Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Współczesna kobieta wie, że najpiękniejsze historie tworzą się między wspomnieniem a marzeniem. Wie, że nie trzeba być idealną, by być niezapomnianą. Wie, że magia zaczyna się tam, gdzie kończy się rutyna, a skrzydła są gotowe, nawet jeśli nie czuje jeszcze wiatru.
To książka o przyjaźni, która daje siłę, o miłości, która czasem czeka w cieniu decyzji, i odwadze, by żyć po swojemu – z humorem i energią Wenus.
Seks w stolicy to niezbędnik każdej kobiety, która nie przeprasza za to, że błyszczy.
Ta książka jest o Tobie.
I dla Ciebie.
Aby Ci przypomnieć, że tą, która wygląda jak milion dolarów, jesteś TY.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Martyna Górniak-Pełech
SEKS
W STOLICY
Copyright © for the Polish Edition 2026 Martyna Górniak-Pełech
Copyright © for the text by Martyna Górniak-Pełech
Redakcja: Katarzyna Twarduś
Korekta: Kinga Dąbrowicz
Projekt okładki: Magdalena Pawelec – PaTu Works
Zdjęcie na okładce: Dominik Marciniak
Skład DTP: Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl
ISBN 978-83-960756-7-3
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wszystkie postacie i wydarzenia są fikcyjne. A każde podobieństwo do prawdziwych ludzi? Czysty przypadek. Albo magia literatury.
Dla wyjątkowych kobiet w moim życiu, które zawsze mają przy sobie zapasową parę skrzydeł… i lampkę prosecco
Niektóre miasta mają legendy. Warszawa ma kobiety.
Takie, które kochają za mocno, pracują za długo i śmieją się zbyt głośno – bo inaczej nie potrafią. Biegną na spotkanie z życiem w szpilkach, trampkach albo boso, z torebką wypchaną marzeniami, rachunkami i ambicjami. Tu nie ma Carrie Bradshaw, ale jest cała armia kobiet pisząca własne felietony – w głowie, w metrze, między mailami i spotkaniami.
Seks w stolicy jest nie tylko o seksie. Jest o energii Wenus. O odwadze. O kobiecym świecie, który nie mieści się w schematach i nie potrzebuje pozwolenia, żeby błyszczeć. To historie o nas – kobietach, które wciąż się uczą, że można mieć wszystko, ale nie zawsze naraz. O przyjaźniach, często ratujących po rozstaniach, o nocach, po których wstajemy silniejsze, i o porankach, gdy lustro pokazuje nie tylko twarz, ale też przebytą drogę. Bo może najważniejszy związek, jaki mamy w swoim życiu, to ten z samą sobą (a każdy eks tylko pomaga nam lepiej to zrozumieć).
Nie chciałam napisać książki o perfekcyjnych kobietach. Chciałam napisać książkę o prawdziwych. Takich, które czasem się gubią, ale zawsze wracają. Które płaczą w samochodzie, a godzinę później, w idealnie skrojonym żakiecie, podejmują korporacyjne decyzje. Które rozumieją, że seks to nie tylko ciało, ale też rozmowa, bliskość, poczucie humoru i siła. Które doskonale wiedzą, kiedy podarować dodatkową parę skrzydeł, a kiedy lampkę prosecco.
Warszawa w tej książce jest bohaterką, nie tłem. Z jej zimnym powietrzem na moście Świętokrzyskim, poranną kawą na Powiślu i rozmowami o wszystkim i o niczym na Mokotowie. To miasto, które – jak kobieta – potrafi być piękne i wkurzające jednocześnie.
Jeśli więc kiedykolwiek czułaś, że balansujesz między emocjami a karierą, między rozmazanym tuszem do rzęs a koroną, która tak łatwo spada – ta książka jest o Tobie.
I dla Ciebie.
Aby Ci przypomnieć, że tą, która wygląda jak milion dolarów, jesteś TY.
Rozebrać ciało jest łatwo. Rozebrać przyjaźń – dużo trudniej.
Warszawa od zawsze przyciągała tysiące ludzi z całej Polski, a ostatnio nawet ze świata. Jedni ją smakują i stwierdzają, że to nie dla nich. Grymaszą, jakby próbowali kiszonego ogórka z musztardą. Inni natomiast zakochują się w rytmie miasta od pierwszego wejrzenia, jakby wpadli w ramiona kochanka, który pachnie deszczem, betonem i obietnicą kariery. A ja? Zastanawiałam się, czy można być jednocześnie zakochaną i wykończoną… i czy to właśnie nie jest definicja prawdziwego romansu z Warszawą.
Co takiego ma to miasto, które jest zlepkiem dwóch milionów ludzi, morza obcokrajowców, fatalnej historii i niekończącej się liczby kawiarni? Z całą pewnością jest magiczne. Nikt nie zaprzeczy. A magia ta uzależnia. Jest to miejsce, gdzie każdy może być sobą i każdy znajdzie coś dla siebie. Ma w sobie pewien magnetyzm, który przyciąga wszystkie komórki naszego ciała. I nie potrafimy nawet powiedzieć dlaczego. Tu każdy ma swoją ulubioną restaurację, park, galerię, ławkę i toaletę. Nawet ja.
Mam na imię Karolina, choć wolę, kiedy znajomi mówią do mnie Karo. Jestem trzydziestoczteroletnią, szczupłą, niewysoką blondynką z burzą loków na głowie. Od kilku lat pracuję jako dziennikarka portalu kobiecego, nagrywam podcasty i próbuję udowodnić sobie i całemu warszawskiemu światu, że wcale nie tak duża jest odległość od Wenus do Marsa. Mimo że mężczyźni pochodzą z tej drugiej planety i nadają na zupełnie innych falach, może warto czasem spróbować ich zrozumieć? Tak, jestem singielką, jak większość kobiet, które mijam każdego dnia, gdy spaceruję po Powiślu. Kocham duże miasta. Przez kilka lat mieszkałam na nowojorskim Manhattanie i mimo że uwielbiałam jego klimat, Warszawa jest tym miastem, gdzie czuję się najlepiej.
– Karo, no gdzie ty byłaś? Myślałam, że tu zamarznę, czekając na ciebie – przywitała mnie moja przyjaciółka Julia. – Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie, bo jeśli nie, to moje lodowate stopy ci tego nie darują.
Był październikowy, chłodny poranek. Spotkałyśmy się obok wyjścia z metra na rondzie Daszyńskiego. Jest to miejsce, gdzie tłumnie gromadzą się mieszkańcy miasta, bez względu na porę dnia czy pogodę. Julia stała w pięknym jasnym płaszczu, kremowych kozaczkach i olbrzymich słonecznych okularach od Gucciego. Nie było słońca, ale w Warszawie raczej go nie potrzebujemy, by założyć szykowne okulary. Są one częścią garderoby, podobnie jak modny zegarek i olbrzymi kubek z kawą w dłoni. W tym mieście z modą się nie dyskutuje, docenia się ją. Wiedzą o tym nawet ci, którzy tak jak ja przeprowadzili się tu bez grosza przy duszy. Znam nawet takich, którym zdarzyło się kupować „Vogue” zamiast obiadu, bo mieli poczucie, że moda ma więcej smaku niż posiłek.
– Już jestem! Pięknie wyglądasz – uspokoiłam ją, obdarzając jednym z tych optymistycznych uśmiechów, które potrafią ogrzać nie tylko zmarznięte stopy, ale też serce.
– Idziemy? Dziewczyny już czekają – pospieszała mnie.
Julia to typowa romantyczna dusza, poukładana w każdym aspekcie swojego życia. Trzydziestopięcioletnia brunetka o idealnie prostych włosach, cudnych stylizacjach i pięknych makijażach. Mama prześlicznej córeczki Zosi, przykładna żona pana prawnika i nieskazitelna obywatelka tego kraju. W całości oddana prowadzeniu domu, gotowaniu i porządkowaniu. Moje zupełne przeciwieństwo. Dlaczego się przyjaźnimy? Może właśnie dlatego, że jesteśmy tak różne.
Był sobotni poranek, a więc nasze wspólne śniadanie, które – jak co tydzień – bez względu na okoliczności życia i przyrody jadamy w czwórkę w Browarach Warszawskich. Piętnaście minut po ósmej weszłyśmy do Baken. W powietrzu unosił się zapach kawy, cynamonu, bitej śmietany i kanapki z mozzarellą. Mimo tego, że godzina ósma może przerażać wielu, szczególnie w sobotni poranek, my o tej porze witałyśmy się w nienagannie ułożonych włosach i zbyt pospiesznie robionych makijażach.
– No wreszcie jesteście, już miałam oddać wasze krzesła tym przystojnym facetom z rogu sali – przywitała nas Majka. – Ale później pomyślałam, że oni mogą zamówić zbyt dużo jedzenia i zanudzić nas opowieściami o piłce nożnej. – Zaśmiała się, wskazując wzrokiem męski stolik.
– Ej, a co ty masz do piłki nożnej? – zapytała Aneta. – Niech każdy zajmuje się tym, co lubi.
Majka to nasza bizneswoman. Jest w wieku Julki. Pracuje w agencji reklamowej i odkąd zaprzyjaźniła się z AI, żaden projekt nie jest jej straszny. Nie wiem, jak to możliwe, że tyle osób próbuje nawiązać relację ze sztuczną inteligencją w nadziei na wymarzony awans, kontrakt lub choćby zainteresowanie swoją osobą, ale im nie wychodzi. Nasza brunetka owinęła sobie tę technologię wokół palca, i to wskazującego. Momentami nabieram nawet przypuszczeń, że ma z nią romans, choć tak naprawdę nie umiem sobie tego wyobrazić. A wyobraźnię mam niczego sobie, jak na dziennikarkę przystało. Majka ma krótkie włosy, wysportowaną sylwetkę i krągłości, o których wiele kobiet może tylko pomarzyć. Jak to zwykle bywa, nie docenia swoich atutów, i ciągle doszukuje się niedociągnięć ze strony stwórcy.
Aneta natomiast to nasza mistyczna dusza, o wysokich wibracjach, ognistym temperamencie i takim samym kolorze włosów. Jest od nas kilka lat starsza, choć nie wiemy dokładnie, w jakim jest wieku. Jej urodziny są dla nas tajemnicą, podobnie jak fioletowy kolor jej aury i miedziana bransoletka na nadgarstku. Serwuje nam kakao ceremonialne i opowiada o gongach tybetańskich. Zawodowo zajmuje się psychologią i doskonale się w tym odnajduje. Prywatnie zakochana w latynoskich klimatach, seksowna rozwódka, która nie pozwoli nam powiedzieć złego słowa na temat swojego eksmęża – Kubańczyka. Poznałyśmy się na studiach i mimo różnicy wieku od zawsze doskonale się rozumiałyśmy.
Każda z nas jest zupełnie inna, każda ma inną przeszłość i marzy o innej przyszłości. Ale jest coś, co nas łączy – tematy damsko-męskie przy lampce prosecco i nasza sobotnia kawa. O tak. Wszystkie uwielbiamy kawę. I chyba nie chodzi tu tylko o jej smak, bo każda z nas pije ją w innej wersji. Julia uwielbia z cukrem (każdy ma swoje słabości, nawet ci idealni), Aneta oczywiście tylko czarną i organiczną, Majka olbrzymie americano, a ja lubię eksperymentować i tak ostatnio moją ulubioną jest ta posypana malinami. Uważam, że w piciu kawy nie chodzi o kawę.
– Dziewczyny, to chyba koniec – rzuciła już przy pierwszym łyku Majka.
– Ale koniec z czym? Z naszymi spotkaniami? – przestraszyła się Julia.
– No właśnie nie, właśnie nasze spotkania są inne. Nie możemy się nagadać, zawsze mamy mnóstwo tematów – kontynuowała.
– No, przy takim nagromadzeniu kobiecych hormonów trudno o nudę – wtrąciłam.
– Dziękujemy, bardzo nam miło, że doceniasz nas i nasze estrogeny. – Julia uśmiechnęła się do mnie promiennie. – Ale mogłabyś rozszerzyć temat? – poprosiła Majkę.
– No ja i Patryk, nie wiem, czy jesteśmy dla siebie.
Majka spotykała się z Patrykiem od kilku lat. Od początku mieli dokładnie ustalone granice – było jasne, które można przekraczać, a których pod żadnym pozorem nie wolno nawet dotykać. Z zawodu był architektem, z zamiłowania – sportowcem, kochał swoją pasję i nie chciał, by Majka ingerowała w liczbę treningów czy choćby wyjścia z kolegami z drużyny. Majka oczywiście godziła się na to. Też uwielbiała sport – rower, bieganie, pływanie, narty – w sumie to była chyba bardziej zagorzałym sportowcem niż on, ale jego męska duma nie pozwalała mu tego przyznać. A Majka, mimo olbrzymiego ładunku męskich pierwiastków (tylko tych pozytywnych), nie wyprowadzała go z błędu. Bo i po co?
– Ale jak to koniec? Coś się stało? – zapytałam.
– Nie do końca albo w sumie… Chyba się stało… Nic poważnego, ale zawsze coś – motała się z wyznaniem Majka.
– Była u mnie na sesji. – Aneta postanowiła jej pomóc i nakreślić nam ramy problemu.
– Tybetańskie gongi, magiczne różdżki czy wywoływanie duchów? – zażartowała Julia, ale nikt się nie zaśmiał.
– Gorzej, wahadełko – powiedziała Majka.
– Wahadełko?! – krzyknęłyśmy chórem tak, że z pewnością usłyszała nas cała kawiarnia i pół Woli.
– Po co poszłaś do Anety na wahadełko?
– Wahadełko to wspaniała sprawa, wie każdy, kto choć raz spróbował – broniła się Aneta.
– Dobrze… – Przełknęłyśmy już temat wahadełka. – Ale co się wydarzyło? – zapytałam zniecierpliwiona.
– Zadałam pytanie: czy będę miała dzieci z Patrykiem?
– Czy co będziesz miała? Dzieci? Czy ty jesteś poważna? To jest bardzo delikatny temat, temat rodzicielstwa, a ty pytasz o to wahadełko jak jakaś nastolatka?! – Julia nie kryła oburzenia.
– Dlaczego od razu nastolatka? Wahadełko działa w każdym wieku – wtrąciła Aneta.
– Ale dzieci? – Julia wywróciła oczami. Nie mogła uwierzyć własnym uszom.
– Dziewczyny, łyk kawy, bardzo proszę. Uspokójmy całą sytuację. Czego się dowiedziałaś? – Postanowiłam lekko uciszyć emocje, które brały górę.
– Że nie – odpowiedziała krótko Majka zrezygnowanym głosem.
– No z Patrykiem nie, ale ogólnie to może tak – dodała Aneta.
– Może? Czy wy siebie słyszycie?! – Julia nie mogła spokojnie usiedzieć. Jako jedyna z nas miała dziecko i pewnie tylko ona wiedziała, co to oznacza. Może faktycznie nie zdawałyśmy sobie sprawy z powagi sytuacji?
– Wahadełko czasami powie „tak”, a czasami „nie”, a czasami nawet „może” – zaczęła zawile tłumaczyć Aneta.
– Chyba sobie zamówię kawę z alkoholem. Podają takie? – Cierpliwość Julki sięgnęła zenitu.
– W Hiszpanii by nam podali, ale tu, nie wiem, jakieś carajillo1 może? – zasugerowała Aneta, która większą część swojego życia spędziła w hiszpańskich i latynoskich klimatach.
– Na trzeźwo tego nie ogarniemy – stwierdziła Julka, wstając od stolika i poprawiając przy tym idealnie dopasowaną sukienkę.
– Jest dziewiąta rano, sobota, musisz dziś Zosię zawieźć na balet, więc przestań snuć marzenia o alkoholu – upomniałam ją, choć zazwyczaj to jest jej rola. Chwyciłam ją za rękę, by daleko nie odeszła.
– To, że temat dzieci jest pod znakiem zapytania, to dopiero połowa problemu. Druga połowa tkwi w tym, że zadałam kolejne pytanie – wyznała Majka.
– Aż się boję, idę zapytać o to carajillo. – Puściłam rękę przyjaciółki, poczułam, że i mnie przerasta ten temat. – Ja nie mam dzieci i nie jadę na balet – powiedziałam w kierunku Julki i wstałam od stołu.
– Zapytałam, jaki związek mam z Patrykiem. Złapałam powietrze w płuca, tak się bałam tej odpowiedzi, i wahadełko odpowiedziało, że… – Majka wzięła wdech i zamarła w bezruchu.
– Majka, dokończ. – Razem z Julką stałyśmy nad nią zniecierpliwione.
– …przyjacielski.
Odetchnęłam z ulgą.
– To chyba dobrze – odpowiedziała Julia, która powoli uspokoiła swoje skołatane rodzicielskie nerwy. Ja w tym czasie składałam zamówienie.
– Wcale nie jest dobrze. Jak mam planować zajście w ciążę z kimś, z kim mam związek przyjacielski? Jaki przyjacielski? Nawet nie mówię mu o wszystkim. Ja nie bawię się z nim tak dobrze jak z wami.
– O, to może z nami powinnaś zajść w ciążę? – zasugerowała Aneta.
– Ja nawet w parku nie potrafię z nim usiedzieć dłużej niż godzinę, bo się nudzimy. Co innego w łóżku. – Uśmiechnęła się promiennie. – Tam się nie nudzimy. Wiecie, jak to ze sportowcem, on ma takie cudne ciało, ten brzuch, te pośladki i ta kondycja.
– Kondycję ma, bo jest od ciebie młodszy – upomniała ją Aneta.
– Hej, hej, nie zapominaj, moja kondycja też jest niczego sobie.
– No ani na moment w to nie zwątpiłyśmy – dodałam, odbierając od kelnerki kawę z alkoholem.
– Co ja mam zrobić? – zapytała Majka, która jako pierwsza chwyciła gorącą filiżankę. – Dziękuję, że zamówiłaś również dla mnie.
– Cała przyjemność po mojej stronie, polecam się na przyszłość – odpowiedziałam z nadzieją na złagodzenie tematu.
– Majka, przede wszystkim złap oddech, sama powiedziałaś, że się bałaś. Jak się boimy, to przecież uruchamiamy wszystkie blokady w naszym mózgu, a te mają wpływ na energię, która przez nas przepływa, a ta jest niezbędna do odpowiedniej pracy wahadełka – powiedziała Julka przekonującym głosem. Nie znała się na mistyce ani wróżbach, ale obcowanie z Anetą nauczyło ją już podstaw.
– Oczywiście, to z całą pewnością wpływa na wahadełko i nie kołysze się ono tak, jak powinno. Rozumiecie? No, nie trzęsie, nie huśta czy co ono tam robi… Ja się nie znam – stwierdziłam.
– Poza tym Aneta zna Patryka, a jak go zna, to też nie jest dobrze. – Julka była dzisiaj naszą specjalistką od wróżb.
– Hej, ja jestem obiektywna – zaprzeczyła jej słowom Aneta.
– Z całym szacunkiem dla twej błękitnoróżowej duszy, Anetko, ale znajomość przeszłości Majki i Patryka z całą pewnością nie może gwarantować obiektywnego medium.
– A jeśli dodamy do tego wiadomość o wielkości jego penisa i kondycji sportowca, to już w ogóle wyklucza wszystko! – Majka się zaśmiała, chyba kamień spadł jej z serca po naszych słowach.
– No to… cheers! – dodałam, podnosząc filiżankę do góry.
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem, choć Majka wyglądała, jakby już sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.
– Majka, posłuchaj, przyjaciółki to przyjaciółki, po to jesteśmy, byś nigdy nie czuła się samotna, byś miała z kim chodzić do spa, opowiadać o masażu wewnętrznym ust, o penetracjach, depilacjach bikini, byś mogła być sobą. Kobiety nadają na innych częstotliwościach niż mężczyźni. Mamy inny wymiar żartu i wysokość wibracji. Nie możesz porównywać przyjaźni damskiej z męską. One są zupełnie inne. Ani lepsze, ani gorsze, po prostu tak cudownie odmienne – zakończyła bardzo kreatywnie Aneta, która chyba chciała już odejść od tematu wahadełka.
I to właśnie skłoniło mnie do rozmyślań. Idąc tym tokiem, dlaczego wiele kobiet marzy o relacji z mężczyzną, która przypomina przyjaźń? Czy związek, w którym jest równość i zrozumienie, może być czymś więcej niż romantycznym mitem?
Wiele z nas marzy o mężczyźnie, który będzie powiernikiem naszych myśli, posłuży swoim ramieniem w momentach słabości i podzieli naszą euforię w radosnych chwilach. Który po prostu będzie. Będzie wtedy, kiedy go potrzebujemy. Nie, nie zawsze, nie codziennie, bo przecież musimy mieć swoją przestrzeń życiową. Chcemy mieć wolność, by wstać o siódmej rano w sobotni poranek i włączyć ulubioną muzykę. Chcemy pójść na długi spacer, na jogę, do kosmetyczki, na zakupy – bez zbędnego tłumaczenia. Partner niech będzie wtedy, kiedy go potrzebujemy. Nie zawsze. Niech będzie romantyczny, ale też męski, niech będzie spontaniczny, ale taki, by można było mieć nad nim kontrolę.
A później przychodzi moment zastanowienia: dlaczego ja nie potrafię wyluzować się w jego towarzystwie w taki sposób, w jaki wyluzowuję się przy moich przyjaciółkach? Co jest nie tak z moim związkiem? Może jest mało partnerski? A może on nie jest moim przyjacielem? Dlaczego, kiedy zwierzam mu się z moich problemów, on chce je rozwiązać? Dlaczego patrzy na mnie dziwnym wzrokiem, kiedy opowiadam mu o tym, kogo spotkałam na zakupach? Czy to, że mamy inaczej skonstruowane mózgi, dowodzi temu, że kobieta i mężczyzna nie mogą się przyjaźnić?
Jeśli jesteśmy tak odmienni, po co w ogóle marzymy o przyjaźni? Czy to jest taka zależność jak między mną a Julią? Przyciąga nas to, że jesteśmy tak odmienne, że ona potrafi zorganizować rzeczy, o których ja nawet nie mam pojęcia? Że potrafi zaplanować przyjęcie urodzinowe w najmniejszym detalu, kiedy ja spontanicznie kupuję balony wypełnione helem i butelkę wina musującego? A co, jeśli przyjaźń damsko-męska nie istnieje? Jeśli jedynym, co nas trzyma, jest wyłącznie seks? Ta chemia, która sprawia, że najpierw się przytulamy, uwielbiamy być w męskich, silnych ramionach, opowiadać o śmiesznych historiach z dnia bieżącego, ale summa summarum i tak skończymy w łóżku, kiedy tylko światło zgaśnie lub kieliszek wina zabłyśnie pustką? Czy z przyjacielem powinno się iść do łóżka? Majka nie sypia ze mną ani z innymi kobietami. Może dlatego wciąż się przyjaźnimy i mamy miliony tematów do omówienia? Czy seks spycha te tematy na dalszy plan? A może odejmuje im wartość, pochłaniając nas swoim jestestwem, swoją namiętnością i pasją? Bo właściwie kiedy jest czas na to, by przegadać z mężczyzną całą noc? Przed seksem, po seksie czy w międzyczasie? Chyba trudno sobie wyobrazić wszystkie trzy warianty. A co, jeśli są tylko dwa wyjścia: albo możemy się z kimś przyjaźnić, albo z nim sypiać? Bo kiedy próbujemy to połączyć, trudno dobrać tętno bicia serca do powagi rozmowy.
Idąc dalej tym tokiem myślenia, łatwo stwierdzić, że te z Wenus mogą zaprzyjaźnić się z tymi z Marsa, ale nie mogą wtedy z nimi sypiać. A jeśli nie potrafią wytrzymać bez tego drugiego? Wtedy z całą pewnością muszą zaspokoić się samym seksem i zapomnieć o czystej przyjaźni, dla psychicznego zdrowia jednych i drugich. Czy to nie mogłoby być jakoś przystępniej zorganizowane?
1 Carajillo – hiszpańska kawa z dodatkiem alkoholu.
Kobieta, która potrafi być sama, psuje statystyki algorytmu.
– Karo, czy ty na serio nie wiesz, co to jest Tinder? – zapytał mnie całkiem niedawno Szymon, chłopak, z którym się kiedyś spotykałam. Księgowy. Widzieliśmy się ostatnio pod Pałacem Kultury i dałam się namówić na szybką jesienną herbatę w jego towarzystwie. Trochę dziwna sytuacja, kiedy twój eks tłumaczy ci, co to jest Tinder. Podobno wartość własnej osoby możemy poznać, opisując naszych byłych. Jeśli to prawda, to chyba nie najgorzej wypadam w statystykach. Tak, utrzymuję całkiem sympatyczne kontakty z moimi eks, szczególnie z Szymonem. Nie łączy nas nic poza przypadkowymi spotkaniami w centrum, choć Julia twierdzi, że z jego strony to coś więcej.
– Ja nie mam pojęcia, jestem starej daty i z całą pewnością preferuję kontakty cielesne, a nie te wirtualne – przyznałam trochę zawstydzona.
– O, tu się grubo mylisz, Karo. Tinder to nic innego jak właśnie kontakty cielesne. – Szymon postanowił mnie doszkolić, bym potrafiła odnaleźć się w zmieniającym się z prędkością światła świecie. Robił to na przedpołudniowej herbacie w lokalu pełnym młodych ludzi. Nawet nie próbował ściszyć głosu, by rozmowa nie wyszła poza nasz stolik. Prawdą jest jednak, że nikomu to nie przeszkadzało. Nawet nikt nie zwracał na nas uwagi. Moja babcia z pewnością by powiedziała: „Chłop z tobą rozmawiał o pożyciu? Publicznie? Na głos? Wśród ludzi? Wstydu nie mają te chłopy”. Może nawet miałaby rację. Ale trzydzieści lat temu. Wstyd, który kiedyś otaczał te tematy, już dawno wyginął – razem z kasetami magnetofonowymi i warszawskim handlem na Stadionie Dziesięciolecia.
– Przez telefon? Cieleśnie? – Nie kryłam zdziwienia.
– Też. Uwierz mi, że często na żywo kobieta nie pokaże ci na pierwszej randce swojej intymnej strefy.
– A na Tinderze?
– Ooo, tu pokaże ci wszystko, przyśle ci nawet zdjęcie swoich warg sromowych, za przeproszeniem – powiedział pewnym siebie głosem.
– Nie musisz przepraszać, traktuję moje wargi sromowe całkiem naturalnie – stwierdziłam, biorąc do ręki gorący kubek o zapachu poziomek i ponownie przypominając sobie minę mojej babci.
– Dziękuję, więc wyobraź sobie, że ostatnio byłem w Łodzi. Jakieś pępkowe czy inny męski baby shower oblewaliśmy, brygada typowo męska, piwo, orzeszki i takie tam. Nagle Filip dostaje zdjęcie na Tinderze.
– Nawet mi nie mów. – Przymrużyłam oczy, bo bałam się tego, co mogę za moment usłyszeć.
– Tak, dostaje zdjęcie i mówi: „Chłopaki, nie uwierzycie, co ona mi przysłała”.
– Pokazał wam?
– Nie, no co ty, takich rzeczy się nie robi, choć ostro go do tego namawialiśmy. Zapytał zakłopotany: „Co ja mam teraz odpisać?”.
– I co odpisał? – zapytałam, bo sama zaczęłam się wkręcać w tę historię.
– Nic, wsiadł w auto i pojechał – powiedział Szymon, uśmiechając się przy tym jednoznacznie.
– Jak to pojechał? – Nie mogłam uwierzyć. Odstawiłam na bok filiżankę i położyłam dłonie na drewnianym blacie stołu. Próbowałam ułożyć sobie to wszystko w głowie, wyobrazić sobie tę sytuację na babskim wieczorze. Czy kobiecie wpadłoby do głowy, by jechać w środku nocy do faceta, który wysłał jej zdjęcie swojego przyrodzenia?
– No, pojechał. Powiedział tylko: „Sorry, chłopaki, ale sami wiecie, jak jest”, i ruszył do Katowic.
– Do Katowic? Z Łodzi?
– No sama wiesz, jak jest – stwierdził Szymon, wzruszając ramionami.
Ale ja nie wiedziałam, jak jest. Nie potrafiłam zrozumieć tej sytuacji.
Czy mężczyźni zawsze myślą tylko dolnymi partiami ciała? Czy jedno zdjęcie potrafi zmienić ich plany na wieczór? Wpłynąć na nich na tyle, że zostawiają kolegów, imprezę i swój zorganizowany wieczór? Czy Tinder faktycznie jest naszym oknem na świat erotyczny?
– Nie tylko erotyczny – powiedziała Majka, kiedy spotkałyśmy się na wieczornym spacerze w parku Sowińskiego. Musiałam opowiedzieć jej tę historię. – Wiesz, ludzie często szukają pomocy, szukają wsparcia, zrozumienia na Tinderze.
– Miłości?
– Miłości to chyba nie, przynajmniej nie takiej, o jakiej ty myślisz. Mam kolegę, który miał żonę. Byli razem wiele lat, trójka dzieci, dom, wspólne marzenia i nagle ona go zostawiła. Z dziećmi. Odeszła z dnia na dzień. Wyrzekła się całego majątku, rodziny i wyjechała do innego miasta.
– No to musiał ją nieźle wkurzyć – skwitowałam.
– Co robi on w takiej sytuacji?
– Opłakuje stratę?
– Zakłada konto na Tinderze.
– Chyba żartujesz. Facet zostaje sam z trójką dzieci i wpada w świat wirtualny?
– Nie żartuję, wpada w sieć tej aplikacji, spotyka się z wieloma dziewczynami: prawniczkami, psycholożkami, sprzątaczkami, blondynkami, brunetkami i rudymi. Z każdą idzie do łóżka. Dziesięć, może dwanaście dziewczyn w kilka tygodni – powiedziała Majka, zwalniając kroku. Szłam obok i próbowałam zrozumieć tę historię.
– No to chyba masz rację, miłości nie szukał – stwierdziłam bez większego zastanowienia.
– Albo szukał bardzo dogłębnie – odpowiedziała z lekką ironią w głosie.
Temat wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłam poruszyć go w moim nowym felietonie. Chciałam jednak poznać więcej opinii o tej samej sytuacji. Dlatego przy najbliższym sobotnim spotkaniu ponownie poruszyłam go w naszym babskim gronie.
– Dla mnie to jest obrzydliwe – stwierdziła pospiesznie Julia. I nawet mnie to nie zdziwiło, znam ją doskonale i wiem, jakie ma priorytety.
– A dla mnie to natura – powiedziała Aneta, która uwielbiała wszystko, co naturalne. – Został zdradzony i porzucony, więc musi odbudować swoje ego. Szuka straconej wartości w oczach…
– Chyba nie tylko oczach – rzuciła Julia sarkastycznie.
– …w oczach innych kobiet, to jest całkowicie naturalne działanie – postawiła kropkę Aneta.
– I co? znalazł ją? – zapytałam Majkę.
– Znalazł, ale nie w damskich oczach.
– Mówiłam wam. – Aneta się ucieszyła.
– W męskich.
– Co?! – Nie mogłyśmy uwierzyć.
– Tak, przespał się z wieloma kobietami, na koniec stwierdził, że kobiety są zepsute, nie nadają na tej samej płaszczyźnie i postanowił znaleźć swoją wartość na męskich wieczorach.
– Został gejem? – zapytałam, próbując zrozumieć całą tę sytuację.
– Tego mi nie powiedział, może lekko zasugerował, ale sama nie wiem. Nie mam pewności. Może zbyt dużo sobie dopowiedziałam.
– Czy wy widzicie, co ten Tinder robi z ludźmi? – Julia nie kryła oburzenia.
– A może to ludzie robią z Tinderem? Przecież to tylko zwykła aplikacja, to ludzie ją kształtują. – Aneta była jedyną w naszym gronie, która miała już zainstalowaną diabelską apkę.
– Tu muszę przyznać ci rację, ludzie w świecie online zachowują się dziko, zachowują się dużo bardziej odważnie i… – zaczęłam swoją myśl, ale nie skończyłam. Julia weszła w połowie mojego zdania:
– I pokazują swoje wargi sromowe byle komu?
– Uuu, Julia, nie poznajemy cię – skomentowała Majka. – Nie wiedziałyśmy, że nasza poukładana Julia potrafi wypowiedzieć takie słowa.
– Bo aż się zdenerwowałam. O czym wy mówicie? Co z tego, że wirtualnie? Co z tego, że anonimowo? To są zdjęcia, to jest dowód – zabrzmiała jak żona prawnika. – Przecież tam są też zdjęcia twarzy i jakieś informacje o osobie. To już nie jest anonimowe.
– Mężczyźni są mniej agresywni na Tinderze niż kobiety, kobiety pokażą więcej – powiedziała nasza doświadczona Aneta.
– Może jesteśmy bardziej wyzwolone – zasugerowała Majka i skierowała swój wzrok na Anetę.
– Niech każdy używa tej aplikacji tak, jak lubi – odpowiedziała, lekko się unosząc. Nie zdziwiło nas to. Była najbardziej wyzwolona i pewna siebie z całej naszej czwórki. Uważała, że wszystko jest dla ludzi i nie zawsze w minimalnych dawkach.
– Po tonie twojej wypowiedzi stwierdzam, że właśnie tak jej używasz – powiedziałam, uśmiechając się jednoznacznie. Wiedziałam, że jesteśmy na takiej stopie przyjaźni, że możemy być ze sobą szczere.
– Oczywiście, ja nie mam nic przeciwko przelotnym znajomościom, kiedy to kobieta może się dowartościować. Uważam, że każda z nas powinna się dowartościowywać, zawsze, kiedy tylko ma na to ochotę – odpowiedziała.
– To podnosi wibracje – dodała Majka.
– Otóż to. – Anecie spodobało się to stwierdzenie. Chcąc przekonać mnie do niego, zapytała: – Karo, co podnosi twoje wibracje?
– Lampka prosecco. – Zaśmiałam się serdecznie. – Jestem z pokolenia, którego wibracje nie są podnoszone jakąś durną aplikacją.
– A moje… – zaczęła Aneta.
– Kakao ceremonialne – odpowiedziałyśmy chórem. – To już wiemy. I latynoskie klimaty. – Zaśmiałyśmy się. Znałyśmy się bardzo dobrze, mimo że wciąż potrafiłyśmy zaskoczyć się podejściem do wielu tematów.
– Ja wolę spotkania w wersji bardziej tradycyjnej – zaczęła Julia. – Zobaczcie, jak wyglądała kiedyś randka w ciemno. Koleżanka ci mówiła, że zna jakiegoś singla, i umawiała cię z nim. Idąc na taką randkę, nie wiedziałaś, jak wygląda ten facet. To było magiczne. Mógł okazać się niskim blondynem lub niewysokim szatynem.
– Albo seryjnym mordercą. – Majka zawsze potrafiła wpaść w skrajność.
– Właśnie nie, bo zazwyczaj to nasi znajomi lub rodzina umawiali nas na takie spotkanie – broniła swojego zdania Julka. – A na Tinderze możesz w pięć minut zobaczyć zdjęcia dwustu osób, to jest przerażające. Wiesz, ilu psychopatów może być w grupie dwustu osób? Z całą pewnością wielu.
– Jeśli byłabym singielką, chodziłabym na jakąś jogę, bardziej do mnie przemawia styl like-minded people2 niż Tinder. Ja jestem weganką, więc wolałabym poznać kogoś, kto też nie je mięsa. Kto ma podobną filozofię życiową. Widzę w tym sens – stwierdziła Majka.
– Dziewczyny, ale ja nie rozumiem jednego – zawahała się Julka. – Jeśli facet przez kilkanaście lat miał żonę i nagle ona znika z jego życia, dlaczego on szuka drugiej? Dlaczego nie potrafi cieszyć się życiem, nie wiem… iść z kolegami na piwo, spać do południa?
– Siedzieć w toalecie dwie godziny i obmyślać plan ratowania świata? – rzuciła Majka.
– Ooo, widzę, że problemy damsko-męskie biorą swój początek w toalecie! – Nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem.
– Dlaczego on nie chce być sam? – brnęła dalej Julka. – Czy wy po kilkunastoletnim związku szukałybyście kolejnego partnera? Tak od razu?
– Ja bym się bała przyznać, że znowu jestem singielką. Bo już słyszę te koleżeńskie: „Mam fajnego kolegę dla ciebie” albo rodzice by pytali: „Jak tam? Wciąż jesteś sama?” – powiedziała Majka.
– A przecież Majka nie jest sama – odpowiedziałam na jej słowa. – Majka ma Anetę, Julię i Karo. Ma przyjaciółki, z którymi cudownie spędza czas, rozmawia o wszystkim, chodzi do kina.
– Kiedyś bycie singielką oznaczało, że nikt cię nie chce. Teraz znaczy, że dajesz sobie czas, żeby zrozumieć, jak chcesz żyć i z kim chcesz spędzić życie – powiedziała Aneta, podnosząc kubek z ostatnim łykiem kawy.
– Brak faceta to nie jest duża zmiana w życiu – odważnie stwierdziła Majka. – Gdybym nie była z Patrykiem, już od miesiąca siedziałabym w Azji. Albo w Argentynie. Właśnie moi znajomi się tam wybierają. Już bym bookowała bilety.
– Szczęśliwi ci, którzy pracują zdalnie – stwierdziłam.
– Oczywiście, że tak, całe życie jest w naszych rękach, od dawna ci to mówimy, że wolność i niezależność to najważniejsze wartości, do których powinna dążyć każda kobieta – pouczała mnie Aneta.
– Dziewczyny, bo odchodzimy od tematu – zauważyła trafnie Julka i miała rację. W naszych dialogach przewijały się zawsze miliony wątków pobocznych. – Czy to wszystko znaczy, że mężczyzna nie potrafi sobie zorganizować życia bez kobiet? Nie ma na siebie pomysłu?
– Podobno dużo więcej jest bezdomnych facetów niż kobiet. Wiesz, ilu facetów wpada w depresję po rozstaniu? Kobiety zostają same z dzieckiem i cudownie sobie radzą. Ogarną mieszkanie, pracę i jeszcze dopilnują potomstwa. Facet zostaje z dziećmi na weekend i już narzeka – powiedziała Aneta.
– Mój nie narzeka – zbuntowała się Julia.
– Bo jest ideałem, ale jedynym na świecie, reszta już wymarła – powiedziałam prawie poważnie.
Związek Julii od zawsze wydawał nam się idealny. Ona nie martwiła się o to, skąd na koncie wzięły się pieniądze, a jego nie zastanawiało, gdzie się one podziały. Układ idealny. Każdy z nich miał swój świat. Ona kochała zakupy, kosmetyczkę, fryzjerkę, spa, ale też kuchnię i codzienne obowiązki domowe. Doskonale odnajdowała się w roli matki – była królową szkolnych korytarzy, mistrzynią list z rzeczami na piknik klasowy i nieformalną ambasadorką dobrej woli w każdej grupie rodziców. Jeśli istniał komitet organizacyjny czegokolwiek – była w nim pierwsza. On natomiast żył pracą, podbudowywał swoje ego na sali rozpraw i na biznesowych lunchach. Mógł chodzić w tej samej koszuli, ale samochód zawsze miał najnowszy. Oba światy łączyły się w jadalni, łóżku i na imprezach rodzinnych. To działało, oboje byli szczęśliwi i spełnieni, a przecież właśnie o to chodzi w życiu.
– Ja bym się nie nadawała na Tindera, bo nie wyobrażam sobie seksu z wieloma facetami. – Julia ponownie wywołała temat magicznej aplikacji.
– Przecież nie musisz sypiać z nimi wszystkimi naraz – stwierdziłam.
– Ale zawsze możesz – zasugerowała Aneta.
– Nie wydaje wam się, że każdy na początku jest cudowny i uśmiechnięty? Potrzeba wiele czasu, aby ktoś pokazał ci swoje prawdziwe oblicze albo żeby się pogniewał, albo wkurzył. Czasami pierwszy rok jest piękny, nie jesteśmy w ogóle sobą. Zachowujemy się tak, jak byśmy chcieli – zaczęła Majka.
– A ja myślę, że nieważne, jacy jesteśmy, ważne, jak nas widzą inni. To spojrzenie drugiej osoby kształtuje nasz wizerunek. To trochę tak jak facet mówi, że ma BMW, a ty od razu wyobrażasz sobie nowoczesne auto, a później okazuje się, że on, mówiąc BMW, miał na myśli stary, zabytkowy model. Albo kiedy facet mówi: „Potrafię gotować”, ty już czujesz się jak w trattorii, a on miał na myśli jajecznicę na masełku. To, jak nas postrzegają nasi partnerzy w pierwszych miesiącach znajomości, zależy w dużym stopniu od ich wyobrażeń, od tego, jak chcą nas widzieć, a nie od tego, jacy faktycznie jesteśmy. – Aneta zakończyła naszą rozmowę.
W drodze powrotnej do domu analizowałam słowa dziewczyn. Czy faktycznie faceci są takimi nieudacznikami i nie potrafią sobie zorganizować życia? To by wyjaśniało, dlaczego tak usilnie poszukują kogoś na Tinderze. Ale przecież tam są również kobiety. W sumie Warszawę zamieszkuje więcej kobiet niż mężczyzn. Więc nie powinni mieć oni problemu ze znalezieniem partnerki i nieważne, czy szukają takiej, która ugotuje im rosół, czy tylko takiej, która pójdzie z nimi do łóżka. To kobiety powinny mieć ten problem. Dlaczego więc mają go rzadziej? Może właśnie dlatego, że jesteśmy wyzwolone i pewne siebie? Kiedy tracimy partnera, nie logujemy się pospiesznie na Tindera, tylko idziemy na kawę i cieszymy się samotnością.
Może potrafimy być same ze sobą? To jest dopiero sztuka. Nie szukać wartości swojej osoby w oczach innej – znać ją. Widzieć ją w swoim lustrzanym odbiciu. Każda z nas chce usłyszeć słowa: „Jesteś piękna”, ale nie są one już naszą deską ratunkową na wzburzonym morzu tylko kolejnym kolorowym drinkiem, którym umilamy sobie czas na wakacjach. A mężczyźni? Mężczyźni muszą się podbudować. Może dobrze mówi Aneta? Może naturą każdego człowieka jest właśnie zawalczyć o własne ego? Tak mogło być w przypadku tego pozostawionego faceta. Może nie zależy im tak bardzo na udowodnieniu czegoś kobiecie (bo przecież – umówmy się – jaka kobieta, która zostawia swojego męża po wielu latach i znika bez śladu, później pospiesznie sprawdza, czy ten już się przespał z inną?), tylko pokazaniu samemu sobie – zobacz, nie jesteś do niczego, zobacz, możesz mieć każdą. Nie zastanawiają się jednak, że „każda” oznacza „każdą z Tindera”. Ale może dla nich to bez różnicy? Nieważne, czy kobietę poznają w grupie like-minded people, czy na Tinderze.
Po powrocie do domu usiadłam z laptopem na kolanach i pospiesznie spisałam swoje przemyślenia. Nie chciałam, by mi umknęły. Stukałam w klawiaturę jak szalona, by zdążyć za własnymi myślami i zgrabnie przenieść je na wirtualną kartkę. Po kilkunastu minutach postawiłam kropkę i wcisnęłam magiczny skrót Ctrl+s. Popatrzyłam w ekran.
A może faktycznie ten świat oszalał? – pomyślałam, wstając od biurka i podchodząc do okna. Spojrzałam na ruchliwe skrzyżowanie pełne ludzi. Jedni w samochodach, inni na hulajnogach, rowerach, jeszcze inni pieszo. Kobiety i mężczyźni mijający się każdego dnia bez emocji. Może miłości, seksu i wsparcia możemy dziś szukać tylko wirtualnie? Może nie do końca ważne jest, czy ta osoba do nas pasuje, bo przecież prędzej czy później ten świat skończy w wersji online i wtedy faceci będą święcić triumfy?
– Nie będą – krótko odpowiedziała na moje pytanie Aneta, której zwierzyłam się telefonicznie z moich przemyśleń, wciąż stojąc przy oknie. – Faceci są słabszą płcią, oni podświadomie szukają matki, a nie kobiety-partnerki. A żadna wirtualna kobieta nie zastąpi im tej matki. Nawet jeśli kontakty międzyludzkie przeniosą się do świata wirtualnego, to kobiety wygrają tę wojnę. Bo my potrafimy być szczęśliwe same ze sobą, a oni nie. A poza tym kobiety na zawsze zostaną w świecie realnym. Chyba że specjalnie przeniesiemy facetów do świata wirtualnego, by mieć spokój w tym realnym. Wtedy bez ograniczeń będziemy się delektowały spa, zakupami i ulubionym prosecco.
– Prosecco? Myślisz, że tyle nam wystarczy do szczęścia?
– Przecież sama mówiłaś, że to podnosi twoje wibracje. A jeśli na końcu okaże się, że mamy tylko jedno życie, ale przeżyjemy je dobrze, to przecież w zupełności wystarczy. – Zamknęła temat optymistycznie. I chyba miała rację. To w zupełności wystarczy.
2like-minded people (ang.) – ludzie myślący podobnie
