Dowód przeciw tobie - Katarzyna Żwirełło - ebook

Dowód przeciw tobie ebook

Żwirełło Katarzyna

4,6

Opis

W warszawskiej kamienicy ujawniono zwłoki pedofila, który niedawno wyszedł z więzienia. Na miejsce przybywa świeżo przyjęta do policji Joanna Motz. Sprawa wydaje się mieć osobiste znaczenie dla jej nowego szefa – komisarza Piotra Rudowskiego, legendy Wydziału Kryminalnego. A to właśnie z nim i pod jego kierunkiem Motz ma prowadzić dochodzenie.

Śledztwo z czasem się komplikuje, a gromadzone poszlaki nadają mu niepokojący kierunek. Czy jednak można zignorować dowody, które jednoznacznie wskazują podejrzanego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (90 ocen)
60
22
8
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
magdas261

Nie oderwiesz się od lektury

Super zaskakująca ksiazka
00
Logana

Dobrze spędzony czas

Świetna intryga
00
AAJac

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
AnnaC1998

Dobrze spędzony czas

historia ok , dialogi trochę toporne co wpływa na przyjemność czytania , ale myslę że w miarę dalszego tworzenia będzie coraz lepiej
00
Dorota44444
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam ciekawa książka 😃
00

Popularność




Au­tor: 
Ka­ta­rzyna Żwi­rełło
Re­dak­cja:
Agata To­kar­ska
Ko­rekta:
Do­mi­nika Wilk
Bry­gida Grze­sik
Skład:
Anna Bro­dziak
Opra­co­wa­nie gra­ficzne:
Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
Zdję­cia z okładki:
© Eli­sa­beth An­sley / Tre­vil­lion Ima­ges
© Adam Bor­kow­ski / Unsplash
© Luke Stack­po­ole / Unsplash
Wek­tory: pch.vec­tor / Fre­epik.com
ISBN 978-83-66977-78-5
© Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów
www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl
Rze­szów 2023, wy­da­nie I
Druk: Dru­kar­nia Nor­mex
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Roz­dział 1

„Nowa”

Jo­anna Motz wie­rzyła w swoją zdol­ność do okre­śla­nia ludz­kich cha­rak­te­rów po­przez ob­ser­wa­cję i ana­lizę za­cho­wań. Gdy po­zna­wała ko­goś no­wego, dość szybko wy­peł­niała białą kartę oso­bo­wo­ści swo­imi spo­strze­że­niami i wnio­skami. Za­zwy­czaj miała ra­cję.

Dźwięk oszczęd­nych ude­rzeń pal­cami w kla­wia­turę kom­pu­tera mą­cił ci­szę biu­ro­wego po­miesz­cze­nia. Sie­dzący na­prze­ciwko Jo­anny na­czel­nik wy­działu kry­mi­nal­nego wy­da­wał się czło­wie­kiem do­świad­czo­nym i by­strym. Miał oku­lary w wy­ra­zi­stych, gra­na­to­wych opraw­kach, a w jego spoj­rze­niu go­ścił błysk pew­no­ści sie­bie. Jed­nak na­chy­lony nad kla­wia­turą, przy­po­mi­nał bar­dziej nie­po­rad­nego starca niż sza­no­wa­nego przy­wódcę. Nim na­ci­snął kla­wisz, przy­glą­dał się uważ­nie ukła­dowi li­ter, jakby po raz pierw­szy wi­dział go na oczy, a każde od­na­le­zie­nie wła­ści­wego znaku zda­wało się przy­no­sić mu sa­tys­fak­cję. Nie spie­szył się wcale. A może tak wła­śnie wy­glą­dał spie­szący się na­czel­nik?

Pod­ko­mi­sarz Jo­anna Motz nie mo­gła wie­dzieć, jak wy­gląda spie­szący się i nie­spie­szący się na­czel­nik, po­nie­waż do­piero go po­znała. Pięt­na­ście mi­nut temu ka­zał jej za­jąć miej­sce i chwilkę po­cze­kać. Aśka zer­kała dys­kret­nie na czarny mę­ski ze­ga­rek na swoim nad­garstku, my­śląc o bez­pow­rot­nie utra­co­nym cza­sie.

Na­gle na­czel­nik uniósł głowę i po­słał jej ła­godny uśmiech. Od­po­wie­działa tym sa­mym, są­dząc, że jego błą­dze­nie po kla­wia­tu­rze do­bie­gło końca, ale męż­czy­zna znów po­chy­lił głowę i od­szu­kał ko­lejną ukry­wa­jącą się przed nim li­terę. Kla­wia­tury do­ty­kał je­dy­nie pal­cami wska­zu­ją­cymi, jakby była przed­mio­tem nie­zwy­kle nie­bez­piecz­nym albo bar­dzo de­li­kat­nym. Rów­no­mierne, po­wolne stu­ka­nie w końcu za­częło Aśkę usy­piać.

– Więc, pani pod­ko­mi­sarz! – wy­krzyk­nął wresz­cie, jakby, kop­nięty prą­dem, po­wró­cił do ży­cia.

Aśka drgnęła od­ru­chowo.

– Mam na­dzieję, że od­naj­dzie się pani w na­szym wy­dziale. Wi­dzę, że gar­nie się pani do pracy! My­śla­łem, że po­znamy się w po­nie­dzia­łek.

– Chcia­ła­bym się wcze­śniej wdro­żyć – przy­znała Aśka.

Miała na­dzieję, że jej obec­ność na ko­men­dzie w pią­tek, na trzy dni przed roz­po­czę­ciem pracy, nie zo­sta­nie od­czy­tana jako nad­gor­li­wość. Jej od­po­wiedź naj­wy­raź­niej usa­tys­fak­cjo­no­wała na­czel­nika, który przy­tak­nął i wy­ja­śnił:

– Mamy na­prawdę nie­ba­nalny ze­spół, a ko­mi­sarz Ru­dow­ski bę­dzie dla pani naj­lep­szym na­uczy­cie­lem, ja­kiego można so­bie ży­czyć w pio­nie kry­mi­nal­nym.

Z po­czątku miała wąt­pli­wo­ści co do no­wego za­trud­nie­nia. Skła­dała wpraw­dzie apli­ka­cję, ale kiedy zro­zu­miała, że in­te­re­suje się nią ze­spół ko­mi­sa­rza Ru­dow­skiego, o któ­rym już nie­jedno sły­szała pod­czas stu­diów na kry­mi­no­lo­gii, za­częła się wa­hać. Po­trze­bo­wała czasu, by prze­ko­nać samą sie­bie, że po­dej­muje słuszną de­cy­zję. Te­raz było już za późno na ewen­tu­alny od­wrót i Aśka przyj­mo­wała to z ulgą. Zde­cy­do­wała. Te­raz mu­siała je­dy­nie udo­wod­nić in­nym i so­bie, że jest wła­ściwą osobą na wła­ści­wym miej­scu.

Na­czel­nik wy­da­wał się wie­rzyć w jej moż­li­wo­ści, ale co on mógł wie­dzieć? Znał ją tak samo do­brze, jak ona jego. Wcale.

– Pro­szę się nie bać Ru­dow­skiego – cią­gnął z przy­mil­nym wy­ra­zem twa­rzy.

Jed­nak Aśka wąt­piła, że za­wsze zwraca się do pod­wład­nych w tak uprzejmy spo­sób. Jej po­przedni szef rów­nież wy­da­wał się miły, ale szybko po­ka­zał swoją praw­dziwą twarz. Apo­dyk­tyczną, dumną i mściwą. Oce­niała więc „sze­fów” przez pry­zmat do­tych­cza­so­wego do­świad­cze­nia.

– Ko­mi­sarz po­trafi być szorstki i bez­po­średni, ale to tylko fa­sada – za­pew­nił na­czel­nik. – Pro­szę mu śmiało po­wie­dzieć, kiedy bę­dzie pani uwa­żała, że jest w błę­dzie. Choć nie zda­rza się to czę­sto, to się zda­rza, a inny, ko­biecy punkt wi­dze­nia za­wsze jest dla sprawy od­świe­ża­jący i… przy­datny. Prze­cież cza­sami zwra­ca­cie uwagę na rze­czy cał­kiem dla nas nie­zau­wa­żalne!

– Chyba ma pan ra­cję – od­parła po­li­cjantka, tylko po to, żeby coś po­wie­dzieć. – Po­sta­ram się nie za­wieść ocze­ki­wań.

– Nie wąt­pię w to! Pani do­świad­cze­nie w biu­rze de­tek­ty­wi­stycz­nym… to Ru­dow­skiemu za­im­po­no­wało. Pra­co­wała pani u…

– Ty­tusa Ma­cie­jew­skiego. Pięć lat.

Na­czel­nik po­ki­wał głową, nie zry­wa­jąc kon­taktu wzro­ko­wego, jakby cze­kał na roz­wi­nię­cie opo­wie­ści. Mil­czał cier­pli­wie, jak do­świad­czony pra­cow­nik wy­działu kry­mi­nal­nego.

Aśka nie miała ochoty na roz­wi­nię­cie, jed­nak nie są­dziła, że zdoła prze­for­so­wać swoją wolę. W końcu pę­kła.

– Bar­dzo do­brze nam się współ­pra­co­wało. Biuro jest sza­no­wane i na swoim kon­cie ma wiele suk­ce­sów.

– A jed­nak do­stała pani dość su­rowy, albo ra­czej… oględny list re­fe­ren­cyjny. Pani szko­le­nie, te­sty i roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna do po­li­cji wy­pa­dły im­po­nu­jąco. Mam wra­że­nie lek­kiego dy­so­nansu.

– Pan Ma­cie­jew­ski nie jest zbyt wy­lew­nym czło­wie­kiem. – Za­ma­sko­wała zmie­sza­nie uśmie­chem.

Nie chciała zdra­dzać na­czel­ni­kowi wię­cej, niż było ko­nieczne. Z ko­lei na­czel­nik nie drą­żył już te­matu.

– Ru­dow­ski chce pani za­ufać, a ja nie mam nic prze­ciwko. U nas dość szybko się we­ry­fi­kuje, kto tu jest na miej­scu, a kto po­my­lił ad­resy. Szes­nastka – do­dał po chwili ba­daw­czego mil­cze­nia. – Ko­ry­ta­rzem w lewo, po­tem w prawo. Trze­cie drzwi po pra­wej.

– Dzię­kuję, pa­nie na­czel­niku – od­parła, wsta­jąc, i pod­nio­sła z pod­łogi par­cianą torbę, którą na­stęp­nie prze­ło­żyła so­bie przez ra­mię.

Męż­czy­zna przy­tak­nął i od­pro­wa­dził po­li­cjantkę przy­mil­nym uśmie­chem. Po­tem pew­nie wró­cił do szu­ka­nia li­ter na kla­wia­tu­rze, pod­czas gdy Aśka po­dą­żała przed sie­bie ko­ry­ta­rzem, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, a przy­naj­mniej ukryć to­wa­rzy­szące jej zde­ner­wo­wa­nie. Na ko­lej­nych mi­ja­nych przez nią drzwiach wzra­stały nu­mery. Gdy prze­szła obok pięt­nastki, po­czuła przy­spie­szone bi­cie serca.

Ko­lejne drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie i z po­miesz­cze­nia wy­szedł wy­soki męż­czy­zna. Aśkę dzie­liły od niego za­le­d­wie cen­ty­me­try. Po­znała go ze zdjęć.

Przy­sta­nął. Przy­glą­dał się jej przez chwilę, a wo­kół jego ciem­nych oczu uwy­dat­niły się zmarszczki. Był przed sześć­dzie­siątką, a mimo to jego włosy tylko nie­znacz­nie opró­szyła si­wi­zna. Wy­da­wał się po­nury i zi­ry­to­wany. Od­dy­chał ciężko. Mocno za­mknął za sobą drzwi i nie­po­ru­szony tym, że omal jej nie sta­ra­no­wał, ścią­gnął brwi i za­py­tał moc­nym gło­sem:

– Nowa?

– Tak. Pod­ko­mi­sarz…

– Wiem. Mo­żesz wejść – prze­rwał jej, po czym od­da­lił się ko­ry­ta­rzem.

Nie mu­siała mu się przed­sta­wiać, tak jak on nie mu­siał przed­sta­wiać się jej. Oboje do­sko­nale wie­dzieli, kim są, i że mają ra­zem pra­co­wać, choć Aśka nie miała po­ję­cia, skąd u Ru­dow­skiego za­in­te­re­so­wa­nie jej osobą. Miała prze­czu­cie, że jej do­świad­cze­nie de­tek­ty­wi­styczne, stu­dia i wy­niki eg­za­mi­nów nie po­winny być wy­star­cza­jące dla ko­goś ta­kiego jak on.

Od­pro­wa­dziła ko­mi­sa­rza spoj­rze­niem. Jego zdję­cia nie zdra­dzały nie­mal dwu­me­tro­wego wzro­stu. Te­raz, gdy zo­ba­czyła go żywo, oka­zał się jesz­cze bar­dziej onie­śmie­la­jący. Wzięła głę­boki wdech, czu­jąc przez skórę, że cze­kają ją nie­ła­twe dni pod okiem no­wego prze­ło­żo­nego. Zła­pała za klamkę i we­szła do środka.

W po­koju sie­działo dwóch męż­czyzn. Pierw­szy był sza­ty­nem o dwu­dnio­wym za­ro­ście, sza­rej skó­rze i pod­krą­żo­nych oczach. Drugi, blon­dyn, miał twarz tak miłą, że Aśka od razu po­czuła się swo­bod­niej. Przy­wi­tała ich w progu i przed­sta­wiła się. Pod­czas gdy sza­tyn chyba nie do końca zo­rien­to­wał się w sy­tu­acji, blon­dyn po­de­rwał się i mocno uści­snął jej dłoń. Jego ła­godne i nieco za­okrą­glone rysy wzbu­dzały za­ufa­nie, jed­nak szybki rzut oka na po­sturę wy­star­czał, by wy­wnio­sko­wać, że nie był ani ocię­żały, ani otyły. Wręcz prze­ciw­nie, wy­glą­dał na wy­spor­to­wa­nego.

– Mi­chał Or­łow­ski – przed­sta­wił się z bły­skiem w nie­bie­skich oczach. – Pew­nie wpa­dłaś na ko­ry­ta­rzu na Ru­dego…

– Ten wy­soki, zły na coś to ko­mi­sarz Ru­dow­ski? – do­py­tała, uda­jąc nie­do­in­for­mo­wa­nie.

– Zga­dza się. Nie przej­muj się jego na­stro­jem – od­parł Mi­chał.

Tym­cza­sem sza­tyn ciężko pod­niósł się z krze­sła. Rów­nież uści­snął Aśce dłoń i wbrew swo­jej ewi­dent­nej nie­dy­spo­zy­cji fi­zycz­nej zro­bił to rów­nie mocno jak po­przed­nik.

– Ja­nek Ma­li­now­ski. My­śla­łem, że bę­dziesz w po­nie­dzia­łek – po­wie­dział sen­nie i od razu ziew­nął.

– Ja­nek jest tro­chę nie­wy­spany, bo ma w domu no­wo­rodka – sko­men­to­wał Mi­chał, pró­bu­jąc chyba zła­go­dzić kiep­skie wra­że­nie, ja­kie mógł zro­bić na no­wej ko­le­żance star­szy aspi­rant Ma­li­now­ski.

– Gra­tu­luję – rzu­ciła wy­ro­zu­miale Aśka.

– Słodki jak cho­lera, kiedy śpi – od­parł Ja­nek – ale śpi nie­wiele… Nie w nocy. Już ro­zu­miem, dla­czego unie­moż­li­wia­nie więź­niom snu uznaje się za tor­turę.

Aśka prze­ło­żyła przez głowę pa­sek par­cia­nej torby i od­wie­siła ją na wska­zane jej krze­sło.

– Za­czy­nam od po­nie­działku, ale mam luź­niej­szy dzień i po­my­śla­łam, że wpadnę zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji. Po­znamy się, prze­trzemy szlaki – wy­ja­śniła.

Ja­nek coś od­burk­nął, a Mi­chał od­po­wie­dział uśmie­chem. Jego życz­li­wość do­dała Aśce śmia­ło­ści.

– Co zde­ner­wo­wało ko­mi­sa­rza Ru­dow­skiego? – do­py­tała. – Ma­cie pro­blemy z do­cho­dze­niem?

– Nie, wku­rza się przez włam – od­parł Mi­chał.

– Do­mnie­many włam – po­pra­wił Ja­nek ci­cho. – Moim zda­niem Rudy ma pa­ra­noję.

– Twier­dzi, że ktoś mu wcho­dzi do miesz­ka­nia.

– Coś mu skra­dziono? – spy­tała za­in­try­go­wana Aśka. Wy­da­wało się jej pa­ra­dok­salne, że wła­mano się do miesz­ka­nia po­li­cjanta.

– Nic, kurde! – wy­pa­lił Ja­nek oży­wiony te­ma­tem. Te­raz jego głos na­brał peł­nego brzmie­nia i dało się usły­szeć lekki ro­ta­cyzm w jego wy­mo­wie. – I o to wła­śnie cho­dzi! Po co ktoś miałby się wła­my­wać, skoro ni­czego nie za­mie­rzał skroić? Mówię ci, Mi­chał, Ru­demu od­wala. Może z żalu, nie wiem, nie wiem… – po­wtó­rzył, wzru­sza­jąc ra­mio­nami i ki­wa­jąc głową na boki ni­czym hin­du­ski tak­sów­karz.

Mi­chał mu­siał do­strzec py­ta­jące spoj­rze­nie no­wej ko­le­żanki, bo za­czął wy­ja­śniać:

– Kilka dni temu była rocz­nica śmierci jego żony. Tra­dy­cyj­nie w ten dzień Rudy za­pija na mie­ście, a w tym cza­sie było pierw­sze wła­ma­nie. Ko­lejne dzień póź­niej.

– To bar­dzo przy­kre – wtrą­cił Ja­nek, jed­nak wbrew jego sło­wom w to­nie głosu próżno było szu­kać współ­czu­cia – ale to jesz­cze nie po­wód, żeby tak świ­ro­wać! Mi­nęło już chyba kil­ka­na­ście lat… a Rudy twier­dzi, że pod­czas wła­ma­nia ktoś gwizd­nął mu szklankę ze zlewu…

– Ku­bek – po­pra­wił go Mi­chał, po czym Ja­nek spoj­rzał na niego scep­tycz­nie i na cięż­kim wy­de­chu cią­gnął da­lej:

– Od czter­na­stego zo­sta­wia w drzwiach za­pałkę, którą dzień póź­niej zna­lazł na ziemi.

– Jaką za­pałkę? – za­py­tała Aśka, cał­kiem już zdez­o­rien­to­wana. Nie była pewna, czy po­winna za­czy­nać się bać, czy ro­ze­śmiać z tej dzi­wacz­nej, nie­co­dzien­nej sy­tu­acji. Może rze­czy­wi­ście Ru­dow­skiemu od­biło?

– No, za­pałkę! – wy­ja­śnił Ja­nek. – Kiedy wy­cho­dzisz z domu, wkła­dasz za­pałkę albo wy­ka­łaczkę mię­dzy drzwi a fu­trynę. Jak wra­casz i znaj­du­jesz ją na ziemi, to zna­czy, że ktoś otwie­rał drzwi.

– I zna­lazł ją na ziemi… Wcze­śniej ukra­dli ku­bek, a za dru­gim ra­zem nic?

– Nic! I kubka pew­nie też nie skro­ili! – rzu­cił ostro Ja­nek, po czym ciężko wes­tchnął i spoj­rzał na Mi­chała bła­gal­nie. – Mo­dlę się, żeby Rudy nie od­le­ciał, jak kie­dyś Wro­nicki.

– A daj spo­kój – rzu­cił prze­cią­gle Mi­chał, ma­cha­jąc na ko­legę ręką.

– Co było z Wro­nic­kim? – do­py­tała po­li­cjantka. Sta­rała się ze­brać szczątki róż­nych in­for­ma­cji, by ze­spo­lić się z no­wym to­wa­rzy­stwem, jed­nak czuła się jesz­cze jak po­mi­dor na półce z książ­kami.

– Wro­nicki był świet­nym gli­nia­rzem i na­gle zbzi­ko­wał – wy­ja­śnił Mi­chał. – Za­częło się od dziw­nych za­cho­wań, jakby ma­nii prze­śla­dow­czej. Miał ataki pa­niki, cią­gle twier­dził, że ktoś go śle­dzi…

– Może miał ra­cję? – pod­su­nęła Aśka ostroż­nie. Sły­szała o sy­tu­acjach, w któ­rych ro­biono z czło­wieka wa­riata, bo był nie­wy­godny lub za dużo wie­dział. A kto mógłby być bar­dziej nie­wy­godny od do­cie­kli­wego, do­brego gli­nia­rza?

Ja­nek pa­trzył na nią w mil­cze­niu, jakby ana­li­zo­wał jej od­po­wiedź, ale Mi­chał uśmiech­nął się ła­god­nie i od­parł:

– Nie­stety skoń­czyło się na tym, że Wro­nicki za­mor­do­wał swoją żonę. Udu­sił ją po­duszką, kiedy spała.

– Po­tem ze­znał – do­dał Ja­nek – że ją za­bił, bo wcale nie była jego żoną, tylko jej klo­nem, pod­sta­wio­nym przez służby spe­cjalne, żeby go szpie­go­wała i pod­tru­wała.

Mi­chał wzru­szył ra­mio­nami.

– Wro­nicki zwa­rio­wał, ale Ru­demu ra­czej to nie grozi. Jego nie da się zła­mać.

– Każ­dego da się zła­mać – od­parł Ja­nek. – A pier­dolca może do­stać na­wet pro­fe­sor uni­wer­sy­tecki.

Mi­chał za­ła­mał ręce, uśmie­cha­jąc się przy tym bez­rad­nie. Dy­na­mika mię­dzy współ­pra­cow­ni­kami roz­ba­wiła Aśkę, więc po­zwo­liła so­bie na ko­men­tarz:

– Chyba do­my­ślam się już, który z was jest dy­żur­nym pe­sy­mi­stą w ze­spole.

– Je­śli już, to re­ali­stą – spro­sto­wał Ja­nek. – Ale je­żeli po­trze­bu­jesz słowa wspar­cia i my­dle­nia oczu po­zy­tyw­nymi wi­zjami w sy­tu­acji bez wyj­ścia, to ude­rzaj do Mi­chała!

– Sar­ka­styczny re­ali­sta – od­burk­nął Mi­chał.

– Na­wie­dzony ide­ali­sta – od­gryzł się Ja­nek, na co tam­ten tylko cmok­nął.

Aśka jesz­cze wielu rze­czy o nich nie wie­działa, ale za­sta­na­wiało ją, jak w te zgryź­liwe, choć przy­ja­ciel­skie re­la­cje wpi­suje się star­szy, do­świad­czony ko­mi­sarz.

Mi­chał chyba wy­czu­wał jej sko­ło­wa­nie całą sy­tu­acją, bo do­dał:

– Rudy wie, co mówi. To naj­bar­dziej przy­tomny gli­niarz, ja­kiego znam, więc za­łożę się, że roz­wiąże za­gadkę za­pałki i zni­ka­ją­cego kubka. – Mru­gnął pra­wym okiem, sku­tecz­nie roz­wie­wa­jąc resztki wąt­pli­wo­ści Aśki co do tego, czy do­gada się z tym po­god­nym, nie­ustan­nie uśmiech­nię­tym czło­wie­kiem.

Usia­dła na nieco roz­chwia­nym krze­śle i za­py­tała:

– Wpro­wa­dzi­cie mnie w obecne do­cho­dze­nie?

– Eee – jęk­nął Ja­nek – chyba nie ma po co. Je­ste­śmy na fi­ni­szu, więc, że tak po­wiem, cze­kamy na ko­lejną zbrod­nię w wiel­kim mie­ście.

– To pew­nie nie po­trwa długo – do­dał Mi­chał smutno, ale wciąż z cie­niem uśmie­chu na twa­rzy.

– Jadę do la­bo­ra­to­rium – oznaj­mił Ja­nek, zgar­nia­jąc z biurka port­fel oraz klu­cze do sa­mo­chodu.

– A ja mam spo­tka­nie z ro­dziną de­nata – rzekł Mi­chał na cięż­kim wy­de­chu. – Chyba już ostat­nie w tej spra­wie.

– Po­wiesz im, że za­my­ka­cie do­cho­dze­nie? – za­py­tała Aśka, pró­bu­jąc zło­żyć w ca­łość choć frag­ment śled­czej rze­czy­wi­sto­ści.

– Tak. Tym ra­zem mie­li­śmy do czy­nie­nia z sa­mo­bój­stwem, choć ro­dzina po­dej­rze­wała mor­der­stwo. Sam nie wiem, które z tych dwóch jest gor­sze. W jed­nym przy­padku ktoś ode­brałby im bli­ską osobę, a w dru­gim bli­ska osoba sama wy­pi­sała się z ży­cia.

– Tu chyba nie ma lep­sze, gor­sze…

– Chyba nie. Jak­byś była bar­dzo za­in­te­re­so­wana, to na moim biurku leżą akta tej sprawy. Dzi­siaj długo zo­sta­niesz?

– Nie ma ta­kiej po­trzeby, ale akta chęt­nie po­czy­tam.

– Nie żeby była to ja­kaś wy­jąt­kowo po­ry­wa­jąca lek­tura… – za­uwa­żył Mi­chał – ale może wy­czy­tasz z nich, jak mniej wię­cej pra­cu­jemy. Pew­nie wrócę za kilka go­dzin, mu­szę jesz­cze wpaść do pro­ku­ra­tora, więc jak­by­śmy się już dzi­siaj nie wi­dzieli, to… miło było cię po­znać i do po­nie­działku.

– Do po­nie­działku – od­parła Aśka z uśmie­chem.

Mi­chał chyba nie­chęt­nie wy­szedł z po­koju, zo­sta­wia­jąc ją w to­wa­rzy­stwie do­ku­men­ta­cji.

Otwo­rzyła le­żącą na jego biurku teczkę i prze­czy­tała na­głó­wek jed­nego z do­ku­men­tów: „Ra­port z oglę­dzin miej­sca zda­rze­nia”. Za­mknęła okładkę, po czym wstała od biurka. W rogu po­koju zna­la­zła czaj­nik, trzy kubki oraz kawę roz­pusz­czalną. Po­my­ślała, że musi przy­nieść so­bie wła­sny ku­bek, bo te trzy ewi­dent­nie na­le­żały do jej no­wych współ­pra­cow­ni­ków. Ob­rzu­ciła je szyb­kim spoj­rze­niem. Zi­gno­ro­wała czer­wony z krzy­kli­wym na­pi­sem „król wszech­świata” oraz drugi, nieco kan­cia­sty i tak no­wo­cze­sny, że pi­cie z niego bez uro­nie­nia kro­pli mu­siało być sztuką. Po krót­kim za­sta­no­wie­niu chwy­ciła naj­prost­szy w kształ­cie, czarny, po­zba­wiony ozdób i na­pi­sów. Wsy­pała do niego dwie ły­żeczki kawy i na­sta­wiła wodę w czaj­niku. Za­wa­hała się, nim wlała wrzą­tek do proszku. Nie trzeba było być wy­bit­nym de­tek­ty­wem, by od­gad­nąć, że naj­prost­sze, czarne jak noc na­czy­nie na­le­żało do gbu­ro­wa­tego, świ­ru­ją­cego ko­mi­sa­rza Ru­dow­skiego. Prze­sy­pała kawę do kubka króla wszech­świata, który mu­siał na­le­żeć do we­so­łego go­ścia z dy­stan­sem do sie­bie, i w nim przy­go­to­wała so­bie na­pój.

Upiła pierw­szy łyk, uważ­nie lu­stru­jąc ota­cza­jącą ją prze­strzeń. Dwa za­wa­lone pa­pie­rami, śmie­ciami i dłu­go­pi­sami biurka oraz jedno czy­ste, upo­rząd­ko­wane ni­czym żoł­nier­ska pry­cza, sta­no­wi­sko pracy Ru­dow­skiego.

Zwró­ciła uwagę na wi­dok za oknem, które wy­cho­dziło na ulicę No­wo­li­pie. Przy­po­mniała so­bie hi­sto­rię pew­nego po­szu­ki­wa­nego przez po­li­cję ban­dyty, ukry­wa­ją­cego się w miesz­ka­niu gdzieś przy tej wła­śnie ulicy. Tuż pod no­sem gli­nia­rzy. „Naj­ciem­niej pod la­tar­nią” – po­my­ślała i usia­dła za przy­dzie­lo­nym jej biur­kiem. Pod­cią­gnęła rę­kaw, by spoj­rzeć na ze­ga­rek. Od­pięła pa­sek, wy­cią­ga­jąc bo­lec z do­mowo prze­bi­tej dziurki i kciu­kiem prze­tarła gra­we­ro­waną ko­pertę. „Każda mi­nuta z Tobą”.

Ra­port z oglę­dzin miej­sca zbrodni zo­stał na­pi­sany szcze­gó­łowo, kon­kret­nym, nie­wy­szu­ka­nym ję­zy­kiem. Aśka miała wra­że­nie, jakby sama prze­cho­dziła przez po­nury, ob­lany nocą most łą­czący ze sobą oba brzegi Wi­sły. Po­czuła w noz­drzach orzeź­wia­jący za­pach wody. Usły­szała szum sa­mo­cho­dów ja­dą­cych Wi­sło­stradą. Po­de­szła do kra­wę­dzi i chwy­ciła obiema rę­kami zimną ba­lu­stradę. Spoj­rzała w dół, gdzie cią­gnął się szary, be­to­nowy chod­nik, a na nim spo­czy­wały zwłoki. Ciało le­żało w ka­łuży krwi, a członki uło­żyły się w nie­na­tu­ralny spo­sób.

Gdyby męż­czy­zna ze­sko­czył metr da­lej, ude­rzyłby w ta­flę wody. Czy się po­my­lił? Wolał roz­trza­skać so­bie głowę niż uto­nąć? A może wy­bór wcale nie na­le­żał do niego? Może zo­stał z tego mo­stu zrzu­cony, tak jak po­dej­rze­wała jego rodzina? Ta­kie py­ta­nia za­da­wała so­bie, czy­ta­jąc do­ku­menty, i wie­działa, że do­kład­nie te same wąt­pli­wo­ści nie­po­ko­iły na star­cie pro­wa­dzą­cych tę sprawę po­li­cjan­tów.

Chwy­ciła ku­bek, po­de­szła z nim do okna i otwo­rzyła je sze­roko. Świeże, pach­nące wio­sną po­wie­trze po­zwo­liło swo­bod­niej ode­tchnąć. Wy­piła kilka ły­ków kawy, przy­wo­łu­jąc w pa­mięci ostre spoj­rze­nie Ru­dow­skiego, z któ­rym przyj­dzie jej się mie­rzyć. Za­cznie prak­tycz­nie od zera. Od nowa bę­dzie mu­siała udo­wad­niać, ile jest warta i co po­trafi. To, że skoń­czyła stu­dia i szko­le­nie w nie­ty­po­wych, pry­wat­nie nie­ła­twych wa­run­kach, nie miało żad­nego zna­cze­nia. Ru­dow­ski nie miał prze­cież po­ję­cia, z czym zma­gała się przez ostat­nie kil­ka­na­ście lat. Nie wy­da­wała się też istotna opi­nia wy­kła­dow­ców, zgod­nie z którą Aśka miała na­tu­ralny dar do za­gad­nień z za­kresu kry­mi­no­lo­gii. Bez do­świad­cze­nia jej „dar” był nie­wiele wart. Po­nad dzie­sięć lat temu los nie po­zo­sta­wił jej wy­boru – mu­siała zre­zy­gno­wać z pracy w po­li­cji, nim w pełni ją za­częła, a gdy po kilku la­tach roz­wa­żała po­wrót, po­ja­wiła się oferta pracy w biu­rze de­tek­ty­wi­stycz­nym Ty­tusa Ma­cie­jew­skiego. Wzięła ją, bo mo­gła wię­cej za­ro­bić. Nie prze­wi­działa jed­nak in­nych kosz­tów swo­jej de­cy­zji. Tok­syczne wa­runki pracy szybko za­biły w niej za­pał i szczerą chęć da­wa­nia z sie­bie wszyst­kiego. A może to było jed­nak po­trzebne? Wszystko, czego do­świad­czyła i przez co prze­szła, miało do­pro­wa­dzić ją wła­śnie do tego biura, do tych kon­kret­nych osób? Do ko­mi­sa­rza Pio­tra Ru­dow­skiego, któ­rego do­cho­dze­nia ana­li­zo­wała w szkole, któ­rego osią­gnię­cia mia­łyby być dla niej wzo­rem i mo­ty­wa­cją.

Nie prze­szka­dzała jej gbu­ro­wa­tość ko­mi­sa­rza. Nie za­mie­rzała się z nim przy­jaź­nić. Miała się od niego uczyć.

Spę­dziła w biu­rze dwie go­dziny. W tym cza­sie wró­cił tylko Ja­nek, który był tak po­chło­nięty swo­imi za­da­niami, że prak­tycz­nie igno­ro­wał nową ko­le­żankę. Gdy za­py­tała, czy po­trze­buje w czymś po­mocy, za­prze­czył. Aśka uznała, że tego dnia do­stała już to, czego szu­kała. Po­znała współ­pra­cow­ni­ków, zo­rien­to­wała się, nad czym pra­cują, a ra­czej nad czym koń­czą pracę, i po­że­gnaw­szy się, wró­ciła do domu, by roz­po­cząć ostatni wolny od służ­bo­wych zmar­twień week­end.

Roz­dział 2

„Ktoś umarł?!”

W nie­dzielny po­ra­nek ze snu wy­rwało ją dzwo­nie­nie te­le­fonu. Wy­świe­tlił się jej nie­znany nu­mer, mimo to ode­brała.

– Słu­cham?

– Motz? – za­brzmiał su­rowy głos.

– A kto mówi? – spy­tała, już nieco bar­dziej obu­dzona, po­dejrz­liwa wo­bec tak dziw­nego i nie­spo­dzie­wa­nego te­le­fonu.

– Ru­dow­ski. Wiem, że za­czy­nasz w po­nie­dzia­łek, ale po­trze­buję cię na miej­scu zda­rze­nia.

– Te­raz?

– Nie, Motz! Wczo­raj! Oczy­wi­ście, że te­raz. Dzwo­ni­łem do Janka i Mi­chała, ale jesz­cze bez efek­tów…

Aśka zer­k­nęła na sto­jący przy łóżku ze­ga­rek. Była szó­sta rano.

– Gdzie mam przy­je­chać?

– Za­pisz ad­res.

– Słu­cham – od­parła, wy­cią­ga­jąc z noc­nej szafki no­tes i ołó­wek. Nie ufała swo­jej pa­mięci w nie­dzielę o tak wcze­snej po­rze.

Od­su­nęła nieco słu­chawkę, by ko­mi­sarz nie usły­szał se­rii ziew­nięć, a Ru­dow­ski po­dał jej ulicę oraz nu­mer.

Ubrała się, umyła w po­śpie­chu, po czym zaj­rzała do po­koju, w któ­rym spał jej syn. Nie miała serca go bu­dzić. Zo­sta­wiła w kuchni kartkę, by za­dzwo­nił do niej, kiedy wsta­nie.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Aśka była już na miej­scu. Za­par­ko­wała na po­bo­czu przed starą, ob­skurną ka­mie­nicą, któ­rej już sam wy­gląd nie zwia­sto­wał ni­czego przy­jem­nego. Szare, miej­scami czarne mury, osmo­lone sa­mo­cho­do­wymi spa­li­nami pa­mię­tały od­le­głe, wcale nie lep­sze czasy. Gdzie­nie­gdzie sy­pał się z nich tynk, od­sła­nia­jąc be­be­chy ce­gieł. W bra­mie śmier­działo mo­czem, a na po­dwórku śmie­ciami, które wy­sy­py­wały się z prze­peł­nio­nych kon­te­ne­rów. Po­nura klatka scho­dowa, nie­znacz­nie oświe­tlona wpa­da­ją­cymi przez brudne okna pro­mie­niami słońca, po­pro­wa­dziła Aśkę na czwarte pię­tro, gdzie tło­czyli się po­li­cjanci. Drzwi jed­nego z miesz­kań były otwarte, a ze środka do­cie­rały dźwięk mi­gawki apa­ratu fo­to­gra­ficz­nego, bar­dzo nie­przy­jemny za­pach oraz szept roz­mów.

– Pod­ko­mi­sarz Motz. Ko­mi­sarz Ru­dow­ski po mnie dzwo­nił – wy­ja­śniła funk­cjo­na­riu­szowi bro­nią­cemu do­stępu do miesz­ka­nia.

Ten wrę­czył jej kom­bi­ne­zon ochronny. Sze­lesz­cząc bia­łym po­lie­stro­wym ma­te­ria­łem, wpa­ko­wała się w ob­szerny strój, by po raz pierw­szy wkro­czyć w strefę do­wo­dów i śla­dów. Prze­kro­czyć próg z ży­cia do śmierci. Czuła to pod skórą.

Do miesz­ka­nia we­szła po­woli, lu­stru­jąc każdy jego cen­ty­metr już od progu. Z pierw­szego po­miesz­cze­nia, ja­kim była kuch­nia, cią­gnęła się roz­ma­zana na pod­ło­dze czer­wona smuga krwi. Po­li­cjantka zaj­rzała do kuchni i prze­ko­nała się, że za­równo po­sadzka, jak i nie­wielki stół za­lane były czer­wie­nią. Po­szła da­lej obok krwi­stej ścieżki, jakby była ona dro­go­wska­zem, łu­kiem tę­czy lub dróżką, którą po­dą­żała od­ważna Do­rotka szu­ka­jąca czar­no­księż­nika. Jed­nak Aśka nie zna­la­zła na jej końcu ani skarbu, ani ba­śnio­wej kra­iny, ale po­kój ską­pany we krwi. Dwóch odzia­nych w białe kom­bi­ne­zony lu­dzi ku­cało na wy­kła­dzi­nie. Je­den ro­bił zdję­cia, drugi zbie­rał ślady. Wy­glą­dali jak dwie pu­chowe po­duszki. Po­nad tym po­nu­rym wi­do­kiem wy­sta­wała jesz­cze jedna wy­soka po­stać.

Ko­mi­sarz Ru­dow­ski zdał so­bie chyba sprawę z obec­no­ści pod­ko­mi­sarz, bo ob­ró­cił się i po­słał jej po­zba­wione ja­kie­go­kol­wiek wy­razu spoj­rze­nie. Nie był ani smutny, ani zły. Nie był też znie­cier­pli­wiony, że je­chała tak długo, ani za­do­wo­lony, że w końcu do­tarła. Po pro­stu był, tkwił po­środku po­koju jak ota­cza­jące go me­ble oraz po­zba­wione ży­cia, le­żące pod jego sto­pami ciało. Do­piero gdy zro­bił krok na bok, po­li­cjantka do­strze­gła całe zwłoki. Z po­czątku nie miała pew­no­ści, na co pa­trzy. Czy była to kupa mięsa, czy or­ga­nizm ob­darty ze skóry? Kiedy po­de­szła nieco bli­żej, roz­po­znała w le­żą­cym czło­wieka, który wy­glą­dał, jakby wy­cią­gnięto go z krwa­wej ką­pieli i po­zo­sta­wiono do wy­schnię­cia. Wo­kół brzę­czały mu­chy.

– Dwie go­dziny temu do­sta­li­śmy zgło­sze­nie o zwło­kach – po­wie­dział Piotr Ru­dow­ski. – Dzwo­niła ja­kaś ko­bieta. Po­dała ad­res i roz­łą­czyła się. Nie za­cze­kała na po­li­cję, a dy­żurny mówi, że spra­wiała wra­że­nie pi­ja­nej.

– Tu już skoń­czy­li­śmy – rzu­cił tech­nik i ciężko pod­niósł się z ku­cek. Spa­ko­wał kilka to­re­bek z do­wo­dami do wa­lizki, po czym do­dał: – Zaj­miemy się te­raz przed­po­ko­jem i kuch­nią.

Wy­szli, a pod­ko­mi­sarz po­de­szła bli­żej do ciała.

Smród wy­krę­cił jej nos, wy­cią­gnęła więc z kie­szeni chu­s­teczkę hi­gie­niczną i przy­ło­żyła ją do twa­rzy.

– Za­bito go w kuchni? – za­py­tała.

– A jak my­ślisz, Motz?

– My­ślę, że sie­dział przy stole, kiedy ktoś po­de­rżnął mu gar­dło. Po­tem mor­derca prze­cią­gnął go tu­taj, za­dał mu jesz­cze kilka cio­sów no­żem. Zna­leź­li­ście nóż?

– Nie – od­parł ko­mi­sarz pra­wie nie­do­sły­szal­nie. Wle­piał spoj­rze­nie w de­nata.

– W kuchni jest sto­jak na noże. Za­uwa­ży­łam, że bra­kuje jed­nego.

Ru­dow­ski ura­czył po­li­cjantkę spoj­rze­niem, ale nie ode­zwał się sło­wem.

Aśka przy­kuc­nęła, by do­kład­nie przyj­rzeć się po­szar­pa­nym przez ostrze zwło­kom. Ob­na­żony brzuch był na­brzmiały jak ba­lon, a spuch­nięta twarz wy­glą­dała jak ka­ry­ka­tura czło­wieka. Ze­brało się jej na wy­mioty.

– Ła­zienka…

– Na­prze­ciwko. Nie rzy­gaj do umy­walki!

W ostat­niej chwili udało jej się na­chy­lić nad śmier­dzą­cym se­de­sem. Ulżyło jej, ale mdło­ści nie ustą­piły cał­ko­wi­cie. Prze­klęła pod no­sem. Po­czuła wstyd, że za­cho­wała się jak ama­torka. Cóż… była ama­torką. To, że nie po­tra­fiła utrzy­mać żo­łądka w ry­zach, nie tylko umniej­szało jej w oczach ko­mi­sa­rza, mo­gła też za­nie­czy­ścić miej­sce zda­rze­nia.

„Za­nie­czy­ścić” – po­my­ślała z prze­ką­sem, ob­rzu­ca­jąc po­wol­nym spoj­rze­niem ła­zienkę. Na pod­ło­dze do­strze­gła wy­raźne krwawe od­ci­ski bu­tów. Ostroż­nie zaj­rzała do wanny. Ta wy­da­wała się czy­sta, śmier­działa che­mi­ka­liami. Zbli­żyła się, by rzu­cić okiem na od­pływ, ale jej uwagę przy­kuł ruch przy drzwiach. To Ru­dow­ski pa­trzył na nią z góry.

Zer­k­nęła na jego buty.

– Jaki nosi pan roz­miar? – za­py­tała.

– Bu­tów? Czter­dzie­ści pięć i nie mów mi „pan”.

Przy­tak­nęła.

– Sprawca nosi po­dobny roz­miar.

Ko­mi­sarz spoj­rzał na krwawy ślad z obo­jętną miną.

– Za­raz za­bez­pie­czą te ślady – za­pew­nił.

– Mu­szą też wy­cią­gnąć włosy z od­pływu. Wanna za­la­tuje che­mią, więc może sprawca wziął ką­piel po tej ma­sa­krze…

– Wy­mył wannę, ale za­po­mniał o wło­sach w od­pły­wie? Za­krę­cony fa­cet…

– Skąd pan wie, że to fa­cet?

– Roz­miar buta…

– Ko­biety by­wają po­my­słowe.

Ru­dow­ski pa­trzył na nią przez chwilę w mil­cze­niu, po czym wy­cho­dząc do przed­po­koju, po­wtó­rzył:

– Nie mów mi „pan”, Motz.

– Do­brze, a ty nie mów mi po na­zwi­sku – wy­rwało się jej i do­dała: – Pro­szę.

– Będę mó­wił, jak chcę – od­parł szorstko Ru­dow­ski i po­szedł.

Aśka jesz­cze raz spoj­rzała na białą wannę. Nie mo­gła do­strzec ni­czego go­łym okiem, ale in­tu­icja pod­po­wia­dała jej, że mor­derca nie wszedł do ła­zienki tylko po to, by umyć ręce. Brudna umy­walka oraz se­des zdra­dzały, że lo­ka­tor nie­spe­cjal­nie dbał o czy­stość miesz­ka­nia. Wy­szo­ro­wana wanna przy­ku­wała uwagę.

Wstała, wspie­ra­jąc się na ko­la­nach. Czuła kwa­śny nie­smak, miała ochotę prze­płu­kać usta i umyć ręce, które chwilę wcze­śniej do­ty­kały brud­nej klapy. Spoj­rzała tę­sk­nie na umy­walkę, wie­dząc, że uży­cie jej nie wcho­dziło w grę. Mu­siała prze­bo­leć dys­kom­fort.

Wy­szła z ła­zienki, by przyj­rzeć się uważ­niej kuchni, w któ­rej za­częła się ta zbrod­nia. W po­miesz­cze­niu pra­co­wali tech­nicy. Piotr tkwił w progu ze sple­cio­nymi na piersi rę­koma i ob­ser­wo­wał po ko­lei każdy cen­ty­metr prze­strzeni.

– Ja­kieś spo­strze­że­nia? – za­py­tał, gdy sta­nęła obok.

Wie­działa, że ją te­stuje. My­ślał już swoje, była o tym prze­ko­nana. Nie­do­świad­czona. Je­dyną jej szansą było od­po­wia­dać bez­błęd­nie na py­ta­nia i wpa­so­wać się w sza­blon moż­li­wych od­po­wie­dzi. Po chwili mil­cze­nia od­parła:

– Nie spo­dzie­wał się ataku. Przy­go­to­wał coś do pi­cia dla sie­bie i mor­dercy – mó­wiła, wska­zu­jąc pal­cem na prze­wró­cony na stole ku­bek oraz drugi roz­trza­skany na pod­ło­dze. – Usie­dli przy stole, roz­ma­wiali. Mor­derca pod­szedł do ku­chen­nego blatu… może żeby, rze­komo, umyć ręce. Od­krę­cił wodę, wy­cią­gnął nóż ze sto­jaka obok i po­de­rżnął ofie­rze gar­dło.

– Mógł mieć wła­sny nóż – od­parł ko­mi­sarz. – Prze­szu­kamy miesz­ka­nie. Je­żeli nie znaj­dzie się nóż od kom­pletu, może bę­dzie to ja­kiś trop.

– Wszę­dzie jest pełno krwi i od­ci­sków bu­tów, ale ko­ry­tarz przed miesz­ka­niem jest czy­sty. Wy­cho­dził więc boso albo cał­kiem się prze­brał. Nie są­dzę, żeby wy­szedł z miesz­ka­nia w za­krwa­wio­nym ubra­niu… – Kiedy po­wie­działa te słowa, uno­szący się w miesz­ka­niu odór znów przy­pra­wił ją o mdło­ści.

– Wyjdź na ze­wnątrz, Motz – za­su­ge­ro­wał Ru­dow­ski. – Ode­tchnij. Je­steś prak­tycz­nie zie­lona.

Nie za­prze­czyła. Czuła się za słabo i z ulgą za­czerp­nęła po­wie­trza przed ka­mie­nicą. Rzu­ciła okiem na kon­te­nery i pię­trzące się nie­po­se­gre­go­wane od­padki. Gdzieś po­śród kar­to­nów, obier­ków po ziem­nia­kach i pu­szek po pi­wie mo­gły znaj­do­wać się do­wody. Gdyby Aśka była na miej­scu mor­dercy, nie wy­rzu­ca­łaby tu­taj ni­czego! A może pod wpły­wem emo­cji i sil­nego wzbu­rze­nia po­peł­ni­łaby ka­ta­stro­falne błędy? Może za­po­mnia­łaby o wszyst­kim, czego się na­uczyła? Pytała sama sie­bie, jed­nak naj­waż­niej­szym py­ta­niem zda­wało się to, dla­czego kon­te­nery nie zo­stały jesz­cze za­bez­pie­czone.

Ru­dow­ski za­klął ci­cho pod no­sem, ale i tak do­bitne słowo do­tarło do ucha pod­ko­mi­sarz Motz, która wła­śnie wró­ciła z po­dwó­rza.

– Coś nie tak? – za­py­tała, pod­cho­dząc bli­żej.

Do­strze­gła, że ko­mi­sarz wle­piał spoj­rze­nie w trupa, jakby wła­śnie zo­ba­czył go po raz pierw­szy. Jego twarz po­bla­dła, a dłoń po­da­jąca coś Aśce jakby lekko za­drżała.

– Zna­leź­li­śmy do­wód oso­bi­sty – od­parł ko­mi­sarz. – Praw­do­po­dob­nie na­le­żał do ofiary. To mój były klient. Nie­dawno wy­szedł z wię­zie­nia.

– Nie roz­po­zna­łeś go wcze­śniej? Nie sko­ja­rzy­łeś ad­resu?

– Jest na­puch­nięty i cały we krwi! – wy­ja­śnił Ru­dow­ski ner­wowo. – Jak mia­łem go roz­po­znać? Ad­res… rze­czy­wi­ście jest ten sam, ale by­łem tu wcze­śniej tylko raz, przy za­trzy­ma­niu, nie sko­ja­rzy­łem miej­sca. Mi­nęło… ja­kieś pięt­na­ście lat.

Aśka przy­glą­dała mu się z uwagą. Jego zdez­o­rien­to­wa­nie mocno ją za­sko­czyło.

– Przed bu­dyn­kiem stoją prze­peł­nione kon­te­nery na śmieci. Nie po­win­ni­śmy cze­goś z nimi zro­bić?

– Oczy­wi­ście, że po­win­ni­śmy! Mó­wi­łem mło­dym, żeby oto­czyli je ta­śmą! Jesz­cze tego nie zro­bili?

– Nie wy­gląda na to… przy­po­mnę im.

– Za­dzwoń do Mi­chała. On za­ła­twi wy­wie­zie­nie – od­po­wie­dział i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

– Nie mam do niego nu­meru – od­parła Aśka.

Rudy ani mruk­nął, ani wes­tchnął. Roz­piął tylko kom­bi­ne­zon, by wy­cią­gnąć te­le­fon z kie­szeni, i wy­cho­dząc z miesz­ka­nia, za­dzwo­nił do star­szego aspi­ranta.

Zo­sta­wiona sam na sam ze zwło­kami, Aśka po­sta­no­wiła dać so­bie ko­lejną szansę. Zbli­żyła się do le­żą­cego i przy­kuc­nęła. Sta­rała się od­dy­chać płytko i spo­koj­nie, nie my­śleć za­nadto o obrzy­dli­wym, wy­wra­ca­ją­cym żo­łą­dek na lewą stronę odo­rze. Szu­kała wzro­kiem twa­rzy ukry­tej pod war­stwą krwi i po­skle­ja­nych dłuż­szych wło­sów. Nie­wiele była w sta­nie zo­ba­czyć bez do­ty­ka­nia ciała. Zer­k­nęła na po­ważne ob­li­cze ze zdję­cia do­wo­do­wego. Nic dziw­nego, że Ru­dow­ski go nie po­znał. Fa­cet nie był już sobą. Śmierć zmie­niła dość przy­stoj­nego nie­gdyś męż­czy­znę w na­brzmiały wo­rek mięsa i pły­nów.

Ru­dow­ski wy­szedł z bu­dynku, by za­czerp­nąć po­wie­trza. Po­my­ślał, że po­wi­nien za­cząć to wszystko od nowa. Wejść do bu­dynku po­now­nie z in­nym na­sta­wie­niem i peł­niej­szą wie­dzą.

Na po­dwórko wy­biegł je­den z po­li­cjan­tów. W po­śpie­chu prze­pro­sił za nie­do­pa­trze­nie i za­czął ota­czać kon­te­nery po­li­cyjną ta­śmą. Kilku są­sia­dów wy­sta­wało z okien, by za­spo­koić na­tu­ralną ludzką cie­ka­wość.

– Ktoś umarł?! – rzu­cił je­den ze star­szych lo­ka­to­rów.

Rudy ob­rzu­cił męż­czy­znę spoj­rze­niem, ale nie od­po­wie­dział. Za­jął się za­pa­la­niem pa­pie­rosa. Tylko roz­wi­ja­jący ta­śmę po­li­cjant prze­rwał na chwilę swoje czyn­no­ści, za­darł głowę wy­soko i od­krzyk­nął:

– Nie­stety tak! Wi­dział ktoś nie­dawno coś po­dej­rza­nego?!

Rudy po­krę­cił głową z dez­apro­batą dla de­tek­ty­wi­stycz­nych za­pę­dów funk­cjo­na­riu­sza.

– Ty, młody! – zwró­cił się do niego bez cie­nia pre­ten­sji w gło­sie.

Po­li­cjant ob­ró­cił się gwał­tow­nie. Do­my­ślił się chyba, że po­nio­sła go am­bi­cja, bo na jego po­liczki wy­stą­piły na­gle czer­wone plamy. Rudy je­dy­nie do­ło­żył pa­lec wska­zu­jący do ust, a gdy młody po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem, rzu­cił:

– Pil­nuj tego kon­te­nera, do­póki ktoś od na­szych po niego nie przy­je­dzie.

Ko­mi­sarz po­woli ob­ró­cił się wo­kół wła­snej osi, przy­glą­da­jąc się po­dwórku oraz ob­skur­nym fa­sa­dom bu­dyn­ków. Jak mógł nie sko­ja­rzyć wcze­śniej tego miej­sca? Był tu wpraw­dzie tylko raz, a od tego wy­da­rze­nia mi­nęło po­nad pięt­na­ście lat, jed­nak za­kła­dałby, że jego ana­li­tyczny i by­stry umysł za­pa­mięta ad­res ska­za­nego pe­do­fila-mor­dercy! Może wy­biór­cza pa­mięć i emo­cjo­nalne prze­ła­do­wa­nie, ja­kiego do­świad­czał w tam­tym cza­sie, wy­pie­rały ze świa­do­mo­ści pewne fakty? Ko­mi­sarz uświa­do­mił so­bie, że okres sprzed pięt­na­stu lat po­zo­sta­wił w jego wspo­mnie­niach wiele dziur, wiele za­ma­szy­stych ob­ra­zów. Zo­stały same emo­cje, jakby od­cięte od kon­kret­nych sy­tu­acji. Żal i tę­sk­nota, wy­rzuty su­mie­nia oraz bez­rad­ność. I nie­na­wiść w spoj­rze­niu je­dy­nego syna.

Ru­dow­ski wo­lałby za­po­mnieć to wszystko i można po­wie­dzieć, że czę­ściowo mu się udało. Jed­nak te­raz po­wiew prze­szło­ści na­sko­czył na niego znie­nacka i z per­fid­nym uśmie­chem za­trium­fo­wał: „Tu cię mam!”.