Salvatore - Knight Natasha - ebook + książka
BESTSELLER

Salvatore ebook

Knight Natasha

4,5

99 osób interesuje się tą książką

Opis

LUCIA

 Wszystko zaczęło się od podpisania kontraktu, najpierw przez niego, potem przeze mnie. Posłusznie odegrałam swoją rolę. Złożyłam podpis i oddałam życie. Mój ojciec nie odezwał się ani słowem, tylko bezsilnie patrzył, jak staję się własnością tych potworów, Benedettich.

Symbolem ich władzy.

 To było pięć lat temu. Teraz nadszedł czas, by Salvatore Benedetti upomniał się o swoją własność. Poprzysięgłam zemstę. Nauczyłam się nienawidzić. Byłam gotowa na wszystko... lecz nie na mężczyznę, który zawładnął moim życiem.

 Spodziewałam się potwora i zamierzałam go zniszczyć. Jednak nic nie jest tylko czarne albo tylko białe, a ludzie wyłącznie dobrzy albo wyłącznie źli. W mrocznych zakamarkach jego duszy dostrzegłam blask. Pomiędzy złem dobro. Gwałtowna nienawiść, jaką go darzyłam, przerodziła się w namiętność gorętszą od piekielnych ogni.

 Należałam do niego, a on do mnie.

 Był moim własnym potworem.

  Salvatore

 Wszedłem w posiadanie księżniczki mafii DeMarco. Teraz należała do mnie. Benedetti wygrali! Czy istnieje lepszy sposób, żeby dać nauczkę, niż odebrać wrogowi to, co dla niego najcenniejsze? Najukochańsze?

 Miałem stać się królem. Byłem następny w kolejności do władania rodem Benedetti. Lucia DeMarco stanowiła łup wojenny, a ja mogłem z nią zrobić, co chciałem. Złamać ją, zmienić życie w prawdziwe piekło, oto jak powinienem postąpić. Nie było dla niej odwrotu ani dla mnie, jeśli miałem pokazać wyższość Benedettich.

 Moja rodzina nigdy nie przegrała, zostawialiśmy po sobie jedynie zgliszcza. Zawsze tak było. I wierzyłem, że zawsze tak będzie. Aż spotkałem Lucię.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (562 oceny)
371
130
50
9
2
Sortuj według:
Magdalena2011

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam serdecznie 😀
10
Ilonez

Nie oderwiesz się od lektury

Historia miłosna …
00
iCate0

Całkiem niezła

2.5 ⭐️ Syndrom szkotholmski widzę dalej w modzie 🤣 Gdzie ta mafia, gdzie ten mrok?! Chyba tylko w nazwie…
00
Anulka1101

Nie oderwiesz się od lektury

:)
00
ejacz76

Nie oderwiesz się od lektury

Super.
00

Popularność




SPIS TREŚCI

PROLOG

1. LUCIA

2. SALVATORE

3. LUCIA

4. SALVATORE

5. LUCIA

6. SALVATORE

7. LUCIA

8. LUCIA

9. SALVATORE

10. LUCIA

11. SALVATORE

12. LUCIA

13. SALVATORE

14. LUCIA

15. SALVATORE

16. LUCIA

17. SALVATORE

18. LUCIA

19. SALVATORE

20. LUCIA

21. SALVATORE

22. LUCIA

23. SALVATORE

24. LUCIA

25. SALVATORE

EPILOG LUCIA

EPILOG SALVATORE

O autorce

SALVATORE

TYTUŁ ORYGINAŁU
Salvatore
Copyright © 2016. Salvatore by Natasha KnightCopyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2019Copyright © by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2019Redaktor prowadząca: Anna ĆwikRedakcja: Katarzyna ŁochowskaKorekta: Patrycja SiedleckaPrawa do okładki: © Mayhem Cover CreationsOpracowanie graficzne okładki: Marcin Bronicki, behance.net/mbronickiProjekt typograficzny, skład i łamanie: Beata Bamber Wydanie 1Gołuski 2019ISBN 978-83-66429-48-2Wydawnictwo PapierówkaBeata Bamber Sowia 7, 62-070 Gołuskiwww.papierowka.com.plPrzygotowanie wersji ebook: Agnieszka Makowska www.facebook.com/ADMakowska
SERIA BRACIA BENEDETTItom 1 SALVATOREtom 2 DOMINICtom 3 SERGIOtom 4 KILLIANtom 5 GIOVANNI
natasha knightSALVATOREMROCZNY MAFIJNY ROMANS PRZEŁOŻYŁAKatarzyna Podlipska

SALVATORE

PROLOG
SALVATORE

Podpisałem leżący przede mną kontrakt. Docisnąłem długopis tak mocno, że zostawił wgłębienie w papierze. Odłożyłem go i podsunąłem kartki dziewczynie, która siedziała po przeciwnej stronie stołu.

Lucia.

Ledwie mogłem na nią spojrzeć, gdy uniosła na mnie swoje ogromne, niewinne i przestraszone oczy. Przyglądała się oficjalnym dokumentom, które miały nas związać na zawsze. Uczynić ją moją. Nie byłem pewny, czy rzeczywiście je czytała. Może po prostu wpatrywała się w nie, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Jaki wydano dla niej wyrok. Dla nas obojga.

Zwróciła zaczerwienione oczy na swojego ojca. Widziałem w nich pytanie, prośbę i niedowierzanie. DeMarco nie podnosił jednak wzroku. Jego głowa pozostawała zwieszona w geście porażki. Nie potrafił stawić czoła jej niememu wołaniu o pomoc. Nie po tym, czego stał się przymusowym świadkiem.

Rozumiałem to i nienawidziłem własnego ojca. To on nas wszystkich do tego zmusił.

Lucia oddychała nierówno. Każdy to słyszał czy tylko ja? Na jej szyi dostrzegłem szybko pulsującą żyłkę. Kiedy podniosła długopis, dłoń jej zadrżała, a wtedy ponownie zwróciła oczy w moją stronę. Ostatnie błaganie? Widziałem, jak walczyła ze łzami. Nie mogłem zinterpretować uczuć, które mną zawładnęły, gdy to zobaczyłem. Nie miałem już pojęcia, co czułem.

– Podpisz.

Rozkaz mojego ojca spowodował, że odwróciła się do niego. Ich spojrzenia zderzyły się ze sobą.

– Nie mamy całego dnia – dodał.

Nazwanie go despotą było sporym niedomówieniem – sprawiał, że dorośli faceci drżeli na jego widok. Lecz ona nie odwróciła oczu.

– Podpisz, Lucio – powiedział cicho jej ojciec.

Dziewczyna zawiesiła wzrok na dokumentach. Przycisnęła długopis do papieru i podpisała się na wykropkowanej linii – Lucia Annalisa DeMarco. Prawnik naszej rodziny przystawił pieczęć, pośpiesznie zebrał papiery i wyszedł.

Zatem wszystko przebiegło oficjalnie. Postanowione.

Mój ojciec wstał, rzucił mi typowe dla niego, niezadowolone spojrzenie i opuścił pomieszczenie. Podążyła za nim dwójka jego ludzi.

– Potrzebujesz chwili? – spytałem dziewczynę. Może pragnęła pożegnać się z ojcem?

– Nie.

Nie chciała spojrzeć ani na niego, ani na mnie. Odsunęła krzesło i wstała, zaciskając pięści. Pognieciona biała spódnica przykryła jej uda.

– Jestem gotowa.

Przywołałem jednego z ochroniarzy. Poszła przodem, on zaś ruszył tuż za nią, jakby prowadził ją na egzekucję. Zerknąłem na ojca Lucii, a potem na stół ze skórzanymi pasami, które teraz wisiały rozpięte. Ich ofiarę puszczono wolno. Obraz tego, co się na nim wydarzyło parę chwil wcześniej, wzbudził we mnie wstyd. Jednak mogło ją spotkać coś o wiele gorszego i doskonale wiedziałem, że mój ojciec tylko by temu przyklasnął. Jego okrucieństwo nie znało granic.

Nawet nie podziękowała, że oszczędziłem jej jeszcze większego upokorzenia. Dlaczego więc wciąż czułem się jak potwór? Jak bestia? Jak żałosna, pozbawiona kręgosłupa marionetka? Posiadałem Lucię, ale ta myśl wywoływała we mnie jedynie mdłości. Dziewczyna stanowiła trofeum. Żywy, oddychający dowód triumfu nad rodziną DeMarco.

Wyszedłem z pokoju i zjechałem windą do lobby. Po drodze starłem z twarzy wszelkie emocje. Akurat to wychodziło mi doskonale.

Na zewnątrz uderzyła we mnie duchota i harmider manhattańskiej ulicy. Usadowiłem się na tylnym siedzeniu samochodu. Kierowca wiedział, gdzie jechać i dwadzieścia minut później przekroczyłem próg burdelu. Skierowałem się do pokoju na tyłach, wciąż mając przed oczami obraz Lucii leżącej na tamtym zimnym blacie. Związanej, szarpiącej się, z rozpaczą odwracającej twarz, jakby to mogło uratować ją od bezlitosnych rąk ginekologa. Gdy oznajmił, że jest nietknięta, widok jej zawstydzenia wyrył mi się w pamięci.

Mimo że stałem tuż przy niej, starałem się nie patrzeć. Chyba mnie to rozgrzeszało… Miało jakieś znaczenie…

Tylko dlaczego, do cholery, miałem wzwód?

Lucia cicho płakała. Widziałem, jak łzy spływają po zaczerwienionych policzkach i zmusiłem się, żeby duchem znaleźć się gdzie indziej. Przestałem słyszeć dźwięki, poniżające słowa ojca oraz jej cichy oddech, gdy rozpaczliwie próbowała zachować milczenie. Przez cały ten czas stałem jednak obok. Byłem tchórzem. Potworem.

Gdy wreszcie odważyłem się zerknąć w te płonące bursztynowe oczy, zobaczyłem w nich błaganie o pomoc. Desperacja zmusiła ją, aby żebrała u mnie o ratunek. A ja się od niej odwróciłem.

Ojciec Lucii pobladł, gdy uświadomił sobie cenę, jaką musiała teraz zapłacić. Wymienił jej życie za swoje. I za życie wszystkich z rodu DeMarco. Pierdolony, samolubny skurwiel nie zasługiwał na to, żeby chodzić po tym świecie. Powinien raczej zginąć niż dopuścić do takiej sytuacji.

Wziąłem głęboki oddech, który jednak nie zdjął ciężaru z mojej piersi. Nalałem sobie drinka, wypiłem i stwierdziłem, że jeden to zdecydowanie za mało. Whisky była lekarstwem. Rozmazywała scenę odgrywającą się w mojej głowie, lecz nie udało jej się zatrzeć wspomnienia przerażonych, zdesperowanych oczu Lucii.

Cisnąłem szklanką o ścianę. Rozbiła się z brzękiem. Jedna z kurew podeszła, uklękła między moimi nogami i wyjęła mi kutasa ze spodni. Poruszyła ustami, mówiąc coś, czego nie dosłyszałem. Moje myśli były teraz pogrążone w chaosie. Nie pomogło, nawet gdy wzięła sztywnego fiuta do ust.

Złapałem dziwkę za włosy i zamknąłem oczy, pozwalając jej wziąć mnie głęboko do gardła. Nie chciałem delikatności. Nie teraz. Potrzebowałem czegoś więcej. Wstałem i potrząsnąłem głową, żeby pozbyć się obrazu dziewczyny na tamtym stole. Rżnąłem kurwę w usta, aż zaczęła się dławić, a łzy popłynęły jej po policzkach. Gdy wreszcie spuściłem się prosto do gardła, zdałem sobie sprawę, że rozładowanie napięcia seksualnego nic nie dało. Nie istniało na tym świecie wystarczająco dużo seksu i alkoholu, by wyrwać z mojej pamięci obraz Lucii. Może mi się należało? Może zasłużyłem na poczucie winy? Może powinienem zachować się jak mężczyzna i przyjąć na klatę wyrzuty sumienia? W końcu sam pozwoliłem, żeby do tego doszło. Nie zrobiłem nic, żeby to powstrzymać.

Teraz ona należała do mnie, a ja do niej.

Dzisiaj zyskała własnego potwora.

1
LUCIA

Pięć lat później Kalabria, Włochy

Ostatni raz szłam w stronę tego ołtarza w dniu bierzmowania. Miałam wtedy prześliczną, białą sukienkę, a matka wplotła mi między palce różaniec. Nie modliłam się jednak. Zamiast tego skupiłam się na tym, jak ładnie wyglądałam. Moja sukienka była najładniejsza ze wszystkich. Czułam się najpiękniejsza.

Dzisiaj miałam na sobie czerń i już nie dbałam o to, kto najlepiej wyglądał. Szłam za trumną ojca.

Czarna koronka zakrywała mi twarz, dzięki czemu mogłam się przyjrzeć ludziom zgromadzonym na pogrzebie. Sama pozostawałam w ukryciu przed ich wścibskimi spojrzeniami. Ławki stały puste, aż dotarliśmy do przednich rzędów, gdzie dziesięć było zajętych. Z prawej piętnastu członków mojej rodziny, a dwa razy tyle z lewej. Czy najemnicy też liczyli się jako żałobnicy? Bo to właśnie ich przyprowadzili Benedetti.

Zignorowałam ławki po lewej stronie i przesunęłam wzrokiem po każdej twarzy, z którą łączyły mnie więzy krwi. Ojciec nie miał zbyt wielu przyjaciół. Wśród zgromadzonych znajdowała się dwójka jego braci oraz siostra. Pozostali należeli do ich rodzin. W ławkach siedziały głównie kobiety, a kuzyni nieśli trumnę.

Kiedy procesja podchodziła do ołtarza, przygotowałam się na moment, gdy miałam ujrzeć jego, mężczyznę, który pięć lat temu w zimnym, sterylnym pokoju podpisał umowę, czyniąc mnie swoją własnością. Niby była to przysięga małżeńska, ale nie zawierała słów takich jak „pielęgnować” czy „miłość”. Zastąpiły je „wziąć” i „posiadać”.

Nasz kontrakt był innego rodzaju. Moje życie za darowanie życia rodzinie. Zostałam złożona w ofierze, w ramach spłaty długu. Miałam pokazać członkom rodziny DeMarco, w których tliła się jeszcze wola walki, że Benedetti posiadają ich księżniczkę.

Nienawidzę każdego, kto pochodzi z rodu Benedetti.

Pochód się zatrzymał. Moja siostra Isabella stanęła wystarczająco blisko, żebym poczuła jej obecność. Przynajmniej nie płakała. Wiedziała, że nie może okazywać słabości.

Gdy po raz pierwszy ujrzałam swoją siostrzenicę Effie, zakłuło mnie w sercu, bo dotarło do mnie, że odebrano mi coś bardzo ważnego – kontakt z najbliższymi.

Sześciu kuzynów niosących trumnę postawiło ją na specjalnie przygotowanym stole. Wieko pozostało zamknięte. Nie było zbyt wiele do oglądania, bo ojciec włożył sobie lufę w usta i odstrzelił pół twarzy.

Kuzyni spojrzeli na mnie. Wyjątek stanowił Luke – adoptowany syn mojego wujka. Skierował wzrok tam, gdzie stała Isabella. Jego jasnoniebieskie oczy, tak łagodne w dzieciństwie, teraz wydawały się bezwzględne. Żałowałam, że nie mogłam się odwrócić i zobaczyć miny siostry. Po chwili popatrzył na mnie. Zupełnie nie przypominał chłopca, z którym dorastałam. Zmienił się w ciągu ostatnich pięciu lat. Jak zresztą my wszyscy. Choć woalka skrywała moją twarz, nasze oczy się spotkały. Szybko skinął głową w geście uznania. Czyżby dostrzegł kipiącą we mnie wściekłość? Ciekawe, czy ktoś zauważył jego minę. Mogli go za to zabić. Benedetti nie brali jeńców. Może z wyjątkiem mnie. Byłam jednak kobietą. Nie stanowiłam żadnego zagrożenia. Wkrótce się przekonają, że pozory bywają mylące.

Usłyszałam ciche chrząknięcie. Zerknęłam w bok. Doskonale pamiętałam tego mężczyznę. Wyprostowałam plecy, przygotowując na to, co miało nadejść. Zmusiłam serce, żeby przestało walić w piersi jak szalone, i odwróciłam się w jego stronę.

Salvatore Benedetti.

Przełknęłam ślinę i powędrowałam spojrzeniem w górę, poczynając od czarnego jedwabnego krawata. Choć spotkaliśmy się wcześniej tylko jeden raz, głęboko wyrył się w moich wspomnieniach. Garnitur zdawał się mocniej opinać jego mięśnie, klatka piersiowa wydała mi się szersza, a ramiona potężniejsze. Zmusiłam się, żeby podnieść głowę. Zatrzymałam wzrok na opalonej szyi i wyrównałam oddech.

Nie mogłam okazać słabości ani strachu. Tamtego dnia, gdy siłą położyli mnie na stole – wspomnienie chłodnego blatu na nagich udach wciąż wywoływało we mnie dreszcze – nie odezwał się ani słowem. Przyglądał się mojej beznadziejnej walce. Obserwował, jak do bólu zagryzałam wargi, gdy mnie hańbili.

Pamiętałam jednak coś, co dało mi odwagę skrzyżować z nim spojrzenie. Wtedy odwrócił je pierwszy. Czy nie potrafił patrzeć na upodlenie swojej ofiary? Może nie mógł znieść myśli, że mogłam dostrzec jego prawdziwą naturę?

O wszystkim zadecydowały rodziny i nie dały nam wyboru. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nienawidził zaistniałej sytuacji tak samo jak ja, ale teraz nie miało to znaczenia. Salvatore Benedetti któregoś dnia stanie na czele rodu. Będzie kimś, kogo pięć lat temu przyrzekłam zniszczyć.

Zdusiłam wszystkie emocje i przyjęłam obojętny wyraz twarzy. Nauczyłam się ukrywać uczucia. Serce stanęło na ułamek sekundy. Wszystko zamarło. Cisza przed burzą. Coś zatrzepotało mi w brzuchu, gdy Salvatore się we mnie wpatrywał. Mogłabym przysiąc, że w tym świetle jego oczy nabrały kobaltowej barwy.

Nie były zimne, jak się spodziewałam, a zaskakująco łagodne. To samo pomyślałam, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy. Przez krótką chwilę tamtego paskudnego dnia miałam nadzieję, że położy kres mojemu upokorzeniu. Byłam w błędzie, a to, co wzięłam za dobroduszność, okazało się złudzeniem. Maską skrywającą nieczułego potwora, gotowego żądać i brać.

Nie mogłam pozwolić, żeby mnie zwiódł. Tym razem nie dam się nabrać.

Salvatore mruknął pod nosem i odsunął się na bok, pokazując mi miejsce w ławce. Jego brat mnie obserwował, a w oczach starego Benedettiego dostrzegłam wyraz triumfu. Rzucił mi okrutny uśmiech i wskazał, że mam usiąść obok niego. Nogi same mnie poniosły, choć w środku cała drżałam.

Zamierzałam zamienić strach w nienawiść i rozpalić ją do czerwoności. Potrzebowałam jej, by przetrwać to, co mnie czekało. Miałam tylko szesnaście lat, gdy zmusili mnie do podpisania kontraktu. Dobrze wiedziałam, że z prawdziwym terrorem przyjdzie mi się dopiero zmierzyć.

Zajęłam miejsce obok ojca Salvatore, podczas gdy on usiadł po mojej prawej. Zauważyłam, że jest spięty. Starał się mnie nie dotknąć i zostawić wystarczającą ilość miejsca. Było mi to na rękę, bo ja również nie chciałam wchodzić w kontakt z żadnym Benedettim – ani młodszym, ani tym bardziej starszym. Nie odwróciłam się, żeby zerknąć na Isabellę, gdy szła do ławki po drugiej stronie nawy. Nie zwracałam uwagi na najemników, tak jak nie okazałam zdziwienia, widząc armię zgromadzoną na zewnątrz. Wlepiłam wzrok w księdza Samsona. Gdy przyjmowałam bierzmowanie, był w podeszłym wieku, ale teraz wyglądał jak muzealny eksponat.

Pobłogosławił mojego ojca, choć ten odebrał sobie życie, i dłuższą chwilę modlił się za jego duszę. Do tej pory sądziłam, że będzie mi to obojętne, ale ten akt dobroci trochę mnie pocieszył. Nikt nie płakał. Jakie to dziwne, że na pogrzebie nikt nie ronił łez. Ten fakt wstrząsnął mną na tyle, że poczułam się nieswojo.

Nabożeństwo skończyło się godzinę później. Kuzyni ponownie zajęli miejsca wokół trumny. Gdy nas minęli, Salvatore wyszedł z ławki i poczekał, aż pójdę przodem. Przechodząc obok niego, poczułam, jak delikatnie dotyka moich pleców i zesztywniałam. Chyba to zauważył, bo szybko zabrał rękę.

Wyłoniliśmy się z mrocznego wnętrza kościoła, a jasne słońce na moment mnie oślepiło. Ojciec chciał zostać pochowany w Kalabrii. Pragnął wrócić do miejsca narodzin. Zarówno Benedetti, jak i DeMarco byli tu znani i po raz pierwszy poczułam wdzięczność za obecność najemników, którzy trzymali prasę na dystans. Nawet teraz słyszałam spusty migawek aparatów, klikające w zastraszającym tempie.

Stałam z boku i obserwowałam, jak wsuwają trumnę do karawanu. Ochroniarze otoczyli mnie i Salvatore. Czułam się przez to niekomfortowo. Na szczęście moją uwagę przykuła czteroletnia Effie, która wyrwała się z uścisku niani i podbiegła do Isabelli, oplatając rączkami jej nogi. Wszyscy spojrzeli w ich stronę, a ja wykorzystałam okazję, żeby odłączyć się od Benedettich i podejść do rodziny.

– Lucia – przywitała mnie siostra.

Miała zaczerwienione oczy, ale suche policzki. Od naszego ostatniego spotkania bardzo się zmieniła. Wydawała się twardsza i silniejsza. Nigdy bym nie powiedziała, że ma jedynie dwadzieścia dwa lata. Przez chwilę mi się przyglądała. Chyba szukała szesnastoletniej dziewczyny, którą kiedyś byłam. W ciągu ostatnich lat zmieniłam się w kobietę, czym najwidoczniej ją zaskoczyłam. Niespodziewanie przyciągnęła mnie do siebie i mocno przytuliła.

– Tak bardzo za tobą tęskniłam…

Jęknęłam i przez moment poddałam się jej uściskowi. Tak bardzo byłyśmy sobie bliskie, a ona odeszła. Odwróciła się ode mnie, ale wiedziałam dlaczego i nawet to rozumiałam. Jednak ta zdrada zabolała. Isabelle dołożyła iskrę do palącego się we mnie gniewu, przez co znalazło się dla niej miejsce w moim świecie wypełnionym nienawiścią.

„Powinna być na moim miejscu”, ta myśl wciąż zaprzątała mi umysł, choć pragnęłam, żeby zniknęła. To nie wina Isabelli. Nic z tego, co się wydarzyło, nie stało się przez nią. Nie powinnam mieć do niej pretensji.

– Mamo – rozległ się głos Effie.

Isabella odsunęła się, ale pogłaskała mnie po ramieniu, jakby chciała dodać mi sił. Czyżby zauważyła, że mam chwilę słabości? Czy wszyscy dostrzegli mój strach?

– Mamo – powtórzyła mała niecierpliwie. Isabella wzięła ją na ręce.

– Dlaczego wróciłaś? – spytałam obcym głosem. Lodowatym. Okrutnym. Bezwzględnym. – Dlaczego teraz? – Mogłam ją oskarżyć albo rozpaść się na kawałki. Druga opcja nie wchodziła w grę.

Wyglądała na zaskoczoną. Jej córka obserwowała mnie uważnie. Starałam się nie zwracać na nią uwagi, okazało się to jednak niemożliwe. Śliczne błękitno-szare oczy wpatrywały się we mnie, niemal wypalając dziurę. Zastanawiałam się, czy odziedziczyła je po ojcu, ale siostra nigdy nikomu nie wyjawiła, kto nim był.

– To Effie – oznajmiła Isabella, ignorując moje pytanie. – Kochanie, to twoja ciocia Lucia.

Dziewczynka spoglądała na mnie dłuższą chwilę, a potem na jej usteczkach pojawił się delikatny uśmiech. W prawym policzku dostrzegłam malutki dołeczek, który czynił ją najsłodszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałam.

– Cześć – przywitałam się, muskając jej kręcone włosy w kolorze karmelu.

– Hej.

– Dlaczego wróciłaś? – spytałam ponownie.

Nie dawałam za wygraną. Kotłowało się we mnie tyle gniewu, że pragnęłam spalić ich wszystkich. W końcu z taką łatwością mnie porzucili i oddali w ręce wroga.

– Nigdy nie powinnam zniknąć. Wybacz mi. – Zerknęła na karawan. – Życie jest zbyt krótkie, by odtrącać bliskich.

Wiedziałam, że nie miała innego wyboru. Kiedy ojciec dowiedział się o dziecku, wpadł w szał. Pierworodna córka rodziny DeMarco zaszła w ciążę bez ślubu. Mimo że uważaliśmy się za nowoczesnych, pewne sprawy nie podlegały dyskusji. Czasem zastanawiałam się, czy tata nie żałował niektórych decyzji. Jak by na to nie patrzeć, kosztowały go one dwie córki. Swoją drogą, zrezygnowanie z nas przyszło mu dość łatwo i może gdyby miał syna, nasze życie wyglądałoby inaczej.

– W przyszłym tygodniu przyjadę do ciebie.

– Po co zawracasz sobie tym głowę?

Podniosła podbródek w znanym mi geście. Odkąd pamiętam, wyrażała w ten sposób upór.

Gaźnik samochodu wystrzelił, sprawiając, że wszyscy podskoczyliśmy. Najemnicy wyciągnęli broń. Zaraz jednak zorientowali się, że nie było żadnego niebezpieczeństwa. Zanim odwróciłam się do siostry, zauważyłam, że Salvatore chowa błyszczącą spluwę do kabury pod marynarką. To byli brutalni mężczyźni. Faceci, dla których mordowanie stanowiło część życia. Biznes. Choć urodziłam się i dorastałam w tym świecie, świadomość tego wciąż wywoływała we mnie dreszcze.

Poczułam przeszywające spojrzenie. Z tej odległości nie widziałam kobaltowych oczu, ale wiedziałam, że czujnie mnie obserwują. Dostrzegłam na twarzy Salvatore zniecierpliwienie. Sedan był gotowy, żeby zawieźć nas na cmentarz.

– Muszę iść – powiedziałam.

– Lucia… – zaczęła Isabella, chwytając mnie za rękę. Jej dłoń była lodowata mimo panującego gorąca.

Miałam ochotę się rozpłakać na myśl o tym, co straciłyśmy.

– Co? – warknęłam. Nie czas się rozklejać.

– Bądź silna. Nie jesteś sama.

– Doprawdy? – Wyrwałam się jej. – To coś nowego.

W oczach siostry zapłonął gniew. Byłam ciekawa, czy chciała mnie spoliczkować. Była do tego zdolna? Benedetti by na to pozwolił? Przez chwilę wyobraziłam sobie, jak przychodzi mi z pomocą i karze ją za to, że śmiała podnieść na mnie rękę. Wtedy przypomniałam sobie, kim tak naprawdę był. I kim, a raczej czym ja byłam dla niego.

– Muszę iść.

Zrobiłam krok do tyłu.

Widziałam, że Isabelli zbiera się na płacz, a smutek zastąpił wcześniejszy gniew. Odwróciłam się, czując prawdziwe załamanie. Nie mogłam pokazać ani odrobiny słabości.

Stanęłam twarzą w twarz z mężczyzną, który mnie posiadał. Podpisany przez nas kontrakt był nieważny w świetle prawa. To jednak nie on zmuszał mnie do podporządkowania. Wiedziałam, kto zapłaci, jeśli nie wypełnię warunków umowy. Cena była wysoka.

Ponownie zerknęłam na Isabellę i całą rodzinę. Nie potrzebowali negocjacji, żeby zapewnić sobie moją współpracę. Kontrakt stanowił tylko jeden ze sposobów, by nas poniżyć. Podobnie jak tamto badanie, wciąż powracające w koszmarach.

Nie… Nie mogłam ulec temu wspomnieniu.

Salvatore wyprostował się i otworzył drzwi samochodu. Mierzył metr dziewięćdziesiąt i przewyższał mnie o trzydzieści centymetrów, co wywoływało spory dyskomfort. Przytłaczał. Dusił. Zniewalał. Nawet z drugiej strony placu widziałam, że czekał cierpliwie i pomyślałam, że może zwyczajnie starał się zachować pozory dobrego wychowania. Udawał uprzejmość. Ze względu na dziennikarzy? Może. Na pewno nie dla mojej korzyści. Zastanawiałam się, czy budziłam w nim pożądanie. Czy pragnął mnie, wiedząc, że było to wbrew mojej woli.

Posiadał mnie. Nie jako człowieka, ale jak rzecz, którą kupuje się w sklepie. Ta świadomość w jakiś sposób musiała być dla niego ekscytująca.

Nie mogłam oprzeć się pokusie i obejrzałam się przez ramię. Rozłąka i tym razem okazała się trudna. Ostatnie pięć lat poświęciłam nauce. Najpierw w objętej klasztornym rygorem szkole Św. Marii, potem na niewielkim uniwersytecie. Wolna, ale tylko z pozoru. Teraz nadszedł czas, żeby wkroczyć do jaskini lwa. Skończyłam edukację i miałam zająć miejsce u boku Salvatore jako jego własność. Wielokrotnie wmawiałam sobie, że to nieprawda. Wszystko mogło być okropnym koszmarem, a starsza siostra mnie obudzi – jak robiła to za każdym razem. Chwile złudzeń mijały jednak, a ja musiałam przygotować się na najgorsze. Dobrowolnie oddać się wrogom, wejść do ich domu ze świadomością, że będę w nim zawsze pogardzana i znienawidzona.

Żywe trofeum upamiętniające wielkie zwycięstwo nad moim rodem.

Czego mógł oczekiwać ode mnie właściciel? Stawiłam mu czoła, zdecydowana wygrać pojedynek na spojrzenia. Szłam przez plac, a wlepione we mnie oczy gapiów wypalały dziurę w plecach. Tłum ucichł, obserwując, jak idę w kierunku Benedettiego. Na jego twarzy nie zadrgał ani jeden mięsień. Wydawał się wykuty z kamienia. Zatrzymałam się, niemal stykając się z nim ciałem. Żadne z nas nie chciało przegrać w tym niemym starciu, więc patrzyliśmy na siebie wyniośle.

– Lucia – wypowiedział moje imię niskim barytonem, od którego przeszedł mnie dreszcz.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, choć w głowie odgrywałam tę chwilę od lat. Teraz jednak stałam jak niemowa. Wtedy właśnie podszedł do nas Franco Benedetti, głowa rodu i mężczyzna, którym gardziłam najbardziej. Nawet nie próbował ukryć zadowolenia z tej sytuacji.

Odchrząknęłam, wreszcie odzyskując głos.

– Co tu robisz? Nie masz prawa. – Pytanie opuściło usta, zanim zdążyłam je powstrzymać.

– Przyszedłem złożyć ci kondolencje.

Franco pochylił się, rozglądając czujnie wokół, jakbyśmy byli parą konspiratorów. Dostrzegłam niebezpieczne błyski w jego oczach.

– Tak naprawdę – zaczął, obniżając ton – w życiu bym tego nie przegapił.

Nie zastanowiłam się nad tym, co robię. Zacisnęłam dłonie w pięści i splunęłam na jego but. Niefart sprawił, że w ostatniej chwili odsunął stopę i nie trafiłam. Gdy uniosłam wzrok, na twarzy Salvatore dostrzegłam zaskoczenie, a Franco zrobił się purpurowy z wściekłości. Choć się nie ugięłam, serce łomotało mi w piersi ze strachu. Nie byłam do końca pewna, czy powstrzymałby się przed wymierzeniem mi ciosu. Cholera, może tym pytaniem właśnie do tego dążyłam i chciałam doprowadzić, że wielki Benedetti straci przy wszystkich panowanie.

– Przeproś. – Poczułam silny uścisk na ramieniu.

– Nie – odpowiedziałam, nie spuszczając wzroku z ciemnych oczu Franca.

Podszedł do nas Dominic. Stał kilka metrów dalej, obserwując cała sytuację, i postanowił załagodzić sprawę. Uśmiechał się, gdy obejmował ojca ramieniem, ale Salvatore na widok brata widocznie się spiął.

– Zwracamy za dużo uwagi. Dalej, tato. Chodźmy.

Spojrzałam na niego i przysięgłabym, że świetnie się bawił.

– Przeproś. – Palce Franca mocniej wbiły mi się w ciało.

Przechyliłam głowę.

– Przepraszam, że nie trafiłam – powiedziałam, uśmiechając się od ucha do ucha.

Na te słowa Salvatore zaklął, a Dominic uniósł brwi. – Chodźmy – powtórzył, widząc, że Franco jest niebezpiecznie blisko wybuchu.

– Wsiadaj.

Wielka ręka wylądowała na mojej talii i wepchnęła mnie do samochodu.

– Zabieraj łapę – wycedziłam, próbując ją trzasnąć.

Wsiadł za mną i zamknął drzwi. Kierowca odpalił silnik. Salvatore położył dłoń na moim kolanie i je ścisnął. Zrobiło mi się gorąco od jego spojrzenia.

– To było bardzo głupie posunięcie.

Wbił palce mocniej. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Zadygotałam gwałtownie i objęłam się ramionami.

– Przykręć klimatyzację – nakazał, wciąż się we mnie wpatrując. Żałowałam, że nie drżałam z zimna.

– Tak jest, szefie – odpowiedział kierowca.

Ponowne spotkanie i bliskość wywołały zbyt intensywne uczucia. Obudziły za wiele wspomnień i przepowiedziały przyszłość, której nie chciałam.

– To boli.

Mrugnął, jakby przetwarzał słowa, które wypowiedziałam. Przeniósł wzrok na dłoń ściskającą moje kolano. Wstrzymałam oddech, kompletnie bezsilna. Byłam zdana wyłącznie na jego łaskę. Wiedziałam, że to dopiero początek piekła.

Przegrałam.

2
SALVATORE

Spojrzałem na dłoń, którą trzymałem na jej nodze. Palce mocno wbijałem w ciało. Choć wymagało to pewnego wysiłku, odpuściłem i zabrałem rękę, nie spuszczałem jednak wzroku z tej zbuntowanej dziewczyny.

Lucia była odważna. Była również obca.

Nic o niej nie wiedziałem. Znałem tylko jej imię i twarz. I podpis na głupiej kartce. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie postawiła się w ten sposób mojemu ojcu. Nie widziałem też, żeby zrobił to jakikolwiek facet. Gdyby któryś się odważył, byłby to ostatni raz, gdy widziano go żywego.

Wlepiłem oczy w szybę, udając, że interesuje mnie widok za oknem.

– Nie prowokuj mojego ojca. Zawsze wygrywa.

– Każdego kiedyś czeka przegrana. – Odwróciła się i skrzyżowała ręce na piersiach, również obserwując ulice, które mijaliśmy w drodze na cmentarz.

Czarny welon przy kapeluszu osłaniał ją przede mną w kościele, ale nie zdołał skryć oczu w kolorze whisky. Dostrzegłem w nich upór i gniew. I przytłaczającą furię. Nie pozwoliłem, żeby wspomnienie jej błagalnego wzroku sprzed lat zaprzątnęło mi myśli. Chciałem znać tylko tę nową, pełną wściekłości dziewczynę.

Musiałem ją kontrolować.

Jej rozmowa z siostrą wydawała się sztywna. Zauważyłem to, choć znajdowałem się po drugiej stronie placu. Wiedziałem, że w ciągu ostatnich pięciu lat nie miała kontaktu z rodziną. W dniu podpisania kontraktu została odesłana, żeby skończyć edukację. Mój ojciec wybrał dla niej przyklasztorną szkołę dla dziewcząt, ukrytą na przedmieściach Filadelfii, gdzie Lucia żyła wygodnie, ale pod ścisłym nadzorem. Wszędzie chodziła w towarzystwie przynajmniej jednego ochroniarza. Otrzymywałem comiesięczne raporty i wiedziałem, że rodzina ani razu jej nie odwiedziła. Ojciec, co prawda, próbował, ale odmówiła spotkania. Z własnego wyboru święta spędzała w szkole.

Zerknąłem na nią, zastanawiając się, czy tego żałowała.

– Przykro mi z powodu twojej straty.

Zesztywniała. Jedyną wskazówką, że płakała, było uniesienie dłoni do twarzy i udawanie, że drapie się w policzek. Zręcznie przejechała palcami pod oczami, myśląc, że tego nie zauważyłem.

– Naprawdę? – spytała zmęczonym głosem, w dalszym ciągu zwrócona w kierunku szyby.

– Wiem, co to znaczy stracić kogoś, z kim było się blisko.

Niestety miałem wiedzę z pierwszej ręki. Mojego brata Sergia uważałem za najlepszego przyjaciela. Ani razu nie pomyślałem, że może umrzeć, choć przyszło nam żyć w okrutnym świecie. Matka zmarła krótko po nim, ale na szczęście jej śmierć nie była tak brutalna, jak brata. Niestety rak niósł ze sobą charakterystyczny rodzaj przemocy i gasił ludzkie życie równie skutecznie jak kula z pistoletu.

Lucia odwróciła się i uniosła welon, by zatknąć go za mały kapelusz. Gdy spotkałem ją pierwszy raz, miała szesnaście lat. Wtedy wydawała mi się ładna, ale teraz przestała być dzieckiem. Rysy się jej wyostrzyły, usta stały się pełniejsze, a kości policzkowe wydatniejsze. Zaś oczy… patrzyły jeszcze bardziej oskarżycielsko.

Dokładnie studiowała każdy centymetr mojego ciała. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, przełknąłem ślinę. Niepewność nie była dla mnie niczym nowym. Czułem ją codziennie, ale to? Zupełna niespodzianka. Ktoś, po kim w życiu bym się tego nie spodziewał, wywoływał mój niepokój?

W dniu podpisania kontraktu pozwoliłem, żeby ją upokorzono. Wtedy coś się we mnie zmieniło, powstało jakieś zobowiązanie. Więź między nami. Może przez wstręt, który do siebie czułem za bezczynność i nieme przyzwolenie na brutalność. Wmawiałem sobie, że nie dano mi wyboru, ale kłamałem jak z nut. Od tamtego pamiętnego dnia byłem coś winny tej dziewczynie. Nie wiedziałem tylko co. Przeprosiny? Nawet w mojej głowie brzmiały zbyt płytko i głupio. Ochronę? Teraz była już na nią skazana. Była wrogiem i łupem wojennym jednocześnie. Ojciec bardzo się starał wbić mi to do głowy, ale nie widział jej spojrzenia tamtego dnia – zdesperowanego, przesyconego przerażeniem. Widziałem go za każdym razem, gdy kładłem się spać. Czasem zastanawiałem się, czy ojciec kiedykolwiek miał problemy z zaśnięciem.

„Co mogłeś zrobić, stary? Miałeś wtedy dwadzieścia cztery lata”.

To usprawiedliwienie nie było dobre. Już nie.

– Wiesz, jak to jest stracić kogoś, z kim było się blisko? – powtórzyła po mnie, a jej głos ociekał sarkazmem. – Nie byłam blisko z ojcem.

Czułem, jak twarz mi się napina, a oczy minimalnie zwężają. Nie odezwałem się.

– Pozwól, że o coś spytam. Wiesz, jak to jest patrzeć, gdy zabijają drogie ci osoby?

Wiedziałem, ale zachowałem milczenie.

– Jak to jest stać się własnością wroga?

O tak, żadna nowość.

– Zostać wysłanym do domu obcych ludzi, z którymi musisz żyć, nie mając wśród nich ani jednego przyjaciela? Zawsze pod nadzorem? Nie wydaje mi się, żebyś doświadczył czegoś takiego, Salvatore, bo inaczej coś byś czuł. Miałbyś odrobinę człowieczeństwa. – Rzuciła mi miażdżące spojrzenie. – Ale jest jedna rzecz, którą znasz i wychodzi ci doskonale, prawda? Potrafisz stać z boku i przyglądać się ludzkiej krzywdzie.

Zacisnąłem pięści, czując palący gniew. Spojrzałem na kierowcę, który zerkał na nas przelotnie w lusterku wstecznym. Zwolnił, gdy mijaliśmy bramy cmentarza.

– Uważaj – ostrzegłem cichym głosem, zdawałem sobie jednak sprawę, że powiedziała prawdę.

Lucia zmrużyła oczy i przechyliła głowę, unosząc jeden kącik ust w szyderczym uśmiechu.

– Uzyskałeś aprobatę tatusia? Poklepał cię później po pleckach? Nazwał „dobrym chłopczykiem”? – szydziła.

Mogłem się założyć, że paznokcie zostawiły ślady wewnątrz moich dłoni, ale uparcie wpatrywałem się w widok za oknem, podczas gdy szofer parkował samochód.

– To wszystko, Salvatore?

Źle zrozumiała moje milczenie. Pomyliła je ze słabością.

Silnik zgasł.

– Daj nam chwilę – poleciłem.

Kierowca wysiadł. Odwróciłem się w kierunku Lucii.

– Jesteś małą kukiełką tatusia? – zapytała drwiąco, upajając się pozornym zwycięstwem.

W jej oczach buzowała nienawiść. Czy wiedziała, że stąpa po bardzo cienkim lodzie? Dotykała prawdy, przez którą moje ostatnie lata były pasmem nieustannej walki.

Parsknąłem i rozluźniłem spięte ciało, po czym uśmiechnąłem się i przysunąłem bliżej. Widziałem tętniący na jej szyi puls, który zdradzał mocne bicie serca. W środku nie była aż tak opanowana.

– Lucia – mruknąłem, unosząc dłoń.

Spojrzała na nią skonsternowana. Delikatnie dotknąłem jej twarzy, pieszcząc tę miękką, kremową skórę.

– Piękne – powiedziałem, ujmując ją za podbródek – ale niewyparzone usta.

Szeroko otworzyła oczy. Pochyliłem się wystarczająco, by poczuć zapach słodkich perfum – delikatny, lekki i w jakiś sposób erotyczny. Wciągnąłem go głęboko i przysunąłem ją do siebie, wciąż wpatrując się w apetyczne usteczka. Wstrzymała oddech.

– Takie zachwycające.

Zsunąłem dłoń na jej pierś. Pod palcami poczułem łomoczące serce. Wiedziałem, że na nią działam, a ona zdawała sobie sprawę, że nie potrafi tego ukryć. Pochyliłem się, sunąc ustami po jej policzku, w stronę ucha, a gdy już tam dotarłem, liznąłem muszelkę małżowiny i wyszeptałem:

– Uważaj…

Zadrżała, a ja znów użyłem języka, tym razem wsuwając jego czubek do ucha. Wciągnęła powietrze i oparła dłonie na mojej piersi, ale nie odepchnęła mnie.

– Kiedy próbujesz ugryźć wilka, sama możesz zostać przez niego ugryziona.

Delikatnie pociągnąłem zębami płatek ucha, żeby nadać mocy słowom. Poczułem, jak pod moją dłonią twardnieje sutek, a Lucia głośno wciąga powietrze. Puściłem jej pierś i z triumfem rozparłem się na siedzeniu. Stuknąłem sygnetem w okno, a kierowca otworzył drzwi.

– Pogrzebmy twojego ojca – mruknąłem i wysiadłem z samochodu.

Wyłoniła się z niego chwilę później, znów skryta za woalką.

– Kurewsko tu duszno.

Machnąłem dłonią, żeby poszła przodem. Podporządkowała się, unosząc do góry brodę. Dumna do końca. Uśmiechnąłem się, wiedząc, że zwycięstwo w tej rundzie należało do mnie.

***

Zatrzymaliśmy się w rodzinnej posiadłości w Kalabrii, zajmując apartament z dwoma oddzielnymi sypialniami i salonem. Lot do New Jersey był zaplanowany na następny dzień. Od jutra mieliśmy zamieszkać w moim domu. Lucia ukończyła studia z wyróżnieniem i w chwili, gdy ukończyła dwadzieścia jeden lat, oficjalnie przejmowałem nad nią władzę.

Choć klimatyzacja działała, powietrze w pokojach było ciężkie. Upał dawał się we znaki. Zdjąłem marynarkę i krawat. Z ulgą rozpiąłem kilka guzików koszuli. Pukanie do drzwi obwieściło przybycie służby z obiadem. W akcie uprzejmości zamówiłem jedzenie do apartamentu, żeby ta mała złośnica nie musiała jeść z moją rodziną. Służąca, której w tym domu wcześniej nie widziałem, nakryła do stołu i wyszła. Apetyczny zapach sprawił, że zaburczało mi w brzuchu. Zapukałem do drzwi sypialni Lucii. Uznałem, że jeszcze za wcześnie, by zmuszać ją do dzielenia ze mną łóżka. Na to przyjdzie czas.

– Obiad – oznajmiłem przez drzwi.

– Nie jestem głodna – odpowiedziała. – Już ci mówiłam.

– Cóż, musisz jeść. Nie tknęłaś nic przez cały dzień.

– Jesteś moją matką czy co?

– Otwórz, Lucio.

– Odejdź, Salvatore.

– Poproszę tylko raz.

– A potem co? Dmuchniesz, chuchniesz i zdmuchniesz drzwi? Czy nie tak robią duże, złe wilki?

Uśmiechnąłem się. Zabawna jest. Ja za to byłem sprytny. Wsunąłem klucz do dziurki, przekręciłem i otworzyłem drzwi. Siedziała przy toaletce. Na mój widok gwałtownie wciągnęła powietrze.

– Nie ma potrzeby, żebym się męczył, dmuchając i chuchając. Mam klucz. – Machnąłem nim i schowałem do kieszeni. – To mój dom.

– Chyba chciałeś powiedzieć, że to dom twojego ojca – prowokowała. Wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało.

Zacisnąłem usta. Podszedłem do walizki i otworzyłem ją bez pytania. Przez chwilę grzebałem w ubraniach, aż znalazłem parę koronkowych majtek.

– Nie dotykaj moich rzeczy! Wynoś się! – Skoczyła, żeby wyrwać mi bieliznę.

Uniosłem skąpe figi nad głowę, poza jej zasięgiem, i nie mogłem powstrzymać szczerego uśmiechu.

– Podano do stołu.

– Ty uparty sukinsynie!

Jeszcze raz skoczyła, żeby dosięgnąć bielizny. Zrobiłem krok w tył i opuściłem rękę, by przyjrzeć się różowemu kawałkowi materiału.

– Ładne – stwierdziłem.

– Pierdol się!

Tym razem pozwoliłem, żeby wyrwała mi swoją seksowną własność. Wrzuciła ją do walizki i starała się zamknąć wieko. Parsknąłem na ten widok, złapałem ją za ramiona i odwróciłem tak, żebyśmy na siebie patrzyli.

– Puszczaj!

Przebrała się już w koszulę nocną – prostą, białą, sięgającą nieco przed kolana. Nie miała na sobie stanika i jej małe, krągłe piersi uniosły się pod delikatnym materiałem. Bawełna nie była w stanie ukryć twardych sutków.

– Skończyłaś szkołę i masz już dwadzieścia jeden lat. Znasz kontrakt. Zamieszkasz ze mną czy ci się to podoba czy nie. Należysz do mnie. Zrobisz, co ci każę.

– Och! – fuknęła. – Zrobię, co mi każesz?

– Tak.

– A jak nie, to co?

Spróbowała wyrwać się uścisku, ale potrząsnąłem nią, zaciskając mocniej dłonie. Wczepiła palce w moją koszulę.

– Jest tyle opcji – wymruczałem, opuszczając wzrok na sterczące piersi. Musnąłem kosmyk włosów na jej ramieniu. – Niezliczona ilość możliwości.

Dostrzegłem, że unosi rękę z zamiarem wymierzenia mi policzka. Nie czekałem, aż mnie dosięgnie. Pchnąłem ją na łóżko, po czym wspiąłem się na nie. Złapałem Lucię za oba nadgarstki, nie dając jej szansy na ucieczkę. Ręce miała delikatne i wrażliwe. Tak łatwo mogłem je złamać. Unieruchomiłem jej szczupłe ramiona nad głową. Docisnąłem ciężarem ciała i z rozkoszą powędrowałem wzrokiem w dół. Gdy dotarłem do miejsca, w którym koszula nocna podjechała do uda, zobaczyłem białe, koronkowe majtki.

Zdecydowanie lubiła koronki. Przynajmniej to nas łączyło.

Naprawdę miałem ochotę wylizać jej cipkę. Na samą myśl o tym mój kutas zrobił się twardy. Lucia znieruchomiała. Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, a mną targnęła dzika żądza. Do czasu, aż zobaczyłem w jej wzroku paniczny strach.

Przyjemność uleciała ze mnie w jednej chwili. Puściłem ją.

– Nie utrudniaj mi tego jeszcze bardziej – mruknąłem, schodząc z łóżka.

Odwróciłem się na chwilę, bo musiałem poprawić spodnie w kroku.

– Niby dlaczego to dla ciebie trudne? Właśnie pogrzebałam ojca. To ja straciłam wszystko. Płacę, choć nie miałam z tym nic wspólnego!

Drżącą dłonią otarła łzy, które popłynęły po policzkach. Z trudem powstrzymywała łkanie. Zdałem sobie sprawę, że musiała płakać, zanim przyszedłem. Przeżywała stratę, a ja rzuciłem się na nią jak wygłodniały zwierz.

Kurwa.

Wyciągnęła dwie chusteczki z pudełka na stoliku nocnym, po czym wytarła twarz. W każdej chwili mogła pogrążyć się w rozpaczy.

– Dlaczego to dla ciebie trudne? – ponowiła pytanie, ciężko oddychając.

Oskarżenie i nieufność. To właśnie wyczytałem w jej spojrzeniu. Naprawdę sądziła, że chciałem tego wszystkiego? Przeczesałem palcami włosy, czując się jak dupek.

– Mówiłem prawdę. Naprawdę wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego.

Nie odezwała się. W ciszy czekała na ciąg dalszy.

– Nawet jeśli nie byłaś z ojcem blisko, wciąż był twoją najbliższą rodziną.

Wiedziałem, że muszę ją kontrolować. Ojciec rozegrałby to w zupełnie inny sposób. Nazwałby mnie słabeuszem, gdyby był teraz w tym pokoju. Nie mogłem jednak pokazać, kto tu rządzi. Nie dzisiaj. Jeszcze przyjdzie na to czas.

– Słuchaj, to był naprawdę długi dzień. I długi tydzień. Oboje jesteśmy zmęczeni. Po prostu coś zjedz, a ja zostawię cię samą.

Wyszedłem z sypialni Lucii, nie oglądając się za siebie, i opuściłem apartament. Wciąż prześladowało mnie wspomnienie jej zrozpaczonej twarzy. Starałem się wyrzucić je z pamięci, ale okazało się to niemożliwe.

– Wyglądasz jak kupa gówna, szefie – stwierdził Marco, gdy pojawiłem się w holu.

Był moim osobistym ochroniarzem i przyjacielem. Niewielu ich miałem. Może tylko on mi pozostał.

– I tak się czuję. Dopilnuj, żeby nigdzie nie poszła, okej?

Skinął głową.

Ruszyłem w kierunku schodów. Dom miał cztery piętra, z czego mój apartament zajmował połowę trzeciego. Pokoje ojca znajdowały się na ostatnim piętrze, a Dominica na drugim. Brat nie potrzebował wiele przestrzeni, dlatego jego część została zagospodarowana na dodatkowe pokoje gościnne. Dzisiaj naszym jedynym i w dodatku przejawiającym wielką niechęć gościem była Lucia.

Zanim dotarłem na pierwsze piętro, usłyszałem odgłos rozmowy. Poszedłem do jadalni, gdzie wokół stołu zebrała się spora grupa – z moim ojcem siedzącym na honorowym miejscu. Przez chwilę zastanawiałem się, co sobie pomyślał. Czy zdziwił się, gdy mnie zobaczył? Dominic siedział obok niego z głupkowatym uśmiechem, który praktycznie nie schodził mu z twarzy. Miałem ochotę spuścić dupkowi porządny wpierdol.

Nie umknął mi również fakt, że zajmował miejsce po prawicy ojca. Na moim miejscu. Nie poruszył się, żeby wstać. Roman, mój wujek i doradca rodziny, podniósł się zamiast niego. Był bratem matki i jednym z niewielu mężczyzn, którym ojciec ufał.

– Salvatore.

Ofiarował mi swoje miejsce. Podziękowałem mu i usiadłem.

Dominic podniósł piwo i pochylił się w moim kierunku.

– Myślałem, że będziesz zajęty nową zabawką.

– Dopiero co pochowała ojca, gnoju.

Dałem znak lokajowi i zaraz dostałem swój ulubiony trunek. Zauważyłem, że służba stała się nerwowa. Pewnie chętnie by nas już pożegnali. Rzadko tu przyjeżdżałem, ale gdy tylko rodzina zjawiała się w mieście, ten dom stawał się celem ataków. Rodzina Benedetti urosła w ludzkiej świadomości do miana legendy. Władaliśmy południowymi Włochami i wkraczaliśmy na terytorium Sycylii. Szykowała się kolejna wojna i zakładaliśmy, że ją wygramy. Gdziekolwiek się udaliśmy, przynosiliśmy ze sobą przemoc. Dziewczyna na górze była tego żywym dowodem. Wciąż słyszałem jej głos: „Płacę, choć nie miałam z tym nic wspólnego”. Faktycznie. Wtedy była tylko niewinną szesnastolatką. Postanowiono o jej losie, nie pytając o zdanie.

– Jest słodziutka – kontynuował brat, sącząc alkohol. – Niezły kawałek…

– Zamknij ryj, Dominic – warknąłem, zaciskając pięści.

– Salvatore ma rację. Dziewczyna przeżywa żałobę. – Ojciec skarcił mojego brata, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Jego słowa były podszyte fałszem. W ogóle mu nie ufałem. Zawsze lepiej sprawdzał się w przywoływaniu do porządku niż stawaniu w czyjejś obronie.

– Dopilnuj, żeby wiedziała, kto tu rządzi, synu. Nie chcę, by sytuacja z dzisiejszego popołudnia kiedykolwiek się powtórzyła, zrozumiano?

Ach, no i proszę, oto prawdziwe oblicze Benedettiego. Przytaknąłem, skupiając wzrok na obrusie.

– Świetnie, a teraz jedzmy.

3
LUCIA

Salvatore mnie zaskoczył. Spodziewałam się przemocy i byłam na nią się przygotowana. Skąd więc ta dobroć? Czyżby próbował zrozumieć moją sytuację? Czy to naprawdę się wydarzyło? Zupełnie mi to nie odpowiadało. I nie podobało mi się, w jaki sposób moje ciało reagowało na bliskość tego mężczyzny.

Kiedy usłyszałam, że opuścił apartament, weszłam do salonu. Burczało mi w brzuchu, bo cały dzień nic nie jadłam. Choć strajk głodowy brzmiał zachęcająco, stracił cały urok, gdy tylko poczułam zapach jedzenia.

Podniosłam pokrywkę jednej z dwóch tac i zobaczyłam gruby stek oraz mieszankę grillowanych warzyw. Przełknęłam ślinę i usiadłam. Wzięłam sztućce, ale zawahałam się, zanim zaczęłam jeść. Gdyby Salvatore teraz wrócił, poczułabym wstyd, że się ugięłam. Nawet jeśli dotrzymałby słowa i trzymał się z daleka, to czy puste talerze nie oznaczałyby dla niego kolejnego zwycięstwa?

Spróbowałam mięsa. Było miękkie i pyszne, wręcz rozpływało się w ustach. Sprawiło, że zaczęłam mieć gdzieś to, co pomyślałby Salvatore. Wzięłam drugi kęs, a potem nałożyłam sobie grillowanych ziemniaków przyprawionych rozmarynem i polanych masłem. Na stole stała otwarta butelka wina. Napełniłam kieliszek i umoczyłam usta, a potem wróciłam do mięsa. Błyskawicznie wyczyściłam talerz. Po posiłku zabrałam wino do pokoju i zamknęłam drzwi, choć wiedziałam, że miał klucz. Oczywiście, że nie dał mi nawet odrobiny prywatności. To był jego dom.

Usiadłam na łóżku i dolałam alkoholu do kieliszka. Mój komentarz mu dopiekł, tak jak słowa, które wypowiedziałam w samochodzie. Nie wiedziałam zbyt wiele o jego relacjach z ojcem, ale poczułam, jak się spiął, kiedy Franco do nas podszedł. Gdy drwiłam, że jest kukiełką, zgadywałam. Ich stosunki mogły nie być najlepsze, ale nie sądziłam, że trafię w czuły punkt. Stwierdzenie, że dom należy do Franca, a nie do niego, też wiele mi powiedziało. Planowałam obserwować ich interakcje, żeby dowiedzieć się więcej. Znaleźć i wykorzystać ich słabości. Może wystarczyło jedynie przeciwstawić syna ojcu?

Był jeszcze Dominic. Od razu dało się zauważyć napiętą atmosferę między braćmi. Nie podobał mi się sposób, w jaki młodszy Benedetti na mnie patrzył, ale może i to mogłam wykorzystać. Salvatore wspominał, że wie, jak to jest stracić bliską osobę. Wiedziałam, że jego starszy brat umarł. Matka odeszła w ciągu następnego roku. Założyłam, że to o nich mówił, i przez chwilę poczułam się jak suka. Podniosłam kieliszek, opróżniłam go jednym haustem i znów napełniłam. Próbował nawiązać ze mną więź na podstawie podobnych doświadczeń czy co? Co by z tego miał?

Oparłam głowę o wezgłowie i zamknęłam oczy. Byłam zmęczona, przytłoczona emocjami i wyczerpana po długiej podróży samolotem. Zaraz po przyjeździe, gdy wreszcie zostałam w pokoju sama, rozpłakałam się z powodu śmierci ojca. Dlaczego nie porozmawiałam z nim, gdy dzwonił? Dlaczego odmówiłam spotkania, kiedy przyszedł do szkoły? Żałował tego, co zrobił. Sprzedał mnie, aby kupić życie naszej rodziny. Jaki miał wybór? W pewnym sensie byłam gestem pojednania. Gałązką oliwną. Białą flagą zapewniającą innym bezpieczeństwo. To była transakcja, która zakończyła rozlew krwi. Poddajemy się. A ja zostałam ofiarą. Zastanawiałam się, kto wpadł na ten pomysł, ojciec czy Franco.

Połknęłam dwie tabletki nasenne i skończyłam drugi kieliszek wina. Odstawiłam puste szkło na nocny stolik, ściągnęłam kołdrę i ułożyłam się wygodnie. Chciałam zasnąć i po prostu przestać myśleć.

Zgasiłam lampkę. Zamknęłam oczy, zapominając o Salvatore, Francu i ojcu. Pomyślałam o Isabelli. Ciąża ją ocaliła. Inaczej to ona leżałaby teraz w tym łóżku. Chcieli pierworodnej. Słyszałam jej kłótnię z ojcem, który krzyczał jak nigdy wcześniej, ale przynajmniej jego złość nie była skierowana na nas. Tak właśnie dowiedziałam się o dziecku. Uciekła, zostawiając mnie na pastwę losu, który powinien przypaść w udziale właśnie jej. Czy jednak mogłam ją winić? Nie kiedy pomyślałam o Effie. Chroniła dziecko, ale to nie usprawiedliwiało jej odejścia bez pożegnania. Wiedziała, na co mnie skazała.

Tych kilka słów, które zamieniłyśmy na pogrzebie, było pierwszymi od pięciu lat. Może nadszedł czas wybaczenia. Potrzebowałam przynajmniej jednego sprzymierzeńca.

***

Gdy następnego ranka otworzyłam oczy, poczułam przeszywający ból głowy. Pewnie to następstwo zbyt wielu łez i wina. Uznałam jednak, że należy przygotować się do kolejnego starcia, ponieważ byłam pewna, że Benedetti tak łatwo nie odpuści. Jeśli miałam stawić mu czoła, to tym razem przynajmniej ubrana jak należy.

Ktoś zapukał w chwili, gdy zasunęłam walizkę.

– Wejdź – powiedziałam, spodziewając się Salvatore.

Do środka wszedł facet, który został przy drzwiach po tym, jak nas tu wczoraj odprowadził.

– Samochód czeka – oznajmił i ruszył w kierunku moich rzeczy.

Zabrałam ze sobą tylko jedną walizkę, bo miała to być krótka podróż. Jeszcze dzisiaj zaplanowano lot do Stanów, do nowego domu w New Jersey.

– Gdzie Salvatore?

– Został wezwany na spotkanie i wyszedł rano.

– Jak się nazywasz?

– Marco.

– Co to za spotkanie, Marco? – spytałam, a moja ciekawość została rozbudzona do granic wytrzymałości.

Mężczyzna wymownie na mnie spojrzał, dając do zrozumienia, że nie odpowie na pytanie.

– W porządku.

Wzięłam torebkę. Na dół schodziłam z wysoko uniesioną głową, mając nadzieję, że nie wpadnę na Franca. Przerażał mnie, choć nigdy bym się do tego nie przyznała.

Drzwi wejściowe stały otworem, wpuszczając do środka promienie słońca i zbyt wysoką temperaturę. Powstrzymałam się od rozglądania wokół i wlepiłam wzrok w czekający na zewnątrz samochód. Usłyszałam za sobą kroki Marca niosącego moją walizkę.

Od pozornej wolności dzieliły mnie już milimetry, gdy usłyszałam ciche klikanie i mimowolnie odwróciłam głowę. Oparty o drzwi swojego pokoju Dominic z uwagą obserwował moje wyjście. Przez chwilę zawiesiłam na nim wzrok. On i Salvatore całkowicie różnili się wyglądem. Starszy Benedetti był wysoki i dobrze umięśniony. Młodszy przewyższał go, co prawda, o kilka centymetrów, ale wyglądał o wiele smuklej. Miał też o wiele jaśniejszą karnację niż brat oraz blond włosy. No i jego szaroniebieskie oczy były tak przeszywające i lodowate, że zmroziły mnie do szpiku kości.

Na widok mojej miny Dominic uśmiechnął się szeroko. Byłam w szoku, jak bardzo zmieniła się wtedy jego twarz.

Ochroniarz odchrząknął. Zerknęłam w jego stronę. Wpatrywał się w Dominica z powagą. Młodszy Benedetti potrząsnął tylko głową i zniknął w swoim pokoju. Obawiając się trochę, kto jeszcze może się zjawić, by mnie pożegnać, wyszłam na podjazd i zajęłam miejsce w samochodzie. Marco zajął miejsce z przodu, a kierowca odpalił silnik. Gdy odjeżdżaliśmy, spojrzałam na posiadłość. Czułam irytację, bo Salvatore ze mną nie pojechał. Zastanawiałam się, czy znowu zostałam potraktowana przedmiotowo. Nienawidziłam tego, że stałam się więźniem jego woli.

W głowie kłębiły mi się setki pytań, lecz żadnego z nich nie zadałam. Czułam się niepewnie, ale prędzej bym umarła, niż się do tego przyznała. Rozparłam się na siedzeniu i patrzyłam na mijane wioski podczas godzinnej jazdy na międzynarodowe lotnisko Lamezia Terme. Czekało mnie łącznie ponad piętnaście godzin w samolocie lecącym do Stanów. Miał międzylądowanie w Rzymie, przez co podróż znacznie się wydłużała. Droga do Kalabrii była wrzodem na dupie. W dzieciństwie nienawidziłam tu przyjeżdżać i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nie znosiłam długich podróży. Przynajmniej nie będę musiała znosić towarzystwa Salvatore i jego bezwstydnego zachowania. Czy w takim razie miejsce Benedettiego zajmie Marco? To z pewnością lepsza alternatywa.

Wreszcie dotarliśmy na lotnisko. Gorąco bijące od rozgrzanego asfaltu stało się nie do zniesienia i od razu po wyjściu z samochodu zatęskniłam za jego klimatyzowanym wnętrzem. Szofer wyciągnął walizkę, a Marco pokazał, że mam iść za nim. Poprowadził nas do stanowiska odprawy. Pracownik lotniska zdawał się go dobrze znać, bo podczas sprawdzania mojego biletu i paszportu rozmawiał z nim po przyjacielsku. Na dokumenty mogłam sobie jedynie popatrzeć, bo zabrali mi je, jakby podejrzewali, że ucieknę z pogrzebu ojca i schowam się przed nimi w najdalszym zakątku świata. Pracownik odprawy wziął bagaż, po czym oddał papiery ochroniarzowi.

– Tędy – mruknął.

– Nie odprawiłeś się. Nie przejdziesz przez kontrolę bezpieczeństwa – zauważyłam.

Marco tylko się uśmiechnął.

– Za chwilę przekażę cię jednemu z moich… kolegów.

Mówił po angielsku z wyraźnym włoskim akcentem. Wychowałam się w Stanach, ale mówiłam płynnie w ojczystym języku. Niestety bez akcentu. Salvatore również.

– On z tobą poleci.

Zdziwiłabym się niezmiernie, gdyby puścili mnie samą. Od dziecka przyzwyczaiłam się do obecności obcych ludzi. W pobliżu zawsze znajdowali się ochroniarze, dlatego dawno temu nauczyłam się ich ignorować. Niemal od razu zapomniałam, jak nazywa się mężczyzna, którego przedstawił mi Marco. Wsiedliśmy do samolotu w ciągu kolejnych trzydziestu minut. Rozsiadłam się wygodnie w fotelu i zaczęłam przeglądać gazety w poszukiwaniu relacji z pogrzebu ojca. Moja twarz pojawiła się na zdjęciach razem z Salvatore. Lokalne dzienniki pokazały również nasze rodziny. Staliśmy się sensacją. Rządząca rodzina mafijna pogrzebała największego rywala. Córka upadłego człowieka uczepiła się ramienia syna wrogiego rodu. Większość artykułów przedstawiała historię tego, jak się poznaliśmy i zakochaliśmy. To musiała być robota Franca. Prawda była brzydka, dlatego zdradzenie jej ludziom nie wchodziło w grę.

Złożyłam gazetę i wsunęłam ją w kieszeń siedzenia. Zamknęłam oczy, próbując się odprężyć, choć czułam na sobie wzrok ochroniarza. Zdystansowałam się od niego najlepiej, jak potrafiłam.

Trzygodzinne opóźnienie w Rzymie dało mi się we znaki i poczułam zmęczenie, zanim wylądowaliśmy w New Jersey. Przebyliśmy półtoragodzinną trasę do posiadłości Salvatore w Saddle River. Zapadł już wieczór, przez co sporo wysiłku kosztowało mnie utrzymanie otwartych oczu i przyjrzenie się nowemu domowi. Przynajmniej nie trafiłam do rodzinnej willi Benedettich.

Majątek był rozległy, ale zapewniał prywatność. Wysokie żelazne bramy otworzyły się, gdy tylko podjechaliśmy. Zalesiony teren oświetlało światło księżyca. Dopiero po przejechaniu sporej części krętej drogi zobaczyłam rezydencję. Duży garaż, zabudowania gospodarcze oraz zróżnicowane oświetlenie ogrodowe robiły wrażenie. Podjazd ciągnął się przez co najmniej półtora kilometra, nim wreszcie zakręcał przed głównym wejściem.

Gdy tylko samochód się zatrzymał, szybko wysiadłam i z ulgą rozprostowałam nogi. Żyłam dostatnio, ale nigdy nie mieszkałam w tak okazałej willi. Wyglądała zbyt pretensjonalnie. Może to kolejna słabość Salvatore.

Podeszłam do czekającej na zewnątrz kobiety.

– Proszę pani – powiedziała, kłaniając się.

– Proszę, mów mi Lucia – odpowiedziałam, uśmiechając się ciepło. Potrzebowałam sprzymierzeńców. Nie chciałam być znienawidzona przez służbę.

Kobieta rozpromieniła się i skinęła głową. Zerknęłam na towarzyszącego mi ochroniarza. Wyglądał na równie zmęczonego, co ja.

– Kiedy zjawi się Benedetti? – spytałam.

– Nie jestem pewny.

– Wejdź do środka – odezwała się kobieta.

Westchnęłam cicho i przekroczyłam próg, rozglądając się po nowym domu. Duży owalny hol łączył się z korytarzami biegnącymi w kilku kierunkach. Jeden musiał prowadzić do kuchni, bo czułam zapach, który napływał z tamtej strony. Przez łukowate przejście widziałam salon. Dalej znajdowała się szklana ściana i ogromne drzwi prowadzące na patio. Przyciemnione, kolorowe światła odbijały się w tafli basenu. Wyglądało to zachęcająco i nagle zamarzyłam o kąpieli. Jeszcze jedne drzwi były zamknięte, ale uwagę najbardziej przyciągały marmurowe schody prowadzące na piętro.

– Jesteś głodna?

Potrząsnęłam przecząco głową, tłumiąc ziewnięcie. Nie byłam pewna, czy zdołałabym cokolwiek przełknąć.

– Tylko bardzo zmęczona.

Kobieta przytaknęła ze zrozumieniem.

– Zaprowadzę cię do pokoju – powiedziała.

Dotknęłam jej łokcia, żeby ją zatrzymać, zanim się odwróci.

– Jak masz na imię? – spytałam.

– Rainey.

– Bardzo ładnie.

– Dziękuję.

Zgadywałam, że mogła być po czterdziestce. Dziwnie się czułam, gdy mnie obsługiwała. Naprawdę nie znosiłam wydawać służbie poleceń. Nie miałam nic przeciwko gosposi czy kucharce, ale pokojówka to co innego.

Ruszyłam za Rainey po schodach, a potem w kierunku podwójnych drzwi na końcu holu. Wywnioskowałam, że to sypialnia właściciela. Serce waliło mi mocno, gdy się zbliżałyśmy. Wiedziałam, że Salvatore oczekiwał mnie w swoim łóżku. No bo dlaczego nie? Jaki sens miałoby wzięcie mnie w posiadanie bez pieprzenia?

Zanim jednak doszłyśmy do tego nieszczęsnego pokoju, skręciłyśmy w prawo i Rainey otworzyła pojedyncze drzwi.

– Ta sypialnia należy do ciebie. – Zapaliła światło i gestem zaprosiła mnie do środka.

W oknach wisiały ciężkie, bogato drapowane zasłony. Odkryta cegła ścian sprawiała, że cała przestrzeń wydawała się ciemniejsza i trochę surowa, ale podobała mi się – szczególnie kominek, który będzie dawał w zimie przyjemne ciepło. Rainey kiwnęła ręką w stronę łazienki, ale ledwie zwróciłam na nią uwagę. Mój wzrok padł na ogromne łoże małżeńskie z czterema kolumnami, grubą kołdrą i nadmierną ilością poduszek.

– Pomóc ci się rozpakować? Ułożyliśmy pozostałe rzeczy w szafie.

– Pozostałe rzeczy?

Zapomniałam. Parę dni temu Salvatore kazał spakować moją własność i przywieźć tutaj. Nie posiadałam zbyt wiele, bo w katolickiej szkole obywałam się bez większości rzeczy. To, co zgromadziłam przez te lata, zostało starannie poukładane w garderobie, przy której teraz stałyśmy.

– Jestem zmęczona. Jeśli nie miałabyś nic przeciwko, wezmę tylko prysznic i położę się spać.

– Oczywiście.

Zamknęła szafę i zabrała się za przygotowanie posłania. Nie lubiłam, gdy mnie przy tym wyręczano. Przecież potrafiłam pościelić własne łóżko.

– Dziękuję – powiedziałam, odprawiając ją.

Gdy wyszła, podeszłam do garderoby i zerknęłam do środka. Półki były pełne ubrań. Część należała do mnie, ale reszty nie rozpoznawałam. Sprawdziłam rozmiar sukienek. Czwórka. Pewnie kupił je dla mnie albo raczej kazał kupić. Salvatore Benedetti na zakupach? Moja wyobraźnia nie potrafiła tego ogarnąć.

Dostrzegłam jeszcze jedno przejście, o którym Rainey nie wspomniała. Gdy spróbowałam je otworzyć, okazało się zamknięte. Postanowiłam zapytać o to jutro.

Weszłam do łazienki i zobaczyłam kabinę prysznicową pod ścianą oraz wannę pośrodku. Z miedzianymi nóżkami i kurkami wyglądała staroświecko. Wszystkie powierzchnie lśniły czystością. Na jednej z półek stało kilkanaście szamponów i żeli do ciała moich ulubionych marek. Od lat nie brałam kąpieli z bąbelkami. Uznałam, że zasłużyłam na nią zamiast prysznica.

Odkręciłam wodę, sprawdziłam temperaturę i dolałam płynu. Różowe bąbelki pojawiły się niemal natychmiast. W jednej z szuflad pod umywalką znalazłam spinkę i zebrałam włosy na czubku głowy. Rozpuszczone opadały mi do połowy pleców. Rozbierałam się, jednocześnie oglądając łazienkę. Wszystko wysokiej jakości, poczynając od marmurowej podłogi aż po eleganckie krany. Na półce leżała sterta ręczników. Dotknęłam ich – miękkie, luksusowe i nowiutkie.

Wanna się napełniła. Zakręciłam wodę i włożyłam palec, by sprawdzić temperaturę. Idealna. Zanim poddałam się chwili relaksu, przyjrzałam się odbiciu w jednym z luster. Przez ostatnie dwa tygodnie straciłam kilka kilogramów. Biegałam prawie codziennie i przy stu sześćdziesięciu pięciu centymetrach wzrostu i pięćdziesięciu czterech kilogramach wyglądałam zdrowo. Lubiłam swoje małe, jędrne piersi oraz krągły tyłek, wypracowany dzięki jodze. Zakonnice na uniwersytecie pozwalały instruktorce prowadzić wieczorowe zajęcia trzy razy w tygodniu i nie opuściłam ani jednego. Aktywność fizyczna sprawiła, że nie zwariowałam i nie wyrywałam włosów z powodu frustracji, jaką odczuwałam.

Powoli zanurzyłam się w wannie. Było tak przyjemnie ciepło. O wiele milej niż poza nią. W całej posiadłości panował dojmujący chłód. Pewnie klimatyzacja chodziła na pełnych obrotach, bo lipcowe upały potrafiły człowieka wykończyć. Wieczory przynosiły niewielką ulgę. Złożyłam mały ręcznik i położyłam sobie pod głowę, a potem zamknęłam oczy. Ze zmęczenia i wszechogarniającej błogości musiałam przysnąć, bo ocknęłam się dopiero pod wpływem głośnego chrząknięcia. Drgnęłam i uniosłam powieki. Na widok Salvatore podskoczyłam jak oparzona i usiadłam, wrzeszcząc:

– Jezu!

Zasłoniłam się przezornie, choć nie było to konieczne. Piana skutecznie mnie zakrywała przed jego intensywnym spojrzeniem.

– Przestraszyłeś mnie na śmierć!

– Pukałem, ale nie odpowiadałaś.

Miał na sobie spodnie od garnituru i koszulę z przypinanym kołnierzykiem. Rozpiął kilka guzików. Dostrzegłam na jego szyi złoty łańcuszek z krzyżykiem. Ostatni raz widziałam go pięć lat temu. Pamiętałam, że skoncentrowałam na nim swój wzrok, gdy nie mogłam spojrzeć w oczy jego właścicielowi.

Mimowolnie odwróciłam wzrok, jednocześnie czując, że się rumienię.

– Zdaje się, że przysnęłam.

– W wannie może to być niebezpieczne.

– No…

Podciągnęłam kolana, upewniając się, że wciąż jestem ukryta pod pianą. Kiedy Rainey przyprowadziła mnie do pokoju, założyłam, że nie będę go z nikim dzielić. Zgadywałam, że tamte podwójne drzwi prowadziły do głównej sypialni. Może wyciągnęłam błędny wniosek? – Czego… czegoś potrzebujesz?

Próbowałam brzmieć przyjaźnie. Salvatore zdawał się rozważać moje pytanie. Wyglądał, jakby miał tysiąc rzeczy na głowie. Czy to przez spotkanie, na które go wezwali? Otworzył usta i chciał coś powiedzieć, ale tylko potrząsnął głową i przejechał dłonią po włosach. Przez ten gest pomyślałam o jego bracie i o tym, jak bardzo się różnili. Myśl tak mnie zmroziła, że już nie czułam ciepła wody.

– Chciałem sprawdzić, czy niczego nie potrzebujesz – odpowiedział wreszcie.

– Wszystko gra. – Miałam ochotę zapytać, czy dzielimy sypialnię i czy należy do niego, ale w żaden sposób nie potrafiłam się do tego zmusić. – Gdzie byłeś? Marco powiedział, że masz zebranie.

– Tak.

Pogratulować wylewności.

– Jak blisko jesteś ze swoimi kuzynami, Lucio? – spytał, opierając się o umywalkę. Najwidoczniej nie miał zamiaru streszczać mi rozkładu dnia.

– Dziwne pytanie. Czemu cię to interesuje?

– Jestem ciekaw.

– Raczej nie bardzo, a przynajmniej nie, od kiedy wylądowałam w szkole.

Nie zamierzałam wyjawiać, że Luke na bieżąco informował mnie, co się działo. Poza tym nie mówił mi nic, co mogłoby zainteresować Salvatore.

– Więc przez ostatnie lata nie rozmawiałaś z Lukiem raz w miesiącu?

– Przesłuchujesz mnie?

Założył ręce na piersi i przyjrzał mi się uważnie.

– Powinienem?

– O czym ty mówisz? Luke jest moim kuzynem. Gadaliśmy, ale co z tego?

– Nie rozmawiałaś z innymi członkami rodziny. Nawet z siostrą.

– Chryste, miałeś mnie ciągle na oku?

– Owszem, pilnowałem mojej własności.

– Och, racja. Twojej własności. – Spiorunowałam go wzrokiem. – Zdajesz sobie sprawę, że jestem człowiekiem, prawda? Zwykle nie mówi się o ludziach jak o przedmiocie.

– Nasza relacja nie jest zwykła.

Podszedł do wanny. Mimowolnie skuliłam się, zasłaniając piersi, nie próbował mnie jednak dotykać. Zamiast tego przysiadł na brzegu i zanurzył dłoń w wodzie.

– Ty i Luke się przyjaźnicie? Widziałem, jak na ciebie patrzył w kościele.

– Jest moim kuzynem.

– Nie z krwi.

– Co sugerujesz? Może jesteś zazdrosny?

W chwili, gdy wypowiedziałam te słowa, zrozumiałam, że to prawda. Zobaczyłam delikatną zmianę w jego oczach, w krótkim wahaniu, zanim otworzył usta.

– Chcę mieć pewność – rzekł powoli – że zdajesz sobie sprawę ze swojego położenia. Jesteś teraz Benedetti. I masz okazać lojalność właściwej stronie.

– Podpisałam ten głupi kontrakt, bo zostałam do tego zmuszona. Miałabym nagle być solidarna z wrogiem? Nie jestem Benedetti.

Parsknął, kręcąc głową.

– Woda stygnie – stwierdził i wstał, po czym wytarł dłoń w ręcznik. – Wyjdź z wanny – nakazał, nie patrząc na mnie.

– Nie ruszę się, póki tu jesteś.

– Chcę się przyjrzeć mojej własności – powiedział dobitnie.

Rozwinął jeden z puchatych ręczników, stanął kilka kroków od wanny i rozwinął go przed sobą. Żeby się wytrzeć, musiałam podejść i przy okazji wszystko pokazać.

– Co to właściwie ma znaczyć? O co ci chodzi, Salvatore?

– Już powiedziałem. Chcę ci się przyjrzeć.

– Chcesz popatrzeć na coś, czego nie możesz mieć?

Kiepski docinek. Wiedziałam o tym. Mógł wziąć, co tylko chciał. Przeczucie podpowiadało mi jednak, że tego nie zrobi. Byłam zdeterminowana nie przyznawać mu tej konkretnej władzy nad sobą. Serce waliło mi w piersi, gdy powoli się podnosiłam, ociekając wodą i pianą.

– Masz ochotę oglądać? – spytałam ponownie, widząc, jak pociemniały mu oczy.

Postanowiłam wykorzystać ten okrutny rodzaj przyciągania i odpychania, który istniał między nami. Wyszłam na matę i stanęłam przed nim.

– No to się naciesz – syknęłam z goryczą.

Przełknął ślinę. Podszedł bez słowa, nie odrywając spojrzenia, i owinął moje ciało ręcznikiem. Jego wygłodniały wzrok przewiercał mnie na wylot, ale wytrzymałam z dumnie podniesioną głową. Żadne z nas się nie ugięło, gdy osuszał mi ciało. Robił to niezbyt delikatnie, nawet w tak wrażliwych miejscach jak piersi i łono. Gdy skończył, cofnął się i pozwolił ręcznikowi opaść na podłogę.

– Teraz wszystko widzę wyraźnie.

Nie ominął żadnego szczegółu. Zatrzymał się na cyckach i brzuchu, a potem spojrzał na cipkę. Żyła na jego szyi nabrzmiała i zauważyłam, że jabłko Adama porusza mu się nerwowo.

Stałam nieruchomo i obserwowałam. W czarnych jak onyksy oczach dostrzegłam szaleństwo. Próbowało się uwolnić, a ja poczułam, że w tej jednej chwili jestem tylko ciałem. Rzeczą, którą można kupić i zrobić z nią absolutnie wszystko.

To jakaś gra? Jeśli tak, to przegrałam, bo mrugnęłam pierwsza i przerwałam kontakt, nie potrafiąc dłużej go utrzymać.

– Idź do łóżka. – Podszedł do wyjścia, ale zatrzymał się przy drzwiach.

Zgarnęłam z podłogi porzucony ręcznik i osłoniłam się przed jego wzrokiem.

– Jeszcze jedno, Lucio – powiedział, robiąc krok w moim kierunku. – Nie rób nic głupiego.

Potarł usta, a oczy płonęły mu furią.

– Jeśli mnie zdradzisz, zostaniesz ukarana.

Wyszedł, okręcając się na pięcie.

Nogi się pode mną ugięły i usiadłam na brzegu wanny. Nic nie mogłam poradzić na to, że drżałam.