Sabat Kocich Wiedźm 2 - Iwona Serej - ebook
NOWOŚĆ

Sabat Kocich Wiedźm 2 ebook

Iwona Serej

4,8

87 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwa miesiące po dramatycznych wydarzeniach w Akademii Maoil czwórka przyjaciół próbuje odzyskać namiastkę normalności. Spokój okazuje się jednak tylko pozorny. Choć Alec, Nina, Mia i Susannah są przekonani, że przepowiednia już się dopełniła, dopiero teraz zaczynają rozumieć jej prawdziwe znaczenie. A los nie zamierza dać im wytchnienia – na horyzoncie pojawia się kolejne proroctwo.

Z każdym dniem wiedźmy muszą mierzyć się nie tylko z ponurą wizją przyszłości, lecz także z bolesnymi wydarzeniami z przeszłości. Sytuację komplikują budzące się w nich niezwykłe moce, które zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa, rodzą kolejne pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi. Lęk przed tym, do czego naprawdę są zdolni, zaczyna ich przerastać.

W obliczu nadciągającego mroku przyjdzie im nawiązać nowe więzi i zmierzyć się z konsekwencjami wyborów, których nie da się już cofnąć. Czy to wystarczy, by oszukać przeznaczenie, kiedy lodowaty oddech Śmierci czują już na własnych plecach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 439

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Marian_1980

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna kontynuacja! Wartka akcja, ciekawi bohaterowi i KOTY!
00
Aga_F

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z lepszych książek Urban fantasy, jakie czytałam.
00



Sabat Kocich Wiedźm

Tom 2

Sabat Kocich Wiedźm. Kowen Kota. Tom 2

Copyright © Iwona Serej

Copyright © Wydawnictwo Excalibur

Wydanie I, Wrocław 2026

ISBN: 978-83-981060-8-5

Redakcja: Joanna Karyś

Korekta: Patrycja Szura

Skład i łamanie: Piotr Mańturzyk, Joanna Karyś

Ilustracja na okładce: Isabella Karpińska

Szkice postaci i zwierząt: Martyna Szpil-Augusiewicz KajuArt

Opracowanie graficzne okładki: Anna Piotrowicz

Wektory: Anna Piotrowicz, Magnific (magnific)

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

instagram.com/kociara_pisze/

tiktok.com/@kociara_pisze2

www.wydawnictwoexcalibur.pl

instagram.com/wydawnictwoexcalibur

fb.com/wydawnictwoexcalibur

tiktok.com/@wydawnictwoexcalibur

Rozdział 1 – SUSANNAH

LUTY

Pani Śmierć po raz pierwszy odnalazła mnie w Mardi Gras. Pachniała wanilią, bzem i wolnością, ale to miałam pojąć znacznie później.

Zaczęło się od ciszy. Wszystko ucichło, chociaż staliśmy w samym sercu barwnego tłumu. Zmierzch rozpraszały lampy i kolorowe światła. Otaczała nas muzyka, śpiew… życie. Śmiertelni mieszkańcy Crowsquek świętowali, my również.

Pierwsze platformy parady minęły nas jakiś czas temu, ale sznur barwnych pojazdów przyozdobionych naręczami kwiatów i setkami wstążek zdawał się nie mieć końca. Na podestach bawił się osobliwy tłum: klauni i rycerze, księżniczki w długich sukniach i skąpo ubrane tancerki. Wszyscy mieli zarumienione, uradowane twarze.

Alec właśnie droczył się z Mią i wtedy… ogłuchłam. A może cały świat umilkł? Mia zauważyła to jako pierwsza – śmiech zamarł na jej ustach i zadarła głowę, gdy coś nad nami rozbłysło.

Niebo przecięło pięć złotych wstęg i nim zrozumiałam, na co tak naprawdę patrzę, trzask tłuczonego szkła wypełnił moje uszy. Skuliłam się. Cisza. Kiedy ponownie uniosłam wzrok, dostrzegłam setki jasnych pęknięć. Czy to…?

Ziemia zatrzęsła się, poleciałam w tył. Złote pasma zaczęły blednąć, zanikać, a jeden urywany oddech później świat znów wybuchł kakofonią dźwięków. Tym razem zamiast radosnych śpiewów dotarły do mnie przerażone krzyki. Coś za mną zadudniło, a z innej strony usłyszałam przeraźliwy zgrzyt metalu. Z nieba posypały się kamienie.

Dlaczego…?

Jęknęłam, gdy ktoś nadepnął mi na rękę. Ktoś inny kopnął mnie w brzuch. Oszalały tłum rzucił się do ucieczki, gdy ja nadal próbowałam się podnieść. Wszystko wokół wirowało, nie potrafiłam…

– Susannah!

Obróciłam się, szukając Aleca. Stał z Mią zaledwie kilkanaście kroków ode mnie. Wyciągnęłam dłoń, by…

Huknęło gdzieś nade mną. Ostatnie, co ujrzałam, to lecący wprost na mnie kawałek ściany.

Gdy się ocknęłam, w pierwszej kolejności dotarł do mnie odległy ryk karetek. Nie wiedziałam, gdzie jestem, ale zdziwiły mnie kłęby mgły. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to pył. Z trudem usiadłam, a pulsujący gdzieś nad prawym uchem ból i zlepione krwią włosy uświadomiły mi, że byłam ranna. Wokół siebie dostrzegłam mnóstwo mniejszych i większych odłamków.

Co się stało? Nie byłam tu przecież sama. Parada z okazji Mardi Gras. Co z…?

– Susannah! Błagam, odezwij się! – Krzyk Mii przerwał kaszel, ale zaraz po nim rozległ się drugi głos, należący do równie bliskiej mi osoby. Przymknęłam oczy. Nic im się nie stało.

– Tu… tutaj – wychrypiałam. Gardło miałam wysuszone, chyba mnie nie usłyszeli. Zawołałam ponownie.

Pierwszy dobiegł do mnie Alec, a chwilę później dokuśtykała Mia. Krzywiła się, gdy stawała na lewej nodze, ale oboje nie wyglądali na ciężko rannych.

– Nie mogliśmy cię znaleźć. Jesteś cała? – Przyjaciel opadł na kolana i wyciągnął ręce, ale zamarł. – Krwawisz.

Potrząsnęłam głową.

– Żyję, ale gdzie są ci wszyscy ludzie? Pamiętam tłumy, a teraz nie słyszę nikogo… Chyba straciłam przytomność, ale nie wiem na jak długo.

– My też. Jeśli możesz chodzić, to wynośmy się stąd. Powinien obejrzeć cię lekarz – dodała Mia.

Pomogli mi wstać. W pierwszej chwili zakręciło mi się w głowie, ale wsparta na ramieniu Aleca ruszyłam dalej. Chmura pyłu była tutaj tak gęsta, że widzieliśmy nie dalej niż na odległość kilku stóp. Lawirowaliśmy pomiędzy ogromnymi kawałkami betonu, które musiały odpaść od budynku wznoszącego się nad nami.

Wtedy dostrzegłam pierwsze ciała.

Ręka wystająca spod ogromnego kawałka ściany. Czyjeś rozrzucone na boki nogi. Trzy kobiety z martwym wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie. Przystanęłam. W pierwszym odruchu chciałam podbiec do ofiar, ale szybko zrozumiałam, że dla nich nie było już ratunku. Powinnam odwrócić wzrok, ale w tym makabrycznym widoku było coś hipnotyzującego. Pomyślałam, że śmierć nie powinna tak wyglądać – śmierć powinna przynosić spokój. Powinna znajdować nas starych i schorowanych, a nie tak wcześnie, nie tak gwałtownie.

– Chodźmy – szepnął Alec i wyciągnął rękę ku Mii, która została nieco z tyłu.

Ledwie kilka kroków dalej zobaczyliśmy kolejne ciało. Leżało na boku, tuż obok wyłamanej latarni, której odsłonięte kable co jakiś czas błyskały z cichym trzaskiem. Czy ona również…?

– Ostrożnie! Prąd! – ostrzegł mnie Alec, gdy oderwałam się od niego i chwiejnie podeszłam do nieprzytomnej dziewczyny.

Opadłam na kolana. Ścisnęło mnie w gardle, gdy zerknęłam na jej młodą, nieruchomą twarz. Mogła być w moim wieku lub niewiele młodsza.

Chwyciłam jej nadgarstek, by sprawdzić puls.

– Proszę, proszę… nie bądź martwa – wyszeptałam i sapnęłam, gdy jakaś iskra przemknęła mi po plecach. Nie potrafiłam znaleźć żadnego śladu życia. Nie, proszę. Nie…

Nieznajoma otworzyła oczy i gwałtowanie usiadła. Odskoczyłam, ale na jej twarzy dostrzegłam jedynie strach. Dziewczyna dyszała i gorączkowo wodziła wzrokiem wokół siebie.

– C-co się stało? – wyszeptała.

– Nie wiemy. To chyba trzęsienie ziemi? – Zerknęłam na przyjaciół za moim plecami. – Jesteś ranna? Nie widzę nigdzie krwi, ale…

– Ja… Nie. Mama… muszę wracać do domu.

– Jesteś w szoku. Chodź z nami, znajdziemy pomoc. Ktoś powinien cię obejrzeć.

– Nie, nie, nie.

Dziewczyna zerwała się zaskakująco zwinnie. Chciałam ją zatrzymać, ale zniknęła za rogiem, zanim znalazłam właściwe słowa. Przynajmniej żyła.

– Telefon nadal nie działa – powiedział Alec.

Nie pomyślałam o tym, ale wcześniej pewnie próbowali wezwać pomoc. Czy Nina wie? Będzie się niepokoić. A może wraz z Shibą już nas szuka?

Ruszyliśmy dalej. Kłęby pyłu rzedły, a naszym oczom ukazywały się kolejne ciała. Poza tamtą dziewczyną nie znaleźliśmy żadnych ocalałych. Nie mogłam pozbyć się jednak wrażenia, że cała okolica nadal wydawała się dziwnie opustoszała. Zanim to wszystko się zaczęło, staliśmy pośród gęstego tłumu. Gdzie podziali się ci wszyscy ludzie?

I… jak długo byliśmy nieprzytomni?

Kierowaliśmy się ku odległym sygnałom karetek, ale musieliśmy kluczyć, by znaleźć właściwą drogę – niektóre przejścia zostały całkowicie zablokowane przez odłamki i gruz. Odetchnęłam, dopiero gdy w oddali zobaczyliśmy niewielką grupę składającą się z kilkunastu osób.

– To tylko ja, czy też widziałyście magiczne linie i pęknięcia na czymś, co wyglądało jak kopuła unosząca się nad miastem? – zaczął Alec.

– To musiała być pieczęć, która chroni Crowsquek – mruknęła Mia i zmarszczyła brwi. Ręką wskazała na tłum, który zaczął gorączkowo machać, gdy tylko nas dostrzegł. Cokolwiek wołali, nic nie słyszałam. Zaraz za nimi dostrzegłam ambulans na sygnale, ale ryk syreny nadal zdawał się nienaturalnie cichy, jakby coś go tłumiło.

Przełknęłam ślinę. To nie mogło być zwykłe trzęsienie ziemi.

– Pękła? – drążył przyjaciel.

Zgubiłam krok. Umysł zalały mi czarno-białe obrazy i… widziałam naszą trójkę, tylko oczami kogoś innego? Rozejrzałam się, ale w pyle i półmroku niewiele dostrzegłam.

– Nie… nie sądzę. Może została uszkodzona… Susannah, co się dzieje? – zapytała Mia.

– Ja… Nic mi nie będzie, to chyba to uderzenie w głowę.

Wyczułam na sobie wzrok Aleca. Nic nie powiedział, za to przyśpieszył kroku. Nadal nie słyszeliśmy ludzi przed nami, tak jakby coś nas od nich oddzielało.

– Widzicie to? – szepnęłam chwilę później, wskazując na ledwo widoczną, falującą powłokę.

– Cokolwiek to jest, oni chyba nie mogą jej przekroczyć. Pytanie, czy my ze swojej strony możemy.

Zerknęliśmy na siebie.

– Pójdę pierwszy…

– Nie. Razem albo wcale. Och, chyba widzę tam Jaspera! – zawołała Mia.

Wilczy chłopak przedarł się do przodu, ale nawet nie próbował ruszyć ku nam. Wzięłam głęboki wdech i mocniej ścisnęłam rękę Aleca.

– Na trzy?

Rozdział 2 – BESTIA

Bestia była głodna. Bardzo głodna. Z każdym krokiem rozsądne myśli umykały, zdławione przez jedną, dominującą potrzebę. GŁÓD.

Szukała i węszyła, ale nie potrafiła znaleźć niczego, czym mogłaby ten Głód zaspokoić. Błąkała się więc, na granicy szaleństwa, aż opuściła teren ciszy i usłyszała coś, co sprawiło, że ślina zaczęła skapywać po jej brodzie. Bijące, pełne soczystej krwi serce. Smakowite serce.

Bestia znalazła swoją ofiarę w ciemnej uliczce, śpiącą i czymś opatuloną. Nawet nie zauważyła głodnej istoty ani tego, jak ta zdzierała z niej warstwy, by dostać się do miękkiego mięsa. Dla Głodu liczyło się tylko to, aby pokarm okazał się świeży.

Bestia nie posiadała jeszcze odpowiednich szponów, była taka młoda, ale zęby, tak, zęby miała już ostre. Wgryzła się więc w pokarm, a dopiero wtedy ten zaczął krzyczeć. Ucichł szybko, zbyt słaby, by stawiać opór.

Gdy Głód został zaspokojony, bestia cofnęła się, jakby zdziwiona tym, co zrobiła.

Rozdział 3 – ALEC

Nie jestem gotowy, by umrzeć.

Myśl ta kołatała mi się w głowie, gdy z zamkniętymi oczami przekroczyliśmy barierę. Wycie karetek, przed chwilą jeszcze tak odległe, teraz było ostre i trudne do zniesienia.

Ludzkie krzyki.

Zawodzenie.

Ktoś chwycił mnie za ramię i zalał dziesiątkami pytań: „Co tam się stało?”, „Czy widziałeś moją żonę?”, „Czy ktoś jest ranny?”.

Otworzyłem usta, by coś odpowiedzieć, tyle że nie wiedziałem, od czego zacząć. Mia i Susannah przysunęły się bliżej, ale nie potrafiłem nawet samego siebie obronić przed tym potokiem słów, nie mówiąc o nich. Byłem kiepskim materiałem na bohatera.

– Cofnijcie się! – krzyknął Jasper i stanął pomiędzy nami a tłumem. – Nie widzicie, że są ranni?! Potrzebują lekarza!

– Widzieliście innych?! Gdzie reszta?

Jasper zerknął na mnie pytająco, a ja zaprzeczyłem. Z trudem wydusiłem:

– Prawie nikogo nie widzieliśmy, tylko jedną osobę. Żywą. Ja…

– Chodźmy, zanim zjawi się tu policja. Potem ktoś wyczyści im pamięć – szepnął Jasper, po czym zaczął torować nam drogę.

Podążyłem za nim, upewniając się, że dziewczyny idą za nami. W pierwszej chwili nie potrafiłem określić, gdzie dokładnie jesteśmy. Trzęsienie ziemi i tutaj wyrządziło spore szkody, choć znacznie mniejsze niż w dzielnicy, z której uciekliśmy. Pęknięte szyby sklepowe. Poobijane auta, które w chwili zdarzenia znajdowały się na środku skrzyżowania. Przewrócone latarnie, powyginane przystanki.

Coś zachlupotało pod moją stopą i sądząc po całkiem wartkim strumyku, gdzieś w okolicy pękły rury. Zadzwonił czyjś telefon. Czyli tylko nasze nie działały? Zerknąłem na ekran, ale ten nadal był czarny. Nie wyglądał na pęknięty czy zniszczony, zresztą miałem jeden z tych starszych, bardziej wytrzymałych modeli. Coś go… usmażyło, że nie chciał się nawet uruchomić?

– Tak, znalazłem ich – powiedział Jasper do słuchawki, po czym obrócił się, by na nas spojrzeć. – Poturbowani, ale w jednym kawałku. Wyprowadzę ich z centrum i odstawię do Maoil. Nie martw się. Rób, co musisz.

– To Nina? – zapytała Mia.

– Tak, chciała po was ruszyć, gdy tylko się zaczęło, ale Celine nie zostawiła jej wyboru.

– Nina przysłała więc ciebie – odgadłem.

– Nie musiała nawet prosić, mojej rodzinie nic nie jest, pamiętałem jednak, że wy wybieraliście się na paradę.

– Powinna ci płacić za niańczenie nas – mruknąłem i zaraz się skrzywiłem. Nie zabrzmiało to dobrze, ale w tamtej chwili naprawdę byłem mu niesamowicie wdzięczny za to, że się zjawił. To ten jeden przypadek na dziesięć, gdy obawy Niny okazały się zasadne.

– Teraz na pewno nie wyluzuje – mruknęła cicho Mia, a ja w duchu się z nią zgodziłem. Od czasu ataku na Maoil, a przecież minęły prawie dwa miesiące, Nina zdawała się mieć jeden bardzo konkretny cel: zapewnić nam bezpieczeństwo. Nawet jeśli nie było takiej potrzeby.

– Zaparkowałem niedaleko, ale jeśli nie dacie rady iść, możecie tu zaczekać. Ta rana nie wygląda dobrze, Susannah.

– Nic mi nie będzie, ktoś w akademii mnie obejrzy. Teraz chcę po prostu znaleźć się daleko stąd.

Dziewczyny zapakowały się do samochodu, a Jasper uważnie zlustrował okolicę, zanim sam usiadł za kierownicą. Zająłem miejsce pasażera i wbiłem w niego wzrok.

– Czego się obawiasz? – szepnąłem tak, by reszta nie mogła nas usłyszeć. Susannah miała nieco błędny wzrok, a nienaturalnie blada Mia wydawała się wyjątkowo cicha.

– Nie wiem. Coś jest nie tak, nazwij to intuicją. – Przeczesał dłońmi włosy.

– Mia mówiła, że to może być pieczęć. Pękła?

– Wierz mi, zauważyłbyś, gdyby pękła. Nie mam pojęcia, co dokładnie się stało. Sowy mogą wiedzieć, może kruki, ale ja jestem ślepy na magię. Nie mogłem was wytropić, a przecież świetnie znam woń każdego z was. Tak jakby w ogóle was tam nie było. Nie mogłem przekroczyć bariery ani wyczuć, co jest po drugiej stronie.

Westchnąłem.

– A więc cokolwiek się stało, było powiązane z animalsami. Parę tygodni spokoju i znowu coś się dzieje. Nie tęskniłem za tym całym zamieszaniem.

– Nie wszyscy mieli szansę złapać oddech. Rady kowenów nie potrafią się dogadać, trwają przepychanki. Mój ojciec… – Urwał i zacisnął zęby.

Poznałem go na tyle, by wiedzieć, że Jax stanowił dla Jaspera temat tabu. Ale i tak zapytałem:

– Nic się nie zmieniło?

– Ojciec jest rozczarowany obojgiem swych dzieci i tego nie ukrywa.

Trzeba było trzymać język za zębami. Po co w ogóle pytałem? Milczałem, bo co można odpowiedzieć na coś takiego.

– Nadal sądzisz, że knuje coś przeciwko smokowi i jego dziedziczce? – zapytała z tyłu Susannah. Czyli słuchała.

– Z każdym dniem coraz bardziej i właśnie dlatego odsunął mnie od spraw kowenu. Wierzę w rozsądek matki i to, że nie pozwoli mu zrobić niczego, co mogłoby narazić wilki.

– Biedna Prue. Jak ona się trzyma? – Mia wpatrywała się w szybę.

– Aktualnie wmówiła sobie, że wcale nie jest wilkiem, a podmieńcem. Urodziła się nie w tym kowenie, co trzeba. – Jasper nawet nie ukrywał goryczy w swoim głosie.

W górnym lusterku zobaczyłem, jak Mia odwróciła się ku nam.

– To niemożliwe, jesteście przecież czystej krwi, prawda? Twoja rodzina nie ma w sobie ani odrobiny krwi innych wiedźm.

– Ja to wiem, wy też, ale Prue…

Pokręcił głową, a ja pomyślałem, że na jej miejscu też wolałbym wierzyć w coś takiego. Było to lepsze niż świadomość, iż jest się jedynym animalsem w swoim pokoleniu, który jest pozbawiony mocy.

Rozdział 4 – SUSANNAH

– Na pewno możesz już wrócić na zajęcia? Ten sowi znachor wie, co robi? – dociekała Nina, a Alec, który stał za jej plecami, przewrócił oczami.

– Na pewno, naprawdę nic mi nie jest. Obejrzała mnie profesor Lin i wysłała do sów tylko po to, by wykluczyć wstrząśnienie mózgu. Mogłam wrócić na zajęcia już w piątek, tylko dyrektorka Spasteen nie wyraziła na to zgody. Uznała, że powinnam odpocząć.

– Ja bym tam chętnie została w łóżku, ale dla mnie nikt nie był taki łaskawy – wtrąciła Mia i wydęła usta.

– Ty tylko źle stanęłaś, a Susannah ma kilka szwów, zawroty głowy i…

– Nina, pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, że powinniśmy ci dawać znać, gdy zaczynasz zachowywać się jak nasza matka? – Alec przystanął ze skrzyżowanymi rękami przed wejściem do głównej jadalni Maoil. Lubiłam go w tym odświętnym ubraniu, które zakładaliśmy co niedzielę na oficjalną kolację w akademii.

– Ale… – Nina próbowała protestować, a Alec tylko uniósł brew.

Nina poddała się i burknęła coś pod nosem. Zerknęłam na Mię, która wydawała się błądzić gdzieś myślami. Ostatnimi czasy wydawała się inna, cichsza. Jakby coraz częściej zapominała o wizerunku, jaki wykreowała i zza maski wyzierała jej prawdziwa osobowość.

Coś się w nas zmieniło w dniu, w którym Nina poświęciła siebie, by mnie ocalić.

Roztarłam ramiona, po których przemknął dreszcz. Nadal śniłam o jej nieruchomym ciele, coraz rzadszym oddechu. Jakiś głosik szeptał, że nie jestem warta tego, by ktoś oddał za mnie życie. Nawet jeśli miał ich kilka.

Usiedliśmy w jadalni, a ja machinalnie wygładziłam serwetkę na kolanach. Zerknęłam ukradkiem na stół, przy którym siedzieli profesorowie. Gdy dojrzałam znajomą postać, serce zabiło mi mocniej: spięła włosy, ale kilka niesfornych kosmyków opadało na długą, łabędzią szyję. Roześmiała się, a cała jej twarz pojaśniała.

Uwielbiałam brzmienie jej śmiechu: Celine nigdy się nie hamowała, nieważne, czy coś ją cieszyło, czy wzbudziło gniew. Zawsze była sobą, nie udawała. Przynajmniej ja w to wierzyłam.

Obróciła lekko twarz, a wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Posłała mi przyjazny uśmiech, który nieśmiało odwzajemniłam. Szybko spuściłam wzrok i wbiłam go w serwetkę. Paliły mnie policzki i rozpaczliwie trzymałam się nadziei, że nikt z mojego sabatu tego nie zauważył. Nie wiedzieli o moich uczuciach do Celine i chciałam, aby tak pozostało.

To niemądre zauroczenie musiało przecież w końcu minąć.

Nie przypominało gromu uderzającego z jasnego nieba, nie było też motylków w brzuchu, ale wyraźnie pamiętam naszą pierwszą rozmowę na osobności. Celine stała w pełnym słońcu, bransoletki pobrzękiwały na jej rękach, a ona obdarzyła mnie ciepłym, iskrzącym spojrzeniem, przez które poczułam się wyjątkowa. Resztę studentów potrafiła zdyscyplinować w kilku dosadnych słowach, ale mi okazała tylko dobroć i sympatię.

Pamiętam, że zadała proste pytanie, ale na jej twarzy dostrzegłam szczerą troskę: „Jak się trzymasz?”. Nie przyjęła neutralnej, nic nieznaczącej odpowiedzi. Zamiast tego oparła się o drzewo i patrząc gdzieś przed siebie, opowiedziała mi o sobie. O tym, jak sytuacja, w której się znalazłam, bardzo przypomina jej własną. O tym, jak bardzo czuła się samotna i zagubiona, gdy po raz pierwszy przestąpiła próg Maoil. Wtedy ponownie odwróciła się ku mnie i znów spojrzała mi w oczy, a ja po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się przez kogoś dostrzeżona. Przepadłam i od tamtego dnia marzyłam o Celine Meekh.

Brzęk sztućców oderwał mnie od wspomnień. Odsunęłam od siebie niechciane myśli i ponownie skupiłam się na rzeczywistości.

Nina i Alec wyczekiwali na tę kolację. Mieli nadzieję, że Lauren Spasteen, dyrektorka Maoil, wyjawi nam prawdę o tym, co dokładnie wydarzyło się w Crowsquek w Mardi Gras. Zamiast parady i celebracji miasto dotknęła tragedia. I śmierć.

Lauren poczekała, aż wszyscy zajmą swoje miejsca, po czym wstała i rozejrzała się po sali.

– W miniony wtorek podczas Mardi Gras doszło do uwolnienia ogromnych ilości mocy i chwilowej anomalii związanej z pieczęcią, która od wieków chroni miasto. Z niemałą ulgą mogę potwierdzić, że nie ucierpiał żaden animals, co zaś się tyczy śmiertelników… – dyrektorka na moment spuściła wzrok – …znaleziono kilkadziesiąt ciał, a kilka osób nadal jest zaginionych.

Dała nam kilka chwil na zrozumienie jej słów. Więc to nasza wina? Cokolwiek się stało, to my, animalsi, byliśmy winni ich śmierci. Zacisnęłam dłonie na serwetce. Czyiś bliscy, rodzice, rodzeństwo… Pomyślałam o braciach, o mamie i nie po raz pierwszy cieszyłam się, że są daleko stąd, daleko od tego całego bałaganu, jaki towarzyszył magii i wiedźmom.

Magia oznaczała chaos, a ten nieodzownie prowadził do zniszczeń.

– Wszystkie koweny są zaniepokojone zaistniałą sytuacją, a sowy i kruki podkreślają, że moc stała się… niestabilna. Gdyby ktoś z was zauważył coś dziwnego czy niecodziennego, to proszę o pilne zgłoszenie się do mnie lub kogokolwiek z kadry nauczycielskiej. Nie wahajcie się, w obecnej sytuacji z pewnością nie zbagatelizujemy żadnej informacji, niezależnie od tego, jak błaha może się wydawać. Przewodnicząca Kowenu Kota, Miriam Sotrestorm wraz z resztą przedstawicieli kowenów pracuje nad tym, by rozwiązać zaistniałą sytuację tak szybko, jak to tylko możliwe.

– To w końcu pieczęć jest uszkodzona czy nie? – zapytał ktoś ze starszych roczników.

– Pieczęć nadal chroni nas i miasto.

To nie jest odpowiedź na zadane pytanie, pomyślałam, ale zanim ktoś zdążył dodać coś więcej, dyrektorka usiadła i dała znak do rozpoczęcia kolacji.

– Tyle to i my wiemy – mruknął Alec.

– Naprawdę liczyłam, że powie coś więcej. Celine też nie chciała mi nic zdradzić, nieważne, jak długo dręczyłam ją pytaniami podczas treningów. Przy przesłuchaniu Spasteen naprawdę nic nie wyjaśniła?

– Nie. Ani ona, ani animalsi z innych kowenów, którzy z nią przyszli. Zadawali tylko pytania i wymieniali między sobą znaczące spojrzenia. Oni doskonale wiedzą, co się stało i dlaczego – wyjaśnił Alec.

– Myślicie, że ma to coś wspólnego ze smokiem? – zapytałam, a wszyscy obrócili się ku mnie. Speszyłam się i pospieszyłam z wyjaśnieniem: – Minęło kilka tygodni, a on, to chyba był on, twierdził, że wróci z dziedziczką.

Nina pokręciła głową.

– Nie sądzę. Zresztą po co miałby niszczyć pieczęć, jeśli planował tu wrócić?

– A Shiba? – zapytała Mia. – Ona wie różne rzeczy.

– Shiba ma swoje podejrzenia, ale nie chce mi nic powiedzieć, dopóki się nie potwierdzą. Nie pochwala mojego, jak to ładnie określiła, entuzjazmu do spekulacji.

Po kolacji zostawiłam przyjaciół pod akademikiem, a sama ruszyłam ku sali komputerowej, która powinna być otwarta jeszcze przez jakąś godzinę. Mogłam oczywiście opuścić mury akademii i poczekać aż mój telefon odzyska zasięg, ale wolałam spokój i samotność, które oferowało Maoil.

Zaszyłam się przy swoim ulubionym stanowisku w kącie i zalogowałam na pocztę elektroniczną. Z trudem powstrzymałam uśmiech, gdy zobaczyłam znajomego nadawcę. Kliknęłam w e-mail.

SusieQ,

dzięki za poprzednią wiadomość! Nawet nie wiesz, jak bardzo ich wyczekuję – początkowo żałowałem, że nie pozwalają Wam używać telefonów (swoją drogą, co to za średniowieczne zasady?) na terenie akademii, ale czasami czuję się tak jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi, które bawią się w pisanie listów…

Benedict był ode mnie starszy tylko o sześć lat, ale często traktowałam go bardziej jak ojca. Mój idol. Ktoś, za kim mała Susannah dreptała krok w krok i domagała się, by czytał jej na głos swoje opasłe książki, po które, jak później odkryłam, sięgał, by zadowolić ojca. To Benedict zaraził mnie miłością do literatury, a później nauczył malować. To na jego ramieniu wypłakiwałam się, gdy po latach edukacji domowej zaczęłam chodzić do normalnej szkoły i uświadomiłam sobie, jak bardzo tam nie pasuję.

Mama nie przepuszcza żadnej okazji, by podkreślić swoje niezadowolenie z faktu, że musisz ukończyć ten college. Tęskni za Tobą, nawet jeśli nigdy nie powie tego głośno. Zresztą wszyscy tęsknimy, no może poza Gabrielem, który nie widzi świata poza futbolem. Mam tylko nadzieję, że nie zachłyśnie się tą całą popularnością i nie zmarnuje czasu, który powinien poświęcać na treningi. Ma potencjał i nie zdziwię się, jeśli zrekrutuje go jakaś dobra uczelnia. Mama nie zniesie kolejnego zawodu po tym, co zgotował jej Matthew.

Uśmiech spełzł z moich ust. Kiedy właściwie ostatni raz rozmawiałam z Matthew? Oparłam brodę na ręce. Ani on, ani ja nie zjawiliśmy się w domu na święta, ale pamiętam niezręczne składanie sobie życzeń przez telefon. Opuścił dom dwa lata przede mną i od tamtej pory kontaktowaliśmy się raczej sporadycznie. Gdy oznajmił, że rzuca studia, by podróżować i odkrywać siebie, nasza relacja poluzowała się jeszcze bardziej.

À propos niego: odwiedził mnie niedawno. Obawiam się, że wpadł w złe towarzystwo. Próbowałem przekonać go, by wrócił do domu, przecież nawet jeśli się pogubił, to żaden wstyd. Zawsze był taki niespokojny, zawsze czegoś szukał. Podejrzewałem, że tak to się może skończyć. Żałuję teraz, że przekonywałem go do wyjazdu, może gdyby został z rodzicami, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Moja odpowiedź do Benedicta okazała się równie długa, co jego e-mail. Nigdy nie lubiłam szybkiej wymiany wiadomości lub tych rozmów, które ciągnęły się całymi dniami, w zasadzie bez jakiegokolwiek zakończenia. Kochałam pisać listy, nawet te elektroniczne, aczkolwiek nieraz żałowałam, że wychowano mnie w taki sposób. Zbyt wiele razy czułam się jak puzzel z innego zestawu, który nie pasował do reszty i zwykle leżał zapomniany gdzieś na boku. Nie było przecież pudełka, w którym miałby swoje miejsce.

Aż do teraz. Teraz znalazłam inne puzzle, takie, które też nigdzie nie pasowały i jakimś sposobem stworzyliśmy własną układankę. Nieco dziwną, koślawą, ale… trwałą.

Rozdział 5 – ALEC

Nie potrafiłem skupić się na zajęciach. Od Mardi Gras praktycznie nie sypiałem: albo nie potrafiłem zasnąć, albo – jeśli już mi się to udało – nękały mnie koszmary pełne dziwacznych obrazów, przemocy i krwi. Znów zacząłem myśleć o smoku ukrytym pod Crowsquek, który został obudzony po kilku wiekach snu.

Obudzony dzięki niewinnym ofiarom, takim jak mój ojciec.

Po ostatnich tego dnia zajęciach powlokłem się przez dziedziniec w stronę lasu. Nie chciałem siedzieć sam w pokoju, a pamiętałem, że Mia i Susannah umówiły się z Niną po jej treningu z Celine.

– Wyglądasz jak siedem nieszczęść.

Skrzywiłem się, słysząc znajomy głos.

– Zawsze miło cię widzieć, Oberonie – mruknąłem kwaśno. Rozejrzałem się i dostrzegłem znajomą szarą sierść na murku po lewej. Znów wygrzewał się na słońcu, ignorując wszystko i wszystkich dookoła. Poza mną. – Dawno cię nie widziałem.

– Byłem tu i tam, ale wystarczy spuścić was, ludzi, z oka i wasze niekompetentne paluchy wszystko niszczą.

Uniosłem brew. Już miałem coś mu odpyskować, ale ugryzłem się w język. Oberon wiedział różne rzeczy i czasami zdradzał coś, czego nie powinien. Choć coraz częściej nie mogłem pozbyć się wrażenia, że nigdy nie robił tego przypadkiem.

– Nie patrz tak na mnie. Ja tylko znalazłem się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie – powiedziałem zamiast tego.

Oberon wstał, przeciągnął się powoli, po czym niespiesznie ruszył w moim kierunku. Jego wibrysy zadrżały, gdy zatrzymał się zaledwie krok ode mnie i zaczął węszyć. Wydał z siebie dziwne prychnięcie.

– Co?

– Właśnie nie wiem. Coś… się zmieniło. Mam nadzieję, że szybko to naprawią.

– Co naprawią? – podłapałem.

– Mogę już być stary, chłopcze, ale nie głupi. Jak chcesz wyciągnąć ode mnie jakieś informacje, to musisz się bardziej wysilić.

To powiedziawszy odwrócił się i ruszył w stronę głównego dziedzińca. Patrzyłem za nim przez chwilę, po czym westchnąłem. Jeszcze późną jesienią, tuż przed atakiem łowców, mówił, że znalazł animalsa, z którym chciał połączyć swoją duszę. Przez moment wydawało mi się nawet, że…

Potrząsnąłem głową i odwróciłem się w stronę lasu. Oberon ignorował mnie przez całe tygodnie po tym, jak podziękowałem mu za ratunek podczas walk z łowcami. Nie rozumiałem go i najwyraźniej nie miało się to w najbliższym czasie zmienić.

Zresztą nadal nie wiedziałem, czy naprawdę chcę związać się z jakimś kotem. Mama wróciła na północ, a ja zostałem tutaj, chociaż teoretycznie osiągnąłem to, po co tu przybyłem. Poznałem prawdę o losie mojego ojca, tylko…

Zacisnąłem pięści, gdy przed oczami stanęła mi rozsypująca się w pył sylwetka.

Tylko nie potrafiłem się z nią pogodzić.

Wsunąłem dłonie w kieszenie jeansów i ruszyłem wydeptaną ścieżką. Krzyki Celine słyszałem z daleka, co oznaczało, że wyciskała z Niny siódme poty. Mię i Susannah znalazłem tam, gdzie zawsze: pod starym, chylącym się drzewem, pod które jakiś czas temu zaciągnęliśmy nieco spróchniałe pieńki, a nawet spory głaz, który miał nam służyć za prowizoryczny stolik.

– Jak jej dzisiaj idzie? – zapytałem, odganiając jakiegoś robala sprzed twarzy. Rzuciłem torbę na ziemię i usiadłem obok Susannah. Ta uniosła wzrok znad książki, którą właśnie czytała.

– Nadal nie jest w stanie pokonać ostatniej przeszkody.

Celine mogła twierdzić, że to tor przeszkód, ale my nazywaliśmy go drogą przez mękę. To na nim od kilku tygodni z uporem maniaka ćwiczyła Nina i to zdecydowanie częściej niż zaplanowane cztery treningi w tygodniu. Nie, ona ubzdurała sobie, że pokona go do wiosny, nawet jeśli większości wojowników opanowanie go zajmowało co najmniej pół roku.

Przez chwilę obserwowałem, jak walczy z równoważnią, by potem przeskoczyć ku rzędowi lin zawieszonych w powietrzu. Syknąłem, kiedy jedna z rąk Niny ześlizgnęła się z grubego sznura i dziewczyna grzmotnęła o ziemię.

– Zajedzie się – mruknąłem.

Susannah tylko westchnęła, bo podobną rozmowę odbywaliśmy regularnie.

– Spróbuj jej to powiedzieć. Nie chce słuchać, że raczej nie pomoże jej to w odkryciu czy tam obudzeniu tych mitycznych mocy wojownika. – Mia siedziała z założonymi rękami i choć wyglądała na poirytowaną, wiedziałem, że się martwi. Jak my wszyscy.

Odkąd Nina dowiedziała się prawdy o swojej rodzinie, wydawało mi się, że cały czas za czymś goni. A może ucieka? Nie byłem pewien, a ona zbywała każdą próbę rozmowy.

Nina usiadła na ziemi. Widziałem, jak próbuje wyrównać oddech. Sprawność, jaką osiągnęła w tak krótkim czasie… Zwykły śmiertelnik potrzebowałby na to kilku lat, a jej wystarczyły tygodnie. Nie potrafiłem pozbyć się myśli, że reszta z nas robi za mało.

Gdyby Synowie Ziemi, łowcy polujący na animalsów, ponownie zaatakowali, to z naszej czwórki tylko Nina potrafiłaby walczyć. Może i od nowego roku zmuszała nas do nauki zaklęć obronnych, ale te chroniły przede wszystkim nas, nie ją. Przynajmniej te, które na razie opanowaliśmy. Nadal to ona ryzykowała najwięcej.

Nina wstała, otrzepała się i ruszyła w kierunku Celine, która już czekała na wyłożonym tartanem okrągłym placu.

– Gotowa? – rzuciła profesorka, po czym wykonała kilka machnięć rękami dla rozgrzewki. Shiba usiadła tuż obok Leopolda i żadne nie spuszczało wzroku ze swojej bratniej duszy.

– Zawsze – odpowiedziała Nina. Pociągnęła za nieco osobliwy, skórzany pasek, który dwukrotnie oplatał jej biodra. Oglądałem go uważnie już kilka razy i pamiętałem, że nie posiadał zapięcia, a oba końce zdobiły maleńkie metalowe groty.

Dziewczyna uniosła pasek i przeciągnęła po nim palcami. Byłem zbyt daleko, by to usłyszeć, ale z doświadczenia wiedziałem, że szepcze teraz zaklęcie. Coś zamigotało i kilka chwil później w rękach Niny znalazła się długa na cztery stopy włócznia. Trzonek o barwie ciemnego złota gdzieniegdzie muśnięto turkusowym barwnikiem, który wypełniał płytkie pęknięcia. Całość pokrywały już lekko wytarte i niezrozumiałe dla mnie symbole. Główne ostrze miało jakąś stopę długości, a drugie przypominało niewielką spiralę. Jeszcze nie widziałem, by go użyła.

Włócznia Salamandry. Nina na początku stycznia pojechała z Celine i Spasteen do Kowenu Sowy, który sprawuje pieczę nad magicznym arsenałem kowenów. Nie do końca zrozumiałem, co tam się wydarzyło, ale co do jednego miałem pewność: zaklęta broń sama wybierała swoich właścicieli. Choć to też nie było dobre słowo – gdyby coś stało się Ninie, włócznia wróciłaby do sów i czekała na kolejnego, godnego siebie wojownika.

Meekh zmaterializowała swoje sztylety i bez ostrzeżenia rzuciła się ku uczennicy. Ta z trudem zablokowała jej cios, ale już kilka sekund później znieruchomiała z ostrzem przy szyi.

– Dystans! Od tego masz włócznię, by nie dać mi podejść! Cała potęga włóczni tkwi w jej zasięgu! – fuknęła Celine, po czym cofnęła się i zaraz ponowiła atak.

Tym razem Nina była bardziej przygotowana. Sparowała ostrze i pchnęła, celując w bok, ale Meekh szybko odskoczyła. Uczennica przejęła inicjatywę i wyprowadziła kilka nieco chaotycznych ciosów.

– I po co tyle machania?! Zaraz się zmęczysz! Masz dłonie zbyt wysoko, powinnaś trzymać je niżej! – dalej strofowała ją Celine.

Jakiś czas temu widziałem, jak Nina samodzielnie ćwiczy pchnięcia, obroty, jak oswaja się z nową bronią. W jej precyzyjnych i zwinnych ruchach dostrzegłem coś hipnotyzującego, niemal pięknego. Potem zderzyłem się z rzeczywistością: zobaczyłem jak niewiele jest to warte w starciu z kimś o wiele bardziej doświadczonym. Moja przyjaciółka była nieludzko szybka i zwinna, ale to mogło nie wystarczyć, gdyby doszło do prawdziwej walki.

Dlatego Nina nigdy się nie skarżyła. Dawała z siebie tyle, ile mogła, ale widziałem jej frustrację po każdym treningu. Była swoim najsurowszym sędzią.

– Dobra, koniec na dzisiaj, Waldorf, dobra robota!

Nina przytaknęła, choć nie wyglądała na usatysfakcjonowaną. Otarła pot z czoła i ruszyła w naszą stronę.

– Potrzebuję prysznica, zanim wyjdziemy. Tristan na pewno da radę nas wprowadzić po godzinie policyjnej?

– Powiedział, że pójdzie z nami.

– Znowu? – mruknąłem i obrzuciłem Mię uważnym spojrzeniem. Ta odwróciła się do mnie z miną, która mówiła jedno: tylko spróbuj to zakwestionować.

– Zawsze możemy grzecznie wrócić przed jedenastą, jeśli jego towarzystwo tak wam przeszkadza.

Tym razem to Nina zerknęła na mnie znacząco. Znałem ten wzrok i oznaczał on ni mniej, ni więcej, że miałem stulić dziób i przestać wkurzać Mię. Mię, która nie umiała wyjaśnić, czy tylko wykorzystuje Tristana, czy naprawdę się z nim przyjaźni, pomimo tej całej opowieści o tym, że jest reinkarnacją jego dawnej ukochanej.

– Jeszcze jedno. – Nina przestąpiła z nogi na nogę. – Po tym, co stało się w Mardi Gras, powinniśmy więcej ćwiczyć, raz w tygodniu to za mało…

Mia jęknęła i wstała.

– Nie. I zanim się nakręcisz: znamy wszystkie czary ochronne, których możemy użyć z jedną pełnoprawną wiedźmą w sabacie. O wiele lepiej idzie nam też dostrajanie się do siebie i rzucanie zaklęć. Więc nie, ja lubię spać i lubię mieć czas na randki.

Nina zerknęła najpierw na mnie, a potem na Susannah, szukając poparcia, ale oboje pokręciliśmy głowami.

– Niech wam będzie, ale nie myślcie, że odpuszczę wam dzisiejsze ćwiczenia.

Wzdrygnąłem się, gdy coś za mną zachlupotało. Zerknąłem przez ramię. Woda może i wyglądała na spokojną, wiedziałem jednak, że tam są. Tylko czekają na samotną, nieostrożną ofiarę, którą mogłyby wciągnąć w ciemną toń. Wielkie paszcze, ostre zębiska…

– Alec, po raz tysięczny… aligatory nie polują na ludzi, a już na pewno nie tak blisko miasta! – Nina parsknęła, a Jasper, który obejmował ją ramieniem, taktownie ukrył się za czerwonym plastikowym kubkiem.

– Nie znasz dnia ani godziny – mruknąłem, a Nina przewróciła oczami.

Moja stopa podrygiwała w rytm muzyki, ale jakoś nie czułem potrzeby, by dołączyć do tych kilku osób bawiących się na parkiecie. Mimo poniedziałku, wśród wilków zawsze ktoś się bawił, zawsze ktoś pił i prawie zawsze ktoś wszczynał bójki. W przypadku tego ostatniego rozsądniej było się nie wtrącać i wszelkie przepychanki szybko rozwiązywano siłowo. Miałem jednak wrażenie, że dzisiaj jest ich więcej niż zwykle.

Miejscówka na bagnach – ta sama, na której bawiliśmy się w Halloween – okazała się terenem wspólnym dzieciaków z kowenów. Przychodziły tu zarówno wilki, jak i kruki czy sowy, chociaż to tych pierwszych zawsze pojawiało się najwięcej. Miałem niemiłe podejrzenia, że przy tym całym podporządkowaniu Alfie, ścisłej hierarchii i ciągłej konieczności udowadniania czegoś, musieli często spuszczać parę. Gdybym urodził się jako jeden z nich, na bank zostałbym czyimś popychadłem.

Jasper nie okazał się taki zły jak na wilka. Tylko…

Odwróciłem wzrok, gdy pochylił się ku Ninie i wtulił twarz w jej włosy. Dlaczego nie mógł być zwykłym dupkiem? Wtedy nie byłoby czego zazdrościć i z chęcią udowodniłbym przyjaciółce, że szkoda na niego czasu.

Nie okłamałem Niny, gdy powiedziałem, że nigdy się w nikim nie zakochałem. Tylko… czasami, gdy tak na nich patrzyłem, zżerała mnie zazdrość, że sam nie znalazłem nikogo, kto zawróciłby mi w głowie, i nie zapowiadało się, by miało się to w najbliższej przyszłości zmienić.

Idiota z ciebie, powiedziałem sam sobie. Nie powinienem się tym w ogóle przejmować, ale nic nie mogłem na to poradzić.

– I co zrobisz, poskarżysz się? Twój kumpel nie jest już ulubieńcem tatusia! – zawołał ktoś na tyle głośno, abyśmy go usłyszeli.

Jasper momentalnie się wyprostował i odsunął od Niny. Wbił wzrok w napakowanego typa o krótko przystrzyżonych włosach, który ewidentnie zaczepiał dość drobnego jak na wilka chłopaka.

– Daj mi spokój, nie przyszedłem się tu bić.

Ten większy tylko prychnął.

– Co z ciebie za wilk, nadal nie masz pary, Alfa powinien cię wywalić na zbity pysk…

– Muszę się tym zająć, zaraz wracam – rzucił Jasper, po czym stanowczym krokiem ruszył w stronę swoich pobratymców.

Uniosłem brew i popatrzyłem na Ninę.

– Spuści im łomot? – zapytałem, a ona się skrzywiła.

– Nie ma wyboru. Odkąd ojciec jawnie okazał mu swoją dezaprobatę, ktoś ciągle go zaczepia. Albo jego znajomych.

Odwróciłem się ku wilkom i chociaż nie słyszałem, o czym rozmawiali, to po mowie ich ciała podejrzewałem, że zaraz dojdzie do bójki. Chłopak, który został zaczepiony, patrzył z wdzięcznością na Jaspera.

Ledwie zauważyłem, jak Jasper skoczył ku osiłkowi i podciął mu nogi. Wylądowali na ziemi, zaczynając szamotaninę. Chłopak Niny próbował unieruchomić napastnika, ale ten grzmotnął go łokciem w brzuch. Aż się skrzywiłem, to musiało boleć. Jasper zaraz się jednak otrząsnął i przydusił osiłka przedramieniem. Ten zaczął okładać syna Alfy pięściami, ale nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia. Jasper puścił go dopiero, gdy ten zaczął rozpaczliwie walić dłonią w piach.

– Następnym razem nie odpuszczę ci tak łatwo – rzucił Jasper na odchodne, po czym otrzepał spodnie i ruszył ponownie ku nam.

Do moich uszu dotarła cicha rozmowa dwóch wilczyc stojących gdzieś po mojej prawej.

– Słyszałeś, kto podobno wrócił do miasta? Dawna Beta, Rory…

– Jax nie wywalił go z watahy lata temu?

– Wywalił, ale syn Alfy był jego ulubieńcem. Trenował go przecież przez lata.

– Zrobi się niezręcznie…

Jasper ponownie objął Ninę, a z jego twarzy powoli uchodziło napięcie. Dostrzegłem ukradkowe spojrzenia, jakie inne wilki rzucały w jego kierunku. Wyglądało na to, że musi mieć się cały czas na baczności.

– To było świetne. Jak prawdziwy bad boy z romansów. – Mia westchnęła z rozmarzeniem. – Na pewno dawno powiedziałeś innym, że jeśli tkną Ninę, to ich zabijesz! Och, chociaż wtedy nie mógłbyś zapytać, kto jej to zrobił…

Jaspera nieco zatkało, ale udało mu się zapanować nad twarzą. Zerknął pytająco na swoją dziewczynę.

– Za dużo romantasy. – Nina parsknęła. – Mia jest głęboko w swojej erze romansiary, nie przejmuj się.

– Łatwo ci powiedzieć! Masz super faceta, a ja od miesięcy nie mogę znaleźć nikogo ciekawego…

– Może gdybyś nie spławiała każdego po pierwszej randce, to coś by z tego było – wtrąciłem.

Tristan stojący nieopodal wyglądał na nieszczęśliwego.

– Po co mam tracić czas, skoro to nie to? Pragnę wielkiej, epickiej miłości jak w filmach. Tej iskry, która przechodzi przez ciało, kiedy spotyka się tego jedynego. Nie zadowolę się przecież byle kim! Śmiejcie się do woli, ale jeszcze wyjdzie na moje. Znajdę tego właściwego faceta i to już niedługo, przezwyciężymy wszystkie przeciwności losu i wywalczymy swoje szczęśliwe zakończenie…

Bardzo korciło mnie, by dopytać o to, jakie przeciwności losu ma na myśli, ale Nina mnie ubiegła.

– Nie powinnaś skupić się na poszukiwaniu swojego kota?

– Z kotem prędzej czy później połączy mnie przeznaczenie – Mia machnęła ręką – ale facet? Tu nie zamierzam niczego zostawić przypadkowi. Ten jedyny mógłby się jednak pojawić, bo serio kończy mi się cierpliwość.

Skąd ta presja? Mia uwielbiała flirtować i ten stan, kiedy ktoś ją zauroczył – nieważne, że zwykle trwało to maksymalnie kilka dni. Wydawała się taka jak zawsze, ale… czułem, że coś mi umyka. Coś się zmieniło, ale nie umiałem określić co.

O mnie myślą podobnie? Czy ktokolwiek z nas mógł pozostać taki sam po ataku na Maoil?

Nina dała znak i poprowadziła naszą trójkę za rozpadający się budynek, pod zadaszenie, które musiało kiedyś stanowić część tarasu. W popękanych glinianych donicach rosły chwasty, drewniana ławka dawno zbutwiała. Powybijane okna ziały czernią, a z tej jednej jedynej wizyty w środku pamiętałem przede wszystkim zapach zioła i moczu.

Wybraliśmy to miejsce, bo ukrywało nas przed wzrokiem innych. Nawet jeśli jakiś animals wyczułby magię, to zwykle nikt nie wściubiał nosa w nieswoje sprawy. Niby nie robiliśmy nic złego, ale żadne z nas nie chciało ćwiczyć na terenie Maoil. Było tam zbyt wiele ciekawskich oczu, a podejrzewałem, że ktoś cały czas ma nas na oku.

W końcu mieliśmy być najsilniejszym kocim sabatem od lat…

Dobre sobie. Czarowanie nadal szło nam raczej opornie, ale przynajmniej potrafiliśmy już rzucać niektóre zaklęcia bez niebotycznego wysiłku.

Wraz z Niną przesunąłem kilka skrzyń, które przytrzymywały zawilgoconą płachtę. Gdy ją podnieśliśmy, ujrzałem znajomy krąg, który gwarantował, że gdyby coś poszło nie tak, nie zrobimy nikomu krzywdy.

– Jesteście gotowe? – zapytałem, a one przytaknęły.

Każde z nas zajęło swoje, przypisane do pory roku, miejsce. Gdy Susannah usiadła jako ostatnia, przez moje plecy przebiegł prąd. Drgnąłem.

– Też to poczuliście? – Nina wbiła wzrok w krąg.

– Spasteen mówiła coś o anomaliach, to pewnie dlatego. Bo nie sądzicie, że… coś nam grozi? – W głosie Mii wybrzmiewała niepewność. Zaczęła się wiercić i zerkać za siebie, mimo że ewentualne zagrożenie nie nadeszłoby przecież stamtąd, a z samego kręgu podczas czarowania.

– Może zacznijmy od czegoś, co nie wymaga wiele mocy. Zaklęcie lewitujące? – zaproponowałem. Rzuciłem okiem na skrzynkę, na której zwykle ćwiczyliśmy. Wyglądała, jakby miała zaraz się rozpaść: na pewno nie pomogło jej tych kilka upadków z wysokości, bo któreś z nas się rozproszyło, ale wyryty symbol nadal był widoczny. By czar zadziałał, musieliśmy zawczasu określić jego cel.

– Wiatru siłę wzywamy, by poruszył to, co martwe się zdaje… – zaczęliśmy, a skrzynka uniosła się w górę już przy pierwszym powtórzeniu. To coś nowego, zwykle nie szło tak łatwo, w końcu z naszej czwórki tylko Nina w pełni obudziła w sobie magię.

Przez kilka minut przesuwaliśmy skrzynkę w powietrzu, obracaliśmy ją, a następnie delikatnie odłożyliśmy. Coś, co podobno dla sowy nie stanowiło żadnego wysiłku, od nas wymagało niesamowitego skupienia i koordynacji. Te wszystkie ćwiczenia i pomysł na samodzielną naukę zaklęć podsunęła nam Celine.

– Coś za łatwo poszło – stwierdziła Mia, a ja w duchu przyznałem jej rację.

– Może spróbujemy dzisiaj stawiania tarcz na poszczególnych osobach? – zaproponowała Nina, ale Susannah zaoponowała.

– Ledwo udaje nam się postawić osłonę na wcześniej rozrysowanym kręgu. Poprzednim razem nas to wyczerpało, a zaklęcie nawet w pełni nie zadziałało.

– Susannah ma rację. Skupmy się na kręgach ochronnych – wtrąciła Mia.

Nina przygryzła wargę. Widziałem, że bardzo chciała spróbować czegoś nowego. Rozumiałem jej tok myślenia: skoro z lewitacją poszło nam tak sprawnie, to może z trudniejszymi zaklęciami też nam pójdzie lepiej? Nie byłem przekonany do tego pomysłu.

Jakiś czas później wróciliśmy do Jaspera. Impreza trwała w najlepsze, podobnie jak kolejna bójka pomiędzy dwoma rosłymi wilkami. Nie wiedziałem, czy to zwykłe przepychanki, czy poważna kłótnia, ale uznałem, że to nie moja sprawa.

– Susannah, wszystko okej? Wydajesz się blada.

Głos Niny wyrwał mnie z zamyślenia, popatrzyłem na nie, ale Susannah zaprzeczyła i udawała, że nic się nie dzieje.

Wtedy coś zadzwoniło mi w uszach. Znieruchomiałem. Włoski stanęły mi na karku, wydawało mi się, że coś wibruje – coś, co powinno być za daleko, abym mógł to poczuć. Rozejrzałem się, a mój wzrok niemal natychmiast przyciągnęła czarna obrączka na dłoni jakiejś dziewczyny, której tu wcześniej nie widziałem. Na jej ramieniu siedział kruk.

Ta obrączka… zalała mnie przemożna ochota, aby podejść bliżej i jej dotknąć, chociaż na moment. Przesunąć palcami po powierzchni, by sprawdzić, czy była gładka, czy pełna drobnych, niewidocznych z daleka rysek. By odkryć tajemnice, które skrywała…

– Alec? – Mia wpatrywała się we mnie, jakby liczyła na jakąś odpowiedź.

– Ja… – zacząłem. Totalnie zgubiłem wątek. – Zamyśliłem się. Co mówiłaś?

– Zabieram Susannah do akademika, bo nie wygląda najlepiej. Tristan wróci później po resztę, prawda? – Zerknęła na kocura, a ten przytaknął. Skierowała wzrok na mnie. – Idziesz z nami czy zostajesz?

Ponownie popatrzyłem na dziewczynę z czarną obrączką na palcu. Może i dziwne pragnienie zniknęło, ale gęsia skórka nadal pokrywała moje ramiona.

– Idę.

Zaoferowałem ramię Susannah. Wyglądała na zmęczoną, więc nie próbowałem jej zagadywać. Zresztą milczenie z nią zawsze wydawało mi się kojące i naturalne. Jednym uchem przysłuchiwałem się przekomarzaniom Mii i Tristana, którzy ruszyli przodem.

– Poczekaj, czyli twierdzisz, że masz dobrze ponad sto lat?

– Tylko teoretycznie. Większość żywota spędziłem w tej nieszczęsnej formie, nie godzę się więc, by doliczać mi te dekady. Nadal uważam się za młodzieńca. – Tristan machał radośnie ogonem i co chwila zerkał na Mię. W tym kocie było zdecydowanie za mało z kota.

– No ale zanim klątwa zamieniła cię w urocze futrzaste stworzenie, to ile właściwie miałeś lat?

– Urocze?! Moja pani, błagam, nie ma nic gorszego niż określenie mężczyzny uroczym. Nawet jeśli chwilowo moja postać jest nieco odmienna.

Usłyszałem, jak zachichotała i znałem ją już na tyle, by wiedzieć, że świetnie się bawi i biedny Tristan zaraz nasłucha się o puchatości swojego ogona. Zaskoczyła mnie, gdy nadal drążyła:

– Unikasz odpowiedzi, a ja chcę wiedzieć, w jakim wieku byłeś, zanim przemieniono cię w kota.

Zastanawiałem się, czy Mia mu wierzy, czy uznała, że nie ma sensu się z nim sprzeczać.

– Minęło kilka dekad… Chyba jakieś dwadzieścia? Dwadzieścia parę?

– Byłeś taki młody! Kiedyś zmuszę cię do tego, byś opowiedział mi, jak do tego doszło.

– Z przyjemnością, moja pani, gdy tylko czas będzie odpowiedni.

Mhm. Czyli nigdy, bo nieważne, co zrobi Tristan, nic nie zmieni tego, że miał sierść i cztery łapy.

Rozdział 6 – BESTIA

Bestia znowu była głodna. Tym razem z tym walczyła, bo czuła, że nie powinna poddać się temu, co podpowiadał instynkt. Ale Głód się nie śpieszył, rósł. Rozpychał się, wił i wrzeszczał, iż nadeszła pora karmienia. A Głód należało zaspokoić.

Bestia próbowała więc uciekać z dala od tych, którzy wyglądali tak smakowicie. Wierzyła, że wystarczy się gdzieś zaszyć i przeczekać, to tylko chwila słabości. Wystarczy, by…

Wtedy bestia usłyszała czyjś głos i nim się zorientowała, znalazła się gdzieś, gdzie było mokro i wilgotno. Tam dojrzała nagie ciało pod strumieniem wody, które wyglądało bardzo smakowicie, a gdy owe ciało obróciło się, powiedziało:

– Co ty tu robisz, cukiereczku? Zgubiłaś się?

Głód zdusił wszelki opór, po czym przejął kontrolę, zdeterminowany, by dostarczyć im tego, czego potrzebowali do przetrwania. Bo bestia i Głód stanowili teraz jedność.

Skoczyła do przodu, zadowolona, że szum wody stłumi krzyki.

Rozdział 7 – ALEC

Spasteen wezwała nas do siebie w środę. Całą czwórkę. Chodziło o Mardi Gras? A może zorientowała się, że Tristan regularnie pomaga nam wymykać się z Maoil?

– Nie podoba mi się to – rzuciłem.

– Przez lata nie dowiedziała się o przejściu Tristana i miałoby się to stać teraz? Nie, to coś innego – stwierdziła Mia.

– Shiba? Słyszałaś coś? – Nina łypnęła na kotkę, która leciała obok niej.

– Nic o przejściu. Wszyscy są zajęci tematem pieczęci.

– A wiedzą dlaczego TO się stało? – wtrąciłem.

– Biorąc pod uwagę, jak często spotyka się ostatnio rada kowenów, to podejrzewam, że tak.

Zdusiłem jęk, gdy Shiba nie dodała nic więcej. Wyciąganie jakichkolwiek informacji z kotów zawsze okazywało się straszną męką. Nina – z zaskakującą jak na nią cierpliwością – drążyła dalej:

– Iiii…?

Kotka odleciała i zrobiła kilka piruetów w powietrzu. Gdy zerknąłem na przyjaciółkę, ta ledwie dostrzegalnie pokręciła głową. Shiba nic więcej nam nie powie. Przed ich połączeniem liczyłem, że będzie częściej dzielić się informacjami z Niną, ale niestety kotka była pod tym względem dość… konserwatywna?

Wiecznie niezadowolona z życia sekretarka wpuściła nas do gabinetu dyrektorki, a Lauren na nasz widok podniosła się zza biurka.

– Mój ulubiony sabat.

Coś mi mówiło, że „ulubiony” w tym kontekście wcale nie oznaczał niczego dobrego.

– Podobno chciała pani z nami porozmawiać – zaczęła Susannah, a Spasteen przytaknęła i kazała nam usiąść na dwóch kanapach na prawo od wejścia. Sama zajęła rzeźbione w ciemnym drewnie krzesło, po czym oparła splecione dłonie na kolanach.

– Jak się macie? Od Mardi Gras minął już dobrze ponad tydzień, ale wiem, jak traumatyczne potrafią być takie wydarzenia.

Zerknąłem na Mię, która siedziała obok mnie, a potem na Ninę z Shibą i Susannah na drugiej kanapie. Żadna nie śpieszyła się z odpowiedzią.

– W porządku, chyba. Kostka Mii wygląda już dobrze, ale Su… – zacząłem.

– Dochodzę do siebie – ucięła Susannah, a ja posłałem jej zirytowane spojrzenie. Jej skłonność do bagatelizowania swojego samopoczucia i zaciskania zębów pomimo bólu czasami naprawdę działała mi na nerwy.

– Już o tym rozmawialiśmy, ale czy w Mardi Gras nie wydarzyło się coś jeszcze? Coś… niespodziewanego? Dziwnego?

Nina zmrużyła oczy, ale milczała.

– Poza tamtą barierą i tym, że coś zabiło kilkudziesięciu śmiertelników? Nie – powiedziała powoli Mia.

Lauren przesunęła wzrok na mnie, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Przecież powiedzieliśmy jej o wszystkim, co widzieliśmy. Przez dłuższą chwilę panowała niezręczna cisza.

– Na jaką odpowiedź pani liczyła? Nie byłam z resztą na paradzie, ale skoro zaprosiła pani cały nasz sabat, to zapewne z jakiegoś powodu…? – zaczęła Nina.

Shiba zastrzygła uszami, po czym zapytała:

– Jaki jest cel tego spotkania, Lauren?

Spasteen założyła nogę na nogę i wzięła głębszy oddech, jakby na coś się szykowała.

– To, co teraz powiem, nie może opuścić tego pokoju. Rada się sprzeciwiała, ale ponieważ należycie do Kowenu Kota, ostateczne słowo należało do Przewodniczącej Sotrestorm. A ona, podobnie jak ja, uważa, że powinniście wiedzieć. Wiedza może uratować wam życie.

Czekaj, co? Jak to życie? Myślałem, że jesteśmy bezpieczni, przynajmniej na jakiś czas, dopóki Synowie Ziemi wylizują rany po grudniowej porażce.

– Nie rozumiem. Co pani próbuje nam powiedzieć? – Mia pochyliła się do przodu i wbiła wzrok w dyrektorkę.

– Kruki od lat przepowiadały powrót smoka i miały rację. Ich wizje zwykle były dość rozmyte. Od wydarzeń w Mardi Gras większość kruczych wiedźm i wiedunów ma jedną bardzo konkretną wizję.

– Co oni widzą? – zapytała poważnie Susannah.

– Rozpadającą się pieczęć, która chroni Crowsquek, do tego smoka, który niedawno się przebudził, demona i… śmierć waszej dwójki. Aleca i Susannah.

Zamarłem. Co? Jakby… co?

Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, ale zaraz je zamknąłem. Zacząłem się śmiać. Lauren nijak tego nie skomentowała, wpatrywała się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Jak to śmierć? – zapytała ostro Nina.

– Alec…? – Mia dotknęła mojego ramienia, ale strząsnąłem jej rękę.

– To niedorzeczne – wydukałem pomiędzy kolejnymi napadami śmiechu. Bo to był śmiech, prawda? Nie jakaś… histeria?

– Dlaczego my? Co mamy z tym wspólnego?

– Tego właśnie usiłuję się dowiedzieć, panno Grabowski. Nie mówię o pojedynczym wróżeniu, a dziesiątkach. Przyszłość nie jest czymś trwałym, może ulec zmianie i to jest naszym celem. Ani ja, ani Celine nie dopuścimy, aby ta część przepowiedni się spełniła.

– Ile mamy czasu?

– Jak zginiemy? – zapytałem niemal jednocześnie z Susannah, która wydawała się jeszcze bledsza niż zwykle, a dłonie zacisnęła na fałdach długiej, brązowej spódnicy.

– Przepowiednie mówią o przesileniu letnim. Czy wydarzy się to dokładnie tego dnia, czy chwilę przed… nie jesteśmy pewni.

Nieco ponad trzy miesiące. Mamy trochę czasu, aby znaleźć rozwiązanie, ale jeśli nam się to nie uda… zostały mi tylko trzy miesiące życia.

Znów zacząłem się śmiać, bo matka miała rację, gdy mówiła, że kowen doprowadzi do mojej zguby. Nie wiedziała nawet jak bliska była prawdy.

– Widzący nie są w stanie określić przyczyny śmierci. Czy to demon, a tak właśnie podejrzewamy, sama magia czy zwykły wypadek. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo przerażająco to brzmi, uwierzcie mi jednak, czasami wystarczy jedna decyzja, by odmienić swój los.

– Demon? Celine tłumaczyła mi, że pieczęć chroni miasto przed przenikaniem tych stworzeń do naszego świata, a sama zasłona między innymi wymiarami jest bardzo gruba. Dlaczego więc…? – zaczęła Nina, po czym urwała i obejrzała się na Shibę siedzącą za nią na oparciu kanapy. – Pieczęć. Plotki są zatem prawdziwe. Naprawdę jest uszkodzona?

– Zachowajcie to proszę dla siebie. Nie chcę wzbudzać paniki, a już pracujemy nad przywróceniem odpowiedniego ładu – powiedziała Spasteen.

– Jak? Od trzystu lat chroniła miasto, dlaczego teraz…?

– Ten temat proszę zostawić nam, panno Waldorf. Wolałabym, aby zajęła się pani swoimi przyjaciółmi, szczególnie że na razie jest pani jedyną, która połączyła swoją duszę z kotem.

– I co my mamy teraz niby zrobić? Zmienić przyszłość? Wyjechać z Crowsquek? Tylko wtedy możemy mieć pewność, że zmienimy swój los. – Wbiłem wzrok w dywan. Obawiałem się, że jeśli spojrzę na przyjaciółki, to tym razem z moich ust nie wyrwie się śmiech, a coś zupełnie innego.

– Na razie nie ma potrzeby, by podejmować tak pochopne działania. Naprawa pieczęci powinna zmienić przepowiednię, a jeśli tak się nie stanie, to wtedy rozważymy bardziej stanowcze kroki. W tej chwili mogę doradzić jedno: skupcie się na odnalezieniu swoich bratnich dusz. Tylko więź z kotem i dar wielożyć może zagwarantować wasze bezpieczeństwo, gdyby doszło do najgorszego.

– Gdyby nasz los okazał się przesądzony i nie dałoby się go odmienić – podsumowała spokojnie Susannah, ale wzrok miała nieobecny. Zastanawiałem się, czy w pełni zrozumiała powagę sytuacji, czy dotrze to do niej dopiero za jakiś czas.

Zerwałem się z kanapy i zacząłem krążyć po pokoju. Dlaczego my? Dlaczego znowu ja? W grudniu cudem przeżyliśmy atak łowców i w żadnym razie nie wynikało to z naszych umiejętności, a faktu, że ocalili nas inni. Odell, animalsi z innych kowenów, Nina, Oberon…

– Byliśmy świadkami przebudzenia smoka. W jakiś sposób nas to naznaczyło? – zapytała Mia, ale Spasteen bezradnie rozłożyła ręce. Nie znała odpowiedzi, a przynajmniej nie takich, jakich chciałaby nam udzielić.

– Połączenie się z kotem to pani jedyna rada? Alec i Susannah mają czekać bezczynnie z nadzieją, że zrobicie coś, by odmienić ich los? A co, jak się nie uda? – Nina również wstała.

– Dlatego zasugerowałam skupienie się na poszukiwaniach duchowego partnera.

– To koty wybierają nas, a nie my ich i doskonale zdaje sobie pani z tego sprawę, dyrektorko Spasteen – powiedziała chłodno Nina.

Laureen podniosła się powoli i nie wyglądało na to, by nasze oburzenie zrobiło na niej jakiekolwiek wrażenie. Wziąłem dwa powolne wdechy, by nabrać dystansu. To tylko przepowiednia, w dodatku dość odległa. Miałem czas, a w interesie wszystkich kowenów było naprawienie pieczęci. Tylko co w tym wszystkim robił smok…?

– Ponowię swoją prośbę z niedzieli. Gdybyście zauważyli coś niecodziennego: dziwne objawy, u siebie czy też u innych, to proszę…

Odwróciłem wzrok i zacząłem się rozglądać po gabinecie. Musiałem chociaż na chwilę odciąć się od tego, co właśnie usłyszałem.

Mój wzrok padł na szklaną gablotę z zamkiem, w którym tkwił kluczyk, a w niej skrawek tkaniny o barwie głębokiego fioletu. Wtedy znów to poczułem.

Wibrowanie. A chwilę później przemożną chęć, by tego czegoś dotknąć.

Zrobiłem dwa kroki do przodu. Czy to kawałek ubrania? Moment, wydawało się znajome, gdzieś je już widziałem.

Wibrowanie się nasilało i poczułem, jakbym to nie ja szedł w kierunku gabloty, tylko ona sama się do mnie zbliżała. Jakbym ją przyciągał. Świat zaczął drżeć, ale wtedy nie wydawało mi się to istotne. Liczył się tylko kawałek ubrania i to, co mógł skrywać.

– Panie Seabass, proszę nie…!

Nie pamiętam momentu, w którym uchyliłem drzwiczki. Musiałem, po prostu musiałem dotknąć materiału. Wyciągnąłem dłoń, a gdy moje palce zacisnęły się na miękkiej tkaninie, podłoga usunęła mi się spod stóp. Runąłem w ciemność.

Rozdział 8 – SUSANNAH

Byłam tak skupiona na dyrektorce Spasteen, że niczego nie zauważyłam. W jednej chwili tłumaczyła nam, dlaczego powinniśmy nawiązać więzi z kotami, a w drugiej zerwała się ku Alecowi. Zamierzała powstrzymać go przed otwarciem nowoczesnej – i niepasującej do reszty wnętrza – gabloty, na którą zwróciłam uwagę, gdy tylko przekroczyliśmy próg gabinetu. Wtedy nie wydawała mi się istotna.

– Panie Seabass, proszę nie…!