Reckless Titan - Karolina Rowińska - ebook
NOWOŚĆ

Reckless Titan ebook

Karolina Rowińska

2,3

179 osób interesuje się tą książką

Opis

Griffin McCarthy, zastępca kapitana szkolnej drużyny rugby, jest obiektem westchnień wielu uczennic Crownridge Academy. Szczególnie naprzykrza mu się Olivia, głowa składu cheerleaderek.

Dziewczyna jest córką dyrektora i nie może się pogodzić z tym, że Griffin ciągle ją odtrąca. W końcu wymyśla, że może uda jej się złapać go w sidła na imprezie zorganizowanej w jej domu podczas nieobecności ojca.

Nie ma pojęcia, że to właśnie wtedy McCarthy chce ostatecznie postawić jej granicę. Lecz nic nie idzie zgodnie z planem, zwłaszcza gdy na jego drodze staje siostra Olivii – Jordan Sinclair. 

Tej nocy Griffin i Jordan zawiązują układ rozpoczynający coś, czego finału nie spodziewa się żadne z nich.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.  

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 398

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,3 (3 oceny)
0
1
0
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Loga97

Z braku laku…

Szczerze mówiąc, mimo najlepszych chęci, naprawdę trudno dać tej książce wyższą ocenę. Całość jest całkowicie pozbawiona ładu i składu. Najbardziej razi jednak warstwa dialogowa – rozmowy między bohaterami są niezwykle płytkie, sprowadzone do banałów. Ciężko nawet sprecyzować jeden konkretny minus, bo cała historia po prostu się nie broni.
20
mosttrowska017

Dobrze spędzony czas

Jeśli mam być z Wami całkowicie szczera. Nie planowałam czytać tej książki, bo moja relacja z twórczością tej autorki jest naprawdę skomplikowana. Jednak motywy i sposób promocji patronek sprawiły, że chciałam dać jej jeszcze jedną szansę. Na początku ciężko było mi się wkręcić w fabułę. Miałam też problem z polubieniem głównych bohaterów. Później było już tylko lepiej, bo coraz bardziej się wciągnęłam i zaczęłam czerpać z lektury naprawdę dużo przyjemności. Po skończeniu mogę napisać, że bawiłam się na niej naprawdę dobrze. Cieszę się, że dałam jej szansę, bo ostatecznie zdecydowanie nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Myślę, że warto po nią sięgnąć.
00



Copyright © for the text by Karolina Rowińska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Moch

Korekta: Joanna Błakita, Kamila Grotowska, Dominika Kalisz-Sosnowska

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Ilustracja okładkowa: Aleksandra Monasterska

ISBN 978-83-8470-030-3 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Ostrzeżenie

Drogi czytelniku,

dziękuję, że sięgasz po historię Griffina i Jordan. To opowieść o dwójce nastolatków uczących się nawzajem, jak kochać oraz być kochanym. Zanim jednak ich relacja dostanie szansę, by się rozwinąć, Jordan musi zmierzyć się z konsekwencjami pozostawania w toksycznym związku. Jej relacja z Thomasem jest niszczycielska, pełna manipulacji i zachowań, które nigdy nie powinny stać się wzorem do naśladowania.

Trudno jednak oceniać kogoś, kto trwa w takim układzie. Warto pamiętać, że toksyczny partner potrafi doszczętnie zniszczyć poczucie własnej wartości i doprowadzić dziewczynę do momentu, w którym przestaje ona wierzyć, że zasługuje na lepsze traktowanie i prawdziwą miłość.

Rozdział 1

Dla dobra większości

Griffin

– Nie wiem, czy wiesz, ale to widać, Nico – skomentowałem.

Uśmiech sam pojawiał mi się na ustach, ilekroć przyłapywałem przyjaciela na wpatrywaniu się w tę dziewczynę niczym w obrazek. A działo się to naprawdę często.

– Co niby? – zapytał, udając zmieszanego i wciąż nie odwracając spojrzenia.

– Błagam cię. Gapisz się na nią jak Kaden na piłkę – wtrącił się Julian.

Poprawił się na krześle, które skrzypnęło pod jego ciężarem. Rozłożył swobodnie nogi na ławce i zahaczył podeszwy trampek o kolejne miejsce w rzędzie.

– Nikt na nic nie patrzy tak jak on na piłkę – stwierdził Nico i, o dziwo, w końcu oderwał wzrok od czarnych, wysoko upiętych włosów dziewczyny siedzącej na samym przodzie.

Jeszcze jakiś czas temu nikt w klasie nie spodziewałby się, że Daniela Perez zajmie miejsce tak blisko tablicy. Ale teraz zrobiła to, żeby być jak najdalej od chłopaka, który w dalszym ciągu obsesyjnie obserwuje każdy jej ruch, mimo że się rozstali.

Może i Niccolo nie chciał przyznać tego głośno, ale jeszcze nie wyleczył się z byłej dziewczyny. Najbardziej absurdalne było to, że najwyraźniej ona też nie chciała tak po prostu o nim zapomnieć. Trwali w niekończącej się pętli, którą nawzajem zaciskali wokół siebie. Licytowali się o to, które z nich jako pierwsze zapragnie znów normalnie oddychać.

– A jednak.

Nachyliłem się nad naszą ławką.

Byłem wręcz pewien, że nie dam rady usiedzieć w miejscu. Po wczorajszym treningu, który zostawił mnie z wcale nie tak drobną kontuzją, bark odmawiał mi posłuszeństwa. Tak mnie bolał, że ograniczał większość ruchów prawej strony ciała.

Z dwojga złego dobrze, że chociaż nie dałem po sobie poznać, jak ta głupia przepychanka mnie załatwiła. Gdyby tylko Kaden, nasz kapitan, zobaczył, że jego zastępca gryzie piach, zwijając się z bólu, posadziłby mnie na ławce rezerwowej do końca sezonu. Na szczęście maskowanie fizycznego bólu było moim drugim imieniem. Dzięki temu, zanim Kaden zdążył do mnie dobiec, ja już stałem prosto, bo szybko podniosłem się z ziemi o własnych siłach.

Nigdy nie pomyślałbym, że akcja, jakich na boisku zdarza się wiele, skończy się tym, że razem z barierką stworzymy pieprzoną kanapkę. Zaciekle trzymałem piłkę i nie zamierzałem tak łatwo odpuścić. Zresztą dokładnie tak jak Julian, który wbiegł we mnie i uwięził w potrzasku między sobą a trybunami.

Cała siła zderzenia i nacisk odbiły się właśnie na moim nieszczęsnym barku. Takie niewyleczone kontuzje mogą ciągnąć się za zawodnikiem przez długie miesiące, a ich konsekwencje – boleć bardziej niż samo wydarzenie.

Ale tak to już po prostu jest w tym sporcie. W rugby nie ma miejsca dla zawodników, którzy nie walczą, a już tym bardziej dla niewstających po upadku. Ten sport był, jest i zawsze będzie definicją brutalności.

Napiąłem ramię i mimo uporczywego pulsowania starałem się trzymać je w jednej pozycji, żeby nie pogarszać sytuacji.

– Sorry za wczoraj, stary. Nie wyhamowałem, do tego adrenalina i ta nowa na trybunach, Cindy… Sam rozumiesz – wytłumaczył się nagle Julian, zupełnie jakby czytał mi w myślach.

– Spoko. Nie pierwszy, nie ostatni raz – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Barierka okazała się niezłym zawodnikiem. – Uśmiechnąłem się.

– Skubana coś ci odpuścić nie chciała. – Zaśmiał się w głos.

– Poza tym boisko to nie piaskownica, a…

– A Tytani to nie beksy – dokończył za mnie Niccolo i w końcu obrócił głowę w naszą stronę.

– Jeszcze raz wspomnicie coś o Kadenie, to chyba się zrzygam – wtrącił się do rozmowy John, siedzący w rzędzie obok nas.

I zrobił to w zdecydowanie najmniej odpowiednim dla siebie momencie.

– Powtórz to, Kelly. – Kaden dosłownie wyrósł mu przed oczami.

Górował sylwetką nad nieco drobniejszym Johnnym, rozwalonym w tej chwili na krześle jak król. Zresztą to, czy siedział, czy stał, nie miało żadnego znaczenia, bo nasz kapitan i tak był od niego wyższy.

Kamienny wyraz twarzy Kadena w wielu osobach wzbudzał jakiś dziwny, wewnętrzny lęk. Jego styl bycia, ubioru i wymowy sprawiały, że wyglądał na człowieka, z którym nie powinno się zadzierać.

A jeśli już ktoś to zrobił… drugi raz nie próbował się o tym przekonywać.

John wstał z miejsca, starając się tym samym stawić czoła Kadenowi. Zapomniał tylko, że rosła postura naszego kapitana stanowiła dla niego przeszkodę nie do pokonania.

– Zrzygam się, jeśli ktoś jeszcze raz wspomni twoje imię, Osbo…

Urwał zdanie, gdy tylko „mur” o nazwisku Osborne zbliżył się do niego. Wystarczył jeden krok, żeby ich klatki piersiowe się ze sobą zetknęły, a cała sala wypełniła się westchnieniami świadków tego starcia.

Znałem Kadena na tyle, by zdawać sobie sprawę z tego, że tutaj wcale nie chodziło o to, co powiedział Kelly. Chodziło o coś więcej, o jego pozycję i o to, że nie może sobie pozwolić na znieważanie go na oczach tak dużej liczby osób.

Kaden Osborne dbał o swoje nazwisko tak samo jak o drużynę, którą prowadził od początku naszego rocznika.

– Powtórz to, Kelly – ponowił Kaden.

Nie wtrącałem się do ich wymiany zdań. Szanowałem Kadena na tyle, żeby nie ingerować w jego decyzje czy sytuacje, w które sam się pakował. Doceniałem w nim to, że grubą kreską oddzielał sprawy drużyny od tych codziennych, szkolnych. Dzięki temu nie dyrygował nami poza boiskiem, a gdy już robił to na nim, praktycznie zawsze doprowadzał nas do zwycięstwa.

Skurczybyk był wymagający jak nikt, kogo do tej pory poznałem. Nawet mój ojciec wydawał się potulny w porównaniu z tym, jakim perfekcjonistą był Kaden.

Minęła minuta, może dwie, a z ust Johna nie padło już żadne słowo. Cieszyłem się z takiego obrotu spraw, bo w innym wypadku mogłoby się to skończyć niezłą jatką.

Kapitan po raz ostatni zlustrował wzrokiem Johna, który powoli wycofał się na swoje miejsce.

Dzień jak co dzień.

Odbiłem się od podłogi tak, że krzesło, na którym siedziałem, stanęło tylko na dwóch nóżkach. Oparcie zetknęło się ze stolikiem, przy którym zazwyczaj siedział Kaden, co pozwoliło mi rozsiąść się wygodniej. Przez mój wzrost i budowę ciała tkwienie w ławkach szkolnych przez więcej niż jedną lekcję było naprawdę męczące.

Na korytarzu rozbrzmiał dźwięk dzwonka, a wraz z nim do klasy wpadły Olivia Sinclair i jej obstawa cheerleaderek.

– Niedługo ta blondyna będzie nosić swoją spódniczkę pod samą szyją – zaśmiał się Julian, uderzając mnie łokciem w ramię.

Niekontrolowanie syknąłem z bólu, który w sekundę rozlał mi się po prawej stronie ciała.

– Robi to dla ciebie – wtórował mu Nico, układając usta w dzióbek. – „Och, Griffin, umów się ze mną” – naśladował babski głos, doprowadzając mnie tym do szału.

– Darujcie sobie – odpowiedziałem na ich zaczepki, starając się nie brzmieć tak, jak się właśnie czułem. Pieprzony bark nie dawał mi żyć nawet mimo spięcia wszystkich mięśni, o jakich istnieniu miałem pojęcie.

– Spoko, zaraz osobiście cię o to zapyta – stwierdził Julian.

Obaj wybuchnęli śmiechem, więc od razu spojrzałem na przód sali, skąd wraz z koleżankami szła w moją stronę Olivia.

– Hej, Griff – rzuciła lekko. Położyła swobodnie rękę na naszym stoliku, chwaląc się jaskraworóżowymi paznokciami. – I… reszta. – Odchrząknęła po tym, jak oschle obrzuciła spojrzeniem ławki wokół nas.

– Witamy piękne panie. Co was sprowadza w nasze jakże nieskromne progi? – Nico uratował mnie przed odpowiedzią, ewidentnie robiąc sobie z nich jaja.

– Taaa… wasze. – Zlustrowała wzrokiem mojego kolegę, po czym przeniosła spojrzenie z powrotem na mnie. – Dzisiaj jest piątek, więc pomyślałam, że skorzystam z wolnej chaty i zaproszę parę osób. Dawno już nic nie organizowałam, a szkoda byłoby zmarnować okazję, prawda, Griff?

Nie wiedziałem, co bawiło mnie bardziej: to, że imprezy w domu Sinclairów odbywały się częściej niż mecze Tytanów, czy fakt, że Olivia w żaden sposób nie kryła się z tym, że robi to specjalnie po to, żeby zaprosić właśnie mnie.

– Dzień dobry, moi mili. Przepraszam za drobne spóźnienie i proszę wszystkich o zajęcie miejsc, żeby nie marnować już więcej czasu.

Nawet nie zauważyłem, kiedy pani Garza weszła do sali. Widok na drzwi zasłaniał mi nie kto inny, jak Olivia z obstawą, z której większości nawet nie kojarzyłem z imienia.

– No co ty, Griff. – Nico spapugował zdrobnienie mojego imienia. – Nie daj się prosić. A little party never killed nobody1, nie?

– Nie ciebie pytałam – oburzyła się Olivia, posyłając mu zdegustowane spojrzenie.

Przetarłem twarz lewą dłonią, uważając na bark. Gdybym tylko mógł, zatrzymałbym czas, żeby nie musieć słuchać ich paplaniny.

– Drodzy państwo, prosiłam o coś – zwróciła nam uwagę nauczycielka, a jej ton stawał się coraz bardziej surowy.

– To jak, Griff? Wpadniesz… Wpadniecie? – poprawiła się Olivia, ignorując wszystkich dookoła, a już zwłaszcza panią Garzę. – Adres dobrze znasz.

– Zastanowię się – odparłem wreszcie, by zakończyć to przedstawienie.

– Nie pożałujesz. – Uśmiechnęła się pewnie i nachyliła nad naszą ławką. Oparła się o nią tak, że spódniczka w granatową kratę podwinęła jej się jeszcze wyżej niż dotychczas.

W takich chwilach żałowałem, że dzień bez mundurka był tylko w poniedziałki.

– Panno Sinclair! – skarciła ją nauczycielka.

Olivia nic sobie z tego nie zrobiła, tylko przysunęła się w moją stronę i złożyła na moim policzku zdecydowanie zbyt głośny pocałunek. Drobny, nic nieznaczący całus, który wywołał gwizdy reszty klasy i ostatecznie wyprowadził panią Garzę z równowagi.

– Dość tego. Wpisuję ci uwagę za zakłócanie lekcji, a jeśli dalej nie zamierzasz usiąść na miejscu, to…

– Pośle mnie pani do gabinetu ojca? – weszła jej w słowo Olivia, czym przelała czarę goryczy.

– Dokładnie tak, Sinclair. Zapraszam za mną. A wy otwórzcie zeszyty na ostatnim temacie i nawet nie próbujcie wstawać. Zaraz tu kogoś do was wyślę.

Te słowa wprawiły mnie w zdumienie. Zazwyczaj niełatwo było zdenerwować panią Garzę, ale tym razem nie wytrzymała i rzeczywiście wyprowadziła zszokowaną Olivię z klasy.

– No tego to nikt się nie spodziewał – stwierdził Julian, naśladując mnie i opierając się o stolik Kadena. – A kapitan co dzisiaj taki cichy?

– Bo w przeciwieństwie do ciebie nie zamierzam marnować głosu na takie pierdolenie – burknął, czym wywołał uśmiech na moich ustach.

– Czego tak się szczerzysz? – zapytał poddenerwowany Julian i po raz kolejny tego dnia uderzył mnie w bliższe mu ramię.

Pieczenie szybko zmieniło się w tępy ból, który spowodował, że momentalnie podniosłem się z miejsca. Krzesło uderzyło o parapet, ale w ogóle się tym nie przejąłem. Byłem w jakimś amoku i koncentrowałem się wyłącznie na zranionym barku.

Julian popatrzył na mnie, nie spodziewając się tak wybuchowej reakcji. Często się klepaliśmy dla żartu, a nawet biliśmy, bo przez rugby mało co sprawiało nam większe cierpienie. Ale nie tym razem, bo z moim barkiem naprawdę coś było nie tak, i to na tyle, że nie mogłem już sobie pozwolić na kolejny cios lądujący w tym miejscu.

– Stary… – zaczął Julian, ale ja nie chciałem go słuchać.

Zebrałem się do wyjścia, korzystając z okazji, że pani Garza zaprowadziła Olivię Sinclair do gabinetu dyrektora.

– McCarthy? – odezwał się stanowczo Kaden.

Ton jego głosu sprawił, że się zatrzymałem.

– Idę zajarać – rzuciłem przez ramię i ruszyłem do drzwi.

Nie wróciłem już na zajęcia. Praktycznie od razu po przekroczeniu progu oparłem się o jeden z filarów i pozwoliłem sobie w końcu odetchnąć. Przyłożyłem rękę do obolałego ramienia i odsunąłem nieco kołnierz koszuli. Gdyby nie jej gruby materiał, sina skóra już dawno rzucałaby się w oczy. Na szczęście ojciec Olivii nie szczędził na mundurkach i dbał, by wychodziły spod rąk najlepszych krawców w stanie Georgia.

Pociągnąłem nosem i z bólu aż wstrzymałem powietrze podczas poprawiania koszuli.

– Co się dzieje?

Podskoczyłem w miejscu, gdy usłyszałem za sobą głos Kadena.

– A co ma się dziać? – zapytałem, świadomie grając na zwłokę.

– Ty nie palisz, Griffin – zwrócił mi uwagę. – Nigdy nie paliłeś.

Spojrzałem na Kadena, który stanął tuż obok mnie i też oparł się o filar. Nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć. Nie zamierzałem wyznawać prawdy, bo kolejne mecze były zdecydowanie zbyt istotne, żebym zawalił je przez swoją, pożal się Boże, kontuzję.

– Olivia na za dużo sobie pozwala. Chyba czas, żebyś to ukrócił – odezwał się mimo braku odpowiedzi z mojej strony. – Ale tu nie chodzi tylko o to, prawda? Od wczoraj chodzisz spięty jak dupa. Co z tobą?

– Po prostu… – Powstrzymałem się przed całkowitym wybuchem i w ostatniej chwili zmieniłem temat. – Męczy mnie to wszystko.

Czułem ucisk w klatce przez to, że właśnie w pewnym sensie okłamywałem swojego przyjaciela. W tej sytuacji nie było jednak innego wyjścia, zresztą jakkolwiek na to patrzeć, część z Olivią wcale nie była nieprawdą.

– Olivia mnie męczy. Nie wiem, czy uważa mnie za idiotę, ale wbrew jej założeniom widzę, kiedy robi wszystko tylko po to, żeby na siłę mnie gdzieś wyciągnąć. A że jej się to nie do końca udaje, swoją kolejną imprezę uznała za świętowanie naszego sukcesu. – Spojrzałem na Kadena, zaciskając usta w cienką kreskę. – Mojego sukcesu.

– Może właśnie dobrze by ci to zrobiło? Odstresowałbyś się nieco. Nie mówię, że masz na siłę z nią gadać. Wręcz przeciwnie, możesz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Odetchniesz na imprezie i przy okazji poznasz tam kogoś, żeby jej pokazać, że nie ma na co liczyć. Albo po prostu wreszcie trochę odpoczniesz.

– Dlaczego ty zawsze musisz mieć rację, kapitanie? – zapytałem z lekkim uśmiechem.

– A dlaczego ty musisz być takim lizodupem, McCarthy? – odpowiedział pytaniem i uniósł kącik ust.

Rozdział 2

Przystanek do odhaczenia

Griffin

Czułem niechęć do planu Kadena, lecz i tak przez cały prysznic w myślach wałkowałem jego słowa.

Wmawiałem sobie, że wyjdzie mi to na dobre. Nie chciałem ranić Olivii, ale kolejne próby dania jej do zrozumienia, że nie jestem nią zainteresowany, były naprawdę męczące. Musiałem zrobić coś, co w końcu zadziała na nią odpychająco. Szkoda tylko, że to wcale nie jest takie proste.

Wyszedłem z kabiny i od razu sięgnąłem po ręcznik. Wytarłem nim twarz i po kolei resztę ciała, po czym obwiązałem go sobie wokół pasa. Jego wilgoć zupełnie mi nie przeszkadzała.

Oparłem się dłońmi o umywalkę, która akurat tutaj była chyba jedną z najnormalniejszych pod względem wystroju. Miałem wpływ na wygląd jedynie swojego pokoju i tej łazienki. Gdyby tak nie było, moja mama z pewnością przyozdobiłaby ją w stylu retro złotymi kranami i białymi, kwadratowymi kafelkami.

Wzdrygnąłem się na tę myśl i spojrzałem w lustro. Widok tego okropnego sińca ciągnącego się przez pół klatki piersiowej niezbyt mnie cieszył. Trochę pomagało oblewanie go wodą, lecz to też nie należało do najprzyjemniejszych uczuć w moim życiu. Liczyłem, że przyniesie mi to dłuższą ulgę, ale tak naprawdę było tylko chwilowym ukojeniem.

Po prysznicu włosy kręciły mi się o wiele bardziej, niż gdy były suche. Nigdy specjalnie o nie nie dbałem, aczkolwiek w młodszych klasach często mi mówiono, że taki miodowy odcień blondu rzadko występuje u chłopaków. Nie do końca rozumiałem, co to miało znaczyć, więc wyciągałem z tej informacji tyle, że podobałem się niektórym dziewczynom. I nic więcej mnie wtedy nie obchodziło, bo byłem małym, niewyżytym gnojkiem, który nie myślał mózgiem, lecz nieco niżej osadzoną częścią ciała.

Na szczęście w trakcie dojrzewania moje nastawienie zdążyło się zmienić, a głupie myśli zostały zastąpione szacunkiem do płci przeciwnej.

Przeczesałem włosy palcami, pozwalając im opaść na czoło. Przejechałem dłonią po policzkach i brodzie, których na szczęście jeszcze nie musiałem golić. Sięgnąłem po łańcuszek z białego złota, leżący na szafce tuż obok mydła. Uwielbiałem wystrój tego pomieszczenia i zestawienie jego kolorów. Czerń idealnie kontrastowała z subtelnymi akcentami srebra i ciemnej zieleni. Wszystko to pasowało jak ulał do mojej sypialni, tworząc spójną przestrzeń, w której czułem się komfortowo.

Zapiąłem łańcuszek na szyi, wytarłem stopy o wycieraczkę i wyszedłem z łazienki. Trzymając ręcznik przy pasie, podszedłem do drzwi garderoby i pchnąłem je nogą.

Wybierając ubrania, postawiłem na wygodę, czyli na zwykłe, czarne dżinsy i koszulę z krótkim rękawem, którą zarzuciłem na biały, prążkowany podkoszulek. Nie zapinałem jej, żeby nie wyglądać jak wąsaty wujek na wakacjach, tylko jak porządny obywatel. Na palce wsunąłem po dwa sygnety i po włożeniu pierwszych lepszych butów byłem gotowy do wyjścia.

No, przynajmniej z wierzchu.

Z uwagi na bark tym razem wybrałem samochód z automatyczną skrzynią biegów, która spadła mi jak z nieba. Moje Volvo XC90 było zbawieniem nie tylko ze względu na bezpieczeństwo, ale i wygodę. Czułem się w nim czasem jak w pontonie, w dobrym tego słowa znaczeniu. W tym aucie dosłownie się płynęło, więc kompletnie mnie nie dziwiło, że mama potrafiła zasnąć w nim podczas podwózki do oddalonej o trzydzieści minut od domu siłowni.

Po drodze zajechałem na stację benzynową, bo nie chciałem iść do domu Sinclairów z pustymi rękami. Zaparkowałem pojazd na wyznaczonym dla klientów miejscu i ruszyłem do środka. Kluczyki schowałem do kieszeni spodni.

Późna godzina wcale nie oznaczała, że stacja będzie cichym i spokojnym miejscem, jak się spodziewałem. Kolejka do kasy wydała mi się tak długa, że zanim przekroczyłem próg rozsuwanych drzwi, rozejrzałem się po dystrybutorach na dworze w poszukiwaniu reklam informujących o darmowym tankowaniu. Niczego takiego nie znalazłem, więc z uniesionymi brwiami wszedłem do jasno oświetlonego sklepu. Średnia wieku osób w kolejce odpowiadała tej, z jaką można się było spotkać na większości imprez u Sinclairów. Wszyscy trzymali w rękach albo tonę energetyków, albo trunki z procentami.

Przygryzłem wnętrze policzka, mijając regały z przekąskami, których nie było sensu kupować. Znając możliwości Olivii i jej chęć popisywania się, na tysiąc procent zamówiła do domu catering2 albo kazała gotować kucharzowi, który zapewne za dodatkową opłatą obiecał się nie wygadać jej rodzicom, czyli dyrekcji naszej szkoły.

Bez większego wahania udałem się prosto do lodówek z napojami i wziąłem pierwszy sok z brzegu, a potem skrzynkę piwa korzennego. Starałem się nie obciążać nadwyrężonej prawej strony ciała. Wolałem być ostrożny teraz, niż potem pluć sobie w brodę przez to, że nie uważałem na kontuzję. Choć żeby ją całkiem wyleczyć, musiałbym zrobić sobie przerwę, co za żadne skarby świata nie wchodziło w grę.

Kasjerzy pracowali w zawrotnym tempie, więc kolejka szła raczej sprawnie. Podszedłem bliżej, ale zanim do niej dołączyłem, ktoś przeciął mi drogę i prawie wytrącił skrzynkę piwa z rąk.

– Jezu… – Już miałem wyrzucić z siebie wiązankę obelg, gdy po obejrzeniu się za szybko odchodzącą osobą o jasnych włosach powstrzymałem się i zmarszczyłem brwi.

Przeprosiłem kobietę stojącą za mną i zaoferowałem jej swoje miejsce w kolejce. Rzuciłem okiem na alejki w poszukiwaniu blondynki, która równie szybko zniknęła mi z pola widzenia, jak się pojawiła, przynajmniej do czasu, aż zauważyłem ją skręcającą w kierunku lodówek.

Coś w jej zachowaniu nie dawało mi spokoju, dlatego ruszyłem za nią w stronę mrożonek. Przeszedłem między pieczywem a stojakiem z napojami i w końcu trafiłem na plecy dziewczyny.

– Jordan? – zapytałem, pewien prawie w stu procentach, że to właśnie ona.

Dziewczyna zesztywniała na dźwięk swojego imienia. W dalszym ciągu nachylała się nad otwartą lodówką po…

– Mrożona fasola? – Uniosłem brwi i mimowolnie zjechałem wzrokiem na jej włosy, które kończyły się nieco powyżej szwu oversizowej, skórzanej kurtki. Niżej widać było już tylko jej nogi ubrane w cienkie rajstopy i ciężkie, czarne buty typu glany.

– Tak jakoś wyszło – odpowiedziała niewyraźnie, powoli wycofując się znad lodówki, której chłód zdążył do mnie dotrzeć.

– Świeża jest nieco lepsza, widziałem ze dwa opakowania na półce z warzywami przy wyjściu – zagaiłem, opierając się ręką o kolejną lodówkę w rzędzie.

– Griffin, proszę cię, spieszy mi się… – W jej głosie pobrzmiewała desperacja, co nieco mnie zdziwiło i jednocześnie zaciekawiło.

– Nieładnie tak rozmawiać z kimś, będąc obróconym do niego plecami, Jordan – zwróciłem jej uwagę.

Coś mi tu ewidentnie nie gra.

– Powinnam już być na imprezie, obiecałam pomóc Olivii w…

– Bzdura. Możesz próbować oszukać każdego, ale ja akurat dobrze wiem, że twoja siostra świetnie sobie radzi sama z przygotowaniami. No chyba że coś się nagle zmieniło i teraz jesteście jak papużki nierozłączki, a ona zamiast prosić kucharza o świeże produkty, wysyła po coś ciebie. Mrożona fasola na taką imprezę? – Wciąż patrzyłem na jej opuszczoną głowę. – O co tu chodzi, Jordan Sinclair?

– O to, że muszę iść do auta Thomasa, Griffinie McCarthy. – Obróciła się w końcu, a jej ton przybrał mocniejszą, bardziej stanowczą barwę. – Teraz.

Makijaż miała nieco rozmazany, zaś skóra pod jej oczami wydawała się czerwieńsza niż zwykle. Wyraz twarzy dziewczyny nie przypominał tego, którym obdarowywała ludzi na co dzień, mimo że większość z nich i tak omyłkowo źle ją oceniała, głównie przez jej wyraziste rysy i pełne, a przy tym naturalne usta. Pozycja jej ojca, czyli dyrektora szkoły, wcale specjalnie nie chroniła przed szykanowaniem ze strony rówieśników. Wręcz przeciwnie, był to tylko kolejny pretekst, by wymagać od obu sióstr więcej, a nawet obserwować każdy ich ruch. Dziewczyny były na celowniku wielu osób, a fakt, że Olivia jest kapitanką drużyny cheerleaderek, tylko jeszcze bardziej napędzał tych, którzy źle im życzyli.

Chciałem lepiej się przyjrzeć Jordan, lecz od skroni aż po policzek zasłoniła się plastikową torebką fasolki, którą właśnie wyjęła z lodówki.

Po raz kolejny zmarszczyłem brwi.

– Naprawdę muszę już iść – rzuciła, obracając się szybciej, niż bym tego chciał.

Lekko się schyliła i złapała mnie za łokieć w ramach podparcia, po czym zwinnie prześlizgnęła się tuż pod moim ramieniem.

– Zaczekaj – poprosiłem nieco głośniej, nadal trawiąc w głowie jej zachowanie i niecodzienny wygląd.

Jordan zatrzymała się w pół kroku, ale nie odpowiedziała.

– Może jednak potrzebujesz podwózki? – zapytałem, bo nie byłem pewny jej sytuacji.

Może wcale nie powinienem się wtrącać. Może powinienem się wręcz zamknąć, ale w tej sytuacji coś mi nie pozwalało milczeć.

– Zobaczymy się na imprezie, Griffin – odparła i skierowała się do wyjścia. Po drodze odłożyła paczkę fasolki na metalowy stojak wypełniony mapami stanu.

Kiedy wsadzałem zakupy do bagażnika, po aucie chłopaka Jordan – Thomasa Thorne’a – nie było już śladu. Nie znałem go zbyt dobrze, bo to zawodnik rezerwowy i podczas meczów nie nawiązywałem z nim bliskiego kontaktu. Jako zastępca kapitana wiedziałem tyle, ile powinienem, czyli to, jak grał i do czego był zdolny na boisku. Jego życie towarzyskie albo jakakolwiek prywata nie miały dla mnie żadnego znaczenia. Nie miałem też pojęcia, że od jakiegoś czasu kręci z siostrą Olivii. W zasadzie jedyne, co wiedziałem o nim poza rugby, to to, że jeździ starszym rocznikiem Camaro, które rozpoznałbym bez problemu, gdyby nadal gdzieś tutaj stało.

Zamknąłem bagażnik i wskoczyłem za kółko, by od razu odpalić silnik. Odłożyłem telefon na magnes przyczepiony między wlotami nawiewu. Odblokowałem urządzenie i wybrałem pierwszą z brzegu playlistę, która losowo puściła utwór Take My Breath od The Weeknd.

Nacisnąłem pedał gazu i ruszyłem spod stacji benzynowej prosto pod adres Sinclairów. Ich dom mieścił się na obrzeżach miasta, w dzielnicy zamożnych obywateli. To właśnie tam mieszkały najbardziej rozpoznawalne i wpływowe osoby w Georgii. Projektantka mody, której imienia za Chiny ludowe nie umiałem sobie przypomnieć, zarządca Atlanty, kilka innych ważnych osobistości i sami Sinclairowie – szanowany ojciec Olivii i Jordan, dyrektor Crownridge Academy, Roosevelt Sinclair oraz jego żona Carrie, persona znana całej społeczności szkolnej i nie tylko. Niedaleko ich posiadłości znajdował się też dom Osborne’ów, wyróżniający się na tle innych budynków na tej ulicy swoim industrialnym stylem, który potrafiłem nazwać wyłącznie dzięki rozmowom z ciotką Kadena, czyli właścicielką tego miejsca.

Zatrzymały mnie światła, do których podjeżdżałem w ślimaczym tempie. Jakoś nie bardzo mi się spieszyło, choć sytuacja z Jordan sprawiła, że nie potrafiłem przestać o niej myśleć. Może i nie spędzałem z tą dziewczyną czasu inaczej niż na lekcjach czy na boisku, kiedy razem z siostrą kibicowały i podburzały trybuny jako cheerleaderki, ale nawet głupek zauważyłby, że coś ewidentnie było nie tak. Czerwone oczy, dziwne zachowanie i chowanie się przede mną, mimo że jeszcze dwa dni temu podczas przerwy w treningu na totalnym luzie rozmawialiśmy o pierdołach.

Nie mogłem się skupić, więc przeklikałem kilka następnych piosenek. Dojechałem do linii znajdującej się tuż przed pasami, bo światło nadal było czerwone. Ulica świeciła pustkami, a sygnalizator barwił jezdnię zielenią, przepuszczając przez przejście dla pieszych turlającą się, pustą butelkę po winie.

Westchnąłem, opierając głowę o szybę, przez którą spojrzałem w lusterko boczne. Ujrzałem w nim auto stojące z tyłu, jedyne oprócz mojego na drodze. Kształt dachu i światła od razu wydały mi się dziwnie znajome, a gdy tylko bardziej się nachyliłem, zauważyłem charakterystyczne dla pojazdu Thomasa żółte pasy na boku drzwi kierowcy.

Ściągnąłem brwi, bo przecież razem z Jordan wyjechali ze stacji jeszcze przede mną. Zmrużyłem oczy, żeby lepiej przyjrzeć się Thomasowi, który właśnie coś mówił. Uniosłem dłoń znad podłokietnika, by nacisnąć przycisk świateł awaryjnych, ale w porę się powstrzymałem. Thomas uderzył ręką w kierownicę, rzucając przy tym głową na boki. Instynktownie przyjrzałem się odbiciu w lusterku i szybko znalazłem Jordan siedzącą obok, na miejscu pasażera. Twarz schowała w dłoniach, po czym szybko je zabrała i krzyknęła coś do Thomasa.

Kłócili się, a ich dyskusja była na tyle zażarta, że nawet nie zauważyli, kto jedzie przed nimi.

Miałem wrażenie, że obserwując z boku tę sytuację, wchodzę z buciorami w ich życie. Oderwałem wzrok od lusterka, stawiając się na ich miejscu, bo sam nie chciałbym, żeby praktycznie obcy typ przyglądał się mojej kłótni z dziewczyną. Uszanowałem więc ich prywatność i gdy tylko światło zmieniło się na zielone, ruszyłem szybciej, niż początkowo zamierzałem.

Nie znaczyło to jednak, że przez resztę drogi nie myślałem o tym, czy wszystko u nich było w porządku. A już zwłaszcza u Jordan.

Kilkaset metrów dalej nie widziałem ich już w lusterku. Nie widziałem ich nigdzie, nawet gdy parkowałem za otwartą na oścież bramą wjazdową. Podjazd był niemal całkowicie zajęty, a między autami przepychali się uczniowie o zdecydowanie wątpliwej trzeźwości. Od razu pomyślałem o reakcji dyrektora na ten widok. Sprawiło to, że na moje usta wkradł się lekki uśmiech, kiedy sięgałem po rzeczy w bagażniku. Zanim go zamknąłem, ostatni raz popatrzyłem za siebie, ale wciąż ani widu, ani słychu po czarnym Camaro. Odpuściłem więc i poszedłem w stronę tylnego podwórka, bo nie chciałem wchodzić do środka głównym wejściem. Miałem nadzieję, że dzięki temu nie natknę się na Olivię, która, sądząc po zaawansowanym stadium imprezy, na pewno nie była po jednym, lecz po trzech drinkach, co tylko dodawało jej pewności siebie.

Wyminąłem całującą się na środku przejścia parę, z braku miejsca ocierając się o nią klatką piersiową. O dziwo, ten kontakt nie sprawił mi większego bólu, choć na wszelki wypadek napiąłem mięśnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że podczas gry wszelki dotyk mógłby być dla mnie sporym utrudnieniem przez zraniony bark. Stanąłem przy basenie, który powitał mnie chluśnięciem prosto na nogawki spodni, a właściwie zrobił to ktoś siedzący w wodzie.

– Serio, Nico? Czy ty kiedyś z tego wyrośniesz? – zapytałem, choć odpowiedź wydawała się najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem.

– Dobrze wiesz, że nie – zaśmiał się chłopak, unosząc butelkę piwa do toastu. Jego mokre blond włosy w tej chwili przypominały moje tuż po prysznicu.

Ale to jest akurat nasza jedyna wspólna cecha.

– Gdzie się podziewają Kaden i Julian?! – rzuciłem trochę głośniej, zagłuszony przez muzykę dochodzącą z otwartych szklanych drzwi prowadzących do domu.

Rozejrzałem się jednak, zanim Nico zdążył sformułować odpowiedź. Oprócz dziewczyn i dwóch chłopaków z drużyny, siedzących na krawędzi basenu, na patio ujrzałem tylko kilka znanych mi z widzenia osób. Jedni okupowali ławeczki, inni leżaki, na których w skąpych strojach kąpielowych popijali drinki.

– Chyba w środku, sam nie wiem, bo rozdzieliliśmy się już jakiś czas temu. – Wzruszył ramionami, biorąc kolejny łyk piwa.

– A Olivia? – dopytałem dla pewności i spokoju ducha, który błagał, żeby była dalej niż bliżej.

– Pytała, kiedy przyjdziesz, ale nic jej nie pisnąłem, więc luz. – Uśmiechnął się.

Kiwnąłem z wdzięcznością głową i sięgnąłem do kraty z piwem, żeby wyciągnąć z niej pierwszą butelkę z brzegu.

– Widzisz? – odparłem, podając mu napój. – Opłaca się czasem nie być chujkiem.

– Rozważę częstszą rezygnację z tej funkcji. – Roześmiał się, przyjmując alkohol.

– A… – zacząłem i kucnąłem bliżej niego, żeby nie musieć już tak podnosić głosu. – Jordan… Widziałeś ją może? Albo nawet Thomasa, tego od…

– Od złoma? Co siedzi na ławce rezerwowych? Zresztą trudno go nie zauważyć, chłop ma mordę, jakby go za dzieciaka żelazko przygniotło, bo pociągnął za kabel, kiedy jego mama się odwróciła. – Skrzywił się i wystawił język. – A poza tym, co ja jestem, punkt informacyjny? Ksz! Ksz! – zaczął naśladować odgłosy krótkofalówki. – Panna Nicole musi sobie zrobić przerwę na browarka, zapraszamy do okienka obok. Ksz!

– Ciebie to już dawno powinni wziąć do kółka teatralnego – prychnąłem, wywracając oczami.

– A myślisz, że gdzie się chowam, gdy Kaden każe mi przychodzić na karne pompki i przysiady? – odpowiedział Nico, opierając się bardziej o krawędź basenu.

– Nie mam więcej pytań. – Wstałem, unosząc ręce na znak poddania.

Tak naprawdę pytań miałem zdecydowanie więcej niż jakichkolwiek odpowiedzi.

Rozdział 3

Wieczór pełen niespodzianek

Griffin

Specjalnie nie odkładałem nigdzie skrzynki piwa, żeby w razie czego po wejściu do środka mieć jakąś wymówkę dla Olivii. Uciekłbym przed nią, tłumacząc się, że mam zajęte ręce i muszę to gdzieś postawić. Wolałem dla własnego spokoju planować wszystko trzy kroki do przodu.

Z trudem przecisnąłem się przez drzwi od patio, bo przejście zagradzała jakaś laska siedząca z miską między nogami. Gdy ukradkiem spojrzałem na liczbę pustych butelek wokół Nica, wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, zanim dziewczyna będzie musiała się nią z nim podzielić.

– Griffin! – usłyszałem, jak ktoś woła mnie z daleka.

Skądś kojarzyłem ten babski głos, więc obróciłem głowę w jego stronę.

Prosto, chociaż może nie tak do końca, bo coraz większym slalomem, szła do mnie jedna z przyjaciółek Olivii. Za cholerę nie pamiętałem jej imienia, wiedziałem tylko, że zaczynało się na literę „L”.

Linda? Lana?

– Cześć – odpowiedziałem bezpiecznie, by się nie zdradzić, że nie wiem, kim jest.

– Długo każesz na siebie czekać, ale Liv twierdzi, że warto. – Zaśmiała się, choć jej słowa wcale nie zabrzmiały jak żart.

– Taaa… – Uniosłem brew. Sądząc po stanie nietrzeźwości tej laski, przejście do sedna mogło jej zająć jeszcze trochę czasu.

– Bo wiesz, ty tak się jej podobasz, że czasem gada o tobie nawet wtedy, kiedy nie powinna. Ostatnio, jak była u mnie, to ja ryczałam jak powalona, bo Chris zdradził mnie z tą… Jak jej tam było…? – Zrobiła zamyśloną minę, opierając się plecami o moją rękę po tym, jak gwałtownie się obróciła. Gdybym nie wysunął jej bardziej do przodu, dziewczyna jak nic wylądowałaby na podłodze.

– Lisą? – rzuciłem losowe imię, żeby tylko skończyła już ten wątek.

– No co ty, Griffin, to już byłby cios poniżej pasa, gdyby spiknął się z laską o takim samym imieniu jak moje – prychnęła i położyła mi głowę na ramieniu.

A więc to Lisa.

– Słuchaj, Lisa, muszę już iść, tak więc…

– No i świetnie się składa, bo właśnie po to cię wołałam – wybełkotała uradowana, odsuwając się od mojej ręki. – No bo niedługo macie ten mecz z tymi tam… Jezu, jak mi się we łbie kręci, taką mam karuzelę i kropki… Takie wiesz, jak popatrzysz na słońce i potem ci skaczą razem z…

– Gramy mecz z Silver Oak – dokończyłem za nią i w ostatniej chwili złapałem ją za łokieć. Już drugi raz uratowałem ją przed spotkaniem z podłogą, która, choć aż błyszczała, nie była najlepszym miejscem na drzemkę, a tym bardziej na upadek.

– Tak! Tak, z nimi! – podniosła głos, prawie przekrzykując muzykę. – Razem z dziewczynami wymyśliłyśmy… To znaczy Olivia wymyśliła, że powinnyśmy was jakoś zmotywować, no wiesz…

– Zmotywować? – Zmarszczyłem brwi. Nie mogłem wyjść z podziwu nad tym, że mimo swojego zaawansowanego stanu upojenia Lisa nadal układała zdania. Niezbyt inteligentne ani poprawne, ale w dalszym ciągu coś tam próbowała sklecić.

– No chodź, to zobaczysz! – ucieszyła się jeszcze bardziej, jakby nagle dostała zastrzyku energii. Wyrwała się z mojego uchwytu i pociągnęła mnie za nadgarstek tak, że prawie upuściłem skrzynkę piwa.

Po drodze ledwie udało mi się odstawić kratę na jeden z blatów. Lisa prowadziła mnie gdzieś w głąb ogromnego salonu, który mimo swoich rozmiarów był niemal całkowicie zapełniony przez ludzi ze szkoły, w większości ubranych w stroje kąpielowe.

– Dokąd ty mnie ciągniesz? – rzuciłem, lecz ona nie zamierzała mi odpowiadać.

Prowadziła mnie między ludźmi praktycznie na oślep, aż w końcu doszliśmy do basenu za domem. Tego samego, który niedawno minąłem, ale tym razem zamiast po prostu wyjść przez taras, musiałem iść niedorzecznie długą trasą.

– Przyprowadziłam ostatniego, bo reszta jest w środku – oznajmiła Lisa i w końcu mnie puściła. Prawie popchnęła mnie przy tym do wody. – Siadaj – poleciła.

– Przyszedłeś. – Znajomy głos zwrócił moją uwagę.

Spojrzałem na Kadena, który stanął blisko mnie. Przez zbiorowisko ludzi wokół praktycznie stykaliśmy się ramionami. Jedynie przy basenowej drabince było trochę wolnej przestrzeni. Niedaleko niej, tym razem z samymi nogami zanurzonymi w wodzie, siedział Nico. Po jego minie poznałem, że czuje się jak atrakcja wieczoru i także nie ma zielonego pojęcia, co nas tu wszystkich czeka.

– Wiesz, co one kombinują? – spytałem, krzyżując ręce na piersi.

– Pewnie dowiedziałbym się prędzej, ale… – Kaden odchrząknął wymownie, żeby przybrać inny, dobrze mi znany ton głosu: – „Musicie poczekać na Griffa”.

– Chyba jednak wrócę dzisiaj taksówką… – wyjąkałem, przecierając twarz dłonią. – Na trzeźwo to ja tego nie zniosę.

– Hej, Grif!

Poczułem się, jakbym miał déjà vu, bo usłyszałem głos, który jeszcze przed chwilą naśladował Kaden.

Odszukałem Olivię wzrokiem. Na szczęście stała po drugiej stronie basenu. Machała do mnie, wyciągając rękę ponad głowami innych ludzi.

– Wiedziałam, że jednak wpadniesz – rzuciła z pewnym siebie uśmiechem na ustach. – Ściszcie to! – rozkazała jakiemuś stojącemu do niej plecami gościowi, który może i zasłaniał wszystko, co się obok nich działo, ale piorunujący wzrok Olivii widziałem bardzo dobrze.

Spojrzałem na Kadena, a potem na resztę chłopaków, którzy okupowali leżaki i inne meble ogrodowe, kompletnie zahipnotyzowani.

– Nico, mógłbyś się ruszyć? – Mój kumpel z drużyny nie pozostał niezauważony.

– Robi się poważnie. – Uniósł ręce i bez zbędnych pytań wyjął nogi z basenu, w którym teraz pływało tylko kilka dmuchanych kółek.

– Kochani Tytani, nasi chłopcy i czempioni Crownridge – zaczęła Liv, a razem z jej głosem z głośników poleciała piosenka, której pierwszej zwrotki nawet nie kojarzyłem. – Jako wasze najwierniejsze fanki chciałybyśmy pokazać wam trochę inny, jedyny w swoim rodzaju i zarazem premierowy taniec. Pozwólcie, że cheerleaderki z Crownridge Academy uhonorują tym skromnym występem wasze starania.

Ostatnie zdanie wywołało szmery i okrzyki radości nie tylko ze strony drużyny i stojących za nami rezerwowych, lecz także wśród pozostałych osób znajdujących się na zewnątrz.

Jeszcze raz obrzuciłem spojrzeniem Kadena, którego mina mówiła więcej niż tysiąc słów. Słów, których lepiej nie przytaczać.

Wróciłem wzrokiem do dziewczyn, które wyłoniły się zza stojących przed nimi chłopaków. Ustawiły się wzdłuż krawędzi basenu, na swoich miejscach, a gdy tylko muzyka nabrała tempa, ruszyły w jej rytmie, jedna po drugiej, prosto do wody.

Uwagę wszystkich przyciągnęły także stroje cheerleaderek. Jednoczęściowe kostiumy kąpielowe z logo i nazwą naszej szkoły połyskiwały im granatowym brokatem, wycięcia po bokach zaś zaczynały się na wysokości żeber i sięgały aż do bioder.

– Nie gadaj, że mają teraz nawet specjalne stroje kąpielowe – skomentował ktoś po mojej prawej.

– Wyglądają zajebiście – stwierdził Damien, zawodnik z numerem pięć.

Wtedy do dziewczyn dołączyła Jordan, ostatnia i spóźniona. Jako jedyna nie miała włosów związanych kokardą, więc niemal od razu jej namokły i przykleiły się do ramion.

I look and stare so deep in your eyes3

I touch on you more and more every time

Dziewczyny zrobiły kilka kroków do przodu, przemieszczając się w wodzie z pełną gracją. Z początku Jordan nie potrafiła się odnaleźć w choreografii. Stanęła praktycznie w samym rogu basenu, tuż przy barierce, którą z mojej perspektywy widziałem najlepiej.

1A little party never killed nobody (z ang.) – Mała imprezka jeszcze nigdy nikogo nie zabiła; fragment piosenki Fergie feat. Q-Tip, GoonRock pt. A Little Party Never Killed Nobody (All We Got).

2 Usługa polegająca na przygotowywaniu i dostarczaniu na zamówienie gotowych potraw lub na organizacji przyjęć (przyp. aut.).

3 Beyoncé (feat. Jay-Z) – Crazy In Love (przyp. aut.).