Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Rozgrywająca się na przestrzeni półwiecza opowieść o rodzinnej tajemnicy, stojącej za nią miłości i więzi, której nic nie jest w stanie zerwać.
Zwyciężczyni Prix Relay Des Voyageurs Lecteurs 2025.
Książka nominowana do Grand Prix Rtl – Lire Magazine 2025 oraz do Prix Du Roman Version Femina.
Trzy kobiety, dwie różne epoki, jedno zniknięcie.
Ta historia zaczyna się na małej farmie na dzikich terenach Morvan w Burgundii. Mieszkająca tam rodzina adoptuje Luciena, sierotę z Paryża. Pojawienie się chłopca burzy delikatną harmonię. Marthe, najmłodsza córka, przyjmuje go z otwartymi ramionami i darzy miłością, lecz jej brat Etienne zaciekle broni swojej pozycji jedynego syna. Rodzice także są podzieleni. A Lucien… po prostu próbuje przetrwać.
Relacje rodzinne stają się coraz bardziej złożone, a z upływem lat po sojuszach i konfliktach pozostają niewypowiedziane słowa i zrujnowane marzenia…
W 2004 roku, po wielu latach nieobecności, Colette Legendre wraca do rodzinnego Morvan, aby opiekować się umierającą matką, Augustine. Tym razem jednak postanawia, że wszystko będzie inaczej. Jest bowiem zdeterminowana, aby rzucić światło na długo skrywaną rodzinną tajemnicę: zniknięcie jej starszej siostry Marthe pewnego lipcowego wieczoru 1969 roku. Co stało się z Marthe? Dlaczego jej rodzina tak długo milczała? Colette uparcie dąży do prawdy, a odkrywając kolejne fakty, znajduje odpowiedzi, które wykraczają daleko poza jej poszukiwania i burzą wszelkie jej dotychczasowe przekonania.
Poruszającą podróż do małomiasteczkowej francji od okresu powojennego do końca lat 60. XX wieku. Od zakazanych miłości po domy dla „Niezamężnych matek” – autorka czułym piórem ożywia epokę, w której kobiety miały niewiele praw, ale nie brakowało im pasji ani odwagi do buntu.
Sophie de Baere jest nauczycielką mieszkającą niedaleko Nicei. Jak dotąd wydała dwie powieści: „Les Corps conjugaux” i „Les Ailes collées”, którą nagrodzono Prix Maison de la Presse 2022 i zaadaptowano na film telewizyjny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 245
Tytuł oryginału
LE SECRET DES MÈRES
Copyright © éditions Jean-Claude Lattés 2025
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2026
All rights reserved
Redakcja
Marzena Wasilewska
Korekta
Sabina Raczyńska, Dorota Jakubowska
Projekt okładki
Aneta Skwara
Zdjęcie na okładce
Shelley Richmond / Arcangel Images
ISBN 978-83-8439-278-2
2026. Wydanie I
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
wydawnictwoalbatros.com
Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI
Jan Żaborowski
Dla Rubensa, Clarence i Pierre’a-Hugues’a
Był to czas kwiatów
Nie znaliśmy lęku
Jutro miało smak miodu
Tuliłeś mnie
Twój głos był echem mojego
Byliśmy młodzi
Wierzyliśmy w niebo
Czas kwiatów, E. Marnay, E. Raskin, 1968
Przez to, czego nie powiedzieli,
zmarli w trumnach są tak ciężcy.
Henry de Montherlant, 1895–1972
Dzień 1
5 sierpnia 2004
W miarę jak pociąg zbliża się do stacji, wszystkie grzecznościowe zwroty, które przez całą podróż układałam w myślach w eleganckie zdania, znikają. Oczy mnie pieką, policzki palą. Boję się. Serce wali mi w piersiach jak młot; pewnie zdziwione wcześniejszym spokojem, chce mnie pobudzić. Szybciej, Colette, szybciej!
Serce ma rację. Przecież nawet nie wiem, od czego zacząć. W głowie pustka. Co powiedzieć na powitanie? Powinnam znać tekst na pamięć, nie potknąć się, nie zaciąć, gdy ich zobaczę. Te inne słowa, złe i podłe… nie mogę dopuścić, żeby ich potok zatopił moją dobrą wolę. Bo tak naprawdę słów i zdań mam moc, to nie problem. Nie paraliżuje mnie perspektywa rozmowy, ale to, że rozgadam się bez hamulców, że nagle puści tama i z moich ust wypłynie potok, który otworzy zasklepioną ranę dzielących nas długich lat. Nie wolno mi na to pozwolić. Już pierwsze zdanie musi trafić w dziesiątkę, bo nada ton; od niego będzie zależało to, co nadejdzie potem. Muszę się w końcu dowiedzieć, muszę zrozumieć. Muszę zabić ciszę i wreszcie poznać prawdę.
8 stycznia 1953
– Znów to zrobiłem. – Stał w drzwiach, biedny skruszony żołnierzyk. – Zawiniłem.
Marthe złożyła kołdrę na jeszcze ciepłym piecu, podeszła i wzięła go za rękę.
– Chodź. Musimy być cicho – powiedziała.
Dwójka dzieci weszła na ścieżkę między domem a budynkiem gospodarczym. Przeszli pod niebieskim deszczem liżącym garbaty księżyc i po chwili znaleźli w izbie Luciena. Było tam tak ciemno, że Marthe znikła; dopiero kiedy wyjęła z kieszeni pudełko zapałek i zapaliła jedną, w kołyszącym się płomieniu ukazała się Lucienowi. Teraz mogła się rozejrzeć. Na stole zobaczyła obierki jabłek, łupiny orzechów i lampę naftową. Delikatnie uniosła szklany klosz, podpaliła knot drugą zapałką i podała lampę chłopcu, który patrzył na nią, wciąż przestraszony. Uśmiechnęła się szerzej.
Podeszła do łóżka, ściągnęła mokre prześcieradła i zaniosła do kuchni. Zanurzyła je w jeszcze ciepłej wodzie po dzisiejszym praniu. Po kilku minutach wyżęła prześcieradła i – cały czas w kapciach – wróciła oszronioną ścieżką, niosąc czysty stos. W świetle starej lampy dzieci rozwiesiły bieliznę na sznurze rozpiętym między belkami sufitu. Trzeci raz w tym tygodniu. Mama się wścieknie! Znów każe Lucienowi spać bez pościeli, jak psu w budzie.
– Chodź! – szepnęła Marthe.
– Boję się. Ona mnie zabije.
– Chodź, Lulu! Wszystko będzie dobrze. Obiecuję.
Wyszli z szopy i wrócili do ciepłej, przytulnej kuchni samotnie stojącego gospodarstwa, które wtedy nazywano Przeklętym Kątem. Kiedyś zabudowania i ziemia były własnością jednej rodziny, ale ojciec i syn zginęli w Wielkiej Wojnie, zostali matka i młodszy syn. Wkrótce chłopiec też zginął – mówiono, że pod kopytami swojej klaczy. Podobno stara się rozpiła i wszystko zaniedbała. Skończyła swoją smutną egzystencję nieszczęśliwym upadkiem i zostawiła gospodarstwo w żałosnym stanie. Rodzice Marthe kupili Przeklęty Kąt za bezcen i odnowili to, co jeszcze nadawało się do odnowienia, czyli niewiele: stajnię, budynek gospodarczy, stodołę i jeden dom z czterech, które kiedyś tam stały.
W piecu dopalał się żar. Przemarznięte dzieci podeszły, żeby się ogrzać. W domu panowała cisza, tylko krople deszczu uderzały w szyby. Chyba nikogo tu nie było. Po chwili Marthe pociągnęła Luciena za rękaw i pchnęła długim korytarzem. Jej starszy brat, matka i ojciec spali na piętrze, tylko ona sypiała na parterze. Nie wiedziała dlaczego, ale kiedy była mała, rodzice urządzili dla niej pokój na dole, w pomieszczeniu, które wcześniej służyło za graciarnię.
Gdzieś daleko w kościele dzwoniły wieczorne dzwony. Marthe skinęła głową na Luciena. Skulony w ciemnym korytarzu biedak trząsł się jak pokutnik.
– Chodź, Lulu. Nic się nie stało.
Podszedł do rozkładanego łóżka Marthe i wślizgnął się do środka. Dziewczynka podciągnęła kołdrę i chłopcu nagle wydało się, że znalazł się w cudownym miękkim cieście. Ogarnął go spokój. Marthe zgasiła stojącą w kącie lampę naftową i umościła się między chudymi ramionami chłopca. I tak zasnęli.
Znów się spóźniła. Gdy weszła do kuchni, rodzice, brat i Lucien już siedzieli przy dużym stole. Ojciec, Serge, zanurzał grzankę z masłem w kawie z mlekiem, nad którą unosiła się biaława para. Marthe usiadła obok niego. Matka, Augustine, zaczęła narzekać. Ileż troski przysparza jej córka! Prawdziwa wariatka, zrzędziła, podając jej kubek, do którego wlała trochę ciepłego mleka. Marthe szybko wypiła. Stojący pod ścianą wysoki drewniany zegar z kurantem wydzwonił siódmą, a nauczyciel otwierał bramę o wpół do dziewiątej – trzeba było się spieszyć. Droga z Przeklętego Kąta do szkoły była długa i stroma.
Marthe wzięła Luciena za rękę. W ostrym porannym wietrze pobiegli do rowerów. Wyprzedzili jej starszego brata, który szedł powoli, bo nie chciał, żeby widziano go w towarzystwie „tego z Paryża”. Tak nazywano dzieci z sierocińca, które im przysyłano. Państwo wypłacało miesięczne wynagrodzenie rodzinom przyjmującym sieroty do lat trzynastu. Dzieciaki przeważnie pomagały w gospodarstwie. Mówiono na nich „szczeniaki z Paryża”. Lucien był jednym z nich. Minęły już dwa lata, od kiedy wylądował w Przeklętym Kącie, to targanym śnieżycami, to palonym letnim żarem. Dwa lata temu po raz pierwszy postawił stopę w departamencie Morvan, na terenie usianym granitowymi wzgórzami, sennymi stawami i gęstymi lasami pełnymi kłujących drzew.
Tamtego dnia przez okno pociągu widział wartkie wody strumieni i głębokie doliny, których skały wyglądały jak przeszyte popękanymi szwami. Zaczął sobie wyobrażać, jakie będzie jego życie na tej ziemi. Długie spacery po lasach, zwierzęta. Lisy z długimi ogonami, rodziny dzików z młodymi; może nawet zdarzy się wilk, taki, jakie rysował, oglądając ilustracje w albumach ustawionych alfabetycznie na półce w klasie. Ten obraz przypomniał mu sierociniec. Zapach kościoła i atramentu. Samotność, wojowniczych, zaczepnych chłopaków, smutne zabawy, podwórko, które trudno było nazwać placem zabaw.
Patrząc przez okno przedziału, wyobraził sobie swoją nową rodzinę: matkę, ojca, którzy będą go żywić, wygrzewać się z nim przy kominku i opowiadać bajki. Wyobraził sobie też brata i siostrę. Dwoje dzieci, które nauczą go rozpoznawać kwiaty i zwierzęta, pokażą okolice, wskażą skróty i sekretne zakątki. Będą zaśmiewać się do rozpuku, sikać pod tym samym drzewem, robić mikstury z żywicy i śluzu ślimaków. Przez całą podróż Lucien karmił się tą cudowną wizją.
Ale kiedy postawił małe drżące stopy na ziemi Legendre’ów, zobaczył tylko dwie wąskie szparki oczu przybranej matki, Augustine, jej zniszczone dłonie i fartuch zaplamiony krwią królika, którego właśnie wypatroszyła. W ciągu kilku godzin podróży został przeniesiony z hałaśliwego paryskiego dworca w ciszę i surowość tego miejsca. Nie wiedział jeszcze, że za krzakiem leszczyny stoi na wpół schowana dziewczynka, jego rówieśnica, która oczekuje go z bijącym sercem i uśmiechem na buzi.
Dziedziniec pokryty śniegiem wyżłobionym przez lodowaty wiatr.
Stojąc nieruchomo w rzędzie przed bramą szkoły, uczniowie wyglądali jak zamarznięci. Marthe patrzyła na Luciena, na jego drżące kolana, opuszczone ramiona. Tak jej było go żal! Ogarnęła ją złość. Biedny chłopak był w krótkich spodenkach, a na głowie miał czapkę z filcu, która robiła się ciężka, gdy zamokła. Ten nędzny przyodziewek był częścią zimowej wyprawki przysyłanej raz do roku z sierocińca. Lucien, jak wielu innych wychowanków, marzył o długim wełnianym płaszczu. Nie tylko marzł w pelerynie bez rękawów, ale też przede wszystkim wstydził się, że jest ubrany jak inne „szczeniaki z Paryża”.
W szkole była tylko jedna klasa, a on nie był jedyną sierotą przeniesioną tu z okolic Paryża. W dwudziestoosobowej klasie ośmioro uczniów pochodziło z domu dziecka. Podobno w innych miejscowościach takich sierot było jeszcze więcej.
– Proszę, wejdźcie do środka, dzieci – powiedział pan Midal.
– Dzień dobry panu – odpowiadali jeden po drugim uczniowie, wchodząc na szkolny korytarz w kolejności od najniższego do najwyższego, po czym wieszali mokre ubrania na miedzianych haczykach.
***
Zapach woskowanych pulpitów i kredy, tak odległy od gospodarstwa i związanych z nim obowiązków, dla Marthe i Luciena oznaczał niemal drzwi do raju. Lubili się uczyć. Tabliczka mnożenia, dzielenie, mapa Francji, departamenty, prefektury, anatomia człowieka, nazwy roślin, które zbierali i wklejali do zielników. Liście grabu, klonu, wierzby. Orliki, kapryfolium.
Pan Midal był dobry dla podopiecznych. Miał miły głos, który brzmiał prawie jak kołysanka i dodawał dzieciom pewności siebie. Miały wrażenie, że to jest ich miejsce. Czuły się mniej nędznie. Po wejściu do klasy Marthe nie była już tylko dziewczynką z Przeklętego Kąta, stawała się mądrą, uważną uczennicą, która słucha nauczyciela, zbiera dobre stopnie i punkty. Lucien zapominał o metalowym medalionie przylegającym do skóry na piersi – o naszyjniku z numerem, który jak u wszystkich „szczeniaków z Paryża” był numerem identyfikacyjnym.
Podczas przerwy bawił się najczęściej z Marthe i Gilles’em Gastierem. Zawsze uśmiechnięty Gilles – również chłopiec z sierocińca – mieszkał z trójką innych wychowanków u bardzo miłej wdowy, którą nazywali babcią. Lucien był mistrzem gry w kulki; często zdobywał duże kule – caloty – i trzymał je w puszce po herbatnikach, którą dostał od ojca Marthe. Ale po wyjściu ze szkoły, gdy znikała ochrona nauczyciela, Lucien stawał się z powrotem bezbronnym stworzeniem, łatwym do wypatrzenia pośród innych. Po lekcjach znów był chłopcem z opieki społecznej, obrzucanym wyzwiskami przez „normalne” dzieci. Te miejscowe, o oczach pełnych pogardy i arogancji.
Marthe również go wyzywała, biła i kopała, ale po to, żeby podniósł głowę, żeby wrzeszczał i walczył, żeby nie był mięczakiem. Wtedy chłopiec prostował plecy; wiedział, na czym skupić wzrok. Patrzył na jej zęby z przerwą między jedynkami, na jej ogromne oczy. Szukał w niej oparcia, bo choć była dzieckiem, miała coś z kobiety.
Widział, że Marthe różni się od innych dziewczynek. Gotowa na wszystko, w sekundę wciągała się w każdą przygodę – nawet ryzykowną, prawdziwą albo wymyśloną.
Mieszkając w samotnie stojącym gospodarstwie, wyobrażała sobie przyszłość jako pasmo coraz to nowszych doświadczeń: będzie artystką, aktorką, piosenkarką. A właściwie czemu nie badaczką, odkrywczynią, poszukiwaczką przygód? Musi jednak poczekać, jeszcze jest zbyt młoda.
Marthe miała wielki apetyt na świat.
***
Gdy wracali ze szkoły na rowerach, wymyślali coraz to nowsze gry i zabawy. Dokuczali sobie nawzajem, drażnili starszego brata Marthe, a ten wyzywał ich od debili i kretynów.
– Och, patrz na tę chmurę, wygląda jak zamek! – wrzeszczeli.
– A ta jak samolot! – wołali i jechali pędem za nią.
Przez prawie cztery kilometry dzielące szkołę od Przeklętego Kąta Lucien i Marthe zrzucali z siebie stres po ciosach zebranych w ciągu dnia.
A w domu należało być grzecznym. Pajda chleba z konfiturą i odrabianie lekcji w przypadku Marthe i Étienne’a. Lucien rzadko zasługiwał na takie szczęście. Musiał przede wszystkim wykonać polecenia przybranej matki, która wciąż znajdowała mu nowe zajęcia: wyrwać chwasty spomiędzy kamieni, wymieść żwir, nakarmić kury i dwie świnie. Przynieść ze studni wodę dla zwierząt. Porąbać drewno.
Wieczorem pozwalano mu jeść kolację z całą rodziną, ale jeśli nie zdążył wszystkiego zrobić, Augustine dawała mu tylko kaszę i jabłka. W te dni, kiedy matka zmywała po kolacji, Marthe udawała, że musi coś sprawdzić w stajni, i zanosiła Lucienowi resztę ciasta albo sera.
***
Wieczór miał się okazać parszywy – Marthe wyczuła to już od progu. Matka wyglądała jak w swoje niedobre dni. Ostre spojrzenie, złośliwy grymas ust, zaciśnięte pięści przyklejone do ud.
– Co zrobiłeś z pieniędzmi na chleb?
– Nie dotykałem ich, przysięgam!
– Tylko nie kłam, Lucien! Co zrobiłeś z pieniędzmi? Były na parapecie, a piekarz ich nie znalazł.
– To nie ja, Titine. To nie ja.
– Więc kto?! – wykrzyknęła Augustine.
Zapadła cisza. Z zaciśniętymi wąskimi ustami przybrana matka podarła gazetę z poprzedniego dnia, na którą obierało się ziemniaki, i wyszła z kuchni. Po minucie wróciła z wiązką pokrzyw owiniętych w pognieciony papier i stanęła przed Lucienem.
Chłopiec milczał, tylko pochylił głowę i się skulił. Spojrzenie wielkich niebieskich oczu wbił w wiąz za oknem, oświetlony światłem księżyca. Z biegiem lat ten wiąz stał się dla niego prawie przyjacielem, aniołem stróżem. Lucien i Marthe często dla zabawy przeciągali dziecięcymi palcami po jego stuletniej pomarszczonej korze, odgadywali niewidzialny świat ukryty w liściach. Echa dawnych zabaw, tańczące elfy, miecz rycerza przecinający powietrze. W niektóre wieczory, kiedy wszyscy spali, spotykali się w tajemnicy przy szopie i przytulali do drzewa. Słuchali własnych oddechów – wdech, wydech, wdech, wydech – i wciągali w płuca siłę drzewa.
– Chodź tu! – rzuciła Augustine. – Zaraz ci się odechce tych głupstw!
Spuszczone spodenki, gołe pośladki. Lucien spojrzał na stary wiąz i zacisnął zęby. Marthe zaczęła płakać. Jej matka, nie reagując na łzy córki, biczowała nagie ciało chłopca. Marthe czuła w środku straszny ból. Pokrzywa parzyła ją, kłuła żyły, wykręcała duszę.
W przeciwieństwie do dziewczynki Lucien był jak z kamienia. Spał blisko chlewu, więc pewnie myślał, że ma tak grubą skórę jak świnie. Które karmi się, czasem głaszcze, a potem któregoś dnia zjada.
Zaczynało się czwartkowe popołudnie, jedyne w tygodniu wolne od szkoły. Rodzice Marthe pojechali na doroczny targ, który miał trwać cały dzień. Starszy brat był na religii, a potem miał zostać w miasteczku i bawić się z kolegami aż do powrotu matki i ojca.
Lucien wydoił krowy i zaniósł bańki z mlekiem do szopy. Marthe przebierała soczewicę.
Płonące drewno w kuchennym piecu cicho trzaskało i roznosił się jego zapach. Marthe i Lucien siedzieli przyklejeni do siebie i rozmawiali szeptem. Za chwilę pobiegną sekretną trasą – ścieżką wzdłuż rzeki – w kierunku pasma niższych gór widocznych na horyzoncie, daleko za osadą. Już im nie wystarczają lasy ze świerkami, bukami i kasztanowcami po obu stronach stromej kamienistej drogi, oddzielające Przeklęty Kąt od miasteczka. Znają na pamięć wszystkie szlaki i skróty. Nie, tym razem pójdą w innym kierunku, na północ, przez gęsty bór. Zaplanowali tę wyprawę poprzedniego wieczoru, gdy karmili świnie.
***
Mech uginał się pod ich stopami. Z niepokojem obserwując chmury, zagłębiali się w sosnowy las. Nie skarżyli się, nie narzekali. Szli coraz szybciej, wydłużali krok i śpiewali, żeby dodać sobie odwagi. Pobudzeni energią własnych głosów, rozdzielili się na chwilę i zaczęli zbierać suche liście, gałęzie i szyszki. Lucien, mimo popękanej od mrozu skóry na dłoniach i bólu pleców, krzątał się jak nigdy. Ogarnęła go błogość, czuł się szczęśliwy i silny; chciał nazbierać więcej skarbów.
Po dłuższej chwili, kiedy poczuli się bezpieczniej, usiedli przy małym wodospadzie. Marthe zanurzyła stopy w lodowatej wodzie i namawiała Luciena, żeby zrobił to samo, lecz chłopiec zdecydowanie odmówił.
– Tchórz z ciebie! – rzuciła, roześmiała się i weszła po kolana do strumyka. I natychmiast zobaczyła wypukłe czarne oczy przepływających ryb.
Tylko nie krzycz, nakazała sobie. Nie patrz. Nie boję się, wcale się nie boję!
Ale nic z tego nie wyszło. Gdy tylko poczuła na kostkach dotyk zimnej łuski, krzyknęła.
Teraz to Lucien się roześmiał.
– No i kto jest tchórzem? Ładnie teraz wyglądasz…
– Zamknij się, Lulu! – odparła naburmuszona, ale po chwili jej przeszło i też się roześmiała. Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa, pomyślała.
Lucien wziął ją za rękę i wyciągnęli się na mchu. Nad nimi krążył i poświstywał jakiś drapieżny ptak. Obserwując go dziecięcymi oczami, uświadomili sobie ogrom otaczającej ich natury. Spękane pnie drzew. Dzikie wody. Jasne niebo i światło przebijające przez igliwie, migoczące między gałęziami, odsuwające uporczywe myśli o trudnej codzienności. Zapomnieli o śniegu, który trzeba było wciąż odgarniać, o zwierzętach, które trzeba było karmić, o krowach, które trzeba było wydoić. O klapsach. Chcieli zatrzymać czas, żeby chwila pośród tej dzikiej, surowej przyrody nigdy nie minęła. Chcieli zostać tu razem na zawsze.
Ale Lucien zaczął kaszleć. Tym złym kaszlem, który męczył go od tygodnia. Nagle zdał sobie sprawę, że jest mu zimno, że jest głodny i że trzeba wracać. Marthe zaprotestowała. Przypomniała mu, że niedługo skończy dziewięć lat, a dziewięcioletni chłopiec nie powinien marudzić, musi być silny, zwalczać przeciwności losu, żyć jak Indianin, jak Siuks, busz, jelenie… Kaczor Donald na pewno by się nie bał, zakończyła.
Lucien zmobilizował się i odchrząknął, żeby powstrzymać kaszel. Najbardziej pragnął, żeby dziewczynka, którą nazywał swoją „siostrą od serca”, była z niego dumna. Długo leżał spokojnie, wpatrzony w nicość, uśmiechając się i wyobrażając sobie, że jest pustelnikiem albo poszukiwaczem przygód. Kaszel się uspokoił.
Marthe wstała i przerwała jego marzenia.
– Dość leniuchowania, Lulu! Musimy się pospieszyć. Oni niedługo wrócą.
Wstał i zabrali się do pracy. Najpierw wyjęli sznurek, który wzięli z warsztatu Serge’a, ułożyli równo gałęzie, obwiązali je sznurkiem i zrobili daszek. Och, gdyby mogli sięgnąć do czubków drzew! Ale to było niemożliwe – ręce mieli za krótkie, a świerki były takie wysokie. Mimo to starali się, jak mogli.
Wbijali gałęzie w ziemię, łamali je, splatali, usztywniali i zatykali przerwy; w niecałą godzinę schronienie było gotowe. Marthe zaczęła klaskać i ucałowała Luciena. Spoceni i różowi z wysiłku i ekscytacji, podskakiwali. Wreszcie będą mieli dokąd uciec; ten szałas da im namiastkę wolności, w której na chwilę zatrzymają swoje dzieciństwo.
Minęła dobra godzina, zanim niebo poszło spać. Cała godzina w świecie fantazji, wśród jasnych łąk, warownych zamków, książąt i księżniczek. Suchy liść stawał się fragmentem czarodziejskiego pergaminu; uwielbiany przez Marthe śpiew ptaków – wszechobecną muzyką; wiatr tańczący wśród listowia – czarownym muśnięciem.
W końcu jednak zrobiło się ciemno i trzeba było wracać. W głowach im szumiało po tym cudownym popołudniu spędzonym pośród drzew. Bez trudu znaleźli drogę powrotną. Ślizgali się na kamykach, nie tracąc równowagi, gdy wieczorne powietrze powoli wypełniała mgła. Nawet nie spostrzegli, że dzień minął i ogarnęła ich noc.
***
Kiedy wrócili do gospodarstwa, w kuchni nikogo nie zastali, ale piec był ciepły. Stojący pod ścianą wysoki zegar odliczał minuty i godziny, które teraz miały zupełnie inny smak. Stawały się czasem dzielącym ich od następnej wyprawy w gęsty las. Stawały się obietnicą.
Ale ile minut, ile godzin, dni będą musieli przeżyć, zanim nadejdzie ta cudowna chwila? Ile czasu będą musieli zaciskać szczęki, zanim Lucien będzie mógł znów uciec przed groźbami i wrogą twarzą Augustine?
Marthe pamiętała, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej matka była dobra dla Luciena. Czasem może surowa i nieobecna duchem, owszem, ale nigdy nie była zła. A potem wszystko się odmieniło.
Dziewczynka często pocieszała Luciena. Niedługo życie stanie się piękne, zobaczysz, powtarzała. Bądź dzielny i cierpliwy, a wszystko będzie znowu takie jak przedtem.
Tylko jak przed czym?
Tego nie umiała powiedzieć.
13 stycznia 1955
Od szóstej rano Lucien i Serge wymiatali śnieg z całego podwórka, aż do bramy. Dramond, inspektor z opieki społecznej, jak zwykle uprzedził o swojej wizycie. Cztery razy w roku przyjeżdżał do Legendre’ów, żeby sprawdzić postępy w nauce Luciena i to, jak jest odżywiany. Marthe wiedziała, że ta wizyta na kilka godzin zawiesi codzienne smutki i sprowadzi na dom chwilowy spokój.
Cała rodzina krzątała się w oczekiwaniu na przybycie inspektora. Trzeba było porządnie wymyć podłogi, wytrzeć kurze z mebli i bibelotów. Nawet kuchnia wyglądała odświętnie. Na stole czekała świeżo upieczona brioszka, na kuchence poświstywała aluminiowa maszynka do kawy.
Rodzice przebrali się w niedzielne stroje, w których chodzili do kościoła: Serge w wyprasowane czarne spodnie i białą koszulę, Augustine w bluzkę z okrągłym kołnierzykiem i jasnozieloną spódnicę z aksamitu, a na mały blond kok nałożyła beżową siateczkę. Spodenki i sweter Luciena zostały wyprane i wyprasowane, buty wypastowane. Marthe z bratem również włożyli najlepsze ubrania. Pięć minut przed przybyciem inspektora uczesany z przedziałkiem Lucien stał wyprostowany przed drzwiami, przepełniony radością. Gdyby nie medalik z numerem na szyi, czułby się prawie jak członek rodziny.
Marthe podeszła do niego.
– Lulu, ale jesteś piękny! – wyszeptała mu do ucha.
Dramond zjawił się punktualnie tuż po obiedzie.
– Te wasze drogi to tragedia! Zwłaszcza w zimie, wszędzie śnieg! A już żeby dotrzeć tutaj, do Przeklętego Kąta… Byłem pewien, że samochód mi padnie.
Marthe pomyślała o drodze wyjazdowej. Lucien setki razy wyobrażał sobie, że nią ucieka, ale zawsze rezygnował. Po co marzyć? Nie było dokąd uciec, nic na niego nie czekało. W najlepszym razie inna rodzina, w najgorszym – sierociniec. A poza tym tak bardzo kochał Marthe, a ona jego. Tak się do siebie przywiązali. Gdyby odszedł, oboje mieliby złamane serce.
Jak zawsze, gdy tylko Dramond przekroczył próg domu, pies obskakiwał go i serdecznie witał. Inspektor głaskał go przez chwilę, potem witał się z Serge’em i Augustine i siadał z całą rodziną przy stole, na tę okazję przykrytym czystym obrusem i zastawionym naczyniami ze ślubnego serwisu. Marthe i Lucienowi sprawiało przyjemność oglądanie bukolicznych scenek pośrodku talerzy. Dzień wizyty inspektora był pod każdym względem wyjątkowy.
Dramond był nadzwyczaj miły dla Luciena. Wypytywał go przy wszystkich, czy jest dobrze karmiony, czy się uczy, czy sypia tyle, ile trzeba. Chłopiec nie czuł się swobodnie przy tym ugrzecznionym grubym panu z sinym nosem, więc tylko kiwał nieśmiało głową. Augustine wciąż podsuwała inspektorowi brioszkę i dolewała mu kawy. Serge starał się podtrzymywać rozmowę.
– Wie pan, inspektorze, dzieciak nie jest zbyt rozmowny. To nieśmiały chłopiec. Ale dogaduje się z Marthe. Szczerze mówiąc, są jak dwa palce jednej ręki! Jak brat i siostra.
– Bardzo mnie to cieszy. Lucien ma szczęście. Wy przynajmniej nie jesteście tacy jak inni rolnicy, którzy wykorzystują bez sumienia dzieci objęte opieką społeczną.
– Na pewno nie. Traktujemy go jak własnego syna. Niczego mu nie brakuje.
– Wyobraźcie sobie państwo, że wczoraj, gdy odwiedzałem pewną rodzinę, pomyliłem godziny. I kiedy niespodziewanie się u nich zjawiłem, zobaczyłem chłopczyka przywiązanego sznurkiem do nogi stołu i jedzącego z psiej miski! Wyobrażacie to sobie?
Marthe poczuła, jak żołądek jej się ściska, i odsunęła od ust brioszkę. Słyszała, jak koledzy w szkole – ci „normalni” – opowiadali podobne okropieństwa, zaśmiewając się przy tym. Wczoraj jeden z nich drwił z chłopca, który był tak głodzony przez przybranych rodziców, że podkradał świniom obierki z ziemniaków i zwiędłe liście.
Lucien musiał wprawdzie ciężko pracować w gospodarstwie, ale przynajmniej jadł do syta. Czasem nawet Serge dawał mu lizaki, za którymi chłopiec przepadał. A w dni, gdy wszyscy zmarzniętymi rękami zbierali ziemniaki w polu, Lucien dostawał – jak brat Marthe – pół kieliszka czerwonego wina z kostką cukru. Widząc, jak chłopiec błyskawicznie je wypija, Serge śmiał się do rozpuku.
– Ale masz spust, młody!
Marthe lubiła te chwile. Wiedziała, że jej Lulu uwielbia czas spędzony w męskim towarzystwie; czuł się wtedy częścią wspólnoty i podobało mu się, jak jej ojciec nazywa go „młodym”.
***
Poprzedniego dnia przypadkiem usłyszała rozmowę rodziców o nowej pompie do studni, którą mogli kupić dzięki pieniądzom z opieki społecznej. Matka powiedziała, że kiedy Lucien skończy trzynaście lat, państwo przestanie za niego płacić i będzie musiał iść do pracy. Ojciec milczał.
„Szczeniaki z Paryża”, które nie kończyły szkoły podstawowej i nie szły do zawodówki, często nie miały innego wyjścia: musiały się zatrudniać jako „pracownicy rolni”. Kiedyś na Świętego Jana organizowano nawet na rynku specjalne targi dzieci „do wynajęcia”. Te z opieki społecznej łatwo było poznać, bo musiały trzymać w rękach liście kasztanowca. Zdarzało się, że niektóre zostawały u przybranych rodziców. Lucien najwyraźniej nie mógł na to liczyć.
Kiedy Marthe mu o tym powiedziała, rozpłakał się. Znaczyło to, że któregoś dnia rozdzielą go z „siostrą od serca”. A przecież znali się całe życie; Lucien przybył na farmę jako mały chłopczyk. Podobno był synem prostytutki, która porzuciła go w kościele pod ołtarzem. Cały czas płakał, porządnie dawał się we znaki; siostry w sierocińcu miały go dosyć. Niedobry dzieciak, mówiły. A potem któregoś dnia wylądował tutaj.
***
Jakąś godzinę później Dramond zaczął się zbierać do wyjścia. Przez całą wizytę łakomie zajadał ciasto i nawet nie poprosił, żeby mu pokazać, gdzie Lucien śpi. Pewnie nie miał ochoty oglądać ponurej szopy z oszronionymi szybami i wiatrem uderzającym w jedyne okno; nie chciał wiedzieć o zimnie, które w nocy przenikało ciało dziecka i usztywniało mu plecy. Zadowolił się poklepaniem chłopca kilka razy po policzku i pomacaniem ramienia. Marthe miała wrażenie, że inspektor sprawdza wagę towaru na sprzedaż.
W końcu wstał i poczochrał Lucienowi włosy.
– Ale czupryna! – rzucił. – Robactwo ma co jeść.
Kiedy wychodził, Serge wręczył mu paczkę z mięsem i dwie butelki miejscowej wódki z mirabelki. Dramond zaczął protestować – nie trzeba, tak nie można – ale włożył wszystko do bagażnika eleganckiego samochodu i odjechał, wznosząc kłąb kurzu.
Serge zaraz potem wrócił na pastwisko. W kuchni Augustine zabrała się do golenia ładnych jasnych loków Luciena. Kiedy to robiła, narzekała na łzy spływające po szyi chłopca. Marthe za drzwiami swojego pokoju bezsilnie zaciskała pięści.
Plac targowy aż kipiał od zapachów i kolorów; spomiędzy straganów dochodziły dźwięki wielkiego świata. Lucien i Marthe krążyli zaciekawieni po całym terenie w porannych promieniach słońca. Przyjechali tu z Serge’em, który zamierzał sprzedać króliki i na ponad godzinę zostawił pod opieką dzieci małe stoisko. Mięso królików jest delikatne, a z futra można uszyć ciepłą kamizelkę. Lucien, dumny z powierzonego mu zadania reprezentowania rodziny Legendre’ów, z uśmiechem wychwalał króliki i wydawał klientom resztę. Lepiej mu to szło niż Marthe. Jej ojciec często mówił, że Lucien ma zadatki na dobrego kupca.
Marthe widziała, że tych dwóch łączy szczere uczucie. Nawet jeśli nie było między nimi więzów krwi, zbliżyła ich wspólna praca w gospodarstwie i mnóstwo rzeczy, które robili razem. Cały wolny czas po szkole i podczas ferii Lucien i Marthe spędzali z Serge’em. Nauczył ich oporządzać zwierzęta, naprawiać narzędzia, przycinać drzewa. Étienne rzadko im towarzyszył; wolał siedzieć z matką. Ojciec czasem mu to wyrzucał, ale w przeciwieństwie do żony nigdy nie podnosił głosu, gdy zwracał się do dzieci.
Serge należał do ludzi łagodnych i niemal zawsze był pogrążony w myślach. Spędzał życie na łonie natury: przemierzał pastwiska, karmił krowy i nadawał im imiona kwiatów: Malwa, Stokrotka, Dalia… Lucien i Marthe, gdy tylko mogli, szukali jego towarzystwa. Obserwowali go z ciekawością. Nie śmieli zadawać mu za dużo pytań, żeby nie przerywać jego sekretnych rozmów ze zwierzętami.
Czasami wieczorem, gdy Marthe siedziała nad lekcjami, obserwowała z daleka ojca i Luciena, idących obok siebie w milczeniu pośród mieniącej się różnymi odcieniami wiejskiej zieleni. Nie obciążali się zbędnymi słowami. Spędzali dużo czasu razem i stopniowo wytworzyło się między nimi coś, co można by nazwać miłością. Miłością bez słów.
– No, zasłużyliście! – powiedział Serge, gdy wrócił do stoiska. – Proszę, to dla was, kupcie sobie coś. – Wyjął z kieszeni parę monet i wcisnął je Lucienowi, obejmując przy tym jego zaciśniętą dłoń. Potem dał pieniądze córce i odszedł do furgonetki.
Kiedy odjechał, Marthe się ucieszyła. Hurra! Kupią sobie na targu lemoniadę i landrynki! Ale Lucien milczał, tylko się uśmiechał.
– Co ty, zgłupiałeś? – rzuciła.
– Może i zgłupiałem, ale nagle poczułem się taki szczęśliwy – odparł.
7 kwietnia 1957
Inspektor wrócił. Jak zawsze usiadł za stołem w kuchni, zanurzył kawałek brioszki z masłem w świeżo zaparzonej kawie i wziął łapówkę w postaci paczki z mięsem. Ale ta wizyta była inna. Dramond poprosił Luciena, żeby wyszedł i zaczekał na zewnątrz w ogrodzie. Tym razem inspektor przyjechał do Legendre’ów, żeby omówić dalsze losy chłopca.
– Musicie zdecydować – powiedział. – Lucien urósł. Jeśli nie jest już wam potrzebny, mógłby popytać w sąsiednich gospodarstwach. Może ktoś go zatrudni. Ale zanim przyszedłem tutaj, wpadłem do szkoły. Rozmawiałem z nauczycielem. Lucien, choć zaczynał z dużymi brakami, teraz ma doskonałe wyniki. Może nawet mógłby uczyć się dalej, nie kończyć na podstawówce. Ma szansę zdobyć jakiś dobry zawód.
Augustine wzruszyła ramionami.
– Tak czy inaczej, niedługo nie będziecie już za niego dostawać pieniędzy – dodał. – Musicie więc postanowić, czy chcecie go zatrzymać. Wiem oczywiście, że utrzymanie takiego dużego chłopaka sporo kosztuje. Samo jedzenie… – Łyknął kawy. – Już i tak wiele dla niego zrobiliście. Miał szczęście. No więc co decydujecie?
Zapadło milczenie. Minęła co najmniej minuta, podczas której słychać było szuranie krzeseł. Augustine w końcu zakaszlała, wstała i wzięła do ręki cukiernicę stojącą na kredensie.
Marthe patrzyła na dłonie ojca. Na jego krótkie, grube palce, które drżały, opierając się na ceracie. A potem podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Czekała. Policzyła do pięciu, do dziesięciu, nie spuszczając wzroku z jego twarzy o ogorzałej chłopskiej cerze. Patrzyła na popękaną skórę na czubku nosa i źle ogoloną brodę. Na krzaczaste brwi. I nagle zobaczyła w tej twarzy groźny błysk.
– Lucien sam wybierze! – zabrzmiał stanowczy głos ojca.
Matka milczała. Inspektor też się nie odezwał. Głowa rodziny postanowiła i ta decyzja nie podlegała dyskusji.
W przeciwieństwie do żony Serge nie przejmował się tym, co ludzie powiedzą. Wyśmiewał plotkarzy, którzy uważali skrzywdzone przez los dzieci za czarne owce i głupków. Nie obchodziło go pochodzenie chłopca. Jego Lucien nie był w niczym podobny do innych dzieci objętych pomocą społeczną, do tych biedaków o ziemistych twarzach, dzieci przenoszonych jak bydło z miejsca na miejsce, z sierocińca do obcych rodzin. Tymi trzema słowami Serge dał do zrozumienia, że jego uczucie do Luciena nie zależy od więzów krwi.
Inspektor wygłosił kilka formułek, po czym pożegnał się i poszedł do samochodu zaparkowanego przed bramą.
***
Kilka minut później Marthe znalazła Luciena w szopie; siedział na glinianej podłodze. Wszystko słyszał i zrozumiał. Z zamkniętymi oczami i skrzyżowanymi rękami, w milczeniu, jakby tulił do piersi trzy słowa wypowiedziane przez Serge’a.
Po chwili Augustine poszła za dom, żeby rozwiesić upraną rano bieliznę. Serge zawołał Luciena.
– Idę na pole. Idziesz ze mną?
Rozradowany chłopiec poszedł za nim pod ciemniejącym niebem późnego popołudnia. Marthe pobiegła za nimi.
Zainteresowani tym, co będzie dalej?
Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:
KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI
EMPIK
Oraz w księgarniach internetowych:
swiatksiazki.pl
empik.com
bonito.pl
taniaksiazka.pl
Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!
Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:
Virtualo
Publio
Nexto
Oraz w księgarniach internetowych.
Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.
Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.
Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.
Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.
OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
SPIS TREŚCI
COLETTE. Dzień 1
MARTHE
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
