokój – powiedziała Lizzie. Znała to nieobecne spojrzenie.

Nan przeniosła wzrok z powrotem na karty.

– Mogła żem się domyślić, żeście we dwie we zmowie. Łajzy złodziejskie jedna z drugą!

– W życiu nic nie ukradłam! – powiedziała Lizzie.

– Cyganiara! Widziała żem cię na koniec zmiany. Grudkowata jak owsianka, cinżka jak owies! Napychała se do szpitalnego fartucha papieru toaletowego i mydła w butlach, ile się dało.

– Wiesz, ile te barachło kosztuje? – spytała Lizzie z oburzeniem.

– Jasne, że tak – prychnęła Nan. – Bo po prawdzie to płacę za swoje.

Agnes dryfowała po pokoju, bo nie była w stanie usiedzieć. Teraz niemal przewróciła stolik karciany, niosąc naręcze reklamówek.

– Kupiłam wam po drobiazgu – powiedziała.

Nan zwykle nie pozwoliłaby na przerwę w grze, ale prezent był za darmo, a czegoś takiego nie mogła odpuścić. Wsunęła karty w bezpieczne miejsce za dekolt. Reklamówki poszły w obieg i każda z kobiet wyciągnęła po pudełeczku. Przez chwilę siedziały w milczeniu, przyglądając się obrazkowi na opakowaniu.

Pierwsza odezwała się Lizzie, lekko urażona:

– Cyckonosz? Co mnie po jakim cyckonoszu?

– To nie żaden pierwszy lepszy cyckonosz. To jeden z tych z wysokim mostkiem. Robi cuda dla figury.

– Przymierz, Lizzie! – powiedziała Reeny. – Stary Wullie rzuci się na ciebie jak we święto Glasgow!

Ann Marie wyjęła stanik z pudełka, był ewidentnie za mały.

– To nie mój rozmiar!

– No, bo zgadywałam. Mam kilka zapasowych, więc bądź tak dobra i sprawdź je wszystkie.

Agnes zaczęła już rozpinać sukienkę z tyłu. Alabaster jej ramion porażał na tle bordowego aksamitu. Rozpięła stary biustonosz i jej porcelanowe piersi się wyślizgnęły; szybko włożyła nowy, piersi podniosły się o kilka centymetrów. Pochyliła się i obróciła, by mogły jej się przyjrzeć.

– Facet miał ich w ciężarówce przy Paddy’s Market. Sprzedawał po pięć za dwajścia funtów. Jakieś czary, nie?

Ann Marie wyszperała swój rozmiar. Była wstydliwsza od Agnes, więc gdy zdejmowała sweter i swój stary biustonosz, obróciła się do nich plecami. Ciężar cycków zostawił na jej ramionach czerwone pręgi od ramiączek. Niebawem wszystkie kobiety poza Lizzie rozpięły sukienki albo służbowe kombinezony i siedziały teraz w swych nowych stanikach. Lizzie skrzyżowała ręce na piersi. Pozostałe, niemalnagie od pasa w górę, przebiegały dłońmi po satynowych ramiączkach, przyglądały się swoim cyckom i mruczały z uznaniem.

– Może to i najwygodniejsza rzecz, którom w życiu nosiłam – przyznała Nan.

Stanik miał za luźny pas i robił, co mógł, żeby dźwignąć jej ogromne piersi z półki jej brzucha.

– No, i  t o są cycki, co pamiętam z czasów, gdy byłyśmy panienkami – stwierdziła z aprobatą Agnes.

– Dobry Boże, gdyby my wtedy wiedziały to co tera, nie? – powiedziała Reeny. – Zara bym dała pobawić się każdemu skurczybykowi, co se chciał pomacać.

Nan lubieżnie zwinęła język.

– Gówno prawda! Nigdy żeś zresztą nie była z tych, co bronią się rękami i nogami. – Nan paliła się do tego, by wrócić do gry, i znów przesuwała monety po stoliku. – Dobra, może przestaniemy się tak gapić na siebie jak zgraja gupich pip.

Pozbierała karty i zaczęła tasować. Kobiety nadal się nie ubrały.

Lizzie próbowała rozerwać celofan nowej paczki papierosów. Pozostałe spoglądały na nią wilkiem, mając dość palenia skręcanych papierosów i zbierania tytoniu z czubka języka.

– Myślałam, że każda jara swoje – skrzywiła się Lizzie.

Ale to było jak jedzenie golonki na oczach sfory bezpańskich psów; nie dałyby jej spokoju. Niechętnie puściła w obieg nową paczkę i wszystkie zapaliły, ciesząc się luksusem wyprodukowanych fabrycznie papierosów. Nan, w biustonoszu, rozsiadła się wygodnie i zamknąwszy oczy, zatrzymała dym głęboko w płucach. Powietrze w pokoju znów zrobiło się gorące i stęchłe, a dym wirował i tańczył z wzorzystą tapetą.

Od czasu do czasu przez okno na szesnastym piętrze wpadał podmuch świeżości, tak przenikliwej, że aż mrużyły oczy. Lizzie piła swoją zimną czarną herbatę i obserwowała, jak humory kobiet spowija coraz większy mrok. Świeże powietrze zawsze tak działa na pijanych. Atmosfera pełna lekkości i plotek opuszczała pokój i zastępowało ją coś bardziej lepkiego i gęstego.

Pojawił się nowy głos:

– Mama, on nie chce spać!

W drzwiach do salonu stała Catherine z wyrazem irytacji na twarzy. Na biodrze trzymała braciszka. Shuggie robił się za duży, by go tak nosić, ale przywarł do niej kurczowo i było jasne, jak bardzo uwielbia tę kościstą wygodę.

Catherine, szukająca z kwaśną miną współczucia, szczypała chłopca w nadgarstki, próbując go od siebie odkleić.

– Proszę. Nie dam już z nim rady.

Chłopiec pobiegł do matki i Agnes pochwyciła go w ramiona. Gdy zakręciła nim, wreszcie zadowolona, że ma z kim tańczyć, jego nylonowa piżama zatrzeszczała.

Catherine nie zważała na to, że znajome jej matki siedzą półnagie w nowych stanikach. Przeszukała resztki kolacji. Najbardziej lubiła najmniejsze brązowe frytki, poskręcane obierki, które spędziły za dużo czasu w gorącym tłuszczu i zrobiły się chrupiące.

Lizzie pogładziła biodro Catherine. Wszystko w jej wnuczce wydawało się wychudzone, w jakiś sposób niekobiece. W wieku siedemnastu lat Catherine miała długie nogi i wyglądała chłopięco, z prościutkimi włosami do pasa i bez żadnych krągłości. Obcisłe spódnice niczego nie podkreślały. Lizzie miała nieświadomy zwyczaj pocierania ręką o biodro wnuczki, jakby mogło to spowodować jakieś nagłe rozbudzenie kobiecości. Z czystego nawyku Catherine odepchnęła jej gmerającą dłoń.

– Chodź! – powiedziała Lizzie. – Opowiedz im o tej bombowej robocie, co ją dostałaś w mieście. – Nie dopuściła jednak wnuczki do głosu, tylko sama zwróciła się do kobiet. – Taka jestem dumna. A s y s t e n t k a prezesa. To prawie jak samemu być szefem, co nie?

– Babciu!

Lizzie wskazała na Agnes.

– No, ta to myślała, że się wyłga samą urodą. Bogu kurwa dzięki, że ktoś tu ma łeb. – Lizzie szybko się przeżegnała. – Z chęcią pójdę do spowiedzi za przechwałki.

– I przeklinanie – powiedziała Catherine.

Nan Flannigan nie oderwała wzroku od kart.

– Jak już masz tą robotę, kiciu, to po pierwsze, otwórz dwa konta w banku. Jedno, jak już se weźniesz chopa. Drugie dla siebie. I nigdy mu, kurwa, o nim nie mów, nie?

Wszystkie kobiety pomrukiem zgodziły się z mądrością Nan.

– Czyli koniec ze szkołą, skarbeniu? – spytała Reeny.

Catherine ukradkiem zerknęła na matkę.

– Tak. Koniec. Potrzebujemy pieniędzy.

– No. W dzisiejszym świecie i tak będziesz utrzymywać każdego gacha, co ci się trafi.

Wszystkie kobiety miały mężczyzn w domu. Mężczyzn wrastających w kanapy z braku przyzwoitej roboty.

Nan znów zaczynała się niecierpliwić. Potarła o siebie spierzchniętymi dłońmi.

– Suchej, Catherine, uwielbiam cię, skarbie – mówiła nieszczerze. – Jak już będziesz naszą pierwszą szkocką kosmonautką, to na pewno spakuję ci kilka kanapek na wyprawę. Ale do tego czasu… –Wskazała karty, a potem drzwi. – Odpierdol się.

Catherine przemknęła do matki i niechętnie zabrała od niej Shuggiego. Jej braciszek był zafascynowany plastikową klamerką na ramiączku biustonosza Agnes.

– Czy nasz Alexander wrócił na noc? – spytała Agnes.

– Mhm. Tak mi się zdaje.

– Co znaczy, że ci się z d a j e? Jest w sypialni czy nie?

Sypialnia była zbyt mała, by patykowaty piętnastolatek mógł się zawieruszyć. Ledwie mieściło się tam łóżko piętrowe Catherine i Leeka i pojedyncze Shuggiego. Mimo to Leek był spokojnym duchem, miał w zwyczaju obserwować wszystko gdzieś z obrzeży, potrafił zniknąć, nawet gdy się do niego mówiło.

– Mamo, wiesz, jak to z Leekiem. M o ż e i jest.

Nie powiedziała nic więcej. Obróciła się na pięcie – wirujący wachlarz kasztanowych włosów – i zatopiła paznokcie w miękkim udzie Shuggiego, wynosząc go z pokoju.

Karty znów poszły w ruch, pieniądze na domowe wydatki znów zostały przegrane, Agnes zaś pilnowała kolejności, mimo że nikt nie zwracał na to uwagi. Jak było do przewidzenia, monety zaczęły się piętrzyć przed Nan, podczas gdy stosiki pozostałych kobiet się kurczyły. Agnes, z piwem w ręku, zawirowała sama na dywanie.

– Ach, ach, ach, dziewczyny, to moja piosenka. Wstawajcie, wstawajcie! – Wijącymi się palcami wybłagała, by się podniosły.

Wstały jedna za drugą. Te, które miały pecha, cieszyły się, że oddalają się od kłującego w oczy stosu monet Nan. Tańczyły z przyjemnością w swych nowych biustonoszach i starych swetrach. Podłoga sprężynowała pod ich ciężarem. Nan kręciła piszczącą Ann Marie, dopóki nie wpadły na niski stolik. Tańczyły z zapamiętaniem i pociągały duże łyki lagera ze starych kubków do herbaty. Poruszały głównie ramionami i biodrami, rytmicznie i z wigorem, jak młode dziewczyny, które widziały w telewizji. Było pewne, że nieszczęśni chuderlawi mężowie, których trzymały w domu, później w nocy zostaną przyduszeni. Śmierdzące octem i piwem kobiety wrócą do domów i wespną się na nich. Rozchichotane i spocone, a jednak jakby w swych nowych stanikach znów miały przez chwilę po piętnaście lat. Rozbiorą się do samych podziurawionych rajstop i odsłonią kołyszące się cycki. Otwarte po pijacku usta,

podniecone, czerwone języki i ciężkie, niezgrabne ciała. Czyste piątkowowieczorne szczęście.

Lizzie nie tańczyła. Oświadczyła, że nie pije. Wraz z Wulliem próbowali dawać dobry przykład rodzinie. Karcące cmokanie na Agnes przy jednoczesnym pozwalaniu sobie na puszeczkę czy dwie robiło z niej kiepską katoliczkę. Skończyła więc ze swoim ukochanym ciemnym piwem i kapką whisky. N i e m a l ż e. Agnes przyglądała się mamie usadowionej z kubkiem zimnej herbaty i ani przez chwilę w to nie wierzyła. Oczy dumnie wyprostowanej Lizzie nadal były wilgotne, jej różową twarz chmurzyło nieobecne spojrzenie.

Agnes wiedziała, że Wullie i Lizzie nabrali zwyczaju wymykania się z pokoju, gdy sądzili, że nikt nie patrzy. Wstawali od stołu podczas niedzielnego obiadu albo robili o jeden kurs do toalety za dużo. Siadali w tajemnicy na skraju swego wielkiego małżeńskiego łoża za zamkniętymi drzwiami sypialni i wyciągali spod niego reklamówki. Nalewali sobie kolejeczkę do starych kubków i wypijali ją szybko w ciemności, jak nastolatki. Wracali potem do kuchni ze szczęśliwszymi, bardziej szklanymi oczami, odchrząkiwali, a wszyscy udawali, że nie czują zapachu whisky. Wystarczyło spojrzeć, jak jej ojciec biedzi się nad niedzielną zupą, by stwierdzić, czy zdążył się napić, czy nie.

Płyta dojechała z sykiem do końca pierwszej strony. Lizzie przeprosiła i kołyszącym krokiem poszła do łazienki. Stara Nan, sądząc, że nikt nie patrzy, skorzystała z okazji i ukradkiem zajrzała w jej karty. Kątem oka dostrzegła błysk nieotwartych puszek ciemnego piwa za starym wygodnym fotelem Wulliego.

– Bingo! – krzyknęła. – Stara ma za fotelem ukrytą bateryjkie!

Usiadła, spocona i zdyszana, i poczęstowała się. Nan przyszła tu w interesach, była więc nieco trzeźwiejsza od pozostałych. Przez cały wieczór skrupulatnie liczyła pieniądze na stoliku, myśląc o kawałku szynki, który kupi na niedzielną zupę, i pieniądzach potrzebnych dzieciakom na następny tydzień szkoły. Po załatwieniu interesu z kartami chciała zaspokoić pragnienie odkrytym piwem.

– Lizzie Campbell. A to stara krętaczka. Wcale nie skończyła z piciem – powiedziała Reeny.

– Skończyła z piciem jak ja z zapiekankami – dodała Nan, zapinając kardigan nad swym nowym biustonoszem. – Nie wiem, jakim cudem ja się kumpluję z takimi złodziejskimi katolickimi szujami! – krzyknęła na użytek Lizzie w kierunku ciemnego korytarza.

Sięgnęła po piwo i napełniła kubki i szklanki stojące na stole; im bardziej je upije, tym lepiej. Nagle znów miała w głowie wyłącznie interesy.

– No. To kończymy grę czy bieremy się za katalog? Męczy mnie oglądanie, jak takie stare baby wywijają jak jakie tancerki.

Z czarnej skórzanej torebki wyjęła gruby katalog z pozaginanymi rogami. Na okładce widniały napis „Freemans” i zdjęcie kobiety w koronkowej sukience i słomkowym kapeluszu na złocistym polu gdzieś daleko, daleko stąd. Wyglądała, jakby jej włosy pachniały zielonym jabłuszkiem.

Nan otworzyła katalog na kupce kart i przekartkowała parę stron. Szelest przypominającego plastik papieru brzmiał jak syreni śpiew. Kobiety przestały miotać się do muzyki i zebrały się wokół otwartego katalogu, przyciskając tłustymi palcami zdjęcia skórzanych sandałów i poliestrowych koszul nocnych. Przy rozkładówce z jadącymi na rowerach kobietami w ślicznych sukienkach zgodnie zamruczały. W odpowiedzi Nan ponownie sięgnęła do skórzanej torebki i wyciągnęła kilka książeczek płatniczych wielkości Biblii. Rozległy się jęki. Jasne, były kumpelami, ale na tym polegała jej praca. Miała dzieci do wyżywienia.

– Aj, Nan, tyla że ja w tym tygodniu ni mom – powiedziała młoda Ann Marie, niemal odskakując od katalogu.

Nan uśmiechnęła się i przez zaciśnięte zęby odpowiedziała tak uprzejmie, jak potrafiła:

– Ta, kurwa, ostatnio żeś miała. A jak będę cię musiała wywiesić przez okno za te grube łydy, to mi jeszcze dzisiej zapłacisz.

Agnes uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że Ann Marie powinna skończyć, gdy prowadziła. Ale młoda kobieta brnęła dalej.

– Tyko chodzi o to, że ten kostium kąpielowy tak naprawdę nie pasuje.

– Gówno prawda! Jak żeś go dostała, to pasował.

Nan przejrzała szare książeczki. Wyciągnęła tę z zawijasowatym czarnym napisem „Ann Marie Easton” i rzuciła na stolik.

– Tyko idzie o to, że mój chopak powiedział, że więcy nie da rady zabrać mnie na wakacje.

Ann Marie przebiegła wielkimi oczyma po twarzach, szukając śladu współczucia. Kobiety miały to zupełnie w nosie. Większość z nich ostatni raz widziała wakacje na oddziale położniczym w Szpitalu Stobhill.

– To. Kurwa. Szkoda. Wybieraj. Se. Lepszych. Chopów. Wybieraj. Lepsze. Ubrania. – Nan wywarła presję jak setki razy wcześniej i zajęła się zbieraniem pieniędzy od wszystkich i zaznaczaniem tego w ich książeczkach. Spłacenie pary szkolnych spodni dla dziecka albo zestawu łazienkowych ręczników zajmowało całą wieczność. Pięć funtów miesięcznie oznaczało lata spłacania, gdy z góry doliczało się procent. Katalog otworzył się na nowej stronie i kobiety zaczęły walczyć o to, co która chce.

Agnes pierwsza podniosła głowę, zauważając zmianę ciśnienia w pokoju. Shug stał w drzwiach, trzymał w ręce ciężki pasek z saszetką. Przez pokój przebiegł podmuch wilgotnego wiatru, podpowiadając Agnes, że mąż nie zamknął drzwi wejściowych, że nie zostaje. Podniosła się i ruszyła w jego stronę, wciąż w sukience zsuniętej do talii. Za późno uładziła dół, potem złączyła ręce i próbowała uśmiechnąć się swym najtrzeźwiejszym uśmiechem. Shug nie odpowiedział tym samym. Spojrzał przez nią na wskroś ze wstrętem i ostro zapytał:

– Dobra, kogo podwieźć?

Niemile widziana obecność mężczyzny była jak szkolny dzwonek. Kobiety zaczęły zbierać swoje rzeczy. Nan wsunęła do torby parę ukrytych piw Lizzie.

– Będzie tego, drogie panie! W następny wtorek u mnie w domu – warknęła i dorzuciła pod adresem Shuga: – I jak który chop myśli, że może mi przerwać wieczór z katalogiem, to mu natrzaskam.

– Pani Flannigan śliczna jak zawsze – powiedział Shug, skrobiąc kluczykiem do taksówki paznokieć kciuka. Spośród wszystkich kobiet jej jednej na pewno by nie wyruchał. Miał standardy.

– Miło, że tak mówisz – odparła Nan ze słabym uśmiechem. –Może byś se wsadził ręce w dupę i się ode mnie porządnie wyściskał.

Agnes naciągnęła z powrotem aksamitną sukienkę na ramiona. Stała bez ruchu, z dłońmi rozpostartymi na spódnicy. Kobiety pozapinały ciężkie płaszcze i kulturalnie skinęły w jej stronę, przeciskając się ze skrępowaniem obok Shuga, który nadal tkwił w drzwiach. Wszystkie wychodziły ze spuszczonymi oczami, Agnes zaś patrzyła, jak Shug uśmiecha się do każdej z nich spod wąsa. Odsunął się tylko przed ogromem Nan.

Shug powoli tracił urodę, ale nadal był władczy i zniewalający. Bezpośredniość jego spojrzenia robiła z nią coś dziwnego. Agnes powiedziała kiedyś matce, że gdy poznała Shuga, miał w oku błysk, który sprawiał, że zrzucało się ubrania, gdy tylko poprosił. Potem powiedziała, że prosił o to często. Pewność siebie, wyjaśniła, była kluczowa, bo żaden z niego model, a podobna próżność w przypadku mniej czarującego mężczyzny przyprawiałaby o mdłości. Shug potrafił ci ją sprzedać jak coś, czego pragniesz najmocniej. Miał ten glasgowski sznyt.

Stał tam, w wyprasowanym garniturze i wąskim krawacie, ze skórzanym paskiem w ręku, i chłodno przyglądał się wychodzącym koleżankom żony, jak handlarz bydłem na aukcji. Wiedziała od zawsze, że Shug cenił w kobietach to, co najlepsze, i to, co najgorsze; w większości z nich widział przygodę. Miał jakiś swój sposób, w który potrafił zbić z pantałyku te piękne, bo nigdy go nie onieśmielały. Umiał je rozśmieszyć, sprawić, że promieniały i były wdzięczne za to, że są obok niego. Miał cierpliwość i urok, dzięki którym zwykłe kobiety czuły się pewne siebie, jak najśliczniejsze stworzenia, które kiedykolwiek chodziły w płaskich butach.

Był samolubnym zwierzakiem, teraz o tym wiedziała, na swój nieprzyzwoity, seksualny sposób, który pobudzał ją wbrew lepszej stronie jej charakteru. Widać to było w tym, jak je, jak wpycha sobie żarcie do ust i zlizuje sos pieczeniowy spomiędzy knykci, nie troszcząc się, co ktokolwiek sobie pomyśli. Widać to było w tym, jak chłonął wzrokiem kobiety opuszczające mieszkanie po wieczorku karcianym. Ostatnio widać to było zbyt często.

Aby wyjść za Shuga, zostawiła pierwszego męża. Pierwszy był niedzielnym katolikiem, dostatecznie pobożnym, by załapać się na program mieszkaniowy, ale z nabożeństwem traktującym tylko ją. Agnes była od niego atrakcyjniejsza na tyle, że napawało to nadzieją obcych mężczyzn i sprawiało, że kobiety zerkały w stronę jego krocza, zastanawiając się, co takiego przegapiły w Brendanie McGowanie. Ale nie dało się niczego przegapić; był prostolinijnym, pracowitym mężczyzną o skromnej wyobraźni, który zdawał sobie sprawę z tego, jakie ma szczęście, że jest z Agnes, więc ją wielbił. Podczas gdy inni szli do pubu, on co tydzień przynosił wypłatę do domu – zaklejoną brązową kopertę – i wręczał jej bez słowa sprzeciwu. Nigdy nie szanowała tego gestu. Zawartość koperty nigdy nie wydawała się dostateczna.

Stary Shug Bain tak bardzo błyszczał w porównaniu z katolikiem. Był próżny w sposób dozwolony tylko dla protestantów, zwracał uwagę swą rozrzutnością na pokaz, zaróżowiony z obżarstwa i marnotrawstwa.

Lizzie wiedziała o tym od zawsze. Kiedy Agnes zjawiła się w progu z dwójką najstarszych i protestanckim taksówkarzem, poczuła natychmiastowy przymus, by zamknąć drzwi, ale Wullie by jej na to nie pozwolił. Gdy chodziło o Agnes, Wullie prezentował optymizm, który Lizzie uważała za ślepotę. Kiedy Shug i Agnes w końcu wzięli ślub, ani Wullie, ani Lizzie nie poszli do urzędu stanu cywilnego. Powiedzieli, że małżeństwo między wyznaniami jest niestosowne, że nie należy pobierać się poza Kościołem.

Ann Marie wyszła jako jedna z ostatnich, za długo zbierając kardigan i papierosy, mimo że były na swoim miejscu, dokładnie tam, gdzie je rzuciła po wejściu. Zamierzała powiedzieć coś do Shuga, ale przykuł jej spojrzenie i powstrzymała się. Agnes obserwowała ich niemą rozmowę.

– Reeny, laluniu, jak się czujesz? – spytał Shug, uśmiechając się szeroko jak kot.

Agnes odwróciła wzrok od cienia Ann Marie i spojrzała na swą starą przyjaciółkę; na nowo ją to przygniotło.

– Dzięki, Shug, dobrze – odparła Reeny z zakłopotaniem, nie spuszczając wzroku z Agnes.

Pierś Agnes zapadła się do środka, gdy Shug powiedział:

– Wejź płaszcz, bo zamarzniesz na śmierć. Podwiozę cię na drugą stronę ulicy.

– Nie, to za dużo zachodu.

– Bzdura. – Znów się uśmiechnął. – Kto jest przyjacielem naszej Agnes, jest i moim.

– Shug, coś ci zrobię, wracaj niedługo – powiedziała Agnes, bardziej jędzowato, niż chciała.

– Nie jestem głodny.

Cicho zamknął drzwi między nimi. Z zasłon znów uszło życie.

Reeny Sweeny mieszkała pod dziewiątką przy Pinkston Drive, w wieżowcu, który stał ramię w ramię z numerem szesnaście. Czarna taksówka musiała tylko zrobić zgrabny piruet i Reeny byłaby w domu w niecałą minutę. Agnes usiadła i zapaliła papierosa. Wiedziała, że będzie musiała długo czekać, nim Shug znów się pokaże.

Czuła palący wzrok Lizzie na policzku. Matka nie powiedziała nic, po prostu patrzyła spode łba. Dla Agnes było nie do zniesienia, że tkwi zamknięta u matki w salonie i podlega jej ocenie, nie do zniesienia, że matka jest widzem w pierwszym rzędzie podczas każdego kryzysu w ich małżeństwie. Pozbierała papierosy i ruszyła krótkim korytarzem, by zajrzeć do dzieci. W pokoju było ciemno, prócz skupionego promienia światła latarki kempingowej. Leek ściskał ją pod brodą i rysował w swym czarnym szkicowniku z zastygłą twarzą. Nie podniósł wzroku, a ona nie mogła dojrzeć jego szarych oczu w cieniu lekkiej grzywki. Było tu ciepło i duszno od oddechów jego śpiącego rodzeństwa.

Agnes złożyła część ciuchów rozrzuconych po podłodze. Wyjęła synowi ołówek z ręki i zamknęła szkicownik.

– Zniszczysz sobie wzrok, kochanie.

Był już prawie mężczyzną, kimś zdecydowanie za dorosłym, by całować go na dobranoc, ale i tak to zrobiła, nie zwracając uwagi, gdy wzdrygnął się przed zapachem mocnego piwa w jej oddechu. Leek poświecił latarką na pojedyncze łóżko. Agnes sprawdziła, czy wszystko w porządku z jej najmłodszym, i podciągnęła Shuggiemu kołdrę pod brodę. Chciała go obudzić, myślała, żeby zabrać go do swojego łóżka, przytłoczona nagłą potrzebą, by kogoś mocno przytulić. Shuggie spał z otwartymi ustami, jego powieki delikatnie drgały, za bardzo odpłynął, by go niepokoić.

Cicho zamknęła drzwi i poszła do swojego pokoju. Zaczęła macać między warstwami materaca i wyjęła stamtąd znajomą butelkę wódki. Wstrząsnęła osad, nalała sobie resztkę, a potem przyssała się do szyjki pustej butelki, patrząc na światła miasta w dole.

Kiedy po raz pierwszy Shug zapodział się po nocnej zmianie, rankiem Agnes godzinami naprzykrzała się szpitalom i tym kierowcom, których znała z postoju. Przedzierając się przez swój czarny notes, obdzwoniła wszystkie znajome z niezobowiązującym pytaniem, co u nich, nie zdradziła jednak, że Shug poszedł w długą, ponieważ nie była w stanie przyznać przed sobą, że w końcu to zrobił.

Podczas gdy kobiety ględziły o codziennej rutynie, ona nasłuchiwała tylko hałasów w tle i wytężała słuch w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów jego obecności za ich plecami. Teraz chciała im powiedzieć, że wszystko na ten temat wie. Wiedziała o zaparowanych oknach taksówki, o jego łapczywych rękach i o tym, jak te kobiety musiały dyszeć do Shuga, żeby zabrał je od tego wszystkiego, gdy wsadzał w nie kutasa. Czuła się przez to stara i bardzo samotna. Chciała im powiedzieć, że rozumie. Znała doskonale ten dreszcz emocji, bo dawno, dawno temu chodziło o nią.

 

Dawno, dawno temu smagający wiatr sprawił, że jej uda zsiniały z zimna, lecz Agnes tego nie czuła, bo była szczęśliwa.

Z nadmorskiej promenady spływały na nią setki migoczących świateł, szła ku nim z rozdziawionymi ustami. Była tak oszołomiona, że z trudem łapała dech. Czarne cekiny jej nowej sukienki posyłały rozmigotane błyski w tłum korzystający z dobrej pogody i wolnego, aż sama Agnes promieniała jak kolorowe uliczne światła.

Shug podniósł ją i postawił na pustej ławce. Nabrzeże jarzyło się jak okiem sięgnąć. Każdy budynek rywalizował z sąsiednim, migocząc tysiącem własnych krzykliwych żarówek. Niektóre z nich układały się w szyldy saloonów z Dzikiego Zachodu z końmi w galopie i mrugającymi kowbojami, inne w tańczące dziewczęta z Las Vegas. Agnes spojrzała w dół na Shuga, który uśmiechał się do niej promiennie. Wyglądał elegancko w porządnym, dopasowanym czarnym garniturze. Wyglądał, jakby był kimś.

– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zabrałeś mnie na tańce – powiedziała.

– Nadal umiem wywijać na parkiecie.

Delikatnie pomógł jej zejść na chodnik i przez chwilę ściskał jej miękki brzuch. W jej oczach mógł dostrzec nabrzeże, tandetny powab klubów i przygodę salonów gier. Zastanawiał się, czy to także straci dla niej swój blask. Zdjął marynarkę i otulił nią ramiona Agnes.

– No, po tym to światła Sighthill nie będą wyglądać tak samo.

Agnes zadygotała.

– Nie rozmawiajmy o domu. Po prostu udawajmy, żeśmy uciekli.

Szli wzdłuż skrzącego się nabrzeża, starając się nie myśleć o wszystkich codziennych drobiazgach, które oddalały ich od siebie, przez które nadal mieszkali w wieżowcu z jej matką i ojcem, chrapiącymi za ścianą sypialni. Agnes patrzyła, jak światła błyskają i gasną. Shug obserwował, jak mężczyźni obracają się, by spojrzeć na nią łakomym wzrokiem, i czuł w piersi niezdrowy przypływ dumy.

Po raz pierwszy widziała nadbrzeże w Blackpool w szarym świetle tego poranka. Jej serce pękło cicho z zawodu. Nędzne budynki zwrócone były ku ciemnemu, wzburzonemu morzu i zimnej kamienistej plaży, po której zsiniałe maluchy biegały w bieliźnie. Wiaderka, łopatki i renciści w przeciwdeszczowych nakryciach głowy. Rodziny z Liverpoolu na jednodniowych wycieczkach i autokarowicze z Glasgow. Shug rozumiał to jako szansę, żeby pobyć we dwoje. Agnes przygryzła policzek na widok pospolitości tego wszystkiego.

Teraz, wieczorem, dostrzegła tutaj czar. Prawdziwa magia tkwiła w kolorowym oświetleniu. Nie było powierzchni, która by się nie jarzyła. Światła spowijały stare tramwaje, które jeździły środkiem ulicy, a chwiejne drewniane pomosty wcinające się w słonawe morze były ozdobione girlandami świateł jak pasy startowe.

Nawet kapelusiki z napisem „skradnij całusa” migały, jakby pożądanie przyprawiało je o obłęd. Shug wziął ją za nadgarstek i poprowadził przez tłum i wzdłuż jaśniejącej promenady. Dzieci wrzeszczały podczas przejażdżki na autodromie na molo. Samochodziki dudniły i błyskały, pobrzękiwały automaty do gier. Shug ciągnął ją przez tłum ku Wieży Blackpoolskiej, meandrując tu i tam zgodnie z taksówkarskim nawykiem.

– Kochanie, zwolnij proszę – błagała.

Światła przelatywały obok niej zbyt szybko, by je chłonąć. Wyrwała nadgarstek z jego uścisku; tam, gdzie ją trzymał, widniał zaróżowiony ślad.

W świątecznym tłumie Shug poczerwieniał i zaczął mrugać. Na twarzy miał mieszaninę gniewu i skrępowania. Obcy mężczyźni kręcili głowami, jakby wiedzieli, jak należy się obchodzić z taką ładną kobietą.

– Znowu zaczynasz, co?

Agnes potarła rękę. Próbowała złagodzić swój wyraz twarzy. Splotła ich małe palce, złoto jego sygnetu masońskiego wydawało się zimne i martwe.

– Poganiałeś mnie, to tyle. Po prostu pozwól mi się tym cieszyć. Mam wrażenie, że nigdy nie wychodzę z domu.

Odwróciła się od niego z powrotem ku światłom, ale magia zniknęła. B y ł y tandetne.

– Napijmy się troszkę – westchnęła. – Ogrzejemy się nieco, może dzięki temu nastrój powróci.

Shug zmrużył oczy i przejechał pięścią po wąsach, jakby wyłapywał wszystkie przykre słowa, które chciał jej powiedzieć.

– Agnes, proszę cię. Mogłabyś dzisiej wieczorem się z tym nie spieszyć?

Ale już poszła przez tory tramwajowe w stronę mrugającego kowboja.

– Siemka – powiedziała barmanka z mocnym akcentem z Lancashire. – Wystrzałowa sukienka.

Agnes wdrapała się na obrotowy stołek barowy i lekko skrzyżowała nogi.

– Brandy Alexander, poproszę.

Shug obrócił stołek obok niej i zakręcił nim jak bąkiem, aż ten zrobił się wyższy od stołka Agnes. Wskoczył na niego i kręcił nim, dopóki nie siedzieli oko w oko.

– Poproszę zimne mleko.

Wyciągnął z paczki dwa papierosy, a Agnes gestem dała mu znać, by zapalił dla niej jednego. Barmanka postawiła przed nimi napoje. Mleko było w kubeczku dla dzieci i Shug pchnął je ku niej, żądając szklanki.

Wsunął zapalonego papierosa między wargi Agnes i pogłaskał jej kark tam, gdzie uciekał miękki lok. Sięgnęła do torebki, a potem ułożyła lok z powrotem na czubku głowy i z głośnym szuuuu przejechała włosy słodko pachnącym lakierem. Pociągnęła duży łyk słodkiego koktajlu i cmoknęła.

– Elizabeth Taylor była w Blackpool. Ciekawe, czy lubi ślimaki morskie?

Shug podłubał w nosie małym palcem, na którym miał sygnet. Wałkował gluta między kciukiem a palcem wskazującym.

– Kto nie lubi?

Obróciła się do niego twarzą.

– Może powinniśmy się tu przeprowadzić. Cały czas by tak mogło być.

Roześmiał się i pokręcił głową, jakby była dzieckiem.

– Z tobą to co dzień inne utrapienie. Nadążyć nie idzie.

Powiódł palcem po lśniącym rąbku jej sukni, podczas gdy ona przyglądała się letnim tłumom przepychającym się przed barem. Zwyczajni ludzie, już w zimowych płaszczach.

– Wiesz czego chcę? Chcę trochę zagrać w bingo. – Ciepło drinka rozlało się już po jej ciele. Objęła się rękami w pełnym zadowolenia uścisku. – Wszystkie te światła… Czuję, że dopisze mi szczęście.

– Tak? Kazałem je włączyć tyko dla ciebie.

Pojawiły się nowe drinki. Agnes pogrzebała w koktajlu, wyjęła słomkę, mieszadełko i dwie duże kostki lodu.

– Tym razem mówię serio. Zgarnę całą pulę. Znowu zacznę żyć. Zawstydzę Sighthill. Po prostu to czuję. – Skończyła brandy jednym haustem.

 

Wynajęli pokój na ostatnim piętrze wiktoriańskiego domu, który znajdował się trzy ulice od promenady. Był skromny nawet jak na blackpoolski pensjonat i pachniał jak miejsce z gatunku tych, w których wynajmuje się pokoje tymczasowym lokatorom, a nie rodzinom na wakacjach. Na każdym półpiętrze czuć było inną, dobrze zadomowioną woń. Śmierdziało przypalonymi tostami i zakłóceniami telewizyjnymi, jakby właścicielka nie lubiła otwierać okien.

Nad ranem było cicho. Agnes leżała rozwalona u podnóża wyłożonych wykładziną schodów, fałszując do siebie:

– Jezdem tyko człowiekiem. Jezdem tylko kobii-tom.

Za zamkniętymi drzwiami szurały nogi, a nad nimi skrzypiały stare deski podłogowe. Shug delikatnie zasłonił jej usta.

– Ćśś. Cicho bądź, dobra? Wszystkich tu zara pobudzisz.

Agnes odepchnęła jego rękę od twarzy, szeroko rozłożyła ramiona i zaśpiewała głośniej:

– Pokaż mi schoo-ody, które muszę pokoo-onać.

W jednym z pokojów zapaliło się światło. Shug dostrzegł je spod cienkich drzwi. Wsunął Agnes ręce pod pachy i próbował ją podnieść i wciągnąć po schodach. Im mocniej ciągnął, tym łatwiej mu się wymykała, jak worek mięsa bez kości. Za każdym razem, gdy zyskiwał przewagę, stawała się bezkształtna i wyślizgiwała mu się. Z powrotem rozlała się na schodach, chichocząc, i dalej śpiewała.

Z któregoś pokoju jakiś Anglik syknął przez zamknięte drzwi:

– Cicho tam. Bo zadzwonię na policję! Ludzie spać próbują.

Po sposobie, w jaki wypluwał z siebie syczące spółgłoski, wydał się Shugowi zniewieściałym facecikiem. Chciałby, żeby otworzył drzwi. Chciałby zostawić na jego twarzy odcisk suwerena.

Agnes udała obrazę:

– No, dzwoń na policję, panie marudo. Jestem na waka…

Shug szczelnie zamknął jej dłonią mokre usta. Agnes tylko zachichotała. Z psotnym spojrzeniem polizała wnętrze jego dłoni grubym językiem. Przypominał ciepły, wilgotny kawał wołowiny. Wywróciło mu się w żołądku. Ściskając mocniej, zatopił swe ozdobione sygnetami palce w jej policzkach, aż rozsunął jej protezy. Uśmiech zniknął z jej oczu. Nachylając się tuż nad nią, Shug syknął:

– Powiem ci to tyko raz. Zbier się wreszcie i właźże po tych schodach.

Powoli zdjął rękę z jej twarzy. W miejscu, w którym ściskał jej szczękę, był różowy ślad. Miała strach w oczach i wyglądała na niemal trzeźwą. Gdy zabierał dłoń, strach się ulotnił i na jej twarzy znów pojawił się pijacki demon. Wypaliła przez ceramiczne zęby:

– Wyobrażasz sobie, że kurwa kim ty…

Shug runął na nią, zanim zdążyła skończyć. Przeszedł nad Agnes i złapał z tyłu za jej włosy. Wyschnięty lakier zatrzeszczał jak kostki kurczaka, gdy wsunął palce w kosmyki. Pociągnąwszy dostatecznie mocno, by wyrwać garść z cebulkami, ruszył po schodach, wlokąc ją za sobą. Nogi Agnes rozłożyły się niezgrabnie, młóciła powietrze jak niezdarny pająk, próbując znaleźć oparcie. Jej czaszkę przeszył rozdzierający ból i ścisnęła rękę Shuga, by się czegoś złapać. On ledwie poczuł jej ostre paznokcie, gdy wbiły mu się w skórę. Wciągnął ją na jeden schodek, potem na następny i kolejny. Brudna wykładzina paliła Agnes w plecy, obcierała skórę jej szyi, zrywała cekiny z lśniącej sukienki. Zgiąwszy grubą rękę pod jej brodą, Shug przeciągnął ją przez następne półpiętro. Upuścił Agnes pod drzwiami, wyłowił klucz, włączył nagie światło i zawlókł ją do środka.

Agnes leżała porzucona pod zamkniętymi drzwiami jak złachany wałek chroniący przed przeciągiem. Wyszywana cekinami sukienka podwinęła się, odsłaniając białe nogi. Agnes sięgnęła dłonią, próbując wymacać miejsce, w którym wyrwał jej włosy. Shug przeciął pokój i zabrał jej rękę, zawstydzony nagle tym, co zrobił.

– Przestań się macać. Nic ci nie jest.

Czuła na palcach krew sączącą się z głowy. Dzwoniło jej w uszach od łup, łup, łup schodków. Opuszczało ją alkoholowe otępienie.

– Dlaczego to zrobiłeś?

– Boś mi wstyd przyniesła.

Shug zdjął czarną marynarkę i przewiesił ją przez jedyne w pokoju drewniane krzesło. Miał zaczerwienioną twarz, przez co jego oczy wydawały się mniejsze i ciemniejsze. Gdy ciągnął ją na górę, rozleciała mu się fryzura, odsłaniając łysinę, którą bardzo starał się ukryć. Kosmyki zwisały mu obok lewego ucha, rzadkie i w rozsypce. W głębi jego gardła coś pstryknęło, jakby włączono światło, i ręce Shuga znów runęły na Agnes. Poczuła pazury na szyi, poczuła je na udach. Palcami wpił się w jej miękkość, pragnąc się upewnić, że chwyt jest mocny. Gdy mięso oddzieliło się od kości, krzyknęła z bólu, a on dwukrotnie grzmotnął ją sygnetem w policzek.

Kiedy ucichła, Shug nachylił się, wbił jej paznokcie w ramię i udo i rzucił ją na łóżko jak przebity worek na śmieci. Wspiął się na nią. Twarz płonęła mu jasną czerwienią, oklapłe włosy dyndały swobodnie na nabrzmiałej głowie. Wyglądał, jakby napełniał się wrzącą krwią. Wparł łokcie w jej przedramiona i przygniótł całym swym ciężarem, wciskając je w materac, dopóki nie zdało się, że pękną. Wepchnął w nią swe cielsko, całą taksówkarską masę, o którą przytył od siedzącego trybu życia, i unieruchomił ją pod sobą.

Prawą ręką sięgnął pod sukienkę i odnalazł jej białą miękkość. Skrzyżowała pod nim nogi; poczuł, jak zakłada kostkę na kostkę. Wolną dłoń wcisnął pomiędzy jej uda i próbował je rozdzielić. Nie ustępowały, ciasno zwarte. Zatopił palce w miękkim ciele jej nóg, wbijając paznokcie, dopóki nie poczuł, że pęka skóra, dopóki nie rozłączyły się jej kostki.

Szlochała, gdy w nią wchodził. Teraz nie było w niej śladu alkoholu. Nie było w niej też śladu waleczności. Kiedy skończył, położył twarz przy jej szyi. Powiedział, że jutro znów zabierze ją na tańce przy wieczornych światłach.

 

 

 

 

 

 

Trzy

 

 

 

 

 

Tamto lato, gdy w końcu nadeszło, było parne i wilgotne. Człowiekowi nocy dni wydawały się za długie. Światło dzienne było jak nieliczący się z innymi gość, północny zmierzch nie kwapił się z odejściem. W letnie dni Staremu Shugowi spało się najgorzej. Słońce rozjaśniało grube zasłony, aż nabierały koloru rozedrganych fiołków, dzieci zawsze najbardziej hałasowały, gdy były najszczęśliwsze, drzwi się nie zamykały, a wyszczekane nastolatki z innych mieszkań i kobiety w klapkach szwendały się po klatkach, kląskając o każdej porze różowymi stopami i różowymi dziąsłami.

Gdy w końcu zapadł zmrok, Stary Shug zakreślił swoją czarną taksówką zgrabne kółko. Zawirowała jak gruby pies goniący za swym ogonem i wyjechała z Sighthill. Widząc światła Glasgow, rozluźnił się na siedzeniu i po raz pierwszy tego dnia opadły mu ramiona. Przez następne osiem godzin miasto należało do niego, miał wobec niego plany.

Przetarł szybę, miał teraz dobry widok w bocznym lusterku. Uśmiechając się do siebie, myślał, jak kapitalnie wygląda: biała koszula, czarny garnitur, czarny krawat. Lekka przesada ubierać się tak do roboty, powiedziała Agnes, ale z drugiej strony ostatnimi czasy w ogóle za dużo gadała. Gdy uśmiech błąkał się po jego organizmie, Shug zastanawiał się, czy jeżdżenie taksówką ma we krwi. Razem ze swym bratem Rascalem prowadził właściwie rodzinny interes. Jego ojcu też przypadłoby to do gustu, gdyby nie wykończyła go stocznia.

Zatrzymał się na światłach pod osłoną Szpitala Królewskiego i patrzył, jak stadko pielęgniarek pali skręcane fajki. Obserwował, jak pocierają różowe ręce w chłodnym nocnym powietrzu i krzyżują je ciasno pod cyckami. Paliły bez użycia rąk, obawiając się utraty ciepła. Shug uśmiechnął się powoli i obejrzał swoją reakcję w lusterku. Nocna zmiana odpowiadała mu zdecydowanie najbardziej.

Lubił snuć się samotnie w ciemnościach, kiedy mógł się dobrze przyjrzeć miejskim trzewiom. Na ulice wychodziły indywidua, którym szare miasto udzielało schronienia, a lata picia, deszczu i nadziei trzymały je na miejscu. Zarabiał na życie przewożeniem ludzi, ale jego ulubioną rozrywką było obserwowanie ich.

Cienka szyba po jego stronie przeszywająco zapiszczała, gdy ją opuszczał, zapalając papierosa. Do środka wpadł wiatr i długie kosmyki jego rzadkich włosów zatańczyły jak nadmorska trawa owiana bryzą. Nie znosił łysienia, nienawidził starzenia się; przez to wszystko stawało się trudne. Obniżył lusterko, żeby nie widzieć odbicia swojej gołej głowy. Odnalazł długie, gęste wąsy i siedział, głaszcząc je w roztargnieniu jak ulubione zwierzątko. Poniżej trząsł mu się drugi podbródek. Z powrotem poprawił lusterko.

Ulice Glasgow lśniły od deszczu i świateł. Pielęgniarki nie ociągały się, pstrykając wypalonymi do połowy fajkami w kałuże i wracając chwiejnym krokiem do środka. Shug westchnął, zawrócił przez Townhead i skierował się ku centrum miasta. Lubił drogę z Sighthill, przypominała zstępowanie w jądro wiktoriańskiej ciemności. Im bliżej byłeś rzeki – w najniżej położonej części miasta – tym bardziej otwierało się przed tobą prawdziwe Glasgow. Istniały tam ukryte kluby nocne w głębokim cieniu przęseł linii kolejowych i odcięte od światła puby bez okien, przepocony, cierpki czyściec, w którym starzy mężczyźni i kobiety siedzieli w słoneczne dni. To niżej nad rzeką chude kobiety o niespokojnych twarzach sprzedawały się mężczyznom w wypucowanych kombiakach, i czasem to właśnie tu policja znajdowała później ich posiekane ciała w czarnych workach na śmieci. Na północnym brzegu rzeki Clyde mieściła się glasgowska kostnica i wydawało się stosowne, że wszystkie zagubione dusze unoszą się w tamtym kierunku, tak by nie sprawiać kłopotów, gdy ich czas szczęśliwie nadejdzie.

Przejeżdżając obok dworca, Shug ucieszył się, że postój jest pełny i nie ma klientów. Turyści byli nudni, gadatliwi i kurewsko tandetni. Wieczność zajmowało im dotaszczenie ogromnych waliz do bagażnika, a potem tylko siedzieli w szeleszczących kurtkach przeciwdeszczowych i zaparowywali taksówkę. Paskudne, skąpe sukinsyny mogły se wsadzić te swoje dziesięciopensowe napiwki. Złośliwie zatrąbił do chłopaków i pojechał dalej w kierunku rzeki.

Deszcz był naturalnym stanem Glasgow. Dzięki niemu trawa nie przestawała się zielenić, a ludzie byli bladzi i cierpieli na bronchit. Dla taksówkarskich interesów było to bez znaczenia. Deszcz stanowił problem, bo zwykle nie dało się go uniknąć, mokro było wszędzie, więc klienci mogli równie dobrze siedzieć zmoknięci w autobusie, jak na tylnym siedzeniu drogiej taksówki. Z drugiej strony jednak deszcz oznaczał, że wszystkie młode dziewczyny chciały wracać z tańców do domu taksówką, żeby nie zniszczyć sztywnych, polakierowanych włosów i eleganckich butów. Dlatego też Shug był za tym, by deszcz nigdy nie przestawał padać.

Zatrzymał się na postoju przy Hope Street. Nie powinno to długo trwać. W oczekiwaniu na kurs tkwiło tam tylko dwóch czy trzech starych znajomych. Był stąd tylko rzut beretem od dansingu przy Sauchiehall Street albo przebieżka na zimnie dla dziewczyn wystających przy Blythswood Square. Tak czy owak, było to dobre miejsce, gdy człowiek szykował się na ciekawą noc.

Shug siedział w ponurym mroku, paląc papierosa, i słuchał trzasków CB-radia. Dyspozytorka poinformowała, że są klienci w Possil i kursy do Trontgate. Joanie Micklewhite była jedynym głosem w radiu i Shug co wieczór słuchał, jak powtarza na okrągło ten sam monolog z prośbą o pomoc, czeka na odpowiedzi, wydaje dyspozycje i ucina wszelkie zaczepki. Zawsze tylko jedna strona rozmowy, jakby mówiła do siebie albo – mogło się zdawać – wyłącznie do niego. Lubił spokojne brzmienie jej głosu. Czerpał z niego pocieszenie.

Skończył palić i patrzył, jak młode parki tulą się do siebie, wychodząc z późnego seansu. Kierowcy z przodu powoli zaczęli zgarniać klientów i z grzechotem odjeżdżać w noc. Stojąc na samym czele postoju, obserwował grupkę młodych dziewuch, które rzucały frytki na ulicę, sprzeczając się o to, jak powinny wrócić do domu. Wydawało się, że wsiądą do taksówki, ale nie, gruba i praktyczna chciała poczekać na autobus nocny. „Zostawcie ją – pomyślał – niech se moknie”. Najładniejsza i najbardziej napruta szła w jego kierunku, zataczając się. W półmroku Shug przećwiczył uśmiech.

Od nieprzyzwoitych myśli odciągnęły go knykcie, pukające w szybę.

– Wolny jezdeś, kolego? – odezwał się męski głos.

– Nie – krzyknął Shug, wskazując w stronę schlanych dziewczyn.

– W porząsiu – powiedział staruszek, nie zwracając na niego uwagi. Otworzył drzwi, zanim Shug zdążył włączyć centralny zamek, i wcisnął do środka swą niewielką osóbkę i obszerny płaszcz. – Znasz ty bar Rangersów przy Duke Street?

– Jasne, kolego – westchnął Shug, podczas gdy ta ładna podeszła do taksówki za nim. Uśmiechnął się do niej lekko, ale ona tego nie zauważyła.

Nie zwracając uwagi na czarną skórzaną kanapę zajmującą szerokość całej taksówki, stary rozłożył składane siedzenie i usiadł bezpośrednio za kierowcą. To oznaczało gadułę. „No to się, kurwa, zacznie” – pomyślał Shug.

Na dworze było mokro, a w taksówce panowała wilgoć. Wypełnił ją smród starego mleka. Staruszek siedział w pożółkłej koszuli i pomiętym szarym garniturze, na który narzucił cienki wełniany płaszcz, a na to jeszcze drugi, gruby i za duży. Nadawało mu to wygląd uchodźcy; jego maleńka sylwetka tonęła w jardach szetlandzkiej wełny i gabardyny. Na głowie miał tweedowy kaszkiet rzucający cień, z którego wystawał tylko czerwony, okrągły nos. Facet niemal z miejsca zaczął trajkotać.

– Mecz żeś dziś widzioł, synek? – spytał śmierdzący mlekiem pasażer.

– Nie – odparł Shug, zdając sobie już sprawę, dokąd to zmierza.

– Aj, no to ci poem, żeś przewalił. Sakramencko dobry mecz. –Mężczyzna mlasnął do siebie z dezaprobatą. – A za kim wogle jesteś?

– Za Celtikiem – skłamał Shug.

Nie był katolikiem, ale w ten sposób najłatwiej było zakończyć rozmowę.

Twarz staruszka zmięła się jak rzucony ręcznik.

– Ach, do kurwy nędzy, mogłem się kapnąć, że wsiędę do papistowskiej taryfy.