Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
Głośna powieść sensacyjno-obyczajowa. Z niewiadomych przyczyn na rodzinę Davida Lucasa tajemniczy osobnicy dokonują brutalnego napadu. Prowadzone przez policję śledztwo nie daje wyników. Następują kolejne próby zamachu. David z Olivią, zmagając się z niewidzialnym wrogiem szukają prawdy, która odgadnięta wprawia ich w przerażenie.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Miejska Biblioteka Publiczna w Skierniewicach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 826
Rok wydania: 1991
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sędziowie z cienia
Patrick Hutin
Sędziowie
z
cienia
Przełożyła z francuskiego
Bożena Sęk
Wydawnictwo ,,Książnica”
Tytuł oryginału
Les jurés de l’ombre
Opracowanie graficzne
Marek J. Piwko
© Editions Robert Laffont, S.A., Paris 1985
For the Polish edition © by Wydawnictwo „Książnica” 1992
ISBN 83-85348-06-9
Wydawnictwo „Książnica” sp. z o.o.
Katowice 1992
Wydanie pierwsze
Drukowały Zakłady Graficzne w Katowicach
Aleja W. Korfantego 138. Tel. 584-461
Zam. 933/7113/2
„Jeśli nie znasz zarazem wroga i samego
siebie, możesz być pewien, że w każdej
walce zagrozi ci niebezpieczeństwo.”
SUN TZU, Sztuka wojny.
Kroki znowu się zbliżyły.
Zatrzymają się zaraz przed drzwiami celi. Po raz kolejny.
Alex Linas wiedział, że tak będzie. Nie mogło być inaczej.
Tępy osioł!
Linas przykrył się po uszy i zwrócony twarzą do ściany, leżał bez ruchu.
Tylko niczego nie zmieniać. Wpieprzyć tego skurwysyna...
Za pierwszym razem, gdy dozorca przechodził, Linas, niewidoczny pod przykryciem, ani drgnął. Zawsze tak się zachowywał, kiedy Mathias robił nocny obchód. Zmuszał go w ten sposób do powrotu po sprawdzeniu pozostałych czterdziestu dziewięciu cel w „kwaterze A-3”. Taki był rozkaz: jeśli coś podobnego się zdarzyło, nocny „obchodziarz” musiał się upewnić, iż kształt, który przez judasza widział na łóżku więźnia, nie jest manekinem. Tak mówił regulamin. „Klawisz” musiał zobaczyć więźnia. „Klawisz” musiał zobaczyć, że więzień się rusza. A Mathias był zdania, że regulamin jest regulaminem i należy go przestrzegać. Powiedział to Linasowi na samym początku i dlatego ten go nie znosił.
Mathias szybko zdał sobie sprawę, że spośród wszystkich dozorców Linas tylko jego systematycznie wpieprza nocą. Najpierw chciał na niego złożyć skargę, lecz potem zrezygnował. Bo Linas coś mu powiedział. Zwykle Mathias nie obawiał się więźniów. Linas to całkiem co innego.
Linasa się bał.
Toteż ich zabawa trwała: on stosował się do regulaminu, Linas zaś wpieprzał go, zmuszając, by robił to konsekwentnie.
Niczego nie zmieniać! Tylko niczego nie zmieniać!... Wpieprzyć tego durnia. Jak zwykle...
Nagle celę zalało światło sufitowe.
Linas usłyszał skrzypienie górnej pryczy: Mario Assante mamrocząc coś przewrócił się na drugi bok. Linas uśmiechnął się w duchu i nadal się nie ruszał.
Światło zgasło i znowu się zapaliło...
No już, ty skurwysynu! Wścieknij się...
...zgasło i jeszcze raz zapłonęło.
Ciszę przerwał głos Assante’a, stłumiony, niespokojny.
— Linas, do cholery! Co ty wyczyniasz? Ruszże się!
Nie, nie teraz. Jeszcze nie.
Lampa zamigotała frenetycznie, rozległo się kopanie w drzwi.
Teraz!
Linas odwrócił się, wysunął rękę spod przykrycia i wymownym gestem wystawił wielki palec w kierunku drzwi. Natychmiast zapadła ciemność, zza drzwi dobiegł epitet „Kutas!”, po czym kroki dozorcy się oddaliły.
Wtedy Linas zeskoczył z pryczy. Był kompletnie ubrany. Chwycił poduszkę i przytknął ją do drzwi celi na wysokości zamka.
— Linas?
— Zamknij się!
Linas usłyszał, że dozorca otwiera kratę dzielącą korytarz od komory w kształcie rotundy, skąd prowadziły wejścia do innych „kwater” na trzecim piętrze. Przywarł ciałem do poduszki. Dokładnie w chwili, gdy krata zamykała się ze zgrzytem metalu, w drzwiach celi rozległ się suchy trzask.
Były otwarte!
Linas przez moment stał bez ruchu, nasłuchując. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Należało się jednak spieszyć, wykorzystać zamykanie drugiej kraty.
— Idziemy! — szepnął do Assante’a.
Ten zeskoczył z pryczy i wypadł na korytarz. Linas wysunął się za nim z celi, czekając z zamknięciem jej drzwi, aż rozlegnie się zgrzyt drugiej kraty. Zerknął na zegarek: kwadrans po północy. Następny obchód będzie nie wcześniej jak o drugiej. Mieli więcej czasu, niż potrzebowali.
Bez słowa wskazał Assante’owi kamery umieszczone na obu końcach korytarza „kwatery” i naciągnął golf na twarz. Assante uczynił to samo, po czym cichym, miękkim krokiem — oprócz swetrów z golfem mieli na sobie dżinsy i trampki — ruszyli w głąb korytarza. W niecałą minutę dotarli do ostatniej celi po lewej. Kartonik na drzwiach informował: A 3-G-25. YAMANI Salim.
Wyjęli zza paska dżinsów rękawiczki i włożyli, następnie Linas przytknął oko do judasza, naciskając równocześnie włącznik światła zamocowany w ścianie obok drzwi. Na moment błysnęła lampa, oświetlając celę.
Wszystko grało.
Linas dobył z kieszeni klucz i ostrożnie wsunął go do zamka. Assante przywarł do drzwi.
Miały podwójny system zamknięcia: mechaniczny i elektryczny. Elektrycznym zamykaniem i otwieraniem sterowała dyżurka położona poza obrębem więziennych „kwater”, mechanicznie otwierało się drzwi kluczem, który dla bezpieczeństwa pozwalał również odblokować system elektryczny.
Linas przekręcił klucz. Lekki trzask świadczył, że rygiel odciągany mechanicznie wysunął się z zamka i schował w murze — w Saint-Louis mechanizm zamków działał na odwrót, ponieważ przewody zdalnego sterowania wpuszczone były w ścianę. Ostrożnie przekręcił klucz po raz drugi. Znowu rozległ się cichy trzask: rygiel poruszany elektrycznie również został odciągnięty.
Teraz należało się pospieszyć! Bo na jednym z pulpitów w dyżurce zapaliło się czerwone światełko kontrolne. Linas o tym wiedział.
Uchylił nieco drzwi celi i Assante przemknął do środka, a Linas wyjął z kieszeni długopis i lekko stuknął nim w dno otworu umieszczonego pod otworami na rygle — kiedy zamykano drzwi, w otwór ten wchodził metalowy bolec, włączając automatycznie elektryczny zatrzask. Rygiel wysunął się ze ściany z głuchym chrzęstem, który Linas wytłumił dłonią.
Teraz w dyżurce zgasło czerwone światełko, a zapaliło się zielone.
Linas wsunął się do celi, maksymalnie przymykając za sobą drzwi. Przez moment stał w ciemnościach bez ruchu. Po prawej odgadywał Assante’a krzątającego się bezszelestnie. Bardziej go wyczuwał niż słyszał. Po lewej na pryczy spał mężczyzna. Oddychał głośno, jakby z trudem.
— Gotowe? — szepnął Linas.
— Prawie — zaszemrał głos Assante’a.
Linas spojrzał w prostokąt okna znajdującego się w ścianie naprzeciwko. Na szczycie północnej wartowni błyszczało słabe światełko.
— Gotowe.
Wartownia! Z wartowni mogliby dojrzeć światło!
— Poczekaj! — rozkazał Assante’owi.
Zerwał koc z pryczy, wspiął się na stolik i zasłonił okno.
Trzasnęła zapałka, błysnął płomyk, poleciał na podłogę i zaraz zgasł.
Kolejny trzask zapałki. W jej świetle pojawiła się twarz Assante’a. „Diabeł”, pomyślał Linas. Spodziewał się, że znowu zgaśnie, lecz nie: płomyczek, zrazu słaby i chwiejny, wyrównał się i urósł. „Latarnia” działała! Był nią garnuszek z oliwą z knotem wykonanym z papieru toaletowego, przewleczonym przez tubkę po paście do zębów przykrojoną z obu stron. Wycięty pośrodku tubki otworek pozwalał za pomocą spinacza podciągać knot w miarę spalania.
Linas wziął z rąk Assante’a „latarnię” i postawił ją na stoliku u wezgłowia pryczy. Spojrzał na śpiącego mężczyznę. Światło tańczyło na jego twarzy, nieruchomej i gładkiej jak maska. Otwarte usta przypominały czeluść, z której wychodziło równomierne, donośne chrapanie.
Linas skinął na Assante’a.
— Pomóż!
Wspólnymi siłami podnieśli śpiącego. Linas trzymał go w pozycji stojącej, Assante tymczasem zdjął z pryczy materac i umieścił go przy umywalce. Umywalka i muszla klozetowa znajdowały się w rogu celi, na lewo od wejścia. W martwym punkcie. Jeżeli więzień korzystał z muszli akurat w chwili obchodu, musiał wyciągnąć rękę, aby strażnik przez judasza upewnił się co do jego obecności w celi.
Linas, najdelikatniej jak mógł, położył śpiącego na gołej pryczy. Mężczyzna stęknął, otworzył oczy.
— Co to... — wymamrotał. — Chcę... chcę spać... dajcie... no co... cholera...
— Skarpetki, szybko! — popędził Linas Assante’a, po czym nachylił się do ucha więźnia i szepnął: — Spokojnie, Salimku. Wszystko gra. To już koniec... koniec... śpij, Salim, śpij...
Salim na moment wytrzeszczył oczy, wpatrując się w Linasa, na którego twarzy widniał uśmiech. Połowa uśmiechu: prawy policzek, przecięty głęboką szramą biegnącą od brody po kość policzkową, był nieruchomy. Salim zamrugał, po czym wzrok mu zmętniał. Zasnął. Linas odwrócił się od niego.
Assante łączył jeszcze węzłami skarpetki. Podniósł głowę; widać było po nim podniecenie.
— Zaraz skończę — sapnął. — Pierwszy raz zobaczę takiego! To znaczy w trakcie...
Linas patrzył na niego. Z długimi czarnymi włosami, których tłuste kosmyki przylepiły się do czoła, wyłupiastymi kocimi oczami i chudą, kościstą twarzą. Assante wyglądał całkiem jak obłąkany. Czubek! „Czubek” — taką miał ksywę. I nie bez powodu. Wyraźnie już się cieszył na samą myśl o tym, co się będzie działo. „Co za parszywa morda”, powiedział sobie Linas. Nieraz nachodziła go ochota, by rozwalić na miazgę tę parszywą mordę. Tak jak rozgniata się karalucha: z odrazą. Hamował się jednak, bo Assante był cenny. Był cennym narzędziem. Narzędziem do zabijania.
Linas sprawdził ułożenie materaca opartego o umywalkę. Z zadowoleniem stwierdził, że jest w porządku. Uda się. Nie będzie hałasu. Przysunął taboret, stanął na nim i upewnił się, czy haki, na których na wysokości jakichś dwóch metrów dwudziestu centymetrów zawieszona była nad umywalką suszarka, siedzą mocno w murze. Siedziały.
Wszystko potoczy się dobrze. Nie widział niczego, co by mogło im wejść w paradę. Wszystko przebiegnie zgodnie z planem.
Assante, „Czubek”, znowu sapnął:
— No! gotowe!
Linas zbadał wytrzymałość sznura ze skarpetek, przesunął pętlę.
— W porządku. Ale skróć go na haku, żeby nie był za długi. Rozciągnie się.
Assante zamocował sznur na haku, po czym podeszli do śpiącego. Wzięli go pod ramiona i przenieśli pod umywalkę. Mężczyzna stęknął, gdy Linas oparł go o ścianę.
— Potrzymaj go — szepnął do Assante’a.
Sam wszedł na taboret, chwycił Salima pod pachy i przy pomocy Assante’a wciągnął na taboret. Trzymał go teraz opartego o siebie.
— Oż, kurwa! Ale go naszprycowali! Waży chyba z tonę! Rusz się!
Salim jęknął i potrząsnął głową.
— Zostawcie... mnie... dość... czego...
— W porządku, Salim. Nie martw się, stary — szeptał Linas. — Zaraz będzie koniec... I będziesz mógł spać... Już zaraz, Salim. Stój spokojnie, bracie.
Assante wspiął się na umywalkę i chwycił Salima za włosy. Wówczas Linas ujął go w pasie, uniósł do góry. Głowa bez trudu przeszła przez pętlę.
— Możesz puścić — rzekł Assante, zeskakując na ziemię.
Linas wstrzymał oddech. Czuł ból w mięśniach ramion i grzbietu. Usłyszał słabe jęczenie Salima, niezrozumiałe mamrotanie.
— Uściskaj ode mnie Allacha — szepnął.
I niespiesznie rozluźnił uchwyt.
Ciało Salima osunęło się powoli. W półmroku rozległ się jęk przechodzący w chrapliwe rzężenie.
Trzasnęły kości.
Pod ciężarem ciała została zmiażdżona krtań.
Salim Yamani umarł nie zdając sobie z tego sprawy. Najpierw poczuł falę gorąca w głowie, serce gwałtownie przyspieszyło. W czaszce dudniło mu coraz mocniej. Potem rozbrzmiał gwizd. Głowa mu puchła, rozrastała się do granic wytrzymałości. Jeszcze się nasiliło dudnienie i gwizd... W ciepłym mroku, w który z niewiarygodną mocą wyrzuciła go jakaś siła, migotały gwiazdy... Później wszystko ucichło. Ostatnim widokiem był oślepiający wybuch wielobarwnych skier. I stracił świadomość.
Assante podszedł bliżej z „latarnią” w ręku. Z ust wyrwał mu się stłumiony okrzyk.
Linas zaklął.
Przysunął „latarnię”.
Sztywny członek wisielca sterczał z rozporka piżamy.
Wisielec poderwał się i jego ciało jęło się nerwowo miotać jak oszalały pajac na sznurku.
— Stul pysk i trzymaj materac — wytchnął Linas.
Powieszonym od stóp do głowy wstrząsały gwałtowne drgawki. Ręce mu się zginały i uderzały o boki, nogi kopały w materac. Stopy, nawet palce u nóg drżały i poruszały się. Nieprzerwana fala konwulsji biegła przez całe ciało aż do twarzy, wykrzywiając ją w ohydnym grymasie. Posiniały, obrzękły język, wysunięty na dolną wargę, zniknął w ustach i zęby zaczęły o siebie słabo uderzać. Na skutek uduszenia organizm szalał: mięśnie kurczyły się, bezładnie szarpane ostatnimi podrygami nerwów. Wszystko w nim drżało i zwijało się w konwulsjach, jakby poruszane wewnętrzną siłą, oszalałą i wściekłą. Jakby życie, jeszcze uwięzione, chciało się wyrwać ze zwłok powieszonego.
W końcu drgawki ustały. Jeszcze jeden wstrząs i Salim Yamani zesztywniał. Już nie oddychał. Jego lekko wytrzeszczone oczy wpatrywały się w jakiś punkt w ciemności.
Assante gwizdnął z podziwem, lecz Linas gestem nakazał mu milczenie.
Cisza. Nie dochodził go żaden szczególny dźwięk. Wszystko wydawało się normalne. Uspokojony puścił materac i sprawdził puls wisielca.
Jeszcze czuł uderzenia!
Ale to też było normalne. Linas o tym wiedział. Nie było to przecież prawdziwe powieszenie. Nie w dosłownym znaczeniu słowa. Raczej uduszenie. Logiczne przy tej wysokości. Nie wystarczające, aby tętnice popękały pod wpływem ciężaru ciała. Przy uduszeniu najpierw umiera mózg. Potem płuca. A na końcu dopiero serce. Serca zawsze ostatnie.
Musieli poczekać.
Linas odetchnął głęboko, po czym podszedł do „latarni”, by spojrzeć na zegarek. Za dwadzieścia pięć pierwsza. Dopiero. A miał wrażenie, że minęła wieczność. Zaczął się zastanawiać, czyby jednak nie należało odłożyć materaca na miejsce. Już o tym wcześniej myślał, lecz teraz sam nie wiedział. W końcu postanowił go nie ruszać. Facet, który chce się powiesić — który naprawdę chce się powiesić, nie symulant — wie, że największy problem to hałas. Więzień w sąsiedniej celi słyszy podejrzane odgłosy, podnosi alarm, klawisze człowieka odcinają i w nagrodę jeszcze wrzepiają karcer. Tak, lepiej będzie zostawić materac. Zwłaszcza że ktoś mógłby się zdziwić, że na nogach wisielca nie ma śladów potłuczeń. Gdyby nie materac, uderzałby udami o umywalkę. Tak, o tym właśnie myślał, przygotowując akcję. O potłuczeniach! Materac koniecznie musi zostać tam, gdzie jest. Hałas miał mniejsze znaczenie. Dla widowni! Znajdowano już facetów powieszonych, przytulonych do materaca. Ten kretyński brudny Arab będzie kolejny. To wszystko. A to, że dwie, trzy najbliższe cele nie miały lokatorów, niczego nie zmieniało. Wyjdzie po prostu na to, że Arab był perfekcjonistą, że chciał mieć wszystkie szanse na udaną ostatnią podróż.
— Opadł mu! — sapnął Assante, odwracając się do Linasa. — Cholera, że też nie mogę go przeszukać. Na pewno ma. Całe arabstwo ma. Przeszukałbym tego gnojka! Daję słowo, że...
Urwał, popatrzywszy na Linasa, który przyglądał mu się złym wzrokiem.
— Spróbuj tylko, a przetrącę ci łapę — mruknął Linas przez zęby. Assante kiwnął głową.
— Tak. Wiem. Przepraszam. Tak tylko gadałem...
— To już nic nie gadaj.
— Dobra! — energicznie kiwnął znowu głową Assante. — Dobra!
Linas rzucił mu spojrzenie pełne wzgardy i wstrętu. Zwłaszcza wstrętu. Wiedział, że wystarczyłoby jedno jego słowo, by Assante przeszukał powieszonego. I wiedział, że Assante byłby wtedy w siódmym niebie. Ale wiedział także, co przeszukanie oznacza dla Assante’a. To właśnie napawało go wstrętem.
Znowu ujął w przegubie rękę wisielca szukając pulsu. Za pierwszym razem nic. Spróbował znowu — nie czuł uderzeń.
Zdjął rękawiczkę z prawej ręki i jeszcze sprawdził.
Serce już nie biło. Wisielec był martwy.
Linas popatrzył na zegarek. Dziewięć minut trzeba, żeby kojfnąć! Nałożył z powrotem rękawiczkę.
— Okno! — polecił Assante’owi.
Ten wskoczył na stół. W chwili, gdy ściągał zasłonę, Linas zgasił „latarnię”. Przez chwilę stali bez ruchu, aby wzrok przywykł im do ciemności. Słychać było tylko szmer ich oddechów. Z wolna zaczynali dostrzegać ciemne zarysy przedmiotów, wyraźniej rysowały się kontury. Assante zeskoczył na ziemię i schował „latarnię”. Z okna padała słaba poświata, nie wystarczająca, by dojrzeć ciało wisielca. Był po prostu ciężką, czarną masą. Z wyjątkiem stóp, które jakby pochłaniały odrobinę światła dostającego się przez okno. Zwisały blade, niemal świetliste z nogawek piżamy. „Stopy posągu”, pomyślał Linas.
Wyniknęli się na korytarz, naciągnąwszy golfy na twarze. Linas wepchnął dłonią elektroniczny rygiel w ścianę i ostrożnie popchnął drzwi. Rozległ się suchy trzask. Linas zaklął w duchu. Teraz włożył klucz i zaryglował drzwi na zamek mechaniczny. Cichy chrzęst. Gotowe!
Poczuł, że serce bije mu szybciej. Wszystko szło dobrze. Zerknął na korytarz: wydał mu się bez końca. Odetchnął głęboko, bezgłośnie, po czym skinął na Assante’a. Pobiegli cichym krokiem, Linas pierwszy. Nie odrywał oczu od kraty w końcu korytarza, spodziewając się, że w każdej chwili ujrzy za nią sylwetkę strażnika. Było to nieprawdopodobne, nawet niemożliwe. Mimo to przemożnie opanowała go taka obawa. Gdyby jednak do tego doszło, aż nadto dobrze wiedział, co by to dla niego oznaczało: koniec. W taki czy inny sposób!
Niepotrzebnie się lękał, bez trudu bowiem dotarli na koniec korytarza. Linas otworzył kluczem celę, wpuścił Assante’a i sam wszedł do środka, pociągając za sobą drzwi. Trzaśnięcie zagłuszył donośny kaszel Assante’a i rumor przewróconego taboretu.
Linas wypuścił powietrze z płuc.
Dotąd akcja przebiegała idealnie. Reszta zależała całkowicie od Kellera. Drzwi celi były zamknięte tylko na jeden rygiel! Nie było mowy, żeby tak pozostały. No i koniecznie przed pobudką musiał się pozbyć klucza. Bezwzględnie!
Wszystko zależało teraz od Kellera! Wszystko zależało od jednookiego!
Czerwone światełko na konsoli zgasło, a zapaliło się zielone.
Szef zmiany strażników, Martin Keller, pełniący tej nocy służbę w dyżurce, rozparł się w fotelu i westchnął. Spojrzał na zegarek: za trzynaście pierwsza. Operacja trwała raptem nieco ponad pół godziny. Najdelikatniejsza część akcji została wykonana. Reszta nie powinna przedstawiać trudności. Nie martwił się. Najpierw kaseta, teraz już za niecałe dziesięć minut. To najłatwiejsze. Potem klucz. Z tym będzie trochę więcej kłopotu, ale da się zrobić, był tego pewien.
Okręcił się z fotelem i obrzucił okiem pomieszczenie.
W nocy dyżurka szefa zmiany była centralnym punktem, mózgiem więzienia. Stąd można było wszystko zobaczyć, wszystkiego pilnować — albo prawie — otwierać kraty, drzwi, wydawać rozkazy, ogłosić alarm; wystarczyło tylko nacisnąć odpowiedni guzik lub powiedzieć co trzeba do mikrofonów; i psując sobie wzrok, wpatrywać się w baterię monitorów. Trzy bezpośrednie linie łączyły dyżurkę z najbliższym posterunkiem żandarmerii i policji oraz z koszarami straży pożarnej. Szeroka elektroniczna tablica, na której widniał plan zakładu z zaznaczeniem punktów newralgicznych, dzięki światełkom kontrolnym pozwalała natychmiast wizualnie stwierdzić prawidłowe bądź nie funkcjonowanie urządzeń: poczynając od ogrzewania, a na systemie wykrywania pożaru kończąc, poprzez przeciągniętą na szczycie murów linię z prądem o napięciu 2000 V i system radarów rozmieszczonych w narożnikach odcinków patrolowanych przez straże. Dwie grupy świetlistych punktów, jedna w samym środku tablicy, druga na jej prawym brzegu, wskazywały, że coś działa nienormalnie: pierwsza, barwy pomarańczowej, migotała miarowo; druga, czerwona, paliła się równo. Martin Keller nie miał powodów do niepokoju. Jedna sygnalizowała, że „zapora podczerwona”, ogłaszająca alarm w razie otwarcia drzwi jakiejś celi, jest przerwana — zawsze była przerwana, ponieważ zbyt komplikowała życie strażnikom, jeśli po prostu nie miała awarii. Co się tyczy czerwonych światełek, to, paradoksalnie, wskazywały, że przy bramie wszystko gra. Powinny by oczywiście świecić zielono, lecz oznakowania z powodu błędu fabrycznego działały na odwrót. Keller z paroma kolegami słali w związku z tym pisma, lecz bez skutku. Zakład karny Saint-Louis dysponował oczywiście najnowocześniejszym wyposażeniem i systemami nadzoru; był najnowszym więzieniem francuskim, zaopatrzonym we wszystko co najlepsze zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak i warunków życia personelu i więźniów — był chlubą administracji penitencjarnej. Tyle że administracja penitencjarna jest jak każda inna: administruje w tempie... administracyjnym. Poza tym przyznawany jej budżet notorycznie okazywał się niewystarczający. Toteż utrzymanie całej „maszynerii” w Saint-Louis ograniczało się do rzeczy podstawowych, czyli praktycznie sprowadzało się do zera — albo prawie do zera.
Keller mocno odepchnął się nogą, wprawiając fotel w ruch obrotowy. Zawirowały mu przed oczami kraty otaczające dyżurkę. Miejsce to personel nazywał dwojako: jedni „ośrodkiem”, inni — i do tych należał Keller — „klatką”. Francowata „klatka”! Keller jej nienawidził. Wywoływała w nim wrażenie, że nie różni się od nich. A przecież on niczym sobie nie zasłużył na zamknięcie. Tak to już jednak było, taką miał pracę. Raz w tygodniu musiał „robić za małpę”, jak mówiono w Saint-Louis. Jeszcze dobrze, jeśli wypadała mu noc, bo nie musiał znosić kpiących spojrzeń więźniów, którzy przez cały boży dzień kręcili się w pobliżu „klatki”. Dyżurka była bowiem punktem strategicznym wewnątrz zakładu, położonym w rotundzie, skąd wychodziło sześć korytarzy: cztery prowadziły do „kwater” więźniów, jeden do ambulatorium i warsztatów, szósty zaś do biur i wyjścia.
Cholerna klatka!
Fotel znieruchomiał. Keller westchnął, zamykając lewe oko — prawego nie miał. Swą ułomność skrywał pod brązową przepaską. Ją także zawdzięczał tej robocie. Na początku kariery wlepił trzydzieści dni karceru więźniowi, który terroryzował i maltretował kolegów z celi. Facetowi nie przypadło to do gustu i poprzysiągł mu zemstę. Wróciwszy do celi, cierpliwie zaczekał, aż na Kellera wypadnie nocny obchód. I kiedy strażnik zajrzał przez judasza — wówczas nie zaopatrzonego w szybkę — wbił mu w oko zaostrzoną kość kurczaka. Jednooki! Stracił oko w wieku dwudziestu pięciu lat! Chciał rzucić tę robotę, lecz nie znalazł innej. Bez dyplomów, bez zawodu, w dodatku jednooki. Wrócił więc do „karniaka”. Po pięciu latach dochrapał się dwóch belek szefa zmiany. To już było coś.
Nie wiedział, co się stało z człowiekiem, który go okaleczył. Nie chciano mu powiedzieć, gdzie został przeniesiony, ale w końcu sam to odkrył. Przez całe lata rozmyślał, jak by się zemścić. Czasami budził się nocą zlany potem, zadyszany, z przemożnym wrażeniem, że ściska w rękach śliskie gałki oczne wroga. Z czasem te koszmarne sny coraz rzadziej go nachodziły, pragnienie zemsty osłabło. Teraz już o tym nie myślał. No, prawie.
Spojrzał na zegarek. Za minutę pierwsza. A więc jeszcze tylko minutę.
Obrócił się z fotelem twarzą do środka pulpitu w kształcie podkowy ze światełkami sygnalizacyjnymi i przełącznikami. Spojrzał na monitory. Jedne pozwalały mieć pod ciągłą kontrolą część zewnętrzną zakładu, na przykład otaczające go mury i główną bramę. Inne przesyłały obraz pewnych miejsc wewnątrz więzienia, a część tego, co transmitowały kamery, jeszcze dodatkowo było rejestrowane na taśmie. Obejmowało to sześć miejsc, w tym „kwaterę A 3”, gdzie przebywało kilku najważniejszych pensjonariuszy Saint-Louis.
System ten zainstalowano, aby wzmocnić nadzór nocą. Z założenia bowiem dyżurka miała pozwolić na zredukowanie do minimum liczby strażników. W zamyśle pomysłodawców było, że kontrolę nad całym zakładem może sprawować jedna osoba, której rola sprowadzałaby się do nadzorowania systemów... nadzoru. Nocne obchody stałyby się niepotrzebne, ponieważ oko kamery — rejestrujące na taśmie punkty newralgiczne — zastąpiłoby z pożytkiem oko nocnego „obchodziarza”. A do tego jaka oszczędność! I zwiększenie bezpieczeństwa! Nic nie ujdzie uwagi kamery: kamera nie zaśnie, zachęcali inicjatorzy. Pod wieloma względami ich rozumowanie okazało się słuszne. Z jednym wyjątkiem: pomijając to, że kamera, choć nie zasypiała, mogła się w każdej chwili zepsuć, zapomniano jeszcze, iż praca „obchodziarzy” polega nie tylko na przemierzaniu pustych korytarzy, lecz także — a nawet przede wszystkim — na sprawdzaniu, co się dzieje w celach. Krótko mówiąc, aby taki system kontroli zdał w pełni egzamin, należałoby umieścić kamerę w każdej celi. W Saint-Louis zaś było sześćset czternaście cel! Dwie próby samobójstwa — w tym jedna udana — i kilka bójek w ciągu pierwszych tygodni po oddaniu więzienia do użytku dowiodły kierownictwu zakładu, że nie posiadają idealnego systemu nadzoru. Musiano zatem wrócić do dobrych starych metod: przywrócono nocne obchody.
Martin Keller teraz o tym nie myślał, chociaż wtedy jak wszyscy miał z tego ubaw po pachy. Nie, skoncentrował się na zupełnie czym innym: wpatrywał się uważnie w monitor pokazujący „kwaterę A3”. Wiedział, że to idiotyczne, lecz nie mógł się powstrzymać. Wystukał polecenie na klawiaturze i na monitorze kontrolnym, umieszczonym po prawej, ukazał się powiększony obraz z napisem w prawym dolnym rogu ekranu: „KWATERA A 3”. A właściwie dwa obrazy obok siebie na jednym ekranie. Dzięki temu można było oglądać korytarz z obu jego końców. Jego jakość nie była za dobra, lecz wystarczająca, kompensował ją zaś wolny ruch obiektywu.
Wszystko wyglądało normalnie. Wszystko było normalne!
Jak w powszednią noc w Saint-Louis. Jak we wszystkie noce.
Nic się nie wydarzyło. Zupełnie nic! Musiał to sobie wbić do głowy.
Znowu wystukał polecenie na klawiaturze i obraz znikł.
Z prawej strony dobiegł go sygnał dźwiękowy. Keller spojrzał na zegarek: punkt pierwsza. Trzeba zmienić kasetę.
Do zarejestrowania nocy potrzebne były dwie kasety: jedna w godzinach od 19, kiedy zamykano cele, do pierwszej po północy, druga od pierwszej do siódmej rano, czyli do pobudki. Każda wystarczała na sześć godzin, przy czym zapis na taśmie jednej kasety trwał raptem godzinę. A to dlatego, że w dyżurce używano specjalnego magnetowidu, który „zatrzymywał” co szóstą klatkę spośród dwudziestu pięciu przekazywanych przez kamerę w ciągu sekundy. Pozwalało to zaoszczędzić miejsca na taśmie dzięki odrzuceniu zbędnych zdjęć, a film trwający godzinę zapisywał okres sześciogodzinny. Każda kaseta opatrzona była etykietą z datą i oznaczeniem, którą część nocy obejmuje.
Keller włączył z powrotem magnetowid i odłożył wyjętą zeń kasetę do zielonego plastykowego kosza, umieszczonego na stole przysuniętym do pulpitu. Zajmie się nią potem. Teraz miał co innego na głowie.
Rozejrzał się dokoła, po czym nachylił się nad pulpitem i wcisnął jakiś przełącznik. Zaterkotało w interfonie pozwalającym połączyć się z każdą celą.
— Tak?
Znowu zaterkotało.
Keller poczuł, że serce mocniej mu zabiło. Z trudem przełknął ślinę.
Jeszcze raz zaterkotało, tym razem dłużej.
Keller rozłączył się i wstał z fotela. Odetchnął głęboko, by pomniejszyć skurcz spinający mu żołądek. Udało mu się to tylko w połowie. Następnie podniósł słuchawkę telefonu i wybrał czterocyfrowy numer — numer sali strażników.
— Co mu znowu odbiło?
— Pochlastał się. Linas właśnie dał mi znać.
— Kurwa mać! Ten gnojek już sam nie wie, co wymyślić, żeby nas wpieprzyć! Tylko żebyś mu dzisiaj nie przepuścił, słyszysz? Należy mu się karcer.
— Nie martw się. Przychodź zaraz, czekam.
Martin Keller z dwoma strażnikami przeszedł przez okratowaną bramkę wiodącą do „kwatery A3”.
Wcześniej, gdy zastąpiono go w dyżurce, udał się najpierw po apteczkę pierwszej pomocy do swojego biura położonego na drugim piętrze budynku „A”. Potem wszedł piętro wyżej z dwoma strażnikami, Jarrym i Anselme’em. Taki był regulamin: w wypadku nocnej interwencji na terenie więzienia funkcyjnemu musieli towarzyszyć dwaj strażnicy.
Cela „Czubka” była drugą z kolei po lewej. Keller wyjął z kieszeni passe-partout, którym mógł otworzyć drzwi każdej celi. Nocą tylko on takim dysponował. Wyjął go w „klatce” z szafy pancernej, do której również jedynie on miał dostęp.
Skinął teraz na strażnika, by jak tylko wejdą do celi, gotów był zapalić światło przełącznikiem umieszczonym na lewo od drzwi. Potem szybko wsunął klucz do zamka, udał, że przekręca go, by zwolnić mechaniczny rygiel zamka, zakaszlał, przekręcił drugi raz i gwałtownym ruchem przyciągnął do siebie drzwi. Wpadli we trzech do celi.
Linas siedział na taborecie, mrużąc oczy przed światłem. Assante zaś, jęcząc, leżał na górnej pryczy.
— Złaź! — warknął Keller.
A ponieważ ten się nie kwapił, Keller złapał go za włosy i brutalnie ściągnął z pryczy. Assante z okrzykiem bólu upadł ciężko na ziemię.
Musiał odegrać tę komedię. Publicznością byli dwaj strażnicy. A skoro już przyszło mu grać, to chciał grać dobrze. I Linas nie miał prawa mu w tym przeszkodzić.
Linas umilkł.
Assante leżał skulony na ziemi. Kiedy Keller kopnął go w żebra, rozległ się płaczliwy krzyk.
Assante podniósł się na nogi.
„Czubek” wystawił rękę. Mimo że przedramię miał całe we krwi, rana była powierzchowna, a żyły i tętnice nie tknięte.
Keller uderzył go w twarz. „Czubek” spuścił oczy z uporem wypisanym na twarzy.
— Czym to zrobiłeś?
Linas pokazał na dłoni odłamek lusterka, który strażnik natychmiast mu odebrał.
Assante znowu dostał w twarz i poderwał głowę: zęby miał zaciśnięte, w wyłupiastych oczach zalśniły łzy. Obejrzał się na Linasa, jakby prosząc o pomoc, lecz ten przesłał mu tylko swój osobliwy półuśmiech.
— Rozbieraj się do naga! — rozkazał Keller.
„Czubek” spojrzał nań zdumiony, potrząsając głową, lecz ujrzał, że szef zmiany nie żartuje, wykonał zatem polecenie. Keller strzelił palcami, dając znak jednemu ze strażników, by zrewidował ubranie.
— A ty przeszukaj jego — polecił drugiemu. — I to dokładnie!
Sprawdzono każdy zakamarek wychudzonego ciała Assante’a, od odbytnicy poczynając — z prezerwatywą na palcu wskazującym — poprzez usta, za uszami, a na włosach kończąc.
— Co go napadło? — spytał Keller.
Linas wzruszył ramionami.
— Chce znowu odwiedzin tej swojej.
Keller zaśmiał się szyderczo.
— Ostatnio trzeba jej było rozklejać powieki ciepłą wodą. Stary — zwrócił się do Assante’a — masz zbyt lepką spermę! Musisz celować w nogi!
Strażnicy zarechotali głośno.
Po skończeniu rewizji Keller rozkazał „Czubkowi”, aby się ubrał.
— Same slipy, skarpetki i podkoszulek — zaznaczył.
Potem opatrzył mu rękę i kazał zażyć środek uspokajający, a na koniec go powiadomił, że zarobił karcer, do którego może zabrać papierosy i coś do czytania. „Czubek” zaprotestował, lecz szef zmiany oświadczył, iż dla facetów jego pokroju, wpadających w depresje, karcer jest najwłaściwszym środkiem leczniczym. Poradził mu także, by nie cudował, bo jeszcze go załatwi w raporcie.
I „Czubek” w otoczeniu trzech strażników powędrował piętro wyżej, gdzie znajdował się karcer. Cela, w której go zamknięto, różniła się nieco od zwyczajnych: miała mniejsze okno, a jedynym sprzętem była cementowa prycza przytwierdzona do muru. Brakowało tam również urny walki, a jeden ż rogów pomieszczenia o powierzchni sześciu metrów kwadratowych zajmował „kibel”. Normalne drzwi wejściowe opatrzone były od wewnątrz dodatkowym zabezpieczeniem w postaci kraty z wyciętym otworem, przez który podawano więźniowi pożywienie. Panowała tam dość wysoka temperatura, niemniej oprócz materaca i poduszki Assante miał też gruby wełniany koc w kolorze khaki.
Kiedy zamknęły się drzwi za strażnikami, Assante uznał, że nie ma nic lepszego do roboty jak spać. Przygotował sobie zatem posłanie i położył się na pryczy. Karcer nie wywierał na nim wrażenia, ponieważ dobrze go znał. Umieszczano go tu od czasu do czasu i nie było to takie znowu straszne. Jemu w każdym razie nie sprawiało różnicy. Jedyne, co mu się nie podobało, to spacerniak. Każdy więzień ukarany karcerem miał swój spacerniak, położony na tym samym piętrze, na wprost celi: dziesięć metrów kwadratowych na wolnym powietrzu, nakryte żelazną kratą. Trudno w takich warunkach biegać. On zaś ogromnie lubił biegać. Normalnie pora spaceru była jego ulubioną. W deszcz czy wiatr, zawsze biegał. Sam. Niektórzy więźniowie także biegali, lecz grupkami. A on sam. Nie wiedział dlaczego. Po prostu tak wolał, i już.
Tuż przed zaśnięciem w jego zamroczonym lekko umyśle błysnęła osobliwa myśl: dlaczego zawsze on trafiał do karceru, innych zaś nigdy to nie spotykało?
Usnął, zanim znalazł odpowiedź.
Winda zatrzymała się na drugim piętrze budynku „A”. Keller wysiadł, rozstając się ze strażnikami, którzy wracali do swojej sali na parterze. Musiał odnieść apteczkę do biura, położonego w korytarzu więzienia, zaraz po lewej za okratowaną bramką.
Keller zatrzasnął ją z hukiem, aż echo poszło po klatce schodowej.
Tamten musiał usłyszeć łoskot!
Wszedł do biura, odrobinę tylko większego od celi. Znajdował się w niej drewniany stolik, fotel obity czarną dermą i dwie metalowe szafy. Na jednej ścianie wisiała tablica służbowa z różowymi i niebieskimi kartonowymi fiszkami, na drugiej przybrudzona płyta pilśniowa, do której przyszpilono notatki służbowe oraz czerwoną taśmą starannie przyklejono regulaminy wewnętrzne. Drzwi zdobił plakat zachwalający uroki Balearów — „słońce na wolności”.
Szef zmiany schował apteczkę do szafy, otworzył okno i wystawił przez nie rękę.
Nic!
Co jest, do diabła?! Przedtem jo-jo przecież dobrze działało; nie było powodu, żeby teraz nie zdało egzaminu!
Nadal nic!
W żołądku poczuł znowu skurcz. Nie mógł tkwić w biurze nie wiadomo jak długo. Musiał wrócić do dyżurki, i to szybko! Bo zwłoka mogłaby się wydać podejrzana, Dragan gotów go jeszcze zacząć wypytywać.
Co się dzieje?
Nagle coś musnęło jego rękę za oknem.
Jo-jo!
Ogarnęła go nieopisana ulga, lecz metaliczny brzęk na zewnątrz nie pozwolił mu odprężyć się całkowicie. Dureń! pomyślał. Obudzi całe więzienie!
Znowu poczuł muśnięcie. Wykonał błyskawiczny ruch i jego dłoń zacisnęła się na sznurku. Złapał! Poczekał, aż przestanie się kołysać, po czym wciągnął sznurek. Do jego końca przywiązany był klucz. Odwiązał go i szarpnął za sznurek, który zaraz zygzakiem wysunął się za okno.
Miał klucz! Wszystko przebiegło więc jak należy, a on niepotrzebnie się martwił. Linas sprytnie to załatwił. A i pomysł z jo-jo był dobry. Jego pomysł! O wiele lepszy niż odzyskanie klucza w trakcie przeszukiwania Linasa w celi. Któremuś ze strażników mogłoby się nasunąć jakieś podejrzenie. Ryzyko było zbyt wielkie. Za to jo-jo rozwiązywało problem idealnie, skoro cela Linasa leżała niemal dokładnie nad jego biurem! Musiało się udać.
Wsunął klucz do kieszeni, zaniknął okno i wyszedł.
Dragan czekał w dyżurce, przeglądając pismo futbolowe. Keller miał wprawdzie przygotowaną historyjkę usprawiedliwiającą spóźnienie, lecz nie musiał się nią posługiwać: Dragan niczego nie spostrzegł. Zamienili kilka słów na temat „Czubka” i zalet karceru, z czego Keller skorzystał, by ostentacyjnie schować pęk kluczy do szafy pancernej. Po odejściu Dragana ponownie ją otwarł i odłożył na miejsce klucz odzyskany za pomocą jo-jo, po czym, jak kilka chwil wcześniej na trzecim piętrze budynku „A”, skrupulatnie odnotował incydent z Mariem Assante’em w książce nocnej zmiany, znajdującej się w dyżurce.
Uczyniwszy to, rozsiadł się w fotelu, wetknął gauloise’a w lewy kącik ust i przez moment wpatrywał się swym jednym okiem w płomień zapalniczki. Wszystko było w najlepszym porządku, nie miał powodów do niepokoju. Akcja przebiegła idealnie, bez przeszkód. Zgodnie z planem.
Zapalił papierosa i nogą wprawił fotel w ruch obrotowy.
Wszystko było w porządku. Noc jak każda inna. Noc w Saint-Louis.
Kraty „klatki” coraz wolniej wirowały przed jego wzrokiem, aż po kolei zupełnie znieruchomiały.
Wtedy właśnie Keller zauważył wideokasetę w zielonym plastykowym koszu.
LE MONDE
Piątek, 4 września 199...
SAMOBÓJSTWO W SAINT-LOUIS
W nocy 2 września w centralnym budynku Zakładu Karnego Saint-Louis w Poissy (departament Yvelines) powiesił się więzień. Dwudziestopięcioletni Salim Yamani narodowości algierskiej został skazany przez sąd poprawczy w Wersalu na cztery lata więzienia za rozmaite przestępstwa, w tym za napad z bronią w ręku. W nocy z wtorku na środę strażnik odkrył go w celi powieszonego na sznurze z powiązanych skarpetek uczepionym do suszarki na bieliznę. Wszczęto w tej sprawie dochodzenie.
Od początku roku jest to trzydziesty drugi przypadek samobójczej śmierci w więzieniu. Liczba ta, choć niemała, jest jednak niższa od ubiegłorocznej (trzydzieści osiem samobójstw w więzieniach w tym samym okresie) oraz od średniej w roku (około czterdziestu) od roku 1973. Najgorszymi pod tym względem latami były 1975, 1982 i 1983, kiedy to zanotowano 47, 54 i 57 przypadków zadania sobie śmierci przez więźniów.
We wspólnym tekście opublikowanym przez Libération więźniowie z Saint-Louis czynią zarzut ministrowi sprawiedliwości, obwiniając go, iż „zwleka z obiecanymi reformami, nieodzownymi, aby żaden więcej człowiek nie sięgnął w więzieniu dna rozpaczy. (...) Skończyły się wakacje, dodają, niedługo Boże Narodzenie... Czy wiecie jednak, że w pięknych więzieniach Francji ludzie umierają pośród totalnej obojętności? Macie niejakie wytłumaczenie, więzienia bowiem milczą, kryjąc ludzkie tragedie.”
Pod koniec września nastąpiło nagłe ochłodzenie. Alex Linas wyszedł z cienia budynku sali gimnastycznej, by ogrzać się w słońcu. Minęły trzy tygodnie od samobójstwa Salima Yamaniego. Bo było to samobójstwo — wszyscy mieli co do tego pewność. Bez zastrzeżeń. Na rozpościerającym się przed Linasem boisku futbolowym więźniowie w strojach sportowych ganiali za piłką, inni, rozłożeni na trawie poza linią autu, przyglądali się grze. Wszerz boiska, na wysokości około dziesięciu metrów, rozciągnięte były stalowe linki. Aby przeszkodzić ewentualnej próbie ucieczki helikopterem. Te linki zawsze przywoływały uśmiech na twarz Linasa. Tak jakby helikopter musiał lądować! Sznurowa drabinka i hop! ptaszek wylatuje z klatki. Bez problemu. Nie bojąc się nawet, że dostanie ołowiem w skrzydło: wartownie miały bezwzględny zakaz otwierania ognia, dopóki maszyna będzie się znajdować nad terenem zakładu. A to dlatego, by zapobiec stratom, jakie mogłyby powstać wskutek upadku śmigłowca; nie mówiąc o niewinnych ofiarach, z pewnością licznych. Potem oczywiście helikopter powinien by jeszcze odlecieć. Linas wszakże o tym też pomyślał: wystarczyłoby, żeby pilot przypikował w stronę jednej z budek wartowniczych, a później pełnym gazem przeleciał tuż nad nią. Strażnik musiałby mieć w sobie ducha kamikaze, by strzelać do masy szkła i stali prującej wprost na niego! A potem widziałby tylko jego ogon. Dosłownie! Gdyby helikopter utrzymał się dokładnie na osi, to strażnik nie mógłby przez żaden otwór w budce dobrze wycelować.
Ucieczka helikopterem... Linas wiele razy to rozważał. Opracował jej plan w najdrobniejszych szczegółach. Pomyślał nawet o użyciu pocisków dymnych i granatów zaczepnych, aby utworzyć zasłony dymne i wywołać panikę. Tak, często rozważał ucieczkę helikopterem. Ale tylko ot, tak, dla przyjemności. Na zasadzie sztuka dla sztuki. Helikopter to nie jego metoda. On znalazł o wiele prostszy sposób zwinięcia się z pudła. Przez bramę! Całkiem zwyczajnie przez bramę. Było to mniej widowiskowe, lecz o wiele pewniejsze. I człowiek nie musiał się bać, że jak tylko znajdzie się na zewnątrz, cała policja w kraju będzie mu deptać po piętach.
Tak, przez bramę!
Obiecali mu, że tak będzie.
Stanowiło to część umowy. Umów!
I dotrzymają słowa. Linas to wiedział. Był pewien.
Wzrokiem wybiegł poza ogrodzenie z metalowych prętów, otaczające z trzech stron boisko, i przez chwilę zatrzyma! się na rozległej łące porosłej przyżółkniętą trawą, gdzie spasione brudne kruki tu i ówdzie ciężko podskakiwały. Potem było kolejne ogrodzenie, za nim zaś niezmienny horyzont zamknięty murem wysokim na siedem metrów. Ciężkie szare chmury zdawały się nad nim umykać ku gościnniejszym terenom. Na tym właśnie polegało więzienie. Życie było w górze, na niebie, na ziemi zaś jego namiastka. Tutaj wszystko było martwe, skamieniałe.
Na tym właśnie polega więzienie, rzekł sobie. Między innymi.
Przez bramę!
Dobiegła go wrzawa z sali gimnastycznej, do której stał tyłem. Linas spojrzał na zegarek. Piętnasta dwadzieścia pięć. Zaraz miał się zacząć półfinał rozgrywek koszykarskich, będący dlań okazją, by po raz kolejny — ostatni! — wywiązać się ze swojej umowy.
Teraz jednak nie było mowy o działaniu po cichutku. Nie zawsze można mieć idealne warunki, aby t o zrobić. Była to rzecz oczywista. Należało się z tym pogodzić. I jakoś sobie poradzić. Linas dobrze wszystko obmyślił. I tak zresztą nie dałoby się powiesić tego faceta w celi. Z wielu powodów. Poczynając od tego, że delikwent był świńską ciotą, a świńskie cioty — przynajmniej „oficjalne” — zarówno w Saint-Louis, jak i gdzie indziej, miały w więzieniach oddzielne kwatery.
Linas nie lubił ciot, chociaż utrzymywał stosunki seksualne z pewnym więźniem. I wcale ich nie zaprzestał. Ale było to coś zupełnie innego! Nie miało nic wspólnego z pedalstwem!
Zemdliło go naraz.
Kilkakrotnie próbował z tym skończyć, lecz okazywało się to silniejsze od niego. Chłopak był młody, miły. Miał jasne kręcone włosy, był taki... taki jak kobieta! Cholera! To nie miało nic wspólnego z pedalstwem! To coś zupełnie innego. On nie był ciotą!
Zmusił się, by odegnać od siebie te myśli. I powoli mdłości zaczęły przechodzić, aż całkiem się rozwiały.
W sali gimnastycznej rozległ się gwizdek.
Musiał tam iść. Nadeszła pora.
Mecz trwał już od kwadransa. W sali rozbrzmiewały gwizdy i pokrzykiwania więźniów, siedzących lub stojących wokół boiska, którzy kibicowali drużynom. Sędziowali dwaj strażnicy, nie do poznania na pierwszy rzut oka, ponieważ jak wielu ich podopiecznych przywdziali stroje sportowe. Byli tam jedynymi osobami z personelu więziennego. Zawsze tak było w sali gimnastycznej i jak dotąd nie widziano powodów, aby ten stan rzeczy zmienić.
Linas przyłączył się do Assante’a siedzącego na jednym ze stołów pingpongowych dosuniętych do ściany, oddalonych o jakieś dziesięć metrów od wejścia do toalet. Nie zwracał uwagi na przebieg meczu ani na panującą wokół wrzawę, bacznie natomiast obserwował scenę, jaka się rozgrywała w rogu sali na lewo od niego. Wśród rozmaitych przyrządów gimnastycznych rozmawiali tam i śmiali się dwaj mężczyźni, całkowicie obojętni na to, co się dokoła dzieje. Linas nie mógł od nich oderwać oczu. Jeden był wąsatym Arabem — tego nie znał; drugi młodym mężczyzną w czerwonym dresie. Rzucały się w oczy jego długie, kręcone jasnoblond włosy.
— Linas! — poczuł klepnięcie w ramię. Obrócił głowę: Assante patrzył na niego, przewracając swymi wytrzeszczonymi oczami szaleńca.
— Czego?
— Co robimy? Chłopcy czekają.
Linas wolno skinął głową. Wzrokiem pobiegł ku niedużej grupce więźniów siedzących niedaleko i zatrzymał się na jednym. Na Wietnamczyku. Na celu.
— Możesz zaczynać — powiedział.
Z powodu wrzasku, jaki wybuchł naraz po rzuceniu kosza, musiał niemal krzyknąć, aby „Czubek” go usłyszał.
Assante natychmiast zeskoczył ze stołu, podszedł do Wietnamczyka i przykucnąwszy przy nim, coś mu poszeptał do ucha. Tamten najpierw przyjrzał mu się uważnie, a na koniec kiwnął głową. Assante wyprostował się i ruszył w kierunku toalet, znikając za ich drzwiami. Kilka sekund później Wietnamczyk podążył za nim, niespokojnie oglądając się za siebie.
Wtedy Linas dał znak jednemu z więźniów siedzących przy samym boisku. Ten powiedział coś sąsiadom, którzy naraz poczęli jeszcze hałaśliwiej manifestować swoje zainteresowanie meczem, po chwili zaś dogonił Linasa przy wejściu do toalet.
— Mam nadzieję, żeś się przygotował — powiedział do Linasa nie patrząc na niego, udając, że nie chce stracić ani sekundy meczu. — Ten pedzio to zapalony karateka. Rozłożył kiedyś pięciu naraz. I zdaje się, że ma też kosę.
Linas, obrócony plecami do sali, naciągał właśnie rękawiczki. Uśmiechnął się. Połową twarzy.
— Nic się nie martw — odparł. Podszedł do zawieszonej na ścianie gaśnicy i zdjął ją z haka. — Pilnuj wejścia.
Po czym wszedł do toalety.
— Cześć, cwelu.
Wyraz zdziwienia i niezrozumienia pojawił się na twarzy Wietnamczyka. Assante zostawił go bez słowa, zawracając do drzwi toalety, gdzie widniała masywna sylwetka człowieka, który powiedział te słowa. Wietnamczykowi zesztywniały rysy, kiedy rozpoznał Linasa.
— Co cię napadło? Odbiło ci czy co? — zawołał, cofając się wolno.
— Zalazłeś za skórę moim koleżkom — rzekł zimno Linas. — To koniec podróży, stary.
Wietnamczyk nie zrozumiał ostatnich słów Linasa, w sali gimnastycznej bowiem wzmogły się wrzaski kibiców, zagłuszając wszystko. Chciał krzyknąć, wezwać pomocy, zdał sobie jednak sprawę, że byłoby to daremne: w takim harmiderze nikt by go nie usłyszał. Oparł się więc plecami o ścianę w głębi toalety i szybkim ruchem zrzucił but. W jego prawej dłoni błysnęło metalowe ostrze.
Kibice w sali szaleli. Linas postąpił krok do przodu; usta mu się bezgłośnie poruszyły.
Wtedy dopiero Wietnamczyk spostrzegł gaśnicę. Instynktownie podniósł rękę, by osłonić twarz. Lecz to, co ujrzał, zbiło go kompletnie z tropu: Assante przysunął rękę do końca dyszy gaśnicy. W dłoni trzymał zapalniczkę. Wówczas Wietnamczyk zrozumiał i przerażenie przykuło go do miejsca.
Rozległ się huk.
Buchnął olbrzymi płomień, objął Wietnamczyka i cisnął nim o ścianę. Przez kilka sekund gwałtowny ogień pastwił się nad mężczyzną, po czym zmalał i jakby wrócił tam, skąd wyszedł. Wietnamczyk płonący jak pochodnia okręcił się wokół własnej osi, zachwiał, uderzył o ścianę i runął na ziemię. Bez jednego krzyku.
Na znak Linasa Assante chwycił stojące pod umywalką wiadro z wodą i chlusnął nią na płomienie trawiące głowę i tułów Wietnamczyka.
W sali gimnastycznej zabrzmiały dwa przenikliwe gwizdki, a po nich posypały się przekleństwa, gwizdy i ryki protestu. Na moment zapadła cisza, potem odezwały się pojedyncze krzyki i przerodziły w taką samą jak przedtem wrzawę — wznowiono grę.
Assante kucnął przy Wietnamczyku i oglądał go z zainteresowaniem. Opalone były tylko głowa i ręce, resztę ciała ochronił gruby dres, teraz poczerniały, miejscami w strzępach. Z włosów i brwi nic nie zostało, tylko na czubku czaszki widniały placki ich zwęglonych resztek. Twarz usiana była brązowymi plamami i jasnożółtymi pęcherzami. Oczy Wietnamczyk miał zamknięte. Leżał na boku, skulony w pozycji embrionalnej.
Assante odwrócił się żywo do Linasa.
— Obłędne! — zawołał. — Chyba wykorkował!
Linas zbliżył się bez słowa. Ujął głowę Wietnamczyka w obie ręce i nagłym ruchem przekręcił ją o 180 stopni. Rozległ się ponury chrzęst kości.
— Teraz masz pewność — rzekł Linas prostując się.
Spojrzał na ścianę przed sobą: znaczyła ją czarna plama o średnicy co najmniej metra. Trzeba będzie zbić żarówkę w kinkiecie nad nią, pomyślał.
— Mogę go przeszukać?
Assante patrzył na niego niemal błagalnie, przewracając wyłupiastymi oczami. Linas powściągnął mdłości. I chociaż budziło to w nim takie obrzydzenie, tym razem zamierzał mu pozwolić. Być może okaże się to przydatne. Dla zmylenia śladów.
Kiwnął powoli głową. „Czubek” prychnął, przewrócił ciało Wietnamczyka na plecy i podciągnął mu na piersi nadpaloną bluzę od dresu. Chwycił potem ostrze leżące na ziemi: pojękując wbił je w pępek trupa i gwałtownymi pociągnięciami rozpłatał mu brzuch. Popłynęła krew. Podniecony „Czubek” wymamrotał niezrozumiale jakieś słowa, po czym zanurzył gołe ręce we wnętrznościach i zaczął w nich nerwowo gmerać.
Nagle krzyknął.
„Zwierzę”, pomyślał Linas i przeszedł go dreszcz.
Zobaczył, że Assante wyciąga coś z brzucha nieboszczyka — coś, co przypominało fragment jelita — i położywszy to na ziemi, rozcina.
Assante znowu krzyknął i wyprostował się: w zakrwawionych palcach trzymał niedużą metalową tubę.
— A to gnojek! Miał ją prawie w dupie! — Zważył tubę w dłoni i radośnie zawołał: — Ładny szmal z tego będzie, co?
Linas nie odpowiedział. Wpatrywał się w tubę, nie widząc jej.
Przez bramę... Obiecali mu!
Przez bramę!... Już niedługo!
Uśmiechnął się dziwnie. Połową twarzy.
AGENCE FRANCE PRESSE
Depesza
Wtorek 28 września 199...
FRA 0655 4G 0184 FRA/AFP — BP 38
Trup w Saint-Louis
WIĘZIEŃ ZAMORDOWANY WCZORAJ W ZAKŁADZIE KARNYM SAINT-LOUIS ZOSTAŁ SPALONY „MIOTACZEM OGNIA” I OKRUTNIE WYBEBESZONY
Wersal/28-09-9.../AFP
Więzień Nguyen Van Dong, którego ciało znaleziono wczoraj późnym popołudniem w toalecie głównego budynku zakładu Saint-Louis w Poissy (Yvelines), został spalony „miotaczem ognia” wykonanym z gaśnicy. Jej zawartość zastąpiono acetonem używanym w więziennych warsztatach naprawczych, poinformowały nas osoby z kręgów zbliżonych do personelu zakładu.
Ofierze, której złamano kręgosłup na odcinku szyjnym, rozpruto poza tym brzuch i wyjęto wnętrzności. Zdaniem jednego ze strażników to ostatnie tłumaczy się tym, że napastnik lub napastnicy chcieli zawładnąć narkotykiem, który więzień ukrył wewnątrz swego ciała. Więźniowie bowiem nagminnie połykają lub chowają w odbytnicy różne przedmioty, zwłaszcza narkotyki w plastykowych woreczkach lub metalowych kapsułach, aby nie znaleziono ich podczas rewizji lub nie skradziono. W ubiegłym roku w więziennym szpitalu centralnym we Fresnes zmarł więzień z powodu niesamowitego wręcz przedawkowania: kwasy żołądkowe uszkodziły w jego żołądku dwie prezerwatywy, zawierające każda około dwunastu gramów heroiny.
Dochodzenie, powierzone policji kryminalnej w Wersalu pod kierownictwem prokuratora Geralda Landry’ego, będzie niewątpliwie trudne. Nie ma żadnego świadka morderstwa, popełnionego prawdopodobnie w trakcie półfinału rozgrywek koszykarskich, które oglądało blisko stu więźniów. W policji panuje jednak przekonanie, że w sprawę zamieszanych jest wielu pensjonariuszy zakładu Saint-Louis. Nguyen Van Dong, pochodzący z Wietnamu Południowego, był homoseksualistą, „cwelem” w gwarze więziennej, skazanym na dwadzieścia lat za kilka gwałtów z użyciem siły i zabójstwo nieletniego, a także za handel narkotykami.
Generalny inspektorat administracji więziennej wszczął dochodzenie w sprawie ewentualnych zaniedbań ze strony nadzoru w Saint-Louis, które mogły sprzyjać zaistnieniu tego tragicznego wydarzenia.
J.-P. C./A. B.
AFP 28 1105 WT 9...
LE MONDE
środa 29 września
SAINT-LOUIS
POLICJA WYPOWIADA SIĘ SCEPTYCZNIE NA TEMAT SZANSY WYKRYCIA MORDERCÓW NGUYENA
VAN DONGA
KOLEJNE OSTRZEŻENIE
Zabójstwo Nguyena Van Donga, będące wyrazem nieludzkiego okrucieństwa, jednemu się niewątpliwie przysłuży: uświadomi mianowicie opinii publicznej wzrost przemocy, jaką się dzisiaj odnotowuje w więzieniach. Myliłby się bowiem, kto by sądził, że to zjawisko odnosi się jedynie do zakładu Saint-Louis. Występuje ono nagminnie i w dużej mierze jest skutkiem przepełnienia w naszych więzieniach. Czyż trzeba przypominać, że mamy raptem 33 tysiące miejsc w zakładach karnych, a przebywa w nich obecnie 50 180 osób? Jest to zresztą swoisty rekord, który przewyższono tylko w roku 1945, kiedy to po czystkach osadzono w więzieniach 60 051 skazanych.
Dyrektor administracji więziennej wyraził ostatnio swoje zaniepokojenie, oświadczając: „Więzienie Baumettes przekroczyło już próg zagęszczenia; w Montpellier zwiększono do 332% przewidzianą liczbę miejsc, w Fleury-Mérogis do 287%, w Bois-d’Arcy do 266%, w La Santé do 252%.” Do tej smutnej listy rekordów mógłby dodać jeszcze Saint-Louis: przewidziano je na 700 więźniów, a obecnie jest ich 1577! Z tego i innych powodów — poczynając od supernowoczesnych systemów nadzoru, w jakie Saint-Louis wyposażono, dzięki czemu szczyci się renomą „arcybezpiecznego” — zakład ten figuruje na jednym z czołowych miejsc na liście więzień, gdzie nie chce się żyć. Niewątpliwie do zaognienia sytuacji przyczyniły się opóźnienia we wprowadzaniu reform — może nawet idzie tu o wycofanie się z nich. Ma w tym swój udział oczywiście także personel zakładów karnych. Ale nie bez winy jest również władza. Czas, aby sobie o tym przypomniała.
W niczyim interesie nie leży wzrost napięcia w więzieniach. Nie chcą tego rzecz jasna skazani; nie chce personel więzienny — niedawna napaść na strażnika w Moulins jasno tego dowodzi; nie chce też rząd, który czyni się odpowiedzialnym, słusznie bądź nie, za cyklicznie występujące poczucie braku bezpieczeństwa, któremu wyraz znowu daje opinia publiczna.
Dojeżdżając, David Lucas ujrzał tylko jedno: swojego syna Michaela siedzącego na trawniku przed domem. Poczuł, że serce tłucze mu się w piersi i wyrywa do dziecka, jakby rozpoznało w nim swego prawdziwego pana.
Po cichu zaparkował samochód dokładnie naprzeciw — z tym nigdy nie było problemów w willowej dzielnicy Louveciennes — i przyglądał się synowi. Mały majstrował przy jakiejś zabawce, kuląc głowę w ramionach przed zimnym nosem Tommy’ego, starego labradora, który łaskotał go w szyję. Był już ubrany, gotowy do wyjazdu. Z ojcem. Była sobota, a w sobotę za żadne skarby świata by się nie spóźnił. Przez cały tydzień wyczyniał ceregiele z jedzeniem, myciem i ubieraniem — oprócz soboty. David wiedział o tym, Olivia bowiem często mu to powtarzała. Tak samo jak nie skrywała przed nim, że ich synowi zdarza się jeszcze popłakiwać w łóżku po odjeździe ojca, gdy już są umówieni na następny tydzień. „On nie rozumie, powiedziała, po prostu nie rozumie, dlaczego nie może być zawsze z tobą, jak to on mówi.”
W tej chwili Lucas także nie rozumiał, dlaczego. Na próżno szukał: nie znajdował jednego choćby powodu, który by usprawiedliwiał taki stan rzeczy. Poczuł, jak wzruszenie ściska go za gardło, i pomyślał, że stanowczo nic mu się w życiu nie układa.
Pies zauważył go pierwszy i podbiegł skomląc i wywijając ogonem. Chłopiec przerwał oględziny przeobrażalnego robota, podniósł głowę z zatroskaną miną i wtedy twarz pojaśniała mu z radości. Popędził do Davida i rzucił mu się w ramiona.
W objęciach syna, tak słabych, tak czułych, jak za dotknięciem różdżki rozwiały się ponure myśli Lucasa.
Michael roześmiał się uszczęśliwiony.
Chłopiec naraz spojrzał nań z wyrzutem.
— Spóźniłeś się.
— Jak to?
— Powiedziałeś: zaraz po południu.
— A co teraz jest twoim zdaniem?
— To nie jest zaraz po południu.
— Ach, tak? Więc kiedy jest „zaraz po południu”? Przecież dopiero druga!
— Zaraz po południu jest, jak tylko zjem.
— A co? Jeszcze nie jadłeś?
— Jadłem! Ale to już było strasznie długo temu!
— Strasznie dawno temu...
— Co?
— Nic. — Popatrzył na syna i nagle ryknął: — Zjem cię na surowo!
Śmiech dziecka zagłuszyło szczekanie psa, który ciężko skakał wokół nich.
— Co dzisiaj robimy? — spytał Michael.
— Nie wiem — odparł Lucas, stawiając syna na ziemi. — A co byś chciał?
— Nie! Ty powiedz!
— Hmm... sam nie wiem... Poczekaj, zaraz zobaczymy. Mama w domu?
Olivia akurat wyszła na schody. Ujrzawszy Davida uśmiechnęła się.
David patrzył, jak szła ku nim. Odwzajemnił jej uśmiech. Nic się nie zmieniała. Zawsze była tak samo ładna. Ciemne miękkie włosy unosiły się wokół jej delikatnej, o regularnych rysach twarzy, jakby dla podkreślenia blasku zielonych oczu. To jej spojrzenie! Zarazem czułe i dzikie. Ciągle wywoływało w Davidzie takie samo wzburzenie. Czemu od niej odszedł?
To już dwa lata. Teraz David sam nie bardzo wiedział, czy to on postanowił odejść, czy też ona go poprosiła. Miał natomiast pewność, i to coraz większą, że winę za rozpad ich małżeństwa ponosi niemal wyłącznie on. Wtedy nie potrafił — nie mógł? — uchronić go przed trudnościami, na jakie natykał się w pracy zawodowej. Był dziennikarzem pierwszego programu telewizji. Stawiał przede wszystkim na karierę, uważając, że trudności miną. Pomylił się. Nadal były; inne, rzecz jasna, ale były. Jaki to miało sens? Żadnego. Znalazł się z powrotem w tym samym punkcie. Z tą różnicą jednak, że dziennikarstwo przestało go bawić i został sam, bardziej niż kiedykolwiek osamotniony, oddzielony od tych dwóch istot, które były mu najdroższe w świecie.
Olivia popatrzyła mu w oczy, potem serdecznie go pocałowała.
Wydął wargę, jakby chciał ją uspokoić.
Zerknęła nań jeszcze, lekko zaniepokojona, po czym naraz impulsywnie zawołała:
— No to jak? Co dzisiaj robicie?
— On jeszcze nie wie! — poskarżył się Michael.
— Jak to nie wie? — zdziwiła się Olivia, obrzucając spojrzeniem Davida.
— Moglibyśmy iść na łyżwy — zaryzykował David.
— Och, nie! Jeszcze nie!
— Albo do ogrodu aklimatyzacyjnego...
— Nie!
— Myślałem, że lubisz tam chodzić.
— Nie dzisiaj!
— Aha... szanowny pan nie ma nastroju do...
Olivia zaczęła się śmiać.
— A czemu nie mielibyście iść na wyprawę do lasu? Może znowu spotkacie Indian...
Michael z niejakim zainteresowaniem jął rozważać propozycję.
— Potem wrócilibyście na podwieczorek — dodała, mrugając porozumiewawczo do syna. — Pożyczyłam kasetę z filmem animowanym, zdaje się, że ekstra.
Michael wydał radosny okrzyk i czekał, jak zareaguje David. On zaś patrzył na Olivię, jakby oczekiwał od niej odpowiedzi, a raczej potwierdzenia. Uśmiechnęła się do niego lekko. Otrzymał odpowiedź.
Jej wielkie zielone oczy... „Zostań”, mówiły.
— Okay — mruknął.
Michael wrzasnął z radości i popędził po karabin, buty z cholewami i kapelusz, bez których wyprawa do lasu nie byłaby ważna.
— A w telewizji nadal tak samo?
Lucas siedział z filiżanką kawy przy dużym stole kuchennym. Olivia proponowała, by przeszli do salonu, on jednak wolał zostać w kuchni, jak niegdyś. Lubił to miejsce. Wspomniał mroźne zimowe poranki, kiedy Olivia musiała zapalać piecyk, aby nieco ogrzać pomieszczenie, zanim jej „chłopcy” zejdą na śniadanie; wyprawianie Michaela do przedszkola i machanie mu ręką na „do widzenia”; drugą filiżankę kawy, którą potem wypijał paląc pierwszego papierosa w oczekiwaniu na powrót żony; później ich rozmowy o tym czy tamtym, które w końcu zwykle przerywał, by zabrać Olivię do sypialni i tam ją kochać.
Wtedy był szczęśliwy.
Ale do licha! dlaczego musiało tak być? Miał przecież dopiero trzydzieści pięć lat! Olivia trzydzieści cztery, a ich syn raptem sześć! Dlaczego nie mogli być szczęśliwi teraz?
— W telewizji?... Tak, nadal tak samo — odparł.
Patrzył przez okno na syna bawiącego się z dwiema koleżankami, które przyszły do niego pod koniec popołudnia. Daleko za drzewami widać było nisko już stojące słońce. Zupełne żółtko! pomyślał David, rozczulonym spojrzeniem obrzucając syna. Od niego bowiem nauczył się tak widzieć zachód słońca i był mu za to wdzięczny; podobnie jak za inne rzeczy, które Michael w magiczny sposób ożywił w jego życiu.
— No to ładnie — rzekła Olivia odwracając się. Krzątała się teraz, przygotowując synowi kolację.
— Faktycznie, nic w tym zabawnego — powiedział David z bladym uśmiechem.
Olivia patrzyła nań ze współczuciem. Wiedziała, co oznacza „nadal tak samo”. Mianowano nowego dyrektora działu informacji pierwszego programu; człowieka dobrze widzianego w pałacu Matignon. I jak zawsze, kiedy następowała taka zmiana w kierownictwie, część dziennikarzy szła w odstawkę. Nie byli zwalniani, tylko po prostu odsuwani od centrum wydarzeń. „Pudłowani”, jak to się mówiło. Davidowi udało się kilka razy uniknąć odsunięcia: najpierw po wybraniu nowego prezydenta, później po pierwszej zmianie rządu. Jednakże wprowadzenie drugiego premiera do pałacu Matignon spowodowało bezwzględne „zapudłowanie” Lucasa — zwłaszcza że nowy dyrektor go nie znosił. Zadziałały tu bardziej przyczyny osobiste — dawna uraza — niż polityczne, lecz niczego to nie zmieniało. „Pudło” było „pudłem”. Od czasu do czasu, ale rzadko, powierzano mu reportaż, by usprawiedliwić jego obecność na liście płac. I korzystano wtedy z okazji, aby wysłać go jak najdalej, w najbardziej ryzykownych sprawach. Polecenie wypełniał — musiał; i miał także świadomość, że marchewka, którą mu przed nosem machają, jest na poły zgniła, ale jednocześnie rad był, że może się znowu ruszyć i łudzić, iż wszystko jest jak przedtem.
Początkowo cierpiał z powodu tej sytuacji, z czasem przywykł. A teraz miał to gdzieś. I to daleko! Tak sobie przynajmniej mówił, kiedy zdarzało mu się nad tym zastanawiać. W tej chwili zaś, w przeciwieństwie do tego, co sądziła Olivia, wcale o tym nie myślał. Nawet mu to nie przyszło do głowy.
Usiadła przy nim i napiła się kawy z jego filiżanki. David potępiająco cmoknął.
— Jak widzisz, nic się nie zmieniłam! — roześmiała się.
David też się uśmiechnął. Olivia nigdy nie chciała kawy, wina czy czegokolwiek innego. Tyle że potem zawsze bezczelnie „łupiła wroga”, jak powiadała. Jej zachowanie nie denerwowało już Davida. Teraz już nie. Przeciwnie, rozczulało go.
Spojrzał na nią i naraz zobaczył młodą dziewczynę, piękną i pociągającą, która śmiała się na całe gardło na niedużej plaży korsykańskiej, w pół drogi między Cargèse i Sagone. Tam właśnie kilka lat wcześniej spotkał ją pewnego ślicznego wiosennego dnia. Olivia Fiama. Była wtedy, tak samo jak teraz, zadowolona z życia. Zaprosił ją na kolację, ona zaś poprowadziła go w góry, by mu pokazać ukryte piękno swojego „kraju”. Pobrali się dwa tygodnie później, ot, tak, śmiejąc się ze szczęścia jak dzieci.
David nagle gwałtownie zapragnął przytulić ją i kochać. Zauważyła jego pożądanie. W pierwszej chwili zmieszała się, lecz zaraz się opanowała. Podniosła się od stołu.
— Skoro pytasz — rzekła tonem odrobinę za wesołym — to ci powiem, że mnie idzie świetnie. — Odwróciła się do niego i uśmiechnęła porozumiewawczo. — W sprawach zawodowych oczywiście! Nie wykreślili mnie jeszcze z palestry. — Przestawiła garnek z jednego palnika na drugi. — I klientów przybywa mi z dnia na dzień!
Lucas zmusił się do uśmiechu.
— No to pewnie zostaniesz kiedyś szanowanym adwokatem.
— Taki mam zamiar.
Zamilkli obydwoje. Olivia odwróciła się raptownie.
— Chcesz zostać na kolacji?
— Nie mogę.
Dlaczego to powiedział?
Olivia kiwnęła głową, przygryzając wargę. Wyglądała na zawiedzioną, urażoną nawet. Popatrzyła mu w oczy i David poczuł, jak zalewa go fala smutku.
Dlaczego jej nie powiesz? Dlaczego nie powiesz, że umierasz z pragnienia, by zostać?
— To może jutro?
— Tak... Dobrze.
Podniósł się od stołu.
— Mógłbyś przyjść na obiad.
— Dobrze!
Nie wytrzymał, podszedł do niej i wziął ją w ramiona. Szepnął:
— Olivia...
Położyła mu palec na ustach i delikatnie pogładziła go po twarzy. Dłoń miała ciepłą i miękką. Ale jeszcze miększa była pieszczota jej wzroku.
Te oczy. Jak modlitwa. Co wyrażają?
I raptem zrozumiał, dlaczego nie pozwoliła mu mówić. Zrozumiał, co chciała od niego usłyszeć. Tylko nie chciała tak. Nie teraz. Chciała, żeby był pewien. Tak, kochała go. Zawsze go kochała i zawsze będzie kochać. Jej oczy jasno to mówiły. Te oczy, wielki Boże! Mówiły jeszcze, że będzie czekała, że zaczeka tak długo, jak długo będzie trzeba. Aby nabrał pewności. Na zawsze.
Łagodnie przyciągnął ją do siebie. Poczuł, jak jej zgrabne ciało przywiera do jego. Zmieszały się ich oddechy i David zamknął oczy.
Przed wyjściem David poszedł na górę do pokoju syna, aby go ucałować na pożegnanie, jak obiecał. Michael szalał z radości dowiedziawszy się, że David nazajutrz znowu przyjedzie. A jeszcze bardziej uszczęśliwiła go podglądnięta pieszczota rodziców. Nic jednak nie powiedział; mgliście wyczuwając, iż ten nawrót czułości jest płochliwy niczym ptak, który przysiadł na parapecie, bał się, że uleci, jeśli zbyt otwarcie będzie okazywał, jak bardzo się cieszy.
David wszedł do jego pokoju starając się nie nadepnąć na flamastry, plastykowych Indian, autka, klocki Lego i kulki porozrzucane po podłodze.
— Nie sądzisz, że należałoby to trochę uprzątnąć? — spytał i zaklął w duchu, stanąwszy na piłeczce pingpongowej.
Michael podniósł głowę znad komiksu, który właśnie oglądał. Popatrzył na ojca, później roztargnionym wzrokiem omiótł pokój.
— To nie ja porozwalałem. To Niunia — rzekł, wracając do książki.
— Kto taki?
— Niunia! — powtórzył z westchnieniem, nie odrywając oczu od komiksu.
— Aha... A kto to jest Niunia?
— No, ta moja koleżanka, Stéphanie. Widziałeś ją... — Podniósł głowę i naraz się uśmiechnął. — A wiesz, co Stéphanie mówi?
David przysiadł na brzegu łóżka, by lepiej usłyszeć zwierzenia, do których syn aż się palił.
— Nie wiem...
— No więc mówi, że ona i Nathalie Caron są we mnie zakochane.
Roześmiał się zakłopotany, bacznie spoglądając na ojca.
— Ach, tak?...
— No!... Tylko że to nie może być naprawdę, co?
— Która to jest? Ta blondynka?
Michael skinął potakująco głową, zarazem z ulgą i radością, że znalazł w ojcu powiernika.
— Niezła jest — przyznał David. — Na pewno lepsza od tej drugiej.
— Naprawdę? — upewnił się Michael, nie wiedząc, czy to żart, czy też nie.
Michael pomyślał chwilę, po czym wydał się uspokojony.
W progu pokoju stanęła Olivia.
Michael wychylił się nagle z łóżka, podniósł z podłogi swój plastykowy karabin i umieścił go przy nocnym stoliku.
David ucałował go na dobranoc.
— Tak.
Olivia podeszła do łóżka.
— Przyjdę jeszcze dać ci buzi, jak tata pójdzie, dobrze?
— Dobrze... — Michael westchnął. — Tato?...
— No, co?
— Myślisz, że King Kong jest silniejszy niż Judo Boy? I Musclor?
David nie zdołał pohamować uśmiechu. Dwa tygodnie wcześniej zabrał Michaela do kina na „King Konga” i od tej pory duża część świata chłopca nagle się zawaliła. Nie potrafił umiejscowić gigantycznego goryla w hierarchii supermenów i kosmicznych robotów, których przygody namiętnie śledził w telewizji.
— Jutro o tym pogadamy — odparł David.
— Nie! Teraz! — sprzeciwił się mały.
— Moim zdaniem najsilniejszy jest King Kong.
— Bo Misiek mówi, że nie.
— Misiek się nie zna. Widział King Konga? No właśnie! Gdyby widział, na pewno by się ze mną zgodził, nie?
— Tak...
— No, a teraz już spanko, zrozumiano?
— Zrozumiano...
David jeszcze raz go pocałował, po czym wyszedł za Olivią. W drzwiach jeszcze się odwrócił.
— Micky?
— Co?
— Kocham cię, synku.
— Ja też cię kocham, tatku.
Lucas nie od razu ruszył. Wypalił papierosa czekając, aż zgaśnie światło błyszczące w dwóch oknach na piętrze. W oknach od korytarza przed pokojem Michaela.
Rześkie powietrze pachnące pobliskim lasem wpadało przez otwartą szybę samochodu. Odetchnął głęboko. Poczuł, jak narasta w nim miła euforia. I przeogromna wdzięczność przepełniła go całego.
Tak, był im wdzięczny. Nieskończenie wdzięczny. Za samo to, że istnieli, że po prostu byli... I że go kochali. O, tak, że go kochali! Ale on też będzie ich kochał. Teraz miał już pewność. Postara się, by zapomnieli o wszelkich przykrościach, jakie z jego powodu ich spotkały. Tak! Zrobi to! Całą mocą swojej miłości! I ze wszystkich sił!
Postanowił, że spróbuje zgadnąć dokładną chwilę, kiedy zgaśnie światło na piętrze, ale prawie natychmiast zrezygnował, przypomniał sobie bowiem, że nie zgaśnie. Michael bał się ciemności, toteż Olivia przywykła zostawiać zapaloną lampę w korytarzu i drzwi jego pokoju uchylone. Jakże mógł o tym zapomnieć? Jak mógł zapomnieć o czymś takim? Wielki Boże, nigdy, nigdy więcej nie wolno mu o tym zapomnieć! Nigdy więcej!
Przekręcił kluczyk w stacyjce i wolno ruszył.
Nie zwrócił uwagi na duże BMW zaparkowane nieco dalej. Nawet go nie zauważył.
Wewnątrz siedziało dwóch mężczyzn. Zagłębili się w fotelach, gdy samochód Lucasa przejeżdżał obok.
Zbytek ostrożności: David miał oczy utkwione w lusterku wstecznym, w którym sylwetka domu — jego domu — znikała w ciemnościach.
O Boże! dlaczego nie sprawiłeś, żebym ich zobaczył?
Gdybym ich chociaż zobaczył! Gdybym!...
Kiedy Olivia przyszła na górę powiedzieć synowi dobranoc, chłopiec już spał. Okryła go więc, bo się odkopał, pocałowała w czoło i uporządkowała nieco pokój, po czym wróciła na dół do salonu.
Stanęła przed sekreterą, na której poukładała przyniesione akta, bez przekonania wybrała jedne i usiadła z nimi na kanapie przed telewizorem włączonym, lecz wyciszonym. Na ekranie młoda piosenkarka kurczowo ściskała w dłoniach mikrofon, jej twarz wykrzywiały coraz to boleśniejsze grymasy. Z przytłumionego szumu wydobywały się oderwane słowa: szedłeś... rócisz... razem...
Olivia usiłowała się skupić na aktach. Otworzyła je na części zatytułowanej Procedura: DANE NA POSIEDZENIE SĄDU... Posiedzenie wyznaczono na najbliższy piątek. Nic jej więc nie nagliło. Zajrzała do części „Notatki i plany”, nic szczególnego tam nie zauważyła i zastanowiła się, po co w ogóle przyniosła te akta do domu. Aha, zamierzała wyskoczyć do Fleury w poniedziałek rano i zobaczyć się z klientem, zanim pójdzie do kancelarii. Zamknęła akta i wzięła inne, próbując się zmusić do czytania. Bez skutku. Nie miała do tego serca.
To było właściwe słowo: nie miała serca...
Przez chwilę wodziła spojrzeniem po pokoju, aż z roztargnieniem zatrzymała je na ekranie telewizora: konferansjer, o uśmiechu szerokim i lśniącym jak osłona chłodnicy cadillaca, miażdżył w uścisku ramię młodego piosenkarza, również całego w uśmiechach.
Nie miała serca...
Dlaczego pojechał? Dlaczego nie został? Głupi! Doskonale wiedziała, że tego wieczoru nie było nic, co by nie pozwalało Davidowi zostać, zupełnie nic! Dałaby sobie za to rękę uciąć. Umierał z chęci, żeby zostać. To było widać. Ona widziała! Gdyby zapytał, czy może zostać, nie powiedziałaby nie. Od tak dawna czekała na tę chwilę. Od tak dawna! Kochała go. I wszystko znowu wydawało się możliwe. Nie miała już do niego żalu. Teraz już nie. W gruncie rzeczy nigdy nie przestała go kochać. On także ją kochał, widziała to po nim. Była pewna. Co do tego nie mogła się mylić. Z całą pewnością wyczytała w jego oczach miłość... Czy to możliwe, żeby się tak bardzo pomyliła? A jeśli się pomyliła? Jeśli się kompletnie pomyliła? Ten jego niepokój... Przyczyną mogło przecież być coś innego. Cóż ona w końcu o tym wiedziała?... Nie, nie, z jego oczu wyczytała miłość! Miłość gorącą, czułą. I pragnął jej. To nie było najważniejsze, ale mimo wszystko w tym wypadku... To całkiem inna rzecz. Tyle czułości, tyle łagodności, tyle...
Głupi! Dlaczego nie został? Dlaczego nie powiedział jej wprost, że znowu ją kocha jak przedtem? Że jej pragnie i chce się z nią kochać?
Dlaczego on zawsze musi wszystko komplikować?
Naraz usłyszała stukanie do drzwi.
Pierwsza myśl, jaka przemknęła jej przez głowę, to że pies nie szczekał.
Z bijącym sercem zerwała się na nogi. Znowu rozległo się stukanie. Głupi!
I pobiegła do drzwi.
Otworzywszy je, doznała rozczarowania. W progu stali dwaj mężczyźni; cofnęli się odrobinę.
— Tak?
Wtedy dopiero ujrzała strzelbę myśliwską z uciętą lufą, którą jeden z mężczyzn w nią celował. W ułamku sekundy zdziwienie ustąpiło miejsca panicznemu strachowi. Chciała zatrzasnąć drzwi, lecz było za późno.
Dłoń w rękawiczce zatkała jej usta, druga złapała za włosy i Olivię ze straszną siłą odepchnięto.
Pierwszy krzyk obudził Michaela, choć chłopiec nie wiedział, co go wyrwało ze snu. Przewrócił się na łóżku, nie pojmując, dlaczego nie śpi. To jeszcze nie rano, bo w pokoju było ciemno i promień światła dochodzący z korytarza rozpraszał się na podłodze. Nie chciało mu się też siusiu. Znowu gwałtownie się przekręcił z zamkniętymi oczami, aby przypadkiem nie zobaczyć czarnej masy podwójnych zasłon w oknie. W nocy bał się tej czarnej masy. Bardzo się bał.
Kolejny krzyk rozdarł ciszę.
Michael skoczył z łóżka przerażony. Co to było? Krzyk. Skąd? Dochodził z dołu. Mama! Chciał wołać mamę! Bał się, chciał, żeby do niego przyszła.
Z parteru dobiegły go męskie głosy. Głosy rozgniewanych mężczyzn, którzy mówili brzydkie słowa. Głosy, które przejęły go strachem. Złe głosy!
Rozległ się łomot uderzeń. Michael usłyszał zduszony okrzyk bólu, a zaraz potem błaganie:
— Nie, proszę! Przestańcie!
Michaelowi zachciało się płakać. To mama! Mama jęczała i teraz płakała. Robili jej krzywdę! Robili jej krzywdę!
Jeden ze „złych głosów” zaklął i zaraz potem Michaela doszły echa szamotaniny, łoskot rozbijającego się przedmiotu. Po czym znowu straszny dźwięk uderzeń i skarga słaba, rozdzierająca.
Michael stał zapłakany. Był zarazem wzburzony i przerażony. Nie rozumiał, co się dzieje. Jego mama nie zrobiła przecież nic złego. A te „złe głosy” nie miały prawa zadawać jej bólu. Ona nic nie zrobiła! Michael nie chciał, by krzywdzono jego mamę! Nie chciał, żeby mama płakała!
Olivia leżała na podłodze w salonie. Z trudem oddychała, dławiąc się krwią, która zalewała jej usta, ogłuszało ją huczenie w uszach. W całym ciele czuła ból, a najbardziej dokuczała jej twarz: Olivii wydawało się, że urosła, że jest dwa razy większa. I w głowie boleśnie jej pulsowało.
Usiłowała nie myśleć o tym bólu. Chciała myśleć tylko o jednym: żeby nie krzyczeć, przede wszystkim nie krzyczeć, cokolwiek jej zrobią... Michael... Nie mogła go obudzić. Nie mogła!
Napastnicy przestali ją bić. Co teraz robią? Boże! gdzie oni są?
