Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
23 osoby interesują się tą książką
„Zamknęła oczy i jeszcze mocniej przywarła do framugi. Zapisana w połowie kartka papieru wypadła jej z ręki i niesiona lekkim podmuchem wiatru opadła powoli na posadzkę prawie tuż u jej bosych i poplamionych krwią stóp; spod przymkniętych powiek po-woli spływały łzy”.
Młodzi ludzie, przed którymi maluje się przyszłość. Ksywy sugerują najważniejsze cechy ich charakterów. Troszcząca się o innych, wrażliwa, uczuciowa Ava i śledzony zachwyconymi oczami innych kobiet, ale mający problemy z sobą, Maczo. I ten trzeci – pojawia się niczym cień w chwilach zwątpienia i samotności. Uprzejmy, uśmiechnięty, po przejściach. Czy warto dla niego zmienić życie?
Opowieść o toksycznym związku, o złych decyzjach podejmowanych owszem, w trosce o innych, lecz również trochę z egoistycznych pobudek.
Młodość, miłość, marzenia, alkohol, zazdrość, grająca na uczuciach, zdrada i lęk przed samotnością. Historia jakich pewnie wiele.
Czy ta może mieć szczęśliwe zakończenie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 142
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
okładka
Copyright © by W. L. Białe Pióro
Copyright © by Eve Lauda
Warszawa 2026
Projekt okładki: Eve Lauda z pomocą AI
Skład i łamanie: WLBP
Redakcja: Agnieszka Kazała
Korekta: Daria Siwek
Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
www.wydawnictwobialepioro.pl
Wydanie: II Warszawa 2026
Druk i oprawa: Custom Pronting
ISBN: 978-83-
Moim Rodzicom
Prolog
Było już dosyć późno, chyba po dziewiętnastej. Tym razem mama będzie gniewała się na nią za nieprzestrzeganie wyznaczonych godzin powrotu do domu, ale – prawdę mówiąc – nie za bardzo się tym teraz przejmowała.
Wiosenny i ciepły wieczór. Miała wspaniały nastrój i tym bardziej nie przerażała jej ani na chwilę zapowiadana na jutro klasówka z historii.
Wracała od Meli. Uczyły się trochę, ale dzisiejszego popołudnia chyba bardziej wygłupiały się i plotkowały niż zajmowały nauką. Zawsze były odpowiednio przygotowane do zajęć i pewnie dlatego i jedna, i druga stały się właścicielkami odznaki – wzorowy uczeń, z której Ava oczywiście była bardzo dumna, ale czasem ukrywała ją pod swetrem, narzuconym na szkolną sukienkę. Taką granatową, z przepięknym, dzierganym na szydełku przez rodzicielkę, białym kołnierzykiem. Robiła to zwłaszcza wtedy, kiedy chłopcy ze starszych klas patrzyli na tę jej odznakę albo raczej na nią, z tą odznaką przypiętą na piersi, z przekąsem.
Szła może trochę szybszym niż spacerowy krok, od czasu do czasu nuciła coś pod nosem, a trzymany w ręku brulion przekładała raz do jednej, raz do drugiej ręki w takt tej nuconej właśnie melodii.
Zwolniła kroku. Zbliżała się do skrzyżowania, tego największego w ich mieście, przy aptece. Kątem oka zauważyła nadjeżdżające z lewej strony auto. Spojrzała.
O! Ładne! – myślała, patrząc z zainteresowaniem na powoli mijający ją pojazd. Mocna czerwień. Czerwień meksykańska, tak chyba nazywa się ten kolor. I jak błyszczy! Kierowca zwolnił. Spojrzała na niego. Patrzył wyraźnie w jej stronę i uśmiechał się. Tak jakoś inaczej, inaczej niż wszyscy inni chłopcy z jej klasy albo ci starsi, z ogólniaka, których często mijała w drodze do albo ze szkoły. Przysłoniła twarz zeszytem, ale tak, by było widać tylko jej oczy… i też się do niego uśmiechała.
Gdzieś kiedyś już go widziała, nawet kilka razy. Podobał się nie tylko młodym dziewczynom z okolicy, a co najlepsze, również ich matkom. Był żonatym mężczyzną i chyba nawet miał już dziecko, ale tak dokładnie, to nie wiedziała. Starszy od niej. Ile? Nie ma pojęcia. Ona sama dopiero co skończyła czternaście lat i nawet nie powinna interesować się starszymi i żonatymi w dodatku mężczyznami. I tak na pewno powiedziałaby jej mama.
Ciekawe, czy on wie o tym, że ona, zza tego zeszytu, także się do niego uśmiecha?
Jakiś spory kawałek przed przejściem dla pieszych zwolniła kroku, potem zatrzymała się i czekała aż on przejedzie. Kierowca jednak zwolnił jeszcze bardziej. Prawie zajrzeli sobie w oczy. Była bardzo poruszona tym spotkaniem i długo w nocy nie mogła zasnąć.
Kilka lat później
Niespecjalnie lubiła kawiarnię położoną na porośniętej wysoką i pożółkłą trawą skarpie, ale czasem zaglądały do niej z Violą. Co jak co, ale podawano tu całkiem smaczną kawę – ziarenko kardamonu doskonale podnosiło jej smak, a orzechowe ciasteczko posypane grubym brązowym cukrem pieczone ponoć według starej babcinej receptury, było po prostu wyjątkowe.
– Widziałaś? – Viola szarpała za rękaw jej ulubionej, białej jak śnieg jedwabnej bluzki, ale zajęta strzepywaniem ze stolika papierosowego popiołu, który zamiast do popielniczki nieopatrznie trafił na kraciasty mocno sprany już i miejscami usiany małymi dziurkami obrus, nie reagowała na jej zaczepki. – No! Widziałaś, jak się do mnie uśmiechnął?
– Tak! Tak! Widziałam! – przytakiwała koleżance tak gwałtownie, aż Viola spojrzała na nią ze zdziwieniem. – Widziałam doskonale! Ale bardziej interesuje mnie ten, uśmiechający się do mnie!
– Wczoraj, wodził za tobą tym swoim wzrokiem, kiedy szłaś do bufetu. – Viola odzyskała głos. – Nie jest tutejszy. Zresztą, oni wszyscy nie są stąd. Poznamy ich w końcu? Mam taką cichą nadzieję.
– Też tak myślę! Nie będziemy się przecież tak sobie wiecznie przyglądać i przyglądać w nieskończoność.
– Przemawia przez ciebie sarkazm, koleżanko, zauważyłaś? – Viola poprawiała włosy, ale Ava widziała jej dyskretne spojrzenia, rzucane w stronę siedzących przy stoliku mężczyzn. Powędrowała za jej wzrokiem i zobaczyła wchodzącego na salę Maczo. Uśmiechnął się do niej szeroko i skinął głową na powitanie. Odwzajemniła uśmiech i także kiwnęła głową.
– No i? – Viola spoglądała na nią z nadzieją. – Poprawił ci się humor, co? Wiedziałam! Wiedziałam!
– Może, trochę – odparła, wydymając usta, i także dyskretnie obserwowała sąsiedni stolik, gdzie miejsce zajął i Maczo.
Siedzący przy nim czterej mężczyźni złożyli zamówienie, a kelnerka dosłownie chwilę później przyniosła im na tacy kieliszki i butelkę czystej.
***
Taki wielki bukiet kwiatów przewiązany przepiękną kolorową wstążką dostała wcześniej tylko raz – na swoje osiemnaste urodziny. Niby był to dodatek do prezentu od rodziców, ale wiedziała: to na pewno był pomysł taty lubiącego obdarowywać kobiety, nie tylko jej mamę, ale także swoje siostry, ciotki, właśnie takimi wielkimi bukietami.
Zanim przeczytała liścik wiedziała dokładnie od kogo był ten – uśmiechnęła się sama do siebie… Wczoraj, po seansie filmowym, kiedy wracali już do domu, zatrzymali się na chwilę przy pustej jeszcze przystani przy jeziorze na papierosa. Nie pamiętała już, jak to się dokładnie zaczęło. Zanim Maczo podał jej ogień, musnął ją leciutko wargami w policzek, potem drugi raz… potem pocałował ją mocno, a ona się nie broniła. Pierwszy raz kochała się w aucie… długo, czule i namiętnie. Całowali się, przytulali i pieścili jeszcze, zanim wreszcie weszła na klatkę schodową.
Wstawiła bukiet do glinianego wazonu i postanowiła zostawić go tutaj, na swoim biurku. Zaraz po pracy wybierają się z Violą na zakupy i nie ma sensu zabierać go z sobą. Frezje to kwiaty niezbyt dobrze znoszące takie zimno. Wspomnienie wczorajszego wieczoru sprawiło, że za nic nie mogła skupić się na pracy. Miała uzupełnić wpisy w dzienniku, ale wyraźnie jej to nie szło.
Dwudniowe zaległości, to nie taka znowu katastrofa – pomyślała i po chwili wahania odłożyła dziennik z powrotem. Położyła głowę na złożonych na nim rękach i na nowo zatopiła się we wspomnieniach związanych z poprzednim, pełnym szczególnych targających nią bezustannie emocji, wieczorem.
Dosyć szybko uporały się z zakupami i z wypełnionymi po brzegi torbami zmierzały w kierunku ulicy Szczecińskiej. Stały teraz przed szarymi i zaparowanymi oknami pijalni piwa – od dłuższego już czasu jedynym miejscu w ich mieście, gdzie można było kupić papierosy bez kartek – i przytupywały nogami. Liczenie drobniaków trwało już dostatecznie długo; tak długo, że naprawdę można było porządnie zmarznąć. Poprzedniego dnia w telewizji zapowiadali siarczysty mróz na nadchodzącą noc, i już teraz, we wczesnych popołudniowych godzinach, zaczynał on dosyć ostro dawać się we znaki.
Rozgrzewała ręce, pocierając je szybko:
– A niech to! Ale zimno! O! A tu? Cała garść żółtych! Skąd ty je wzięłaś, co?
Viola parsknęła głośnym śmiechem:
– Dzięki nim kupimy paczkę papierosów, więc nie narzekaj, dobrze?
Spojrzała na nią i pokręciła głową.
– No tak! Ale kto kupi nam papierosy? Ja nie mam zamiaru tu wchodzić! – zezłościła się na dobre.
– A może ja mógłbym w czymś pomóc miłym paniom? – Najpierw poczuła zapach dobrej męskiej wody, po chwili wiedziała, skąd zna ten głos. Podniosła oczy. Tak, to Kier. Uśmiechał się do niej. Początkowo zamierzała zignorować jego uśmiech, a najlepiej jego w ogóle, ale ktoś przecież musiał kupić im te papierosy.
– Pomoże nam pan, zamieniając tę garść miedziaków na niebieskie Caro. Oczywiście, będziemy panu bardzo wdzięczne – powiedziała, uśmiechając się i przesypując przy tym drobne na wyciągniętą w jej kierunku dłoń mężczyzny. – Bardzo…
– Żaden problem! A jeżeli chodzi o zaciągnięty przy tej okazji dług wdzięczności, to wystarczy uśmiech! O! Tak jak teraz! Chociaż, nie ukrywam, chciałbym kiedyś spotkać się z panią tak we dwoje, sam na sam i może wypić małą czarną.– Patrzyli sobie w oczy, prawie tak, jak dawno temu, kiedy późnym wieczorem wracała do domu, a potem długo nie mogła zasnąć. – I mam nadzieję, że pani też kiedyś… tego zapragnie – dodał jeszcze, ale już bardzo cicho, i wszedł do knajpy, a ona odeszła szybko, zostawiając Violę.
Nie chciała być tutaj, kiedy on wróci z papierosami. Działo się z nią coś dziwnego, zawsze, kiedy się do niej uśmiechał albo nawet tylko na nią patrzył. Była całkowicie zdezorientowana. O co w tym wszystkim chodzi? Nie wiedziała zupełnie, dlaczego on to robi, dlaczego tak się do niej uśmiecha.
***
Spojrzała na zegarek. Za około dwadzieścia minut skończy lekcje i pozwoli dzieciom na wcześniejsze wyjście na podwórko; zza chmur właśnie wyjrzało słońce. A niech tam! Były dzisiaj wyjątkowo grzeczne, więc niech im będzie. Wstała z krzesła, ale zamierzała jeszcze wyjrzeć na korytarz, aby sprawdzić, z jakiego powodu zrobiło się tam jakieś zamieszanie, kiedy nagle drzwi do jej sali otworzyły się i najpierw zobaczyła wielki bukiet ognistoczerwonych róż, a chwilę potem Mariolę uginającą się pod jego ciężarem:
– To dla ciebie. Przyniósł go ten facet, ten wiesz, i prosił, aby ci przekazać. Weź go, jest bardzo ciężki. To już piąty, tak? A dopiero początek miesiąca. No! No!
Patrzyła z zachwytem na bukiet:
– Piękny! Jest piękny!
– Facet także był całkiem do rzeczy! – skwitowała Mariola.
– Przedstawił się? Jest jakiś liścik? – dopytywała Ava, ale w głębi duszy domyślała się przecież od kogo są kwiaty.
Nie myliła się. Viola, która właśnie nadeszła szepnęła jej do ucha:
– Byłam na mieście z Mirą i widziałam Maczo wychodzącego z kwiaciarni z tym bukietem. Ma facet gest! Ale był chyba wstawiony. On i jego dwaj koledzy.
Zmyła makijaż, wzięła chłodny prysznic, choć nie zamierzała kłaść się jeszcze do łóżka. Sięgnęła do półki z książkami; wzięła pierwszą lepszą z brzegu i usiadła w fotelu, przy oknie. Choroby wewnętrzne. Powikłania – odłożyła ją szybko z powrotem – nie, nie będzie tego więcej czytać; to, co przeczytała do tej pory, już i tak wystarczająco ją przybiło.
Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu, zanim wstała i podniosła słuchawkę, minęło kilka chwil.
– Słucham…
– Ava, no proszę cię, naprawdę, wiesz, tak jakoś wyszło – mówił Maczo z trudem wymawiając słowa. – Wybierzemy się jeszcze na ten film, obiecuję.
– Umówiliśmy się przecież, a ty nawet wcześniej nie dałeś znać, że nie przyjdziesz! – Chciała krzyknąć do słuchawki, ale opanowała się w porę. – Tak się nie robi! – powiedziała tylko.
– Oj! Nie rób z igły widły – próbował żartować. – Pomogliśmy matce Tadeusza przywieźć ze sklepu, a potem zamontować pralkę. O! Masz od niej pozdrowienia. Ona potem postawiła pół litra, a na zakąskę zrobiła mielone z cebulką i wiesz… Powiedz lepiej, czy podobał ci się bukiet?
– Tak, podobał mi się, dziękuję! Przepraszam, ale boli mnie głowa. Porozmawiamy jutro, kiedy się spotkamy. Pójdę się położyć.
– O co ci chodzi?! Ja to mam szczęście! Jak tylko coś chcę zrobić dla kogoś dobrze, to ciebie zawsze jakaś mucha ugryzie!
Naprawdę bolała ją głowa i chociażby z tego powodu nie miała ochoty na dalszą rozmowę. Dodatkowo po słowach Maczo poczuła nagły przypływ wyrzutów sumienia – matka Tadeusza to schorowana kobieta, dawna sąsiadka jej rodziców, osoba zawsze życzliwa dla innych i Ava za żadne skarby świata nie chciałaby przysparzać jej jakichkolwiek zmartwień, których wyjątkowo dużo dostarczał jej właśnie Tadeusz, jej syn, serdeczny kolega Maczo jeszcze z czasów szkoły podstawowej, alkoholik po czterech nieudanych kuracjach odwykowych.
I pewnie dlatego nie bardzo chciało jej się wierzyć w to „postawienie pół litra”, no ale…
***
Nie było żadnej dostawy towaru w sklepie „Odzież damska i męska” w centrum Bieniewa i miały trochę czasu, aby spokojnie usiąść w pobliskiej kawiarni i wypić kawę, a przy okazji ponarzekać, obojętnie na co i na kogo, głównie przecież chodziło o to, żeby wyrzucić z siebie złość. Jutro wszak ani jedna, ani druga nie przyjdzie do pracy w nowym ciuchu.
– Wiesz, może Mira źle usłyszała, kiedy ma być dostawa, a my łyknęłyśmy to jej gadanie jak kaczki! – zastanawiała się Viola, nie spodziewając oczywiście odpowiedzi od zapatrzonej gdzieś daleko koleżanki. – Jutro takie święto, a ja nie mam nic nowego do włożenia na grzbiet! Potrafisz wyobrazić sobie, jaka to dla mnie tragedia?
– Jak zwykle przesadzasz! – ożywiła się na chwilę. – Przecież masz ładną spódniczkę, tę, którą podarowała ci Inga.
– Ava! Co z tobą? – złościła się Viola. – Nie pamiętasz?! Pożyczyłam ją mojej kuzynce, mija już drugi miesiąc, a ona mi jej nie oddaje.
– Ava, jak Ava Gardner. Piękna kobieta i piękne imię – usłyszały raptem gdzieś z boku. – I pasuje do pani.
– Dziękuję. – Obrzuciła uśmiechającego się do niej Kiera długim spojrzeniem. Był z jakimś starszym nieco od siebie mężczyzną; zajmowali właśnie miejsca niedaleko ich stolika. Odwzajemniła się także delikatnym uśmiechem i po chwili z przerażeniem odkryła, jak bardzo w głębi serca cieszy się na jego widok. Jakiś czas nie widziała go i kiedyś nawet pomyślała, czy może jest chory albo, co nie daj Boże!, miał wypadek. Teraz siedział tak bardzo blisko, a ona wyraźnie czuła radość z tego spotkania.
– Zawsze i dla wszystkich jest pan taki miły? – spytała, starając się utrzymać powagę i już najmniejszym nawet ruchem czy gestem nie pokazać, jak bardzo cieszy ją jego widok.
– Nie zawsze i nie dla wszystkich, ale dla pani byłbym – odpowiedział z uśmiechem, przeciągając niektóre sylaby. – Kto wie? Może nawet milszy? Tak, na pewno byłbym milszy…
Lubiła wypady za miasto, obojętnie, czy było to we wczesnych godzinach czy po południu – brali wtedy z sobą duży wiklinowy koszyk, najpierw wypełniali go przeróżnymi wiktuałami (nie mogło zabraknąć oczywiście kiełbasek i kaszanki), kilka butelek jakiegoś napoju (o to zawsze dbał Maczo), ładowali to wszystko do auta i jechali gdzieś nad wodę. Jeżeli tylko obydwoje mieli ochotę na taki wypad, nic nie stało na przeszkodzie: ani lekkie ochłodzenie, ani brak słońca czy padający akurat kapuśniaczek. Odpowiednie ubranie zapewniało ochronę przed zimnem, deszczem i czasem uporczywie atakującymi owadami, a jeżeli nie można było rozpalić ogniska, bo było zbyt mokro, to spacer dookoła jeziora albo po lesie, wspinaczka po pniu lub pokonanie przeszkody, jaką było powalone drzewo były równie przyjemne.
W takie dni była szczęśliwa. Nie tylko przyjemnie spędzali czas na wspólnej zabawie i opowiadaniu przeróżnych historyjek ze swojego życia, ale poznawali się nawzajem – oni obydwoje, kobieta i mężczyzna… szum lasu, śpiew ptaków, zachodzące słońce podglądające ich zza wysokich drzew wywoływały nastrój sprawiający, że zapominali o bożym świecie… byli tylko oni i nie liczyło się nic więcej.
Wracali do domu szczęśliwi, radośni… często po to, aby szybko powtórzyć i kontynuować prawie do rana to, co zaczęli jeszcze na łonie natury – obcowanie z sobą, poznawanie siebie nawzajem.
Tylko czasem radość z tak pięknie spędzonego czasu psuła jej niczym niepohamowana chęć Maczo do wypicia „jednego przed snem” piwa, na które potrafił wybrać się już późnym wieczorem do pijalni na prawie drugi koniec miasta.
***
Viola była wyraźnie zniecierpliwiona czekaniem na przyjaciółkę:
– Rusz się! Nie zdążymy! Ale się grzebiesz!? Z tobą to tak zawsze! Czasem mam już dość tego twojego guzdrania!
– Musiałam poprawić makijaż! I nie krzycz tak, w uszach mi dudni od twojego wrzasku! Trochę delikatniej, proszę. A po dziesiąte, to mamy jechać stopem, pamiętasz? Twój pomysł zresztą, więc na pewno zdążymy.
– No dobra, dobra. – Viola spuściła z tonu, ale tak całkiem nie zamierzała odpuścić. – Ale pośpiesz się. Chciałabym wrócić dzisiaj wcześniej do domu. Wieczorem ma przyjść ciotka Irena. Wiesz, ta, która wszystko o wszystkich wie. Ciągle o ciebie pyta, więc pozdrowię ją w twoim imieniu. Pośpieszmy się, o ile pamiętam, to wy też wybieracie się na jakąś imprezę po południu, co?
Kilka minut później były już na drodze w kierunku Kotlina. Zastały tam Kamę i jej koleżankę, także zamierzające wybrać się do miasta tak zwaną okazją.
– Ava, mieszkasz z Maczo? Na mieście plotkują, jakoby wprowadził się do ciebie jakiś czas temu – spytała nagle, ale całkiem głośno, Kama.
– Tak. To prawda. Siedem miesięcy temu, gdybyś chciała wiedzieć dokładnie – odpowiedziała chłodno, nie patrząc nawet w jej stronę. – Ciekawość zaspokojona?
– Wiesz – Kama uśmiechała się – wszyscy tak mówią źle o moim narzeczonym, ale ten twój, to już w ogóle nadużywa alkoholu. Mówią…
– Kama, bardzo cię proszę, interesuj się raczej swoim facetem i zostaw Avę w spokoju! – wtrąciła nagle dosyć ostro Viola. – Nie rozumiem! Ludzie interesują się najbardziej czyimiś sprawami, zamiast własnymi.
– Dzięki! – rzuciła w jej stronę, a pociągnięta przez nią za rękaw odeszła kilka kroków dalej.
Wracali do domu o zmierzchu. Po seansie filmowym, na który wybrali się do właśnie otwartego i najnowocześniejszego kina w ich województwie, wpadli jeszcze na herbatę do jego znajomych. Zabawili tam dłużej niż planowali. Jej stanowcza prośba, aby wyruszyli wreszcie w drogę powrotną, bo nazajutrz obydwoje muszą wcześnie wstać, by dojechać do pracy, spowodowała, że Maczo, acz niechętnie, w końcu wstał od suto zastawionego stołu i zaczął się żegnać.
Prawie całą drogę jechali w milczeniu, dopiero przed samym Bieniewem nie wytrzymała:
– Nie rób tego więcej, proszę! Na drugi raz nie wsiądę do auta!
Maczo spojrzał na nią ironicznie:
– Musisz zaczynać kłótnię z byle powodu? To tylko jedno piwo! Prawie wszyscy kierowcy w tym kraju siadają za kierownicę po jednym piwie. To normalne!
– Piwo i setka! Nie, dla mnie to nie jest normalne! I nie chcę, abyś był z tych „prawie wszyscy”! – powiedziała, powstrzymując płacz. – A poza tym, nie zapominaj, kogo masz za pasażerkę!
Maczo dodał gazu, a potem raptownie zwolnił:
– Nie udawaj! To wszystko przez ciebie?! Wkurzyłaś mnie! Tak patrzyłaś na Karola… O mało nie pożarłaś go wzrokiem! – mówił gniewnym głosem, marszcząc przy tym brwi. – I dlatego wypiłem jeszcze setkę! Rozumiesz? Przez ciebie!
– Przeze mnie? Maczo… – Spojrzała na niego zdziwiona, po chwili zdała sobie sprawę, że lepiej zakończyć tę rozmowę, zanim zamieni się w kłótnię. Jeszcze nie dojechali do domu, a Maczo przed wyjazdem pił alkohol. Widziała jego, zmieniającą się pod wpływem zaczynającej działać mieszanki, twarz.
***
Wzięła zwolnienie lekarskie. Nie mogła w takim stanie iść do pracy – temperatura prawie czterdziestostopniowa, co kilkanaście minut napady duszącego kaszlu, silny katar i jeszcze silniejszy ból głowy, ogólne osłabienie. Musiała poleżeć w łóżku, przynajmniej trzy dni. Działo się tak od dobrych kilkunastu, jak nie więcej, lat: temperatura spadała u niej dopiero po trzech dniach i po nich mogła myśleć o ciepłej kąpieli w wannie, orzeźwiającym prysznicu, o wyjściu na balkon dla zaczerpnięcia świeżego powietrza czy o krótkim spacerze w pobliżu bloku.
Drugiego dnia postanowiła jednak zwlec się z łóżka i zajrzeć do osiedlowego sklepiku. W domu brakowało wielu produktów, a obawiała się, i słusznie, jak się potem okazało, że Maczo znowu zapomni zrobić zakupy.
