Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Reguła nr 1 - Marta Guzowska

Nowa powieść cenionej przez czytelników, krytyków i branżę autorki kryminałów i archeolożki.

Simona Brenner, znana czytelnikom z Chciwości, jest archeolożką i złodziejką. W dzień bada starożytną biżuterię, a nocą ją kradnie. W obu tych dziedzinach jest bezkonkurencyjna. Jest też niecierpliwa, ma ostry język i brak jej szczęścia do mężczyzn.

Tym razem ktoś wciągnął Simonę w makabryczną grę. Kazał jej odszukać i ukraść złote runo, najcenniejszą na świecie złotą sztabę, która… nie istnieje. Kiedy dookoła niej giną ludzie, Simona zaczyna podejrzewać, że mit o złotym runie jest prawdą. W tej sytuacji najgorsze, co może się wydarzyć, to godny przeciwnik, pozbawiony skrupułów, wyrachowany, piekielnie inteligentny i doskonale ukryty. Ktoś, w kim obsesja zamienia się w żądzę krwi.

Simona daje się wplątać w ten trudny i nierówny pojedynek, w którym liczy się nie tylko refleks złodzieja, ale i mocne nerwy, a do celu można dotrzeć tylko po krwawych śladach. W poszukiwaniu skarbu jedzie na kazachskie stepy, do centralnej Anatolii i do Aten. Musi stawić czoło demonom przeszłości i cały czas oglądać się za siebie. Walcząc ze śmiertelnie niebezpiecznym cieniem, musi też zaryzykować i komuś zaufać. Problem w tym, że najważniejsza spośród reguł dobrej złodziejki mówi wyraźnie: nie ufaj nikomu…

 

Marta Guzowska (ur. 1967) – od ponad dwudziestu lat jest archeologiem. Pracowała w Troi, w najbardziej prestiżowych wykopaliskach świata. Autostopem zjeździła całą Turcję, wyspy greckie i pół basenu Morza Śródziemnego. Mieszkała w wielu miejscach na świecie, nie zawsze bezpiecznych. W Turcji przeżyła trzęsienie ziemi, w Izraelu drugą intifadę. Ponad rok spędziła w Atenach, mieszkała też w Heidelbergu, Tybindze, Freibergu, Kopenhadze, Tel Awiwie, Budapeszcie i na Krecie. Od dziewięciu lat żyje z rodziną w Wiedniu i tam pisze swoje książki.

Współprowadzi portal „Zbrodnicze siostrzyczki" i wraz ze współautorkami napisała książkę Mordercze miasta. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru w 2013 za debiut literacki – Ofiarę Polikseny, wyróżniona też nominacją do tej nagrody za Głowę Niobe i Chciwość. Jej kolejne książki spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem: Głowa Niobe (2013), Wszyscy ludzie przez cały czas (2015), Czarne światło (2016) i Chciwość (2016).

 

Opinie o ebooku Reguła nr 1 - Marta Guzowska

Fragment ebooka Reguła nr 1 - Marta Guzowska

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta JOLANTA KUCHARSKA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych MICHAŁ PAWŁOWSKI
Zdjęcia na okładce © Leemage / UIG via Getty Images; Bruce Tuten / Flickr
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Marta Guzowska Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-51-5
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Wieśka, chociaż nie ma tam nic o kościach

I

ZŁOTE RUNO

1

To jest początek tej historii. W Stambule, na lotnisku, gdzie nachodzi mnie myśl, że przemytnika, zwłaszcza przemytnika amatora, naprawdę łatwo rozpoznać. Aż dziwne, że komuś chce się jeszcze w to bawić.

Stoję w kolejce do kontroli bagażu podręcznego. Kolejka jest długa, jakby rozdawali za darmo diamenty. Nudzę się, ziewam co chwila, bo w ogóle się nie wyspałam, i nie tylko dlatego, że dochodzi siódma rano, a ja sterczę tu od godziny. Ogonek ludzi wije się po całej hali, gdyż przepisy wymagają wyjęcia z torby laptopa i telefonu i ułożenia ich na oddzielnej tacce. Co prawda dopiero koniec sierpnia, ale na lotnisku przez okrągły rok klimatyzację ustawiają na siedemnaście stopni. Każdy, kto nie chce wrócić do domu z zapaleniem płuc, ma na sobie jeszcze coś oprócz bluzki albo koszuli, co musi zdjąć i ułożyć na kolejnej tacce. Potem kolej na buty. Na niektórych lotniskach delikwenta przepuszcza się przez bramkę i dopiero kiedy ta zapiszczy, każą mu się cofnąć i zasuwać jeszcze raz, boso. Jednak w Stambule nikt się nie patyczkuje, buty trzeba zdjąć od razu. Trzecia tacka. Jeśli kiedyś będziecie stąd lecieć, nie wkładajcie dziurawych skarpetek. Czwarta tacka to bagaż podręczny. Zdarza się i piąta: torebka (kobiety) lub torba na laptopa (zmęczeni faceci w wymiętych garniturach). Pięć tacek na osobę. Plus, u wybranych, kontrola ręcznym skanerem i obmacywanie. Właściwie u wszystkich, bo bramka piszczy co chwila: u kobiet aktywują ją metalowe fiszbiny w stanikach, a faceci z zasady nie pamiętają o drobnych w kieszeniach.

Stanowisk odprawy jest kilkanaście. Moja kolejka nie wygląda na najdłuższą, na najkrótszą zresztą też nie, mimo to nie zmieniam miejsca. Nowe lotnisko w Stambule zostało otwarte dopiero kilka lat temu i nie wymieniono jeszcze całego sprzętu na nowoczesny. Punkt kontroli, do którego czekam, ma na przykład stary aparat rentgenowski zamiast mikrofalowego.

Posuwam się naprzód w ślamazarnym tempie. Szybciej już wróciłabym do domu autobusem. Słaniam się ze zmęczenia, a poza tym jestem głodna, spragniona i chce mi się siusiu. I z każdą minutą tracę nadzieję na zaspokojenie jakiejkolwiek z tych potrzeb przed wejściem do samolotu. Żeby odwrócić uwagę od pełnego pęcherza i pustego żołądka, obserwuję innych kolejkowiczów. Widzę co najmniej trzech przemytników amatorów. Może nawet czterech, ale tego grubasa nie jestem pewna.

Różne agencje od narkotyków opracowały wytyczne, żeby pomóc na pierwszy rzut oka wyłowić przemytnika. W punktach, wtedy obsłudze lotniska łatwiej zapamiętać.

Punkt pierwszy: przemytnik się poci. Na klimatyzowanym lotnisku, gdzie każdy, bez względu na porę roku, szczelniej otula się swetrem, przemytnik ociera czoło. Włosy faceta w garniturze, trzy miejsca od czoła kolejki, są wilgotne nad kołnierzykiem na karku. Jedna z dwóch dziewczyn z małymi plecakami tuż przede mną, ta w dżinsach i traperach, z kolczykiem w nosie, ma ciemne kółka na podkoszulku pod pachami widoczne, kiedy rozchyla się jej kurtka. Ojciec dwójki dzieci, na oko w wieku wczesnoszkolnym i przedszkolnym, co chwila ociera górną wargę rękawkiem T-shirta. Grubas też się poci, ale grubasy pocą się z zasady, dlatego jego nie jestem pewna.

Kolejka przesuwa się o metr.

Punkt drugi: przemytnik cały czas jest czymś zajęty, bo naczytał się przed wyjazdem o mowie ciała i boi się, że zdradzi go sztywność ramion albo spóźniony czas reakcji. Facet w garniturze czyta książkę. Nie trzyma jej do góry nogami, ale egzemplarz ma pożółkłe kartki i pozwijaną okładkę w pastelowym kolorze z – dostrzegam to nawet z mojego miejsca w kolejce – dwiema kobietami w powłóczystych sukniach. Na kilometr widać, że to z bookcrossingu. Ktoś powinien mu doradzić zakup czytnika – bardziej pasuje do garnituru.

Dziewczyna w traperach i z kolczykiem wbija wzrok w telefon. To o wiele sprytniejsze: należy do grupy wiekowej, której przedstawiciele prędzej pozwolą się pozbawić ręki niż smartfona. Niestety diabeł tkwi w szczegółach: wcześniej, kiedy sprawdzała pocztę, musiała wyjąć z plecaka okulary, a teraz nie ma ich na nosie.

Ojcu dwójki dzieci jest najłatwiej, bo musi pilnować potomstwa. To dostatecznie absorbujące zajęcie, no i wygląda naturalnie. Jednak, podobnie jak pozostała dwójka, intensywnie mruga, jakby coś wpadło mu do oka.

Kolejny metr. Umrę na tym lotnisku ze starości.

Punkt trzeci: choćby przemytnik nie wiadomo ile naczytał się o mowie ciała, ona i tak go zdradzi. I facet w garniturze, i dziewczyna z kolczykiem, i ojciec dwójki dzieci mają usztywnione karki, jak osoby świeżo po zdjęciu kołnierza gipsowego. W ogóle nie ruszają ramionami, przestępują z nogi na nogę i żadne nie potrafi się powstrzymać przed zerkaniem na strażników przy bramce. W morzu pogrążonych w półletargu osób, które gapią się tępo przed siebie albo przeciwnie, co rusz nerwowo spoglądają na zegarek w obawie, że przez tę cholerną kontrolę spóźnią się na samolot, ta trójka wystaje jak złamane palce, do tego w gipsie.

Przemytnika łatwo namierzyć, trudniej domyślić się, co przemyca. Najczęściej oczywiście są to narkotyki, ale Turcja jest przecież krajem o bogatym dziedzictwie kulturowym i trochę tego dziedzictwa można kupić po korzystnej cenie na bazarach, przez znajomych albo nawet znaleźć samemu, kiedy zwiedza się wykopaliska. Facet w garniturze i dziewczyna mogą w zasadzie przewozić wszystko, poczynając od kokainy, a skończywszy na złotych monetach z czasów Hadriana, ale to raczej ona jest typowym słupem – wygląda na to, że przydałaby się jej kasa. Facet ma na sobie zbyt elegancki garnitur, zbyt kosztowny zegarek, a teczka, którą przesuwa nogą, bo udaje zaczytanego w tanim romansie, jest z miękkiej skóry i dobrze wyprawiona, co widać nawet z daleka. Wyraźnie nosi się tak na co dzień, bo nie obciąga marynarki, nie potrząsa przegubem i w ogóle nie zwraca uwagi na teczkę, chociaż jej dno po kontakcie z posadzką stambulskiego lotniska nigdy już nie będzie takie samo. On nie potrzebuje dodatkowej kasy. Przydałby mi się za to kawałek prawdziwej starożytnej rzeźby na półce nad kominkiem. Albo naczynie sprzed kilku tysięcy lat. Albo kilka antycznych monet... Natomiast ojciec dzieciom na bank przemyca zabytek. Nie wygląda na menela, a poza tym dzieci są raczej własne, a nie wypożyczone. Nie narażałby potomstwa na kontakt z siecią przestępców narkotykowych. Niestety chyba nie doczytał rozdziału na temat obowiązujących w Turcji przepisów prawnych. Jak go złapią, będzie miał szczęście, jeśli zobaczy ślub młodszego na żywo, nie na zdjęciach. I to tylko dlatego, że młodzi ludzie coraz później się żenią.

Porządny profesjonalista nie popełnia tych wszystkich błędów. To się robi inaczej. Kiedy ja przemycam zabytek przez granicę, używam najsilniejszego antyperspirantu, wkładam ciemną bluzkę z materiału, na którym nie widać plam, i pudruję twarz. Nie czytam, nie udaję, że przeglądam wiadomości na smartfonie, i nie wynajduję sobie żadnych idiotycznych zajęć. Mam inną metodę kontrolowania mowy ciała – po prostu nie przesypiam nocy przed podróżą, a gdy przewożę coś dużego, to nawet dwóch nocy. Efekt? Słaniam się ze zmęczenia, oczy są podkrążone jak u pobitej żony i nie mogę opanować przeraźliwego ziewania. Ramiona trzymam opuszczone, bo nawet mały podręczny plecak wydaje mi się za ciężki, i garbię się z tego samego powodu. Nie spinam mięśni – po prostu nie mam na to siły. Ledwo oprę się o ścianę, już zasypiam. Oczy mi łzawią, a tępy wyraz twarzy odzwierciedla stan mojego umysłu, a raczej jego brak. Nie myślę o tym, co przemycam, na niczym nie jestem w stanie się skupić. Koszmarnie niewyspany człowiek po prostu nie może się bać. W starciu z brakiem snu przegrywa nawet adrenalina.

Tak jak teraz.

2

Jestem archeolożką i złodziejką. No co się tak patrzycie? Zakładam, że od czasu do czasu też musicie coś zjeść. Pensja naukowca ledwo starcza na jedzenie, a ja do tego lubię też czasem fajnie się ubrać, pójść do knajpy, nawet wyjechać, i niekoniecznie na wykopaliska. Na to wszystko potrzeba pieniędzy. A pensja naukowca... Zresztą już to ustaliliśmy.

Ustaliliśmy też już chyba, że nie jestem amatorką. Spędziłam kilkanaście lat, ucząc się wszystkiego o antycznej biżuterii, kilkanaście wyjętych z życiorysu lat, żeby zostać jedną z najbardziej cenionych na świecie specjalistek. Dlatego wiem, co warto kraść i gdzie. Wiem, w jakich magazynach, muzeach lub na stanowiskach znaleźć można skarby, które nigdy nie ujrzą światła dziennego, bo nie ma pieniędzy na konserwację i dodatkowego strażnika do pilnowania w muzealnej gablocie (o systemie alarmowym nie będę nawet wspominać). Tak się składa, że doskonale znam te wszystkie miejsca i mogę spokojnie wynieść skarby, a szansa na odkrycie kradzieży w tym stuleciu jest równie pewna jak to, że polecę w kosmos (nie wybieram się). Jeszcze jedno: wiem, kiedy warto kraść. Złodziejstwo to taki sam fach, jak archeologia, budowanie mostów czy pisanie książek: najważniejsze są warsztat i doświadczenie. Nie kradnę na żywioł. Każdą kradzież mam opracowaną do perfekcji. Każdą akcję poprzedzają miesiące, jeśli nie lata ślęczenia nad wykopaliskowymi dziennikami, kartami zabytków i starymi pamiętnikami.

Do muzealnego magazynu nie wchodzi się z bronią w ręku, jak na filmach. Nie włamuje się przez okienko, nie używa nożyc do drutu, żeby przeciąć kable systemu alarmowego (zresztą gdzie niby miałabym sobie schować takie nożyce – wystawałyby z plecaka). Zazwyczaj wystarczą dwie spinki do włosów, bo większość magazynów zamyka się na prosty zamek albo kłódkę, a internet pełen jest instruktażowych filmików, jak je otwierać. Można wcześniej potrenować w domu.

Nie, otworzyć magazyn potrafi prawie każdy, ale nie każdy potrafi coś w nim znaleźć. To znaczy coś, co nie jest kupą skorup, poklejonym glinianym naczyniem albo ceramicznymi przęślikami, tylko na przykład złotą bransoletą, diademem czy wykonaną z czystego złota zawieszką w kształcie ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Dokładnie taką, jaką teraz mam w plecaku. Żeby znaleźć takie skarby w muzealnym magazynie, trzeba po prostu wiedzieć, gdzie szukać. Bo inaczej albo ktoś przyłapie was na gorącym uczynku, albo szukając, umrzecie ze starości i sami zamienicie się w szkielet.

A ja to wszystko wiem i do tego mam swoje reguły. Jedenaście reguł dobrej złodziejki.

Nie kłam. Najlepsze rezultaty daje mieszanka kłamstwa i prawdy.

Najłatwiej ukryć się w pełnym świetle.

Zawsze trzeba próbować, nawet na łożu śmierci.

Nie wychodź przed szereg.

Rżnij głupa, jak długo się da.

Nigdy nie biegnij.

Zachowuj się, jakbyś cały czas był na podsłuchu.

Żadnych kontaktów z policją!

Jeśli chcesz coś znaleźć, musisz zrozumieć, co siedzi w głowie tego, kto to schował.

Żadnych taksówek.

Jednak najważniejsza jest reguła numer jeden: nie ufaj nikomu.

Skrupulatnie się do nich stosuję i dlatego ciągle chodzę na wolności. Co nie znaczy, że jeszcze długo.

3

Nienawidzę telefonów komórkowych, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak bez nich żyć. Latanie, oprócz innych zalet, ma dodatkowo tę, że trzeba przełączyć komórkę na tryb samolotowy albo w ogóle ją wyłączyć. I przynajmniej na chwilę dostaje się gwarancję świętego spokoju. Niestety nikt nie wpadł jeszcze na to, że można by też zakazać pasażerom rozmawiać na lotnisku. Na przykład powiedzieć im, że to wpływa na lądowanie samolotów, na start albo radar. Przecież dzisiaj każde dziecko wie, jak ważny jest radar. Czy to naprawdę takie trudne wymyślić jakąś zgrabną historyjkę?

Moja komórka dzwoni jak wściekła. Grzebię w plecaku i kątem oka widzę, że nie tylko ja obserwuję trójkę przemytników. Przy ostatnim stanowisku stoi dwoje agentów. Ona ma źle dopasowaną spódnicę i buty na szerokich, średniej wysokości obcasach, w których można wygodnie chodzić i szybko biegać. On w rozpiętej marynarce, z identyfikatorem na smyczy zawieszonym na szyi, opiera się ramieniem o monitor, a koszula wyszła mu ze spodni. Nie rozmawiają. Ich oczy przesuwają się wzdłuż linii znudzonych i zniecierpliwionych pasażerów i zatrzymują na dłużej na dziewczynie przede mną, tej z kolczykiem. Agentka pochyla się do agenta i mówi coś do niego. On prostuje się i obciąga marynarkę. Nie spuszczam ich z oka i przez to popełniam pierwszy tego dnia błąd – wyciągam z plecaka komórkę i odbieram, nie patrząc na numer.

– Jak tam Stambuł, moja droga? Piękny jak zawsze, prawda? Tylko to nowe lotnisko jest paskudne, choć i tak lepsze niż stare. Przypominało stodołę, pamiętasz?

Gatunek ludzki przetrwał tysiąclecia ewolucji dzięki instynktom. Niestety nie zawsze są to właściwe instynkty. Tekst o lotnisku powoduje, że najpierw odruchowo zerkam na halę odlotów i dopiero potem dociera do mnie, kto mówi.

Konstantinos. Kiedyś mój zaufany wspólnik. Ja kradłam zabytki, a on znajdował na nie kupców. Dobrych kupców, którzy nie targowali się o cenę. Co prawda on brał za to lwią część zysku... Od roku to mój największy wróg, a konkretnie od momentu, kiedy próbował mnie zabić.

Wciskam czerwony guzik i chowam telefon do kieszeni. Kolejka przesuwa się o kolejne pół metra. Facet w garniturze, ten z drogą teczką i romansem z bookcrossingu, jest już na samym początku. Widzę, jak trzęsą mu się dłonie, gdy wyjmuje z kieszeni drobne, rozpina pasek i pociąga za sznurowadła. Książkę kładzie na tacce najpierw tytułem do góry, a potem szybko ją odwraca. Z kosztownej teczki wyjmuje płaski laptop, którego też darmo nie dawali. Nie, zdecydowanie facet nie wygląda na takiego, co sam łazi po wykopaliskach. Ten antyczny drobiazg do ozdoby salonu na pewno kupił od złodzieja. Jednak ta dwójka przy ostatnim monitorze go olewa: agent odwraca się i mówi coś do strażników, agentka nie spuszcza wzroku z dziewczyny z kolczykiem.

Telefon w mojej kieszeni dzwoni znowu. Zamierzam go zignorować, ale ludzie zawsze się gapią, jeśli nie odbierasz, a reguła numer pięć, jedna z reguł dobrej złodziejki, to: nie wychodź przed szereg. Wyjmuję aparat, odrzucam połączenie i przełączam go na wibracje. Chętnie wyłączyłabym w ogóle, jednak – powtórzę – jeszcze nie wymyśliłam sposobu, jak bez szkody dla moich spraw cofnąć się do średniowiecza. Telefon wciąż wibruje w mojej kieszeni, kiedy strażnik daje znak i facet w garniturze przechodzi przez bramkę. Bramka brzęczy. Baba w mundurze, która wygląda jak enerdowska zapaśniczka (i niewykluczone, że kiedyś nią była), podaje mu jeszcze jedną tackę. Facet grzebie po kieszeniach.

Komórka mnie rozprasza. Wyciągam ją i gdy odrzucam rozmowę, prawie natychmiast znowu zaczyna wibrować. Facet ponownie przechodzi przez bramkę. Bramka brzęczy. Strażniczka pokazuje mu gestem, żeby przesunął się do przodu, i zaczyna omiatać go urządzeniem, które wygląda jak wielki czarny lizak na patyku. Telefon nieruchomieje, ale tylko na chwilę. Dziewczyna z kolczykiem ogląda się i patrzy na moją dłoń. Wzdycham i naciskam zieloną słuchawkę.

– Moja droga, nareszcie. Posłuchaj, wiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać. Powiem ci więc tylko dwa słowa...

Przerywam mu bez wahania.

– O, ja też mam ci do powiedzenia dwa słowa. Pierdol! Się!

W słuchawce na moment zapada cisza. Przekładam aparat do drugiej ręki. Strażniczka z lizakiem mówi coś do obsługi. Jeden z techników wstaje od monitora i odsuwa na bok tacki faceta z teczką. Strażniczka daje znak i mężczyzna, teraz już bez teczki i w samych skarpetkach, drepcze za nią. Kolejka przesuwa się o następny metr.

– Nie te słowa miałem na myśli. Wiesz, że nie lubię, jak ktoś używa brzydkich wyrazów.

– Wiem – potwierdzam.

Konstantinos chrząka.

– Słowa, które chciałem powiedzieć, to „złote runo”.

Jestem tak zdziwiona, że odrywam wzrok od faceta w skarpetkach i odwracam się tyłem, co niewiele zmienia, bo za mną też stoją ludzie.

– Dobrze usłyszałaś. Złote runo. Wiem, jak je znaleźć.

Milczę. Oddycham równo i spokojnie.

– No i co ty na to, moja droga?

Obracam się z powrotem twarzą do czoła kolejki. Ludzie przesunęli się o krok do przodu. Gość w skarpetkach zniknął. Wspinam się na palce i rozglądam w tłumie po drugiej stronie bramek, ale nigdzie go nie widzę. Naprawdę przez tego gnojka po drugiej stronie linii straciłam najlepszą zabawę!

– Nadal mam ci do powiedzenia tylko dwa słowa – mówię. – Te same, co wcześniej.

Wciskam z całej siły czerwony przycisk i dostrzegam, jak gapi się na mnie jakaś baba z kokiem. Posyłam jej odpowiednie spojrzenie, a ona szybko poprawia fryzurę i odwraca głowę.

Kolejka znów przesuwa się o metr. Teraz do obserwowania zostali mi tylko dziewczyna z kolczykiem i ojciec dzieciom, a właściwie tylko ona, bo on stoi daleko za mną i kiedy przejdę przez bramkę, stracę go z pola widzenia.

Wciskam aparat do kieszeni i daję kolejny krok do przodu. Zerkam na agentów. Teraz on mówi coś do niej, ale ona unosi dłoń w uniwersalnym geście „poczekaj” i odbiera telefon. Rozmawia przez chwilę, a jej oczy nie przestają skanować ludzi w kolejce. Znowu zatrzymuje wzrok na dziewczynie z kolczykiem przede mną. Kiwa głową, mówi coś jeszcze i gdy się rozłącza, razem z partnerem ruszają do przodu. Idą powoli. Nie rozglądają się, tylko przyglądają twarzom. Ludzie różnie reagują – jedni cofają się o krok, inni garbią się, jeszcze inni spuszczają wzrok. Każdy ma coś na sumieniu, jakieś drobne grzeszki, które w takim momencie uparcie się przypominają.

Przyglądam się dziewczynie z kolczykiem. Plamy potu pod jej pachami się powiększają. Wpatruje się intensywnie w ekran smartfona, a ciało ma całkiem sztywne. Oddycha przez usta. Kiedy agenci ją mijają, głośno wypuszcza powietrze z płuc. Podchodzą do mnie. Kobieta macha mi przed nosem identyfikatorem i mówi po angielsku:

– Ochrona lotniska. Pani pozwoli z nami.

Teraz pół lotniska gapi się na mnie. A ja jestem tak zdziwiona, że nie mogę wykrztusić ani słowa. Przecież zrobiłam wszystko jak trzeba!

4

Idę potulnie z agentami, mijamy setki takich samych szarych drzwi po obu stronach korytarza, już kolejnego, w który skręciliśmy. Nie odnalazłabym drogi powrotnej, choćby zależało od tego moje życie. W końcu zatrzymujemy się przed jakimiś drzwiami. Ona naciska klamkę, on przepuszcza mnie przodem. W środku stoi kilka stołów, przy każdym krzesła. Pewnie pokój służy do obowiązkowych cotygodniowych zebrań personelu, gorszych niż tortury.

– Spóźnię się na samolot – mówię jeszcze na korytarzu. – Będziecie musieli mi zapłacić za bilet. Za dwa bilety, mam przesiadkę.

– Mhm – mruczy agentka.

Nie trzyma mnie za ramię. Nie musi, i tak nie miałam szansy uciec im na lotnisku.

– Mój główny bagaż został już odprawiony – przypomina mi się jeszcze. – Jeśli nie wejdę na pokład, ogłoszą alarm terrorystyczny.

Agent daje znak dłonią, bym weszła.

– Proszę się nie martwić, proszę pani. Zajmiemy się wszystkim.

Nie zabierają mi komórki ani paszportu, tylko jedno z nich podchodzi do okna i sprawdza, czy na pewno nie da się go otworzyć. Niepotrzebnie się wysila, do ziemi są ze cztery piętra, a ja cierpię na lęk wysokości.

– Proszę usiąść. – Mężczyzna wskazuje twarde krzesło. W ogóle są uprzedzająco grzeczni. – Napije się pani czegoś?

– Chętnie. Najlepiej na pokładzie samolotu. Myślę, że mimo oszczędności w liniach lotniczych stewardesy nadal serwują napoje.

Zachowują się, jakby mnie nie usłyszeli. To bardzo irytujące.

– Muszę skorzystać z toalety – dodaję jeszcze. – Chyba nie chcecie, żebym zasikała wam podłogę.

Na to też nie reagują. Za to, gdy dzwoni telefon, kobieta od razu wyjmuje go z kieszeni i przykłada do ucha. Słucha przez chwilę tego, co ma do powiedzenia ten ktoś po drugiej stronie, i bez słowa się rozłącza. Agent patrzy na nią, a ona wskazuje mu głową drzwi.

– Proszę tu poczekać – mówi do mnie. – Za chwilę ktoś się panią zajmie.

– A może powiecie mi przynajmniej, o co...

Wychodzą. I przekręcają klucz w zamku.

Nie żeby zamki były dla mnie przeszkodą. Zawsze mam przy sobie kilka wsuwek do włosów, praktycznych przy prostszych yale’owskich typach. Bardziej skomplikowane wkładki wymagają lepszego sprzętu, ale nie szykowałam się przecież dzisiaj na włam. Po długim i bardzo męczącym sezonie wykopaliskowym zamierzam tylko wrócić do domu.

Wyjmuję z plecaka wsuwkę i podchodzę do drzwi. Majstruję w zamku i automatycznie zaczynam liczyć. Trzydzieści siedem sekund, cholera! Naprawdę muszę więcej ćwiczyć. Naciskam klamkę i ostrożnie wyglądam na korytarz. Pusty. Cofam się i zamykam za sobą cicho drzwi. Jeszcze rzut oka przez okno, ale tam widzę dokładnie to, co człowiek spodziewa się zobaczyć na lotnisku: betonową płytę, jeżdżące w tę i z powrotem pojazdy w dziwnych kształtach, a w oddali samoloty. Wyjście jest tylko jedno. Zarzucam plecak na ramię i znów staję w progu, kiedy komórka zaczyna mi wibrować w kieszeni. Wyszarpuję ją i sprawdzam ekran. Konstantinos!

– To nie jest najlepszy moment! – warczę i się rozłączam.

Wystawiam głowę na korytarz. Problem w tym, że nie pamiętam, jak wrócić. Wiem tylko, że przyszliśmy z prawej strony, ale gdzie wcześniej skręciliśmy i ile razy – tego już nie. Nie chcę błąkać się po lotnisku, aż umrę z głodu albo ktoś aresztuje mnie za szpiegostwo.

Znów ten pieprzony telefon!

– Moja droga, wiem, że jesteś zirytowana – odzywa się, zanim zdążam cokolwiek powiedzieć. – Też bym był, gdybym siedział w jakimś pokoju na lotnisku i patrzył, jak odlatuje mój samolot.

Odwracam się powoli, wchodzę do pokoju i zamykam za sobą drzwi. Zrzucam plecak na podłogę, a sama siadam na krześle.

– Słucham.

– Moja droga, moja droga, nie musisz się tak bardzo denerwować. Ja tylko chciałem chwilę z tobą porozmawiać.

– I dlatego kazałeś mnie aresztować?

– Oj tam, zaraz aresztować. Poprosiłem tych miłych ludzi, żeby mi trochę pomogli zwrócić twoją uwagę. Dzięki temu możemy przez chwilę spokojnie pogadać w miejscu, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał.

Rozglądam się po pokoju.

– Tak, to właśnie to miejsce. Słucham.

– Już ci powiedziałem, o co chodzi. O złote runo. Wiem, gdzie go szukać. I miałbym na nie kupca.

– Chcesz, żebym coś dla ciebie ukradła? – upewniam się.

– Nie coś, złote runo. Mam zainteresowanego klienta. To naprawdę wielka...

– Po tym, jak w zeszłym roku kazałeś mnie śledzić psychopacie?

– Nie śledzić, tylko...

– Który miał mnie na twój rozkaz zabić? I nie zrobił tego tylko dlatego, że jeden z twoich klientów chciał mojej ekspertyzy?

Konstantinos przez dłuższą chwilę milczy. Kiedy się odzywa, jego głos nadaje się do chłodzenia napojów w upalny dzień.

– A ty, moja droga, zniszczyłaś moją reputację. Zamiast pozwolić mi sprzedać kupcowi po cichu skarb Schliemanna, doprowadziłaś do jego ujawnienia. Podałaś moje nazwisko dziennikarzom i zmusiłaś mnie do cyrku w świetle kamer. Wiesz, ile kosztowało mnie odzyskanie zaufania klientów? Ciągle płacę za twój wyskok.

– Masz całkowitą rację, czuję się winna. – Uderzam otwartą dłonią w stół. W pustym pokoju brzmi to jak wystrzał. – Zdecydowanie powinnam była dać się zabić, byle tylko nie zepsuć ci planów.

– Pomyślałem, że tym razem podzielimy się po połowie.

– Tym razem?

– Wspaniale nam się pracowało razem, moja droga...

– Dopóki nie próbowałeś mnie zabić.

– Do końca życia będziesz mi to wypominać?

– Nie, tylko dzisiaj. Bo potem, już do końca życia, nie zamierzam z tobą rozmawiać.

Urywam, ale się nie rozłączam. Odsuwam tylko na chwilę telefon od ucha i patrzę na niego w milczeniu, a wtedy Konstantinos znów zaczyna mówić.

– No dobrze. Rozumiem twój żal. Jestem przygotowany na wymówki, jednak może poczekajmy z tym na stosowniejszą chwilę i skupmy się na naszej pracy.

– Naszej?

– Simona, proszę cię. Nie chcesz się dowiedzieć, co z tym złotym runem?

Gdy milczę, Konstantinos chrząka po drugiej stronie słuchawki.

– No więc posłuchaj. Kilka dni temu miałem w tej sprawie bardzo interesujący telefon...

– Zaczekaj – przerywam mu, a on czeka bez słowa skargi, chociaż tego nie lubi. Przeciągam tę ciszę, aż wreszcie czuję, że zaraz wybuchnie. Chyba wystarczy.

– Ale ty wiesz, Konstantine, że historia o złotym runie to tylko bajka, prawda?

5

Ta historia idzie jakoś tak.

Akurat w tej chwili nie mogę sobie przypomnieć dlaczego, ale w każdym razie król Atamas, który panował w Orchomenos (to w Grecji, a w ogóle dawno, dawno temu), postanowił zabić swoje dzieci z pierwszego małżeństwa, Fryksosa i Helle. Zdaje się, że miała w tym udział druga żona, klasyczna bajka o macosze, tak jak choćby w Królewnie Śnieżce. W każdym razie, jak już wspomniałam, to historia ze starożytnej Grecji, więc Atamas zamiast wysłać dzieci do lasu, postanowił je złożyć w ofierze na ołtarzu w gaju Zeusa. Jednak ktoś (duch zmarłej matki? Sam Zeus? W greckich mitach trudno się połapać) zesłał dzieciom uskrzydlonego barana o złotym runie. Baran uratował dzieci i zabrał je daleko, za morze. Dziewczynka, Helle, zmęczona lub po prostu jeszcze za mała, spadła do wody i zginęła – na jej cześć Grecy nazwali Hellespontem cieśninę, którą my nazywamy Dardanelami i którą doskonale widać z Troi, czyli miejsca, gdzie Konstantinos chciał mnie zabić. Ale to całkiem inna historia.

Wracając do złotego runa: Fryksos na grzbiecie barana doleciał do Kolchidy, po drugiej stronie Morza Czarnego. Tam zarżnął go na ołtarzu Posejdona (ładne podziękowanie za uratowanie życia, nie ma co!), a złotą skórę zawiesił na drzewie w świętym gaju. I to właśnie było złote runo.

Po tę skórę wyruszył potem Jazon, syn Ajzona z Jolkos (to też w Grecji i też dawno temu). Po dokonaniu wysiłku umysłowego (starożytni herosi mieli pod dostatkiem testosteronu, za to z myśleniem bywało u nich różnie) doszedł do wniosku, że sam nie poradzi sobie z tym zadaniem, więc kazał zbudować statek Argo i zgromadził jako załogę pięćdziesięciu zabijaków z całej Grecji. Bohaterowie mieli po drodze wiele przygód, które głównie polegały na tym, że gwałcili kobiety i mordowali mężczyzn, a czasem sami ginęli. Aż w końcu dotarli do Ai na Kolchidzie, gdzie Jazon zdobył złote runo, a potem (z przerwami na mordowanie i gwałcenie, głównie mordowanie) zawiózł do Grecji i złożył w darze Zeusowi – w tym samym gaju, na tym samym ołtarzu, gdzie wcześniej miał zostać zamordowany Fryksos. Koniec historii.

– Wiesz, że to bajka, prawda? – powtarzam do słuchawki. – Mit grecki. Historia symboliczna, odzwierciedlająca...

– Nie do końca.

– Chcesz mi teraz wmówić, że to zdarzyło się naprawdę? Latający baran ze złotym futrem, wyprawa bohaterów, ziejące ogniem byki, zęby smoka...

– Większość mitów bazuje na jakichś wydarzeniach historycznych.

– Na jakichś, dobrze to powiedziałeś. W tym przypadku chodzi zapewne o układ sił politycznych w Grecji i eksplorację rejonów Morza Czarnego przez Greków, a nie o złotą skórę zdartą z barana.

Nie odpowiada. Przez chwilę milczymy oboje.

– Moja droga, nie będziemy przecież omawiać takich szczegółów przez telefon – odzywa się w końcu.

– Też uważam, że to nie najlepszy pomysł, ale innej okazji nie będzie. Spieszę na samolot, który... – odsuwam komórkę od ucha i spoglądam na godzinę na wyświetlaczu – ...który właśnie mi uciekł. Zamierzam więc wydostać się stąd, wysikać się, zrobić karczemną awanturę i spróbować wrócić do domu innym samolotem. Dokładnie w tej kolejności.

– Toaleta jest za drugimi drzwiami na prawo – mówi Konstantinos.

– Znasz na pamięć rozkład toalet w korytarzach dla personelu na lotnisku w Stambule?

– Nie, tylko akurat przed nią stoję.

Rozłączam się i powoli odkładam telefon na stół. Wbijam wzrok w drzwi, a te otwierają się po czterdziestu sekundach.

– Witaj, moja droga. – Konstantinos rozgląda się po pokoju. – Wyglądasz na zmęczoną. Nieprzespana noc?

To naprawdę irytujące, kiedy ktoś tak dobrze zna twoje metody.

– Wpadłeś pogadać o tym, jak maskować cienie pod oczami?

Podchodzi do okna i wygląda na zewnątrz. Sam prezentuje się kwitnąco mimo nieludzkiej godziny: w eleganckim garniturze, śnieżnobiałej koszuli i dobranym pod kolor oczu krawacie. Nawet włosy na skroniach nie posiwiały mu bardziej od czasu, kiedy widziałam go ostatnio, zresztą siwizna nadaje mu wygląd angielskiego lorda. Ten przemytnik amator z drogą teczką powinien mu czyścić buty (notabene, lśnią tak, że mogłabym poprawić w nich makijaż).

– Nie, wpadłem pogadać o tym, jak zorganizować kradzież, która cię ustawi do końca życia.

Wstaję z krzesła i sięgam najpierw po telefon, a potem po plecak i przerzucam przez ramię jego pasek.

– Po pierwsze, mówiłeś to samo przy diademie Heleny.

– To tylko twoja wina...

– ...że jeszcze żyję? – Nie spuszczam z niego wzroku, aż wzrusza ramionami. – A po drugie nie zamierzam z tobą pracować. Ani teraz, ani nigdy.

Jestem już w progu, gdy słyszę za plecami:

– Złota zawieszka w kształcie ptaka z rozłożonymi skrzydłami. Datowana pomiędzy ósmym a szóstym wiekiem przed naszą erą. Ozdobiona filigranem i granulowaniem. Piękna robota. Z Artemizjonu w Efezie, który nazywa się dzisiaj Selçuk. Nie jest bezcenna, ale bardzo, bardzo cenna.

Zatrzymuję się z dłonią na klamce.

– Przy okazji nie wykonano jej z czystego złota. Do metalu domieszano odrobinę miedzi i srebra, co, oczywiście, w niczym nie obniża wartości.

Odwracam się plecami do drzwi.

– Masz ją w plecaku. Schowaną w szkatułce wykonanej z miedzi, ze sporą domieszką srebra. Szkatułka jest w kształcie prawosławnego krzyża, czyli podobnym do zawieszki. Specjalnie taką wyszukałaś, co w Stambule nie jest trudne, w tym mieście można dostać wszystko. Zapłaciłaś za nią czterdzieści lirów na straganie obok Hagii Sophii. Przepłaciłaś, moja droga. W tanich sklepikach na tyłach Wielkiego Bazaru wzięliby od ciebie góra dziesięć lirów i jeszcze poczęstowali herbatą.

– Nienawidzę tureckiej herbaty – rzucam, patrząc mu w oczy, a on zaczyna się śmiać.

– Wiesz, jak działa rentgen. Zresztą dlatego ustawiłaś się w tej dłuższej kolejce. Krótsza była do stanowiska kontroli z nowoczesnym aparatem do prześwietlania, w oparciu o mikrofale, nie promienie Roentgena. A ty jeszcze nie sprawdzałaś, co dokładnie w takim aparacie widać, a czego nie. Wolałaś nie ryzykować. – Nabiera powietrza w płuca. – Rentgen za to znasz, wiesz, że sprawa jest prosta. Metal, z którego zrobiono szkatułkę, pochłonie promieniowanie i nie będzie można zobaczyć, co jest w środku. Właściwie niepotrzebnie się kłopotałaś o tę szkatułkę, wystarczyłoby jakiekolwiek metalowe pudełko.

W ciszy, jaka zapada, słyszę swój oddech.

– Ale ty lubisz mieć wszystko dopracowane co do najdrobniejszego szczegółu. Szkatułka jest zapakowana w ozdobne pudełko i przewiązana wstążką z wielką kokardą. Czerwoną albo różową, wiesz przecież, moja droga, że jako mężczyzna mam problemy z subtelnym rozróżnieniem kolorów.

Milczę.

– Oczywiście strażniczka na bramce kazałaby ci wyjąć pudełko, gdyż na monitorze trudno im rozpoznać, co to. A ty bez ociągania wyjęłabyś je razem z rachunkiem z bazaru, wydrukowanym na ozdobnym papierze i z dołączonym certyfikatem ze zdjęciem szkatułki oraz z zaświadczeniem, że jest całkowicie, absolutnie współczesna i wyprodukowana w Chinach albo Pakistanie na potrzeby przemysłu turystycznego. Strażniczce nie chciałoby się jej otwierać i blokować kolejki. Zerknęłaby raz na zdjęcie na certyfikacie, drugi raz na monitor i trzeci raz na ciebie. Zdjęcie pasowałoby do obrazu na monitorze, a twoja mowa ciała powiedziałaby jej tylko, że masz za sobą męczący dzień albo i noc. Oddałaby ci szkatułkę i może nawet życzyła przyjemnej podróży. Wszystko zajęłoby mniej więcej tyle czasu, co przeciętnemu mężczyźnie wywleczenie paska ze spodni.

Ciągle milczę.

– Drugie drzwi na prawo – przypomina mi w końcu Konstantinos. – Jak wrócisz z łazienki, porozmawiamy.

Zatrzaskuję za sobą z furią drzwi do kabiny w toalecie. Sikam, a potem opieram się o umywalkę i długo patrzę w lustro. Zamykam na chwilę oczy, ale natychmiast je otwieram, bo kiedy są zamknięte, widzę pod powiekami zwłoki Tiny. Jej długie jasne włosy, falujące na wodzie i małe szare rybki obgryzające jej palce i nos. Chciała oszukać Konstantinosa, próbowała mu wmówić, że kopia złotego diademu Heleny to oryginał wykonany przed prawie pięcioma tysiącami lat. Poza tym nie zrobiła mu nic złego! Nie okradła go, nie okaleczyła... Kiedy zorientował się, że kłamie, mógł ją po prostu wyrzucić za drzwi razem z naszyjnikiem. Zamiast tego kazał ją zabić, bo, jak twierdzi, brzydzi się oszustwem.

Minął już rok, a ja czasem jeszcze budzę się w nocy z krzykiem, kiedy w moim śnie Tina nagle otwiera pod wodą oczy i pyta: „Dlaczego mnie nie ostrzegłaś, Simono?”. (Odpowiedź brzmi: bo nie wiedziałam, że masz zamiar zadrzeć z Konstantinosem, kretynko!)

Więc nie dziwcie się, że zwlekam z powrotem do pokoju.

Kiedy w końcu wracam, nie jest sam. Zatrzymuję się gwałtownie w progu i robię głęboki wdech.

– Nie będę pracować z tym zboczeńcem!

– Zboczeńcem był Yannis – przypomina mi Petros oparty o ścianę koło okna.

Muszę przyznać mu rację. To Yannis powiedział bułgarskiemu kierowcy ciężarówki, którą jechaliśmy stopem, że jestem prostytutką i jak będę niegrzeczna, pozwoli mu się ze mną zabawić. To był Yannis, nie Petros. Petros tylko stał z boku i patrzył.

Teraz też mi się przygląda. Żuje gumę, pewnie wolałby papierosa, ale wszędzie zainstalowane są czujniki dymu.

– Wyglądasz jakoś inaczej niż rok temu – mówi.

Czy ja wiem? Zawsze byłam szczupła, jak się za dnia pracuje jako archeolożka, a nocami jako złodziejka, trudno przytyć. Wyglądam przeciętnie: średni wzrost i włosy obcięte prosto, do ramion, by dało się je upiąć na różne sposoby, co bardzo ułatwia życie – gdyby ktoś zobaczył mnie w akcji, miałby kłopoty z opisaniem mojego wyglądu policji. Jednak Petros ma rację, dzisiaj moje oczy są brązowe. Kiedy widziałam się z nim rok temu, nie nosiłam kolorowych szkieł kontaktowych.

Mam genetyczną skazę: moje tęczówki są turkusowe, jak morska woda na podkolorowanych zdjęciach w folderach turystycznych. Intensywnie turkusowe tęczówki ma tylko bardzo mały promil populacji. Jestem pewna, że nigdy nie spotkaliście nikogo o takich oczach, bo inaczej nigdy byście go nie zapomnieli. Dlatego właśnie korzystam z kolorowych szkieł i dwóch paszportów (to akurat nietrudne, wystarczy zgłosić, że jeden się zgubiło, i wyrobić następny, z nowym zdjęciem).

– Petros jest nam potrzebny. – Konstantinos staje obok niego i wygląda przez okno, nie przestając tłumaczyć mi jak dziecku. – To skomplikowane zadanie. Będzie cię ochraniał, poza tym ułatwi załatwianie spraw z urzędnikami, jeśli to będzie konieczne.

– Tak jak przy diademie Heleny?

– Hej, nie zrobiłem ci nic złego – broni się Petros.

– Ani nic dobrego.

– Moi drodzy. – Konstantinos odwraca się od okna i unosi obie ręce. – To nie jest czas ani miejsce. Usiądźmy.

Podchodzi do najbliższego krzesła, odsuwa je i siada. Petros robi to samo. Waham się, ale wygląda na to, że nie mam innego wyjścia.

– Zanim zaczniemy rozmawiać o szczegółach – zwracam się do mojego byłego wspólnika – wyjaśnijmy sobie, czy ty, Konstantine, naprawdę wierzysz w bajki.

Patrzy na mnie, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien się roześmiać, czy wkurzyć.

– Złote runo to nie bajka – odpowiada w końcu, a ja podstawiam mu pod twarz lewą dłoń i zaczynam liczyć na palcach.

– Latający baran, ziejące ogniem byki, zęby smoka zasiane w ziemi, z których potem wyrośli wojownicy, czarodziejka Medea...

Konstantinos delikatnie opuszcza moją dłoń na blat stołu.

– Wiesz o tym – mówi powoli – że większość badaczy uważa, jakoby Kolchida naprawdę istniała na terenie dzisiejszej...

– Mogła sobie leżeć, gdzie chciała. Nie twierdzę, że każdy element mitu został zmyślony.

– W Kolchidzie wydobywano złoto, potwierdziły to badania archeologiczne.

Otwieram usta, żeby znów mu przerwać, ale on unosi palec.

– Tamtejsze depozyty złotonośne były w rzekach. To drobinki złota wymieszane z piaskiem. Wydobywano je, przeczesując dna koryt baranimi skórami!

Patrzy na mnie z tryumfem. Czego się spodziewa? Okrzyków radości?

– Może to i prawda – odpowiadam. – Nie wykluczam, że w ten sposób mogła się narodzić legenda o złotym runie. Czy dobrze rozumiem: chcesz, żebym przywiozła ci starą, śmierdzącą baranią skórę z kilkoma drobinkami złota w sierści? Wiesz co, znajdź sobie kogoś innego do tej roboty.

– Moja droga. – We wzroku Konstantinosa widzę politowanie. – Myślisz, że zależy mi na jakiejś starej skórze? O ile materiał organiczny w ogóle mógłby zachować się przez tyle setek lat?

– Cholera wie – mruczę pod nosem, a na głos dodaję: – Konstantine, to wszystko są jakieś kosmiczne bzdury.

– Moja droga...

– Może i kiedyś przeczesywano koryta rzek śmierdzącymi baranimi skórami, jednak mit o złotym runie narodził się prawdopodobnie przy okazji handlu bursztynem. Do Grecji w epoce brązu docierało go przecież sporo. Tajemniczy surowiec, ani kamień, ani metal, ale o barwie złota. Elektryzował wełnę, stąd przecież grecka nazwa elektron. Przywozili go dziwni ludzie z Północy, to świetny surowiec na mit.

– Złote runo to nie bursztyn.

– Sprawiasz wrażenie, jakbyś to wiedział na sto procent.

– Bo wiem.

– Ciekawe skąd.

Otwiera usta, jakby chciał mi odpowiedzieć, ale się rozmyśla. Przez chwilę milczymy oboje. W końcu poprawia się wygodniej na krześle i mówi:

– Zastanów się, moja droga, co łączy skóry zwierząt z metalem.

Skóry zwierząt? Z metalem? Nic!

Wysikałam się już, ale nadal chce mi się pić i jeść. Nie przespałam nocy i jest mi zimno, bo nie przewidziałam, że tyle czasu będę siedzieć w siedemnastu stopniach, i mam na sobie tylko cienką kurtkę. Naprawdę ostatnią rzeczą, o jakiej teraz marzę, jest rozwiązywanie idiotycznych zagadek.

Pocieram dłonią czoło i wzdycham, a Konstantinos niewłaściwie interpretuje mój gest.

– Tak jest, pomyśl, moja droga. Skóry zwierząt i metal. Pomyśl przez chwilę.

Odchylam się do tyłu na krześle i prostuję plecy.

– Nic mi nie przychodzi do głowy – cedzę. – Bo chyba nie masz na myśli miedzianych ingotów?

A on w odpowiedzi klaszcze w dłonie i szczerzy się od ucha do ucha. Patrzę na niego i oczom nie wierzę, bo raczej dba o elegancję w życiu codziennym i nigdy nie zachowuje się spontanicznie.

– Brawo! Brawo, moja droga!

Na pewno nie wiecie, co to są ingoty, i za to was akurat nie winię. To spore kawały metalu w kształcie plus minus prostokąta z wyciągniętymi narożnikami. Archeologom kojarzą się z rozpiętą do wysuszenia skórą zwierzęcia. Co prawda wątpię, czy wśród moich kolegów znalazłby się ktoś, kto naprawdę widział rozpiętą do wysuszenia zwierzęcą skórę, ale nie wymagajmy zbyt wiele od wykładowców akademickich.

– Niektóre mają nawet na powierzchni takie bąbelki, wyglądają całkiem jak runo barana – dodaje Konstantinos.

– To są pęcherzyki gazu. – Znowu wzdycham. – Uwalniane podczas procesu stygnięcia metalu po odlaniu, z całą pewnością niezaprojektowane specjalnie.

– No, to ty już wiesz najlepiej, moja droga. W końcu skoro z nas dwojga ty znasz się na starożytnej biżuterii, to i na metodach wytopu metalu pewnie też.

– No właśnie, Konstantine. Z nas dwojga ja się na tym znam. I dlatego zauważyłam jeden drobiazg, który najwyraźniej umknął twojej uwadze. Wszystkie miedziane ingoty, jak sama nazwa wskazuje, wykonywane były z miedzi. Symbol chemiczny Cu, od łacińskiego cuprum, liczba atomowa dwadzieścia dziewięć. Nie ze złota, symbol chemiczny Au, od łacińskiego aurum, liczba atomowa siedemdziesiąt dziewięć.

– Wszystkie, moja droga, z wyjątkiem jednego.

6

Próbuję się powstrzymać przed ziewaniem, ale nie daję rady. To odruch, reakcja organizmu na brak tlenu w zamkniętym pomieszczeniu. Konstantinos uśmiecha się i wstaje od stołu.

– Chodźmy stąd. – Przysuwa równo krzesło, jak grzeczny uczeń. – Musisz napić się kawy.

– Muszę zjeść śniadanie – prostuję, a on się krzywi.

– Tu, na lotnisku raczej nie znajdziemy niczego dobrego.

– Ja będę jadła, ty możesz patrzeć – oznajmiam i zarzucam sobie plecak na ramię.

Kiedy wychodzimy z pokoju, nikt nas nie zatrzymuje, zresztą nie wiem, kto miałby to zrobić, bo na korytarzu nie ma żywego ducha. Idziemy, Konstantinos i Petros przodem, a ja za nimi, bo tracę orientację już przy drugim zakręcie. Burczy mi w brzuchu. Gdyby mnie tu zostawili, czekałaby mnie śmierć głodowa. Też wolałabym pojechać do miasta. Nic tu po mnie, tym bardziej że po tym, jak nie stawiłam się na samolot, moją walizkę i tak już pewnie komisyjnie zdetonowano na wypadek, gdyby zawierała bombę. Jednak z lotniska do centrum jedzie się godzinę – obgryzłabym z głodu wszystkie paznokcie.

Korytarze wreszcie się kończą i wychodzimy na znany mi już teren: ciąg butików i restauracji przed bramkami do samolotów. Nie wiem, w jaki sposób przedostaliśmy się na tę część lotniska, omijając stanowiska kontroli, ale na pewno nie będę o to pytać. Burczy mi w brzuchu coraz głośniej. Konstantinos pokazuje restaurację, która chyba nie należy do żadnej sieci. Jak się okazuje, to jej jedyna zaleta, bo pieczywo w koszyczku jest stare, a kelnera w ogóle nie widać. Ale siadamy przy stoliku.

– No dobrze. – Napycham sobie usta chlebem. – Załóżmy, że mit o złotym runie bazuje na faktach. Załóżmy, że jednym z tych faktów jest ingot, sztaba w kształcie skóry barana, z czystego złota.

– Jest – mówi Konstantinos i najwyraźniej w to wierzy.

– Załóżmy, że ta sztaba pochodzi z epoki brązu i byłaby wielką archeologiczną sensacją...

– Chyba nie muszę ci tego tłumaczyć, moja droga. Jeśli wszystkie znane do tej pory ingoty są miedziane i tylko jeden jedyny został wykonany z czystego złota, to chyba wiesz, jaką ma wartość.

Wiem, a w każdym razie mogę to sobie wyobrazić.