Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
39 osób interesuje się tą książką
W spokojnej willowej dzielnicy Szczecina zostają odnalezione zwłoki starszego małżeństwa – Grzegorza i Haliny Zdybowskich. Początkowo wszystko wskazuje na samobójstwo rozszerzone, ale pierwsze ustalenia policji szybko wykluczają tę hipotezę. Aspirant Agata Stolarz odkrywa, że pociski w ciałach ofiar pochodzą z tej samej broni, z której dwadzieścia trzy lata wcześniej zastrzelono małżeństwo i ich dwunastoletniego syna. Sprawcy zbrodni nigdy nie odnaleziono.
Co łączy Julię Domańską z obiema sprawami? Czy kobieta ma coś ukrycia? Czy Agacie uda się ustalić motyw obu morderstw? Kim są Lis, Krawiec i Kierowca i dlaczego tak ważna jest ich przeszłość?
Niektóre zbrodnie nie kończą się w chwili śmierci. One dopiero wtedy zaczynają żyć w innych.
***
Agnieszka Szubert, z wykształcenia socjolog, z zamiłowania mól książkowy. Autorka powieści „Nowe życie” (2024), thrillera „Też jesteś winna” (2024), „Sokoli spadek” (2026).
Miłośniczka Grecji i wszystkiego, co z nią związane. Kiedy nie morduje swoich bohaterów, spędza czas w drugim domu na Peloponezie, gdzie w gorącym śródziemnomorskim słońcu zajada fetę, popija greckie wino i w atmosferze tamtejszego spokojnego stylu życia, czyli siga-siga, knuje kolejne intrygi kryminalne.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 350
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Rozliczenie
© Copyright by Agnieszka Szubert, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Joanna Wysłowska
Skład i łamanie: Sylwia Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz
Zdjęcia wykorzystane na okładce: © Magdalena Russocka/Trevillion Images (dziewczynka), rfaizal707/elements.envato.com (naklejka), dasha11/elements.envato.com (drzwi), NaturesCharms/elements.envato.com (drzewo)
Projekt okładki: Magda Palej
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Wszelkie podobieństwa zdarzeń, instytucji i osób są przypadkowe i niezamierzone. Opowieść stanowi literacką fikcję.
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN 978-83-8132-817-3
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I, 2026
Niektóre historie nie chcą być opowiedziane.
Same znajdują drogę na powierzchnię.
Stephen King
2002
Obudziły ją podniesione głosy. Wdarły się brutalnie najpierw do snu, a potem przeobraziły w koszmar na jawie. Przez chwilę leżała z zamkniętymi oczami, próbując ponownie zasnąć. Bała się je otworzyć, chociaż doskonale wiedziała, że tuż obok, na nocnej szafce, stoi lampka rzucająca na ścianę rozproszone wzory gwiazd i księżyców. Uwielbiała ten widok. Był jej osobistym niebem, światłem w ciemności pełnej szeptów, których nie rozumiała, i stworów, których nikt poza nią nie widział.
Bała się niemal wszystkiego – cieni tańczących na ścianach, gałęzi drzew, które przybierały postać ręki z długimi, chudymi palcami, jak u czarownicy z książeczki, którą kilka wieczorów wcześniej czytała jej mama. Bała się szmerów nocy, skrzypienia schodów, powiewu wiatru. Dorośli mówili, że jest już dużą dziewczynką i powinna odróżniać rzeczywistość od wyobraźni. Oczywiście wiedziała, że potwory nie istnieją, że szpony zza okna jej nie dosięgną, a rodzice, którzy ostatnio bardzo często się kłócili, wciąż ją kochają. A jednak miała tylko sześć lat i całą sobą pragnęła, by świat przypominał raczej bezpieczny Stumilowy Las niż dziwaczną i niepokojącą Krainę Czarów.
Naciągnęła kołdrę aż po czubek głowy, lecz dźwięki dobiegające z parteru przenikały przez uchylone drzwi jej maleńkiego, różowego pokoju. Jak każda dziewczynka lubiła ten kolor. Na wspomnienie dnia sprzed kilku miesięcy, gdy rodzice zabrali ją na zakupy, jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. Wspólnie wybierali tapetę, następnie ustawiali mebelki i wieszali sukienki. Szafa, która miała być miejscem na stroje księżniczki, stała się jednak fortecą. Kryjówką. Azylem, w którym mogła przeczekać domowe awantury. Tak jak teraz.
Powoli zsunęła kołdrę z twarzy i rozejrzała się po zaciemnionym pokoju. Gwiazdki i księżyce mieniły się kojącym światłem. Wpatrywała się w nie, obawiając się, czy dochodzące z dołu hałasy nie obudzą stworów, które mogą dosięgnąć jej stóp, kiedy będzie musiała zejść z łóżka i przebyć krótki odcinek drogi do szafy.
Przez chwilę zdawało się jej, że kłótnia ustała. Może rodzice się uspokoili i pogodzili? Nagle trzasnęły drzwi. Do środka wtargnęły obce dźwięki, ciężkie kroki. Czy sąsiedzi znowu wezwali policję? Raz już tak się zdarzyło. Chociaż rodzice raczej starali się sprzeczać bez krzyków, jednej nocy mama nie wytrzymała. Tak rozpaczliwie lamentowała i wrzeszczała na tatę, że zaniepokoiła pana mieszkającego w domku obok ich posesji. Wtedy funkcjonariusze mówili spokojnie, niemal szeptem, a cisza, którą po sobie zostawili, trwała przez kilka dni. Teraz wszystko przebiegało inaczej. Zbyt gwałtownie. Zbyt chaotycznie.
Usłyszała tupot stóp brata zbiegającego po schodach – nie rozumiała słów, ale wiedziała, że on też nie mógł spać.
Wstała z łóżka, ignorując czające się pod nim potwory, i na palcach podeszła do uchylonych drzwi. Wpadała przez nie poświata z pokoju po przeciwnej stronie korytarza. Mama ciągle się denerwowała, że on nie gasi światła, przez co przychodziły coraz wyższe rachunki, na które ojciec nie dawał rady już zarobić.
Dźwięki dochodzące z parteru stały się gwałtowniejsze. Groźby. Głosy pełne strachu i desperacji. Płacz matki i jej prośba, aby brat natychmiast poszedł do swojego pokoju, błagania ojca. Obce głosy – surowe, zimne, bezlitosne. Potem trzy głuche uderzenia. Jakby ktoś klaskał w dłonie lub zamykał wieko pudełka, tylko bardzo szybko i mocno. Cisza, która po tym zapadła, była nie do zniesienia.
Dziecięcy instynkt podpowiedział jej coś, czego jeszcze nie rozumiała, ale co poruszyło każdą komórkę jej ciała. Ogarnął ją strach dziki, prymitywny, a przy tym chłodny jak lód. Już nie bała się cieni, nie drżała przed potworami spod łóżka ani szponami wynurzającymi się z gałęzi poruszanych przez wiatr. Bo zbliżało się prawdziwe zło. Wkradło się do salonu, gdzie teraz leżały jej lalki i misie – niemi świadkowie czegoś, co miało zniszczyć jej świat. Tam, gdzie jeszcze wczoraj śmiała się beztrosko, teraz czaiła się groza. I już nic nie było bezpieczne.
Przerażające słowa, które wypowiadały jakieś ludzkie potwory, wdzierały się do jej młodej główki, sącząc do niej jad. Przerażenie rozlało się po całym jej drobnym ciele jak brudna breja, zatruwając umysł i spychając w otchłań lęku, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyła.
Słysząc ciężkie kroki na schodach, instynktownie odsunęła się od drzwi i pobiegła w kierunku szafy. Jak najszybciej... jak najciszej. Do swojej twierdzy. To tu zwykle znajdowała ją mama, a potem tuliła do piersi i śpiewała kołysankę. Dziewczynka zasypiała spokojnie w jej ramionach, śniąc o czarodziejskiej krainie pełnej dobroci i magii.
Tym razem, nie wiedzieć czemu, była pewna, że nikt nie przyjdzie – ani mama, ani ojciec, ani nawet brat, który lubił jej dokuczać. Wiele by teraz dała, aby to on otworzył szafę i zaczął naśmiewać się z jej lęków.
Próbowała domknąć drzwi od środka, ale te uparcie pozostawały uchylone. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w powstałą szczelinę, jawiącą się teraz jak wrota do piekła, przez które zło lada moment wtargnie do jej nieskażonego, czystego świata.
Na razie jednak ciemność szafy wypełniał znajomy zapach świeżego prania i kolorowych kredek, które dziewczynka trzymała w pudełku. Zaciskała powieki, dłonie przyciskała do ust, by nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Drżała i modliła się, by ciężkie kroki ominęły jej pokój.
Ale tak się nie stało.
Usłyszała delikatne skrzypienie i poczuła odór męskiego potu zmieszanego z ostrym zapachem wody kolońskiej. Nie należał do ojca ani tym bardziej do jej nastoletniego brata.
Jakiś pan powoli szedł po pokoju, jak drapieżnik wypatrujący ofiary. Jakby ona była antylopą, a on panterą. Wstrzymywała oddech, próbując opanować drżenie całego ciała. Mocno zaciskała szczęki, a dłonie przycisnęła do twarzy, jakby to mogło uczynić ją niewidzialną.
– Znalazłeś ją? Pospiesz się! Czas się zwijać! – krzyknął ktoś z dołu.
– Zaraz schodzę! – odpowiedział ten z jej pokoju.
A potem stało się to, czego bała się najbardziej. Drzwi szafy zaskrzypiały.
– Tu się schowałaś – wyszeptał.
Dziewczynka delikatnie rozsunęła palce dłoni. Ujrzała przed sobą kogoś wielkiego. Twarz miał niewyraźną, jakby rozpuszczoną w świetle lampki. A może nie chciała jej widzieć? Dostrzegła jedynie ciężkie wojskowe buty i uderzył ją jeszcze intensywniejszy smród potu. Pod stopami poczuła strumień ciepłego moczu. Przerażenie zmiażdżyło ją jak kamień. Nie mogła ani krzyczeć, ani płakać. Podświadomie wiedziała, że to koniec, cokolwiek to oznacza. Że mama nie przyjdzie i nie przytuli jej, nucąc kołysankę. Nie ma już nikogo, kto mógłby to zrobić.
Zacisnęła powieki, ale nawet one nie były w stanie powstrzymać napływających łez.
– Spójrz na mnie – powiedział cicho. – Słyszysz? Otwórz oczy – warknął, kiedy nie zareagowała.
Dziewczynka rozchyliła palce i spojrzała na wciąż rozmytą twarz potwora.
Mężczyzna przyłożył wskazujący palec do ust i szepnął:
– Ciii...
Po czym zamknął drzwi szafy i wyszedł z pokoju. Ciężkie kroki odbijały się echem na drewnianej podłodze.
– Nie ma jej, pewnie zawieźli ją do babki – rzucił, zbiegając ze schodów.
Hałas z parteru jeszcze przez chwilę dźwięczał w uszach dziewczynki. A potem trzasnęły drzwi i zapadła cisza. Wszystko zamarło. Na zawsze.
Zamknęła oczy. Szafa – mokra od łez i moczu – przyjęła ją jak zawsze. Uchroniła. Dziewczynka zasnęła, wtulona w mrok, do którego potwory znowu nie miały dostępu.
Szczecińska dzielnica Głębokie należała do prestiżowej, willowej części miasta. Położona w bezpośrednim sąsiedztwie Jeziora Głębokiego, była zielonym sercem miasta, właściwie przez cały rok tłumnie odwiedzanym przez spacerowiczów, rowerzystów, a latem także przez amatorów kąpieli.
Aspirant Agata Stolarz z uwagą przyglądała się mijanym domom ukrytym za wysokimi płotami i otulonym bujną zielenią, która skutecznie chroniła ich mieszkańców przed wzrokiem ciekawskich. Brukowana uliczka zdawała się nie mieć końca. Policjantka starała się skupić na przyjemnych obrazkach: wypielęgnowanych trawnikach, misternie przyciętych żywopłotach, zrelaksowanych ludziach wyprowadzających rasowe psy. Chciała jak najdłużej odwlec moment, w którym przyjdzie jej zmierzyć się z tym, co czekało na końcu tej drogi.
Wąski odcinek asfaltówki prowadzący do posesji, której adres dostała niespełna dwie godziny wcześniej, zastawiały policyjne auta. Przyjechała jako ostatnia. Parkując, nie dostrzegła nikogo z zespołu, ale była pewna, że jej współpracownicy już tu są. Nie znosiła, gdy ktoś wykonywał jej robotę. Niestety, podróż z Warszawy zajęła więcej czasu, niż przewidywała. Choć krótki urlop formalnie wciąż trwał, wolała zająć się sprawą, niż wracać do własnego domu.
Z trudem zaparkowała Nissana na ostatnim wolnym miejscu. Wysiadła i na chwilę zamknęła oczy. Z panującej wrzawy starała się wyłuskać kojące dźwięki natury – szum drzew, świergot ptaków, plusk wody. W ten medytacyjny nastrój wdarł się brutalnie znajomy głos:
– Deska! Deska! Tutaj!
Wzięła głęboki oddech i otworzyła oczy. Następnie, trzymając emocje na wodzy, z wyuczonym chłodem i zaciętą miną przeszła pod taśmą odgradzającą miejsce zdarzenia. Od teraz to właśnie tu miała skupić całą swoją uwagę.
– Ty nie umiesz żyć bez pracy, Deska, prawda? – parsknął Walicki, wychylając się zza grubego pnia jednego z drzew.
Młody i nierozgarnięty sierżant Dawid Walicki, noszący pseudonim Fosa, był typowym przykładem nepotyzmu, którego przełożeni Agaty stanowczo się wypierali, choć bratanek dyrektora jednego z departamentów MSWiA mógł trafić w lepsze miejsce niż Wydział Kryminalny Komendy Miejskiej Policji w Szczecinie.
Agata, na którą koledzy wołali Deska, nie lubiła tego niedoświadczonego młokosa z przerośniętym ego, przejawiającego niezdrowy entuzjazm na wieść o kolejnym śledztwie. Najbardziej zaś mierziło ją plotkarstwo i podważanie za plecami jej działań, z czym walczyła od roku, odkąd przydzielono jej sierżanta Walickiego jako partnera.
– Nie moja decyzja – odburknęła. – Co mamy?
– Wygląda na klasyczne rodzinne z rozszerzonym – rzucił ironicznie Fosa.
To oznaczało, że jeden z członków rodziny najpierw zabił pozostałych, a następnie popełnił samobójstwo. W takich sprawach pojawiało się to samo pytanie, na które nikt nie umiał znaleźć żadnej rozsądnej odpowiedzi – jak to możliwe, że coś takiego w ogóle mogło się wydarzyć?
– To cię bawi? – zapytała oburzona.
Zwykle starała się ignorować dziwaczne zachowania Walickiego, ale miała kiepski dzień i jej cierpliwość skończyła się już po pierwszym wypowiedzianym przez niego zdaniu. Musiała zacząć się kontrolować, inaczej wybuchnie, a na to nigdy sobie nie pozwalała.
– Nie, pani aspirant. – Walicki wypiął pierś i zasalutował.
Agata skarciła się w myślach. Pouczanie czy strofowanie Dawida wywoływało zwykle zupełnie odwrotny skutek. Dzisiaj brakło jej siły na ostrzejsze przywoływanie go do pionu.
– Technicy skończyli? – Westchnęła zrezygnowana.
– Nie, chociaż siedzą tam już dość długo. Jest z nimi Ossowski. Skoro się spóźniłaś, to oni robią za komitet powitalny.
– Co wiemy o ofiarach?
Walicki sięgnął po notatnik.
– Grzegorz i Halina Zdybowscy, oboje po sześćdziesiątce. Ona na emeryturze, on wciąż prowadził sklep z narzędziami na Pomorzanach. Żadnych zgłoszeń o przemocy domowej ani interwencji policji. Normalna, zwyczajna para małżeńska.
– Taaa... kochamy takich – burknęła Agata.
Spojrzała na dom Zdybowskich – typową PRL-owską kostkę. Na zewnątrz, pomimo swej tandetnej bryły architektonicznej, budynek sprawiał wrażenie zadbanego. Bujna roślinność otulała nie tylko świeżo odmalowane ogrodzenie, ale również balkon, parapety i przydomowy ogródek.
Na stopniach prowadzących do drzwi pojawił się wysoki, postawny mężczyzna. Uśmiechnął się szeroko do Agaty i ruszył w jej kierunku.
Z prokuratorem Jakubem Ossowskim Agata współpracowała niejednokrotnie. W jej branży też należało znać odpowiednie osoby i przede wszystkim żyć z nimi w zgodzie. Zdaniem aspirant Stolarz głównie po to, aby praca posuwała się do przodu, czego niektórzy prokuratorzy nie uznawali za oczywistość.
Ossowski ją szanował, liczył się z jej opinią, a co najważniejsze – zachowywał się aktywnie, rzeczowo i nie ponosiły go emocje. Z doświadczenia wiedziała, że w tej robocie liczyło się nie tylko doświadczenie, ale też predyspozycje i charakter. A Ossowski nie był typem biurokraty – kiedy prowadził śledztwo, regularnie spotykał się z Agatą, słuchał jej analiz i wspólnie omawiali każdy krok. Taki nadzór lubiła – partnerski, ale pewny.
– Podobno masz urlop. – Na twarzy prokuratora pojawił się cień rozbawienia, zanim spojrzał na jej partnera.
Wiedziała już, kto puścił tę informację w obieg.
– To tylko krótki wyjazd z miasta – odparła. – Sprawy rodzinne. Nic wielkiego. Czy technik już skończył?
– Tak. Złap go, zanim odjedzie, ma trafne spostrzeżenia. Ja się spieszę na spotkanie i... – Zerknął na złoty zegarek na nadgarstku. – Już jestem spóźniony. Porozmawiamy później.
Odwrócił się i odszedł. Agata spojrzała jeszcze raz na dom, a potem na partnera, i gestem ręki dała mu znać, aby kontynuował.
– Jak już mówiłem, spokojna, normalna rodzina. Bez dzieci. – Walicki zamilkł.
– I? To wszystko? – zapytała zirytowana. Była pewna, że Fosa się z nią drażni.
– Znalazł ich sąsiad, niejaki... – Zajrzał jeszcze raz do notatek. – Czubek. Eryk Czubek. Nic więcej nie wiem.
– Dobra robota – parsknęła ironicznie. – Ile czasu tu jesteś?
Zanim jednak zdążyła ugryźć się w język, aby nie dodać czegoś bardziej złośliwego, na schodach stanął technik Igor Walczak. Kilkoma zwinnymi ruchami zdjął biały kombinezon ochronny i uśmiechając się, podszedł wprost do Agaty.
Pół roku wcześniej gruchnęła wieść, że Igor podkochuje się w aspirant Stolarz. Któregoś wieczora, po kilku zbyt mocnych lufkach, wygadał się jednemu ze współpracowników. Pech chciał, że ta informacja dotarła do Walickiego, który nie potrzebował zbyt wiele czasu, aby roznieść sensację po wydziale. Oficjalnie Igor Walczak nigdy jednak nie okazał Agacie żadnych wyjątkowych względów. Ukradkowe spojrzenia i szeroki uśmiech, którymi ją obdarzał, najwyraźniej mu wystarczały. Agata była mężatką i chociaż z zasady nie opowiadała o swoim życiu prywatnym, a wszelkie komentarze na ten temat zbywała wymuszonym żartem, Igor nigdy nie postawił jej w niekomfortowej sytuacji, nie zaproponował randki ani nawet koleżeńskiego drinka.
– Ossowski twierdzi, że masz jakieś spostrzeżenia – zwróciła się do niego Deska.
– Już teraz mogę z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że trajektoria pocisku wyklucza samobójstwo – odparł Walczak.
– A osmolenie rany wlotowej?
– Brak.
– Rozumiem, że u obojga. Jakieś inne ważne tropy? – zapytała.
– Nic. Brak śladów walki. Wnętrze uporządkowane, nic nie wskazuje na szarpaninę. Kolacja przerwana w połowie, jedzenie na talerzach, szklanki nienaruszone. Wygląda to tak, jakby po prostu siedzieli spokojnie, gdy ktoś wszedł i strzelił.
– A broń?
Technik pokręcił głową.
– Nie ma. Przeszukaliśmy cały dom, ale nic nie znaleźliśmy. A przy takich obrażeniach... ktoś strzelał z bliska.
– Czyli ktoś trzeci – mruknął Walicki.
– Mamy kilka odcisków palców – kontynuował technik.
– Świeże? – dopytała Agata.
– Niektóre wyglądają na niedawno zostawione, inne mogą być starsze. Będziemy to porównywać z bazą i pobierzemy materiał od bliskich. Na tym etapie to tylko punkty zaczepienia.
– Rabunek?
– Raczej nie. Portfel na komodzie, obrączki na palcach, biżuteria na miejscu. Wszystko zbyt czyste.
– Kiepsko to widzę. – Agata zawiesiła wzrok na oknach budynku, który za białymi firankami krył przerażającą i ohydną zbrodnię.
– Na szczęście teraz zacznie się wasza robota. Ja swoją prawie skończyłem.
– Kto przejmie ciała na Powstańców? – zapytała aspirant Stolarz z myślą o Zakładzie Medycyny Sądowej.
– Prawdopodobnie Madejak – odparł technik.
– Dziękuję, Igor – palnęła i w tym samym momencie pożałowała swoich słów.
Nigdy nie mówili sobie po imieniu. Ich relacja była czysto służbowa, a z powodu plotek dotyczących stosunku technika do aspirant Stolarz zachowywali także lekki dystans.
– Nie ma sprawy. – Mężczyzna uśmiechnął się, nie zdradzając żadnej reakcji na jej krępujące faux pas. – Chcecie obejrzeć miejsce?
Fosa, który do tej pory w milczeniu nie spuszczał ich z oczu, doszukując się zapewne przejawów wydziałowego romansu i tematu do kolejnych plotek, przytaknął z entuzjazmem i pierwszy ruszył w kierunku domu Zdybowskich.
Metaliczny zapach śmierci zdążył już wniknąć w tkaniny i ściany. Wchodząc do takich pomieszczeń, Agata zwykle po jakości powietrza oceniała, co zastanie w środku. Łatwiej było jej przygotować się na obrazy, do których chyba nigdy się nie przyzwyczai, a raczej nie chciała się przyzwyczajać. Mogła się z nimi oswoić, nauczyć wyłączać reakcje organizmu, ale przyzwyczajenie kojarzyło się jej z brakiem empatii, dehumanizacją ofiar, zanikiem moralnego kompasu i zwyczajną znieczulicą.
Stół w pokoju wciąż był zastawiony talerzami z resztkami zaschniętego jedzenia. Nadgryzione kromki chleba świadczyły o tym, że kolacja została przerwana nagle. Mężczyzna leżał bezwładnie, twarzą w talerzu. Rana wlotowa w prawej skroni nie pozostawiała wątpliwości. Ciało kobiety znajdowało się na podłodze. Jej otwarte oczy sprawiały wrażenie, jakby zamarły w chwili skrajnego przerażenia. Strzał został precyzyjnie oddany w czoło.
– Za chwilę ich zabieramy. Macie więc ostatnią szansę, aby się rozejrzeć – odezwał się technik.
– Krwawo – prychnął Walicki, wkładając do ust gumę do żucia.
– Rozmawialiście już z sąsiadami? – zapytał Walczak, zerkając z niesmakiem na towarzysza Agaty.
– Nie, dopiero przyjechałam. Zaraz się tym zajmiemy – odpowiedziała policjantka, próbując zapamiętać każdy szczegół miejsca zbrodni.
Dokumentacja fotograficzna, która potem znajduje się w aktach, nigdy nie oddaje atmosfery – zapachu, wyczuwalnego napięcia, prawie namacalnej obecności śmierci, przyglądającej się z ciekawością swemu dziełu. A dla Agaty na kolejnych etapach śledztwa każdy szczegół będzie miał znaczenie. Również ten związany wyłącznie z jej intuicją czy wrażeniem, jakie pozostawił po sobie ten makabryczny widok.
Kiedy skończyli analizować miejsce zbrodni, a ciała zabrano do Zakładu Medycyny Sądowej, dochodziła szesnasta. To był dla wszystkich długi dzień, a przecież wciąż się nie skończył. Deska zmęczyła się nie tylko podróżą z Warszawy, ale przede wszystkim poprzedzającą ją wizytą w miejscu, z którego właściwie uciekła. Przynajmniej takie zarzuty słyszała za każdym razem, kiedy tam wracała. Ale powrót do domu wcale nie obfitował w lepsze atrakcje. Te postanowiła jednak na razie odwlec. Najwyższy czas przesłuchać sąsiada i uzyskać chociaż kilka odpowiedzi na pytania, które już mnożyły się w jej głowie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
