Psalm dla zbudowanych w dziczy - Becky Chambers - ebook + audiobook + książka

Psalm dla zbudowanych w dziczy ebook i audiobook

Becky Chambers

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Laureatka Nagrody Hugo, Becky Chambers, daje nam nadzieję na lepszą przyszłość w swojej nowej, zachwycającej serii „Mnich i robot”

Wieki temu roboty z Pangi zyskały samoświadomość i porzuciły swoje narzędzia.

Wieki temu masowo powędrowały do dziczy i słuch po nich zaginął.

Wieki temu przeniosły się do świata mitów i legend miejskich.

Aż pewnego dnia jeden z robotów staje na drodze herbacianego mnicha, bywypełnić dawne posłannictwo. Matylko jedno pytanie: „Czego potrzebują ludzie?”.

Odpowiedź zależy jednak od tego, kogo zapytać i jak.

A mnich i robot będą musieli pytać – i to często.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 48 min

Lektor: Popczyński Marcin
Oceny
4,0 (226 ocen)
94
68
46
14
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
klaweksiazki

Z braku laku…

Ani dobra, ani zła. Dla mnie po prostu jest. Trochę zbyt płytka.
Lupusrevelio

Z braku laku…

Rozczarowanie. Niesamowicie naiwne, a gdyby wyrzucić te sporadyczne przekleństwa (też niekoniecznie uzasadnione), to wręcz książeczka dla dzieci o tym, żeby wody nie marnować przy myciu zębów...
42
Jaryba

Z braku laku…

Łopatologiczna gadka. Trochę jak dla dzieci, ale przekleństwa wtrącane "bo tak" temu przeczą, więc nie wiem dla kogo.
42
erture

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna ksiażka. Zabawna i piękna utopia. Wspaniali protagoniści, Zachwycający świat. Prędko zabieram się za drugi tom
20
Sznajper

Nie oderwiesz się od lektury

kojąca lektura
20

Popularność




Tytuł oryginału A Psalm for The Wild-Built

Copyright © 2021 by Becky ChambersAll rights reserved

First published in 2021 as a Tordotcom Bookby Tom Doherty Assiociates120 Broadway, New York, NY 10271tor.com

Tor® is a registered trademark of Macmillan Publishing Group, LLC

Redakcja oryginału: Lee Harris

Przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski

Redakcja: Katarzyna Zegadło-Gałecka, Joanna Rozmus

Korekta: Marek Stankiewicz

Skład: Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej: Aleksandra Pieńkosz

Grafika na okładce: Feifei Ruan

Projekt okładki: Christine Foltzer

Tło z liśćmi herbaty: DarianaArt/depositphotos.com

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2024Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68053-01-2

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

x.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

tiktok.com/insignis_media (@insignis_media)

Dla każdego, komu przydałaby się chwila wytchnienia.

Jeśli zapytać sześciu różnych mnichów, do której boskiej domeny należy świadomość robotów, dostanie się siedem różnych odpowiedzi.

Najpopularniejsza z nich – zarówno wśród osób duchownych, jak i ogółu społeczeństwa – mówi, że ewidentnie do domeny Chala. Bo do kogo miałyby należeć roboty, jeśli nie do Boga Konstruktów? Tym bardziej że, co pojawia się w argumentach, pierwotnie roboty stworzono w celach produkcyjnych. I choć historia nie wspomina ciepło Epoki Fabryk, nie można oddzielić robotów od ich pochodzenia. Stworzyliśmy konstrukty, które potrafiły budować inne konstrukty. Cóż lepiej oddawałoby kwintesencję Chala?

Nie tak szybko, zaprotestowaliby ekologianie. Bądź co bądź ostatecznym rezultatem Przebudzenia było to, że roboty opuściły fabryki i odeszły do dziczy. Wystarczy spojrzeć na oświadczenie, które złożył wybrany przez roboty rzecznik Podłogowy AB#921, kiedy to odrzuciły one zaproszenie dołączenia do ludzkiego społeczeństwa jako wolni obywatele:

Wszystkim, co dotąd znaliśmy, jest życie zaprogramowane przez człowieka, począwszy od naszych ciał, przez pracę, którą wykonujemy, skończywszy na budynkach, w których nas ulokowano. Dziękujemy, że nie trzymacie nas tutaj wbrew naszej woli, ale z całym szacunkiem dla waszej oferty, pragniemy całkowicie opuścić wasze miasta, by móc obserwować to, co niezaprojektowane – nietkniętą dziką naturę.

Z ekologiańskiego punktu widzenia idealnie pasuje to do Bosha. Być może niezwykłym jest, by Bóg Cyklu błogosławił to, co nieorganiczne, ale pragnienie robotów, by doświadczać surowych, funkcjonujących w niezakłócony sposób ekosystemów naszego bujnie porośniętego księżyca musiało skądś się wziąć.

Dla kosmitian rozwiązanie tej zagadki stanowi Chal. Według etosu ich sekty ciężka praca jest równoznaczna z dobrem, zaś przeznaczeniem narzędzia jest zwiększenie naszych własnych fizycznych lub umysłowych zdolności, nie zaś całkowite uwolnienie się od pracy. Podkreślają, że gdy pierwszy raz zastosowano roboty, nie wykazywały one żadnych tendencji do samoświadomości i pierwotnie miały być uzupełnieniem ludzkiej siły roboczej, nie zaś całkowicie ją zastąpić. Kosmitianie twierdzą, że gdy ta równowaga została zachwiana, a zakłady wydobywcze, w których nie pracowała ani jedna para ludzkich rąk – mimo iż te ręce desperacko potrzebowały jakiegokolwiek zatrudnienia – pozostawały otwarte na okrągło dwadzieścia godzin na dobę, Chal interweniował. Wypaczyliśmy konstrukty do tego stopnia, że zaczęło to nas zabijać. Mówiąc wprost, Chal odebrał nam nasze zabawki.

Albo, jak zaprotestowaliby ekologianie, Bosh przywracał równowagę, zanim uczyniliśmy Pangę miejscem nienadającym się do życia dla ludzi.

Albo, jak włączyliby się do dyskusji Charyzmatycy, odpowiadają za to obaj i powinniśmy uznać to za dowód, że Chal jest ulubieńcem Bosha spośród Bogów Dzieci (to byłby koniec całej tej rozmowy, ponieważ skrajne przekonanie charyzmatyków, jakoby bogowie byli świadomi i emocjonalni w sposób podobny do ludzi, doprowadza do szału przedstawicieli pozostałych sekt).

Albo, jak znużonym tonem zauważyliby esencjaliści z drugiego końca pomieszczenia, fakt, że nie potrafimy się co do tego wszystkiego zgodzić i że maszyny, które z pozoru mogły się wydawać niewiele bardziej skomplikowane niż kieszonkowy komputer, z powodów, których jak dotąd nikomu nie udało się ustalić, nagle się obudziły, oznacza, że równie dobrze możemy przestać się kłócić i obarczyć odpowiedzialnością Semafara.

Jeśli o mnie chodzi, bez względu na to, w której domenie narodziła się świadomość robotów, uważam, że przypisanie tego Bogu Tajemnic jest rozsądną decyzją. Wszak ludzie nie mieli żadnego kontaktu z od dawna nieobecnymi robotami, tak jak zapewniano w Pożegnalnej Obietnicy. Nie możemy ich zapytać, co o tym wszystkim myślą. Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy.

Brat Gil, Znad przepaści: Duchowa retrospektywa Epoki Fabryk i wczesnej Epoki Przejściowej

Czasem człowiek dochodzi w życiu do takiego punktu, kiedy po prostu trzeba spierdolić z miasta. Nie ma znaczenia, czy spędziło się w nim całe dorosłe życie, tak jak w przypadku siostrata Dex. Nie ma znaczenia, czy to miasto jest dobrym miastem, tak jak jedyne Miasto na Pandze. Nie ma znaczenia, że macie tam przyjaciół i że są tam te wszystkie budynki, które kochacie, park, w którym znacie najlepsze ukryte zakamarki, ulice, po których poruszacie się instynktownie, nie musząc szukać drogi. Miasto było piękne, naprawdę piękne. Strzelista architektoniczna feeria łuków, blasków i kolorowych świateł połączona koronką nadziemnych linii kolejowych i gładkich chodników, usianych liśćmi sypiącymi się z każdego balkonu i pasa zieleni oddzielającego jezdnie, gdzie każdy wdech pachniał przyprawami, świeżym nektarem, praniem suszącym się na krystalicznie czystym powietrzu. Miasto było zdrowym, kwitnącym miejscem. Nigdy niekończącą się harmonią tworzenia, działań, wzrostu, prób, śmiechu, gonitwy, życia.

Siostrat Dex mieli tego serdecznie dość.

Pragnienie odejścia zaczęło się od idei cykania świerszczy. Dex nie potrafili wskazać, skąd się to wzięło. Może z jakiegoś filmu albo eksponatu w muzeum. Albo z jakiegoś pokazu multimedialnego, w którym pojawiały się odgłosy przyrody. Dex nigdy nie mieszkali w miejscu, gdzie byłoby słychać śpiew świerszczy, a jednak, gdy już dotarł do nich brak tego dźwięku wśród odgłosów Miasta, nie potrafili tego zignorować. Zauważyli to, pielęgnując ogród nad dachu Klasztoru Łąkowej Pieczary, co należało do ich obowiązków. „Byłoby przyjemniej, gdyby żyły tu świerszcze”, myśleli, grabiąc i plewiąc. Najróżniejszych stworzonek mieli pod dostatkiem – motyle, pająki, chrząszcze, wszelkie możliwe małe synantropy, których przodkowie uznali, że wolą Miasto od chaotycznych pól rozciągających się poza jego murami. Ale żadne z tych stworzeń nie umiało cykać. Żadne nie śpiewało. To były miejskie stworzonka, a tym samym, według Dex, gorsze.

Brak śpiewu świerszczy dawał się odczuć także nocą, gdy leżeli skuleni pod miękką pościelą w dormitorium. „Założymy się, że miło się zasypia, słuchając świerszczy”, myśleli. Kiedyś, w przeszłości, wieczorne bicie klasztornych dzwonów zawsze sprawiało, że natychmiast zapadali w sen, ale ten niegdyś kojący metaliczny szmer teraz wydawał się głuchy i brzękliwy, a nie słodki i dźwięczny jak cykanie świerszczy.

Brak był też wyczuwalny w ciągu dnia, gdy Dex jeździli rowerem elektrycznym na farmę robaków, do biblioteki nasion, czy gdzie ich tam jeszcze danego dnia pognało. Owszem, słyszeli muzykę i melodyjny śpiew ptaków, ale też elektryczny szum kolei jednotorowej, szu, szu turbin wiatrowych na balkonach i niekończące się bla, bla, bla ludzkich rozmów.

Wkrótce Dex minęło coś tak prostego, jak fascynacja jakimś wydumanym owadem. Tęsknota zaczęła obejmować każdy aspekt ich życia. Kiedy spoglądali w górę na drapacze chmur, nie podziwiali już ich wysokości, lecz rozpaczali, że stoją tak blisko siebie – niekończące się skupiska ludzi upakowane tak gęsto, że pnącza porastające ich kazeinowe szkielety splatały się wąsami. Dotkliwe poczucie zamknięcia w Mieście stało się nie do zniesienia. Dex chcieli zamieszkać w miejscu, które rozrasta się nie w górę, lecz nazewnątrz.

Pewnego dnia wczesną wiosną Dex ubrali się w tradycyjne czerwienie i brązy swojego zakonu, po raz pierwszy od dziewięciu lat spędzonych w Łąkowej Pieczarze minęli kuchnię i weszli do biura Nadzorczyni.

– Zmieniamy powołanie – oświadczyli. – Będziemy podróżować po wioskach i zajmować się serwowaniem herbaty.

Siostra Mara, która nakładała właśnie na złocisty kawałek tostu tyle dżemu, ile tylko był w stanie unieść, zamarła z łyżeczką w ręce i zamrugała.

– To dość nagła decyzja.

– Dla ciebie – odparli Dex. – Nie dla nas.

– W porządku – stwierdziła siostra Mara, gdyż jej obowiązki jako Nadzorczyni polegały tylko na nadzorowaniu, nie na dyktowaniu. To był nowoczesny klasztor, nie jakaś skostniała hierarchia, jak u dawnego duchowieństwa sprzed Epoki Przejściowej. Jeśli wiedziała, co się dzieje z mnichami pod ich wspólnym dachem, można było uznać jej obowiązki za spełnione.

– Chcecie zostać czeladnikiem?

– Nie – odpowiedzieli Dex. Formalna nauka miała swoje zalety, ale robili to już wcześniej, a uczenie się poprzez działanie było równie dobrą ścieżką. – Chcemy uczyć się sami.

– Mogę spytać dlaczego?

Dex wsunęli ręce do kieszeni.

– Nie wiemy – odparli zgodnie z prawdą. – Po prostu czujemy taką potrzebę.

Siostra Mara przez dłuższą chwilę przyglądała im się z zaskoczoną miną, ale ich wypowiedź nie była tego typu stwierdzeniem, z którym jakikolwiek mnich mógłby lub zamierzał dyskutować. Ugryzła kawałek tostu, przez moment się nim delektowała, po czym znów skupiła uwagę na rozmowie.

– Hmm, no cóż… Będziecie musieli znaleźć kogoś, kto przejmie wasze obecne obowiązki.

– Oczywiście.

– Będziecie potrzebować zaopatrzenia.

– Zajmiemy się tym.

– No i, naturalnie, będziemy musieli wyprawić wam imprezę pożegnalną.

Na myśl o tym ostatnim Dex poczuli się nieswojo, ale się uśmiechnęli.

– Pewnie – odparli, przygotowując się mentalnie na jakiś wieczór w przyszłości, gdy będą się znajdowali w centrum uwagi.

Koniec końców, impreza okazała się całkiem w porządku. Jeśli Dex mieli być szczerzy, to wyszło naprawdę miło. Mnóstwo uścisków, łez i za dużo wina, jak tego wymagała okazja. Było kilka takich chwil, gdy zastanawiali się, czy postępują słusznie. Pożegnali się z siostrą Avery, z którą pracowali od czasów swojego terminowania. Pożegnali się z siostratem Shay, którzy serdecznie łkali w typowy dla siebie sposób. Pożegnali się z bratem Baskinem, co było szczególnie trudne. Dex i Baskin przez jakiś czas byli kochankami i choć zdążyli się już rozstać, sentyment pozostał. Podczas tych pożegnań serce Dex kuliło się w piersi, głośno protestowało, mówiło, że jeszcze nie jest za późno, że przecież nie muszą tego robić. Nie muszą odchodzić.

„Świerszcze”, pomyśleli jednak i protesty ucichły.

Następnego dnia spakowali torbę ubrań i różnych drobiazgów oraz niewielką skrzynkę z nasionami i sadzonkami. Wysłali wiadomość do rodziców, by dać im znać, że to dziś jest ten dzień i że gdy będą w drodze, mogą być poza zasięgiem sygnału. Pościelili łóżko dla tego, kto miał je po nich przejąć. Zjedli wielkie śniadanie, które miało przemóc kaca, i jeszcze raz wyściskali wszystkich po kolei.

A potem opuścili Łąkową Pieczarę.

To było dziwne uczucie. Każdego innego dnia akt przechodzenia przez drzwi byłby czymś, o czym Dex by nawet nie pomyśleli, tak jak to, że stawiają jedną nogę przed drugą. Ale opuszczanie jakiegoś miejsca na dobre niosło za sobą pewien ciężar, głębokie poczucie sejsmicznej zmiany. Dex, z torbą zarzuconą na plecy i skrzynką pod pachą, odwrócili się. Spojrzeli w górę na mural Boga Dziecka Allalae, swojego boga, Boga Drobnych Wygód reprezentowanego przez wielkiego letniego niedźwiedzia. Dotknęli wisiorka z niedźwiedziem na swojej szyi i przypomnieli sobie dzień, gdy dał im go brat Wiley, bo ten pierwszy zgubił się w praniu. Z drżącym sercem wciągnęli powietrze, a potem ruszyli przed siebie pewnym krokiem.

Wóz czekał pod Klasztorem Półksiężycowego Ula, niedaleko skraju miasta. Dex weszli przez łukowate przejście do świętego warsztatu, samotna postać ubrana w czerwień i brąz w tłumie kombinezonów w kolorze morskiej zieleni. Hałasy miasta były niczym w porównaniu do kakofonii tutaj, świętego chóru pił stołowych, sypiących iskry spawarek oraz drukarek 3D tkających kieszonkowe talizmany z zabarwionej na wesołe kolory pektyny. Dex nigdy dotąd nie poznali swojej osoby kontaktowej, siostry Fern, ale powitała ich serdecznym uściskiem pachnącym trocinami i pastą woskową.

– Chodźcie, zobaczycie swój nowy dom – powiedziała z pewnym siebie uśmiechem.

Zgodnie ze zleceniem był to elektryczny wóz: dwupoziomowy, z potężnymi kołami, gotowy na przygodę. Obiekt w równej mierze praktyczny, co przyjemny dla oka. Zewnętrzną część pojazdu zdobił mural o jednoznacznie klasztornej wymowie. Widniał na niej wielki niedźwiedź Allalae, syty i zadowolony na łące pełnej kwiatów. Na tyłach wozu namalowano wszystkie symbole Świętej Szóstki oraz sparafrazowany fragment z Wglądów, zdanie zrozumiałe dla każdego Panganina.

Znajdź siłę, by zrobić jedno i drugie.

Na obu poziomach wozu znajdowały się ciekawie rozmieszczone okrągłe okna oraz wypukłe oświetlenie na zewnątrz na ciemniejsze godziny. Dach wieńczyła lśniąca powłoka termowoltaiczna i niewielka turbina wiatrowa beztrosko przechylona na jedną stronę. Byli to, jak wyjaśniła siostra Fern, towarzysze ukrytych w ścianach baterii grafenowych zasilających różne elektroniczne udogodnienia. Do solidnych stelaży po bokach wozu przytwierdzono bogaty asortyment najprzeróżniejszego sprzętu: skrzynki do przechowywania, zestawy narzędzi, wszystko, czemu nie mogło zaszkodzić trochę deszczu. W podwozie wtulał się zbiornik na wodę i filtr na szare ścieki, których skomplikowane tajniki działania ukryto w przypominających pontony obudowach. Były tam też schowane szafki i wysuwane szuflady, dzięki którym w jednej chwili można było wyczarować kuchnię i turystyczny prysznic.

Dex weszli do tego wynalazku przez jednoskrzydłowe drzwi, a napięcie w karku, którego do tej pory sobie nie uświadamiali, ustąpiło. Uczniowie Chala zbudowali dla nich małe sanktuarium, mobilną kryjówkę, która zapraszała Dex, by weszli do niej i uspokoili się. Drewno wewnątrz było polakierowane, ale niemalowane, by można było w pełni docenić ciepły rumieniec cedru z odzysku. W drewnie osadzono zakręcone jak fale panele oświetleniowe, które spowiły na to tajemne miejsce światłem zbliżonym do blasku świec. Dex przesunęli ręką po ścianie, nie mogąc uwierzyć, że to miejsce należało do nich.

– Wejdźcie na górę – zachęciła siostra Fern z błyskiem w oku, opierając się o ramę drzwi.

Dex wspięli się po małej drabince na drugi poziom. Wszelkie wspomnienia o napięciu w karku znikły, gdy przyjrzeli się łóżku. Kremowa pościel, poduszek pod dostatkiem, ciężkie, porządne koce. Wyglądały, jakby nieskończenie łatwo można było się w nie zapaść i jakby równie trudno było się z nich podźwignąć.

– Wzorowaliśmy się naTraktacie o łóżkach siostrata Asha – poinformowała siostra Fern. – Jak nam poszło?

Siostrat Dex z nabożnym skupieniem pogłaskali poduszkę.

– Jest idealnie – odparli.

Każdy wiedział, czym się zajmuje herbaciany mnich, więc Dex nie martwili się zbytnio o początki. Serwowanie herbaty nie było żadną wiedzą tajemną. Ludzie przychodzili do wozu ze swoimi problemami i wychodzili z filiżanką świeżo zaparzonej herbaty. Dex, jak każdy, nie raz szukali chwili wytchnienia w herbaciarniach i przeczytali mnóstwo książek na temat szczegółów tej praktyki. Na opisanie starej tradycji zużyto morze elektronicznego atramentu, ale wszystko to sprowadzało się do jednego: słuchać ludzi, podawać herbatę. Trudno o coś mniej skomplikowanego. Oczywiście łatwiej byłoby się uczyć, naśladując brata Willa i siostrę Lerę w herbaciarni Łąkowej Pieczary – i gdy już rozeszła się wieść o decyzji ich siostrata, oboje proponowali, by Dex kilka razy im towarzyszyli – ale z jakiegoś powodu to po prostu nie pasowało do całej reszty tego… jakkolwiek nazwać to, co Dex robili. Po prostu musieli to zrobić sami.

Gdy pierwszy raz podali herbatę, nie opuścili jeszcze nawet Miasta; znajdowali się w Iskrach, granicznym dystrykcie położonym z dala od miejsc, które dobrze znali. To był malutki kroczek, zamoczenie palca przed skokiem do wody. Bracia, siostry i siostraci z Łąkowej Pieczary proponowali, że przyjdą ich wesprzeć, ale Dex chcieli to zrobić sami. Bo tak to właśnie będzie w wioskach. Musieli się przyzwyczaić do robienia tego, nie szukając oparcia w przyjaznych twarzach.

Przygotowali sobie kilka rzeczy na ten dzień: składany stolik, czerwony obrus, asortyment kubków, sześć puszek herbaty i ogromny elektryczny imbryk. Ten ostatni stanowił najważniejszy element i Dex byli bardzo zadowoleni z tego, który udało im się znaleźć. Radośnie pękaty, powlekany miedzią i z okrągłą szybką po obu stronach, żeby można było patrzeć na tańczące bąbelki. W komplecie była też rozwijana solarna mata, którą Dex starannie rozłożyli obok płyty grzewczej.

Gdy jednak cofnęli się o krok, by przyjrzeć się swojej aranżacji, rzeczy, które wydawały się takie ładne, gdy kupowali je na targu, teraz sprawiały dość ubogie wrażenie. Za dużo stołu, za mało przedmiotów, które na nim stały. Dex zagryźli wargę i pomyśleli o herbaciarni w domu – nie, to już nie był ich dom – z plecionymi girlandami pachnących ziół i mrugającymi latarniami, które w ciągu dnia chłonęły światło słońca.

Pokręcili głową. Ogarnęła ich niepewność. I co z tego, że stolik nie prezentował się jeszcze imponująco? Robili to po raz pierwszy. Ludzie to zrozumieją.

Ludzie się jednak nie zjawili. Dex z założonymi rękoma godzinami siedzieli przy stoliku. Starali się sprawiać swobodne, przystępne wrażenie, odpędzając nudę, która zaczęła wkradać się na ich twarz. Poprzestawiali kubki, wygładzili solarną matę, udawali, że zajmują się odmierzaniem herbaty. Bądź co bądź na ulicy byli jacyś ludzie, zmierzali w tę czy drugą stronę, pieszo i na rowerach. Czasem ktoś posyłał Dex ciekawskie spojrzenie i Dex zawsze odpowiadali na nie przyjaznym uśmiechem, ale w zamian otrzymywali jedynie inny rodzaj uśmiechu, taki, który mówił: „Dzięki, ale nie dziś”. I to było w porządku, wmawiali sobie Dex, gdy nietknięte puszki z herbatą smutno się na nich gapiły. Samo bycie dostępnymi wystarczało, by…

Ktoś się zbliżył.

Dex wyprostowali plecy.

– Dzień dobry! – powiedzieli nieco zbyt serdecznym tonem. – Co cię dzisiaj trapi?

Ten ktoś okazał się kobietą z roboczą torbą; wyglądała na niewyspaną.

– Dziś w nocy umarł mój kot – odrzekła i wybuchła płaczem.

Dex poczuli dziwny ucisk w żołądku, gdy nagle uświadomili sobie, że znajdują się po niewłaściwej stronie wielkiej przepaści między czytaniem o tym, jak to robić, a robieniem tego naprawdę. Jeszcze do wczoraj byli mnichem ogrodnikiem i pocieszali odwiedzających klasztor zdrową lisiłapką pnącą się po treliażu lub starannie przyciętą kwitnącą różą. Była to wymiana wyrażana poprzez otoczenie, nie poprzez słowa. Tak naprawdę Dex nie byli jeszcze herbacianym mnichem. Byli tylko osobą siedzącą przy stole z kubkami. Wóz, czajnik, czerwono-brązowe barwy i fakt, że wiek czeladniczy mieli już dawno za sobą – wszystkie te rzeczy świadczyły o tym, że wiedzą, co robią.

Ale nie wiedzieli.

Dex bardzo się starali wyrazić miną swoje współczucie, a nie narastające poczucie zagubienia.

– Przykro nam – powiedzieli. Usiłowali przypomnieć sobie porady, które czytali godzinami, lecz stwierdzili, że konkrety uleciały im z pamięci, podobnie jak podstawowe zwroty, których należało w takich sytuacjach używać.

Wiedzieć, że ludzie będą wam opowiadać o swoich problemach, to było jedno. Ale gdy prawdziwa nieznajoma z krwi i kości stała przed wami i już na samym wstępie zalewała się łzami, i to wy – wy – odpowiadaliście za to, by poprawić jej nastrój, to już było zupełnie co innego.

– To… bardzo smutne – powiedzieli Dex. Słyszeli własne słowa, słyszeli ich ton i to, jak nieskończenie żałośnie zabrzmiały. Próbowali wymyślić coś mądrego, coś głębokiego, ale wydusili z siebie tylko: – Czy był dobrym kotem?

Kobieta pokiwała głową, wyciągając z kieszeni chusteczkę.

– Wzięliśmy go z partnerem, kiedy był małym kociakiem. Chcieliśmy mieć dzieci, ale nic z tego nie wyszło, więc wzięliśmy Flipa i… właściwie oprócz niego już nic nas nie łączy. Ludzie bardzo się zmieniają przez dwadzieścia lat, wiesz. Gdybyśmy się teraz poznali, wątpię, czy w ogóle bylibyśmy sobą zainteresowani. Od roku nie uprawialiśmy seksu. Oboje sypiamy z innymi, więc sama nie wiem, czemu to dalej ciągniemy. Chyba z przyzwyczajenia. Od tak dawna razem mieszkamy. Człowiek już wie, jak to jest, ma dom, gdzie są wszystkie jego rzeczy, i zaczynanie od początku wydaje się zbyt straszne. Ale Flip był… no nie wiem… ostatnim złudzeniem, że wciąż mamy wspólne życie. – Wydmuchała nos. – A teraz go nie ma i wydaje mi się… naprawdę wydaje mi się, że to już koniec.

Dex