Sekretna sztuka nekromancji - Emilia Jaśko - ebook
NOWOŚĆ

Sekretna sztuka nekromancji ebook

Emilia Jaśko

0,0

Opis

Każdy sekret prędzej czy później powstaje z martwych.

 

Rebeka od lat skrywa pewną tajemnicę – posiada zakazany dar. Moc nekromancji może sprowadzić na nią śmiertelne niebezpieczeństwo, dlatego czarownica udaje specjalistkę od magii roślin. Prowadzi sklepik z ziołami i eliksirami.

Jeden telefon sprawia, że jej życie wywraca się do góry nogami. Rebeka zostaje zmuszona do zaopiekowania się młodą czarownicą Alice. Musi nauczyć ją ukrywać moc, zanim dziewczyna trafi na celownik komisji tropiącej nekromantów. 

 

 

Tymczasem w Nowym Jorku zaczynają znikać magiczni. Kolejne tropy prowadzą do wydarzeń, o których Rebeka od dawna próbuje zapomnieć. Szybko staje się jasne, że przeszłość właśnie się o nią upomniała.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 369

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Wydawnictwo Czarowne, 2026

Redakcja: Karolina Klinowska

Korekta: Sylwia Chojecka | Od Słowa do Słowa

Projekt okładki: ViolaRysuje

Skład i DTP: Tomasz Chojecki | Od Słowa do Słowa

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek | konwersja.net

ISBN ePub: 978-83-970767-9-2

ISBN Mobi: 978-83-982609-1-6

Wydawca:

Wydawnictwo Czarowne

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwo-czarowne.pl

Instagram: @wydawnictwo.czarowne

Moim braciom – Puśkowi i Dziuni

PROLOG

Ze snu wyrwał ją przenikliwy dźwięk telefonu. Nie była to chwytliwa melodyjka ustawiona w jej smartfonie, lecz głuche, dudniące DRYYYYŃ.

Telefony stały się użytecznym narzędziem w sferze magii – powoli wypierały one kłopotliwe w użyciu gołębie i czasochłonne pisanie listów. Wystarczyło, że czarownica lub czarownik wypowie do słuchawki odpowiednie zaklęcie i pomyśli o osobie, do której chce zadzwonić, a magiczna sieć w okamgnieniu ją odnajdzie i połączy z najbliższym aparatem. Takie rozmowy należały jednak do rzadkości – łączność tę wykorzystywano jedynie w wyjątkowych sytuacjach.

Uporczywy dźwięk nie ustawał.

Rebeka zwlekła się z łóżka i przeciągnęła. Przeszło jej przez myśl, że telefon o drugiej w nocy nie wróży nic dobrego.

– Halo? – mruknęła, tłumiąc ziewnięcie.

– Czas spłacić dług. Zbieraj się. Jestem w Szkocji, Port Stormay, pierwszy szeregowiec tuż przy kościele. Mamy mało czasu.

Połączenie zerwano raptownie, ale Rebeka nie potrzebowała więcej informacji. Wiedziała, że właśnie upomniała się o nią przeszłość i jej świat wywróci się teraz do góry nogami.

***

Londyn, 3 października 1940

Huk spadających bomb mieszał się z krzykiem ludzi, tworząc dramatyczną kakofonię dźwięków. Tego dnia nalot nastąpił całkowicie niespodziewanie, więc większość mieszkańców stolicy nie zdążyła się schować do schronów. Ciała zaskoczonych nieszczęśników, z obliczami zastygłymi w wyrazie przerażenia, zalegały na bruku. Na ulicach zapanowała panika – ludzie uciekali w popłochu, gdy gdzieś w oddali runął właśnie kolejny budynek.

Rebeka chciała się zatrzymać, by pomóc jednej z rannych kobiet, ale towarzyszka pociągnęła ją za ramię.

– Zwariowałaś? Bardziej przydasz się im żywa! Musimy się ukryć! – krzyknęła Margaret. Z jej twarzy przebijał strach, a łzy rysowały wzory na brudnych od pyłu policzkach.

Rebeka ją rozumiała. Koleżanka była młoda, więc niewiele wiedziała o cierpieniu. Nie miała z nim wcześniej do czynienia. Dla Rebeki była to już druga wielka wojna, w czasie pierwszej również służyła jako sanitariuszka. W trudnych i niecodziennych sytuacjach magiczni radzili sobie dużo lepiej niż śmiertelnicy. Zdarzały się jednak momenty, które były ponad siły nawet dla czarodziejskich istot.

Kobiety schowały się pod mostem, skąd od najbliższego schronu dzieliło je parę przecznic. W tych warunkach powinny dotrzeć na miejsce w ciągu kilku minut, zakładając, że po drodze nic ich nie zatrzyma. Jeśli chciały wyjść z tego cało, musiały jak najszybciej znaleźć bezpieczne schronienie.

Rebeka wzięła głęboki oddech i przymknęła oczy, żeby poukładać rozbiegane myśli. Choć zwyczajnym ludziom w takich chwilach niełatwo było zachować spokojny umysł, to wbrew pozorom osobie z jej talentem szło znacznie ciężej. Czarownica skrywała przed światem pewien sekret. W obliczu straszliwych kataklizmów, kiedy granica pomiędzy życiem i śmiercią stawała się bardzo cienka, Rebece trudno było ukrywać swój nietypowy dar. Coś stale ciągnęło ją tam, gdzie najwięcej się działo. Podświadomie czuła, że jest potrzebna, ale z bólem musiała przyznać, że mimo swojej wielkiej mocy jest bezużyteczna.

Gdy otworzyła oczy, jej uwagę przyciągnęła pewna kobieta. Pojawiła się ona nagle, jak gdyby wyrosła z pooranej bombami ziemi. Chwiała się w przód i w tył, przytulając do piersi zawiniątko. Coś w tym obrazie poruszyło czarownicę, która na czworakach przyczołgała się bliżej nieznajomej. Działała, jakby była zahipnotyzowana.

– Beka! Co ty robisz? – krzyknęła Margaret.

Głos przyjaciółki dochodził do Rebeki przytłumiony. Teraz nie liczyło się nic poza płaczącą kobietą.

– Pomóż mi – wyrzęziła, wskazując na zawiniątko. – Chciałyśmy się schować w piwnicy, ale nie zdążyłyśmy tam dobiec. W moją córeczkę uderzył jakiś odłamek. Nie wiem, co to było. Proszę, pomóż mi, uratuj Marie.

Na kolanach kobiety spoczywała dziewczynka. Jej twarz była poplamiona krwią, a policzek przecinała szkarłatna rysa. Mała wyglądała jak śliczna porcelanowa laleczka, którą ktoś nieopatrznie zrzucił z komody. Rebeka miała pewność, że dziecko nie żyje. Ciałko było wiotkie, ale jeszcze ciepłe. Śmierć musiała nastąpić niedawno.

Po chwili Margaret również zwróciła większą uwagę na rozgrywającą się scenę. Chwyciła za swoją torbę medyczną i ruszyła na pomoc, ale Rebeka zatrzymała ją w połowie drogi. Żadna czarownica nie była już w stanie nic zrobić w tej sytuacji. Nawet najdoskonalsze zaklęcie ani najlepszy eliksir nie mogły przywrócić kogoś do życia. Śmierć była w końcu ostateczna, prawda?

Rebeka dopadła do zszokowanej matki i wzięła ciało dziecka na ręce. Wiedziała, że pewnie ściągnie na siebie straszliwe kłopoty, ale nie mogła zostawić tej kobiety w potrzebie.

Dziewczynka była tak drobna, że nie mogła mieć więcej niż trzy lata. Chociaż teraz nic nie było pewne, bo większość mieszkańców Londynu cierpiała głód.

Rebeka znowu pomyślała o kruchej lalce, pustej w środku. Czy uda jej się z powrotem wtłoczyć w to liche ciałko życie?

Każdy magiczny przychodził na świat z talentem w określonej dziedzinie. Najpowszechniej występowała magia żywiołów, sporo było też wróżbitów czy astrologów. Znacznie rzadziej zdarzali się osobnicy specjalizujący się w transformacjach lub rzucaniu klątw. Natomiast tylko cudem spotykano nekromantów. Kontakty ze zmarłymi były zakazane na całym świecie, niezależnie od szerokości geograficznej. Zarówno śmiertelnicy, jak i magiczni bali się tego, czego nie znali, a możliwość przekraczania bariery pomiędzy światami żywych i umarłych dla większości stanowiła potencjalne niebezpieczeństwo.

Wokół nekromantów przez wieki narosło wiele mitów i legend. To właśnie ich obwiniano o największe kataklizmy i wojny, co doprowadziło do polowania na tych magicznych i… tępienia ich. Komisja Kontroli ustaliła więc odgórny nakaz zgłaszania każdej osoby o zdolnościach nekromantycznych. Tego typu delikwentami zajmowały się odpowiednie służby, które ich „unieszkodliwiały”.

Rebeka stanowiła wyjątek. Od lat skutecznie ukrywała swoją tożsamość. Do czasu…

– Pomóż mi – zwróciła się do Margaret, jednocześnie układając dziewczynkę w niszy pod mostem. – Mogę ją uratować, ale nie dam rady zrobić tego sama.

Strach na twarzy towarzyszki przemienił się w oburzenie. Margaret była pewna, że Rebeka postradała zmysły. Nie zdążyła jednak nic odpowiedzieć, bo utkwiła wzrok w dłoniach koleżanki. Spomiędzy palców czarownicy niczym strużka wody spływała skrząca się na niebiesko nić.

– Będziesz moją kotwicą. Chwycisz to i dokładnie za trzy minuty mnie wyciągniesz. To ważne – instruowała Rebeka. – Skup się, Marge! Równo trzy minuty.

Osłupiała Margaret ujęła w dłonie dziwną linę. Była utkana z czystej energii, która momentalnie połączyła się z jej mocą. Nić wypływała z miejsca, gdzie biło serce czarownicy. Przypominała nieco żyłę przewodzącą życiodajną energię. Margaret domyślała się, że taką właśnie pełniła funkcję.

Rebeka przymknęła powieki, a po chwili jej brązowe tęczówki odpłynęły w głąb czaszki. Działała znacznie pewniej, gdy magia Margaret splotła się z jej własną energią. Miała punkt zaczepienia, który trzymał ją w świecie żywych.

Nekromantka skupiła się na własnych myślach. Nagle wszystko ucichło.

Gdy otworzyła oczy, nie była już w Londynie pogrążonym w wojennej pożodze. Stała na moście odgradzającym świat żywych od Królestwa Umarłych. Skoncentrowała się i przywołała w głowie obraz małej dziewczynki. Zaklęła w myślach. Nie zapytała nawet, jak dziecko ma na imię. Gorączkowo próbowała przypomnieć sobie informacje usłyszane przed laty na temat wskrzeszania. Jej mentorka mówiła, że im więcej nekromanta wie o zmarłym, tym lepiej – dzięki temu szybciej będzie w stanie przywołać poszukiwaną duszę. Nekromantka przymknęła oczy i zobaczyła drobne rączki i jasne włosy splamione krwią. Skupiła się na tym, że dziecko umarło niedawno. Po chwili podniosła powieki. Przed mostem stało kilka jasnowłosych dziewczynek, każda z nich umazana krwią. Wojna – pomyślała ze smutkiem.

Nagle ją oświeciło. Marie… Matka mówiła o małej „Marie”.

– Marie? Marie?! – Głos czarownicy brzmiał tak, jakby wydobywał się spod wody. Był cichy i stłumiony.

Jedna z dziewczynek wysunęła się do przodu.

– Ja jestem Marie. Zabierzesz mnie do mamy?

Rebeka podeszła bliżej i wzięła małą na ręce. Przeszył ją zimny dreszcz. To właśnie ta dusza, której szukała. Już miała się cofnąć, gdy nagle podbiegły do niej pozostałe dzieci zebrane wokół mostu.

– Też chcę do mamy!

– Tęsknię za mamą!

Głosy dudniły i mieszały się w głowie kobiety, tworząc niezrozumiały szum. Właśnie w takich momentach przydawała się kotwica, w takich chwilach potrzebny był ktoś żywy, kto poda pomocną dłoń.

Wtem nekromantka poczuła gwałtowne szarpnięcie. Coś ciągnęło ją z powrotem. Zebrała wszystkie siły i ruszyła biegiem.

Kaszel małej Marie przywrócił Rebece świadomość. Czarownica zamrugała kilka razy, żeby złapać ostrość widzenia. Głowa bolała ją tak, jakby przebalowała właśnie całą noc. Zawsze mogło być gorzej. Przed laty usłyszała od mentorki, że im więcej czasu minęło od śmierci danej osoby, tym gorsze były skutki uboczne wskrzeszania. Rebeka nie miała bogatego doświadczenia w tej dziedzinie. Do tej pory przeprowadziła niewiele tego typu „operacji” i nie wspominała ich dobrze.

Przywrócona do życia dziewczynka chwiejnym krokiem podeszła do matki, która od razu pochwyciła ją w ramiona. Z gardła kobiety wydobył się krzyk radości zagłuszony uderzeniem kolejnej bomby.

– Jak najszybciej zabierz ją do schronu, a jeśli zdołacie przetrwać dzisiejszą noc, to musisz ją stąd zabrać. Wiele dla was ryzykowałam. Nie zmarnuj tego – powiedziała stanowczo Rebeka. Jej głos ciął ostro niczym lód.

Kobieta bez słowa pociągnęła dziewczynkę za rękę. Obie puściły się pędem przed siebie, by po chwili zniknąć za rogiem najbliższego budynku.

– Marge… proszę, daj mi to wytłumaczyć – odezwała się Rebeka, gdy czarownice zostały same.

– Nic nie musisz mi tłumaczyć. Im mniej wiem, tym lepiej. Chodźmy już. – Margaret była śmiertelnie poważna. Podniosła z ziemi skórzaną torbę, służącą jej za apteczkę polową, i ruszyła przed siebie. – Jeszcze tego brakuje, żeby załatwiła nas jakaś bomba.

– To znaczy, że mnie nie wydasz?

Margaret przystanęła, ale nie spojrzała na towarzyszkę. Utkwiła wzrok w ruinach, ciągnących się aż po horyzont.

– Uratowałaś to dziecko. Nie chcę wnikać w to, co się przed chwilą stało… Co mam ci powiedzieć? Że kiedy to wszystko się skończy, pobiegnę do Komisji Kontroli i powiem, że moja koleżanka jest nek…

– Cicho! Błagam, nie kończ.

– Beka, do cholery! Przed chwilą na moich oczach wskrzesiłaś dziewczynkę! Ktoś mógł to zobaczyć.

– Zwykle jestem ostrożniejsza.

– Zwykle? Zdarza ci się to częściej? – zapytała, po czym podniosła dłoń. – Nie… nie chcę wiedzieć. Wrócimy teraz do bazy i zajmiemy się swoimi obowiązkami. Ja zostanę tutaj, a ty jak najszybciej stąd znikniesz – wypowiadała słowa z prędkością wystrzału z karabinu. – Najlepiej żyjmy tak, jakbyśmy się nie znały. Nie zdradzę twojego sekretu, bo podziwiam twoją odwagę, głupotę, twoje szaleństwo albo wszystko naraz. Żeby zrobić coś takiego jak ty dzisiaj, na pewno trzeba mieć nie po kolei w głowie.

– Nie wiem, jak ci dziękować, Marge.

– Margaret, od dziś jestem dla ciebie Margaret. Nie myśl, że robię to bezinteresownie. Wiesz, jaki jest mój talent, ustalam moce młodych magicznych. Jeśli kiedykolwiek spotkam kogoś o darze nek… wyjątkowym talencie, to odezwę się do ciebie. Pomożesz tej osobie.

– Nie wiem, czy… – powątpiewała Rebeka, ale Margaret stała już przodem do niej z wyciągniętą ręką.

Krótki uścisk dłoni przypieczętował ich wspólny los.

Przez kilkadziesiąt kolejnych lat widmo spełnienia tej obietnicy zawisło nad ścieżkami życia obu czarownic. Ów sekret trwał w zawieszeniu niczym uśpiony wulkan, by w końcu wybuchnąć w najmniej oczekiwanym momencie.

ROZDZIAŁ 1

Rebeka przeczesała dłonią rozczochrane włosy. Ich ułożenie zajmowało dobrych kilka minut nawet w normalnych warunkach, a co dopiero podczas szykowania się do zagranicznej podróży i pośpiesznego pakowania plecaka. W pierwszej chwili chciała związać je gumką, ale przypomniała sobie o zeszłotygodniowej wizycie u fryzjera, po której jej włosy sięgały zaledwie do linii szczęki. No cóż, w momencie gdy trzeba było przebyć ocean, aby zająć się młodą nekromantką w potrzebie, fryzura stanowiła najmniejszy problem.

Rebeka zerknęła przelotnie w lustro. Jej twarz zdobiły piegi, tworząc zawiłe konstelacje. Jako mała dziewczynka nienawidziła tych drobnych plamek. Nie potrafiła zrozumieć, czemu los pokarał ją piegami. Dziś jednak uważała je za swój atut – inność była w cenie.

Czarownica szybko naciągnęła na siebie znoszone jeansy i zaczęła rozglądać się za swetrem. Jak na złość większość ubrań poszła wieczorem do prania. Wybór padł więc na żółty, kudłaty kardigan, w którym kobieta przypominała Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej. Westchnęła przeciągle i wybiegła z mieszkania.

Każdego innego dnia podróż z Nowego Jorku do Szkocji zajęłaby godziny, ale nekromantka nie mogła pozwolić sobie na choćby chwilę zwłoki. Pozostawał więc Magiczny Transport Ekspresowy, czyli bramy do teleportacji umieszczone w różnych miejscach na świecie. Świetnie nadawały się do przewozu paczek, czego nie można było powiedzieć o przemieszczaniu ludzi. Jeśli Rebeka miała wybór, stawiała na konwencjonalne podróżowanie. Po wyjściu z teleportu czuła się jak po tygodniowym rejsie statkiem, a przecież cała procedura trwała zaledwie kilka sekund.

Najbliższy teleport międzykontynentalny znajdował się zaledwie kilka dzielnic od mieszkania czarownicy. Nocna taksówka zostawiła ją pod niepozornym budynkiem, który śmiertelni uznawali za urząd migracyjny. Wyglądał jak wielki klocek Lego. Grube, surowe mury z piaskowca skutecznie odstraszały ciekawskich swoją oficjalną aurą.

Nocne podróże miały swoje plusy i minusy. Pozytywną stronę stanowił brak kolejek. Do minusów można było zaliczyć minę zaspanej urzędniczki, której nie dawało spokoju to, że Rebeka wybiera się do Europy na czas nieokreślony z jednym tylko plecakiem. Po dłuższej chwili tłumaczeń czarownica zdołała przekonać kobietę, że jedzie odwiedzić chorą przyjaciółkę. W duchu liczyła na to, że żadna Izba Magicznych Podróży (o ile taka istnieje) tego nie sprawdzi.

Gdy znalazła się w Szkocji, było po dwudziestej pierwszej. Wylądowała w Edynburgu, czyli najprawdopodobniej najpiękniejszym mieście w Europie. Każdego innego dnia poszłaby na długi nocny spacer, ale nie dziś… Dziś miała misję, musiała pomóc pewnej nekromantce.

Do Port Stormay dotarła grubo po północy. Okoliczna aura zdecydowanie odbiegała od tego, co czarownica zostawiła w Ameryce. Rebeka nie była na Wyspach od lat – niemal zapomniała już, jak depresyjnie bywa tu jesienią. Drobne krople deszczu obijały się o chodnik, a wszystko dookoła otulała dusząca mgła. Sytuacji nie polepszała bliskość morza potęgująca odczucie wilgoci. Wiatr niósł kropelki wody, a te przenikały nawet przez najgrubsze kurtki i swetry. Jedyne źródło światła stanowiły nieliczne latarnie, których blask odbijał się w kałużach.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że była to idealna pogoda na odwiedziny w krainie zmarłych.

***

Dla Margaret Smith miał to być dzień jak co dzień. Przyszła do biura w całkiem dobrym humorze, zaparzyła w ekspresie czarną rodem z lat dziewięćdziesiątych i zajęła się sprawami, które wylądowały na jej biurku. Miała przed sobą perspektywę ośmiu godzin pracy w wygodnym fotelu, z półgodzinną przerwą obiadową i ploteczkami z koleżankami. Jak zawsze los musiał jednak pchać kłody pod jej nogi…

Kiedy zmiana powoli się kończyła, a wszystkie dokumenty leżały starannie ułożone w odpowiednich teczkach, do gabinetu wparowała Tiffany z Działu Zgłoszeń Objawienia Mocy.

– Dzięki, bogini! Widzę, że jeszcze jesteś. Właśnie otrzymaliśmy bardzo duży sygnał powiązany z mocą. Musisz tam jechać.

W odpowiedzi na te rewelacje czarownica pociągnęła łyk zimnej już kawy i rzuciła Tiffany znaczące spojrzenie.

– Wiem, że jest piątek, ale nie mam kogo wysłać do tego zgłoszenia. Ilone wzięła zwolnienie lekarskie. Paskudnie złamała nogę, gdy uciekała przed gnomami kibolami. A Sabrina jest na szkoleniu z magicznych technik archiwizacji.

– A Lucy albo Mary?

– Wiesz, jest piątek. Zerwały się wcześniej. Tylko ty i Andreas siedzicie tu do końca zmiany, ale on jest portierem… musi zamknąć budynek.

– Już dobrze, rozumiem, do czego pijesz. Zobaczymy, czy będziecie się tak chwalić tymi wcześniejszymi wyjściami, gdy przyjdzie tu ktoś z Komisji Kontroli. – Margaret zerknęła na zegarek na nadgarstku, a potem łypnęła do kalendarza. Nie dlatego, żeby sprawdzić, która jest godzina lub jakie ma plany, lecz po to, żeby pokazać Tiffany, że ma napięty grafik.

Wszyscy wiedzieli, że wcale tak nie było. Życie Margaret toczyło się wokół pracy – od tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku nie wzięła wolnego. A każdy jej dzień przebiegał wedle określonego rytmu: pobudka, droga do pracy, praca, powrót do domu, przygotowywanie materiałów do pracy, sen. I tak w kółko. Tyle że Margaret to kochała. Monotonia i porządek zapewniały jej poczucie bezpieczeństwa.

– Dobrze, wezmę to zlecenie, ale to ostatni raz. – Wyciągnęła rękę po dokumenty, które Tiffany do tej pory trzymała pod pachą.

Współpracowniczka szybko oddała papiery, jak gdyby pozbywała się gorącego kartofla, i uciekła do swojego działu.

W ten sposób Margaret Smith wpakowała się w aferę, która jeszcze przez wiele dni miała spędzać sen z jej powiek.

***

Dom wyglądał do bólu zwyczajnie. Szeregowiec, jakich wiele, zbudowany z szarego kamienia. Do drzwi prowadziło kilka stopni, a na ich szczycie stała Margaret.

Rebeka prawie jej nie poznała. Zapamiętała byłą przyjaciółkę jako żywiołową sanitariuszkę. Tymczasem teraz stała przed nią urzędniczka z wysoko upiętymi włosami, które straciły dawny blask. Swoje szczupłe ciało kobieta wcisnęła w brzydką, szarą garsonkę, zniekształcającą jej figurę.

Czarownica dreptała w miejscu. Możliwe, że była to wina wszechobecnego chłodu, ale równie dobrze przyczyną mogło być zdenerwowanie.

– Już myślałam, że nie przyjdziesz.

Poprawka: Margaret jednak aż tak bardzo się nie zmieniła. Nadal była bezpośrednia i nie owijała w bawełnę.

– Obietnica to dla mnie świętość – odparła Rebeka. To zadziwiające, jak łatwo przychodziło jej kłamstwo. W końcu miała za sobą lata praktyki.

– Przyznaj, bałaś się, że cię wydam, jeśli nie przyjedziesz – skwitowała Margaret.

Rebeka poczuła, jakby dostała w twarz. Czy naprawdę tak łatwo można odczytać jej intencje?

– No dobrze. Wejdź, mamy niewiele czasu, muszę jak najszybciej zgłosić moc tej małej.

– Marge…

Kobieta zgromiła nekromantkę wzrokiem ostrym niczym samurajski miecz.

– Margaret – poprawiła się Rebeka, po czym przyznała w duchu: Show must go on. Zanuciła pod nosem piosenkę Queen i tanecznym krokiem ruszyła przed siebie.

W odróżnieniu od fasady budynku jego wnętrze prezentowało się przytulnie i uroczo. Ściany pokryte były wzorzystymi tapetami w kwiaty. Piwonie, róże i maki tworzyły ogród, który do złudzenia przypominał prawdziwy. Podłogi szczelnie wyścielono puchatymi dywanami.

Rebeka popatrzyła na swoje mokre buty. Choć nie były to ani czas, ani miejsce na podobne dywagacje, zaczęła się zastanawiać, czy woda nie zniszczy dywanowego włosia.

– Dziewczynka ma na imię Alice. – Margaret gwałtownie sprowadziła myśli kobiety na ziemię. – Ma piętnaście lat i mieszka tu z babcią. Jej matka wyjechała gdzieś z nową rodziną, a ojciec… No cóż, od dawna ogląda świat zza krat i nic nie wskazuje na to, żeby coś miało się w tej kwestii zmienić – mówiła, nie zważając na niepewną minę towarzyszki. Była już na schodach prowadzących na piętro. – Babcia jest w szoku po tym, co się stało. Siedzi na dole, ja ją przejmę. – Wskazała głową na salon, z którego sączyło się stłumione, niebieskawe światło, jakby ktoś oglądał telewizję.

Rebeka nie słyszała jednak żadnych odgłosów. Cały dom pogrążony był we wrogiej ciszy.

– Myślałam, że to będzie zgłoszenie jak każde inne – kontynuowała urzędniczka, stawiając krok za krokiem i nie oglądając się za siebie. Mówiła bardzo szybko, jakby wcześniej zrobiła listę najważniejszych spraw i teraz jedynie odhaczała podpunkty. – No wiesz, podpalona stodoła, krzaczek pomidorów wielkości jabłoni… coś typowego dla pierwszego objawienia mocy. Ale kiedy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Tylko raz widziałam… coś takiego… wtedy… Gdy ją zobaczysz, sama zrozumiesz.

Droga na piętro niezwykle się dłużyła, jakby przed czarownicami szła jeszcze jedna osoba i co rusz dobudowywała kolejny schodek. W końcu dotarły na górę i stanęły w wąskim korytarzu.

Tu również ściany zdobiła różowa tapeta w kwiatowe wzory, ale nie były one aż tak widoczne, bo niemal każdy skrawek powierzchni pokrywały zdjęcia. Dziesiątki, a może i setki fotografii ciągnęły się od podłogi aż po sufit. Większość z nich przedstawiała jedną osobę. Najpierw małego bobasa, który bawi się w parku z kaczkami, później księżniczkę na balu maskowym. Były obrazki z pierwszego dnia szkoły i z wakacji nad morzem. W ramkach na końcu korytarza umieszczono zdjęcia nastolatki, ale trudno było znaleźć jakiekolwiek, które przedstawiałoby jej twarz. Na większości z nich dziewczyna pozowała w lustrze, przez co lampa błyskowa telefonu, odbijająca się w szkle, zniekształcała rysy.

Margaret zatrzymała się przy drzwiach i puściła koleżankę przodem. W tym momencie Rebeka boleśnie zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Gdy przekroczy próg tego pokoju, wszystko się zmieni.

Drzwi skrzypnęły przeciągle. Oczy nekromantki musiały przywyknąć do panującej dookoła ciemności. Po chwili dostrzegła nastolatkę ze zdjęć. Była ona bardzo szczupła, można by nawet powiedzieć, że chuda. Ubrania wisiały na niej jak na wieszaku. Krótkie, ciemne włosy były mokre od potu i lepiły się do twarzy dziewczyny. Rebeka już dawno temu zauważyła, że w sytuacjach kryzysowych często zwraca się uwagę na nieistotne szczegóły. Tak było i w tym przypadku. Czarownica patrzyła na nierówno przystrzyżone włosy Alice. Wyglądały tak, jakby mała obcięła je sama.

Nastolatka siedziała na podłodze, a jej plecy wygięły się do tyłu w nienaturalnej pozycji. Nie to było jednak najgorsze. Najstraszniej wyglądały jej oczy. Z miejsca, gdzie powinny być tęczówki, ziała mleczna pustka, lśniąca delikatnym światłem. Jak gdyby pod czaszką dziewczyny zagnieździły się świetliki.

Rebeka zmięła w ustach przekleństwo. Było gorzej, niż to sobie wyobrażała. Talent ujawnił się u nastolatki poprzez wciągnięcie jej duszy do zaświatów. Nie miały czasu do stracenia. Czarownica od razu usiadła naprzeciwko nieszczęśniczki.

– Pamiętasz, co robić? – zapytała, na co Margaret kiwnęła głową.

Z serca nekromantki wypłynęła delikatna nić magii, by spleść się z dłoniami towarzyszki.

– Trzy minuty, ani sekundy dłużej – przypomniała Rebeka.

Podobno w życiu wszystko się zmienia. Świat stale gna do przodu, a żadnej chwili nie można powtórzyć. W zaświatach jest inaczej – tu nie zmienia się niemal nic.

Twarz Rebeki oplotła znajoma, gęsta mgła, a do płuc dziewczyny wtargnęło duszne powietrze. Znowu stała na brukowanym moście oddzielającym świat żywych od świata martwych. Ruszyła z miejsca. Z determinacją stawiała krok za krokiem, motywowało ją odnalezienie Alice. Musiała to zrobić jak najszybciej, zanim ta rzeczywistość pochłonie je obie do reszty.

W trakcie swojego długiego życia nekromantka zwiedziła kawał świata. Widziała zapierające dech w piersi piramidy w Gizie, kojące ogrody, w których malował Claude Monet, oszałamiający bezkresem Wielki Kanion. Nic nie mogło się jednak równać z zaświatami. Kiedyś, wieki temu, zakonnica w szkole poprosiła, by Rebeka wytłumaczyła, czym jest nic. Wtedy nie była ona w stanie tego zrobić, dziś powiedziałaby, że nicością jest świat pomiędzy życiem a śmiercią. Jedyne, co ją otaczało, to mgła.

– Alice? Alice! – Głos czarownicy rozdarł głuchą ciszę, ale nie usłyszała ona żadnej odpowiedzi. Widziała jedynie tę wszechobecną mgłę. Wytężyła wzrok.

W mlecznej zawiesinie coś było.

Z białej ściany zaczęły się wyłaniać ludzkie sylwetki. Najpierw pojedyncze, niewyraźne, jakby echa realnych istot. Z czasem przybywało ich coraz więcej. To zagubione dusze zdały sobie sprawę, że w ich świecie pojawił się ktoś nowy, ktoś spoza niego. Nekromanci przebywający w zaświatach wabili zmarłych. Byli jak magnes, który swoją energią przyciągał dusze.

Miejsce, gdzie znalazła się Rebeka, było czymś w rodzaju poczekalni. Trafiali tu ludzie zaraz po śmierci lub ci, którzy mieli niezałatwione sprawy na ziemi. Jedni błądzili we mgle kilka dni, inni całe wieki. Niezależnie od powodów, dla których tu utknęli, łączyło ich jedno: każda z tych osób chciała się uwolnić z pustki na granicy światów, każdy chciał wrócić na ziemię.

Rebeka ponownie wykrzyczała imię dziewczyny. Tym razem odpowiedział jej cichy szloch. Wiedziona instynktem, pobiegła na oślep. Z każdym jej krokiem płacz stawał się coraz głośniejszy.

Jeśli samo przebywanie w zaświatach z młodą nekromantką nie było fatalną sytuacją, to właśnie spełniał się najgorszy scenariusz, o którym czarownica nawet nie chciała myśleć. Dusze tłumnie otaczały Alice – zmarli chcieli być jak najbliżej niej, pragnęli, żeby wyciągnęła ich z marazmu. Dziewczyna złapała się za głowę i w panice kiwała się w przód i w tył.

– Hej, już dobrze, jestem z tobą. – Kobieta podbiegła do nastolatki, rozganiając przy tym natrętnych zmarłych. Wiedziała, że teraz, kiedy są tu we dwie, przyciągną jeszcze więcej dusz.

– Kim jesteś? Co tu robisz? Co ja tu robię? Czego oni ode mnie chcą? – Alice zasypała czarownicę gradem pytań, oddychając przy tym płytko i szybko.

Atak paniki nie był niczym łatwym ani przyjemnym w supermarkecie lub w autobusie. Ale w zaświatach mógł doprowadzić do tragicznych konsekwencji.

– Posłuchaj, nie mamy wiele czasu. Wytłumaczę ci wszystko, ale najpierw musimy się stąd wydostać. Chwyć mnie za ręce – powiedziała Rebeka.

Dziewczyna powoli wykonała polecenie.

– Przymknij oczy, spokojnie. Jestem z tobą, oddychaj razem ze mną – instruowała nekromantka. – Wdech… wydech. Tak, bardzo dobrze. Jeszcze raz.

Z każdym oddechem nastolatka coraz mniej przypominała przestraszonego zająca, choć nadal drżała, a jej skóra była mokra i lepka. Czarownica spojrzała w oczy Alice. Nie były już mlecznobiałe jak wtedy, gdy zobaczyła ją w ciemnym pokoju, lecz zielone jak leśny mech. Obie nekromantki oddychały razem powoli i równo, dopóki szalejące serce dziewczyny nie zwolniło. Teraz mogły przejść do kolejnego etapu.

– Chwycę cię za jedną dłoń i razem pójdziemy kroczek po kroczku w stronę wyjścia. Nie zostawię cię, ale musisz mnie uważnie słuchać. Zaraz może nas otoczyć jeszcze więcej osób, nie wolno ci zwracać na nie uwagi. To bardzo ważne. Dasz radę?

– Tak, spróbuję – odparła niepewnie nastolatka.

– W takim razie idziemy.

Podczas swoich nielicznych wizyt w zaświatach Rebeka zawsze była połączona z czarownicą pozostającą w świecie materialnym. Dzięki temu bez problemu mogła namierzyć most łączący światy. Porównywała tę więź do nici Ariadny, która pomogła Tezeuszowi wydostać się z labiryntu Minotaura. Nić mocy zakotwiczona w świecie żywych delikatnie ciągnęła nekromantkę w odpowiednim kierunku.

Rebeka z Alice wspólnie stawiały drobne kroki, kiedy usłyszały pierwsze szepty. Początkowo były niezrozumiałe, jak gdyby pochodziły z morskiej otchłani. Z czasem jednak przybierały na sile, aż nekromantka mogła odróżnić pojedyncze słowa, a potem zdania.

Nagle zaszedł im drogę mężczyzna z twarzą pooraną głębokimi, krwawymi bruzdami.

– Muszę porozmawiać z żoną, zabierz mnie do niej. Muszę jej powiedzieć… – bełkotał.

Rebeka jak na zawołanie przypomniała sobie pierwszą zasadę podróży do świata zmarłych: rozmawiaj tylko z tym, po kogo przyszłaś.

Duch wyciągnął dłoń, zapewne po to, by złapać czarownicę. Ta natychmiast pociągnęła Alice w innym kierunku, dzięki czemu zdołały uniknąć kontaktu.

Druga zasada: nie daj się dotknąć. Poprzez fizyczny kontakt nekromanta nawiązywał więź z zagubioną duszą. Jeśli został dotknięty przez większą liczbę zmarłych, to malała szansa na to, że wyciągnie tego, po kogo przyszedł.

Trzecia zasada: załatw sprawę jak najszybciej. Im więcej czasu nekromanta spędzał między zmarłymi, tym trudniej było wrócić do świata żywych. Czas płynął tu inaczej niż na ziemi. Potrafił ciągnąć się tak, że wydawało się, iż mijają całe dni, a innym razem galopował niczym dziki mustang.

Rebeka zaczęła powtarzać te trzy zasady jak mantrę – najpierw w głowie, a potem na głos, żeby zagłuszyć prośby otaczających je dusz. Tak naprawdę nie miała pewności, jak długo może przebywać w krainie rozpościerającej się za mostem. Kiedy pobierała nauki ze sztuki nekromancji, jej mentorka powiedziała, że trzy minuty są optymalne, a Rebeka nie chciała sprawdzać na własnej skórze efektów ubocznych dłuższego pobytu w tym miejscu.

– Uda nam się, młoda! Patrz! – krzyknęła.

Gdzieś w oddali zamajaczył most.

– Teraz musimy przejść na drugą stronę i będzie po wszystkim! – zapewniła dziewczynę.

Radość nie trwała jednak długo. Z bełkotu próśb dusz Rebeka wyłapała coś, co ją przeraziło. Momentalnie poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa.

Ktoś ją wołał. Ktoś wymawiał jej imię.

Czarownica niechętnie się obróciła.

Z tłumu dusz zebranych za plecami nekromantek wyszedł mężczyzna. Przydługie, ciemne włosy przysłaniały jego oczy w kolorze czarniejszym niż noc. Jego twarz była nieziemsko piękna, lecz nie jak u anioła – przebijało z niej więcej mroku niż blasku. Orli nos dodawał mężczyźnie charakteru. Skóra, niegdyś w kolorze cynamonu, teraz była szara. Na jego piersi niczym pąsowa róża wykwitła krwawa plama.

Rebeka dobrze pamiętała tę ranę. W końcu sama ją zadała.

– Rebs… – Cichy szept duszy trafił prosto do serca kobiety. – Wiedziałem, że po mnie wrócisz.

Myśli czarownicy galopowały jak rozpędzone konie. Zdawała sobie sprawę z tego, na kogo patrzy, ale jakaś część niej blokowała tę informację. Mężczyzna zbliżył się jeszcze o krok i wyciągnął dłoń, jakby chciał przeczesać palcami kasztanowe włosy Rebeki.

– W nogi! – wrzasnęła i pociągnęła za sobą Alice. Nie czuła się teraz czarownicą, nekromantką ani nawet człowiekiem. Była zwierzyną, która za wszelką cenę musi uciec przed drapieżnikiem. – Nie pozwól mu się dotknąć!

Obie popędziły w stronę mostu. Żadna z nich nie obejrzała się za siebie. Niezaprzeczalnym plusem przebywania w zaświatach było to, że nie dostawało się zadyszki podczas biegu. Gdyby Rebeka musiała pokonać podobny dystans w normalnych warunkach, to pewnie wyplułaby płuca już po kilkudziesięciu metrach.

W momencie kiedy ich stopy dotknęły bruku na moście, nekromantka wiedziała, że im się udało. Widmo zatrzymało się kilka centymetrów od granicy oddzielającej światy. Czarownica czuła jego obecność, ale nie miała odwagi, by jeszcze raz spojrzeć w te czarne oczy.

– Przepraszam, Mauricio. Nie tym razem – szepnęła, nie patrząc za siebie. W tym momencie dotarło do niej, że dzisiejszy dzień jest dopiero początkiem nadchodzących zmian. Przeczuwała, że będzie musiała nie tylko ułożyć swoje dotychczasowe życie na nowo, lecz także zmierzyć się z przeszłością, która dziś dobitnie przypomniała jej o sobie.

ROZDZIAŁ 2

Minęła dobra chwila, zanim w pełni wróciła do siebie. W głowie dudniło jej tak, jakby miała w niej gigantyczny dzwon.

– Nigdy więcej, nigdy więcej – mamrotała do siebie.

Alice leżała obok zwinięta na miękkiej wykładzinie. Jej ciałem targały urywane drgawki.

– Udało się wam! – Twarz Margaret przybrała wyraz ulgi.

– Długo nas nie było? – Rebeka wstała ostrożnie, trzymając się ramy łóżka.

– Dwie minuty i trzydzieści sześć sekund.

– Dokładna jak zawsze.

– Myślałam, że was nie utrzymam – przyznała. – W pewnym momencie nić była tak napięta, że bałam się, że pęknie. Coś was zatrzymało po drodze? – Margaret tylko pozornie była opanowana. Zdradzały ją dłonie, które bez ustanku mięły materiał szarej urzędniczej spódnicy.

– Może to przez to, że musiałaś holować nas dwie. Nie jestem pewna – odparła nekromantka.

Kiedy żyje się tak długo jak Rebeka von Rubinstein, trzeba nauczyć się dobrze kłamać. Kłamać i zręcznie zmieniać temat.

– Jaki mamy plan? Jak wytłumaczysz to wszystko w urzędzie? Co powiesz, gdy zapytają, czemu dziewczyna z Wysp uczy się w Ameryce? Przecież na pewno macie pełno czarownic żywiołów tu na miejscu. – W jej głosie wybrzmiała nuta niepokoju.

– O to się nie martw. Coś wykombinuję. Teraz mamy chyba ważniejszy problem. – Margaret wbiła wzrok w nastolatkę.

Alice nadal leżała skulona na podłodze. Z jej gardła wydobywał się stłumiony szloch.

Rebeka kucnęła przy niej i przejechała dłonią po jej plecach. Ubranie dziewczyny było tak przesiąknięte potem, jakby przed chwilą ktoś wyniósł ją z wody. Całe jej ciało drżało. Nekromantka rozejrzała się za czymś, czym mogłaby ją okryć. Dostrzegłszy puszysty koc rozłożony na łóżku, pociągnęła go jednym sprawnym ruchem i przykryła nastolatkę.

– C-c-co s-się s-stało? – jęknęła Alice, po czym wtuliła się w miękki materiał.

– Już dobrze, jesteś bezpieczna. – Czarownica przysunęła się bliżej. Nie miała pojęcia, jak pomóc dziecku, które właśnie doświadczyło czegoś nadnaturalnego. Jak wytłumaczyć tej młodej, słabej istocie, że wszystko, co do tej pory wiedziała o życiu, to mrzonka? Spojrzała na Margaret, licząc na to, że urzędniczka nawykła do tego typu rozmów pomoże, ale jej kalkulacje na nic się zdały.

Kobieta stała obrócona do nich plecami i udawała, że zafascynował ją wzór tapety.

Dobrze – pomyślała nekromantka – dam radę, mogę to zrobić sama.

– Mam na imię Rebeka i pewnie zabrzmi to dziwnie, ale… jestem czarownicą. I… i ty też nią jesteś – wydukała.

Twarz Alice zbladła jeszcze bardziej niż wcześniej, po czym dziewczyna zaczęła się śmiać. Najpierw cicho, a potem coraz bardziej histerycznie, aż w końcu śmiech przeszedł w płacz.

– Zwariowałam, wiedziałam… Jesteś ze szpitala, prawda? Babcia po was zadzwoniła? Obiecała, że mnie nigdzie nie odda! Powiedziała, że sobie poradzimy!

– Spokojnie. – Mimo że czarownica nie przepadała za kontaktem fizycznym, postanowiła przytulić rozedrganą Alice.

Nastolatka wtuliła się w nią i ponownie zaszlochała, plamiąc łzami jej wełniany sweter.

– Nie jesteśmy z żadnego szpitala, a z tobą wszystko w porządku. Naprawdę jesteśmy czarownicami. Właśnie objawiła się twoja moc. Pomogłam ci wydostać się z miejsca, gdzie trafiłaś za sprawą magii, którą władasz. – Rebeka pstryknęła palcami, żeby zwrócić uwagę Margaret.

Kobieta obróciła się do niej i wywróciła błękitnymi oczami. Jej lekceważące zachowanie zirytowało nekromantkę. Czy Margaret naprawdę myślała, że czarownica, która po raz pierwszy od lat ma kontakt z nastolatką, da radę przeprowadzić tak trudną rozmowę?

W końcu urzędniczka podeszła bliżej, ale nie usiadła na podłodze. Usadowiła się na łóżku i starannie wygładziła swoją spódnicę. Dopiero kiedy każda plisa wyglądała idealnie, zaczęła wywód.

– Nazywam się Margaret Smith i jestem pracowniczką Biura Monitorowania Nowych Talentów. Wiem, że jesteś w trudnym położeniu i pewnie nie wierzysz w to, co się dzieje, ale to prawda. Magia jest częścią tego świata. Od początku jego istnienia ludzie dzielą go z magicznymi istotami. – Margaret bardziej recytowała, niż opowiadała. Widać było, że nie po raz pierwszy tłumaczy młodemu magicznemu, że dotąd żył w kłamstwie. – Kiedyś wszyscy współistnieli obok siebie, ale z czasem śmiertelni zaczęli tratować nas jako zagrożenie, więc musieliśmy usunąć się w cień dla własnego bezpieczeństwa. To, czego właśnie doświadczyłaś, to manifestacja twojej mocy. Zapewne już wcześniej przydarzały ci się nietypowe sytuacje, może kątem oka widziałaś skrzaty w parku, przedmioty w twoim zasięgu niepostrzeżenie zmieniały miejsce, a może twoje sny stawały się prawdą.

Zaciekawiona nastolatka obróciła głowę w kierunku rozmówczyni. Faktycznie, od jakiegoś czasu w jej życiu działy się dziwne rzeczy. Na początku Alice złożyła to na karb przemęczenia, w końcu ostatnia klasa to nie byle co. Miała sporo nauki, co często wiązało się z nieprzespanymi nocami. W trakcie ubiegłego miesiąca przytrafiło jej się kilka sytuacji, które trudno było racjonalnie wytłumaczyć.

Raz chciała skrócić sobie drogę ze szkoły i zdecydowała się na przechadzkę przez park. Gdy mijała pomnik upamiętniający ofiary pierwszej wojny światowej, coś, jakaś nieznana siła, zmusiło ją, by przystanęła w tym miejscu. Nagle czas przestał istnieć, a dziewczyna poczuła się tak, jakby balansowała na linie zawieszonej nad przepaścią. Jeden krok dzielił ją od czegoś strasznego. Ocknęła się z transu, gdy odniosła wrażenie, że ktoś dotknął jej ramienia. Siedziała na zimnym bruku, oparta plecami o pomnik. Była sama, a słońce już dawno zaszło. Bała się, że własna psychika płata jej figle.

– Opowiem ci teraz o tym, co się dzieje, gdy u czarownicy ujawni się moc – ciągnęła Margaret. – W momencie gdy dochodzi do manifestacji, w Biurze Monitorowania Nowych Talentów na specjalnej mapie widać miejsce, gdzie przebywa potencjalna magiczna osoba. Wtedy wysyła się tam urzędnika, takiego jak ja, którego zadaniem jest przyporządkowanie danej mocy do odpowiedniej kategorii. Takie „badanie” można wykonać jeden jedyny raz, ponieważ tylko w czasie pierwszego ukazania mocy uwalnia się tak skondensowana ilość potencjału magicznego. Czujesz to, prawda? Powietrze jest ciężkie od twojej magii.

Rzeczywiście nowo objawioną moc można było wyczuć każdym ze zmysłów. Aż kotłowała się w pokoju, tak że powietrze delikatnie drżało, co sprawiało, że na skórze Alice pojawiły się ciarki, jakby przeszył ją lekki prąd. Dopiero teraz dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, że jej nozdrza drażni słodki zapach, który po zetknięciu z językiem zmienia się w smak migdałów. W ciemności przeskakiwały ledwo zauważalne iskierki. Może to się jej tylko zdawało, a może faktycznie to magia wpływała na wszystkie zmysły.

– Zwykle przy badaniu jest trochę pracy – kontynuowała urzędniczka.

Alice skupiła na niej całą swoją uwagę. Wciąż powątpiewała, czy to wszystko działo się naprawdę.

– Często do manifestacji mocy dochodzi w miejscach publicznych. Trzeba wtedy wymazać pamięć świadkom lub zwyczajnie posprzątać bałagan. Klasyfikację mocy podpisuje się krwią osoby badającej zgłoszenie i samego nieszczęśnika. Jeśli po czasie wyjdą jakieś nieścisłości, to wiadomo, kto ponosi za nie odpowiedzialność. Błędy się jednak nie zdarzają – zapewniła Margaret. – Praca urzędnika jest bardzo odpowiedzialna, a za każde uchybienie grożą srogie kary. Dlatego fakt, że jestem tu dziś i wezwałam do pomocy Rebekę, jest czymś więcej niż niedopatrzeniem. Twój dar jest nietypowy i bardzo niebezpieczny, pod wieloma względami. Jesteś nekromantką, posługujesz się mocą śmierci – obwieściła, spoglądając wymownie na dziewczynę. – Ze wszystkich rodzajów magii to właśnie twoja jest uznawana za tę zakazaną. Magiczni boją się nekromantów, niewyobrażalne jest dla nich, że ktoś może rozmawiać ze zmarłymi, wskrzeszać ich, balansować na granicy światów. W teorii powinnam zgłosić to, że doszło tu dziś do objawienia nekromantycznej mocy. Przyjechałby tu cały sztab z Komisji Kontroli i zabraliby cię, a uwierz, że nie chciałabyś trafić w ich ręce.

– Tego żadna z nas by nie chciała – wtrąciła Rebeka.

– Właśnie – wycedziła przez zęby urzędniczka, po czym wróciła do tematu. – W ciągu ostatnich stu lat odnotowano pięćdziesiąt pięć nowych przypadków nekromantów w Ameryce Północnej i Europie. Oficjalnie osoby te zostały zneutralizowane, czyli pozbawione magii. W praktyce słuch o nich zaginął, jakby nigdy nie istniały. Na innych kontynentach mówi się wprost o ich zabijaniu. Na terenach całej Azji organizowane są oficjalne egzekucje, a czarownikom, którzy wydadzą nekromantę, wypłacana jest wysoka nagroda. Do jeszcze gorszych incydentów dochodzi w Afryce i Ameryce Południowej. Tam z nekromantów wysysa się energię życiową, a później wykorzystuje ją do skomplikowanych czarów. Słyszałam, że mają do tego eksperymentalne maszyny, ale to tajemnica poliszynela. Oficjalnie nikt o tym nie mówi.

– Prawda jest taka, że inni czarownicy nie chcą dowiedzieć się o nas niczego więcej niż to, co jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. – Rebeka włączyła się do rozmowy. Czuła, że musi dodać kilka słów od siebie. Jej zdaniem dziewczyna powinna wiedzieć, dlaczego znalazła się w niebezpieczeństwie. – Wszyscy myślą, że skoro potrafimy przenikać do zaświatów, to możemy ściągać z nich najgorszych zbrodniarzy, a to wszystko nieprawda. Każde odwiedziny po drugiej stronie kosztują nas mnóstwo energii. Czujesz to, prawda?

Alice niepewnie kiwnęła głową.

– Żaden nekromanta nie da rady wskrzesić Hitlera, Aleksandra Wielkiego ani Napoleona, ale nikt nie chce wiedzieć, dlaczego tak jest – kontynuowała Rebeka, uważając, by nie mówić zbyt głośno. Pamiętała, że na parterze znajduje się nieświadoma niczego babcia dziewczyny. – Wkładają nas do jednego worka z najmroczniejszymi postaciami historii. W średniowieczu masowo zabijano czarownice, ale to na nekromantach dokonywano największej rzezi. Palono nas żywcem, bo wierzono, że tylko w taki sposób nasza dusza nie da rady powrócić do życia, a to kolejny mit. Żaden nekromanta nie może sam siebie wskrzesić, bo do tego potrzeba energii życiowej, którą ten traci w momencie śmierci…

– Moim zdaniem to nieludzkie! – przerwała Margaret, po raz pierwszy pozwoliwszy sobie okazać emocje. – Nie mogę dopuścić, żeby stała ci się krzywda tylko dlatego, że masz taki, a nie inny dar. Wierzę, że istnieje inna droga. Dlatego jest z nami Rebeka. Pewnie już zdążyłaś zauważyć, że ona też jest nekromantką. Pomogła cię uratować i zgodziła się ci pomóc. Zabierze cię do Nowego Jorku, gdzie mieszka. Na jakiś czas, dopóki nie nauczysz się kontrolować mocy.

– W dokumentach wpiszemy, że kontrolujesz inny rodzaj magii. Właśnie w taki sposób udało mi się ujść z życiem. Spróbuję przekazać ci to, co sama umiem – zapewniła Rebeka.

Przez cały ten czas Alice patrzyła z otwartymi ustami to na jedną, to na drugą kobietę. Nic w tym zresztą dziwnego. Niecodziennie miała okazję dowiadywać się, że dziwne rzeczy, które spotykały ją od lat, nie były kwestią przypadku lub zwyczajnego pecha, lecz dochodziło do nich pod wpływem magicznych sił.

– Pewnie to wszystko wydaje ci się niewiarygodne. Masz prawo nam nie ufać albo zadawać pytania… – dodała, ale nie miała szansy dokończyć, bo nagle Alice wtrąciła się w pół zdania.

– Udowodnij.

– Proszę?

– Zrób jakąś sztuczkę, wyczaruj coś, przejdź przez ścianę, zamień wodę w wino. Cokolwiek! Skąd mam wiedzieć, że naprawdę jesteście czarownicami? Może obie jesteście pielęgniarkami ze szpitala psychiatrycznego.

– Czy to, że przed chwilą wyciągnęłam cię z zaświatów, nie było wystarczającym dowodem?

– Jaką mam pewność, czy to były zaświaty? Może znowu miałam urojenia… – powątpiewała nastolatka.

– Te stany, które miewasz, to nie są żadne urojenia. Pewnie do tej pory doświadczałaś niewielkiego przenikania światów, balansowałaś pomiędzy światami żywych i umarłych. Dziś twoja dusza ostatecznie przekroczyła barierę.

– Udowodnij, że to wszystko prawda! – Głos Alice przybrał na stanowczości. – Skoro ty nie umiesz, to może ona. – Dziewczyna wskazała na Margaret, która po swoim długim wywodzie siedziała teraz cicho na łóżku.

– Moja magia objawia się poprzez odczytywanie aury. To żaden spektakularny talent. Pracuję w urzędzie. Jeśli liczysz, że wyczaruję ci królika z kapelusza, to się zawiedziesz. Magia to coś bardziej subtelnego. Może Rebeka zrobi dla ciebie jakiś show.

– Magia nie jest tym, co sobie wyobrażasz. Ma swoją cenę. Za każde jej użycie płacimy swoją energią. Moc nie bierze się znikąd, jest częścią nas samych. Żaden magiczny nie używa jej ot tak, przy byle okazji. Nie spotkasz mistrza teleportacji, który przeskakuje z miejsca na miejsce, zamiast chodzić, ani czarownicy wody, która mieszka na dnie oceanu, bo im więcej korzystamy z naszego talentu, tym więcej energii musimy w to włożyć. Mogę wskrzesić dla ciebie muchę, ale chyba nie tego oczekujesz.

Alice patrzyła teraz na Rebekę jak na akwizytora, który próbuje wcisnąć śpieszącemu się przechodniowi krajalnicę do chleba, jakby ta miała rozwiązać wszystkie problemy wszechświata.

Nie do wiary – pomyślała nekromantka. Ta mała ma mnie za oszustkę albo gorzej. Pewnie uznała mnie za świruskę. Rebece nadal kręciło się w głowie po niedawnej wizycie w zaświatach. Czuła, że zasoby jej energii niebezpiecznie się skurczyły, ale ostatecznie uznała, że może zdoła skupić trochę mocy na potrzeby małego spektaklu.

– No dobrze. Umiem zrobić kilka rzeczy nienależących do mojego talentu – podjęła po chwili. – Żeby się ratować, musiałam nauczyć się kilku czarów związanych z magią ziemi. Powiedzmy, że to pokrewny rodzaj magii. W końcu gdzie grzebani są zmarli, jak nie pod ziemią. – Uśmiechnęła się do dziewczyny, ale ta najwyraźniej nie była w nastroju do żartów. – Większość z tego, co potrafię, to książkowa wiedza i wynik ciężkiej pracy. – Rebeka rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu jakiejkolwiek rośliny. Jej wzrok przykuła doniczka z bluszczem stojąca na parapecie.

Roślina była zakurzona i rozpaczliwie potrzebowała wody.

Czarownica wykonała delikatny ruch dłonią w jej stronę, jakby przyzywała ją do siebie. Liście bluszczu drgnęły, a potem obróciły się w kierunku nekromantki. Łodyga zaczęła się wydłużać – najpierw nieznacznie, lecz po chwili coraz szybciej i szybciej. Kiedy liście prawie dotykały ręki Rebeki, ta przestała nią poruszać i spojrzała na osłupiałą Alice. Następnie palcem wskazującym zaczęła kreślić w powietrzu kółka. Bluszcz zdawał się posiadać coś w rodzaju świadomości, bo podpełzł do nastolatki i ospale oplótł jej kostkę.

– Stop. Już ci wierzę – jęknęła zaniepokojona dziewczyna.

Rebeka jednak nie przestała. Wręcz przeciwnie – teraz wykonywała szybsze gesty, a zielony pęd zaciskał się już na wysokości kolana statystki.

– Powiedziałam STOP! – Nerwowość Alice przerodziła się w panikę.

Nekromantka wiedziała, że dopięła swego.

– Koniec pokazu. Wracaj do doniczki. – Klasnęła w dłonie, a roślina w okamgnieniu wróciła na swoje miejsce. – Bluszcz ma z tobą jakieś porachunki, wyczuwam masę negatywnej energii. Podlewasz go czasem?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

– To jak, wierzysz nam teraz? Możemy już zająć się formalnościami? Nie wiem, czy wspominałam, ale czas nas goni. – Margaret stała już przy drzwiach. Na jej twarzy wykwitł nieokreślony grymas, coś pomiędzy satysfakcją a niechęcią.

Co prawda, Rebeka udowodniła Alice, że nie kłamią, ale urzędniczka nie przepadała za takimi manifestacjami. Znacznie bardziej wolała rozmawiać z dzieciakami, które wizytowała, i wyjaśniać im zasady dotyczące magii za pomocą słownych argumentów.

– Wiem, że to dla ciebie nowa sytuacja – wtrąciła się Rebeka – ale razem damy radę.

– Racja, trochę to dziwne. Chodzę do szkoły przy Green Woods Place, tam dzieją się cuda. Czasem myślę, że Freddy Johnson, który siedzi przede mną na biologii, jest goblinem.

Rebeka posłała dziewczynie zdezorientowane spojrzenie.

– OK, OK… koniec żartów. Tak na serio, to chciałabym tylko, żeby wszystko było jak dawniej, żebym mogła przespać noc spokojnie, żebym się znowu śmiała. – Alice nagle się ożywiła. W jej oczach poza strachem zaiskrzyła także ciekawość. – Mam dość stanów, w które wpadam. Babcia chodzi ze mną po różnych specjalistach, ale nic mi nie pomaga. Jest coraz gorzej. Ostatnio nawet psycholożka doradziła, że może lepiej będzie mi w jakimś ośrodku. Czy ty umiesz mnie wyleczyć? – Spojrzała z nadzieją na nekromantkę. – Znasz na to, hm… zaklęcie?

– Niestety, nie ma żadnego zaklęcia, ale mogę ci pokazać, co mi pomaga. Spróbuję cię nauczyć, jak kontrolować dar. Wezmę cię do siebie na pewien czas, dopóki nie nauczysz się odcinać od świata umarłych. Nie możesz zostać w domu. Jeśli zaświaty wciągnęły cię raz, to zrobią to ponownie. Musimy zacząć działać. Pokażę ci też kilka sztuczek, które pomogą ci funkcjonować w rzeczywistości magicznych.

– Czyli teraz jest ten moment, kiedy muszę zdecydować, czy chcę jechać z wami, aby uczyć się magii, latania na miotłach i warzenia eliksirów, czy zostanę w domu.

– Nic nie rozumiesz. Nie masz wyboru. – Margaret miała dość tej sytuacji. Lada moment mogła dostać wiadomość z biura, że jej wizyta niepokojąco się przeciąga. – Czasem w życiu zdarzają się sytuacje, w których to okrutny los wybiera dla nas ścieżkę, najczęściej wyboistą i pełną niespodzianek. A jedyne, co możemy zrobić, to przyjąć nasze przeznaczenie. Jeśli nie pójdziesz z nami, zjawią się tu kontrolerzy. Zabiorą cię i bogowie tylko wiedzą, co z tobą zrobią! Zabiorą też twoją babcię i każdego, kogo znasz. Zrobią im pranie mózgu, tak że zapomną o tobie. Po małej Alice ze szkoły przy Green Woods Place nie zostanie nawet pyłek.

Dziewczyna nawet się nie obejrzała, a przyciskała zakrwawiony kciuk do pergaminu. Od tej pory aż po wieki miała być czarownicą żywiołu ziemi. Choć prawda była inna, dla jej własnego dobra nekromantyczne moce miały pozostać tajemnicą.