Ptaszek w klatce - Żwirełło Katarzyna - ebook
NOWOŚĆ

Ptaszek w klatce ebook

Żwirełło Katarzyna

4,3

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Szymon Rafalski nie poszedł w ślady ojca: zamiast gangsterką trudni się dziennikarstwem w podrzędnej gazecie – które i tak wpędza go w liczne kłopoty. Łącznie z utratą przyjaźni i szacunku najlepszego kumpla, aspiranta wydziału kryminalnego.

Przypadkowe spotkanie ze znajomym z przestępczego środowiska sprawia, że w Rafalskim budzą się ambicje. Widzi przed sobą szansę na zdobycie cennych kontaktów i tematu na niebanalne dziennikarskie śledztwo.

Jednak ta „żyła złota” szybko okazuje się pułapką i bezwzględny świat wyciąga po niego swoje macki. Aby wyplątać się z matni, Szymon będzie musiał uruchomić cały swój potencjał i odnowić dawne przyjaźnie z policji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (8 ocen)
5
1
1
1
0
Sortuj według:
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] „Ptaszek w klatce” Katarzyny Żwirełło (kilka lat temu kryjącej się pod pseudonimem Vera Eikon) to drugi tom serii kryminalnej Dwa Bieguny, którego genialna okładka świetnie oddaje genialność powieści w niej zawartej! Jak zawsze u tej autorki (i w sumie w tym gatunku) mocno ściera się tu dobro ze złem. Jest mroczny, brutalny świat handlu żywym towarem, prostytucji, narkotyków, korupcji i wpływów, jakie mogą zagwarantować tylko duże pieniądze. W tym wszystkim jest postać Szymona, młodego dziennikarza, którego wybory nieraz zadziwią czytelnika – to chłopak zagubiony pomiędzy szybką sławą a moralnym dążeniem do prawdy. Mimo że jest to postać zagmatwana, to jednak przedstawiona tak wyraźnie, że czytelnik może ją całkowicie zrozumieć, a co za tym idzie – zacząć przeżywać jej emocje i mocno jej kibicować. W powieści dużo się dzieje, akcja toczy się szybko, dialogi prowadzone są dynamicznie, a do tego styl prosty, a jednak posiadający tą piękną, przyjemną lekkość. Dawno n...
10

Popularność




Au­tor: 
Ka­ta­rzyna Żwi­rełło
Re­dak­cja: 
Agata To­kar­ska
Ko­rekta: 
Do­mi­nika Wilk
Bry­gida Grze­sik
Skład:
Anna Bro­dziak
Opra­co­wa­nie gra­ficzne:
Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
Zdję­cia z okładki:
© Lyn Ran­dle / Tre­vil­lion Ima­ges
© Ale­xan­dre Bo­ucey / Unsplash
ISBN 978-83-66977-45-7
© Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów
www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl
Rze­szów 2022, wy­da­nie I
Druk: Dru­kar­nia Read Me
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Nie wy­bie­raj się z nimi w drogę,

swą stopę trzy­maj z dala od ich ścieżki!

Bo do zła bie­gną ich nogi,

pę­dzą, aby roz­lać krew.

Prz 1,15–16

1

„Nie będę się pod­da­wał!”

Pierw­szy raz ude­rzył dru­giego czło­wieka, ma­jąc za­le­d­wie osiem lat. Nie­szczę­śnik był dzie­cia­kiem ze szkoły, który po­wie­dział wtedy o dwa słowa za dużo, za co stra­cił dwa zęby.

Szy­mon nie pa­mię­tał już, o co wtedy po­szło, ale od­kąd się­gał pa­mię­cią, za­wsze miał ta­lent do tra­fia­nia pię­ścią w od­po­wied­nie miej­sce, w nie do końca od­po­wied­nich oko­licz­no­ściach. Do­piero bę­dąc peł­no­let­nim, na­uczył się le­piej kon­tro­lo­wać swoją siłę. Wy­rósł na pew­nego sie­bie czło­wieka, cza­sem… zbyt pew­nego, i zo­stał dzien­ni­ka­rzem.

Wła­śnie to wy­gó­ro­wane prze­ko­na­nie o wła­snych moż­li­wo­ściach, no­szące zna­miona py­chy, spra­wiło, że zna­lazł się w śmier­dzą­cej po­tem szatni, z rę­ka­wi­cami na rę­kach i nie­po­ko­jem o wy­nik zbli­ża­ją­cej się walki. Nie miała to być uliczna bi­ja­tyka ani kie­ro­wana gnie­wem spon­ta­niczna kon­fron­ta­cja, ale pra­wie pro­fe­sjo­nalna walka w stylu mie­sza­nym. Taka pod ha­słem: „wszyst­kie chwyty do­zwo­lone”. Znał prze­ciw­nika na tyle do­brze, by wie­dzieć, że ma się czego oba­wiać. Sam był dość szybki, zwinny, miał do­brą tech­nikę i nie­małą parę w mię­śniach, ale mie­rzył nie­wiele po­nad metr sie­dem­dzie­siąt, a jego waga nie prze­kra­czała sie­dem­dzie­się­ciu ki­lo­gramów. I co naj­waż­niej­sze – nie był za­wo­do­wym pię­ścia­rzem. Jak więc się w to wszystko wpa­ko­wał?

Parę mie­sięcy wcze­śniej od­wie­dził go przy­ja­ciel, aspi­rant Ro­bert Ba­czuk, i po­wie­dział, że pro­wa­dzi do­cho­dze­nie w spra­wie za­mor­do­wa­nego pię­ścia­rza. Po­dej­rza­nym był rin­gowy prze­ciw­nik ofiary, Ar­ka­diusz Ha­lecki, a po­li­cjant wpadł na po­mysł, by do jego her­me­tycz­nego śro­do­wi­ska wpro­wa­dzić taj­niaka.

Szy­mon tre­no­wał boks, nie mie­szane sztuki walki, i w do­datku ro­bił to ama­tor­sko. Do­sta­jąc jed­nak od przy­ja­ciela oraz tre­ne­rów pa­kiet po­chwał, po­mimo po­cząt­ko­wej re­zerwy zgo­dził się po­móc. W de­cy­zji po­mo­gło mu rów­nież za­pew­nie­nie, że pod przy­krywką nie bę­dzie mu­siał pra­co­wać sam. Do­łą­czą do niego jego pierwsi tre­ne­rzy i jed­no­cze­śnie byli po­li­cjanci – Berg i Tyszka, któ­rzy już dawno od­sło­nili przed zdol­nym, wy­spor­to­wa­nym dzien­ni­ka­rzem pod­stawy boksu. Kiedy aspi­rant Ba­czuk do­rzu­cił na ko­niec, że z ta­kiej fu­chy może wy­nik­nąć te­mat na całą roz­kła­dówkę w ga­ze­cie, Szy­mon stra­cił wszel­kie opory. Nie przy­pusz­czał na­wet, że nim upły­nie mie­siąc, po­ża­łuje pod­ję­tej de­cy­zji i cała jego pew­ność sie­bie znik­nie w za­ka­mar­kach ob­skur­nej szatni.

Sie­dział na ławce, wpa­tru­jąc się w pod­łogę i kon­cen­tru­jąc my­śli. Kilka mi­nut wcze­śniej tre­ner za­ło­żył mu rę­ka­wice, ser­wu­jąc mo­ty­wu­jącą gadkę, jed­nak Szy­mon po­pro­sił o chwilę sa­mot­no­ści. Może nie­po­trzeb­nie wplą­tał się w to wszystko? Trzeba było żyć wła­snym dzien­ni­kar­skim ży­ciem, pi­sać na oczy­wi­ste te­maty, nie szu­kać zbęd­nych wra­żeń. Było za późno, aby się wy­co­fać. Dał się po­nieść am­bi­cji. Chwy­cił oka­zję, a te­raz bał się, że oka­zja może go prze­ro­snąć.

Na­gle otwo­rzyły się drzwi i do środka wpadł szum wielu gło­sów do­bie­ga­jący z hali. W progu sta­nął były ko­mi­sarz Alan Berg. Jego za­cze­sane do tyłu włosy na skro­niach oprószała si­wi­zna, ale sta­now­czość w ru­chach i spoj­rze­niu wska­zy­wała na mło­dego du­cha.

– Już czas. Go­towy? – za­py­tał.

Ra­fal­ski przy­tak­nął.

Kiedy na sali po­ja­wił się pierw­szy z za­wod­ni­ków, Ar­ka­diusz Ha­lecki, tłum pod­niósł okrzyki pod­eks­cy­to­wa­nia. Przyj­mo­wano jesz­cze ostat­nie za­kłady i wielu ki­bi­ców było prze­ko­na­nych o bli­skiej wy­gra­nej tego wy­so­kiego, na­pa­ko­wa­nego męż­czy­zny w kap­tu­rze. Jego prze­mar­szowi od drzwi do ringu nie to­wa­rzy­szyły wi­ru­jące świa­tła ani ener­ge­ty­zu­jąca mu­zyka. Tylko krzyki i okla­ski. Nie była to ofi­cjalna, trans­mi­to­wana przez me­dia walka, ale pod­ziemny spęd wiel­bi­cieli nie­le­gal­nych bi­ja­tyk.

Przez wrzawę prze­biły się nieco wzmoc­nione ama­tor­skim na­gło­śnie­niem słowa kon­fe­ran­sjera:

– Po­wi­tajmy pierw­szego za­wod­nika! Wie­lo­krot­nego mi­strza, do­tąd nie­po­ko­na­nego króla na­szego ringu, Wiel­kiego Arka Ha­lec­kiego!

Wi­dzo­wie za­wi­wa­to­wali ze zdwo­joną siłą. Z kil­ku­set gar­deł buch­nęły krót­kie, zsyn­chro­ni­zo­wane po­hu­ki­wa­nia, przy­po­mi­na­jące dzi­kie od­głosy wy­do­by­wane przez go­ryle pod­czas bo­jo­wego pod­nie­ce­nia.

Za­wod­nik wy­szcze­rzył zęby osło­nięte ochra­nia­czem, a po­tem za­war­czał, ude­rza­jąc się w pierś. Był go­towy do walki. Nie­cier­pli­wie cze­kał na swo­jego prze­ciw­nika, krą­żąc po ringu i pod­ska­ku­jąc co ja­kiś czas.

Szy­mon Ra­fal­ski ob­ser­wo­wał go przez chwilę z progu sali, próbu­jąc za­stą­pić zwąt­pie­nie kon­cen­tra­cją. Po­ru­szał się nie­spo­koj­nie, prze­ska­ku­jąc z nogi na nogę, by dać uj­ście ro­sną­cym ner­wom.

Jego obec­ność w tym dziw­nym, nie­pa­su­ją­cym do niego miej­scu była efek­tem kil­ku­ty­go­dnio­wej, skru­pu­lat­nie za­pla­no­wa­nej po­li­cyj­nej ope­ra­cji. Od mo­mentu ujaw­nie­nia zwłok droga po­pro­wa­dziła funk­cjo­na­riu­szy do nie­le­gal­nych walk or­ga­ni­zo­wa­nych w pod­war­szaw­skiej miej­sco­wo­ści, a w szcze­gól­no­ści do sto­ją­cego na­prze­ciw Szy­mona Wiel­kiego Arka. Po­trze­bo­wali jesz­cze jed­nego, nie­wiel­kiego, za to waż­nego ele­mentu – na­rzę­dzia zbrodni w po­staci noża.

Ra­fal­ski wszedł w to szem­rane to­wa­rzy­stwo po to, by ob­ser­wo­wać człon­ków klubu i po­móc w zdo­by­ciu ma­te­ria­łów DNA, które po­li­cja mo­głaby po­rów­nać z tymi zna­le­zio­nymi na miej­scu zbrodni. Za­da­nie nie za­kła­dało ko­niecz­no­ści wcho­dze­nia na ring pod­czas nie­le­gal­nych walk. Wo­jow­ni­czy cha­rak­ter Szy­mona nie po­zwo­lił mu jed­nak od­mó­wić, kiedy po­ja­wiła się moż­li­wość fi­zycz­nej kon­fron­ta­cji z po­dej­rza­nym.

Wy­nie­siona przez niego z szatni kilka dni temu bu­telka wody tra­fiła do la­bo­ra­to­rium, a po­brany z niej ma­te­riał DNA zga­dzał się z tym zna­le­zio­nym przy zwło­kach i wska­zał, że Ar­ka­diusz Ha­lecki, naj­bar­dziej do­cho­dowy pię­ściarz tego in­te­resu, był na miej­scu zbrodni.

Pod pre­tek­stem li­kwi­da­cji nie­le­gal­nych za­wo­dów i za­kła­dów po­li­cja miała roz­go­nić to zgro­ma­dze­nie, do­ko­nać aresz­to­wań, a przede wszyst­kim prze­szu­kać szafki w szatni. Ra­fal­ski wie­dział, że w jed­nej z nich, tej na­le­żą­cej do Ha­lec­kiego, znajdą nóż. Mu­sieli je­dy­nie na­brać pew­no­ści, że wejdą w po­sia­da­nie do­wodu drogą le­gal­nego prze­szu­ka­nia. Wszystko mu­siało za­grać jak w szwaj­car­skim ze­garku, je­żeli chcieli, by mor­derca od­po­wie­dział za swój czyn.

Sto­jący obok niego Fi­lip Tyszka był wy­soki, nieco wy­chu­dzony i miał już sporo lat na karku. Jego po­ważną, nieco za­tro­skaną twarz zdo­biły liczne zmarszczki, a włosy osią­gnęły już naj­ja­śniej­szy z moż­li­wych od­cieni si­wi­zny. Nie zdra­dzał emo­cji. Z ko­lei to­wa­rzy­szący im Alan Berg ode­tchnął ner­wowo, po czym na­chy­lił się do ucha za­wod­nika, by dać mu ostat­nie wska­zówki przed walką.

– Skon­cen­truj się tylko na Ha­lec­kim. Tylko on ma cię te­raz in­te­re­so­wać.

Szy­mon ob­ró­cił się lekko ku Ber­gowi.

– Ja­sne, Proca! To pew­nie nie zaj­mie długo, Rob­son i chło­paki za­raz przy­jadą! – od­parł z na­dzieją w gło­sie.

– Nie myśl o tym! – wy­pa­lił sta­now­czo były ko­mi­sarz.

Do­piero te­raz Szy­mon spoj­rzał na niego, czu­jąc, że ten ma mu do po­wie­dze­nia coś waż­nego.

– Chcia­łeś iść na ring z wiel­ko­lu­dem – kon­ty­nu­ował Berg – to masz oka­zję! Skon­cen­truj się na walce i wal tak, jakby po­li­cja w ogóle miała tu nie do­trzeć!

Szy­mon Ra­fal­ski przy­tak­nął.

Kon­fe­ran­sjer od­cze­kał chwilę, aż nieco uci­chły okla­ski, i pod­jął na nowo:

– Prze­ciw­ni­kiem na­szego mi­strza bę­dzie, nie ma co ukry­wać, od­ważny i szybki za­wod­nik! De­biu­tant na na­szych de­skach! Szy­mon Ra­fal­ski „Ko­bra”!

– Chyba żar­tu­jesz, Proca?! – szep­nął z na­ci­skiem Szy­mon, zwra­ca­jąc się do Berga. – Na se­rio? Ko­bra?!

Berg wy­mie­nił po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie ze sto­ją­cym obok Tyszką i od­po­wie­dział:

– To ty chcia­łeś wy­stą­pić z otwartą przy­łbicą pod wła­snym na­zwi­skiem. To­wa­rzy­stwo po­łą­czyło kro­peczki, wią­żąc cię z twoim oj­cem. Wi­docz­nie odzie­dzi­czy­łeś po nim ksywę.

Szy­mon ode­tchnął ner­wowo. Nie chciał nie­po­trzeb­nie roz­pra­szać uwagi. Pod­sko­czył kilka razy w miej­scu i prze­kro­czył próg.

Jego oj­ciec mógł im­po­no­wać nie­jed­nemu ze­bra­nemu tego dnia pod da­chem sali bok­ser­skiej. Ta­de­usz Ra­fal­ski „Ko­bra” był prze­stępcą – han­dla­rzem nar­ko­ty­ków, mor­dercą, zło­dzie­jem – i wszyst­kim, co naj­gor­sze w ży­ciu swo­jego syna.

Przez lata Szy­mon są­dził, że oj­ciec był zwy­czaj­nym war­szaw­skim przed­się­biorcą, jed­nak z cza­sem za­czął za­da­wać so­bie py­ta­nie, dla­czego w oto­cze­niu przed­się­biorcy za­wsze kręcą się po­dej­rzane typy, a te­mat „wpier­da­la­ją­cej się we wszystko po­li­cji” wy­da­wał się czę­stym, zbyt czę­stym te­ma­tem w ich domu. Do­cie­kli­wość do­pro­wa­dziła go do prawdy, z którą zma­gał się przez więk­szość swo­jego ży­cia. Zro­zu­miał jed­nak, jak wiel­kie jest jej zna­cze­nie i wpływ na to, kim się sta­jemy. Gdy w końcu na­uczył się wy­ko­rzy­sty­wać ro­dzinną prze­szłość, za­da­wa­nie py­tań i szu­ka­nie od­po­wie­dzi stały się nie tylko jego na­tu­ralną po­trzebą, ale rów­nież za­wo­dem. Mimo wszystko był dumny ze swo­jego do­świad­cze­nia i ze ścieżki, jaką ob­rał. Nie miał tylko pew­no­ści co do celu swo­jej wę­drówki, bo choć był Ra­fal­skim, nie za­mie­rzał iść śla­dami ojca.

Może rze­czy­wi­ście po­wi­nien był po­słu­chać przy­ja­ciół, do­ra­dza­ją­cych mu wstą­pie­nie w to śro­do­wi­sko pod fał­szy­wym na­zwi­skiem. Ale Szy­mon za­wsze był pewny sie­bie, od­ważny i za­wzięty. Te­raz za­czął się za­sta­na­wiać, czy te jego ce­chy, które do­tąd uwa­żał za za­lety, nie są wprost pro­por­cjo­nalne do po­ziomu głu­poty, jaki pre­zen­to­wał.

Zde­rzył ze sobą obie rę­ka­wice, a tre­ner spraw­dził, czy do­brze się trzy­mają.

– Zo­ba­czysz, Proca, uśpię wiel­ko­luda w kilka se­kund – za­pew­nił.

– Nie po­zwól, żeby spro­wa­dził cię do par­teru – wtrą­cił spo­koj­nie Tyszka, kła­dąc po­marsz­czoną dłoń na ra­mie­niu chło­paka. – Je­steś do­brym bok­se­rem, ale tu­taj nie ma bok­ser­skich za­sad. Jak przy­ci­śnie cię do de­sek tym ciel­skiem, to bę­dziesz miał pro­blemy.

– Nie zej­dziemy do par­teru! – od­parł Szy­mon z pew­no­ścią, po czym wszedł na ring. Wy­mie­nił spoj­rze­nia z prze­ciw­ni­kiem.

Ten na­prawdę był Ar­kiem „Wiel­kim”.

Młody dzien­ni­karz prze­łknął ślinę i pod­szedł jesz­cze do na­roż­nika.

– Ale mia­łeś ja­kieś info, że chło­paki już jadą?

Proca spoj­rzał na niego wy­mow­nie. Wy­raź­nie iry­to­wała go lek­ko­myśl­ność, która naj­pierw do­pro­wa­dziła Szy­mona na ring ze znacz­nie więk­szym od niego prze­ciw­ni­kiem, a te­raz pod­po­wia­dała mu, że może li­czyć na in­ter­wen­cję z ze­wnątrz. Klep­nął Ra­fal­skiego w po­li­czek i po­gro­ził mu pal­cem.

– Chło­paki ro­bią swoje i ty rób, co do cie­bie na­leży. Po­wal dra­nia! Je­steś szyb­szy od niego!

Dzien­ni­karz po­trzą­snął głową, po czym kil­koma sko­kami wkro­czył na śro­dek ringu. Na­gły brzęk dzwonka wpro­wa­dził Szy­mona w cał­kiem inną rze­czy­wi­stość. W świat za­my­ka­jący się w czte­rech bo­kach ringu, ogra­ni­czony do uni­ka­nia cio­sów oraz ich za­da­wa­nia. Je­dy­nym jego zmar­twie­niem miał być te­raz prze­ciw­nik, który nie był ani Ar­kiem Ha­lec­kim, ani mor­dercą. Prze­ciw­nik był ma­szyną za­da­jącą ciosy. Wielką, nieco przy­ciężką ma­szyną.

Szy­mon tań­czył na swo­ich szyb­kich no­gach. Pręd­kość była jego mocną stroną. Po­dob­nie gięt­kość. Bu­jał się sprę­ży­ście, dy­na­micz­nie zwięk­sza­jąc i zmniej­sza­jąc od­le­głość dzie­lącą go od prze­ciw­nika. Każdy mię­sień jego ciała był te­raz na­pięty, ale temu na­pię­ciu to­wa­rzy­szyła wy­ćwi­czona swo­boda. Łok­cie bli­sko ciała, garda wy­soko. Lewa ręka unie­siona do le­wej skroni, prawa, go­towa do ciosu, cze­kała na wła­ściwy mo­ment.

Ze­brana wo­kół pu­blicz­ność skan­do­wała: „Wielki, Wielki”. Pa­dały też zda­nia: „Zgnieć ro­baka” i „Za­bij szczyla”. Szy­mon nie sły­szał ich krzy­ków. Ciało kon­cen­tro­wało się na walce, a umysł, nie­po­trzeb­nie, na spóź­nia­ją­cej się od­sie­czy. Przed oczami wi­dział je­dy­nie roz­bu­jane przed sobą dwie gra­na­towe rę­ka­wice.

Nie za­mie­rzał za­dać pierw­szego ciosu. Grał na czas. Po­now­nie po­my­ślał, że po­wi­nien po­słu­chać rady tre­nera i od­dać star­cie wal­ko­we­rem. Wła­śnie wtedy, kiedy zwąt­pił, otrzy­mał pierw­szy cios, który po­ło­żył go na de­ski. W uszach za­pisz­czał mu prze­cią­gły dźwięk, a ob­raz przed oczami za­mru­gał set­kami gwiazd. Po chwili usły­szał szum wi­wa­tów, po­tem dud­nie­nie mę­skich gar­deł. Na­stęp­nie po­ja­wiło się od­li­cza­nie.

Spoj­rzał w na­roż­nik, przy któ­rym stał Berg. Ko­mi­sarz wo­łał do niego, ale jego głos to­nął w ha­ła­sie. Z ru­chu warg Szy­mon zro­zu­miał tylko jedno słowo: „Leż”.

„Leż” zna­czyło tyle, co „pod­daj się”. A ka­zać Szy­mo­nowi Ra­fal­skiemu opu­ścić gardę, było gło­sem wo­ła­ją­cego na pusz­czy.

Po­trze­bo­wał paru se­kund, by oprzy­tom­nieć. Sę­dzia do­li­czył do ośmiu, a za­wod­nik pod­niósł się z de­sek. Po­trzą­snął głową, pod­sko­czył ener­gicz­nie i spoj­rzał sę­dziemu w oczy z pełną świa­do­mo­ścią. Ten wy­ra­ził zgodę na dal­szą walkę. „Wal tak, jakby po­li­cja miała w ogóle nie do­trzeć” – po­wtó­rzył so­bie w gło­wie i po­now­nie zbli­żył się do prze­ciw­nika ta­necz­nym kro­kiem.

Wielki Arek dość szybko zde­cy­do­wał się na ko­lejny cios. Szy­mon uchy­lił się, uni­ka­jąc star­cia z gra­na­tową rę­ka­wicą. Prze­ciw­nik za­chwiał się, za­pewne li­cząc, że ude­rze­nie wy­lą­duje na twa­rzy tań­czą­cego bok­sera. Chy­bie­nie roz­zło­ściło go i spro­wo­ko­wało nową se­rię ude­rzeń, z któ­rych wszyst­kie oka­zy­wały się nie­celne. Ha­lecki tra­fiał w po­wie­trze, a jego iry­ta­cja ro­sła z każdą ko­lejną se­kundą.

Dzwo­nek za­koń­czył pierw­szą rundę.

– Do­brze ci idzie! – po­chwa­lił Szy­mona Berg, kiedy ten do­szedł do na­roż­nika.

Ra­fal­ski nie usiadł ani na chwilę. Jesz­cze nie od­czu­wał zmę­cze­nia. Prze­ciw­nie, ki­piała w nim ener­gia, więc pręż­nie prze­rzu­cał cię­żar ciała z nogi na nogę. Prze­płu­kał usta wodą i po­zwo­lił ro­ze­trzeć so­bie na­puch­niętą od ciosu skroń.

– Do­brze wi­dzisz na lewe oko?

– Tak.

– To uwa­żaj na jego prawą nogę. Już parę razy przy­mie­rzał się do kop­nię­cia. Je­steś dla niego za szybki, bę­dzie pró­bo­wał spro­wa­dzić cię na par­ter.

Po­nowny dzwo­nek za­wo­łał za­wod­ni­ków z po­wro­tem na śro­dek ringu. Tym ra­zem nie było cze­ka­nia, krą­że­nia wo­kół sie­bie, pro­wo­ko­wa­nia prze­ciw­nika do za­da­nia ciosu. Wielki Arek za­mach­nął się mo­men­tal­nie, ale znowu jego pięść mi­nęła głowę Szy­mona. Ra­fal­ski ob­ró­cił się wo­kół wła­snej osi i ude­rzył prze­ciw­nika po raz pierw­szy. Ten za­ska­ku­jący spin­ning back­fist wy­rwał z gar­deł ki­bi­ców okrzyk za­chwytu.

Ha­lecki za­chwiał się i za­to­czył do tyłu, na liny. Cios za­mro­czył go na chwilę, jed­nak nie wy­star­czył, żeby za­koń­czyć sprawę. Otrzą­snął się i ko­ły­sząc cia­łem, pod­szedł do prze­ciw­nika. Ude­rzył lewą pię­ścią, a gdy Szy­mon wy­ko­nał spo­dzie­wany unik, kop­nął go prawą nogą z taką siłą, że Ra­fal­skiego po­wa­liło na de­ski. Za­raz po­tem wiel­kie ciel­sko ru­nęło na drob­niej­szego za­wod­nika i przy­gnio­tło go.

Ude­rza­jąc twa­rzą o matę, Szy­mon prze­wi­dział ko­lejny krok wiel­ko­luda. Ha­lecki za­ło­żył hak na jego szyi, nim le­żący zdo­łał wy­ko­nać ja­ki­kol­wiek ruch. Szy­mon mógł szu­kać wyj­ścia z tej sy­tu­acji. Mógł spró­bo­wać się ob­ró­cić, wy­śli­zgnąć, ale wo­lał od­py­chać prze­ciw­nika, wal­czyć siłą prze­ciw sile. Pró­bo­wał wci­snąć dłoń mię­dzy zgnia­taną szyję a mię­si­stą rękę prze­ciw­nika. Pró­bo­wał go od sie­bie ode­pchnąć. Bez­sku­tecz­nie. Opusz­czały go siły. Bra­ko­wało mu tlenu.

– Od­klep! – wrza­snął Berg, gdy czer­wona twarz Szy­mona stała się pur­pu­rowa.

– Od­klep! – wtó­ro­wał Tyszka, ale Szy­mon na­dal upar­cie wal­czył w spo­sób, który nie przy­no­sił efek­tów.

Nie od­kle­py­wał. Nie pod­da­wał się.

Berg nie cze­kał, aż Szy­mon straci przy­tom­ność. Mach­nął w po­wie­trzu rę­kami, po czym wpa­ro­wał na ring, prze­ry­wa­jąc walkę.

Ha­lecki od­rzu­cił od sie­bie prze­ciw­nika i ze­rwał się na nogi, trium­fal­nie wzno­sząc ręce. Wy­dał z sie­bie dziki okrzyk ra­do­ści, a tłum gło­śno mu za­wtó­ro­wał.

Szy­mon z tru­dem za­czerp­nął po­wie­trza i wście­kły ude­rzył w matę. Pró­bo­wał krzy­czeć, ale ści­skane przez kilka se­kund gar­dło po­zwo­liło mu je­dy­nie na głę­bo­kie chark­nię­cie ma­jące wy­ra­zić pro­test.

– Udu­siłby cię! – rzu­cił Berg.

Po­nowne ude­rze­nie w de­ski spra­wiło, że tre­ner za­nie­chał dal­szego tłu­ma­cze­nia.

Szy­mon był wście­kły. Wście­kły na Ha­lec­kiego, że go po­ko­nał, na Tyszkę, że nie po­wstrzy­mał Berga, aż w końcu na sa­mego Berga, że ośmie­lił się prze­rwać walkę i ode­brać mu szansę na wy­graną. Ale naj­bar­dziej ze wszyst­kiego był wście­kły na sie­bie sa­mego i swoje sła­bo­ści. Nie miał jed­nak za­miaru przy­zna­wać się do tego.

Fru­stra­cja spi­na­jąca mu mię­śnie była praw­dziwa, choć te­atr, w któ­rym brał udział, do­biegł końca, gdy na salę wkro­czył od­dział po­li­cji. Szybko prze­gru­po­wano całe to­wa­rzy­stwo, spi­sano uczest­ni­ków tego nie­le­gal­nego spędu, za­trzy­mano kilka osób i roz­po­częto prze­szu­ka­nie bu­dynku. W szafce Ha­lec­kiego zna­le­ziono nóż, który za­bez­pie­czono i opa­trzono nu­me­rem do­wo­do­wym, a sa­mego pię­ścia­rza za­kuto w kaj­danki.

Szy­mon cho­dził ner­wowo po opu­sto­sza­łej szatni. Wy­jął z szafki ko­szulkę i huk­nął me­ta­lo­wymi drzwicz­kami. Na ten wła­śnie mo­ment wy­ła­do­wy­wa­nia zło­ści na­szedł aspi­rant Ro­bert Ba­czuk.

– Coś nie tak, Szy­mon?

Dzien­ni­karz po­słał mu agre­sywne spoj­rze­nie.

Byli przy­ja­ciółmi od wielu lat. Zda­rzało się, że czer­pali z tej re­la­cji wza­jemne ko­rzy­ści. Ro­bert ła­pał prze­stęp­ców, a Szy­mon o tym pi­sał. Szy­mon od­ku­rzał dawne kon­takty z pół­światka prze­stęp­czego, które odzie­dzi­czył po ojcu, a Ro­bert wy­ko­rzy­sty­wał zdo­byte in­for­ma­cje w do­cho­dze­niach. By­wało, że w tym z po­zoru ide­al­nym ukła­dzie do­cho­dziło do spięć, jed­nak dzien­ni­karz i aspi­rant za­wsze wra­cali na wspólną drogę. Ko­niec koń­ców byli przy­ja­ciółmi.

– Jak­byś przy­je­chał o cza­sie, w ogóle nie do­szłoby do tej walki! – po­wie­dział w końcu Ra­fal­ski.

Ro­bert utkwił spoj­rze­nie w su­fi­cie.

– Już jest po wszyst­kim, stary…

– Nie uspo­ka­jaj mnie, Rob­son! – syk­nął dzien­ni­karz, cho­dząc ner­wowo po szatni.

– O co tak się wście­kasz? Już jest po wszyst­kim. To­wa­rzy­stwo roz­go­nione. Ha­lecki jest w dro­dze do aresztu. W jego szafce zna­leź­li­śmy nóż. Wszystko po­szło tak, jak pla­no­wa­li­śmy.

– Z wy­jąt­kiem tego, że o mało mnie nie udu­sił, bo przy­je­cha­li­ście kil­ka­na­ście mi­nut spóź­nieni!

– Z tego, co mó­wił mi Proca, wy­star­czyło, że­byś od­kle­pał. Dla­czego tego nie zro­bi­łeś?!

– Nie będę kle­pał, stary! Nie będę się pod­da­wał!

Ro­bert uniósł ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji i bez­sil­nie je opu­ścił. Przez chwilę w mil­cze­niu ob­ser­wo­wał jego po­czy­na­nia, ale w końcu za­py­tał:

– Od­wieźć cię do domu?

– Sam so­bie po­ra­dzę! – oznaj­mił i za­mó­wił so­bie tak­sówkę.

Ta od­wio­zła go do ho­telu, gdzie spę­dził kilka ostat­nich nocy. Uznał, że uchroni go to przed zbyt wie­loma py­ta­niami za­da­wa­nymi przez jego dziew­czynę, Mał­go­rzatę, z którą miesz­kał od pół roku. Nie chciał mę­czyć się wy­my­śla­niem kłamstw na te­mat tego, gdzie wie­czo­rem wy­cho­dzi, czemu wraca po­bity, zmę­czony i tym po­dobne. Po­sta­no­wił wy­my­ślić tylko jedno kłam­stwo – że wy­biera się na wy­jazd in­te­gra­cyjny z ko­le­gami z re­dak­cji. Z po­czątku pla­no­wał zo­stać w ho­telu jesz­cze pięć dni po walce, ode­tchnąć, dojść do sie­bie, po­zwo­lić, by si­niaki wy­bla­kły. Był jed­nak tak zły, że nie za­mie­rzał spę­dzić w ho­te­lo­wym po­koju ani jed­nego dnia dłu­żej. Chciał wró­cić do Gośki. Trudno! Naj­wy­żej okła­mie ją ko­lejny raz. Po­wie, że go na­pa­dli, po­bili i że po­sta­no­wił przy­je­chać wcze­śniej, bo za nią tę­sk­nił. Była to po czę­ści prawda.

Spa­ko­wał swoje rze­czy do ple­caka i wy­mel­do­wał się z ho­telu, zry­wa­jąc tym sa­mym z rolą po­li­cyj­nej wtyki. Gdy do­tarł do miesz­ka­nia, oka­zało się, że Gośki jesz­cze nie było. Ze­gar wi­szący na ścia­nie w kuchni in­for­mo­wał, że do­cho­dziła dwu­dzie­sta pierw­sza. Szy­mon po­my­ślał, że dziew­czyna wy­szła po pracy z ko­le­żan­kami na piwo albo po­je­chała na wie­czorne za­kupy, co zda­rzało jej się od czasu do czasu. Za­dzwo­nił do niej, ale nie od­bie­rała. Ro­ze­brał się, czu­jąc, że star­cie z Ha­lec­kim nad­wy­rę­żyło mu staw bar­kowy. Wziął go­rący prysz­nic, a póź­niej padł na łóżko i mo­men­tal­nie za­snął.

Wy­bu­dziły go ja­kieś szmery. Zgrzyt klu­cza otwie­ra­ją­cego za­mek przy drzwiach. Szy­mon, sko­ło­wany i pół­przy­tomny, zer­k­nął w ciem­ność za oknem. Prze­wró­cił się na drugi bok i po­czuł lek­kie pod­nie­ce­nie. Może jed­nak znaj­dzie siły na oka­za­nie jej tro­chę czu­ło­ści. Prze­cią­gnął się, cze­ka­jąc na wej­ście Gośki. Już miał ją za­wo­łać, żeby nie prze­stra­szył jej nie­spo­dzie­wany wi­dok fa­ceta w łóżku, ale nim wy­do­był z sie­bie dźwięk, do jego uszu do­tarł cza­ru­jący chi­chot. Gośka śmiała się tak cza­sami, kiedy ca­ło­wał ją w szyję. Po­tem roz­le­gło się po­mla­ski­wa­nie i po­ję­ki­wa­nie. Po­my­ślał, że albo zwa­rio­wał, albo śni. Usiadł na łóżku, wy­tę­ża­jąc słuch.

Świa­do­mość, że to, co sły­szy, jest tak re­alne jak fakt, że czuje i od­dy­cha, ze­rwała go z łóżka. Na­głym szarp­nię­ciem otwo­rzył drzwi sy­pialni, prze­ry­wa­jąc chwilę roz­ko­szy, któ­rej od­da­wała się jego dziew­czyna. Wi­dząc, jak wy­pina po­śladki ku ja­kie­muś ob­cemu fa­ce­towi, po­ża­ło­wał, że nie zo­stał tej nocy w ho­telu.

Nim zdą­żyła się wy­pro­sto­wać, a męż­czy­zna pod­cią­gnąć spodnie, Szy­mon za­mach­nął się i jed­nym cio­sem zno­kau­to­wał in­truza. O dziwo sam w tym mo­men­cie po­czuł się jak in­truz. Mimo to zła­pał fa­ceta za ra­mię i wy­tasz­czył go za drzwi. Wy­ko­pał z miesz­ka­nia jego ubra­nia, a gdy za­mknął za nim, bu­zu­jąc z wście­kło­ści, wró­cił do sa­lonu, gdzie cze­kała spa­ra­li­żo­wana Gośka. Jej twarz była już mo­kra od łez, które nie wzbu­dzały w nim ani krzty współ­czu­cia.

– Prze­pra­szam! Prze­pra­szam, Szy­mek!

– Jak mo­głaś to zro­bić?! Nie było mnie rap­tem kilka dni!

– Mia­łeś wróć do­piero w nie­dzielę…

– I to cię tłu­ma­czy?!

– Nie, nie, Szy­muś, ko­chany… – łkała, pró­bu­jąc go ob­jąć.

Ode­pchnął ją, ale ona nie da­wała za wy­graną. Za­częła gła­skać go po po­liczku, lecz zła­pał jej nad­gar­stek, pa­trząc na nią z obrzy­dze­niem.

– Co ci się stało? – za­py­tała czule.

– Nie zmie­niaj te­matu! Co to za ko­leś?! Nie! W ogóle mam to gdzieś! – krzyk­nął, po czym ru­szył do sy­pialni. Za­ło­żył ko­szulkę oraz spodnie. Wy­cią­gnął z szafy dużą wa­lizkę i nie­dbale wy­peł­nił ją swo­imi rze­czami. Gośka pod­bie­gła i przy­warła do niego ca­łym cia­łem.

– Nie od­chodź, bła­gam cię! To był błąd, głup­stwo! Ja go na­wet do­brze nie znam! Mię­dzy nami nic nie ma!

Szy­mon spoj­rzał na nią gniew­nie, zła­pał mocno za jej szczu­płe ra­miona i zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­su­nął ją od sie­bie.

– Tym go­rzej – od­parł za­dzi­wia­jąco spo­koj­nie. – Skoro zro­bi­łaś to z ob­cym fa­ce­tem, do­my­ślam się, że nie był to pierw­szy raz.

Pa­trzyła na niego sar­nimi oczami. Nie od­po­wia­dała.

– No wła­śnie… – skwi­to­wał, po czym za­mknął wa­lizkę. Pod­niósł z pod­łogi ple­cak, któ­rego nie zdą­żył roz­pa­ko­wać po po­wro­cie. – Jak znaj­dziesz jesz­cze ja­kieś moje rze­czy, mo­żesz je wy­wa­lić. Nie dzwoń.

Nie spoj­rzał na nią wię­cej. Za sobą sły­szał je­dy­nie łka­nie i po­wta­rzane jak man­trę, bez­war­to­ściowe w jej ustach słowa: „Ko­cham cię”.

2

„Kon­takty to twoja naj­więk­sza war­tość”

Rok póź­niej

Sie­dzibę re­dak­cji ga­zety co­dzien­nej wy­peł­niały cha­otyczne stuk­nię­cia w kla­wia­turę kom­pu­tera, dźwięk dzwo­nią­cych te­le­fonów, szmery, roz­mowy i ha­łas roz­grza­nego do czer­wo­no­ści eks­presu do kawy. Szy­mon Ra­fal­ski prze­by­wał w tej ka­ko­fo­nii dźwięków każ­dego dnia, ale cho­ciaż były one stałą czę­ścią pracy, czymś cał­kiem na­tu­ral­nym, czę­sto go roz­pra­szały i iry­to­wały.

Mało kto igno­ro­wał z reguły spóź­nione po­ja­wie­nie się Ra­fal­skiego w re­dak­cji. Ko­le­dzy z pracy rzu­cali na po­wi­ta­nie jedno czy dwa słowa, jakby czuli się do tego zo­bo­wią­zani. Nie było ważne, czy go lu­bili, czy nie, nie li­czyło się też, czy do­brze go znali. Ra­fal­ski wy­ro­bił so­bie po­zy­cję, której do­strze­ga­nie i usza­no­wa­nie mo­gło każ­demu wyjść w przy­szło­ści na do­bre. Awans na szefa działu wi­siał w po­wie­trzu.

Szy­mon od­su­nął od ust ku­bek ze świeżo za­pa­rzoną kawą i za­czął prze­pi­sy­wać na kom­pu­ter spo­rzą­dzone ołów­kiem no­tatki, kiedy na brzegu biurka przy­siadł Grze­gorz Szul­ski – kie­row­nik działu kra­jo­wego. W dłoni trzy­mał po­ranną ga­zetę.

– Kiedy mo­żemy się spo­dzie­wać ko­lej­nej pe­tardy, re­dak­to­rze Ra­fal­ski? – po­wie­dział, a na jego bla­dej, nieco pu­cu­ło­wa­tej twa­rzy za­go­ścił szczery uśmiech.

Szy­mon spoj­rzał na niego z ukosa. Po­my­ślał, że ostat­nimi ar­ty­ku­łami na­bił so­bie sporo punktów u szefa, skoro ten ty­tu­ło­wał go „re­dak­to­rem Ra­fal­skim”. W in­nych oko­licz­no­ściach nie by­wał na­wet Szy­mo­nem, a je­dy­nie Szym­kiem.

– Chyba nie prze­sa­dzę, je­śli po­wiem – kon­ty­nu­ował kie­row­nik – że twoje tek­sty o zabójstwie po­sła i gli­nia­rza przy­czy­niły się do spadku liczby zwrotów.

– Cie­szę się… – zmu­sił się do od­po­wie­dzi Szy­mon, ob­ra­ca­jąc ołó­wek mię­dzy pal­cami. Po­czuł silny skurcz w żo­łądku, wy­wo­łany wspo­mnianą przez na­czel­nego sprawą, za której opi­sa­nie słono za­pła­cił – utra­cił przy­jaźń Ro­berta Ba­czuka.

– Warto było trzy­mać sztamę z gli­nia­rzami, co? Tak, jak za­wsze mó­wi­łem, kon­takty to twoja naj­więk­sza war­tość! Mu­sisz je pie­lę­gno­wać.

– Z tym może być pro­blem…

– Tak, tak, sły­sza­łem – od­parł Szul­ski szybko i po­ło­żył swoją sze­roką dłoń na ra­mie­niu re­dak­tora. – Twój ko­lega, aspi­rant, tra­fił do szpi­tala. Wyj­dzie z tego?

– Le­ka­rze mówią, że tak, ale pew­nie szybko nie wróci do pracy.

– Na pewno wszystko bę­dzie do­brze. To tra­giczne, co go spo­tkało, ale mo­gło być o wiele go­rzej.

– Za­wsze może być go­rzej – przy­znał Szy­mon, uśmie­cha­jąc się ką­ci­kiem ust.

Kie­row­nik mach­nął ręką, po czym wstał z biurka.

– Mu­simy pły­nąć na tej fali, Szy­mek. Po­trzeba nam ko­lej­nej pe­tardy. Masz już coś na oku?

– Jesz­cze nie.

– Zbrodni w sto­licy nie bra­kuje. Sa­motna Góra na cie­bie czeka – rzu­cił, od­da­la­jąc się w głąb re­dak­cji.

Spoj­rze­nie Szy­mona po­wę­dro­wało w kie­runku znaj­du­ją­cego się w po­bliżu po­koju zwa­nego Sa­motną Górą. Było to po­miesz­cze­nie eks­klu­zywne jak na wa­runki pa­nu­jące w re­dak­cji – od­dzie­la­jące od reszty dzien­ni­ka­rzy, wy­ci­szone, wy­po­sa­żone w bez­a­wa­ryjną dru­karkę, nisz­czarkę, er­go­no­miczne krze­sło, ma­jące za­po­bie­gać bólom kręgosłupa, eks­pres do kawy (nie­wielki, choć znacz­nie lep­szy niż ten, z którego ko­rzy­stali wszy­scy) oraz wi­dok, wy­jąt­kowy wi­dok z sze­ro­kiego okna na cen­trum War­szawy. Sa­motna Góra była drzwiami do awansu, lub jak są­dzili niektórzy – mar­chewką. Klu­cze do niej do­sta­wali dzien­ni­ka­rze pra­cu­jący aku­rat nad naj­gło­śniej­szymi te­ma­tami, które naj­bar­dziej wpły­wały na sprze­daż. Kilka ty­go­dni temu Szy­mon otrzy­mał klu­cze do Góry. Był to gorzki pre­zent, ma­jący nie tylko zmo­ty­wo­wać go do dal­szej pracy, ale być też za­po­wie­dzią awansu. Awans nie na­stą­pił, te­mat się wy­czer­pał, a Szy­mon po­kłó­cił się z Ro­ber­tem. Być może nie­od­wra­cal­nie.

Ra­fal­ski wie­dział, że wina le­żała cał­ko­wi­cie po jego stro­nie. Chciał do­brze, kie­ro­wał się am­bi­cją i pu­bli­ko­wał nie­jawne in­for­ma­cje oraz zdję­cia z miej­sca zbrodni. Prze­wi­nie­nie może uszłoby mu pła­zem, gdyby nie fakt, że ofiarą mor­der­stwa był po­li­cjant. W tych oko­licz­no­ściach Ba­czuk przy­jął zdradę bar­dzo oso­bi­ście.

Ra­fal­ski ści­skał pal­cami ołó­wek, przy­wo­łu­jąc w pa­mięci wi­dok le­żą­cego na szpi­tal­nym łóżku przy­ja­ciela. Ka­wa­łek drewna nie wy­trzy­mał na­poru i pękł z trza­skiem.

3

„Cał­kiem do­cho­dowy in­te­res”

Pod wie­czór re­dak­cja za­częła się stop­niowo wy­lud­niać. Poza Szy­mo­nem nikt nie zo­sta­wał dłu­żej, niż mu­siał. Młody re­dak­tor nie miał nic prze­ciwko pracy po go­dzi­nach, nie tylko dla­tego, że za­zwy­czaj przy­cho­dził do re­dak­cji z po­śli­zgiem i za­czy­nał ro­botę póź­niej niż reszta. Ce­nił so­bie na­stę­pu­jącą pod wie­czór ci­szę, przy­ga­szone świa­tło i brak roz­pra­sza­ją­cych go roz­mów. Nie stro­nił od lu­dzi, wręcz prze­ciw­nie! Uwiel­biał to­wa­rzy­stwo, im­prezy, wy­jazdy z ko­le­gami z re­dak­cji, jed­nak po­nie­waż chęt­nie ule­gał tym roz­ryw­kom, ła­two tra­cił sku­pie­nie. Pró­bo­wał więc od­kła­dać przy­jem­no­ści na czas wolny, poza pracą. Gdy skoń­czył pracę nad ar­ty­ku­łem, w re­dak­cji po­zo­stało za­le­d­wie parę osób, z któ­rymi Szy­mon nie utrzy­my­wał re­la­cji. Mło­dzi – za­pewne sta­ży­ści – pró­bo­wali za­bły­snąć po­świę­ce­niem i za­an­ga­żo­wa­niem. Za­pewne praca w ga­ze­cie co­dzien­nej była w ich wy­obra­że­niu speł­nie­niem ma­rzeń. Szy­mon pa­trzył na nich z lek­kim sen­ty­men­tem – na­dal mieli złu­dze­nia – ale też z wyż­szo­ścią, że on sam wie­dział już wię­cej niż oni. Praca nie jest gwa­ran­tem szczę­ścia. Na­wet wię­cej – praca w ga­ze­cie co­dzien­nej nie była dla Szy­mona na­wet przed­sma­kiem szczę­ścia. Już nie.

Prze­szedł obok nich obo­jęt­nie, ale wtedy usły­szał za ple­cami:

– Do­bra­noc, re­dak­to­rze Ra­fal­ski.

Przy­sta­nął i ob­ró­cił się ku sta­ży­stom. Znali go po na­zwi­sku. Z pew­no­ścią wie­dzieli też nie­jedno o jego pracy. Może aspi­ro­wali do by­cia kimś ta­kim jak on. Wy­dało mu się to nie­zwy­kle iry­tu­jące, bo po ostat­nich wy­da­rze­niach on sam wo­lałby być kimś in­nym. Od­po­wie­dział na po­że­gna­nie i wy­szedł.

Skie­ro­wał kroki do po­bli­skiego baru, gdzie oprócz wy­pi­cia piwa można było oglą­dać ka­nał spor­towy i zjeść pizzę lub ta­niego ham­bur­gera. Przy­cho­dził tu re­gu­lar­nie, od­ra­cza­jąc po­wroty do pu­stego, nieco przy­tła­cza­ją­cego miesz­ka­nia. Nie miał ro­dziny, do któ­rej chciałby wra­cać za­raz po pracy. Nie miał też mo­ty­wa­cji, by przy­go­to­wy­wać dla sie­bie sa­mego ja­kieś po­żywne je­dze­nie. Przy­cho­dził więc do Startu – bo tak na­zy­wał się ów lo­kal – by za­koń­czyć dzień w to­wa­rzy­stwie nie­zna­jo­mych.

Sia­dy­wał w rogu przy ba­rze, w miej­scu dla sie­bie stra­te­gicz­nym, z któ­rego on mógł wi­dzieć wszyst­kich, sa­memu nie rzu­ca­jąc się w oczy. Za­ma­wiał coś do je­dze­nia i duże piwo, które są­czył nie­spiesz­nie, wle­pia­jąc wzrok w książkę, ga­zetę lub te­le­wi­zor, je­śli aku­rat trans­mi­to­wano walki. Nie ina­czej było też tego wie­czoru.

To­wa­rzy­szył mu je­dy­nie wi­siel­czy hu­mor i pre­sja ze strony kie­row­nika działu kra­jo­wego. „Dbaj o kon­takty z ko­legą z po­li­cji!” – ma­wiał do niego Szul­ski. Albo: „Prze­cież twój oj­ciec ro­bił z ban­dzio­rami! Nie znasz ni­kogo cie­ka­wego po tam­tej stro­nie?”. Od awan­tury z Ro­ber­tem Ba­czu­kiem Ra­fal­ski ogra­ni­czył swoje kon­takty z po­li­cją. Z ko­lei od wy­da­rzeń wo­kół aresz­to­wa­nia pię­ścia­rza Ha­lec­kiego trzy­mał się z da­leka od prze­stęp­czego pół­światka. Przy­naj­mniej pró­bo­wał. Ceną za to było jed­nak to, że wiele po­czyt­nych te­ma­tów prze­cho­dziło mu koło nosa. Nie chciał, żeby za­pa­mię­tano go jako ka­na­lię, sprze­da­ją­cego przy­jaźń za gło­śny ar­ty­kuł pu­bli­ko­wany w pod­rzęd­nej ga­ze­cie. Miał znacz­nie więk­sze am­bi­cje. Z tym że bał się kon­se­kwen­cji ich re­ali­za­cji.

Jego przy­gar­biona po­stać nie przy­ku­wała uwagi. Miał prze­cież nie­wy­soki wzrost, a gdy sie­dział po­chy­lony nad szklanką piwa, po­zo­sta­wał pra­wie nie­zau­wa­żalny.

– Nie wie­rzę, kurwa, młody Ra­fal­ski! – gruch­nął mu na­gle w ucho mocny głos, od­bie­ra­jąc spo­kój du­cha.

Dzien­ni­karz ob­ró­cił się na ba­ro­wym krze­śle. Wle­pił spoj­rze­nie w wy­so­kiego, wy­prę­żo­nego męż­czy­znę o ru­dych wło­sach.

Był nim To­masz Misz­tal, dawny ochro­niarz Ta­de­usza Ra­fal­skiego, który z tego, co wie­dział Szy­mon, do­stał karę pięt­na­stu lat po­zba­wie­nia wol­no­ści. Naj­wy­raź­niej wy­szedł po dzie­się­ciu.

– Ce­gła? Kopę lat! – rzu­cił Szy­mon przy­ja­ciel­sko, cho­ciaż nie kry­jąc za­sko­cze­nia. Wstał i po­zwo­lił, by Ce­gła przy­tu­lił go moc­nym, niedź­wie­dzim uści­skiem. – My­śla­łem, że sie­dzisz – do­dał po chwili szep­tem.

– My­śla­łem, że ty też – od­parł Ce­gła, pusz­cza­jąc oko do dzien­ni­ka­rza. Uśmie­chał się przy tym sze­roko i za­jął miej­sce przy ba­rze. Ski­nął na bar­mana i po­pro­sił o duże piwo, po czym na­chy­lił się ku Szy­mo­nowi i cią­gnął: – Sły­sza­łem, że kiedy twój stary ucie­kał z kraju, ty strze­li­łeś do gli­nia­rza. Szu­kali cię, ale nie wie­dzia­łem, że nie zna­leźli.

– Zna­leźli – od­parł Szy­mon zgod­nie z prawdą i na tym za­mie­rzał skoń­czyć ze swoją praw­do­mów­no­ścią. – Zna­leźli mnie i tra­fi­łem na prze­słu­cha­nie. Mia­łem szczę­ście, bo gli­niarz nie wi­dział, kto do niego strze­lił. Ze­zna­łem, że był to nasz stary zna­jomy, Ho­mer.

– Zwa­li­łeś winę na Ho­mera? – za­py­tał Ce­gła oschle. – Wra­biać wro­gów to jedno, ale ko­pać do­łek pod swoim to inna sprawa.

Szy­mon upił kilka ły­ków piwa i z pół­u­śmie­chem wy­ja­śnił:

– My­ślisz, że wko­pa­łem Ho­mera? Za kogo ty mnie masz, Ce­gła? Kiedy tra­fi­łem na prze­słu­cha­nie, Ho­mer już nie żył. Z tego, co wiem, po­wie­szono go w jego miesz­ka­niu, po­zo­ru­jąc sa­mo­bój­stwo.

– Sły­sza­łem o tym. Szkoda fa­ceta. By­wał dur­no­waty, ale parę w mię­śniach miał nie­złą.

Dzien­ni­karz przy­tak­nął z uśmie­chem na wspo­mnie­nie po­tęż­nego ochro­nia­rza.

– Ho­mer za­wsze cię chro­nił, Szy­mek, za­wsze brał twoją stronę. Nie dzi­wię się, że na­wet po śmierci do­brze wy­ko­nał swoją ro­botę.

Szy­mon po­now­nie przy­tak­nął, a Ce­gła uniósł po­sta­wioną przed nim szklankę piwa.

– Za Ho­mera.

– Za Ho­mera – po­wtó­rzył Szy­mon.

Stuk­nęli się szklan­kami. Ce­gła wy­pił dusz­kiem po­łowę i do­no­śnie od­chrząk­nął.

Na­brał masy od czasu, gdy wi­dzieli się ostat­nim ra­zem. Na­dal no­sił krótko przy­strzy­żone włosy, a z oczu biła mu ja­kaś iskra bun­tow­nika, któ­remu je­śli za­ufać, to tylko w bła­hych spra­wach. Oj­ciec Szy­mona za­trud­niał Ce­głę przez wiele lat jako szefa ochrony, jed­nak nie bez po­wodu zde­cy­do­wał się za­stą­pić go kimś in­nym i ko­niec koń­ców wy­sta­wił Ce­głę po­li­cji. Nie ufał mu. I Szy­mon rów­nież nie miał za­miaru tego ro­bić.

– Czym się te­raz zaj­mu­jesz? – Ce­gła od­chrząk­nął, gło­śno od­sta­wia­jąc szklankę na blat.

– Ni­czym szcze­gól­nym. Do­ra­biam tro­chę tu, tro­chę tam. Nie rzu­cam się w oczy i sta­ram się prze­żyć od pierw­szego do pierw­szego, jak to mó­wią.

– Tak? No to szkoda. Syn Ra­fal­skiego nie po­wi­nien żyć, nie wie­dząc, czy ju­tro bę­dzie miał co do gęby wło­żyć.

Szy­mon uśmiech­nął się pod no­sem. Jako „syn Ra­fal­skiego” ni­gdy nie mógł na­rze­kać na brak pie­nię­dzy. Kiedy był dziec­kiem i na­sto­lat­kiem, miał wszystko, czego po­trze­bo­wał, i wiele po­nad to. Te­raz nie było może tak ciężko, jak po­wie­dział Misz­ta­lowi, ale w po­rów­na­niu z jego daw­nym ży­ciem pod skrzy­dłem ta­tu­sia rze­czy­wi­ście zna­cząco ob­ni­żył stan­dard.

– Po­słu­chaj – pod­jął Ce­gła, znaj­du­jąc spoj­rze­niem wzrok Ra­fal­skiego – pod ko­niec ży­cia two­jego sta­rego po­róż­ni­li­śmy się. To nie jest ta­jem­nicą. Trudno mnie chyba za to wi­nić. Twój stary wy­sta­wił mnie po­li­cji. Mie­li­śmy je­chać ra­zem na Za­chód i zbi­jać ko­kosy, a tu taka wrzuta… Zo­sta­wił mnie za sobą, ale po­mimo tego ja do cie­bie nic nie mam. Za­wsze cię lu­bi­łem, wiesz chyba o tym, co?

– Tak, Ce­gła. Miło spę­dza­li­śmy ra­zem czas.

– No wi­dzisz! – Misz­tal po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Szy­mona i mocno za­ci­snął na nim palce. – Za­wsze by­łeś by­stry chło­pak, ob­rotny. Oj­ciec chciał, że­byś prze­jął po nim biz­nes. Wie­rzył, zresztą tak jak ja, że dasz so­bie radę z tymi spra­wami. Odzie­dzi­czy­łeś po nim żyłkę do in­te­re­sów, wiem to! Szkoda, żeby taka żyłka szła na zmar­no­wa­nie.

Szy­mon spoj­rzał na zna­jo­mego nieco z ukosa, uśmiech­nął się za­czep­nie i rzu­cił:

– Co ty, Ce­gła? Masz mi do za­pro­po­no­wa­nia ja­kąś fu­chę?

– Może – od­parł rudy, pod­ła­pu­jąc uśmie­szek. – Może spraw­dził­byś się w mo­jej no­wej branży.

– Co to za branża? – za­py­tał Ra­fal­ski z ro­snącą cie­ka­wo­ścią. Nie był, rzecz ja­sna, za­in­te­re­so­wany wcho­dze­niem z Ce­głą w ja­kieś nie­le­galne in­te­resy, ale do­bry dzien­ni­karz po­trafi zwie­trzyć oka­zję na go­rący te­mat. Dla­tego po­sta­no­wił za­taić in­for­ma­cję o wy­ko­ny­wa­nym za­wo­dzie.

To­masz Misz­tal rów­nież nie pla­no­wał zdra­dzać wszyst­kich swo­ich ta­jem­nic na pierw­szej „randce”. Mil­czał.

– Wy­glą­dasz jak mi­lion do­la­rów, Ce­gła – za­gad­nął Szy­mon, ski­nąw­szy na czarny ze­ga­rek zdo­biący nad­gar­stek Misz­tala. – A prze­cież mó­wią, że nie jest ła­two wró­cić po od­siadce do ży­cia na po­zio­mie. To jak? Zna­la­złeś ja­kiś do­cho­dowy in­te­res?

– Wi­dzisz?! Mó­wisz cał­kiem jak twój stary! „Cał­kiem do­cho­dowy in­te­res”… W sa­mej, kurwa, rze­czy, pa­nie Ra­fal­ski! Można na nim ukrę­cić nie­złe lody! Ładny, nie? – za­py­tał, pre­zen­tu­jąc dłoń. – Omega mo­on­watch. Pra­wie sześć­dzie­siąt ka­fli. Masz oko do ład­nych rze­czy, za­wsze mia­łeś! – przy­znał z sze­ro­kim uśmie­chem i zwró­cił uwagę na ręce Szy­mona. – A to nie jest omega sta­rego?

– Pa­mię­tasz? W su­mie… tylko to mi po nim zo­stało.

– Pa­mię­tam! I wiem, że miał lep­sze.

– Wszystko po­szło na spłaty dłu­gów i kar, więk­szość kosz­tow­no­ści skon­fi­sko­wano…

Misz­tal z nie­sma­kiem po­krę­cił głową. Po­tem spoj­rzał na Szy­mona z uwagą i smut­nym uśmie­chem. Miał ja­kie­goś asa w rę­ka­wie, a trzy­ma­nie go w ta­jem­nicy wy­raź­nie spra­wiało mu przy­jem­ność. Wstał z krze­sła, klep­nął Szy­mona w plecy i wy­cią­gnął te­le­fon.

– Daj mi swój nu­mer. Za­dzwo­nię do cie­bie, umó­wimy się na spo­tka­nie i wtedy wszystko ci wy­ja­śnię. Stoi?

Dzien­ni­karz przy­tak­nął. Po­dał Misz­ta­lowi na­miary, a ten po­ło­żył na ba­rze pięć­dzie­siąt zło­tych, oświad­cza­jąc, że to on dzi­siaj sta­wia. Za te pięć dych Szy­mon mógłby wy­pić jesz­cze ze dwa piwa, a jed­nak, kiedy tylko Misz­tal wy­szedł, dzien­ni­karz zo­sta­wił swoje nie­do­pite i opu­ścił lo­kal.

4

„Pa­ku­jesz się w ba­gno”

Pod­ko­mi­sarz Kac­per Cha­ber­ski wrócił do domu po zmroku. Jak co dzień w progu przy­wi­tał go la­bra­dor o ja­snej sier­ści. Nie­młody już pies wier­cił się nie­cier­pli­wie, cze­ka­jąc, aż jego pan zdej­mie buty oraz kurtkę i da sy­gnał, że pora na przy­wi­ta­nie. Gdy tylko otrzy­mał znak, od razu na­sko­czył przed­nimi ła­pami na tors pod­ko­mi­sa­rza, który czule go uści­skał. Pies mer­dał ogo­nem i po­pi­ski­wał z ra­do­ści. Uspo­koił się do­piero, kiedy otrzy­mał mi­skę z je­dze­niem oraz świeżą wodę.

Cha­ber­ski od­grzał so­bie przy­wie­ziony z baru mlecz­nego obiad i włą­czył te­le­wi­zor usta­wiony już na ka­nał in­for­ma­cyjny. Dźwięk był przy­ci­szony, więc pod­ko­mi­sarz zer­kał tylko od czasu do czasu na ekran, żeby prze­czy­tać prze­wi­ja­jące się na dol­nym pa­sku wia­do­mo­ści. Jed­no­cze­śnie jadł i czy­tał roz­ło­żoną obok ta­le­rza książkę. Wie­lo­za­da­nio­wość nie była mu obca, a umie­jęt­ność sku­pie­nia uwagi w ha­ła­sie opa­no­wał do per­fek­cji pod­czas pracy w CBŚP, w któ­rym słu­żył kil­ka­na­ście lat. Nie­do­ma­ga­nie fi­zyczne, zwią­zane z bra­kiem pra­wego płuca, zmu­siło go do zmian. Wy­kładał więc tech­niki dzia­łań ope­ra­cyjno-roz­po­znaw­czych w Cen­trum Szko­le­nia Po­li­cji, a znał się na śle­dze­niu, pod­słu­chi­wa­niu, fo­to­gra­fo­wa­niu oraz in­fil­tro­wa­niu śro­do­wisk prze­stęp­czych jak mało kto.

Na­gle pies ode­rwał łeb od mi­ski. Wle­pił wzrok w przed­po­kój i wy­dał z sie­bie alar­mu­jące wark­nię­cie.

– Co jest, Iskra? – za­py­tał pan, po­dą­ża­jąc za wzro­kiem zwie­rzę­cia, i wtedy roz­legł się dźwięk dzwonka u drzwi.

Nie spo­dzie­wali się go­ścia. Ani o tej, ani o in­nej po­rze. Re­gu­lar­nie, w ciągu dnia, przy­cho­dziła je­dy­nie na­sto­latka z pię­tra ni­żej, żeby wy­pro­wa­dzić Iskrę na spa­cer, ale nie­za­po­wie­dziane od­wie­dziny o wie­czor­nej po­rze na­le­żały do rzad­ko­ści.

Pies do­padł do drzwi i za­marł z no­sem przy pod­ło­dze. Po chwili wę­sze­nia jego ogon ra­do­śnie się po­ru­szył.

– Dasz mi otwo­rzyć te drzwi? – rzu­cił Cha­ber­ski, jakby zwie­rzak mógł zro­zu­mieć każde ludz­kie słowo.

Fak­tycz­nie, od­su­nął się po­słusz­nie i wy­raź­nie po­wstrzy­mu­jąc ra­dość, przy­siadł obok, by dać panu prze­strzeń.

Twarz Szy­mona Ra­fal­skiego roz­pro­mie­niała sze­ro­kim uśmie­chem na wi­dok go­spo­da­rza i jego psa. Szcze­gólną uwagę jak zwy­kle po­świę­cił psu i klep­nąw­szy się w klatkę pier­siową, rzu­cił:

– No chodź, wa­ria­cie, chodź!

Iskra wy­rwał we­soło, sko­czył na go­ścia i wy­li­zał go po rę­kach. Z ra­do­ścią przy­jął tar­mo­sze­nie za uszy i sze­reg po­chwał wy­po­wie­dzia­nych piesz­czo­tli­wym to­nem.

– Do­bry pies! Taki mą­dry! Grzeczny Iskra!

– Byłby grzecz­niej­szy, jak­byś naj­pierw przy­wi­tał się z go­spo­da­rzem – od­parł Cha­ber­ski, za­my­ka­jąc drzwi.

Szy­mon wy­cią­gnął ku niemu dłoń.

– No, siema, pa­nie go­spo­da­rzu!