Sergio - Natasha Knight - ebook + książka
BESTSELLER

Sergio ebook

Knight Natasha

4,7

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Bycie pierworodnym synem mafijnego bossa jest jak piętno, które trzeba zaakceptować. Twarde zasady panujące w tym środowisku oraz świadomość, że to ja kiedyś przejmę władzę, uczyniły ze mnie bezwzględnego i niebezpiecznego człowieka. A gdy wydawało się, że nic nie jest w stanie zachwiać moją postawą, pojawiła się ona – w najmniej odpowiednim miejscu i czasie. Przeznaczenie dwukrotnie postawiło Natalie na mojej drodze. Dałem jej szansę odejść, powiedziałem, że tak będzie dla niej najlepiej, jednak nie posłuchała. A teraz jest już za późno.

 Nigdy jej nie wypuszczę. Choćbym i chciał, nie potrafię tego zrobić, nawet jeśli mam świadomość, że kalam tę niewinną duszę swoim brudnym dotykiem. Wiem, że zbliża się dzień mojego sądu i spłonę za grzechy, które popełniłem. Nie twierdzę, że moje miejsce nie jest w piekle, ale pragnę najpierw przeżyć swój czas. Z Natalie.

 Należy do mnie bez względu na wszystko.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (704 oceny)
538
112
40
10
4
Sortuj według:
Bozynka

Nie oderwiesz się od lektury

Brak słów, chysteczki też mi się skończyły....
40
Baksiu77

Dobrze spędzony czas

Super. Tylko szkoda że nie jest 1 częścią. Czytając Salvatora i Dominica już wiadomo było jakie będzie zakończenie. Ale mimo wszystko łezkę uronilam. Gorąco polecam
30
Nikus05

Nie oderwiesz się od lektury

Książka świetna. Dzięki przeczytaniu Salvatore wiadomo jak się zakończy. Mimo to ciągle miałam nadzieję, że tutaj zakończenie będzie inne- szczęśliwe, że okaże się jednak, że Sergio żyje. Niestety. Nie lubię opowieści o smutnym zakończeniu. To jest jedyny minus tej opowieści.
31
Gabbi6

Z braku laku…

Trochę o niczym
10
demeter179

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, tylko szkoda że tak się skończyła 🥺
10

Popularność




SPIS TREŚCI

List od Natashy

Prolog NATALIE

1. SERGIO

2. NATALIE

3. SERGIO

4. NATALIE

5. SERGIO

6. NATALIE

7. SERGIO

8. NATALIE

9. SERGIO

10. NATALIE

11. SERGIO

12. SERGIO

13. NATALIE

14. SERGIO

15. NATALIE

16. SERGIO

17. NATALIE

18. NATALIE

19. SERGIO

20. NATALIE

21. NATALIE

22. SERGIO

23. NATALIE

24. SERGIO

25. NATALIE

26. NATALIE

27. SERGIO

28. SERGIO

29. NATALIE

30. NATALIE

31. NATALIE

DRUGI LIST OD NATASHY

SERGIO

TYTUŁ ORYGINAŁU
Sergio
Copyright © 2016. Sergio by Natasha KnightCopyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2020Copyright © by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2020Redaktor prowadząca: Beata BamberRedakcja: Katarzyna ŁochowskaKorekta: Patrycja SiedleckaZdjęcie na okładce: © Volodymyr TverdokhlibOpracowanie graficzne okładki: Marcin Bronicki, behance.net/mbronickiProjekt typograficzny, skład i łamanie: Beata Bamber Wydanie 1Gołuski 2020ISBN 978-83-66429-50-5Wydawnictwo PapierówkaBeata Bamber Sowia 7, 62-070 Gołuskiwww.papierowka.com.plPrzygotowanie wersji ebook: Agnieszka Makowska www.facebook.com/ADMakowska
SERIA BRACIA BENEDETTItom 1 SALVATOREtom 2 DOMINICtom 3 SERGIOtom 4 KILLIANtom 5 GIOVANNI
natasha knightSERGIOMROCZNY MAFIJNY ROMANS PRZEŁOŻYŁAKatarzyna Podlipska

„Darlin’

Darlin’

Darlin’

Why don’t you sleep at night?”

Houndmouth, Darlin’

List od Natashy

Drodzy czytelnicy,

nigdy nie sądziłam, że opiszę historię Sergia. Był drugoplanową postacią w innej książce i na tym sprawa się kończyła. Przynajmniej do drugiej połowy 2017 roku.

Gdy opowieść zaczyna formować się w mojej głowie, zwykle to główny bohater nabiera kształtów i powoli zmienia się w żyjącego, oddychającego człowieka. Najczęściej to jego głos daje początek historii.

W przypadku Sergia wszystko zaczęło się parę miesięcy temu od piosenki Darlin’ w wykonaniu grupy Houndmouth. Od pierwszych dźwięków pomyślałam, że właśnie trafiłam na Sergia. To on i jego piosenka. Nawet teraz, gdy to piszę, niemalże go czuję – jego ramiona wokół mnie, ciężkie ciało, gdy niespiesznie porusza się w rytm muzyki, i oddech na policzku, gdy śpiewa.

Mam wrażenie, że on po prostu czekał na swoją kolej. Cierpliwie obserwował, jak świat Benedettich nabierał kształtów i warstw, aż wreszcie przyszła pora na niego. Posiadał własną historię, która musiała zostać opowiedziana bez względu na wszystko. I dlatego właśnie piszę ten list. Na końcu książki znajdziecie drugi. Proszę, nie czytajcie go teraz.

Ta powieść nie jest klasycznym romansem i wiem, że dla niektórych będzie przygnębiająca, jednak nie przygotowałam żadnych magicznych sztuczek. Nic z tych rzeczy. To jedyna historia, którą mogłam wysnuć dla Sergia, choć złamała mi serce. Mam wrażenie, że od pierwszej sekundy, w której usłyszałam jego głos, on też zdawał sobie z tego sprawę.

Nie chcę zbyt wiele tu powiedzieć i zdradzić. Proszę, żebyście zachowali otwarty umysł.

Jak zwykle bardzo Wam dziękuję, że postanowiliście poświęcić czas na przeczytanie tej książki. Mam nadzieję, że się zakochacie, a może nawet doświadczycie złamanego serca. Liczę, że podczas lektury poczujecie każdą, nawet najdrobniejszą emocję w taki sam sposób, w jaki ja ją czułam. I może gdy odtworzycie tę piosenkę, również poczujecie ramiona Sergia wokół siebie.

Z miłością

Natasha

Prolog
NATALIE

„Niewłaściwe miejsce i niewłaściwy czas, skarbie”.

Te słowa odezwały się echem w mojej głowie.

Zrobiłam to już wcześniej. Dwukrotnie znalazłam się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Czy to jakiś rodzaj karmicznej równowagi? Czy doświadczenie takiej przemocy raz w życiu w zupełności nie wystarczy?

Dokładnie sześć lat temu stanęłam oko w oko z tak przerażającą brutalnością. Miałam czternaście lat i zatrzymałam się przed zamrażarką w sklepie spożywczym, zastanawiając się, jaki smak loda wybrać. Pamiętam szum klimatyzacji. Chłód wewnątrz sklepu był przyjemny w porównaniu do gorącego sierpniowego dnia. Akurat wtedy rodzice puścili mnie samą. Nie zdarzało się to często, bo nie mieszkaliśmy w bezpiecznej dzielnicy.

Mężczyźni pojawili się tak szybko, że ledwie zauważyłam ich kominiarki, nim zabrzmiał pierwszy strzał. Padłam na podłogę i zakryłam uszy, co spowodowało, że nie słyszałam wydawanych przez nich poleceń. Miałam nadzieję, że pozostanę niezauważona, ale facet w koszuli z tłustymi plamami dostrzegł, jak kuliłam się za jedną z półek. Rzucił się na mnie i wrzasnęłabym, gdybym była w stanie się odezwać. Błagalne krzyki innych całkowicie odebrały mi mowę, więc gdy chwycił za moje włosy i podciągnął na nogi, poszłam potulnie w stronę, w którą prowadził.

Padł kolejny strzał i w sklepie aż zawrzało od przeraźliwych wrzasków. Mogłam przysiąc, że zobaczyłam czerwień rozbryzganą na ścianach.

Krew.

Kiedy jednak napastnik rzucił mnie na podłogę w ostatniej alejce i uświadomiłam sobie, co zamierzał zrobić, wszystko stało się surrealne.

Strzały, pięści, krzyki – cały ten hałas zdawał się docierać z oddali. Jakby przestał być częścią rzeczywistości, która właśnie miała ulec zmianie. Wszystko ograniczyło się do mnie leżącej na podłodze tego zapomnianego przez Boga sklepu i faceta, który nic sobie nie robił z krwi wypływającej spod regału wydzielającego dwie alejki. Ta scena rozgrywała się jakby w zwolnionym tempie. Krzyki innych uwięzionych ludzi. Gangster, który spuszcza spodnie i chwyta za moje dżinsy. Ja obserwująca bez słowa jego poczynania, ale starająca się odepchnąć natrętne łapska.

Pamiętam dźwięk dzwonka nad drzwiami, który wybrzmiał w moich uszach niczym salwa.

Pamiętam dźwięk kroków.

Kogoś przeklął.

Zapamiętałam też odgłos odbezpieczanego pistoletu. Nie byłam pewna, skąd wiedziałam, co oznaczało to ciche kliknięcie, ale nie dało się go pomylić z niczym innym. W mózg wrył mi się grymas na twarzy bandziora ulokowanego już między moimi nogami, gdy poczuł zimną stal na potylicy. Jednocześnie spojrzeliśmy na mężczyznę w ciemnym garniturze. Ubrany na czarno od stóp do głów przypominał anioła ciemności. Jego pistolet odbijał światło fluorescencyjnych żarówek. Miałam wrażenie, że błyszczał. Nieznajomy kazał mi do siebie podejść. Posłuchałam. Z trudem podniosłam się na nogi i skierowałam w jego stronę. Zerknął w dół na moje rozpięte spodnie, a potem spojrzał mi w twarz. Położył jedną dłoń z tyłu głowy i przyciągnął do silnego ciała. Nakazał zamknąć oczy i zakryć uszy. Powiedział, że postara się, aby krew na mnie nie trysnęła.

Nie zastanawiałam się. Spełniłam każde polecenie. Przycisnęłam dłonie do uszu, lecz nie uchroniło mnie to przed przeraźliwym odgłosem wystrzału.

Udało mi się jednak o wszystkim zapomnieć. Zamknąć w skrzyni niepamięci – aż do dzisiaj. Ciągle słyszałam w głowie jego słowa. Tak wiele lat po tamtym okropnym dniu rozpoznałam tembr głosu mężczyzny. Kucałam za rozpadającą się maszynerią w opuszczonym magazynie, starając się pozostać niezauważona.

„Niewłaściwe miejsce, niewłaściwy czas, skarbie”.

Skarbie. Nie wymażę z pamięci tego głosu. Nigdy nie zapomnę, w jak naturalny sposób nazwał mnie skarbem. Rozpoznałam go. Nieznajomy w garniturze – mój anioł ciemności. Mężczyzna, który zabił bez mrugnięcia okiem i tym samym ocalił mi życie. Miałam pewność, że to on. Był tutaj.

Gdy spojrzał w kierunku mojej kryjówki, wiedziałam, że się zdradziłam. Być może usłyszał jak wali mi serce, zagłuszając każdy inny dźwięki.

Kiedy mnie znajdzie, z pewnością nie będę mogła liczyć na ratunek.

1
SERGIO

Kurwa. Nienawidziłem tych pieprzonych magazynów. Były zakurzone i zawsze lodowate.

Towarzyszyło mi dwóch ludzi, którzy obstawiali obie moje strony. Czterech kolejnych żołnierzy szło za nami, a na zewnątrz czekał ich ponad tuzin. Wszystko po to, żeby wywrzeć odpowiednie wrażenie. Joe i Lance Vitelli pozwolili sobie na zbyt wiele.

Lance. Kto, do cholery, nazywa tak dzieciaka w tym biznesie? Nic dziwnego, że fikał. Próbował udowodnić, że nie był pizdą, za jaką go uważano.

Nasze kroki odbijały się echem w starej maszynowni. Podążałem za wujem Romanem przez główną halę aż na tyły magazynu. To właśnie tam trzymaliśmy braci. Do pomieszczenia nie prowadziły żadne drzwi, a blask pojedynczej żarówki kontrastował z egipskimi ciemnościami panującymi w pozostałej części budynku.

Najpierw usłyszałem dźwięk pięści zderzającej się z ciałem, a następnie stęknięcie. Wiedziałem, że mógł je wydać Joe lub Lance. Innej możliwości nie było. Strzepnąłem kłaczek z rękawa i poprawiłem mankiety, gdy zbliżaliśmy się do wejścia. Roman wszedł do kanciapy i stanął z boku, składając dłonie. Omiótł wzrokiem rozgrywającą się scenę, potem spojrzał na mnie, skinął lekko głową i czekał.

Wkroczyłem do pomieszczenia. Wykręciłem głowę, aż głośno strzyknęło między kręgami. Czułem zmęczenie, bo ostatniej nocy kiepsko spałem.

Powitał mnie dobrze znany widok. Winowajcy siedzieli na krzesłach z prostymi oparciami, ale nie zostali skrępowani. Na białej koszuli Joego znajdowały się świeże ślady krwi. Pewnie to on zarobił ostatni cios pięścią.

– To obrzydliwe. Przykryjcie czymś jego nos – poleciłem jednemu ze swoich ludzi.

– Jest, kurwa, złamany – jęknął Joe, podnosząc paskudną szmatkę, którą ktoś mu rzucił.

Podszedłem do niego. Pochyliłem się, po czym przysunąłem twarz do obitej gęby najbliżej, jak się dało.

– Masz szczęście, że nie ty jesteś złamany. Trochę wdzięczności albo to się zmieni.

Wciągnął głośno powietrze i przygryzł wargę, żeby czegoś nie chlapnąć.

– Sergio – zaczął Lance. Był starszym z braci. Może tym trochę mądrzejszym, bo nie dostrzegłem w nim brawury i wyczuwałem strach przed śmiercią. Albo przede mną. Wyprostowałem się i odwróciłem w jego kierunku.

– Panie Benedetti – poprawił się.

Czekałem.

– Mój brat spieprzył sprawę, ale już to naprawiliśmy. Dziewczyny wróciły do domu. Nie ma problemu, prawda? – Próbował się uśmiechnąć, ale bezskutecznie. Kąciki ust opadły mu z powrotem.

– Na czyim terytorium żyjecie? – zapytałem. Nic nie zapowiadało, że ta cholernie długa noc dobiegnie końca. Czułem się coraz bardziej zmęczony, więc postanowiłem przejść do sedna.

– Pańskim, proszę pana – odpowiedział.

– Na czyim terytorium żyją wasze rodziny? Matki, siostry, żony, córki.

Mógłbym przysiąc, że gdy wszedłem do pomieszczenia twarz Lance’a zrobiła się biała jak płótno. Teraz przybrała szarawy odcień.

– Pańskim, panie Benedetti. Na terytorium Benedettich.

Skinąłem głową i przeniosłem spojrzenie na Joego.

– Komu twój ojciec przysięgał lojalność swojej rodziny? – Joe zmrużył oczy, zdając sobie sprawę ze znaczenia tego pytania. Gdy milczenie się przedłużało, Lance odchrząknął i chciał coś powiedzieć, ale go powstrzymałem. – Pytam twojego pieprzonego brata.

– Benedettim – odparł Joe przez zaciśnięte zęby.

– DeMarco również byli nam lojalni, aż pewnego dnia przestali – przypomniałem im.

To, co przytrafiło się tej rodzinie, powinno służyć za wystarczające ostrzeżenie. Sytuacja, w której się znalazła, i fakt, że musiała poświęcić Lucię DeMarco, ukochaną córkę, powinny dać im do myślenia. Mój ojciec miał rację co do strachu. Samo przerażenie jednak nie wystarczyło. Potrzebna była bezwzględność. To ona zapewniała szacunek w tym biznesie.

Franco Benedetti posiadał tę cechę.

A ja byłem jego synem.

– Macie siostrę, prawda? – zapytałem. – Anna, zgadza się? Ile teraz ma lat?

Starszy z braci tylko na mnie spojrzał, nie potrafiąc zachować zimnej krwi. Oczy niemal wyskoczyły mu z orbit.

Mogłem nie zgadzać się ze sposobem, w jaki ojciec zajął się córką wroga, ale potrafiłem to zrozumieć.

– Jest w wieku młodszej DeMarco, mam rację?

– Ma tylko szesnaście lat, proszę pana – odpowiedział Lance prawie szeptem.

– Czyli dokładnie tyle, co Lucia, gdy jej rodzina przegrała z nami wojnę. – Nie musiałem mówić nic więcej.

– Sergio… – zaczął. – Panie Benedetti…

Podniosłem dłoń, nakazując mu milczenie.

– Wyjaśnijmy coś sobie. Tym razem dostaniecie jedynie ostrzeżenie, ponieważ znałem waszego ojca. Traktowaliśmy go jak przyjaciela rodziny. Jeśli jednak jeszcze raz przekroczycie granicę, konsekwencje będą bardziej… trwałe.

Lance przełknął ślinę.

– Benedetti nie parają się handlem ludźmi. Czy to jasne?

– Tak jest, proszę pana – odpowiedział szybko. Spojrzałem na Joego. Gdyby potrafił zabijać wzrokiem, pewnie leżałbym już martwy u jego stóp.

Złapałem go za włosy i odchyliłem mu głowę do tyłu.

– Czy to, kurwa, jasne?

Jeden z moich ludzi odbezpieczył broń i starszy Vitelli jęknął jak pieprzona dziewczyna.

– Jesteś twardzielem, co? – zapytałem, ignorując skomlenie gnojka obok. – Życie w cieniu starszego brata jest do dupy, nie?

Wypuścił powietrze i odwrócił ode mnie wzrok, ale nie zaszczycił Lance’a nawet spojrzeniem. Trafiłem w czuły punkt. Joe przypominał Dominica, mojego najmłodszego brata. On też zdawał sobie sprawę, że nigdy nie zostanie głową rodziny, i cholernie go to dręczyło.

– Czy wyraziłem się jasno? A może mam was ukarać dla przykładu? – Zacisnąłem dłoń mocniej, krzywiąc się z niesmakiem, gdy poczułem, jak wiele żelu wtarł we włosy. Wystarczyłby jeden precyzyjny ruch, żeby skręcić mu kark. Szybko i czysto. Żadnej krwi na moim garniturze. I młodszy Vitelli doskonale o tym wiedział.

– Wszystko jasne – odparł.

Puściłem go, wytarłem dłoń o spodnie i stwierdziłem, że lekcja jeszcze nie dobiegła końca.

– Teraz udowodnisz mi swoją lojalność i okażesz wdzięczność za szczodrość, którą otrzymałeś od mojej rodziny mimo tego niefortunnego zdarzenia. – Cofnąłem się, żeby dać mu przestrzeń. Wiedział, czego oczekiwałem. Cena może i była dla niego wysoka, ale miałem pewność, że to zrobi. Cierpliwie czekałem.

– Nie sprzeciwiaj się – rozkazał bratu Lance, gdy ten nie wykonał nawet najmniejszego ruchu.

Twarz młodszego Vitellego płonęła czerwienią, a oczy wypełniała wściekłość. Wkrótce jednak nogi krzesła zaszurały po cementowej podłodze i Joe padł przede mną na kolana.

Spojrzałem na niego. Dałem więcej przestrzeni. Uśmiechnąłem się szeroko, gdy schylił głowę i dotknął ustami czubka mojego buta. Miałem ochotę kopnąć skurwysyna, ale tego nie zrobiłem. Uważałem się za człowieka honoru i dotrzymywałem słowa. Ofiarowałem im jeszcze jedną szansę.

Jakiś hałas dobiegł z metalowej rampy, zawieszonej wzdłuż ścian budynku. Spojrzałem w tamtą stronę. Nad nami rozciągał się taras widokowy, służący do nadzorowania fabryki.

Zastanawiałem się, czy inni również usłyszeli ten dźwięk. Rzuciłem okiem na Romana i domyśliłem się, że on też zwrócił na niego uwagę. Reszta nie zareagowała. Skinąłem wujowi. Wyszedł z pomieszczenia, a za nim niczym cienie podążyło dwóch moich ludzi.

Przeniosłem wzrok z powrotem na przedstawienie rozgrywające się przede mną, byłem jednak niezwykle świadomy otaczającego mnie świata. Chciałem wychwycić każdy ruch, bo coś mi mówiło, że to nie mysz narobiła hałasu.

– Zabierzcie ich stąd – poleciłem żołnierzom, którzy stali za braćmi.

– Tak jest, proszę pana.

Obserwowałem, jak brutalnie wyprowadzają Vitellich. Potem zwróciłem się do reszty swoich ludzi:

– Wy też wyjdźcie.

Zgasiłem światła i słuchałem echa oddalających się kroków ochroniarzy opuszczających budynek. Sięgnąłem po pistolet znajdujący się w kaburze pod płaszczem i ruszyłem cicho w kierunku, z którego dobiegł tajemniczy dźwięk.

2
NATALIE

Od kilku minut panowała głucha cisza, ale wciąż czułam zbyt duży strach, by się poruszyć. Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam i usłyszałam. Benedetti. Znałam to nazwisko. Mężczyzna w garniturze, który kiedyś ocalił mi życie, chyba usłyszał, że potrąciłam stopą metalową śrubę leżącą na podeście. Miałam nadzieję, że tylko mi się wydawało, bo facet nic nie powiedział, tylko kontynuował przesłuchanie.

Strzyknęło mi w kolanach, gdy wreszcie odważyłam się wyprostować. Zbyt długo trwałam w jednej pozycji, starając się nie zdradzić. Wstrzymałam oddech i wytężyłam wzrok. Budynek spowijała ciemność, ale nie odważyłabym się użyć latarki w telefonie.

Zrobiłam dwa kroki i wyjrzałam zza maszyny. Pomieszczenie było puste. Podkradłam się do schodów. Wsunęłam telefon do torebki. Serce waliło mi w piersi, kiedy chwyciłam lodowatą poręcz i na wciąż chwiejnych nogach zaczęłam schodzić. Dotarłam do ostatniego stopnia i tylko jeden krok dzielił mnie od podłogi, gdy zabrzmiał dźwięk odbezpieczanego pistoletu. Po raz drugi w swoim życiu usłyszałam go tak blisko. W tej samej chwili czyjaś dłoń zacisnęła się wokół mojego gardła, a plecy przywarły do twardej jak stal klatki piersiowej.

Wrzasnęłam, kiedy zapaliły się światła i zobaczyłam przed sobą trzech mężczyzn. Dwóch wyglądało na zwykłych zbirów, ale trzeci – wyraźnie od nich starszy – nosił gustowny garnitur. Nie widziałam twarzy tego, który mnie trzymał, ale czułam przystawioną do skroni lufę pistoletu.

– Złapałem mysz – powiedział niskim głosem.

Nikt się nie uśmiechnął. Wszyscy wlepiali we mnie wzrok. W dłoniach trzymali broń.

– Magazyn jest czysty – oznajmił jeden.

– Powinien zostać sprawdzony przed spotkaniem – odparł trzymający mnie facet.

Poluzował chwyt na moim gardle, a potem mnie odepchnął. Opuścił pistolet i zabezpieczył go.

Z trudem łapałam oddech. Nieudolnie się cofnęłam, potykając o własne nogi. Pasek torebki ześlizgnął mi się z ramienia, a jej zawartość z łoskotem wylądowała na brudnej podłodze. Padłam na kolana. Mężczyzna, który mnie wcześniej trzymał, nagle znalazł się tuż obok i z zaskoczenia zaczęłam hiperwentylować. Mimowolnie podążyłam wzrokiem za szminką, turlającą się w stronę jego buta. Był tak perfekcyjnie wypolerowany, że mogłam w nim zobaczyć własne przerażone odbicie.

Facet złapał garść moich włosów i zacisnął na nich pięść, aż jęknęłam z bólu. Potem za nie szarpnął, zmuszając mnie do poderwania się na nogi. Stanęłam na palcach, by choć trochę zniwelować cierpienie. Przyciągnął mnie do siebie.

– Małą, podstępną mysz.

Poznałam go. To on dowodził. Zwracali się do niego „panie Benedetti”. W jego oczach dostrzegłam jedynie mrok i pustkę.

– Sergio – odezwał się starszy mężczyzna.

Tak, to imię zdecydowanie do niego pasowało.

Przerwał kontakt wzrokowy, ale nie poluzował uścisku. Starałam się wyrwać, jednak każda próba przynosiła odwrotny skutek do zamierzonego – ręce jeszcze mocniej zaciskały się na moim ciele. Dałam za wygraną i przeniosłam spojrzenie na starszego mężczyznę.

– Spóźnisz się na spotkanie. Zajmę się tym.

Co to miało znaczyć? Przez „tym” miał na myśli mnie?

Sergio znów popatrzył mi w oczy. Nie widziałam wyraźnie jego twarzy, bo zbierające się w nich łzy zamgliły obraz. Dostrzegłam jedynie, że przechylił głowę na bok i uważnie mi się przyglądał.

– Ty poprowadź spotkanie, wuju. Ja zajmę się naszą wścibską myszą.

Posłał mi uśmiech i jeszcze mocniej przyszpilił mnie do swojego ciała. Nie potrafiłam już powstrzymać płynących po policzkach strumieni.

– Mam ci kogoś zostawić? – zapytał starszy mężczyzna. – Czyściciela?

„Czyściciela?”

– Poradzę sobie – odpowiedział mój oprawca, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku. Odniosłam wrażenie, że widok zapłakanej kobiety sprawiał mu satysfakcję.

– Do zobaczenia jutro – pożegnał się jego wuj i chwilę później zostaliśmy sami. Kroki trzech mężczyzn cichły w oddali.

– Kim jest czyściciel? – zapytałam ledwie słyszalnym głosem. Nie miałam pojęcia, dlaczego akurat to wydostało się spomiędzy moich warg.

Sergio się nachylił.

– Nie zaprzątaj sobie tym głowy, myszko. Kim jesteś i co tu robisz?

Zatrzęsłam się ze strachu. Pomyślałam, że zaraz zwymiotuję albo się zsikam. Albo zrobię te dwie rzeczy jednocześnie, co z pewnością zdenerwowałoby go.

Nadal uważnie mi się przyglądał, jakby potrafił wydobyć ze mnie informacje samym wzrokiem. Nagle zrobił coś kompletnie zaskakującego. Uniósł dłoń i przejechał kciukiem po mojej twarzy, rozsmarowując łzy na policzku. Patrzył na nie przez długą chwilę.

– No więc? – ponaglił, zmuszając mnie do uniesienia głowy i spojrzenia mu w oczy.

– Ja… Ja…

– Ja… Ja… – powtórzył drwiąco i nagle mnie puścił.

Zachwiałam się.

– Gleba – warknął niskim, rozkazującym tonem, wskazując na podłogę.

– C… Co?

Zamrugałam i popatrzyłam na rozrzuconą po podłodze zawartość torebki. Przypomniałam sobie, jak tamten mężczyzna uklęknął, gdy usłyszał polecenie, i ucałował jego but. Chyba nie wymagał tego ode mnie?

– Masz problemy ze słuchem?

Zerknęłam na niego zdezorientowana.

Pokręcił głową.

– Twój portfel. Podaj mi go.

Niewiele myśląc padłam na kolana, bo i tak ledwie utrzymywałam się w pionie. Drżącymi dłońmi podniosłam, a następnie podałam mu małą portmonetkę.

Otworzył ją, wyjął prawo jazdy, a resztę bezceremonialnie rzucił na brudny beton.

– Natalie Gregorian – odczytał głośno. – Asbury Park? – Uniósł brwi. – Jesteś daleko od domu, co?

– Od domu rodziców – dopowiedziałam, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

– Co robisz w Filadelfii?

– Studiuję. Na Uniwersytecie Pensylwanii.

– Och. – Spojrzał ponownie na prawo jazdy, a następnie wsunął je do kieszeni. – A co robisz w tym magazynie pośrodku niczego? I to akurat tej nocy?

– Przygotowuję projekt.

Tak naprawdę postanowiłam tu przyjechać w ostatniej chwili. Podjęłam spontaniczną decyzję.

Brwi Sergia powędrowały w górę.

– Studiuję architekturę. Przyszłam zrobić zdjęcia – zaczęłam paplać. – Jeden z moich profesorów co roku oferuje staż i miałam nadzieję, że zwrócę jego uwagę tym projektem. – Przygryzłam wargę, żeby w końcu się zamknąć.

Teraz to Sergio wyglądał na zdezorientowanego.

– Usłyszałam jakieś męskie głosy, przestraszyłam się i… ukryłam. – „Zamknij się! Zamilcz, do cholery! Po prostu się nie odzywaj”. – Nikogo nie powinno tu być – dodałam bezsensownie, nie słuchając własnej rady.

– Włącznie z tobą. Ten budynek jest przeznaczony do rozbiórki.

Gapiłam się w jego oczy, a waga tego, czego stałam się mimowolnym świadkiem, zaczęła do mnie docierać.

– Proszę, nie rób mi krzywdy. Nic nie widziałam.

– Naprawdę?

Pokiwałam głową i grzbietem dłoni nieelegancko wytarłam nos, którym wciąż pociągałam. Nawet nie starałam się powstrzymać płynących po policzkach łez.

– Gdzie twój samochód?

– Przyjechałam autobusem. Nie mam auta.

– Słucham? Przyjechałaś tu autobusem? – Spojrzał na mnie tak, jakby właśnie usłyszał, że skolonizowaliśmy Marsa.

– Zatrzymuje się cztery przecznice stąd.

Zerknął na zegarek.

– Podaj mi swój telefon – polecił.

Zrobiłam to.

– Hasło?

– Cztery zera.

Posłał mi drwiące spojrzenie.

– To stary rzęch – dodałam, choć to przecież nie tłumaczyło, dlaczego nie wymyśliłam silniejszego pinu. Zresztą komórka nigdy nie działała tak, jak powinna. Nie podejrzewałam, że wpadnie w ręce bandyty.

– Hmm.

Wbił kod i usiadł na jednym z krzeseł. Obserwowałam go, gdy przeglądał zawartość telefonu. Moje wspomnienie nijak się miało do rzeczywistości. Był wysoki – przynajmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów, jeśli nie więcej – i muskularny. Rozstawił szeroko nogi i pochylił się do przodu z rękoma opartymi na udach. W tej pozycji mięśnie rozsadzały garnitur, który opinał się na ramionach i udach. Chyba zbliżał się do trzydziestki. Wyglądał młodziej, niż się spodziewałam.

Podniósł głowę i wyciągnął komórkę w moją stronę.

– Kto to? – spytał.

Na ekranie zobaczyłam siebie i Drew, chłopaka, którego z czystym sumieniem mogłam nazwać najlepszym przyjacielem. Znaliśmy się od liceum.

– Drew.

– Twój facet?

Pokręciłam głową, zastanawiając się, dlaczego o to zapytał.

Sergio ponownie skupił się na przeglądaniu galerii.

– Robiłaś tylko zdjęcia na zajęcia z architektury? – zapytał, kolejny raz pokazując mi wyświetlacz.

Zobaczyłam fotkę, którą pstryknęłam, gdy wprowadzili do pomieszczenia dwóch mężczyzn. Nie miałam pojęcia, co mnie podkusiło, by to uwiecznić.

– To przez przypadek.

– Jakim cudem przypadkowo znalazło się w telefonie, jeśli zachowałaś na tyle rozsądku, żeby się ukryć?

Nie potrafiłam odpowiedź na to pytanie.

– Możesz sprawdzić. Mam tam sporo zdjęć magazynów. – Zaczęłam się podnosić, żeby do niego podejść i mu pokazać. Zatrzymał mnie uniesieniem dłoni.

– Zostań.

Posłuchałam.

Upuścił telefon na beton i wstał, a potem przystawił obcas do ekranu i go zmiażdżył.

– Nie! – Podpełzłam na czworakach i starałam się wyciągnąć komórkę spod jego buta. Miałam nadzieję, że uda mi się ją uratować, choć wyraźnie usłyszałam, jak wyświetlacz pęka.

Znów zacisnął pięść na moich włosach i szarpnął, aż uklękłam. Przykucnął, a nasze oczy znalazły się prawie na tej samej wysokości. Nie pozwolił mi odwrócić głowy.

– Skarbie, masz teraz poważniejsze problemy niż zniszczony telefon.

„Skarbie”.

Powiedział to niedbale, nie zdając sobie sprawy, że już kiedyś mnie tak nazwał.

– Proszę, nie rób mi krzywdy. Naprawdę nie szpiegowałam. Nie przyszłam tu w tym celu. Ja…

– Przestań się mazać – rzucił i puścił moje włosy, po czym wstał. – Ogarnij się.

Skinęłam głową. Usiadłam na zimnej podłodze, dalej mu potakując.

Zaśmiał się.

– Miałem na myśli twoje rzeczy. Zbierz je do torebki.

– Och.

Spojrzałam na rozsypaną zawartość. Zaczęłam podnosić kolejne przedmioty, w przerwach wycierając nos o wierzch dłoni. Łzy kapały na beton. Zastanawiałam się, co się ze mną stanie. Nie zadzwoniłam wczoraj do mamy. Teraz pewnie się martwiła. Powinnam pogadać z nią przed przyjazdem tutaj. I z tatą. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam. Cholera. Co pomyślą, jeśli dzisiaj też się z nimi nie skontaktuję? Czy w ogóle znajdą…

– Natalie – odezwał się Sergio niskim głosem.

Oparł dłonie na biodrach i pochylił się nade mną.

– Proszę, nie rób mi krzywdy – załkałam głośno. – Przepraszam. Tak bardzo mi przykro.

– Chryste, wierzę ci. Niewłaściwe miejsce, niewłaściwy czas.

Zamarłam. Przez chwilę pomyślałam, że mnie rozpoznał, choć byłam wtedy dzieckiem. Nie. To niemożliwe. Gdy się odezwał, zyskałam pewność, że jednak mnie nie kojarzył.

– Nie wydaje mi się, żebyś zakładała różową kurtkę, gdybyś próbowała pozostać incognito. Wtopić się w otoczenie i w ogóle. Niestety usłyszałaś za dużo.

– Nikomu nie powiem. Nie pisnę nawet słowa. Już o tym zapomniałam. Nie wiem nawet, o co chodziło.

Pokręcił głową.

– Wstawaj.

Sięgnęłam po telefon, który jako jedyny leżał jeszcze na podłodze.

– Zostaw go.

Wlepiłam spojrzenie w zniszczony aparat. I tak już by mi się nie przydał, więc dałam sobie spokój i wstałam.

– Chodźmy – mruknął, chwytając mnie za ramię i obracając w stronę wyjścia.

– Dokąd?

– Do mojego domu.

– Dlaczego? – Cofnęłam się, nie chcąc być tak blisko niego.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Muszę pomyśleć, co z tobą zrobić.

3
SERGIO

Dziewczyna siedziała na fotelu pasażera i nerwowo zaciskała dłonie na kolanach. Spoglądała przez szybę rozszerzonymi ze strachu oczami, gdy mijaliśmy wyjazd z miasta. Nie pisnęła nawet słowa, tak jak obiecała. Miała do wyboru to albo jazdę w bagażniku. Prawdę mówiąc, nie zamierzałem zapewnić jej takiej atrakcji, ale nie musiała o tym wiedzieć. I tak była śmiertelnie przerażona.

Wierzyłem jej.

Nie sądziłem, że znalazła się w magazynie, aby nas szpiegować. Mogłem nawet założyć się o własne życie, że wcześniej nie miała pojęcia o istnieniu Benedettich.

Sugestię wuja dotyczącą skorzystania z usług czyściciela uważałem, delikatnie mówiąc, za radykalną, ale Romanowi zależało jedynie na interesach. Zerknąłem na dziewczynę. Gdyby decyzja nie zależała ode mnie, to pewnie potrzebowalibyśmy kogoś od brudnej roboty. W tej branży istnieli faceci, którzy czerpali chorą przyjemność z karania innych. Biznes to biznes. Robiłem to, co musiałem. Lecz przelewanie niewinnej krwi nie wywoływało u mnie wzwodu.

Skręciłem w zjazd, a Natalie zesztywniała na siedzeniu.

– Gdzie jest twój dom?

– W Chestnut Hill.

Skinęła głową. Zapanowała między nami niezręczna cisza.

– Nie masz innych pytań?

– Co zamierzasz ze mną zrobić?

Ach. W końcu spytała o coś, co miało znaczenie. W zasadzie jeszcze nie postanowiłem, co z nią zrobię. Musiałem dopilnować, żeby nie puściła pary z ust. Powinna się bardzo bać, żeby to, co zobaczyła, nie ujrzało światła dziennego.

– Ukarać cię – odpowiedziałem.

– Ukarać mnie? – powtórzyła łamiącym się głosem. Skinąłem głową, jednocześnie klucząc przez puste, ciemne ulice prowadzące do mojego domu. Zwykle nie miałem do czynienia z tego typu kobietami. W sumie nie byłem pewny, po co zabierałem ją do siebie.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmiłem, naciskając przycisk, żeby otworzyć wysoką kutą bramę odgradzającą nas od małego osiedla.

Skręciłem w uliczkę, przy której mieszkałem. Miałem jedynie dwóch sąsiadów, a i tak wszystkie trzy posiadłości zostały oddzielone kamiennymi murami. Prywatność przede wszystkim. Czasami tylko się zastanawiałem, co mieszkańcy ukrywali za ogrodzeniami.

Zatrzymałem się na podjeździe i zgasiłem silnik. Wysiadłem i podszedłem do drzwi po stronie dziewczyny. Nadal miała zapięte pasy. Wpatrywała się w wielką kamienną budowlę z potężnymi kolumnami i ogromnymi, ręcznie rzeźbionymi drewnianymi drzwiami wejściowymi. Otworzyłem drzwi auta, a ona aż podskoczyła ze strachu. Cofnąłem się i wskazałem dłonią, żeby wysiadła.

Kiedy się nie poruszyła, pochyliłem się i wypiąłem ją z pasów. Chwyciłem za ramię, zachęcając do wyjścia. Szarpnęła się, ale nie miała gdzie uciec, więc poddała się mojej woli. W chwili, gdy ją puściłem i odwróciłem się do drzwi wejściowych, wystartowała. Pobiegła w stronę, z której przyjechaliśmy. Dotarła do zamkniętej bramy, wysokiej prawie na trzy metry. Szansa, że się wydostanie, była minimalna.

Nie miałem nic przeciwko ściganiu myszy. Szczególnie tych ładnych.

I tak właśnie uczyniłem.

Ruszyłem za uciekinierką przez wypieszczony trawnik. Mogłem z łatwością ją wyprzedzić, ale tego nie zrobiłem. Podobało mi się to. Zabawa dopiero się zaczynała. Przyśpieszyłem, nim dotarła do granicy posiadłości. Chwilę później popchnąłem ją na ziemię i mocno docisnąłem.

Uderzyła głucho o glebę. Odebrało jej oddech, a mój ciężar nie ułatwiał dziewczynie nabrania powietrza.

Oparłem się na łokciach.

– No i zobacz, co zrobiłaś – powiedziałem niskim głosem. – Ubrudziłaś mój płaszcz. I swoje ubrania.

– Proszę, nie rób mi krzywdy! – błagała rozpaczliwie. Wlepiłem spojrzenie w drobną twarz. Patrzyłem, jak się opiera i walczy. Pozwoliłem na to. Chciałem, by się zmęczyła.

Ziemia była zimna. Zamarznięta przez mrozy, które ostatnio panowały. Podniosłem się na kolana. Uwięziłem jej biodra między swoimi udami i ścisnąłem. Gdy spróbowała mnie z siebie zepchnąć, złapałem za wątłe nadgarstki i pociągnąłem je nad głowę dziewczyny. Chwyciłem oba jedną dłonią i pochyliłem się nad nią nisko.

– Będziesz teraz grzecznie robić to, co ci każę? – zapytałem.

Próbowała się wyrwać. Bezskutecznie.

– Natalie? Będziesz teraz grzecznie robić to, co ci każę? – powtórzyłem.

– Jeśli tam wejdę, skrzywdzisz mnie?

– Gdybym zamierzał cię skrzywdzić, to nie sądzisz, że zrobiłbym to już w magazynie?

Zastanowiła się chwilę nad moimi słowami.

– Po co miałbym zabierać cię do swojego domu? Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że mogłabyś zostawić DNA czy coś takiego?

Otworzyła szeroko oczy.

– Chryste, żartuję. I nie zamierzam cię krzywdzić, ale zrobię to, jeśli będę musiał.

Przełknęła ślinę, nie spuszczając ze mnie spojrzenia. – Wejdziemy do środka i załatwimy sprawę. Jeśli wypełnisz każde polecenie, ani się obejrzysz, a znajdziesz się z powrotem w domu. Możesz to sobie ułatwić albo utrudnić. Wybór należy do ciebie.

Nie odezwała się.

– Zrozumiałaś? – spytałem.

Skinęła głową.

– A, i dla jasności, powtórna ucieczka jest jednoznaczna z utrudnianiem, kapujesz?

– Tak.

Wstałem i wyciągnąłem dłoń. Zignorowała ją i podniosła się sama. Tym razem, gdy zmierzałem w stronę domu, poszła za mną.

Wnętrze spowijał mrok z wyjątkiem jednej przyćmionej lampy w salonie i światła nad kuchenką. Odwróciłem się do Natalie, która oglądała wszystko z zachwytem.

Rezydencja faktycznie robiła wrażenie. Ogromna i stara, ale całkowicie odremontowana. Z imponującymi schodami na samym środku, kuchnią po lewej stronie, salonem zajmującym tylną połowę budynku oraz gabinetem na prawo zapierała dech w piersiach. Wszystkie okna miały eleganckie ołowiane kratki, które nadawały całości mroczny, niemalże gotycki akcent.

– Jest ładny – szepnęła, gdy obróciła się i dostrzegła, że ją obserwuję.

– Dzięki.

Zdjąłem płaszcz i powiesiłem go na wieszaku, a potem zrobiłem to samo z jej kurtką puchową, gdy mi ją podała. Co prawda już w magazynie zauważyłem, że była bardzo mała, ale w samej bluzce i dżinsach wydawała się wręcz filigranowa.

Wszedłem do salonu, a dziewczyna podążyła za mną. Skierowałem się prosto do barku i wyciągnąłem whiskey oraz dwie szklanki. Natalie stanęła przy wejściu, rozglądając się wokół, i nerwowo pociągnęła rękawy, żeby wsunąć kciuk w dziurę w okolicach nadgarstka.

Wziąłem szkło i butelkę, po czym usiadłem na kanapie i rozlałem nam bursztynowy płyn.

– Podejdź tu.

Objęła się ramionami, ale spełniła rozkaz.

– Masz. – Wyciągnąłem w jej kierunku szklaneczkę. Spojrzała na nią, ale nie wykonała żadnego ruchu. – Uspokoi cię.

– Co to? – zapytała.

– Whiskey.

Wzięła alkohol i pociągnęła maleńki łyk. Skrzywiła się, gdy przełknęła trunek.

Kiedy opróżniłem swoją, nalałem od razu drugą kolejkę, a następnie pochyliłem się, żeby włączyć lampę, która stała obok. Rozparłem się na kanapie, zakładając nogę na kolano i wyciągając ramię wzdłuż oparcia. Uważnie przyjrzałem się dziewczynie. W magazynie miała delikatny makijaż, ale teraz łzy rozmazały tusz do rzęs po gładkim policzku. Kształt oczu przypominał migdał, a ich kolor w tym świetle wydawał się niemal czarny. Podobała mi się jej ciemniejsza karnacja – jakby moja zakładniczka dopiero wróciła z wakacji, a jej skóra nosiła ślady opalenizny. Nie potrafiłem stwierdzić, jaką długość miały ciemne włosy, ponieważ związała je w niedbały koczek. Nadal przygryzała dolną wargę, która przez to odrobinę spuchła.

– Co zrobili tamci mężczyźni? – zapytała, czym mnie zaskoczyła.

Uśmiechnąłem się.

– Nie zawracaj sobie tym głowy – odparłem. Stała, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, a ja przez chwilę milczałem. – Wiesz, kim jestem? – Byłem pewny, że słyszała moje nazwisko więcej niż raz.

Spuściła wzrok i przez moment myślałem, że może zastanawia się nad kłamstwem, ale wreszcie skinęła głową.

– Kim?

– Mafiozą.

– Jak się nazywam?

– Sergio Benedetti.

– Znasz moją rodzinę?

– Nie bardzo. Słyszałam nazwisko, to wszystko.

– Wypij swojego drinka.

Posłusznie wzięła kolejny łyk.

– Mam jutro zajęcia – rzuciła.

Skinąłem głową i też uraczyłem się alkoholem.

– Co zamierzasz zrobić? – zapytała wreszcie.

– Nic, ale ty się rozbieraj.

– Co? – Zaczęła drżeć, obejmując się mocniej ramionami.

Wyglądała, jakby jeszcze bardziej zmalała.

– Rozbieraj się, Natalie.

– Dlaczego? – pisnęła.

– Zabezpieczenie.

– Dlaczego? – powtórzyła, robiąc krok w tył.

– Bo muszę mieć pewność, że gdy później zawiozę cię do domu, nie opowiesz swoim przyjaciołom o tym, co zobaczyłaś czy usłyszałaś. – Czekałem. Obserwowałem, jak przetwarza słowa. – To jedyny sposób, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo – dodałem, nie mając w sumie pewności czemu.

– Bezpieczeństwo? W jaki niby sposób?

– Zaufaj mi.

– I przed kim? Przed tobą? – Ściągnęła brwi. – Powiedziałeś, że mnie nie skrzywdzisz.

– Powiedziałem, że tego nie zrobię, chyba że mnie zmusisz.

– Już cię zapewniłam, że nie pisnę nawet słowa. Obiecuję. Otarła świeże łzy. Dopiłem drinka, odstawiłem szklankę i wstałem. Zrobiła jeszcze jeden krok w tył, gdy obszedłem stolik kawowy.

– Pamiętaj, na co zgodziłaś się na zewnątrz. – Stanąłem przed Natalie, złapałem ją za ramiona i potarłem je. – Rozluźnij się. Nie masz powodu, żeby się denerwować.

– Nie mam powodu? To nie…

– Powiem ci, co się teraz stanie. Zdejmiesz ubrania, a ja pstryknę parę zdjęć.

– Zdjęć? – spanikowała. – Dlaczego?

– Często się powtarzasz, wiesz? – zapytałem, ale nie oczekiwałem odpowiedzi. – Już mówiłem, to forma zabezpieczenia. Jeśli się wygadasz, fotografie trafią do twoich rodziców, przyjaciół, na ściany uniwersytetu i tak dalej.

– I tak dalej?

– Zaufaj mi, to najprostsza droga.

– Jest alternatywa? – dociekała, uwalniając się z moich rąk.

– Alternatywa byłaby… bolesna.

Przełknęła ślinę.

– Niedobrze mi.

– Nic ci nie będzie. To tylko kilka zdjęć.

Pokręciła głową, a potem potarła twarz dłońmi.

– Nie – powiedziała.

Wskazałem łazienkę, a gdy wyszła z salonu, ponownie zająłem miejsce na kanapie. Nie wracała przez dziesięć minut, ale kiedy znów się pojawiła, wydawała się spokojniejsza. Zdołała ukryć strach za gniewem płonącym w jej oczach.

Ewidentnie ją wkurzyłem.

– Chcesz moje sprośne zdjęcia? – wycedziła. Wzruszyłem od niechcenia ramionami. W pewnym sensie wyglądała zabawnie. Byłem ciekaw, jaką dopingującą przemowę sobie strzeliła, żeby podkręcić emocje do tego stopnia. Praktycznie trzęsła się z wściekłości.

– Myślisz, że możesz mnie szantażować? – Zrobiła krok w przód, a potem znów w tył. – Co, zboczeńcu?

Przeskakiwała z nogi na nogę jak bokser. Zaśmiałem się na ten widok, co tylko jeszcze bardziej ją rozsierdziło. Wreszcie stanęła nieruchomo, zacisnęła dłonie w pięści, opuszczając ręce wzdłuż ciała, i poczerwieniała na twarzy.

– To spróbuj mnie zmusić.

Oparłem się wygodniej i przyjrzałem z uwagą zdenerwowanej dziewczynie. Ciekawe, czy zdawała sobie sprawę, że właśnie uczyniła całą tę sytuację znacznie bardziej interesującą. Niespiesznie odpiąłem mankiety koszuli, podwinąłem rękawy do łokcia i odpowiedziałem:

– Jesteś pewna, skarbie?

– Nie nazywaj mnie tak.

– Jesteś?

– Pierdol się.

– A wydawałaś się taka urocza – stwierdziłem, wstając.

Odwróciła się, żeby uciec z salonu, ale złapałem ją z łatwością, zaciskając dłoń na szczupłym ramieniu. Przyciągnąłem drobne ciało do siebie, po czym przekrzywiłem głowę.

– Myślałem, że dostanę powolny striptiz, ale przy tym będę miał więcej frajdy.

– Puszczaj mnie!

Pochyliłem się i wciągnąłem jej zapach. Poczułem strach, którego już nie potrafiła ukryć. Świadomość, że to ja go wywołałem, podkręciła mnie jeszcze bardziej.

– Pamiętaj, że to ty dokonałaś takiego wyboru. A mogło to być dla ciebie znacznie łatwiejsze.

4
NATALIE

Miałam świadomość, że był o wiele silniejszy ode mnie, ale i tak spróbowałam go odepchnąć. Byłam jednak pewna, że wygrana leży po jego stronie. Dostanie te zdjęcia. Doskonale wiedziałam, że mnie do tego zmusi, ale chciałam przynajmniej zachować okruchy godności.

Kiedy wróciłam z łazienki, już nie miał na sobie marynarki. Patrząc, jak podwijał rękawy koszuli i widząc męskie, muskularne przedramiona, zdałam sobie sprawę z własnej słabości. Ciekawe, czy się tego spodziewał? Czy przewidział, że nie poddam się bez walki? Przygotował się na to?

Na pierwszy ogień poszła bluzka. Usłyszałam trzask rozdzieranego materiału, gdy siłą ją ze mnie ściągał. Szybko się z nią uporał.

Cofałam się przed natarczywymi dłońmi, aż uderzyłam w coś łydkami i poleciałam do tyłu. To była otomana. Upadłam na nią, a Sergio Benedetti natarł na mnie, uśmiechając się szeroko. Szczerzył się szelmowsko, nieprzyzwoicie, aż oczy jasno mu lśniły od nadmiaru emocji. Gdy przykucnął przede mną i złapał za moje botki, kopnęłam go.

Zaśmiał się. Tak po prostu. Nie zrobiło to na nim wrażenia.

– Przestań, jesteś chory!

Zdjął mi buty. Potem uklęknął, chwycił mnie za nadgarstki i wykręcił ramiona.

– Jesteś pewna, że nie chcesz zafundować mi tego striptizu?

– Pierdol się!

– Będę z tobą szczery – mruknął, przysuwając się bliżej. – To mi się bardziej podoba. Lubię, jak jest ostro.

Nie wiem dlaczego, ale doznałam szoku. Rozpiął mi dżinsy. Wymierzałam mu policzek za policzkiem, gdy ściągał je z moich bioder, potem ud i wreszcie stóp.

– Przestań!

– Nie.

Wstał i popchnął mnie. Znowu leżałam płasko na kanapie.

– Wystarczy. Więcej nie zdejmę.

– I tu się mylisz. – Sięgnął w dół i sprawnie odpiął przednie zapięcie w staniku. Teraz biustonosz zwisał swobodnie po obydwu stronach ciała.

Zakryłam piersi dłońmi, żeby ukryć je przed jego wzrokiem.

– Przestań! Proszę, przestań.

Pochylił się nade mną, dociskając mi dłoń do brzucha.

– Za późno, skarbie – mruknął, ściągając ze mnie majtki.

Byłam naga. Całkowicie obnażona, a on stał nade mną i się wpatrywał. Usiadłam. Zakryłam się najlepiej, jak potrafiłam.

– Ty draniu. Nienawidzę cię – wycedziłam drżącym z bezradności głosem.

Wyciągnął telefon i pstryknął zdjęcie. Potem kolejne.

– Ramiona na boki. Chcę wszystko zobaczyć.

Wstałam, a on podszedł do mnie z tym cholernym telefonem, nie przestając fotografować. Zdjęcie za zdjęciem.

Przesunęłam się jeszcze bardziej, aż uderzyłam o ścianę. Stanęłam w rogu. Nie miałam dokąd uciec.

– Proszę, przestań – jęknęłam. – Proszę. – Otarłam twarz wierzchem dłoni, czując wilgoć na policzkach. – Przepraszam. Chciałam tylko zrobić zdjęcia tego durnego magazynu. Naprawdę mi przykro.

Zignorował moje słowa, a ja skuliłam się ze strachu. Dopiero gdy flesz przestał błyskać, odważyłam się spojrzeć w górę. Cofnął się nieznacznie, ale wciąż górował nade mną. Wyglądał zabójczo z tymi ciemnymi włosami, niebieskimi oczami i aurą niebezpieczeństwa, która go otaczała. Mógł mnie zmusić do wszystkiego, czego tylko zapragnął.

Skrzyżowałam kolana i używając rąk, starłam się zakryć jak najwięcej.

Przyglądał mi się przez długi czas, zanim zrobił kolejne zdjęcie. W tym samym momencie odwróciłam twarz w stronę ściany, próbując w ten sposób ją ukryć.

– Patrz na mnie i zabierz ręce – nakazał zupełnie innym tonem niż dotychczas. Zabrzmiał poważnie.

Ta subtelna zmiana sprawiła, że sytuacja nabrała nowego znaczenia. Nie miałam pojęcia, dlaczego przestał żartować. Ale wiedziałam, że od tego nie ucieknę. Musiałam to zrobić. Od początku zdawałam sobie sprawę, jak to się skończy.

– Rób, co mówię, Natalie.

Spełniłam rozkaz. Spojrzałam na niego, odsunęłam ręce, a on zrobił zdjęcie. Już nie uśmiechał się szeroko. Zarozumiałość ulotniła się z jego twarzy. Nie drwił ze mnie, gdy pstrykał kolejne fotki. Nie potrafiłam nawet stwierdzić, czy sprawiało mu to przyjemność.

– Stań prosto.

Posłuchałam, ale nie byłam w stanie dłużej patrzeć na tego mężczyznę. Nie prosto w oczy.

– Odwróć się i połóż ręce na ścianie. – Wykonałam i to polecenie. – Wyżej. Dobrze. Idź tyłem w moim kierunku.

Zrobiłam dwa maleńkie kroczki, ale to wystarczyło. Wiedziałam, czego chciał. Widoku tyłka w pełnej okazałości.

– Teraz spójrz na mnie.

Pokręciłam przecząco głową, czując, jak kosmyki uwolnione z koka łaskoczą mi ramiona. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że podczas walki zgubiłam większość spinek.

– Popatrz tutaj – powtórzył stanowczo.

Zerknęłam na Sergia ponad swoim ramieniem. Może pragnął uwiecznić również płynące po moich policzkach łzy.

– Dobrze.

Kącikiem oka dostrzegłam, że to go podnieciło. Mogło być gorzej. Byłby zdolny, żeby zażądać innej zapłaty.

„Kto powiedział, że tego nie zrobi?”

– Na kanapę. Oprzyj się rękami i kolanami. Tyłek do mnie.

Chciałam szlochać. Pragnęłam, żeby ziemia się otworzyła i pochłonęła mnie w całości.

– Zrób to.

Posłuchałam. Wtedy jednak poczułam jego dłoń na swoim biodrze i podskoczyłam.

– Tylko zdjęcia. Powiedziałeś…

– Tylko fotki – stwierdził zachrypniętym głosem.

Wyciągnęłam szyję, żeby spojrzeć na jego dłoń. Sygnet, który nosił na palcu – wielki, zdobiony i wyglądający na stary – połyskiwał w świetle lampy. Ciemne włoski pokrywały przedramię, a na nadgarstku błyszczał drogi zegarek. Wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że mnie nigdy nie będzie na taki stać. Próbowałam skupić się na tej myśli, gdy rozsunął mi wargi sromowe. Nie wiedziałam jak ani dlaczego, ale poczułam coś dziwnego w brzuchu. Wstrzymałam oddech, a gdy zerknęłam na Sergia, zobaczyłam, że wpatruje się w mój tyłek. Wyraz jego twarzy mnie zaskoczył. Był podniecony, to oczywiste, ale kryło się w tym jeszcze coś mrocznego.

Nie czerpał przyjemności z tego poniżenia. W chwili, gdy cyknął zdjęcie, pośpiesznie wsunął telefon do kieszeni i odsunął się ode mnie.

– Ubieraj się. Skończyliśmy. – Wyszedł z salonu.

Usłyszałam, jak krząta się w kuchni. Otworzył jakąś puszkę napoju gazowanego. Minęła długa chwila, nim się poruszyłam. Moja godność leżała w strzępach na podłodze, tak jak ubrania. Wciągnęłam na siebie majtki i dżinsy. Wsadziłam stanik do kieszeni i założyłam bluzkę. Miała dziurę na szwie. Włożyłam w nią palec, starając się skupić tylko na szkodach wyrządzonych ciuchom. Nie chciałam dopuszczać do siebie myśli o tym, co się właśnie wydarzyło.

Gdy wkładałam buty, Sergio wrócił, już ubrany w płaszcz. Podał mi kurtkę.

Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Chwyciłam okrycie, pośpiesznie nałożyłam i zasunęłam suwak pod samą brodę. Posłusznie podreptałam za nim na zewnątrz. Wsiadłam do samochodu, gdy otworzył drzwi.

– Gdzie cię podrzucić?

Podałam adres. Ruszył we wskazane miejsce. Podczas jazdy żadne z nas się nie odezwało. Milczeliśmy również, gdy zatrzymał się koło mojego domu. Mieszkałam przy Elfreth’s Alley, historycznej ulicy Filadelfii. Rzadko jeździły nią samochody, za co byłam wdzięczna, szczególnie tej nocy.

Gdy sięgnęłam do klamki, żeby otworzyć drzwi, Sergio przerwał ciszę:

– Pamiętaj, co się stanie, jeśli zaczniesz mówić.

– Nigdy nie zamierzałam tego robić.

Wysunęłam się z auta, ściskając w dłoni torebkę. Wygrzebałam klucz z kieszeni, ale Sergio nie odjechał, dopóki nie weszłam do środka. Suczka Pepper, czternastoletni owczarek niemiecki, nie przyszła mnie przywitać. Usiadłam na podłodze swojej kuchni i się rozpłakałam

5
SERGIO

Gdy wróciłem do domu, udałem się prosto do gabinetu. Choć byłem sam, z przyzwyczajenia zamknąłem drzwi. Siedziałem z włączoną lampką na biurku i oglądałem zdjęcia. Przewinąłem każde, studiując twarz dziewczyny. Dostrzegłem jej gniew. Strach. Poniżenie. Widziałem je w tej kolejności. Badałem ją dokładnie. A mój kutas stał.

„Nigdy nie zamierzałam tego robić”.

Od początku byłem pewien, że mówi prawdę. Miała rację, nazywając mnie chorym zboczeńcem. Tylko ktoś popieprzony mógł w ten sposób naruszyć czyjąś niewinność. To nie było koniecznie. Po prostu chciałem to zrobić.

Już dawno pogodziłem się jednak z mroczną częścią siebie. Nie poddawałem jej teraz psychoanalizie.

Ostatnie zdjęcie z moją dłonią na jej tyłku najbardziej przykuwało uwagę. Rodowy sygnet wyeksponowało padające z lampy światło. Duża, męska i twarda dłoń spoczywała na miękko zaokrąglonym pośladku Natalie. To nie lśniący róż jej cipki przyciągał spojrzenie, ale sposób, w jaki na mnie patrzyła tymi ciemnymi oczami, przesłoniętymi przez welon z włosów. Jakby mnie widziała. Prawdziwego mnie. Jakby dostrzegała moje wnętrze.

Wlepiłem w nią wzrok. Nie potrafiłem go oderwać. Nie spodziewałem się, że to dostrzegę. Nie patrzyła z nienawiścią. Nawet nie ze strachem. To było coś innego. Wzbudziło we mnie ciekawość. Jakbym odnalazł w niej coś znajomego.

Wciąż czułem zapach kobiety. Naprawdę się podnieciła czy tylko mój chory umysł sobie to wyobraził? Stworzył coś, co wcale się nie wydarzyło? Zastanawiałem się, co teraz robi. Czy leży w łóżku z dłonią między nogami, przypominając sobie moje ręce na swoim ciele i wzrok wlepiony w najintymniejsze miejsca? Znienawidziłaby się za to. Byłem tego pewien.

Przewinąłem do pierwszego zdjęcia. Tego, na którym siedziała na podłodze, z podciągniętymi kolanami, i dłońmi zakrywała, ile tylko się dało. Wbijała brodę w pierś, a uwolnione z koka kosmyki tworzyły zasłonę, skrywając przede mną drobną twarz. Gdy przyjrzałem się bliżej, zobaczyłem zza nich oskarżycielskie spojrzenie.

Było w tej dziewczynie coś, czego nie potrafiłem określić. To sprawiło, że myślałem o niej jeszcze długo po tym wszystkim, choć powinienem już dawno zapomnieć.

– Zabezpieczenie – powiedziałem do siebie, wstając.

Włączyłem drukarkę i przesłałem do niej zdjęcia. Słuchałem powolnego buczenia, gdy drukowała każde z nich. Patrzyłem na twarz Natalie, kiedy fotografie powolnie wysuwały się z urządzenia, opadając jedna na drugą. Gdy już wszystkie leżały na kupce, schowałem je do zamykanej szuflady biurka, po czym udałem się na górę, żeby zwalić sobie konia.

Pojechałem do niej następnego dnia po południu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a cienie stopniowo się wydłużały. Spojrzałem na zegarek. Kilka minut po szesnastej. Zimowe dni miały to do siebie, że szybko robiło się ciemno. Nie przeszkadzało mi to jak większości osób. Lubiłem mrok.

Nie znalazłem dzwonka, więc zastukałem w krzywe drewniane drzwi, zaglądając przez koronkowe zasłonki do środka. W kuchni nie było nikogo, ale w głębi domu świeciło się światło. Zapukałem ponownie, tym razem głośniej.

– Chwila! – krzyknęła.

Przekręciła zamek i otworzyła. Gdy zdała sobie sprawę kto stoi w progu, gwałtownie wciągnęła powietrze i próbowała zamknąć drzwi z powrotem.

Chwyciłem za klamkę, powstrzymując ją.

– Pepper! – wrzasnęła.

Przez moment patrzyłem na nią zdezorientowany, a potem usłyszałem pojedyncze, zmęczone warknięcie i stukanie psich pazurów o drewnianą podłogę. Suka znów warknęła i wetknęła mokry nos w wąską szparę między drzwiami a futryną. Zauważyłem, że miała już swoje lata. Nie wydawała się groźna.