37,90 zł
Rzeźnia — Małgorzata i Michał Kuźmińscy. Rodzinna sukcesja, zaginiony dziedzic i tajemnice polskiej transformacji
„Rzeźnia” Małgorzaty i Michała Kuźmińskich to kryminał o walce o rodzinne imperium, zaginięciu sprzed ponad dwudziestu lat i sekretach sięgających początków biznesowej fortuny zbudowanej w latach 90. Prywatna detektywka Sylwia Nowak ma ustalić, co stało się z Grzegorzem Szlachtą, którego los blokuje podział ogromnego spadku, ale śmierć człowieka od lat zajmującego się jego sprawą pokazuje, że ktoś nadal pilnuje przeszłości.
Kluczowe informacje: drugi tom serii z prywatną detektywką Sylwią Nowak · można czytać bez znajomości „Ruin” · kryminał z tajemnicą rodzinną i walką o sukcesję · tłem historii są początki rodzinnej fortuny i polska transformacja · dla fanów „Sukcesji” oraz kryminałów, w których liczą się intryga, relacje między bohaterami i język
Czego można się spodziewać po „Rzeźni”?
O czym jest „Rzeźnia”?
Wojciech Szlachta, twórca mięsnego imperium, umiera bez testamentu. Jego majątek powinien przypaść dzieciom, ale jest problem: Grzegorz, najstarszy syn Szlachty, zaginął ponad dwadzieścia lat wcześniej, a ojciec nigdy nie pozwolił uznać go za zmarłego. Dopóki jego los pozostaje niewyjaśniony, rodzinny spadek i przyszłość firmy tkwią w zawieszeniu.
Rodzeństwo wynajmuje więc Sylwię Nowak. Zadanie jest konkretne i brutalnie pragmatyczne: ma odnaleźć ciało Grzegorza i umożliwić sukcesję. Detektywka dostaje dostęp do materiałów ze starego śledztwa i zaczyna rekonstruować ostatnie dni zaginionego oraz historię rodziny.
Sytuacja zmienia się, gdy ginie były policjant i prywatny detektyw, który przez lata zajmował się zaginięciem. Sylwia przekonuje się, że sprawa sprzed dwóch dekad wcale nie należy wyłącznie do przeszłości.
Dlaczego rodzinne sekrety są tu równie ważne jak zagadka kryminalna?
Szlachtowie nie tworzą zgodnego frontu. Każde z rodzeństwa zajmuje inne miejsce w rodzinnej hierarchii, ma inną relację z pozostawionym przez ojca imperium i własny pomysł na to, kto powinien przejąć kontrolę nad firmą. Spadek staje się więc nie tylko fortuną do podziału, lecz także zapalnikiem dawnych konfliktów.
W luksusowej rezydencji pośród pól dawnego PGR-u trwa gra o sukcesję, ale nad żyjącymi wciąż ciąży nieobecny Grzegorz. Jego zaginięcie wpłynęło na całą rodzinę, a powrót do tamtej sprawy zmusza jej członków do konfrontacji z tym, co przez lata próbowali wyjaśnić, przemilczeć albo zostawić za sobą.
Co łączy kryminał z opowieścią o polskiej transformacji?
Początki fortuny Wojciecha Szlachty prowadzą do lat 90. i gospodarstwa przejętego po upadającym PGR-ze. Z czasem wyrasta z niego rozbudowany biznes mięsny, a historia ekonomicznego sukcesu staje się jednym z tropów prowadzących Sylwię w przeszłość rodziny.
Dlatego „Rzeźnia” nie ogranicza się do pytania: co stało się z Grzegorzem? Równie ważne okazują się pytania o to, na czym zbudowano rodzinne imperium, kto poniósł koszty awansu jego założyciela i które wydarzenia z początków nowej Polski nadal wpływają na następne pokolenie.
Sam tytuł pracuje na kilku poziomach. Rzeźnia jest konkretnym miejscem związanym z rodzinnym przedsiębiorstwem, ale staje się też mocnym obrazem walki o władzę, pieniądze i prawdę. Powieść wielokrotnie zestawia świat właścicieli imperium z ludźmi funkcjonującymi na jego zapleczu — pracownikami, kierowcami, ochroną i innymi osobami zwykle pozostającymi poza centrum uwagi.
Dla kogo jest „Rzeźnia”?
To propozycja dla czytelników, którzy od kryminału oczekują więcej niż samej odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”. Śledztwo rozwija się równolegle z portretem rodziny, jej zależnościami, walką o kontrolę nad firmą oraz opowieścią o majątku zbudowanym w szczególnym momencie polskiej historii.
„Rzeźnia” może zainteresować zwłaszcza fanów „Sukcesji”: w centrum znajdują się śmierć patriarchy, rodzinne imperium, pieniądze, rodzeństwo o sprzecznych interesach i pytanie, kto przejmie władzę. Tyle że u Kuźmińskich do gry o sukcesję dochodzi nierozwiązana sprawa zaginięcia, prywatne śledztwo i morderstwo.
Czy trzeba wcześniej przeczytać „Ruiny”?
Nie. „Rzeźnia” jest drugim tomem serii z prywatną detektywką Sylwią Nowak, ale historię można czytać bez znajomości „Ruin”.
Warto wiedzieć, że Sylwia nie jest wyłącznie narzędziem służącym rozwiązaniu zagadki. Powieść pokazuje jej metodyczną pracę z aktami, obserwację ludzi i umiejętność wychwytywania szczegółów, a także ciężar psychiczny związany z cudzymi zbrodniami i sekretami.
Kim są autorzy „Rzeźni”?
Małgorzata Fugiel-Kuźmińska jest antropolożką kultury, zawodowo związaną z branżą IT. Wspólnie z profilerem Janem Gołębiowskim napisała książkę „Urodzeni mordercy? Nieznane kulisy pracy profilera. Kto zabija i dlaczego”.
Michał Kuźmiński jest dziennikarzem, redaktorem i podcasterem. Napisał m.in. popularnonaukową „Naukę w kuchni”, reportaż historyczny „Z domu Israela” oraz powieść detektywistyczną dla dzieci „Złodziej czasu”.
Wspólnie stworzyli powieści retro „Sekret Kroke” i „Klątwa Konstantyna” oraz cykl etnokryminałów: „Śleboda”, „Pionek”, „Kamień” i „Mara”. „Mara” otrzymała Nagrodę „Kryminalnej Piły” dla Najlepszej Miejskiej Powieści Kryminalnej 2019. „Ruiny” rozpoczęły nowy cykl z Sylwią Nowak, bohaterką znaną wcześniej z „Kamienia”.
Na podstawie „Ślebody” i „Pionka” powstały seriale oryginalne SkyShowtime z Marią Dębską jako Anką Serafin i Maciejem Musiałem jako Bastianem Strzygoniem.
Co o „Rzeźni” mówi Ziemowit Szczerek?
Ziemowit Szczerek zwraca uwagę na połączenie wciągającej fabuły kryminalnej z opisem polskiej rzeczywistości. Nazywa „Rzeźnię” „polską Sukcesją pożenioną z kryminałem”, której źródła prowadzą do czasów transformacji, i podkreśla także siłę powracających bohaterów.
Jego rekomendacja dobrze wskazuje dwa równorzędne poziomy powieści: zagadkę kryminalną oraz społeczno-rodzinne tło, bez którego nie da się zrozumieć gry toczącej się wokół imperium Szlachtów.
Kuźmińscy są jak sytuacja win-win. Podwójne zwycięstwo z podwójną nagrodą. Jednocześnie bowiem od lat opisują polską rzeczywistość i wprowadzają ją do polskiej kultury, i robią to na poziomie wyznaczanym przez „wielkie powieści”, takie, które lądują na listach lektur szkolnych, oraz piszą niesamowicie wciągające kryminały – nie tylko czyta się je od dechy do dechy, ale i do dechy również wciśnięty jest w nich gaz. Rzeźnia jest jak polska Sukcesja pożeniona z kryminałem ze źródłem w czasach malowniczej polskiej transformacji, ale widzianej przez pokolenie Paktofoniki. I opowiedzianej tak, że człowiek ledwie ma czas na oddech.
A od bohaterów (którzy powracają w innych powieściach) trudno się uwolnić. Ja bym ich do knajpy brał regularnie, gdyby byli prawdziwi, a takie robią wrażenie. Ale zawsze, czemu nie, można iść do knajpy z książką Kuźmińskich. Ja chadzam, i wolę z nimi niż z wieloma prawdziwymi.
Często zadawane pytania FAQ
O czym jest książka „Rzeźnia”? To kryminał o prywatnej detektywce Sylwii Nowak, która bada zaginięcie Grzegorza Szlachty sprzed ponad dwudziestu lat. Wyjaśnienie jego losu ma umożliwić rodzeństwu podział fortuny po zmarłym ojcu.
Kim jest Sylwia Nowak? To prywatna detektywka i główna bohaterka cyklu Kuźmińskich. W „Rzeźni” podejmuje się sprawy, której przez lata nie zdołali rozwiązać inni śledczy.
Czy „Rzeźnia” jest częścią serii? Tak. To drugi tom cyklu z Sylwią Nowak, po powieści „Ruiny”.
Czy można przeczytać „Rzeźnię” bez znajomości „Ruin”? Tak. „Rzeźnia” została pomyślana tak, by można było czytać ją bez znajomości poprzedniego tomu.
Jakie motywy pojawiają się w „Rzeźni”? Ważne są tajemnice rodzinne, sukcesja, walka o spadek i władzę, zaginięcie sprzed lat, relacje między rodzeństwem, polska transformacja, awans społeczny oraz przeszłość rodzinnego biznesu. W powieści pojawia się również kontrast między właścicielami imperium a ludźmi pracującymi na jego zapleczu.
Dlaczego „Rzeźnia” może spodobać się fanom „Sukcesji”? Obie historie wykorzystują motyw zamożnej, skonfliktowanej rodziny i walki o kontrolę nad imperium stworzone przez dominującego ojca. W „Rzeźni” ten rodzinny konflikt zostaje połączony ze śledztwem dotyczącym zaginionego dziedzica.
Czy „Rzeźnia” skupia się tylko na zagadce kryminalnej? Nie. Intryga jest jednym z głównych elementów powieści, ale równie istotne są relacje rodzinne, walka o sukcesję, społeczne tło historii oraz konsekwencje decyzji podejmowanych przez poprzednie pokolenie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 557
Projekt okładkiTOMASZ MAJEWSKI
Fotografie na okładce View Stock/Getty Images stockbusters/Istockphoto Sage Atlas/Unsplash Amir Abbaspoor/Unsplash Stepan Severinoff/Unsplash Pawel Czerwinski/Unsplash
Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaKAROLINA BOROWIEC-PIENIAK / SZTAMBOOK
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA
Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN / LOREM IPSUM
Polish edition © Publicat S.A., Małgorzata Fugiel-Kuźmińska i Michał Kuźmiński MMXXVI (wydanie elektroniczne)
All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7049-1
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
KSIĄŻKĘ POLECA
Kuźmińscy są jak sytuacja win-win. Podwójne zwycięstwo z podwójną nagrodą. Jednocześnie bowiem od lat opisują polską rzeczywistość i wprowadzają ją do polskiej kultury, i robią to na poziomie wyznaczanym przez „wielkie powieści”, takie, które lądują na listach lektur szkolnych, oraz piszą niesamowicie wciągające kryminały – nie tylko czyta się je od dechy do dechy, ale i do dechy również wciśnięty jest w nich gaz. Rzeźnia jest jak polska Sukcesja pożeniona z kryminałem ze źródłem w czasach malowniczej polskiej transformacji, ale widzianej przez pokolenie Paktofoniki. I opowiedzianej tak, że człowiek ledwie ma czas na oddech.
A od bohaterów (którzy powracają w innych powieściach) trudno się uwolnić. Ja bym ich do knajpy brał regularnie, gdyby byli prawdziwi, a takie robią wrażenie. Ale zawsze, czemu nie, można iść do knajpy z książką Kuźmińskich. Ja chadzam, i wolę z nimi niż z wieloma prawdziwymi.
ZIEMOWIT SZCZEREK
Powędrowałem do dżungli, kiedy miałem siedemnaście lat. A kiedy z niej wyszedłem, miałem dwadzieścia jeden. I, mój Boże, byłem już bogaty!
Arthur Miller, „Śmierć komiwojażera”,przeł. Joanna Gorczycka
Chlewino, listopad 2025
Deszcz szumiał w wytłumionym wnętrzu potężnego Audi. Spływał po przedniej szybie, rozmiękczając ciemność za oknem w rozedrgane kaniony skrzące się pomarańczą, czerwienią i bielą reflektorów mijanych samochodów. Ale on tego nie widział ani nie słyszał. Przed oczami wybuchały mu serie różowych mroczków, zamieniając wnętrze samochodu w tubę kalejdoskopu. W uszach słyszał pisk, który przypominał mu wycie czajnika z gwizdkiem, szatańskiego wynalazku rodem z PRL, tej starej Polski, z którą nigdy nie walczył, ale do której też nie tęsknił.
To przez ten pisk skrócił spotkanie. Nie słyszał, co mówią. Docierały do niego tylko strzępy strategii, planów i kolejnych kroków. Przerwał synowi w pół zdania, zażądał, żeby wszyscy wyszli. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile go to kosztowało, każde słowo i oddech musiał wydzierać sobie z piersi.
Gdzieś przy omawianiu kwestii obsługi kredytów poczuł nagle, że coś jest nie tak. Dziwne wrażenie, jak wtedy, kiedy zgniótł niechcący w rękach łabądka, którego Bożena przywiozła kiedyś z Murano – coś pyknęło, trachnęło i w ręku zostały mu tylko kolorowe szkiełka, a w uszach zawibrował jej pisk. Tak, potem przyszedł pisk, wysoki, natarczywy, gdzieś z wnętrza czaszki. Zimno w końcówkach palców, na czubku nosa, zimno gdzieś pod mostkiem.
Chciał nalać sobie kieliszek koniaku, ale tylko rozlał alkohol, którego ostry zapach otrzeźwił go na chwilę. Wyprostował się w fotelu, oparł głowę o zagłówek, sięgnął po telefon. Obudził go dopiero Mateusz, pukając nieśmiało do jego biura, choć godzinę temu skończył dniówkę.
Próbował skupić wzrok na tym, co za szybą, ale – to pewnie przez ten deszcz – wszystko rozmywało mu się przed oczami w granatową magmę. Bardziej z pamięci wyczuwał za oknem spokojny oddech krajobrazu, hektary pola, drzewa na horyzoncie, niskie, długie klocki chlewni i obory, silos – do niedawna najwyższy punkt okolicy, póki nie pojawiły się wiatraki, które wielu ludzi uważało za upiorny cyberprzeszczep niezdarnie przyszyty do umierającego ciała byłego pegeeru. On tak nie myślał, lubił je. Dla niego to wszystko ciągle jeszcze miało potencjał.
Zarzuciło nim na zakręcie – to już? Znowu musiał stracić poczucie czasu. Usłyszał chrzęst żwiru na podjeździe, przez otwarte drzwi wtargnęło do auta chłodne powietrze.
Ruchem ręki odprawił Mateusza, który moknąc, zaprowadził do go sieni pod parasolem.
Został sam, w ciemności. I nagle poczuł, że bardzo nie chce być sam. W ciemności.
Ruszył, noga za nogą, jakby zapomniał, że zna układ tego domu na pamięć. To on go przecież wymyślał, chodził po budowie z majstrami i mówił: tu będzie sauna, a tu garderoba, a oni kiwali głowami, chociaż na oczy nie widzieli sauny ani garderoby. Wymyślał, ale nie projektował. Od tego miał architekta, chłystka z Warszawy, który krzywił się na jego pomysły, że kolumnada w takiej formie zamiast dworku będzie przywodzić na myśl plantację. Złapał go wtedy za klapy i wysyczał, że owszem, że to jest plantacja, a on jest jego murzynem, więc niech robi, co się do niego mówi. Dzisiaj już by tak nie zrobił. Dzisiaj wiedział, że tak się nie robi. Może by nawet darował sobie tę kolumnadę.
Przebrnął przez hall, potknął się o coś. Dywan – to znaczy, że znalazł się w salonie. Próbował wydusić z siebie polecenie dla Alexy, że ma zapalić światło, ale z ust wydobyło mu się tylko nieskładne mamrotanie, Alexa nawet nie odpowiedziała, że nie rozumie, co doprowadzało go zwykle do szewskiej pasji. W tej ciemności brakowało mu nawet Alexy.
Wymacał coś przed sobą, coś dużego i miękkiego – kanapa! Był uratowany. Szurając stopami, spocony, chociaż w zdrętwiałych nogach czuł tylko zimno, obszedł mebel i zwalił się na poduszki. Coś szpikulcem do lodu dźgnęło go w mostek i krzyknąłby, gdyby mógł. Znowu przed oczami wybuchły mu światła, jak w Panderozie, gdzie opijali kiedyś jakiś interes z chłopakami z Białorusi. Mieli dla siebie lożę w strefie VIP, grali Boys albo Akcent, panienki kręciły tyłkami, a oni pili, jakby miało nie być jutra. I chociaż rano czuł się nawet gorzej niż teraz, to jutro jednak było. Oj, było, mało kto miał wtedy takie jutro, jak on.
Zaschło mu w ustach. Ktoś powinien podać mu szklankę wody. Przecież właśnie po to to wszystko – zapłonął gniewem – po to wypruwał sobie żyły, żeby ktoś mu podał teraz szklankę wody! Dzieci. Żona. Tak, miał kiedyś żonę. Pszenno-buraczaną żonę z pegeeru. Pachniała świeżym mlekiem i dziewczęcym potem, kiedy brał ją w oborze, wiadra dzwoniły, a jej płowy warkocz owijał mu się wokół szyi, uderzał po plecach jak powróz, jak pęta, z których się wyzwalał. Obiecał jej, że zabierze ją z tej obory, że zostanie wielką panią. I dotrzymał słowa, ale ona, sam nie wiedział kiedy, z hożej dziewoi od krów przeistoczyła się w wiejską babę, rumianą i przy kości, jak dobrze odżywiona maciora. Nie pasowała do jego nowego życia, do tej nowej Polski, o którą nie zabiegał, ale przed którą się nie bronił. Bała się tego ich nowego życia, chociaż z czasem się przyzwyczaiła, bo człowiek zawsze przyzwyczai się do dobrego.
I bała się ich, spuszczała wzrok, kiedy przynosiła im zakąski do wódki, wymawiała się od kieliszeczka, bo dzieci, bo głowa słaba albo boli. I wracała do dzieci, tuliła je do siebie, kiedy oni po nie wiadomo już którym kielichu strzelali – niczym kompania Kmicica do obrazów – do telewizora, w którym mignął im Bush, Kohl albo Wałęsa. Zostawił ją więc w domu, a sam wziął sobie inną, taką, która pasowała do jego garnituru i lustrzanych okularów.
Przewinęło się ich kilka. Nazywał je sekretarkami, chociaż nie zawsze umiały pisać na komputerze. Gdy przestawały pasować, pozbywał się ich. Żony pozbył się na końcu.
Kiedyś myślał, że na powrót połączy ich rozpacz. Gdy to się stało, zbliżyli się do siebie jak dwa zranione szczenięta, które próbują ogrzać się nawzajem. Wczepili się w siebie, ale okazało się, że tylko się poranili. On znienawidził ją za to, że się poddała, że zamiast walczyć jak on, o każdy trop, kursowała tylko do kościoła i spowiadała się, jakby to była jej – ich! – wina. Ona znienawidziła go za to, że w świecie, w którym nie ma nic za darmo, on odważył się sięgnąć po wszystko. A cena za wszystko jest nieskończona.
Światła Panderozy w jego głowie się uspokoiły, przestały tańczyć obłędną macarenę, a oślepiający bielą stroboskop ulokował się w prawym górnym rogu pola widzenia. Coś z niego wychynęło, rzucając długi cień. A więc jednak – nie zapomniały o nim.
Dzieci.
Zmrużył oczy, uśmiechnął się, jęknął. Dwie dziewczynki. Ta młodsza, w różowej sukieneczce z tiulu, miała na głowie diadem księżniczki, a na plecach skrzydła wróżki. Tak, pozwalali jej, żeby tak biegała po domu całymi dniami. Bo co w tym złego, że mała księżniczka może robić, co jej się podoba? Przecież nawet gdy dorośnie, będzie nosić ten diadem, już on zadbał o to, żeby nie musiała go zdejmować. Tylko czy delikatne jak mgiełka skrzydła wróżki przetrwają zderzenie z rzeczywistością?
Gdzieś kiedyś czytał, że mężczyzna daje najmłodszej córce to, czego nigdy nie dał żonie, którą się rozczarował. Uwagę, czas, zainteresowanie, czułość. Słucha jej, nawet kiedy ta plecie o jednorożcach, nigdy nie traci do niej cierpliwości, wybacza wybryki i wspiera ją w każdej sytuacji. A w zamian ona daje mu to, czego on nigdy nie dostał od żony – owo pełne uwielbienia spojrzenie, posyłane bohaterowi nad truchłem pokonanego smoka. Tak, czytał kiedyś w internecie różne bzdury, gdy goście od PR wymyślili, że może zostać role model i będzie się wypowiadał w telewizjach śniadaniowych na temat kondycji współczesnego mężczyzny.
Ale co z niego za mężczyzna? Ściął drzewo, żeby wybudować dom, coś mu podpowiadało wtedy, że to zła wróżba. Spłodził syna, którego potem stracił, gdy ten miał stać się mężczyzną. Nie, stracił go chyba dużo wcześniej.
Przeszło mu przez myśl, że kobiety rozczarowują się dużo szybciej, więc to, czego nie zainwestowały w mężów, bo stwierdziły, że nie warto, inwestują w najstarszych synów. Taka kobieta będzie sprzątać każdy pyłek sprzed stóp swego pierworodnego, karmić go małmazją i nektarem, wyręczać we wszystkim. Podporządkuje mu całe swoje istnienie, ale w zamian zażąda tego, czego nie dostała od męża. Żeby mogła poczuć się dumna, wsuwając dłoń pod rękę młodego lekarza, prawnika albo księdza. Porządnego człowieka, który coś osiągnął, którego wszyscy szanują, a on szanuje ją, więc jest trochę tak, jakby ją też wszyscy szanowali. Może dlatego tak się przed tym buntował. Tego, że nic nie osiągnął, zarzucić mu nie mogła. Więc co – że nie był przyzwoitym człowiekiem?
W twarz starszej dziewczyny bał się spojrzeć. Ale ona chyba wcale nie chciała, żeby na nią patrzył, kryjąc oblicze pod buntowniczo zarzuconą grzywką. Za bardzo była podobna do tamtego drugiego, zbyt wyraźnie było w niej widać wyrwę po tym, którego już nie ma, jakby nagle stała się niekompletna, jakby sama zaczęła znikać. A może to on zaczął ją wymazywać, kiedy nieświadomie starał się jej unikać, bo widok rysów jej twarzy był dla niego zbyt bolesny? I tak już zostało, a potem on już nie miał siły walczyć z jej gniewem.
W światło reflektora weszło dwóch chłopców. Ten starszy, przygarbiony, jakby zastygły w oczekiwaniu, z dużymi, łagodnymi oczami. Jak u krowy, pomyślał, a potem zganił się za tę myśl. Od dzieci oczekiwał przede wszystkim posłuszeństwa, więc dlaczego, gdy je dostawał, tylko wydymał wargi? Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było, czytał kiedyś swojej księżniczce do poduszki. Im bardziej chłopiec starał się być taki, jakim chciał go widzieć ojciec, tym mniej chłopiec ojca interesował.
Nie jak ten drugi. Ciągle w ruchu, w swoich czerwonych okularach w stylu tego nawiedzonego Owsiaka. Kosmonauta, szalony wynalazca, odkrywca i konstruktor. Postanowił kiedyś, że nie będzie młodego ograniczać. Że da mu wszystko, czego on zapragnie, żeby rozwijać swoje pasje. Że da mu szansę, której nikt nigdy nie dał jemu: że jego syn zostanie tym, kim zechce. I został, chociaż dzisiaj nie mieli sobie wiele do powiedzenia. Dziś bezsilnie patrzył, jak tamten wodzi wzrokiem po ich rodzinnym imperium niczym dziedzic po wyliniałych kobiercach i okopconych ścianach rodzinnego dworu i marzy o szklanych domach z software’u albo AI.
Coś galopowało mu nierównym rytmem w piersi, raziło go co jakiś czas impulsami elektrycznymi w splot słoneczny. Dzieci ustawiły się w krąg, milcząc – a może coś mówiły, ale nie słyszał, bo pisk przeszedł w jednostajne, wysokie wycie. Wtem rozstąpiły się na boki, chłopcy na prawo, dziewczynki na lewo. Reflektor go oślepił.
Zamrugał gwałtownie, po czym zobaczył, że ze środka wyłania się jeszcze jeden cień.
Szedł powoli, a on aż poderwał się ostatkiem sił, zaszlochał, upadł na kolana, widząc charakterystyczny zarys szerokich dresowych spodni, przechylenie głowy, szurający krok rozwiązanych adidasów. Wsparł się na łokciach, starał się skupić wzrok na postaci, ale ta zatrzymała się na skraju ostrości.
Złapał się na tym, że nie pamięta, jak on wygląda. Że po tych wszystkich latach twarz syna potrafił przywołać już tylko z tych kilku oficjalnych fotografii, które pokazała potem telewizja. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
Postać poprawiła plecak na ramieniu – tego gestu nie był w stanie pomylić z niczyim innym – po czym odwróciła się i zaczęła znikać.
– Nie! – wycharczał. – Nie, nie odchodź!
– Przepraszam, nie jestem pewna, czy zrozumiałam – odpowiedziała Alexa.
Zaczął się czołgać w stronę światła. Metr, dwa. Trącił stolik, coś na niego spadło, poczuł wilgoć i mdlący zapach kwiatów. Światło zaczęło pulsować, galop przyspieszył. Postać zatrzymała się, odwróciła, gestem przyzywając go do siebie.
Podążył za nią, chociaż pozostał na dywanie.
Przeszłość odkreślamy grubą linią.
Tadeusz Mazowiecki, w przemówieniu z 24 sierpnia 1989 r.
Koszalin, listopad 2025
Okno wreszcie ustąpiło ze skrzypnięciem. Ożywczy powiew poruszył wertykalami. Do utrzymanego w mahoniowych tonach pokoju konferencyjnego w zrewitalizowanej kamienicy napłynął stukot kroków z krótkiego deptaka, w który niedawno zmienił się ten odcinek ulicy Piłsudskiego, i szum aut sunących ulicą Zwycięstwa. Westchnienie ulgi przemieszało się z szeptami i szelestem przekładanych papierów. Ale napięcia nagromadzonego w pokoju nie dało się wywietrzyć. Nad stołem konferencyjnym wisiało ono niczym burzowa chmura, w której kondensują się ładunki elektryczne.
Drzwi się otworzyły i stanęła w nich kobieta z tacą.
– Najmocniej przepraszam, teraz jest na owsianym. – Postawiła filiżankę przed filigranową dziewczyną o wielkich oczach i końcówkach włosów ufarbowanych na różowo.
– Nie ma problemu, bardzo dziękuję. – Tamta objęła filiżankę dłońmi.
– Dla pana czarna – mruczała kobieta, stawiając kolejną filiżankę przed wysokim, chudym mężczyzną w średnim wieku, ubranym w czarny garnitur. Skinął łysiejącą na czubku głową w geście podziękowania.
– Dla pani espresso. – Kolejna kawa wylądowała przed krótko obciętą kobietą w ciemnym, opiętym na szerokich ramionach kostiumie, która przyjęła ją bez słowa. – A ta z drippera będzie za parę minut. Zaraz dostarczą ją z kawiarni.
– Okej – rzucił odchylony na krześle mężczyzna w sportowej marynarce i w czapce z daszkiem nasuniętej tak głęboko, że opierała się na jego okularach. Nawet nie spojrzał na kobietę, tylko nerwowym gestem przesuwał palcem po ekranie telefonu.
Drzwi zamknęły się i szepty ucichły. Siedzący u szczytu stołu radca prawny Henryk Podgorecki wstał i obciągnął poły marynarki. Odchrząknął. Powiódł wzrokiem po twarzach czworga rodzeństwa i towarzyszących im prawników, którzy właśnie prostowali się na krzesłach i poprawiali przed sobą papiery.
Jak oni wyrośli, pomyślał. Joasia, którą poznał jako chmurną dziesięciolatkę, zrobiła się podobna do matki, chociaż nieustępliwy charakter raczej odziedziczyła po ojcu. Czy Grzegorz byłby dziś podobny do niej? Wieloletni radca prawny świętej pamięci Wojciecha Szlachty się otrząsnął. Po tylu latach... Szkoda, że Joasia nigdy nie założyła rodziny. Może łatwiej byłoby jej poradzić sobie ze smutkiem. A Julcia? Jeszcze niedawno biegała im pod nogami, kiedy z Wojciechem omawiali kolejne umowy międzynarodowe, a dzisiaj siedzi, piękna jak porcelanowa lalka, w zamyśleniu skubiąc skraj kaszmirowego swetra, poważna mimo tych różowych włosów. Kiedy zdążyła dorosnąć?
Pomyślał też, że Wojciech powinien był być dumny z synów. Maciek, stateczny mąż i ojciec, w firmie prawa ręka seniora rodu. Aleksander – rzutki założyciel kilku obiecujących start-upów. Musiał odziedziczyć po ojcu gen przedsiębiorczości. Radca żałował, że znał ich tak słabo. Kiedyś byli z Wojtkiem jak rodzina, potem, po tamtej tragedii, przyjaciel zrobił się skryty i podejrzliwy. Ale czy można mu się dziwić?
– Zgromadziliśmy się tutaj... – zaczął uroczyście i pożałował. Może powinien był zwrócić się do nich jak do rodziny? Ale napotkawszy czujny wzrok armii prawników, z którymi przyszli, postanowił kontynuować tym samym tonem. – ...żeby omówić kwestię dziedziczenia po nieodżałowanej pamięci Wojciechu Szlachcie.
– Dobra, do brzegu. – Mężczyzna w czapce z daszkiem podsunął się z krzesłem ku stołowi i oparł łokcie o blat. – Dawaj pan ten testament, podpiszę, gdzie trzeba, i spadam na ważny pitching.
– Poczekaj, Olek, nie tak szybko – przerwał mu ten łysiejący, w czarnym garniturze. – Skoro mamy rozmawiać o dziedziczeniu po tacie, to gdzie jest mama?
– Tylko nie Olek, stary – syknął tamten. – Aleks.
– Matka nie dziedziczy – rzuciła ścięta na krótko kobieta. – Ojciec ją zabezpieczył przy rozwodzie. Pamiętasz?
– Ja znam prawo, Aśka, ale może w testamencie... – Maciej, starszy z braci, wykonał ręką nieokreślony gest.
Dziewczyna z ufarbowanymi na różowo końcówkami włosów wodziła po zgromadzonych szeroko otwartymi oczami. Kawy parowały, zabytkowy zegar tykał.
– No właśnie, w testamencie – przerwał mu Aleks. – Jedziemy z tym testamentem.
Radca prawny podrapał się za uchem, wyrównał leżący przed nim stos papierów.
– Skoro już, Aleks... panie Aleksandrze, wywołał pan temat... Tak więc... jest problem.
W pokoju jakby zabrakło powietrza. Maciej znieruchomiał, Joanna ściągnęła brwi i prześwidrowała Podgoreckiego wzrokiem, Aleks zaklął bezgłośnie i zaczął bębnić palcami o stół, dziewczyna z różowymi włosami przyłożyła dłoń do ust.
– Problem jest taki... – Radca prawny był zły na siebie za to, że zaczyna się jąkać. – ...że testamentu nie ma.
– Zgubiliście jego testament? – wybuchnął Aleks i ukrył twarz w dłoniach. – Wszędzie debile, wszędzie niekompetencja, ja pierdolę!
Prawnicy po obu stronach stołu wymienili czujne spojrzenia.
– Proszę mi wytłumaczyć, panie Henryku, jak to jest możliwe? – wycedziła krótko ścięta kobieta.
Podgorecki znał ten ton. Rozłożył ręce.
– Pani Joanno, państwa ojciec nigdy nie sporządził testamentu. Wiele razy poruszałem z nim ten temat, nalegałem. Ale on powtarzał, że to nie jest jeszcze ten moment – wyjaśnił. A widząc ich twarze, dodał: – I wciąż zmieniał zdanie na temat tego, co miałoby się w tymże testamencie znaleźć.
– Brzmi jak tatuś – odezwała się dziewczyna w kaszmirowym swetrze. – Przecież on miał być nieśmiertelny. I miliony razy mówił, że was wszystkich wydziedziczy.
– Rozumiem, że ciebie, Julka, wydziedziczyć nie miał zamiaru? – syknęła Joanna. – Że całe królestwo i ręka księżniczki idą w pakiecie?
– On mnie kochał. – Julia popatrzyła na nią swoimi wielkimi oczami i wzruszyła ramionami.
– Dobra, wyjdźmy z różowego świata naszej siostrzyczki do prawdziwego życia – przerwał Aleks, zwracając się do prawnika. – Ale ja się pytam: co teraz?
– Niestety, mimo moich zabiegów państwa ojciec nie zdecydował się też powołać fundacji rodzinnej, co właściwie rozwiązałoby narastające problemy z dziedziczeniem – ciągnął prawnik.
– To też brzmi jak tatuś – wtrącił Maciej. – Nie mieściłoby mu się w głowie, żeby przestać być właścicielem firmy, nawet na papierze.
– Nie podobają mi się te „narastające problemy”, panie mecenasie – rzuciła oschle Joanna. – To gdzie my właściwie jesteśmy?
Podgorecki nabrał powietrza.
– W przypadku braku ostatniej woli grono uprawnionych spadkobierców ściśle definiują przepisy kodeksu cywilnego – zaczął fachowo. – Zgodnie z wymienionymi przepisami w pierwszej kolejności powołane są z ustawy do spadku dzieci spadkodawcy oraz jego małżonek, jednakowoż w państwa przypadku była małżonka zmarłego, jak pani Joanna zresztą zauważyła, nie dziedziczy z mocy ustawy, jako że z chwilą uprawomocnienia się wyroku rozwodowego ustały więzi rodzinne. Oznacza to, że spadek przypada dzieciom spadkodawcy w częściach równych.
Mężczyzna w czarnym garniturze wytarł palcem kroplę potu, która zebrała mu się na zakolach.
– Okej, czyli dzielimy wszystko na cztery, podpisujemy, zostawiam numer konta i mogę spadać? – ożywił się Aleks.
– Przykro mi, panie Aleksandrze, ale nie będzie to takie proste. – Mecenas wyciągnął ręce przed siebie. – Przede wszystkim wymagane jest przeprowadzenie sądowego postępowania o nabycie spadku...
– Czyli sąd dzieli wszystko na cztery, co tu drążyć? – denerwował się tamten.
– ...wskutek którego spadkobiercy nabywają swój odsetek udziału w każdym z podlegających dziedziczeniu składników majątku. – Mecenas Podgorecki zmrużył oczy i podniósł głos, próbując nie dać sobie przerwać. – To oznacza, że, przykładowo, nie dzieli się między spadkobierców udziałów w firmie po równo, lecz każdy spadkobierca nabywa swój odsetek w każdym udziale. Żeby ten stan rzeczy zmienić, trzeba przeprowadzić kolejne postępowanie, o dział spadku, a mówimy o pokaźnym i złożonym majątku, i dopiero tutaj sąd dokonuje podziału składników majątku pomiędzy spadkobierców. A to trwa.
Aleks wymamrotał pod nosem skomplikowane przekleństwo.
– A musicie to wszystko koniecznie przepychać przez sądy? Nie możemy się po prostu dogadać? – warknął.
– Wy? Dogadać? – wtrąciła Julia, ale ucichła pod spojrzeniem Joanny.
– Musimy – dokończył z kamienną powagą mecenas Podgorecki. – Bo prawdziwy problem, który napotykamy, jest znacznie poważniejszy.
Pełnomocnicy rodzeństwa, jednomyślnie wpatrzeni w lśniący blat stołu, przytaknęli mu ledwie dostrzegalnymi skinieniami głów.
– Jezu, znowu problem? Od czego my mamy prawników, jak nie od rozwiązywania problemów? – żachnął się Aleks.
– Otóż – mecenas postanowił go ignorować – spadek podzielony zostanie nie na cztery części. Tylko na pięć.
Zawiesił głos. Zapadła całkowita cisza. Zgromadzeni wokół stołu wyglądali jak zatrzymani w stopklatce.
– Pragnąłbym zwrócić uwagę, że państwa brat Grzegorz nigdy nie został uznany za zmarłego.
Joanna zrobiła się blada jak ściana. Maciej poruszył się na krześle, jakby nagle zrobiło mu się bardzo niewygodnie. Aleks zaplótł dłonie na karku i odchylił się niebezpiecznie na krześle. Julia spuściła wzrok i objęła się ramionami.
– W związku z czym – dokończył mecenas i powiódł wzrokiem po stężałych twarzach – nadal figuruje w kręgu ustawowych spadkobierców.
– A może panom też zrobić kawę? – zapytała sekretarka Podgoreckiego, patrząc znad okularów na trzech mężczyzn w rozpiętych marynarkach, rozpartych na krzesłach w poczekalni kancelarii.
– Nie, nie trzeba – rzucił starszy, na oko czterdziestolatek. – Jakby co, się obsłużymy. – Wskazał głową butlę z wodą. – Co to ja mówiłem? Że zapytałem go raz, czy mogę moją Oliwkę do przedszkola zawozić, jak jedziemy z jego dzieciakami do szkoły do Koszalina. Cmokał, wzdychał i powiedział, że nie wyobraża sobie, że to nie byłoby właściwe. Że niby co, że moje dziecko w jednym aucie z jego dziećmi, oddychające tym samym powietrzem, to byłoby niewłaściwe? Więc żona z nią jeździ i spóźnia się do pracy, a ja, jak już te roszczeniowe bachory zawiozę, to robię sobie rundkę po mieście, pozałatwiam sprawy, zakupy zrobię, ale już się nie pytam. Jak chce, to niech udowadnia, spalanie liczy. A ty z kim jeździsz?
– Z Lo... z panią Joanną – rzucił ten młody, przystojny, z podręcznikiem do socjologii na kolanach. – Nawet „dzień dobry” człowiekowi nie powie, ale nie narzekam, płaci przyzwoicie, a do tego można się czasem załapać na darmowe żarcie. Skończę studia i rzucam tę robotę, nie będę przecież całe życie służącym.
Drzwi się otworzyły i kurier Glovo w ubłoconych butach postawił na kontuarze papierowy kubek kawy, kupkę chusteczek i paragon.
– Bogu dzięki, nareszcie!
Sekretarka wyskoczyła zza biurka, złapała za kubek i już miała z nim iść do sali konferencyjnej, ale jej wzrok padł jeszcze na paragon.
– Miała być z drippera, a tu napisali, że „kawa aeropress sztuk jeden”, co to, u licha, znaczy? To to samo? – Rozejrzała się bezradnie po pomieszczeniu.
– Nie. – Kierowca Joanny Szlachty pokręcił głową. – Z drippera to sama ścieka, a w aeropressie się wyciska pod ciśnieniem.
– A to duża różnica? – zapytała kobieta, ściągając dekielek z kubka i nieufnie wąchając kawę. – Dla mnie pachnie jak cienka kawa, zresztą co ja się będę wypowiadać, od piętnastego roku życia piję fusiarę na dwa palce.
– Nie wiem, jak się ktoś zna, to może wyczuje. A dla kogo to?
– Dla pana Aleksandra – jęknęła sekretarka.
– Tego typka w okularach, co przyjechał Teslą – wyjaśnił ten starszy. – Że taki gość jeździ takim badziewiem... W życiu bym nie wziął, nawet jakby mi dopłacali – prychnął.
– Całe szczęście ci nie grozi – zaśmiał się student.
Zza zamkniętych drzwi dobiegały podniesione głosy. Szumiały wentylatory komputerów. Drukarki czekały w gotowości. W akwarium kolorowe gupiki skubały zdechłego skalara.
– I co ja mam zrobić? – Sekretarka wróciła na miejsce. Wzięła w upierścienione palce smartfon i uruchomiła Uber Eats. – Żeby w całym Koszalinie nie było jednej głupiej kawy z drippera, cokolwiek to jest... – mruczała pod nosem, scrollując.
– A ty? – Starszy wskazał podbródkiem trzeciego z kierowców, dobrze zbudowanego trzydziestoparolatka z trzydniowym zarostem. – Kto ty jesteś? I z kim jeździsz?
Mężczyzna wyprostował się i poprawił klapy marynarki. Miał ledwo widoczną bliznę pod okiem, starannie wypielęgnowaną brodę i uprzejmy uśmiech.
– Mateusz – przedstawił się. – Przywiozłem panienkę Julię.
– Że kogo? – Młody wybuchnął śmiechem. – Najświętszą panienkę? A może jaśniepanienkę? Promotor mi nie uwierzy, jak mu powiem, że spotkałem gościa, co prześnił nie tylko drugą wojnę światową, reformę rolną, PRL, transformację, ale też Pobłockiego, „Chłopki” i cały zwrot ludowy! Gdzie ty się, stary, uchowałeś? W małym dworku?
– To wyraz szacunku – odparł tamten, zniżając głos.
– Szacunku?! – parsknął ten starszy. – A ty wiesz, że z nich to taka sama szlachta, jak ze mnie albo i z ciebie? Pewnie twój stary ze starym Szlachtą tę samą kupę gnoju przerzucali w pegeerze. A teraz to każdy z nich wyżej sra, jak dupę ma!
– Tak, szacunku. Dla porządnych ludzi. – Mateusz nachylił się do studenta. – To bardzo polskie, szydzić z tych, którym udało się dorobić, zamiast okazać szacunek komuś, komu się powiodło – dodał spokojnie, chociaż twarz mu pociemniała.
– Co oni ci dali, chłopie? – Student popatrzył na niego uważnie. – Jakie prochy? Panienka Julia to ma pewnie jakieś fajne cukiereczki od psychiatry, nie?
– Co mi dali? – Mateusz zawiesił głos. – Pan Wojciech mi kiedyś uratował życie. Wyciągnął mnie z gówna i dał mi szansę, jakiej nigdy nie dała mi ani transformacja, ani zwrot ludowy.
Podniósł się z krzesła, stanął naprzeciw studenta. Blisko.
– I nie mów już więcej ani słowa o panience Julii. Nic o niej nie wiesz – wycedził.
Szczęśliwie telefon sekretarki zawibrował i brzęknął krótkim dzwonkiem.
– Jezu, pół godziny?! – westchnęła kobieta. – Przecież oni zaraz wyjdą, a tu kawy nie ma!
– Spokojnie – zarechotał starszy z kierowców i popatrzył na zegarek. – To jeszcze potrwa. To, co oni tam robią, potrafią robić godzinami.
– A co robią? – zapytał student.
– Jak to co? Żrą się o kasę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
