Puść i zobacz, co zostanie. Praktyka uwalniania emocji w codziennym życiu - Agnieszka Siemianów-Szkarłat, Krzysztof Szkarłat - ebook

Puść i zobacz, co zostanie. Praktyka uwalniania emocji w codziennym życiu ebook

Agnieszka Siemianów-Szkarłat, Krzysztof Szkarłat

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba kontroli

Oto praktyczny przewodnik po sztuce odpuszczania, łączący solidną porcję wiedzy psychologicznej z inspirującymi anegdotami i ćwiczeniami. Dzięki niemu nauczysz się rozpoznawać, kiedy warto działać, a kiedy lepiej puścić ster i zaufać biegowi życia.

Z książki dowiesz się między innymi, jak:

• przestać wszystko nadmiernie analizować,

• opanować lęk przed tym, co nowe i niespodziewane,

• zachowywać sprawczość w obliczu kryzysu,

• przełamywać utarte schematy działania, które uniemożliwiają dostrzeżenie skuteczniejszych rozwiązań,

• angażować się w to, co dla ciebie ważne, bez rezygnowania z siebie,

• akceptować te części życia, których nie możesz zmienić,

• bardziej zaufać sobie i bliskim,

• uwolnić się od wstydu i poczucia winy, gdy życie wymyka się spod kontroli.

Ta książka to zaproszenie do życia z większą lekkością i odwagą. Pokazuje, że odpuszczanie nie oznacza rezygnacji, lecz świadomy wybór tego, co naprawdę ma znaczenie.

Od momentu, w którym się poznaliśmy, wszystko prowadziło nas do powstania Świadomo – społeczności, która w pełni angażuje się w to, by zmieniać świat na lepsze, zaczynając od siebie.

– Autorzy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 277

Data ważności licencji: 5/9/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słowo na początek podróży

Nie pla­no­wa­li­śmy tej książki. Nie było momentu, w któ­rym usie­dli­śmy i powie­dzie­li­śmy: „Teraz napi­szemy coś, co odmieni ludziom życie”. Były za to spo­tka­nia pełne roz­mów. Chwile, w któ­rych ktoś po pro­stu sie­dział naprze­ciwko nas i pła­kał – nie z roz­pa­czy, ale z ulgi, że wresz­cie może prze­stać uda­wać, że wszystko jest w porządku. Były też takie dni, w któ­rych sami zapo­mi­na­li­śmy o tym, czego uczymy, i wtedy życie, z nie­po­jętą cier­pli­wo­ścią, tłu­ma­czyło nam wszystko raz jesz­cze. Z tych momen­tów, z prawdy, z codzien­no­ści powstała ta książka. Nie chcemy ci za jej pomocą niczego narzu­cać, potrak­tuj tę pozy­cję jako zapis doświad­cze­nia: ludz­kiego, kru­chego, praw­dzi­wego.

Wszy­scy nosimy w sobie histo­rie, które ukształ­to­wały nasz spo­sób patrze­nia na świat. Słowa, które kie­dyś usły­sze­li­śmy, spoj­rze­nia, które odci­snęły swój ślad w naszym umy­śle, sytu­acje, które spra­wiły, że zaczę­li­śmy wąt­pić w swoją war­tość. Wiele spo­śród tych nar­ra­cji było tak bole­snych, że posta­no­wi­li­śmy o nich zapo­mnieć. Ale one wciąż tam są – w umy­śle – a ujaw­niają się nam w spo­so­bie, w jaki reagu­jemy na świat zewnętrzny. Ta książka jest o tym, jak się z nimi spo­tkać – nie po to, by się cofać, ale by wresz­cie prze­stać ucie­kać.

Ta książka jest zapro­sze­niem.

Nie do teo­rii, lecz do doświad­cze­nia.

Nie do wiary w dzia­ła­nie cze­goś, lecz do zoba­cze­nia owo­ców wewnętrz­nej prak­tyki.

Nie do uda­wa­nia, że jest się spo­koj­nym, lecz do pozwo­le­nia sobie, by naprawdę czuć – nawet wtedy, gdy boli. Bo dopiero wtedy, gdy prze­sta­jemy ucie­kać od ciszy, zaczy­namy sły­szeć to, co naprawdę w nas żyje.

Poru­szymy różne istotne w tym kon­tek­ście tematy: od wstydu, przez poczu­cie winy i napię­cie, aż po wdzięcz­ność i wol­ność. W każ­dym roz­dziale znaj­dziesz nie tylko reflek­sje doty­czące tych zagad­nień, lecz także prak­tyki, które możesz zasto­so­wać w codzien­nym życiu. Nie po to, żeby się napra­wiać, ale żeby przy­po­mnieć sobie, że już jesteś per­fek­cyjną cało­ścią. Że niczego ci nie bra­kuje, tylko cza­sem prze­sła­nia to natłok myśli, ambi­cji, ocze­ki­wań i lęków.

To książka o czło­wieku. O tym, jak łatwo się pogu­bić, kiedy pró­bu­jemy być dosko­nali. I o tym, jak wraca się do sie­bie, krok po kroku, z czu­ło­ścią, nie przez ana­lizę, ale przez obec­ność. To nie jest histo­ria o osią­ga­niu. To histo­ria o odpusz­cza­niu.

Cza­sami wdzięcz­ność rodzi się dopiero w środku nocy, kiedy już nie masz siły wal­czyć z tym, co się dzieje, i sie­dzisz w mil­cze­niu, aż nagle coś w tobie mówi cicho: „Dzię­kuję. Nie wiem za co, ale dzię­kuję”. I to wystar­czy. Bo wła­śnie wtedy zaczyna się prze­miana – nie przez myśle­nie, ale przez pod­da­nie. Nie w dzia­ła­niu, tylko w byciu.

Kiedy zaczy­na­li­śmy two­rzyć tę książkę, nie wie­dzie­li­śmy, dokąd nas ten pro­ces zapro­wa­dzi. Z cza­sem oka­zało się, że pro­wa­dzi tam, dokąd wie­dzie każda prawda – do wnę­trza. Do tej prze­strzeni, w któ­rej nie trzeba już szu­kać sensu, bo samo ist­nie­nie staje się sen­sem. Do miej­sca, w któ­rym zwy­kły oddech jest cudem, a zwy­kły dzień – modli­twą.

Jeśli się­gasz po Puść i zobacz, co zosta­nie, to zna­czy, że coś w tobie już odpo­wie­działo na zapro­sze­nie do tej podróży. Nie musisz rozu­mieć wszyst­kiego ani być „gotowy”. Wystar­czy, że pozwo­lisz, by te słowa przez cie­bie prze­pły­nęły, tak jak emo­cje, o któ­rych sporo będziemy pisać.

Usiądź więc. Oddy­chaj.

Nie spiesz się.

Nie pró­buj zapa­mię­tać wszyst­kiego.

Ta książka nie jest po to, żebyś wie­dział – jest po to, żebyś poczuł.

To podróż przez ciszę, przez ból, przez wdzięcz­ność, aż do miej­sca, w któ­rym już nie trzeba niczego udo­wad­niać. Do miej­sca, w któ­rym świa­do­mość spo­tyka się z miło­ścią, w któ­rym życie prze­staje być pro­ble­mem do roz­wią­za­nia, a staje się cudem do prze­ży­cia. Niech ta książka sta­nie się dla cie­bie tym, czym cisza była dla Beetho­vena – począt­kiem sły­sze­nia głę­biej.

Część I. To, co trzymasz

CZĘŚĆ I

To, co trzy­masz

Rozdział 1. Głowa pełna hałasu

Roz­dział 1

Głowa pełna hałasu

Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu tema­tyka posze­rzo­nych sta­nów świa­do­mo­ści, medy­ta­cji i pano­wa­nia nad umy­słem koja­rzyła się ludziom z sektą, kul­tem, odła­mami reli­gij­nymi. Dziś naj­bar­dziej uznani naukowcy czy przed­się­biorcy osią­ga­jący wyjąt­kowe suk­cesy oraz wybitni spe­cja­li­ści w róż­nych dzie­dzi­nach są zgodni co do tego, że każdy czło­wiek został wypo­sa­żony w umysł, który cią­gle two­rzy. Co two­rzy? Dokład­nie to, co się w nim znaj­duje, nie­za­leż­nie, czy jest to nega­tywne, czy pozy­tywne.

Miesz­kańcy naszego kraju zostali ciężko doświad­czeni przez histo­rię. Do dziś nosimy w sobie traumy poprzed­nich poko­leń oraz nie­adap­ta­cyjne wzorce zacho­wań czy prze­ko­na­nia. Efekt? Wiele osób odtwa­rza minione traumy w for­mie zacho­wań kom­pul­syw­nych, w tym uza­leż­nień czy ten­den­cji do prze­mocy i kon­fliktu, a także w postaci skłon­no­ści do poczu­cia winy i wstydu czy umniej­sza­nia swo­jej war­to­ści. Odtwa­rza­jąc te sche­maty, pod­trzy­mu­jemy nega­tywny cykl doświad­czeń. Oczy­wi­ście współ­cze­śnie widać też pozy­tywny wpływ naszych przod­ków na różne sfery naszego życia, wciąż daleko nam jed­nak do życia w praw­dzi­wej rado­ści, lek­ko­ści, jed­no­ści i miło­ści, a nasze głowy są na­dal „pełne hałasu”. Weźmy choćby przy­kład myśli, które wydają się nam tak inten­sywne, że two­rzą ilu­zję, iż to my jeste­śmy myślami. A czy to prawda?

Myśli to nie fakty

Myśli potra­fią brzmieć jak nar­ra­tor filmu, który zna zakoń­cze­nie… choć wcale go nie zna. To two­rzy ilu­zję, że myśli to prawda na temat nas, świata, ludzi i zda­rzeń. Kiedy nie jeste­śmy uważni, to myśli: „Na pewno mnie oce­nią”, „To się nie uda” albo „Coś ze mną jest nie tak”, któ­rymi nasz umysł strzela jak z kara­binu, trak­tu­jemy jak twarde dowody, a nie tylko komen­ta­rze, któ­rymi prze­cież są. Cza­sem pozor­nie mądre i logiczne, ale czę­ściej pod­szyte emo­cją, daw­nym prze­ko­na­niem czy lękiem, który przy­wdziewa szaty logiki.

W tym pod­roz­dziale zatrzy­mamy się na chwilę i spró­bu­jemy opa­no­wać pewną klu­czową umie­jęt­ność: odróż­niać fakt od inter­pre­ta­cji. Bo kiedy widzisz, że myśl to myśl (a nie prawda obja­wiona), wraca prze­strzeń, spo­kój i wybór, a w gło­wie robi się ciszej.

Przekonania pozostawione same sobie tworzą myśli poza kontrolą

Czy przy­po­mi­nasz sobie sytu­ację, w któ­rej mia­łeś jakieś wyobra­że­nie danych wyda­rzeń albo przy­pi­sy­wa­łeś jakie­muś czło­wie­kowi okre­śloną cechę, a póź­niej oka­zało się, że twoje wyobra­że­nie było błędne? Wszy­scy tego doświad­czy­li­śmy, a osoby, które sku­piają się na roz­woju i wzro­ście, dostrze­gają to znacz­nie czę­ściej niż pozo­stałe. W momen­cie gdy uświa­do­misz sobie, że pod­trzy­my­wa­łeś prze­ko­na­nie, które nie było praw­dziwe, twoje nasta­wie­nie i myśli na ten temat się zmie­nią.

Krzysz­tof: Sprawdźmy to na moim przy­kła­dzie. Gdy byłem nasto­lat­kiem, z uwagi na łatwo­wier­ność i pod wpły­wem zacho­wa­nia oto­cze­nia uwie­rzy­łem, że nie mogę się podo­bać dziew­czy­nom, ponie­waż mam piegi i odsta­jące uszy. Tak twier­dzili kole­dzy. Utrzy­mu­jąc w umy­śle wiarę w to prze­ko­na­nie, nie­świa­do­mie two­rzy­łem myśli o samym sobie takiej wła­śnie tre­ści. Myśli te wywo­ły­wały wra­że­nia i emo­cje na wła­sny temat: wstyd, poczu­cie winy, złość i smu­tek. Przez to pozo­sta­łem sin­glem znacz­nie dłu­żej niż wielu moich zna­jo­mych.

Zauważ: to ja sam byłem auto­rem tych myśli i uczuć, ponie­waż zaak­cep­to­wa­łem, że to, co powie­dzieli o mnie inni, jest prawdą, bez obiek­tyw­nego przyj­rze­nia się temu. Nie wie­dzia­łem wtedy, jak mogę to zakwe­stio­no­wać czy pod­wa­żyć. W pew­nym momen­cie poja­wiła się jed­nak w moim życiu osoba, która w ciągu kilku sekund pomo­gła mi uwol­nić się od nega­tyw­nych osą­dów doty­czą­cych wła­snego wyglądu! Była to nauczy­cielka, która udzie­lała mi w tam­tym cza­sie kore­pe­ty­cji z języka pol­skiego przed maturą. Zda­nie tej kobiety miało dla mnie zna­cze­nie, ponie­waż wyczu­wa­łem w jej podej­ściu do ucznia życz­li­wość, akcep­ta­cję i szcze­rość.

Pew­nego popo­łu­dnia w trak­cie kore­pe­ty­cji podzie­li­łem się z nauczy­cielką prze­ko­na­niem na temat swo­jego wyglądu. Powie­dzia­łem, że ja chyba nie mogę się podo­bać dziew­czy­nom. Zaczęła się śmiać, jakby usły­szała coś kom­plet­nie nie­do­rzecz­nego. Szcze­rze mówiąc, zupeł­nie się takiej reak­cji nie spo­dzie­wa­łem. Jak tylko wybuch weso­ło­ści minął, nauczy­cielka rzu­ciła pro­sto z mostu: „Ty chyba w lustro nie patrzy­łeś”. Było to tak szczere i wypo­wie­dziane z taką lek­ko­ścią, że w jed­nej chwili moje dotych­cza­sowe prze­ko­na­nie dosłow­nie wypa­ro­wało. Zastą­piło je nowe postrze­ga­nie sie­bie, a wraz z nim poja­wiły się nowe myśli. Parę mie­sięcy póź­niej spo­ty­ka­łem się z jedną z naj­ład­niej­szych dziew­czyn w oko­licy…

Ta sytu­acja poka­zuje, że w zmia­nie prze­ko­nań może nam pomóc ktoś z zewnątrz. Jed­nak nie jest nam on do tego celu nie­zbędny. My sami mamy moc, aby świa­do­mie i dobro­wol­nie wycią­gać na powierzch­nię prze­ko­na­nia, obser­wo­wać swoje myśli na dany temat, a następ­nie je pod­wa­żać, aż dotrzemy do prawdy. Na kolej­nych stro­nach dowiesz się, jak można zro­bić to samo­dziel­nie. Jak mawiał pewien wybitny nauczy­ciel duchowy: „Pozna­cie prawdę, a prawda was wyzwoli1”.

Myśli i przekonania napędzane ładunkiem emocjonalnym

Gdy jakieś myśli nie dają ci spo­koju, to możesz być pewny, że są napę­dzane przez emo­cje. Załóżmy, że ktoś mie­rzy się z natło­kiem myśli zwią­za­nych ze zwol­nie­niami w fir­mie, w któ­rej pra­cuje. Taka osoba ma wra­że­nie, że myśli pełne nie­po­koju, stra­chu i obaw są nor­malne. Jest prze­ko­nana, że każdy tak by się czuł na jej miej­scu, i potwier­dza tym samym słusz­ność dal­szego odczu­wa­nia i myśle­nia w taki spo­sób.

Mecha­nizm, który działa w tej sytu­acji, polega na nie­świa­do­mym zada­wa­niu sobie pytań typu: „Co teraz ze mną będzie?”; „Co się ze mną sta­nie?”. Nie­wła­ści­wie zadane pyta­nie pro­wa­dzi do poja­wie­nia się odpo­wie­dzi i uczuć, które płyną z kolek­tyw­nej nie­świa­do­mo­ści – nawy­ko­wego mar­twie­nia się i czar­no­widz­twa czy umniej­sza­nia swo­ich moż­li­wo­ści. Gdy taka osoba zaczyna mie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią i robi się tro­chę bar­dziej przy­tomna, umysł – w wyniku zada­nia sobie pyta­nia „I co wtedy?” – wyświe­tla wypie­rane wcze­śniej obrazy i myśli. Poja­wia się w nim per­spek­tywa zwol­nie­nia i koniecz­no­ści opusz­cze­nia sta­no­wi­ska pracy. Wów­czas mogą wyło­nić się uczu­cia i emo­cje, które były dotych­czas wypie­rane: strach, poczu­cie winy, złość czy nie­na­wiść.

Gdy dajesz sobie prze­strzeń do ich odczu­wa­nia, szyb­ciej udaje ci się je uwol­nić i prze­pro­ce­so­wać sytu­ację. Gdy prze­ży­wasz swoje emo­cje lub dozna­nia i sta­wiasz pyta­nie „Co dalej?” – zaprzę­gasz swój wła­sny umysł do pracy.

W sytu­acji życio­wej zmiany, która jest poza twoją kon­trolą, zde­cy­do­wa­nie warto nasta­wić się entu­zja­stycz­nie wobec tego, co nowe i nie­znane. Jeżeli wybie­rzesz akcep­ta­cję i odpo­wie­dzial­ność zamiast obwi­nia­nia sie­bie i świata, to dys­kom­fort, któ­rego doświad­czysz przy­tom­nie, cię wzmocni. Zauważmy, że sytu­acja sama w sobie nie jest trudna. Trzeba zna­leźć nową pracę, być może zdo­być jakieś kom­pe­ten­cje. To, co spra­wia ci trud­no­ści, to twój wła­sny opór wobec tego, co czu­jesz, a także prze­ko­na­nia, w które uwie­rzy­łeś: być może pocho­dzące z rodziny lub oto­cze­nia z dzie­ciń­stwa. Pew­ność, że strata tej kon­kret­nej pracy jest czymś złym, wywoła twoje złe samo­po­czu­cie. Podejdź do tego ina­czej. Jeśli pomy­ślisz na przy­kład: „Ta zmiana może być zaska­ku­jąca i inte­re­su­jąca”, to nasta­wisz się neu­tral­nie. Nie cho­dzi o wma­wia­nie sobie dobrego samo­po­czu­cia, a jedy­nie o dostrze­że­nie, że pewne nasta­wie­nia są natu­ralne dla istoty ducho­wej (która ma umysł i ciało), a inne – zostały wymy­ślone bądź nam wmó­wione. To, że wielu ludzi wie­rzy w swój brak poten­cjału lub moż­li­wo­ści, nie spra­wia, że ich rze­czy­wi­ście nie posia­dają – spra­wia jedy­nie, że rezy­gnują z ich roz­wi­ja­nia. To zasad­ni­cza róż­nica.

Co zatem odróż­nia osoby, które po stra­cie pracy, roz­sta­niu z uko­chaną osobą, śmierci kogoś bli­skiego, stra­cie finan­so­wej czy innych peł­nych emo­cji sytu­acjach w zale­d­wie kilka chwil wra­cają do rów­no­wagi i są gotowe do dzia­ła­nia z entu­zja­zmem, od osób, które pro­ce­sują takie sytu­acje tygo­dniami, mie­sią­cami, a cza­sem nawet do końca życia? Klu­czem jest prze­ży­cie emo­cji, uczuć i doznań zwią­za­nych z danymi sytu­acjami takimi, jakie one są. Jed­nak przez spo­łeczne uwa­run­ko­wa­nia i błędy w wycho­wa­niu oraz w edu­ka­cji wielu ludzi ana­li­zuje w nie­skoń­czo­ność myśli i wypiera uczu­cia, a to spra­wia, że umysł nie ma wyj­ścia i musi zro­bić recy­kling takich myśli, zasi­la­nych przez tłu­miony z całych sił ładu­nek emo­cjo­nalny.

Myśli, które prowadzą do uwikłania

Przyj­rzyjmy się teraz, czym różni się pełne zaan­ga­żo­wa­nie w życie od uwi­kła­nia. Gdy masz dystans do swo­ich myśli i uczuć, gdy to ty panu­jesz nad umy­słem, a nie na odwrót – wów­czas możesz się w pełni anga­żo­wać w to, co się dzieje w danej chwili. Znika przy­mus cyklicz­nego ana­li­zo­wa­nia sytu­acji, który zazwy­czaj powo­duje natłok myśli, napię­cie, stres czy nie­po­kój. To mar­twie­nie się jest wyni­kiem uwi­kła­nia, tego, że nie nauczy­li­śmy się jesz­cze być w tym świe­cie, ale nie być z niego2. Jedną z prze­szkód w reali­za­cji tej nauki jest pełna lęku potrzeba dosto­so­wa­nia się do oto­cze­nia, wyni­ka­jąca ze stra­chu przed odrzu­ce­niem. Będzie miała ona nad tobą wła­dzę dopóty, dopóki nie przyj­rzysz się temu, czego boisz się doświad­czyć.

Twój umysł wytwa­rza opór, napię­cie i stres – które skła­dają się na jedną, silną emo­cję – gdyż w twoim rozu­mie­niu w taki wła­śnie spo­sób sie­bie chro­nisz. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak słab­niesz: w odpo­wie­dzi na wysłany przez umysł sygnał twoje ciało zaczyna wytwa­rzać znaczne ilo­ści hor­mo­nów stresu, któ­rych nad­miar jest szko­dliwy dla orga­ni­zmu. Gdy zaczy­nasz obser­wo­wać swoje lęki, oka­zuje się, że ist­nieje roz­wią­za­nie całego mnó­stwa poten­cjal­nych trud­no­ści, a wiele sce­na­riu­szy ni­gdy się nie spełni. Na te zaś, któ­rych reali­za­cja jest nie­mal pewna, możesz się przy­go­to­wać i je zaak­cep­to­wać (np. śmierć). Kiedy ener­gia stra­chu zaczyna się wyczer­py­wać dzięki jej przy­tom­nemu doświad­cza­niu i akcep­ta­cji, koń­czą się rów­nież myśli na ten temat. Stop­niowo sta­jesz się coraz mniej uwi­kłany w swoje myśli, a jed­no­cze­śnie wciąż możesz anga­żo­wać się we wszystko, co jest potrzebne i co wybie­rasz. Tym razem jed­nak twoja obec­ność jest peł­niej­sza, bo jest w niej mniej lęku.

Przyj­rzyjmy się jesz­cze innej sytu­acji. Załóżmy, że w rodzi­nie wybu­cha kon­flikt świa­to­po­glą­dowy. Człon­ko­wie w ner­wo­wej atmos­fe­rze spie­rają się o to, kto ma rację. Ktoś cię pod­pusz­cza i suge­ruje, że twoje prze­ko­na­nia są błędne, a nawet idio­tyczne. Dostrze­gasz poja­wia­jące się w tobie uczu­cie zło­ści i rosnące w gło­wie ciśnie­nie, które powo­duje coraz więk­szy dys­kom­fort. Natłok myśli o tym, jak w odwe­cie spo­nie­wie­rać słow­nie tę osobę, coraz bar­dziej zabu­rza twoją per­cep­cję. Obser­wu­jesz się jed­nak dalej. Zauwa­żasz, że pod tą zło­ścią jest strach – przed postrze­ga­niem cię w nie­przy­chylny spo­sób przez człon­ków rodziny lub utratą rela­cji z powodu róż­nicy zdań. Spo­strze­gasz, że kie­ro­wa­nie się zło­ścią i atak słowny nie przy­niosą rezul­tatu w postaci zgody ani poprawy czy­je­go­kol­wiek humoru. Widzisz także, że jeżeli ktoś się od cie­bie odwróci ze względu na twoje odmienne zda­nie na jakiś temat, to sobie z tym pora­dzisz. Uczu­cie stra­chu zaczyna top­nieć, a ty doświad­czasz odprę­że­nia. Poja­wia się dystans do kon­fliktu i świa­do­mość jego nie­do­rzecz­no­ści. Obra­casz sytu­ację w żart, a rodzina wybu­cha śmie­chem. Cha­rak­ter zaj­ścia zmie­nia się z kon­fliktowego w żar­to­bliwy. Wszystko dzieje się dzięki dystan­sowi do myśli i uczuć, byciu świad­kiem swo­ich emo­cji i bra­kowi kom­pul­syw­nych reak­cji na to, co czu­jesz i uwa­żasz na temat sytu­acji. Wła­ści­ciel zapa­no­wał nad umy­słem, dzięki czemu emo­cje nie mogły prze­jąć nad nim kon­troli.

Myśli jako komentarz, a nie prawda

Czy zda­rzyło ci się kie­dyś słu­chać komen­ta­tora spor­to­wego, który odno­sząc się do sytu­acji na boisku, rzu­cał nie­przy­chylne komen­ta­rze pod adre­sem two­jego ulu­bio­nego spor­towca? W takich momen­tach mogłeś pomy­śleć sobie: „Co za pomysł, żeby wyga­dy­wać takie rze­czy? Prze­cież jeden gor­szy występ nie defi­niuje jego całej kariery spor­to­wej!”. I nagle może dosze­dłeś do wnio­sku, że kry­tyk musiał mieć gor­szy dzień… Zdra­dzimy ci, że ty też masz w sobie takiego komen­ta­tora, który cza­sem rze­tel­nie prze­ka­zuje infor­ma­cje, a cza­sem – pod wpły­wem emo­cji – pod­po­wiada ci fał­szywe opi­nie. Czy jesteś w sta­nie dostrzec, że gdy dzia­łają silne emo­cje, to twoje myśli i słowa są opi­nią na dany temat, a nie prawdą?

Rozu­miemy, że możesz na­dal mieć wąt­pli­wo­ści, dla­tego pro­po­nu­jemy ci przyj­rze­nie się takiej sytu­acji. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i po jej dru­giej stro­nie zauwa­żasz zna­jo­mego. Jesteś w dobrym humo­rze, cie­szysz się, że widzisz zna­jomą twarz, i odru­chowo zaczy­nasz do niego machać. Ale on nie odpo­wiada. Wydaje ci się, że spoj­rzał na cie­bie, a następ­nie odwró­cił wzrok i poszedł dalej. Jaka myśl poja­wia się w two­jej gło­wie? Może: „Co za gbur!”; „Igno­ruje mnie”; „Na pewno coś zro­bi­łem”; „Pew­nie mnie nie lubi”; „To było nie­grzeczne”; „Czemu ludzie są tacy nie­mili”? Wystar­czyło kilka sekund, aby twój umysł – prze­peł­niony stra­chem przed odrzu­ce­niem i prze­ko­na­niami zwią­za­nymi z niskim poczu­ciem war­to­ści – stwo­rzył całą histo­rię. I co ważne: histo­rię opartą na inter­pre­ta­cji, nie na fak­tach.

No dobrze: czym zatem jest fakt? Fak­tem jest tylko to, że widzisz zna­jo­mego, machasz mu, a on nie reaguje. Cała reszta to twoja inter­pre­ta­cja. A tak naprawdę powo­dów jego zacho­wa­nia może być wiele. Moż­liwe, że zna­jomy był zato­piony we wła­snych myślach i cię nie zauwa­żył. Może miał słu­chawki, któ­rych nie spo­strze­głeś, i pod wpły­wem muzyki na moment prze­niósł się w myślach na kon­cert Cold­play? Lub wła­śnie dowie­dział się o czymś trud­nym i nie sku­piał się na oto­cze­niu?

Pamię­taj, pro­szę, że umysł nie znosi stanu nie­wie­dzy, więc natych­miast two­rzy opo­wieść. A jeśli jesteś w kiep­skim sta­nie emo­cjo­nal­nym – ta opo­wieść będzie miała nega­tywny wydźwięk. To dla­tego ludzie pełni wewnętrz­nego spo­koju nie przej­mują się takimi sytu­acjami, a ci żyjący w napię­ciu – two­rzą w gło­wie dra­ma­tyczne sce­na­riu­sze.

Zatrzy­maj się cza­sem i zapy­taj sie­bie: „Czy to, co wła­śnie myślę, jest fak­tem, czy tylko moim subiek­tyw­nym komen­ta­rzem do sytu­acji?”. Taka chwila reflek­sji może zmie­nić bar­dzo wiele.

Umysł potrafi wprowadzić w błąd

Umysł potrafi być narzę­dziem, które pomaga ci widzieć jasno i dzia­łać mądrze, ale może też stać się fil­trem, który znie­kształca rze­czy­wi­stość pod wpły­wem emo­cji i daw­nych prze­ko­nań. W tej czę­ści nauczysz się odróż­niać umysł domi­nu­jący od wspie­ra­ją­cego oraz roz­po­zna­wać typowe znie­kształ­ce­nia poznaw­cze, które spra­wiają, że inter­pre­ta­cja wygląda jak fakt, cho­ciaż wcale nim nie jest. Im szyb­ciej to zauwa­żysz, tym łatwiej odzy­skasz spo­kój, obec­ność i wybór.

Umysł dominujący vs. umysł wspierający

Umysł to nasze naj­po­tęż­niej­sze narzę­dzie. Być może jesz­cze nie zda­jesz sobie z tego sprawy, ale ma on ogromną moc: potrafi pla­no­wać, ana­li­zo­wać, roz­wią­zy­wać pro­blemy, two­rzyć, pro­jek­to­wać przy­szłość. Ale jest też jego inna, ciem­niej­sza strona – nie­ustan­nie oce­nia, porów­nuje, stra­szy, wraca do prze­szło­ści i prze­wi­duje kata­strofy. Nawet z natłoku nega­tyw­nych myśli możesz jed­nak wyjść i zyskać praw­dziwą wol­ność – gdy zaczniesz roz­po­zna­wać moment, w któ­rym umysł prze­staje być pomoc­nym narzę­dziem, a zaczyna tobą rzą­dzić.

Jak roz­po­znać, że umysł prze­jął stery? Przyj­rzyjmy się sygna­łom potwier­dza­ją­cym domi­na­cję umy­słu, czyli to, że teraz to on panuje nad swoim wła­ści­cie­lem.

Oznaki domi­na­cji umy­słu:

Napię­cie w ciele

– naj­pierw czu­jesz napię­cie w bar­kach, szyi, szczęce, brzu­chu… Ciało mówi ci, że coś się dzieje.

Natłok myśli

– umysł zaczyna wystrze­li­wać jeden komu­ni­kat po dru­gim, a jedna myśl goni kolejną, czę­sto krą­żąc wokół tego samego tematu. Jak pew­nie się domy­ślasz – nie są to myśli pełne inspi­ra­cji.

Ana­li­zo­wa­nie zamiast czu­cia

– ucie­kasz w ana­lizę, żeby nie czuć emo­cji. Zamiast zauwa­żyć smu­tek, roz­wa­żasz, kto zawi­nił – żeby móc zrzu­cić na coś lub na kogoś odpo­wie­dzial­ność za to, co czu­jesz.

Per­fek­cjo­nizm, porów­ny­wa­nie się, wewnętrzny kry­tyk

– myśli nie wspie­rają cię, tylko osą­dzają: „Powi­nie­neś już to wie­dzieć”; „Jesteś za słaby”; „Inni mają lepiej”.

Brak obec­no­ści tu i teraz

– myślisz o tym, co będzie lub co się już wyda­rzyło. Nie zauwa­żasz, co dzieje się obec­nie.

Jeżeli roz­po­zna­łeś któ­reś z tych sygna­łów u sie­bie, nie martw się. W dal­szej czę­ści książki poka­żemy ci, jak uwol­nić się od natłoku myśli.

A kiedy można powie­dzieć, że umysł wspiera?

Umysł wspie­ra­jący pomaga ci zna­leźć roz­wią­za­nie, zamiast pogłę­biać pro­blem. Pozwala się zatrzy­mać i spoj­rzeć na sytu­ację z szer­szej per­spek­tywy. Czło­wiek z takim umy­słem staje się spo­kojny, sku­piony, współ­czu­jący. Jest obecny tu i teraz.

Zniekształcenia poznawcze: kiedy umysł widzi świat innym, niż jest naprawdę

Zda­rza się, że jedna myśl potrafi zepsuć cały dzień. Jedna wia­do­mość, jedno spoj­rze­nie, jedno słowo – i umysł już wysnuwa wnio­ski, roz­pala emo­cje czy two­rzy czarne sce­na­riu­sze. Dzieje się tak na sku­tek mecha­ni­zmu znie­kształ­ceń poznaw­czych. To nie twoja wina – twój umysł imi­tuje po pro­stu zacho­wa­nia oto­cze­nia, gdy nie sto­isz za ste­rami. A prze­cież nikt wcze­śniej nie nauczył cię, jak roz­po­zna­wać i rozu­mieć te mecha­ni­zmy.

Każdy z nas cza­sem widzi świat jak w krzy­wym zwier­cia­dle. Nie dla­tego, że jeste­śmy zepsuci czy nega­tyw­nie nasta­wieni, tylko dla­tego, że tak jeste­śmy zapro­gra­mo­wani. Się­ga­jąc po dale­kie od rze­czy­wi­sto­ści auto­ma­tyczne sche­maty, umysł pró­buje nas przed czymś ustrzec. Chroni nas przed „zala­niem” emo­cjami, które kie­dyś były dla nas zbyt trudne czy inten­sywne. Zamiast dopu­ścić do peł­nego prze­ży­cia lęku, wstydu czy bólu, two­rzy zna­jome inter­pre­ta­cje. Coś, co znamy, nawet jeśli jest bole­sne, bywa dla umy­słu bez­piecz­niej­sze niż to, co nowe i nie­prze­wi­dy­walne. Pozwala bowiem unik­nąć stra­chu, który, jak nas uczono, jest naprawdę straszny. Zamiast stra­chu zna­jome inter­pre­ta­cje dają nam złudne poczu­cie kon­troli i prze­wi­dy­wal­no­ści. Pro­blem poja­wia się wtedy, gdy te mecha­ni­zmy, które miały nas chro­nić, zaczy­nają kie­ro­wać naszym życiem. Te sche­maty, czyli znie­kształ­ce­nia poznaw­cze, można porów­nać do błę­dów w sys­te­mie, w tym przy­padku – w myśle­niu. Pro­wa­dzą one do fał­szy­wych wnio­sków, eska­lo­wa­nia emo­cji i nie­po­trzeb­nego cier­pie­nia.

Ale jest też dobra wia­do­mość! Pułapki, które zasta­wia na nas umysł, można nauczyć się roz­po­zna­wać i je omi­jać. To jak uświa­do­mie­nie sobie, że lustro z gabi­netu luster w luna­parku nie poka­zuje naszego praw­dzi­wego odbi­cia – tylko jego znie­kształ­coną wer­sję. Przyj­rzyjmy się zatem kilku naj­częst­szym znie­kształ­ce­niom.

Katastrofizacja, czyli „na pewno wydarzy się najgorsze”

To jedno z naj­czę­ściej wystę­pu­ją­cych znie­kształ­ceń poznaw­czych. Z kata­stro­fi­za­cją masz do czy­nie­nia, kiedy umysł pod­po­wiada ci, że coś, co może pójść źle, na pewno tak pój­dzie. W dodatku robi to w naj­bar­dziej dra­ma­tyczny spo­sób, a ty nie masz żad­nych zaso­bów, żeby sobie z tym pora­dzić.

Przy­kła­dem wystą­pie­nia mecha­ni­zmu kata­stro­fi­za­cji może być reak­cja na wia­do­mość od szefa: „Musimy poroz­ma­wiać”. Zanim dowiesz się, o co tak naprawdę cho­dzi, twój umysł już wysnuł wnio­sek, że stra­cisz pracę. Poja­wiają się myśli typu: „Ostat­nio wzią­łem dzień wol­nego, na pewno mu się to nie spodo­bało i teraz mnie zwolni”. W rze­czy­wi­sto­ści szef może chcieć coś z tobą omó­wić, wyra­zić opi­nię odno­śnie do pro­jektu, który reali­zu­jesz, albo doce­nić twoje zaan­ga­żo­wa­nie i efekty pracy.

Jeśli umysł nie jest uważ­nie obser­wo­wany, to czę­sto będzie wybie­rał wer­sję wywo­łu­jącą lęk. Nie chce cię w ten spo­sób skrzyw­dzić, to tylko jego stary, bio­lo­giczny mecha­nizm obronny. Nie­stety ta ochrona bar­dziej szko­dzi, niż pomaga.

Generalizacja, czyli „skoro raz się nie udało, to zawsze tak będzie”

Gene­ra­li­za­cja jest znie­kształ­ce­niem poznaw­czym, które można zawrzeć w komu­ni­ka­cie: skoro coś raz się wyda­rzyło, to już zawsze tak będzie. Wystar­czy, że zda­rzy ci się jedno potknię­cie czy błąd, a umysł zrobi z tego regułę. Jed­no­ra­zowe nie­udane przed­się­wzię­cie nie ozna­cza, że w przy­szło­ści będzie podob­nie. Ale trudno to wytłu­ma­czyć, gdy umysł auto­ma­tycz­nie powiela wzorce dzia­łań.

Spójrzmy na przy­kład z życia. Twoje dziecko nie miało ochoty się przy­tu­lić, a ty myślisz sobie: „Chyba mnie nie kocha, dla­czego jestem tak kiep­skim rodzi­cem?”. Powiedzmy sobie wprost: to, co poja­wiło się w two­jej gło­wie, nie jest fak­tem – to tylko uogól­nie­nie i prze­nie­sie­nie jed­nej sytu­acji na całe twoje rodzi­ciel­stwo. W rze­czy­wi­sto­ści dziecko mogło mieć aku­rat trud­niej­szy dzień albo potrze­bo­wać prze­strzeni. Może samo nie wie, co czuje. W jed­nej chwili i na pod­sta­wie jed­nego zacho­wa­nia nie da się oce­nić całej rela­cji. Dostrze­gasz już teraz, że taka inter­pre­ta­cja to nie­spra­wie­dliwe – przede wszyst­kim dla cie­bie – uprosz­cze­nie?

Czytanie w myślach, czyli „wiem, co oni o mnie myślą”

Gdy pojawi się to znie­kształ­ce­nie, zakła­dasz, że inni ludzie myślą o tobie coś kon­kret­nego – naj­czę­ściej złego. Szcze­gól­nie wyraź­nie zauwa­żalne będzie to u osób, które w dzie­ciń­stwie były oce­niane, zawsty­dzane albo porów­ny­wane.

Przy­kła­dowo: możemy mówić o „czy­ta­niu w myślach”, gdy z nie­od­pi­sa­nia ci na wia­do­mość wycią­gasz wnio­sek, że dana osoba cię nie lubi. W rze­czy­wi­sto­ści mogła być zwy­czaj­nie zajęta i nie prze­czy­tać wia­do­mo­ści lub nawet ją prze­czy­tać, ale ze względu na mno­gość obo­wiąz­ków – zapo­mnieć odpi­sać. Następ­nym razem po pro­stu przy­po­mnij o komu­ni­ka­cie i zapy­taj wprost, dla­czego ktoś nie odpi­sał. Dla umy­słu każda luka infor­ma­cyjna, którą dostrzeże, two­rzy prze­strzeń na domy­sły. A te zazwy­czaj oparte są na lęku, a nie na praw­dzie.

Myślenie czarno-białe, czyli „wszystko albo nic”

Ten rodzaj znie­kształ­ce­nia poznaw­czego unie­moż­li­wia dawa­nie sobie (i swoim naj­bliż­szym) prze­strzeni na – bar­dzo ludz­kie prze­cież – błędy, nie­do­sko­na­ło­ści czy potknię­cia. Albo jesteś świetny, albo do niczego. Albo rela­cja jest cudowna, albo tok­syczna. Twoje dziecko zacho­wuje się jak anioł albo coś z nim jest nie tak. Nato­miast ty sam albo jesteś dobrym rodzi­cem, albo nie­udacz­ni­kiem. Wyobraź sobie, że jako rodzic wcho­dzisz do pokoju dziecka, widzisz bała­gan i pod­nie­sio­nym tonem zwra­casz dziecku uwagę. Co myślisz póź­niej o sobie? Być może prze­cho­dzisz nad tym do porządku dzien­nego, stwier­dza­jąc, że bała­gan potrafi dopro­wa­dzić do szału. Jeśli jed­nak wystę­puje u cie­bie czarno-białe znie­kształ­ce­nie poznaw­cze, to masz wyrzuty sumie­nia z powodu pod­nie­sie­nia głosu i myślisz sobie: „jestem bez­na­dziej­nym rodzi­cem. Jak mogłem się tak zacho­wać?”.

Ten typ znie­kształ­ce­nia nie pozwala nam dostrzec cało­ści, pro­gresu, inten­cji. Widzimy tylko jeden moment, a prze­cież on nie defi­niuje całej drogi. Potknię­cie nie prze­kre­śla miło­ści. Złość nie unie­waż­nia tro­ski. Wszak prawda ma wiele odcieni, nie tylko czerń i biel.

Personalizacja, czyli „to przeze mnie”

Per­so­na­li­za­cja daje o sobie znać w róż­nych sfe­rach. Może ujaw­niać się w rela­cjach z dziećmi, part­ne­rem czy w pracy. Umysł posłu­gu­jący się tym znie­kształ­ce­niem bie­rze odpo­wie­dzial­ność za wszystko, co się dzieje w życiu – rów­nież za sprawy, na które dany czło­wiek nie ma wpływu. W gło­wie takiej osoby wciąż tłu­cze się myśl: „To twoja wina”. W wyniku per­so­na­li­za­cji poja­wia się silne poczu­cie winy. Zresztą ten ładu­nek nie tyle się poja­wia, ile raczej ujaw­nia, ponie­waż cho­dzi o poczu­cie winy, które praw­do­po­dob­nie było tłu­mione od dziecka.

Jak działa umysł osoby, która ma wbu­do­wany pro­gram „To przeze mnie”? Mecha­nizm per­so­na­li­za­cji uru­cha­mia się auto­ma­tycz­nie, czę­sto szyb­ciej, niż pojawi się świa­doma myśl. W umy­śle nie powstaje pyta­nie: „Co się naprawdę wyda­rzyło?”, lecz dana osoba natych­miast szuka związku mię­dzy sobą a sytu­acją zewnętrzną. U pod­staw per­so­na­li­za­cji tkwi prze­ko­na­nie, że bez­pie­czeń­stwo zależy od kon­tro­lo­wa­nia emo­cji innych. Jeśli jako dzieci doświad­czy­li­śmy sytu­acji, w któ­rych napię­cie doro­słych było nie­prze­wi­dy­walne, a my intu­icyj­nie pró­bo­wa­li­śmy je „roz­ła­do­wać”, umysł nauczył się jed­nego: „Lepiej brać wszystko na sie­bie, bo to pozwoli cho­ciaż tro­chę zapa­no­wać nad cha­osem, jaki jest w domu”. Może być tak, że każdy prze­jaw złego humoru bli­skiego czło­wieka taka osoba odczuwa bar­dzo oso­bi­ście. Uważa na przy­kład, że napię­cie wyczu­walne u męża, który wró­cił z pracy, na pewno wynika z tego, że nie przy­szy­ko­wała mu tego dnia śnia­da­nia, co wywo­łało jego zawód. A prze­cież każdy z ludzi ma swój świat wewnętrzny, swoje emo­cje i pro­cesy, które rzadko są zależne od zacho­wa­nia jed­nej osoby z zewnątrz. Nie zawsze (a raczej: rzadko kiedy) wszystko jest winą innych. Umysł osoby, która jako dziecko brała odpo­wie­dzial­ność za emo­cje innych, auto­ma­tycz­nie bie­rze jed­nak wszystko na sie­bie.

Wróżenie z fusów

I na koniec nasze ulu­bione znie­kształ­ce­nie poznaw­cze, czyli tzw. wró­że­nie z fusów. Na czym ono polega? Umysł osoby wró­żą­cej z fusów trak­tuje przy­szłość jako znaną – i złą. Poja­wiają się w nim myśli o mają­cych nadejść wyda­rze­niach, które budzą lęk, mimo że jesz­cze nie nastą­piły. Wró­że­nie z fusów jest więc też formą kata­stro­fi­za­cji. Przy­kła­dem z życia może być taka nar­ra­cja: „Na pewno nie zdam tego egza­minu – po co w ogóle pró­bo­wać?” albo „Nie wie­rzę, że uda mi się zna­leźć dobrą pracę”. To nie są fakty – to hipo­tezy. I to bar­dzo szko­dliwe, gdyż wpły­wają na dzia­ła­nia. Jeśli ktoś uwie­rzy, że coś się nie uda, zma­leje szansa, że w ogóle spró­buje…

Skoro znasz już powszech­nie wystę­pu­jące znie­kształ­ce­nia poznaw­cze, przejdźmy do wska­zó­wek, które pozwolą ci sobie z tymi znie­kształ­ce­niami radzić. Pamię­taj: nie cho­dzi o to, żeby nie mieć znie­kształ­ceń lub z nimi wal­czyć. One będą się poja­wiać. To natu­ralne. Klu­czowe jest ich zauwa­że­nie i świa­do­mość, że nie są fak­tami. Jak to osią­gnąć?

W momen­cie poja­wie­nia się nie­po­ko­ją­cej myśli warto zadać sobie na przy­kład takie pyta­nia:

Czy to jest fakt, czy tylko moja inter­pre­ta­cja?

Czy to myśle­nie mnie wspiera, czy raczej osła­bia?

Jak mogę spoj­rzeć na tę sytu­ację ina­czej?

Czy nie ule­gam wła­śnie znie­kształ­ce­niu myślo­wemu (teraz wiesz, jak je roz­po­znać)?

Co powie­dział­bym komuś bli­skiemu w podob­nej sytu­acji?

Wol­ność nie polega na tym, że nie doświad­cza się nega­tyw­nych myśli. Cho­dzi o to, by widzieć ich praw­dziwą naturę – to myśli, a nie fakty. Gdy czło­wiek zaczyna widzieć takie myśli, może świa­do­mie wybrać, czy chce w nie wie­rzyć.

Lekka prak­tyka obser­wa­cji swo­jego awa­tara

Zabawmy się tym tro­chę. Zacznij regu­lar­nie, pod­czas codzien­nych czyn­no­ści, obser­wo­wać swoje myśli, ciało oraz poja­wia­jące się w nim dozna­nia niczym zewnętrzny świa­dek. Przy­glą­daj się sobie, jak­byś widział awa­tar, który pój­dzie tam, dokąd chcesz, i zrobi to, co chcesz (zupeł­nie jak w Sim­sach!). Uświa­dom sobie, że nie jesteś tym cia­łem. Nie jesteś tymi myślami i uczu­ciami.

Wyko­nuj to ćwi­cze­nie czę­sto i obser­wuj, jak posze­rza się twoja świa­do­mość.

Kiedy analiza wyprzedza uczucia

Gdy nie pozwa­lamy sobie czuć, zaczy­namy myśleć. To jeden z pod­sta­wo­wych mecha­ni­zmów obron­nych naszego umy­słu. Zamiast zanu­rzyć się w emo­cji, która się poja­wia, umysł zarzuca kotwicę ana­lizy. Bo ana­liza to ruch. To hałas. A hałas sku­tecz­nie zagłu­sza ciszę, w któ­rej można by było poczuć to, co nie­wy­godne.

Agnieszka: Pamię­tam dobrze moment, kiedy zamiast pozwo­lić sobie na czu­cie, zaczę­łam… mówić. Roz­sta­łam się z part­ne­rem, a rela­cja zakoń­czyła się w bar­dzo bole­sny spo­sób. On zaczął spo­ty­kać się z inną kobietą, zanim nasz zwią­zek dobiegł końca. Nie było wybu­chów, kłótni, tylko ciche prze­kro­cze­nie gra­nicy, która miała dla mnie ogromne zna­cze­nie.

Gdy patrzę na to z per­spek­tywy czasu, widzę, że to, co się we mnie zadziało, wyda­rzyło się według kla­sycz­nego sche­matu. Zanim zdą­ży­łam poczuć stratę, ból, może nawet upo­ko­rze­nie – już zaczę­łam opo­wia­dać tę histo­rię innym. Pra­co­wa­łam wtedy jako maki­ja­żystka. Kobiety przy­cho­dziły do mnie z róż­nych powo­dów – śluby, sesje, spo­tka­nia. A ja, zamiast dać sobie prze­strzeń na wewnętrzne prze­pro­ce­so­wa­nie emo­cji, robi­łam jedno: opo­wia­da­łam. Mówi­łam moim klient­kom, co się wyda­rzyło. One – poru­szone, empa­tyczne – reago­wały dokład­nie tak, jak potrze­bo­wa­łam: „Jak on mógł?!”; „Co za typ”; „Ty jesteś cudowna, on nie dorósł”. Czu­łam się lepiej. Przez moment…

Dla­czego te roz­mowy poma­gały tylko na chwilę? Bo to nie było uzdro­wie­nie, tylko potwier­dze­nie. Szu­ka­łam na zewnątrz tego, czego nie chcia­łam dać sobie wewnątrz – uzna­nia, że jestem ważna, dobra, war­to­ściowa. I że to, co się wyda­rzyło, było dla mnie trudne. Nie mia­łam wtedy goto­wo­ści, by się z tym naprawdę spo­tkać. Nie pła­ka­łam. Nie pozwo­li­łam sobie na żałobę. Zamiast poczuć ból roz­sta­nia – racjo­na­li­zo­wa­łam. Zamiast nazwać stratę, oce­nia­łam jego. I w imię obrony sie­bie zaczę­łam go sądzić. Im bar­dziej sku­pia­łam się na oce­nie, tym bar­dziej na pozio­mie ener­gii „ja” zaczę­łam wibro­wać winą. Winą? Tak. Bo kiedy pro­jek­tu­jemy złość i osąd na swoje oto­cze­nie, czę­sto wewnątrz skry­wamy lęk, że to może jed­nak z nami coś jest nie tak.

To błędne koło: nie­prze­żyta strata → racjo­na­li­za­cja → poszu­ki­wa­nie win­nego → chwi­lowa ulga → pogłę­biony smu­tek → poczu­cie winy → napię­cie → jesz­cze wię­cej myśli.

Dziś już wiem, że wtedy bra­ko­wało mi tylko jed­nego – odwagi, by usiąść ze sobą i powie­dzieć: „Tak, to mnie boli. Tak, coś tracę. I tak, mam prawo to czuć”. Nie trzeba, a wła­ści­wie nawet nie wolno ana­li­zo­wać każ­dej emo­cji. Cza­sem wystar­czy jej się ukło­nić. I oddy­chać z nią dopóty, dopóki się nie roz­pu­ści. Obec­nie wiem też, że roz­sta­nie może być momen­tem, w któ­rym spo­ty­kamy się z prawdą o sobie. Ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy mamy odwagę się zatrzy­mać. Jeśli tego nie robimy, wcho­dzimy w tryb nar­ra­cji i uzy­ski­wa­nia potwier­dze­nia swo­jej wer­sji wyda­rzeń.

Nasze emo­cje można porów­nać do ubrań, które potrze­bują pra­nia. Gdy wyda­rza się coś, co wywo­łuje ból lub przy­wo­łuje stratę, lęk czy wstyd – poja­wia się emo­cjo­nalne ubru­dze­nie. Co w takim wypadku nale­ża­łoby zro­bić? Naj­le­piej byłoby wrzu­cić ubra­nia do pralki i pozwo­lić, by prze­szły cały cykl: od namo­cze­nia, przez pra­nie i płu­ka­nie, aż do wiro­wa­nia. Ale my czę­sto tylko patrzymy na plamy i zaczy­namy je opi­sy­wać. Albo poka­zu­jemy je innym: zobacz, jak bar­dzo jestem popla­miona. Cza­sem nawet zakła­damy te brudne ciu­chy i idziemy w świat, licząc na to, że ktoś je za nas wypie­rze. Pro­blem w tym, że ana­liza nie pie­rze. Ana­liza jest tylko obró­ce­niem bębna. Zro­bie­niem hałasu. Ale wody nie ma. Dopiero kiedy prze­sta­niemy komen­to­wać plamy, a pozwo­limy wodzie, która jest meta­forą czu­cia, zalać to, co bole­sne – zaczyna się praw­dziwe oczysz­cze­nie. Bo czu­cie to woda. Emo­cje chcą prze­pły­nąć. Nie po to, żeby nas zalać – ale by się przez nas prze­są­czyć i zosta­wić czy­ste miej­sce. Puste. Gotowe na nowe.

W obli­czu tego, co trudne, uzdra­wia nie hałas, tylko mil­cze­nie. Mając tę świa­do­mość, powstrzy­maj cisnące się na usta pyta­nie: „Dla­czego to się stało?” i przy­znaj: „Tak, to boli”. Pamię­taj, że twój umysł pró­buje zro­zu­mieć, bo chce kon­tro­lo­wać. Duchowa istota, którą jesteś, nie musi rozu­mieć. Kiedy więc poczu­jesz stratę – zanim powiesz o niej światu – zapy­taj sie­bie: „Czy to jest moment na opo­wieść, czy może… na obję­cie mojej emo­cji bez słów?”. Niech ta emo­cja sta­nie się wodą, która wypie­rze nie tylko ból, lecz także stare prze­ko­na­nia o tym, kim jesteś i co zna­czysz. Bo być może strata, któ­rej doświad­czy­łeś, nie miała cię zła­mać, tylko oczy­ścić.

Złość – emocja, która potrafi spalić (nie tylko) mosty

Emo­cją, któ­rej naj­czę­ściej odma­wiamy prawa do ist­nie­nia, zwłasz­cza jeśli wycho­wano nas na „grzeczne dzieci”, jest złość. Nie wypada jej czuć. Nie pasuje do ugrun­to­wa­nego spo­łecz­nie obrazu mądrej kobiety czy doj­rza­łego męż­czy­zny. Nie jest akcep­to­wana spo­łecz­nie. A prze­cież złość – tak jak smu­tek czy radość – to tylko pewna forma ener­gii, nie­kiedy infor­ma­cja. Pro­blem poja­wia się nie wtedy, gdy ją czu­jemy, tylko wtedy, gdy ją tłu­mimy albo wyrzu­camy na kogoś.

Bo złość, któ­rej nie przyj­miesz i nie poczu­jesz, zacznie „fer­men­to­wać”. Zamieni się w urazę, w sar­kazm, w pasywno-agre­sywne komen­ta­rze, a osta­tecz­nie w dystans. Do innych, do sie­bie, a nawet do życia.

Chcemy ci teraz opo­wie­dzieć dwie histo­rie o zło­ści. Obie są doświad­cze­niami z życia Agnieszki. Jedna i druga zaczy­nają się podob­nie – od zdrady zaufa­nia… Ale koń­czą się zupeł­nie ina­czej. I tylko jedna z nich final­nie nio­sła za sobą praw­dziwe uko­je­nie.

Agnieszka: Pierw­sza histo­ria wyda­rzyła się w cza­sach liceum. Dowie­dzia­łam się, że moja przy­ja­ciółka – ta od pia­skow­nicy, od wspól­nych sekre­tów i pio­se­nek Sarah Con­nor – obga­duje mnie z moim byłym chło­pa­kiem. W dodatku nie robiła tego w deli­katny spo­sób, tylko zwy­czaj­nie mnie wyśmie­wała, pod­wa­żała moją war­tość i lojal­ność. Od dziecka mia­łam syn­drom grzecz­nej dziew­czynki, więc nie poczu­łam zło­ści, która się poja­wiła, kiedy się o tym dowie­dzia­łam. Nie dałam sobie na to prze­strzeni. Zamiast tego zaczę­łam roz­kła­dać sytu­ację na czyn­niki pierw­sze. „Dla­czego ona tak się zacho­wuje? Prze­cież tyle dla niej zro­bi­łam. Jak można być aż tak nie­lo­jalną przy­ja­ciółką?” Prze­szło mi nawet przez głowę, że może prze­żywa coś trud­nego.

Nie myśl sobie jed­nak, że w tej ostat­niej nar­ra­cji cho­dziło o współ­czu­cie. Ta ana­liza była kla­syczną ucieczką od emo­cji. Zamiast nazwać zdradę zdradą i poczuć złość, ja, ucie­ka­jąc od zło­ści i przyj­mu­jąc różne inter­pre­ta­cje, zaczę­łam pod­świa­do­mie pie­lę­gno­wać urazę. Żal. Roz­pa­mię­ty­wa­nie. A w głębi na­dal obecna była tłu­miona złość. I tak przez lata… Mimo że po liceum nasza przy­jaźń się skoń­czyła, to ja wciąż nosi­łam tę emo­cję w sobie. Ener­gię wra­ca­jącą do mnie jak nie­wy­po­wie­dziane zda­nie w kłótni, która ni­gdy się nie odbyła. Regu­lar­nie też mie­wa­łam sny zwią­zane z tą dziew­czyną, mimo że ona sama już od dawna nie była obecna w moim życiu. Uko­je­nie przy­nio­sło mi dopiero świa­dome zmie­rze­nie się z tymi nasto­let­nimi emo­cjami, ale zanim to zro­bi­łam, minęło kil­ka­na­ście dobrych lat.

Dru­gie zda­rze­nie miało miej­sce 17 lat póź­niej. Znowu dowie­dzia­łam się, że bli­ska mi osoba, przy­ja­ciółka, nie jest wobec mnie w porządku, bo roz­ma­wia na mój temat z innymi, cał­ko­wi­cie mija­jąc się z prawdą. Tym razem byłam już bar­dziej świa­doma sie­bie, swo­ich emo­cji oraz tego, jak działa umysł i ciało. W reak­cji na wia­do­mość… zatrzy­ma­łam się. Czu­łam – rów­nież w ciele – napię­cie, ogromną złość, pie­cze­nie w gar­dle. I dałam temu prze­strzeń. Powie­dzia­łam sobie: „Tak, czuję złość. Mam prawo ją czuć”. Oddy­cha­łam. Nie uspra­wie­dli­wia­łam. Nie ucie­ka­łam. Nie ana­li­zo­wa­łam. Czu­łam. I dopiero kiedy ta fala się prze­to­czyła, poja­wiło się zro­zu­mie­nie. Może ona nie potrafi ina­czej? Może jej emo­cje, sche­maty, nie­prze­pra­co­wane rany z dzie­ciń­stwa wzięły górę?

Nie zna­czy to, że chcę z nią na­dal mieć bli­ski kon­takt. Ale podej­muję decy­zję bez ści­sku w sercu. Są we mnie spo­kój, akcep­ta­cja tego, że nad­szedł czas, aby nasze drogi się roze­szły. Nie muszę już niczego udo­wad­niać, nikogo karać. Po pro­stu: uznaję, że ten etap się zakoń­czył. I wiesz co? Kiedy dziś myślę o tej oso­bie, nie ma we mnie bólu. Jest wol­ność. Spo­kój. I świa­do­mość, że ludzie poja­wiają się w naszym życiu nie zawsze po to, by zostać – ale cza­sem po to, by nas cze­goś nauczyć.

Złość, któ­rej nie poczu­jesz, zosta­nie jako uraza. Złość, którą przyj­miesz – prze­pły­nie i znik­nie. Bo złość jest jak ogień. Może nisz­czyć albo oświe­tlać. Może spa­lić mosty… albo zapa­lić latar­nię, która pokaże ci, gdzie wciąż cho­wasz nie­za­ak­cep­to­wany ból, nie­wy­po­wie­dziane „Nie zga­dzam się”, nie­wy­ra­żone „To mnie zra­niło”.

W dzie­ciń­stwie wielu z nas usły­szało, że ognia trzeba się bać. I że jeśli się zło­ścisz, to sta­jesz się trud­nym, nie­grzecz­nym czy nie­mi­łym dziec­kiem. Ale nikt nam nie powie­dział, że ogień sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Tylko potężny. A gdy go przyj­miesz z odwagą i świa­do­mo­ścią, to prze­staje cię tra­wić od środka i zaczyna ci słu­żyć – cho­ciażby do tego, żeby oświe­tlić to, co ukry­wa­łeś do tej pory w cie­niu, a co wymaga zoba­cze­nia i oto­cze­nia opieką.

Bo złość – kiedy ją przyj­miesz i prze­ży­jesz – prze­staje być furią i czę­sto staje się roz­ja­śnie­niem pro­blemu. Nie krzy­czy wewnątrz, nie pali, tylko mówi jasno: tu jest jesz­cze nie­za­go­jona rana. Nie musisz jej tłu­mić, ale to nie ozna­cza, że masz ją wyła­do­wy­wać na innych. Wystar­czy, że ją zoba­czysz, uznasz, pozwo­lisz jej pły­nąć – jak rzece, która po ule­wie w końcu wraca do swo­jego poziomu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ewan­ge­lia według św. Jana, rozdz. 8, wer­set 32, [w:] Biblia Tysiąc­le­cia, red. A. Jan­kow­ski, Pal­lot­ti­num, Poznań 2005. [wróć]

„Gdy­by­ście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją wła­sność. Ale ponie­waż nie jeste­ście ze świata, bo Ja was wybra­łem sobie ze świata, dla­tego was świat nie­na­wi­dzi”, Ewan­ge­lia według św. Jana, rozdz. 15, wer­set 19, [w:] Biblia Tysiąc­le­cia, op. cit. [wróć]