Przysięga zemsty - Jaclyn Rodriguez - ebook + audiobook + książka

Przysięga zemsty ebook

Jaclyn Rodriguez

0,0
69,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Rune Ryker nie ma już nic do stracenia. Nieśmiertelni odebrali jej wszystko – rodzinę, dom, wolność. Ale dziewczyna ma już dość grania według ich zasad.

Każdego roku ludzie są zmuszani do podróży na Ziemie Nieśmiertelnych, by przejść Selekcję – pobór stu dusz w ramach pokuty za bunt. Dwudziestoletnia Rune podczas Selekcji sama się zgłasza, zdeterminowana, by odnaleźć rodzinę oraz zniszczyć każdego, kto stanie jej na drodze. Rune przywykła do robienia wszystkiego, co konieczne, a teraz musi zmierzyć się z Kuźnią – bezwzględną akademią, w której Nieśmiertelni druidzi uczą się władać nieuchwytną magią kart tarota. Kiedy okazuje się, że moc Rune jest najrzadsza i najpotężniejsza ze wszystkich, kobieta zostaje zmuszona zamieszkać z jedyną osobą władającą tym samym darem – księciem Dravenem. Mężczyzna jest równie arogancki, co bezwzględnie ambitny, i jest ostatnią osobą, której mogłaby zaufać.

Umiejętności Rune przyciągają również uwagę najbardziej niebezpiecznych druidów w królestwach. Niektórzy chcą ją wykorzystać, ale większość pragnie jej śmierci. Draven oferuje, że wytrenuje Rune za pewną cenę. Gdy Rune zostaje uwikłana w niebezpieczne gierki księcia, dowiaduje się, że w samym sercu królestwa kryją się tajemnice, których niektórzy są gotowi bronić nawet za cenę własnego życia.

A narastające uczucia między Rune i Dravenem mogą stać się iskrą, która rozpali nadchodzącą wojnę.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 616

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: A Vow in Vengeance

Copyright © 2026 by Jaclyn Rodriguez All rights reserved

Autorskie prawa osobiste autora zostały zastrzeżone.

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

© Copyright for the Polish translation by Aleksandra Natalia Łatacz

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Filia, Poznań 2026

Projekt okładki: Christopher King

Ilustracje na okładce:

© vetre/ Adobe Stock

© Faraz hyder/ Adobe Stock

Redakcja: M. Nowak | Tak się wydaje

Korekta: Kornelia Dąbrowska | Tak się wydaje

Skład i łamanie: Mateusz Cichosz | Tak się wydaje

PR & marketing: Karolina Nowak

ISBN: 978-83-8441-793-5

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

SERIA: HYPE

Dla każdego czytelnika, który zrodził się z ognia, płonął zbyt jasno lub nie dał się okiełznać. Zasługujesz na cały świat. Więc chwyć go. Jest twój.

Wielkie Arkana Mocy

ARKANA

MAGIA

GŁUPIEC

Nieustraszoność

MAG

Transfiguracja

NAJWYŻSZA KAPŁANKA

Telepatia

CESARZOWA

Uleczanie

CESARZ

Telekineza

NAJWYŻSZY KAPŁAN

Spacerowanie po Pamięci

KOCHANKOWIE

Perswazja

RYDWAN

Szybkość

MOC

Siła

EREMITA

Niewidzialność

KOŁO FORTUNY

Szczęście

SPRAWIEDLIWOŚĆ

Zwinność

WISIELEC

Kontrola Czasu

ŚMIERĆ

Cienie

RÓWNOWAGA

Osłabianie Mocy Innych

DIABEŁ

Iluzje

WIEŻA

Piorun

GWIAZDA

Załamywanie Światła

KSIĘŻYC

Zmiennokształtność

SŁOŃCE

Plazma

SĄD OSTATECZNY

Kontrola nad Żywymi i Umarłymi

ŚWIAT

Wszystkie

Drogi śmiertelniku,

Przysięga zemsty to trzymający w napięciu romans dla dorosłych. Jego akcja rozgrywa się w akademii, w której naucza się magii kart tarota. Zawiera elementy, na które część czytelników może być wrażliwa, takie jak próba napaści seksualnej, niechciane pocałunki i dotyk, samobójstwo nienazwanej postaci, niewolnictwo, śmierć, żałoba i strata, spożywanie alkoholu oraz zażywanie narkotyków, diaspora, wymuszona asymilacja, wulgarny język, przemoc, a także szczegółowe opisy kontaktów seksualnych odbywających się za obopólną zgodą. Mam nadzieję, że dla czytelników wrażliwych na te tematy ujęłam te elementy z należytą ostrożnością.

Przygotuj się na przyjęcie własnej talii tarota…

Prolog

SZEŚĆ LAT TEMU

RUNE NIE CHCIAŁA zamarznąć na śmierć w jakiejś zapyziałej, obskurnej chacie. Opatuliła się stertą koców tak szczelnie, że ledwo mogła się ruszyć. Powietrze było mroźne, a jej oddech płytki. Nienaturalny chłód zbyt gwałtownie drapał ją w płuca, a ona miała tylko czternaście lat i nie przywykła do mrozów. Jej matka mamrotała coś do siebie, przemierzając drewnianą podłogę – chodziła od okna do okna i wypatrywała jakichkolwiek oznak życia. Za oszronionymi szybami szalała zamieć, a deski pod stopami zamarzły tak, że ich dotyk sprawiał ból.

Rune i jej matka nie mogły jednak ryzykować rozpalenia ogniska. Patrole dowiedziałyby się wtedy, że ktoś jest w domu, a obie powinny były wyruszyć na Selekcję razem z resztą wioski trzy dni wcześniej. Jako nowe przybyszki mogły jedynie się modlić, by ich nieobecność pozostała niezauważona.

Nieśmiertelni zabrali ojca Rune już rok wcześniej, gdy miała trzynaście lat, a jej brata bliźniaka, gdy miała sześć.

Rune przesunęła kciukiem po zepsutej zabawkowej figurce króla – ostatniej pamiątce po bracie. Matka zakopała resztę jego rzeczy i od czasu, gdy wyrwano go jej z rąk, nie była już sobą. A po ojcu Rune zachowała jedynie małą zawieszkę z kości, przyczepioną do naszyjnika, którego nigdy nie zdejmowała. Ozdobę wyrzeźbiono na kształt haczyka wędkarskiego – można jej było nawet używać do łowienia ryb, czego ojciec Rune nauczył się od własnych rodziców. Ale został jej odebrany, zanim zdążył przekazać jej tę umiejętność. Raz po raz wodziła kciukiem po krzywiznach haczyka, jakby to mogło zwrócić dziewczynie ojca.

Rune kaszlnęła lekko, otulając się ciaśniej kocami. Tęskniła za ciepłem Wyspy Bogactw bardziej niż kiedykolwiek. Matka spojrzeniem przypomniała jej, żeby była cicho. Czasami Rune miała wrażenie, że za każdym razem, gdy matka na nią patrzy, widzi tylko jej brata bliźniaka, którego straciła…

Nagłe pukanie do drzwi sprawiło, że serce Rune stanęło, a z płuc uleciał jej oddech.

To mogli być tylko nieśmiertelni patrolujący okolicę. Druidzi.

Zalało ją przerażenie. Nie do końca wiedziała, jaka kara czeka ją za to, że nie uczestniczyła w Selekcji. O wszystkich złapanych zaginął słuch. Zostali zabici albo porwani, a ostatecznie nie była pewna, co jest gorsze.

Matka Rune podeszła do niej i wcisnęła jej w ramiona torbę z zapasami nalewek oraz toników; zawsze miała talent do tworzenia lekarstw na przeziębienia i maści na rany. Rune próbowała powstrzymać łzy, gdy matka pocałowała ją w czoło, tylko raz, po czym się odsunęła, jakby nie mogła znieść dotyku skóry Rune ani chwili dłużej, i wskazała na małą, wklęsłą przestrzeń pod podłogą.

– Druidzi są najgorsi ze wszystkich trzech rodzajów nieśmiertelnych – powiedziała wcześniej tego samego dnia matka. – Władają najbardziej zabójczą magią.

Ale nawet gdyby wyczuli kogoś w domu, nie mogliby określić, ile osób znajduje się w środku. Na to liczyła jej matka.

Rune pokręciła głową. Nie chciała się ukrywać – to było wszystko, co jej zostało.

Ktoś załomotał w drzwi, aż się zatrzęsły.

Magia druidów nie pozwalała im wejść do ludzkiego domu bez wcześniejszego pozwolenia – był to relikt ochrony pozostały po Wielkiej Wojnie. Wciąż jednak mogli wyważyć drzwi. To oznaczało, że Rune i jej matka miały zaledwie kilka cennych minut… jeśli nie mniej.

Rune, wyszeptała bezgłośnie matka. To była prośba. Dolna warga kobiety drżała, jakby ona sama nie mogła tego znieść. Od tak dawna żyły w napięciu, że ta jedna emocjonalna chwila złamała Rune. Skinęła głową i poruszając się najciszej jak potrafiła, z oczami zamglonymi od łez, wślizgnęła się do kryjówki.

Gdy Rune wpełzła do środka, matka położyła dłoń na jej policzku i otarła łzę, po czym przyłożyła swoje czoło do czoła córki i nachyliła się do jej ucha, by powtórzyć starą frazę z czasów Wojny, którą lubiła często mówić w ciche noce, gdy nieobecność rodziny była najgłośniejsza. Oddech kobiety łaskotał Rune w ucho.

– Mogą skraść moją wolność, moją miłość, mój oddech, ale tak długo, jak się ich nie lękam, nie mają nade mną władzy.

– Nie mają nade mną władzy – powtórzyła cicho Rune drżącym głosem.

Pukanie do drzwi stało się natarczywsze. Matka skinęła głową i stanęła dumnie w ich maleńkim, jednoizbowym domku, jakby nosiła koronę i była odziana w złote szaty, a nie w znoszone, połatane ubrania.

Rune czuła nienawiść do samej siebie, gdy naciągała deski z powrotem na miejsce nad głową, i wpatrywała się w spoiny, gdzie drewno do siebie nie przylegało. Drewniane deski, którymi były zabite drzwi, zajęczały. Rune zacisnęła zęby, a na jej policzkach zamarzały łzy.

– Otwierać! – zawarczał głos.

Przestrzeń pod podłogą prowadziła na zewnątrz. Rune powinna uciekać, ale sparaliżował ją strach.

Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Rune z trudem wyjrzała przez szpary. Cień padł na przestrzeń. Dziewczyna zerknęła przez szczeliny, próbując uspokoić oddech, i zobaczyła… skrzydła. Ogromne skrzydła przyćmiły wejście, a światło słoneczne za nimi wysysało z nich wszelkie inne rysy. Deski podłogowe głośno zaskrzypiały, a Rune powstrzymała się od zamknięcia oczu.

– Nie ma potrzeby niszczyć mi domu. – Głos matki był stanowczy. – Znaleźliście mnie, więc pójdę z wami z własnej woli.

Nie, nie, proszę, nie.

Rozległ się odgłos lekkich kroków, gdy matka cicho przeszła obok górujących postaci i wyszła na zewnątrz. Rune wstrzymała oddech.

– Powinniśmy przeszukać dom, na wypadek gdyby kryli się tu też inni? Zostawić wiadomość na drzwiach? – spytał strażnik.

– Spal go – warknął inny. – To będzie bardziej wymowne.

– Nie ma potrzeby… Nie!

Protesty matki utonęły w fali płomieni.

Ogień lizał podłogi z nienaturalną prędkością, pożerając wszystko w zasięgu wzroku, zamieniając książki i meble w płynny popiół. Upał narastał, a Rune cofała się przerażona, gdy chmury gęstego, czarnego dymu się kłębiły, wypełniając niewielką przestrzeń. Oczy dziewczyny robiły się coraz bardziej suche, w miarę jak ciemność się rozprzestrzeniała.

Instynktowna chęć ucieczki była nie do zniesienia. Rune rozpaczliwie drapała dłońmi o ziemię pod domem, aż natrafiła na lód i śnieg. Czołgała się, a potem zataczała, z dala od żaru i popiołu. Dopiero wtedy się odwróciła i zobaczyła, jak płomienie pochłaniają dom.

Po druidach i matce nie było śladu. Po prostu zniknęli.

Drewno zajęczało, gdy chata się zawaliła. Dziewczyna słyszała własny ciężki oddech, jakby dochodził z oddali.

Nie było nikogo, do kogo mogłaby uciec. Nie znała nikogo, kto mógłby jej pomóc.

Odwróciła się więc plecami do płomieni, a ostatnie słowa matki narastały w jej umyśle, zapuszczając korzenie niczym chwast, aż stały się jedynym, co mogła usłyszeć. Nie ma się czego bać.

Ale strach był jedną z niewielu rzeczy, jakie pozostały Rune, poza ciemnością, która została pod nim zasiana.

I poza nienawiścią.

Odzyska matkę. Tak jak ojca i brata.

Ale najpierw musiała przetrwać i zabić strach, przez który odchodziła od zmysłów.

Więc zaczęła biec.

I nigdy się nie zatrzymała.

Królewski dekret

PIĘTNAŚCIE LAT TEMU w odpowiedzi na bunt śmiertelników trzej nieśmiertelni królowie podpisali królewski dekret. Brzmi on następująco:

Od tej pory, pierwszego dnia Dziewiątego Miesiąca, śmiertelnicy będą co roku przechodzić Selekcję, czyli pobór stu dusz w ramach pokuty za przeklęty bunt. Każde z dziewięciu pozostałych terytoriów śmiertelników podda się Selekcji losowo i bez sprzeciwu albo ściągnie na siebie naszą furię.

Niestawienie się na Selekcji skutkować będzie utratą życia i/lub mienia.

Te dusze nigdy więcej nie zobaczą krain śmiertelników.

Módlcie się o nasze miłosierdzie.

Podpisano

Król Altair, władca Serafinów

Król Silas, władca Druidów

i Król Eldarion, władca Elfów

Rozdział 1

Selekcja

Głupiec reprezentuje nieskończony potencjał w cyklu tarota – początki, nowe ścieżki i przygody w nieznane. Towarzyszy mu wielkie ryzyko, owszem, ale także potencjał zdobycia wielkiej nagrody.

MÓJ LIST GOŃCZY wpatruje się we mnie z poszarpanych resztek murów tego zrujnowanego miasta. Rune Ryker, poszukiwana żywa lub martwa. To dobra nagroda, jestem wiele warta – zwłaszcza jeśli przyprowadzą mnie żywą. A to wszystko dlatego, że Lord Westfall chciałby, żeby kara za moją dezercję była bolesna. Nic dziwnego, skoro zostawiłam go w kałuży jego własnej krwi wśród płonących ruin jego dworu.

Zasługiwał na coś gorszego.

Przeciskam się przez tłum rodzin zgromadzonych w cieniu monstrualnego Muru Nieśmiertelnych, ignorując ich ciche, ostatnie modlitwy. To dzień, w którym nikt nie chce zostać dostrzeżonym, a tym bardziej zwracać na siebie uwagi. Ale ja nie jestem byle kim i to nie jest byle jaki dzień. Jeśli choć jedna przestraszona osoba w tym tłumie podniesie wzrok i mnie rozpozna, to mam przejebane.

To dzień Selekcji i muszęzostać wybrana.

A nie aresztowana.

Dzień Selekcji zawsze jest przesycony odorem grozy na wybranym terytorium śmiertelników. Wszyscy ludzie zmuszeni do długich wędrówek przez góry, by dotrzeć do tego, co zostało ze stolicy, tego dnia boją się najbardziej. Dnia, w którym ich rodziny zostaną oszczędzone albo brutalnie rozdzielone.

Ja przynajmniej nie mam już kogo stracić.

Nad mieszkańcami Westfall ciąży mroczna beznadzieja; przejawia się w ich spuszczonych spojrzeniach i zgarbionych ramionach. Żal mi tych ludzi i zazdroszczę rodzinom, które jeszcze nie ­wiedzą, jak to jest być ofiarą Selekcji. Przemykam przez małe, szepczące grupki ludzi, odsuwających się od Żniwiarzy patrolujących to zniszczone miasto.

Stolica to teraz niewiele więcej niż sterta ruin. Kiedyś była perłą w koronie Vexamire, królestwa śmiertelników. Ale znajdowała się w Kravenish – terytorium najbliższym krainie nieśmiertelnych – więc upadła jako pierwsza. Wciąż widać ruiny dziedzińca, na który serafini zesłali swoją moc. Na połamanych płytkach białe smugi błys­kawic pozostawiły wypalone ślady wyglądające, jakby wytatuowano je na brudnej fasadzie.

Podobno w ciągu sekund zginęły tysiące. Powstanie śmiertelników nie miało szans.

Mimo to mój list gończy, przyklejony do kilku jeszcze stojących ścian, mocno rzuca się w oczy. Mam na nim księżycowobiałe włosy oraz jasnobrązową skórę. Muszę przyznać artyście, że świetnie oddał mój grymas. Uchwycił nawet złoto w moich oczach, a użył jedynie pergaminu i atramentu.

Muszę się stąd wydostać.

Podciągam kaptur i wciskam pod niego bujne loki, gdy przedzieram się przez tłum. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest jakiś natrętny dupek, który zechce szybko zarobić, wydając mnie Żniwiarzom. Nie zamierzam marnować dni w ludzkim więzieniu ani, co gorsza… wrócić do Lorda Westfall po mojej pospiesznej ucieczce. Na szczęście większość ludzi tutaj wygląda na wyczerpanych podróżą – tulą się do siebie, unikają kontaktu wzrokowego z przechodniami. Ich zaniepokojone szepty przykuwają moją uwagę.

– Najgorsi są druidzi – szepcze do swojego kompana młody mężczyzna z zaczerwienionymi oczami. – Każdy z nich jest czarnoksiężnikiem.

To prawda. Serafini władają brutalną siłą fizyczną, elfy perswazją, ale to magia druidów budzi największą grozę.

– Runę?

Dźwięk mojego imienia sprawia, że nagle się zatrzymuję, ale to tylko uliczny sprzedawca, opychający talizmany runiczne. Jego wargę przecina blizna.

– Na ochronę przed Selekcją. Druidzi ich nie znoszą.

Przewracam oczami, gdy próbuje wetknąć mi do ręki talizman, oczekując w zamian złota, ale ja tylko naciągam kaptur.

– Wątpię.

Ludzie nie mogą posługiwać się magią i przy tym nie umrzeć, każdy o tym wie. To, co wyrył na tych gładzonych kamieniach, to tylko bazgroły.

– Jesteś pewna? Kto wie, co druidzi zrobią takiej niewinnej dziewczynie jak ty. – Sprzedawca stara się zajrzeć mi pod kaptur.

Przepycham się obok niego, zanim zdąży dostrzec moją twarz.

– Wypróbuj swoje sztuczki na kimś innym – mamroczę. – Ze mną ci się nie uda.

Mruczy coś pod nosem, po czym odchodzi, by zapolować na kolejnych drżących ze strachu ludzi.

Mijam młodą kobietę, która pyta swoją grupę:

– Słyszałam, że zawsze wybierają ludzi w naszym wieku. Myślicie, że to prawda?

Obgryza paznokcie, owijając się ciaśniej peleryną.

Zabierają każdego, kogo zechcą. Sama byłam świadkiem ich gniewu.

Potem przez sześć lat próbowałam przetrwać, gdy mierzyłam się z konsekwencjami tamtych wydarzeń, aż trafiłam na służbę u Lorda Westfall. Spotkał mnie los gorszy niż śmierć. Przeżyłam piekło, by przygotować się na tę chwilę, by mieć szansę stać się wystarczająco silną, żeby stawić czoła temu, co kryje się za Murem. By w końcu stracili nade mną władzę.

Tamtego dnia uciekłam. Już nigdy więcej tego nie zrobię. Ale moje dłonie wciąż się pocą, gdy przeciskam się naprzód. Pieprzyć to, mam dość ukrywania się.

Tłum się przerzedza, gdy prę dalej. Jak co roku, setka osób zostanie wybrana spośród wielu tysięcy i zabrana do jednego z trzech królestw nieśmiertelnych po drugiej stronie Muru w ramach pokuty za powstanie, które wybuchło prawie piętnaście lat temu. Miałam wtedy tylko pięć lat i ledwo pamiętam Wielką Wojnę. Nie żeby to miało znaczenie – nie wolno nam o niej mówić. Ale jedynym sposobem, by przedostać się do królestwa nieśmiertelnych, jest Selekcja. To słabość, o której oni sami nawet nie wiedzą – a ja zamierzam ją wykorzystać do oporu.

Rozglądam się po Murze. Jest ogromny. Nieśmiertelni strzegą swojej cennej magii za granitowym blokiem z żyłami układającymi się w wiecznie wirujące wzory, gromadząc ją jak smok złoto. Karmazynowy piasek zbiera się w połowie drogi między nami a Murem, skrywając w każdym ziarenku magię, której żaden śmiertelnik nie może przekroczyć.

Wiem, bo próbowałam. Straciłam przytomność i obudziłam się kilka godzin później z potwornym bólem głowy i krwotokiem z nosa. Nie, jedynym sposobem na przekroczenie tego Muru jest zostanie wybranym w Dniu Selekcji… Właśnie po to tu jestem.

Powraca do mnie wspomnienie rymowanki, której nauczył mnie ojciec. Spacerowaliśmy po plaży na Wyspie Bogactw. Miałam może pięć lat, a on wręczył mi jasny kwiat z drzewa płomieni – czerwone płatki otaczały tlący się biały kłębek ognia. Ojciec wyrecytował słowa: „Strzeż się druidów płomienia, którzy wciągają ludzi w swe gry, ich magia pożera pragnienia, chcą posiąść śmiertelników dusze i łzy”.

Zaciskam pięści na to wspomnienie, mrużąc oczy i wpatrując się w ten nieznośny Mur. Po jego drugiej stronie nieśmiertelni mają mojego ojca.

Jak w jakiejś pokręconej grze, na zmianę decydują każdego roku, komu przypadają Selekcje. W tym roku przyszła kolej tych samych druidów, którzy zabrali moją matkę, bo odmówiła wzięcia udziału w ich grze. Mam dość pozwalania, by Selekcje igrały z moim życiem, moim losem.

Kłamałam, oszukiwałam, zmieniłam się w broń, by przetrwać. Dziewczyna, która uciekła z chaty, umarła, gdy wstąpiłam na służbę u potężnego Lorda Westfall. Spotkałam go po raz pierwszy, kiedy miałam piętnaście lat, rok po tym, jak moja mama została porwana. Miałam odmrożenia i byłam przestraszona, a on obiecał mi to, czego rozpaczliwie potrzebowałam: bezpieczeństwo. Potem to, czego pragnęłam: siłę, by przezwyciężyć strach przed nieśmiertelnymi. Ale nie za darmo – wszystko zawsze ma swoją cenę. A każdy akt służby wymagał ode mnie poświęcenia kawałka duszy.

Zaczęłam od małych rzeczy – zbierałam sekrety, szantażowałam lordów i damy. Z każdym szeptem wspinałam się o szczebel wyżej, aż zdobyłam tytuł Zjawy – najwyższego szpiega Lorda Westfall. Czasami kazał mi robić gorsze rzeczy. Nigdy jednak nie lubiłam ranić innych, niezależnie od tego, jak winni byli naprawdę. Nienawidziłam go słuchać, a w końcu znienawidziłam również siebie.

Spaliłam więc za sobą wszystkie mosty, gdy puściłam z dymem drogocenną posiadłość Lorda Westfall. Bez jego ochrony jestem nikim. Co gorsza… za moją głowę wyznaczono najwyższą nagrodę w historii śmiertelnego królestwa Vexamire.

Nie ma już odwrotu.

Do moich uszu dociera śmiech, tak nie na miejscu w tym ponurym otoczeniu. Po lewej zauważam grupkę szlachciców oraz dworzan – widziałam niektórych z nich w posiadłości Lorda West­fall, kręcących się na jego hałaśliwych, grzesznych przyjęciach, w okolicach zamku czy w narkotykowych melinach i burdelach. Ma coś na każdego z nich, choć żaden o tym nie wie. Oni jako jedyni się uśmiechają i nie zawracają sobie głowy ściszaniem głosu, bo wiedzą, że dzięki swojemu statusowi raczej nie zostaną Wyselekcjonowani. Dupki. To właśnie ich powinnam unikać. Jeśli ich rozpoznałam, istnieje ryzyko, że oni mnie też. Jeden z nich podnosi wzrok, skupia na mnie uwagę i mruży oczy. Chowam włosy pod głęboki kaptur, odwracam się od szlachciców i przepycham do przodu.

Oddycham szybciej i drżą mi nogi, gdy wygładzam nową tunikę, którą kupiłam za swój ostatni grozogrosz. Ciemny fiolet nie jest tak głęboki jak karmazyn noszony przez druidów czy czerń, ale to najlepsze, na co mnie stać. Ludzcy krawcy nie potrafią odtworzyć finezji szat nieśmiertelnych. Mój nowy szmaragdowy płaszcz wisi luźno, zapięty na mojej szyi. Pasuje do moich obdrapanych butów. To jedyna część stroju, którą mam od lat. Na ich aksamitnych bokach matka wyhaftowała złotą nicią księżyce i gwiazdy. Buty są znoszone, ale czyste i być może druidzi nie zauważą mankamentów. Mimo to widziałam już, jak elfy kręcą spiczastymi nosami na brudnych ludzi.

Elfy wybierają artystycznych oraz czystych śmiertelników, podczas gdy serafini wolą silnych i pięknych.

Ja nie należę do żadnej z tych grup. Ale druidzi? Może będą chcieli kogoś, w kim została tylko wściekłość – kogoś bardziej podobnego do nich.

– Na piekła, przeklęta przez księżyc – mamrocze idąca nieopodal kobieta i odsuwa się ode mnie wraz z dzieckiem, jakbym była złym omenem.

Czuję zimno w piersiach, a moje serce zmienia się w coś małego i pomarszczonego. Większość ludzi nie przejmuje się takimi rzeczami. Z frustracją zakładam lśniące włosy za uszy. Śnieżnobiały kolor moich loków to znak, że kilka pokoleń temu ktoś z mojego rodu dzielił łoże z nieśmiertelnym – z serafinem. Bycie „przeklętym przez księżyc” jest powszechne na Wyspie Bogactw, ale znajduje się ona tysiące kilometrów stąd.

Łapię wzrok chłopca stojącego pięć osób przede mną. Ma ciemnoczerwone włosy, krótko przystrzyżone po bokach, ale dłuższe na czubku głowy. Spotyka moje spojrzenie i przewraca oczami na kobietę, która rzuciła tamten komentarz. Posyła mi krzywy uśmiech. Jest przeklęty przez lawę, ma w sobie domieszkę druidzkiej krwi, więc jestem pewna, że przyciąga tyle samo spojrzeń co ja. Ciekawe, czy z tego powodu będą bardziej skłonni go wybrać.

Zerkam przez ramię na szlachciców, teraz cicho pomrukujących. Niektórzy z nich kiwają głowami w moją stronę. Cholera. Ktoś obok mnie przestępuje z nogi na nogę, a ja podskakuję. To młody mężczyzna o włosach tak jasnych, że są niemal srebrne. Ma rysy twarzy rzadko spotykane w Westfall, więc nie przybył tu ze szlachcicami. Musi pochodzić z terytorium bardziej oddalonego na wschód, z miejsca jeszcze zimniejszego. Mruży krystalicznie niebieskie oczy, gdy patrzy na czerwony piasek przede mną, a potem przenosi wzrok na szczyt Muru.

Duma nad tym, jak nerwowo rozpocząć rozmowę. W końcu zerka na mój kolor skóry i wypala:

– Skąd jesteś? Z pobliża równika?

Klasyka. Wzdycham.

– Mój ojciec pochodził z Wyspy Bogactw – odpowiadam.

Przyglądam się lekkiej tunice mężczyzny i jego źle dopasowanemu, łatanemu płaszczowi, ale na dłoniach nieznajomego nie widać śladów pracy na farmie czy w składzie drewna. Ani jednego odcis­ku. To podejrzane.

– Plakat z twoją podobizną całkiem mocno zapada w pamięć, Zjawo z Westfall.

Mówi to spokojnie, jakby za moją głowę nie wyznaczono nagrody.

Wbijam paznokcie w dłonie tak mocno, że zostają mi ślady. Nieznajomy szydzi, a na jego ustach maluje się pogardliwy uśmieszek.

– Słyszałem, że z pałacu Lorda Westfall została ruina. On sam ma tak okaleczoną twarz, że ledwo da się go rozpoznać. Jego Zjawę widziano, gdy uciekała z miejsca zbrodni.

– Szkoda.

Że przeżył, w każdym razie. Miałam do tej pory nadzieję, że Thane Blackwell zginął powolną, bolesną śmiercią.

Nieznajomy przewraca oczami, gdy rzucam mu wściekłe spojrzenie.

– Nie martw się, nie przybyłem tu po nagrodę za twoją głowę. Choć jestem pewny, że niektórzy z tu obecnych byliby tym zainteresowani.

Co za facet… Nie wzięłam dziś ze sobą broni, ale nie potrzebowałabym jej, by utrzeć mu nosa. Jednak nie mogę pozwolić sobie na bójkę, więc uśmiecham się do niego z przymusem.

– Niech zgadnę, pochodzisz z Eastgate? Z Shadowfell?

Na dźwięk tej drugiej nazwy lekko drgnął, zdradzając, że jestem na dobrym tropie. Ostrożnie dobieram słowa, niczym subtelny nóż gotowy do ataku, gdyby się okazało, że mężczyzna stanowi zagrożenie.

– Masz płaszcz biedaka, ale dłonie bogacza. Uciekasz przed czymś, mały paniczu?

Zerkam porozumiewawczo w stronę najbliższego słupa z listami gończymi, a uśmiech nieznajomego rzednie.

– Coś w tym stylu – warczy.

W jego oczach kryje się krzta ciemności. Rozpoznaję ten ból.

– Większość nie ucieka ku nieśmiertelnym. – Mierzy mnie ostrym spojrzeniem. – Ale wygląda na to, że my tak.

– Dlaczego mi się nie przedstawisz? Oszczędź mi spaceru, żebym mogła sprawdzić, ile jesteś wart.

Unosi brew, patrząc na mnie.

– Kasper. A ty?

Ciągnę za nitkę pajęczyny i informacje kupione lub pozyskane szantażem wskakują na swoje miejsce. Mówi prawdę, bo tak nazywa się adoptowany syn Lorda Shadowfell. Czy uciekł z domu i utknął w Westfall akurat na czas Selekcji? A może chce zostać podczas niej wybrany, tak jak ja? Usypiam jego czujność, serwując mu okruch prawdy, żeby się przekonać, czy opuści gardę.

– Cóż, nie jestem już Zjawą. Mam na imię po prostu Rune.

Krzywi się i nie mogę go za to winić. To nie jest pospolite imię.

Publiczność głośno wzdycha, a ja znów kieruję uwagę przed siebie, na czerwone piaski znajdujące się trzydzieści metrów dalej. Ciemność rozprzestrzeniła się niczym atrament rozlany na wodzie, tuż na granicy między ich królestwem a naszym, sprawiając, że powietrze wokół faluje niczym miraż na piaskach pustyni. Ale zrobiło się zimniej. Kasper już się nie liczy. Przenoszę go w głąb pamięci. Nigdy nie byłam na Selekcjach zarządzanych przez druidów. Widziałam tylko te kierowane przez serafinów, którzy pojawili się w smugach światła i grzmotów, oraz przez elfy; one otworzyły w ziemi u naszych stóp tunel ozdobiony diamentami.

Ani jedni, ani drudzy nie przyprawili mnie o drżenie nóg tak jak druidzi wyłaniający się z cienia.

Przypominają mi mrok czający się między gwiazdami.

Potężni i tajemniczy, ale w moim świecie to zazwyczaj oznacza niebezpieczeństwo.

Wyłaniają się z cieni niczym płynna śmierć. Każdy z nich emanuje pewnością siebie zabójcy, wilka na polowaniu. Od stóp do głów odziani są w kunsztownie wykonane żelazne zbroje. Większość ma skrzydła i jakieś rogi – jedyne cechy, dzięki którym można ich odróżnić w tych wojskowych mundurach oraz identycznych, pozbawionych wyrazu maskach. Część maszeruje z dziwnymi zwierzęcymi chowańcami u boku. Szakalami i krukowatymi ptakami. Wężami oraz jaguarami. Słyszałam plotki, że trzymają bardziej magiczne gatunki stworzeń, ale nie widzę żadnego, chociaż się rozglądam. Czy druidzi rozmawiają ze zwierzętami? Co sprawia, że chowańce są z nimi tak związane?

Kasper przenosi ciężar z nogi na nogę, jakby przygotowywał się do walki.

– No to zaczynamy.

– Po prostu nie wchodź mi w drogę – syczę, pozwalając, by między nas wślizgnął się jakiś przerażony staruszek.

Serce wali mi jak młotem, gdy dociera do mnie, co zaraz zrobię. Ojciec kiedyś powiedział mi, że druidzi zrodzili się z serafinów i demonów, a z okien ich pałaców widać czeluści piekieł. Zaciskam zęby. To tylko bajka, opowieść na dobranoc, która miała ostrzegać przed niebezpieczeństwem, niczym smuga jaskrawej zieleni na jadowitym wężu.

Mój kręgosłup pozostaje sztywny i nie odczuwam strachu.

Ale inni śmiertelnicy tak. Rozlega się fala krzyków, a tłum zaczyna się przepychać. Druidzi rozchodzą się, przenikając i otaczając zgromadzenie. Ich dłonie lśnią, energia owija się wokół moich nóg niczym wąż i ciągnie, aż kolanami dotykam ziemi.

Wszyscy wokół mnie klęczą, zmuszeni do tego magią.

Zapada cisza. Druidzi przestają śledzić tłum i prostują się, patrząc na Mur. Przyglądam im się przez chwilę – ich uszy są spiczaste, jak u reszty nieśmiertelnych, ale poza tym niewiele mogę dostrzec z ich rysów przez te surowe, proste maski zakrywające im twarze. Identyczne maski mignęły mi przed oczami w dniu, gdy zabrano mi matkę. Ich zbroje ledwo pozwalają dostrzec skrawek skóry. Może druidzi faktycznie sądemonami.

Oślepia nas błysk światła i z płomieni wyłania się druid. Jego ruchy są płynne jak u rysia. Na jego czole spoczywa korona z jelenich poroży; pod nią świecą błyszczące srebrne oczy. Skrzydła na jego plecach są dwa razy większe niż te u żołnierzy. To musi być Wybierający tej Selekcji. Ich bezbożny król.

U jego boku staje druidka, spowita w delikatne pajęczyny.

Za nimi podąża młody mężczyzna, ubrany na czarno. Złote akcenty na jego królewskim, a zarazem militarnym stroju wyróżniają go spośród reszty oddziału. Jego długie, ciemne włosy rozdzielają się na spiralnych, czarnych rogach. Przebiegłe oczy w kolorze indygo są widoczne nawet z tego miejsca, choć skrzydła nie są żylaste jak u innych, lecz upierzone niczym u kruka, a ich kolor zmienia się w świetle.

Na końcu stoi dziecko, które nie może mieć więcej niż osiem lat. Ma onyksowe włosy, opadające na ramiona, i zamaskowaną twarz, tak jak reszta rodziny. Rogi wokół jego głowy są małe i karłowate.

Druidzi patrzą na morze klęczących postaci. Jeśli mam zostać Wyselekcjonowana, muszę też zostać dostrzeżona. Dlatego zachowałam każdego miedzianego ślimaka i srebrnego pająka, żeby zapłacić sukiennikowi za utkanie mi płaszcza – takiego, który będzie błyszczał i łapał światło, barwionego w sposób nietypowy dla ludzi, żebym mogła się wyróżniać dzięki jego kolorom. Odciągam kaptur i pozwalam, żeby włosy powiewały za mną swobodnie, niczym dziki sztandar.

Zobacz mnie, zauważ mnie, spójrz na mnie, żądam, wysyłając myśli niczym modlitwę. Klątwę.

Skupiam wzrok na starszym z dwóch książąt. Promienie przebijające się przez chmury rozświetlają jego gładkie, lśniące czarne włosy, gdy patrzy na mnie. Serce mi zamiera, gdy jego oczy zmieniają kolor na fioletowy. Czy to gra świateł? A może jakaś cecha druida?

Przechyla głowę, mierzy mnie wzrokiem z góry do dołu, skupiając na mnie uwagę pomimo wściekłości w moim spojrzeniu – dopóki nie zwilżę suchych ust. Od tej pory zdaje się patrzeć tylko na nie.

Cóż… onzdecydowanie mnie zauważył.

– Chwała królowi Silasowi, królowej Veście, księciu Dravenowi i księciu Anselowi z dynastii Vos – zapowiada ich wezyr.

Ma na sobie bogate szaty w kolorze zgaszonego fioletu o lekko różowym odcieniu. Wyróżnia się na tle druidzkich szkarłatów, czerni oraz złota i podąża za królem niczym cień. Zawsze krąży przy władcy, skupiając na nim całą uwagę.

– Zgodnie z rytuałem inicjacji wśród naszego ludu Selekcji dokonają książę Draven i książę Ansel – oznajmia król głosem tak głębokim i szorstkim, że dźwięk przypomina szorowanie szpadlem po płytkim grobie.

Kładzie delikatnie dłoń na ramieniu najmłodszego syna. Palce ma odziane w coś, co przypomina łuskowatą zbroję, a brak dotyku na moim ramieniu pali niczym ogień.

Jakby widmowy ślad dłoni mojego ojca kreślił tę samą linię.

Książę Ansel niepewnie odsuwa się o kilka kroków od rodziców i spod złowrogiej maski satyra lustruje okrągłymi oczami moją stronę tłumu. Idzie chwiejnym krokiem, jak nowo narodzony jeleń. Dziecko odprawia rytuał, którego konsekwencji nie rozumie. Myślę o swoim bracie. Był młodszy od tego chłopca, kiedy został Wyselekcjonowany. Stalowa siła wzmacnia mój kręgosłup.

Zmuszęgo, by mnie wybrał, jeśli zajdzie taka konieczność.

Jednak książę Draven powstrzymuje go przed ruszeniem w moją stronę, gdy odwraca małego Ansela i szepcze coś do jego drobnego, spiczastego ucha. Ansel kiwa głową w stronę starszego brata, chwytając go za rękę, a Draven ciągnie go na drugą stronę. Razem dokonają tych Selekcji. Moje nadzieje topnieją. Co, jeśli skończą Selekcję, zanim w ogóle do mnie dotrą? Młodego księcia łatwiej mogłabym oszukać, byłby bardziej skłonny mi ulec.

Książę Draven wydaje się… trudniejszy.

Nie potrafię określić jego wieku, ale nie wygląda na dużo starszego ode mnie, a mam dwadzieścia lat. Niewymuszona gracja jego ruchów sprawia, że moją pierś przeszywa ostrzegawczy dreszcz. Podpowiada mi, że książę Draven jest kimś innym, kimś magicznym, niebezpiecznym drapieżnikiem, którego należy obserwować i do którego nie należy się odwracać plecami. Poza wysoką, umięśnioną sylwetką i długimi, ciemnymi włosami widzę jedynie jego oczy – ma na twarzy maskę, tak jak wszyscy inni. A jednak raz po raz zatrzymuje na mnie spojrzenie. W kącikach oczu księcia pojawiają się zmarszczki, jakby uważał mnie za zabawną. Wykrzywiam usta, ale nie mogę przestać się w niego wpatrywać.

Ten palant prawdopodobnie miał w życiu wszystko. Skupiam się na jego wąskiej talii, muskularnych ramionach i barkach. Nawet jego cholerne nogi są potężne pod ciemną tkaniną. Niech to szlag, musi mieć jakąś słabość. Zmuszam się, żeby nie zatrzymywać się zbyt długo wzrokiem gdzie indziej, a on znów na mnie spogląda. Przysięgam, że jest w tym spojrzeniu jakaś satysfakcja, jakby dokładnie widział, że właśnie pożerałam wzrokiem jego muskularne ciało.

Co za dupek.

Podczas gdy inni pochylają głowy, ja nie spuszczam wzroku z księcia Dravena, który szepcze polecenia Anselowi, pozwalając mu podejmować decyzje z pomocą brata. Początkowo młody książę się waha, ale z każdą Selekcją nabiera pewności siebie. Kiedy jedna z dziewcząt płacze, Ansel zastyga w bezruchu, po czym z zaniepokojeniem odwraca głowę w stronę rodziców. Królowa kiwa głową, zachęcając go do nikczemnego działania, a on kontynuuje z Dravenem, towarzyszącym mu u jego boku niczym syczący wąż.

Selekcje przyspieszają, a wybory następują żwawiej. Książę Draven nigdy nie raczy sam wybierać, choć gdy szepcze do ucha brata, zastanawiam się, czy potajemnie to nie on wskazuje ich wszystkich. Wybierają tyle samo osób z tyłu i ze środka tłumu co z przodu.

Znajdują się zaledwie kilka kroków ode mnie. Serce wali mi jak młotem i wstrzymuję oddech, gdy książę Ansel przerywa. Liczy na palcach, a potem odwraca się do brata.

– Ile jeszcze?

– Czworo – podpowiada książę Draven.

Jego słowa przemykają mi po karku niczym duch, mimo że stoi kilka kroków ode mnie. Moje płuca nie łapią wystarczająco dużo powietrza. Nie mogę ryzykować czekania kolejnego roku na Selekcję. To musi być teraz.

– Och, dobrze. Tylko czworo – wzdycha książę Ansel z ulgą, jakby dla nich to było trudniejsze niż dla rodzin tu obecnych.

Przechodzi jeszcze kilka kroków i wybiera faceta przeklętego przez lawę, mimo że ten trzymał głowę nisko spuszczoną. Po nim przychodzi czas na rudowłosą dziewczynę w moim wieku, klęczącą z wysoko uniesioną brodą, drgającym gardłem i łzami spływającymi po piegowatej twarzy. Książę Ansel podchodzi bliżej. Z tej odległości jest taki drobny.

Staje centymetry od mojej twarzy. Drżę z niecierpliwości. Ja, wybierz mnie. Przygląda mi się, a potem moim włosom. Wskazuje jednak na Kaspra, unosząc małą, miękką dłoń. Kasper z ulgą opuszcza ramiona. Teraz została tylko jedna osoba.

Żołądek mi się skręca, jakby szykował się do skoku.

Książę myli moje śnieżnobiałe włosy ze starością. Prawdopodobnie nie wie nawet, co to znaczy być przeklętym przez księżyc, bo to tylko wymysł śmiertelników. Twarz mi płonie, skroń się poci, gdy okno czasowe się zamyka, a moja nadzieja słabnie. Kościste ramiona młodego księcia opadają, a on sam wodzi wzrokiem po tłumie za mną. Widać, że jest wyczerpany, a reszta ludzi to rzadko wybierani prawdziwi starcy. Patrzę gniewnie na Dravena, który wytrzymuje moje spojrzenie, jakby się cieszył, widząc mnie na kolanach, ale nie szepcze nic więcej bratu. Pozwala mu wybrać. Albo dać się przekonać. Dostrzegam szansę.

– Wybierz mnie – szepczę pośpiesznie.

Ludzie obok mnie gwałtownie się odchylają.

Nieruchome szafirowe oczy księcia Ansela wpatrują się w moje, a ja jestem zaskoczona, że ma tak władcze spojrzenie jak na dziecko. Ale wtedy on się wzdryga i wycofuje w stronę brata. Krzywię się. Nie wolno nam rozmawiać z nieśmiertelnymi członkami rodziny królewskiej. To surowo zabronione, grozi za to egzekucja. Mój wzrok powoli się unosi i napotyka płonące spojrzenie księcia Dravena, który ma oczy w kolorze indygo i ponad metr osiemdziesiąt wzrostu.

Jego oczy zmieniają kolor na fioletowy. To zdecydowanie nie sztuczka, ale jakaś magia, której nie rozpoznaję. W oczach księcia jest światło, choć nie powinno tam być, śmiała figlarność, jak u wilka bawiącego się zającem, zanim wbije w niego zęby.

Przechyla głowę na bok, a potem nagle klęka. Wciąż jest wyższy od młodszego brata, ale teraz bliżej mu do mojego poziomu oczu. Dłoń Dravena podtrzymuje plecy brata, by ten trzymał się prosto, stał niewzruszony.

– Ona nie powinna się do mnie odzywać – szepcze zmartwiony książę Ansel, patrząc na brata.

Książę Draven mierzy mnie tym samym opanowanym wzrokiem, jakby chciał mnie nim pożreć. Jego ton jest figlarny, gdy mówi:

– Cóż, więc to chyba musi zostać tajemnicą, o której wie tylko nasza trójka. Co ty na to?

Książę Ansel wydaje z siebie cichy chichot, tak nie na miejscu, jakby rozległ się podczas pogrzebu. Jednak przytakuje.

Unosi małą dłoń i wskazuje prosto na mnie.

Rozdział 2

Mur

Karta Maga jest następnym krokiem w podróży Głupca – symbolizuje przejęcie kontroli nad własnym losem i urzeczywistnianie zamierzeń. W pozycji odwróconej oznacza utratę autonomii oraz uleganie złudzeniom.

ZMUSZAM SIĘ, ŻEBY przestać się arogancko uśmiechać, gdy książę Draven mnie obserwuje. To nie radość płonie mi pod skórą, ale sprawiedliwa, oślepiająca zemsta. Draven przez chwilę zatrzymuje na mnie spojrzenie, po czym kładzie dłoń na ramieniu młodszego brata i wraca do rodziców.

Wybrano już sto osób, więc Selekcje się kończą.

Po raz pierwszy jestem wśród nielicznych pechowców.

Szlachcice, którzy wcześniej mnie obserwowali, teraz patrzą na mnie gniewnie, ale ja tylko uśmiecham się do nich chytrze. Jestem pewna, że nie mogą znieść tego, że jednego z ich „nietykalnych” kumpli załatwiła taka wieśniaczka jak ja, a oni już nigdy nie będą mogli dochodzić sprawiedliwości. Pocieram brew środkowym palcem i chichoczę, gdy spoglądają na mnie ze złością, ale skończyłam z kłanianiem się im i ze zważaniem na to, co mówię.

Strażnicy z rękami położonymi na mieczach oddzielają Wyselekcjonowanych od tłumu. To koniec. Mieszanka strachu i niecierpliwości sprawia, że czuję ucisk w piersi, kiedy patrzę w górę na ten Mur. Odpowiedzi nareszcie znajdują się w zasięgu ręki.

Nie modliłam się od lat, ale teraz odmawiam modlitwę, bo nie ma już nikogo, kto by to zrobił za mnie.

Pozwólcie mi ich znaleźć. A jeśli nie, to pozwólcie mi żyć wystarczająco długo, by ci nieśmiertelni dranie zapłacili za wszystko.

Druidzcy strażnicy otaczają nas, a my zbijamy się w kolumnę, kierowaną jedynie strachem, gdy ruszamy w stronę Muru. Książę Ansel wraca do matki i ojca, a królowa zamyka go w uścisku – dumna z jego niegodziwości.

Król zauważa moje spojrzenie. Szepcze coś do najstarszego syna, a książę Draven posyła mi szyderczy uśmiech. Mrużę oczy.

Królowa podnosi rękę, a karta podąża za ruchem, unosząc się na opuszkach jej palców. Lewituje samodzielnie, a wokół niej rozgałęzia się ciemność. Rzadko kiedy widywałam magię z tak bliska – poza tymi kilkoma momentami, gdy nieśmiertelni obnosili się ze swoimi mocami podczas Selekcji. Nie znam zasad tej magii ani jej ograniczeń i nawet nie wiem, czy w ogóle jakieś ma – nie mówiąc już o tym, czy można ją porównać z boską potęgą. Z pewnością ma swoją cenę.

Patrzę, jak się sączy ta ciemność. Kłębiący się cień narasta, zasłaniając mi pole widzenia i pochłaniając króla oraz małego księcia. Rozprzestrzenia się niczym nadciągająca burza, a ja unoszę rękę, cofając się. Zaczepiam o coś piętą…

Obok mnie przelatuje podmuch wiatru, który rozwiewa mi włosy. Ktoś chwyta mnie pod ramię, zanim upadnę. Książę Draven patrzy na mnie z góry, gdy stawia mnie na nogi. Och, świetnie, ten dupek. Pachnie jak drogie wody kolońskie szlachciców. Na jego misternie wykonanym onyksowym stroju nie ma ani odrobiny brudu, a z każdego centymetra ciała bije poczucie wyższości. Jednak trzyma mnie, jakbym nic nie ważyła, i pomaga mi, chociaż ja pozwoliłabym mu upaść na zamaskowaną twarz.

– Dziękuję – cedzę.

Jego rodzina zniknęła, rozpłynęła się w swobodnym pokazie mocy. Piasek zapada się pod moimi nogami, mięknie i utrudnia mi chodzenie po nim. Ma kolor tak karmazynowy jak glina. Przekroczyliśmy Czerwoną Linię.

– Wiesz… – Ma niski głos. Mierzy mnie wzrokiem, jego oczy są ciemne niczym zapomniane, nawiedzone miejsca. – Większość zwróciłaby się do mnie „Wasza Wysokość”.

Zaciskam szczęki, zirytowana, gdy widzę, jak książę zrównuje ze mną krok. Wpatruje się w moją twarz z pełnym skupieniem, jakbym była fascynującą istotą, której nie nadano imienia, albo nową zabawką, którą mógłby się bawić.

– Wybacz, królewskie książątko, że się przed tobą bardziej nie płaszczę. Jestem jeno słabą, ludzką dziewczyną, prowadzoną na pewną śmierć, i nie stać mnie na okazanie więcej człowieczeństwa.

Wydobywa się z niego mroczny, cichy śmiech, przypominający warkot, który utknął mu w piersi.

– O rany, cóż, miałem właśnie zaoferować, że oszczędzę ci tej wspinaczki. – Patrzy wymownie na górujący przed nami Mur. – W ramach podziękowania za to, że pomogłaś mojemu bratu w podjęciu łatwego wyboru, za który bez wątpienia przyjdzie mi pewnego dnia zapłacić.

– Nie potrzebuję twojej litości, książątko.

Dopilnuję, by pożałowali, że mnie wybrali. Zerkam na Dravena kątem oka, ale on odchodzi, a w miejscu, gdzie cienie wiją się gęściej niż burzowe chmury, trzyma w palcach kartę tarota.

– A zatem miłej wspinaczki.

Lustruje mnie wzrokiem, a chwilę później pochłania go gęsta ciemność.

Wiatr zaczyna wyć, gdy zbliżamy się do Muru. Prowadzą nas druidzcy strażnicy, którzy warczą rozkazy i zmuszają Wyselekcjonowanych do posłuszeństwa. Tyłem głowy niemal dotykam ramion, gdy wyciągam szyję, szukając wzrokiem szczytu. Jest nienaturalnie wysoki, wybudowany w zboczu góry tak, że niemal je rozrywa. Przecinają go pasma granitu wygładzone magią i wzmocnione klątwami. Mój ­oddech staje się płytki, gdy omiata mnie zimny wiatr.

Nie wiem, co mnie czeka po drugiej stronie, poza tym, że moja rodzina zaginęła gdzieś w tych krainach. Niepewność tego, co będzie dalej, prześladuje mnie w każdym koszmarze, odkąd skończyłam sześć lat.

Tamtego roku elfy zabrały mojego brata bliźniaka na pierwszej oficjalnej Selekcji. Kiedy każdej nocy potem zwijałam się w kłębek w naszym pokoju, szukałam nie potworów kryjących się pod łóżkiem, lecz nieśmiertelnych.

Z tak bliska widzę, że na Murze zbudowano schody, zasłonięte granitowymi spiralami, które mylą wzrok. Widać je dopiero wtedy, gdy docieramy do pierwszych stopni. Kręte dróżki są ciasne i wąskie, a ja nie mam czasu stłumić strachu, kiedy docieram do przepaści. Druidzi nie zwolnią dla nikogo, krzyczą i nas popychają.

Po pierwszych sześciu kondygnacjach pieką mnie uda. Jako Zjawa może i potrafię wdrapywać się na budynki, wciskać się w otwór okna, gdy deszcz smaga moją skórę, albo siedzieć na drzewie godzinami w środku zimy, ale te stopnie nie są standardowe ani równe. Przypomina to bardziej wchodzenie po zboczu góry. Magia wypełnia przestrzeń między oddechami i upajająca słodycz otula moje zmysły, mój język. Kamień lekko pulsuje, jakby Mur miał tętno.

Wleczemy się dalej i nasze oddechy stają się płytsze z każdą godziną. Schody ciemnieją. Żyła niebieskiego światła kreśli wzór na bogatym kamieniu ścian, jakby nocne niebo rozrzuciło na jego powierzchni gwiazdy.

Żałuję, że nie wzięłam ze sobą ostrzy, żeby wyryć w niej jakieś żłobienia.

Książę Draven pewnie jest na szczycie tych przeklętych schodów i śmieje się wniebogłosy. Ta irytacja popycha mnie naprzód, frustracja narasta z każdym krokiem. Niech mnie diabli, jeśli pokażę, jak bardzo jestem zmęczona, kiedy dotrę na szczyt.

Vexamire rozciąga się pod nami, gdy wspinamy się coraz wyżej – to piękna, lecz opustoszała kraina. Myślałam, że zobaczę latarnie żałobne, migoczące w całym królestwie, ale najbliższe miasteczka są tylko maleńkimi punkcikami światła daleko w dole, niewiele bliższymi niż gwiazdy na niebie. Wszystko wydaje się… takie drobne. Nieistotne.

Podróżowałam po górach i dolinach tych ziem, ale nie mogę powiedzieć, że stanowiły dla mnie kiedykolwiek prawdziwy dom.

Odwiedziłam miasta Valhan, ostatnią bibliotekę śmiertelników w Manu, a nawet południowe sawanny Zuri. Ciągle się przeprowadzaliśmy. Moi rodzice mieli nadzieję, że uchronią nas przed pobytem na terytorium, na którym miały się odbyć Selekcje. Kiedy byłam mała, spędziliśmy cały rok na Wyspie Bogactw, znajdującej się u wybrzeży kontynentu, gdzie urodził się mój ojciec. Każdej nocy, gdy zasypiam, wciąż słyszę rechotanie żab coqui. To chyba jedyne miejsce, w którym czułam się swobodnie i gdzie się nie wyróżniałam. Wręcz przeciwnie – wtapiałam się w tłum.

Na południu kontynentu mój wygląd też nie przyciągał uwagi, ale na północy było trudniej.

Wpatruję się w mroczne krainy w dole. Założę się o wszystko, co mam, że ta przyćmiona wizja to zaklęcie osłabiające naszą moc.

Czymże są moc i magia bez kogoś słabszego, kogo można zdeptać?

Gdy w wieży zegarowej Westfall rozbrzmiewa dzwon wybijający południe, z góry dobiega uporczywy płacz. Dziecko wydaje się zbyt małe. Przyspieszam kroku i znajduję je na kolejnym półpiętrze. Chłopczyk jest piękny; ma włosy złociste jak płatki słonecznika i okrągłe, załzawione oczy. Każdy szczegół jego wyglądu jest maleńki: kończyny, wzrost oraz talia. Nie może mieć więcej niż dwa, trzy lata. Ci przede mną przechodzą obok niego, wszyscy patrzą, ale nic nie robią.

Ktoś musiał go zanieść do tego miejsca. Ktoś musiał spisać go na straty.

Ale ja tego nie zrobię.

Biorę go w ramiona. Jego mokra twarz wtula się w mój kark, blada skóra przylega do mojej, a krzyki sprawiają, że krwawią mi bębenki uszu. Słyszę za sobą szyderczy chichot i zerkam przez ramię. Kasper.

– Powinnaś była go zostawić – dyszy. – Może oddaliby go jego rodzinie.

Najbliższy żołnierz stoi twardo przy bocznych ścianach podestu, patrząc na dziecko z pogardą. Drań. Wszyscy są bez serca.

– Równie dobrze mogą go zrzucić z Muru, jak i oddać rodzinie.

Zwalniam tempo z powodu dodatkowego ciężaru, ale zmuszam się do dalszego marszu. Dzięki sile woli, najzwyklejszej złośliwości, czystej nienawiści. Ochrypłe krzyki chłopca cichną, gdy zaczynam nucić melodię, którą kiedyś śpiewała mi matka.

„Śpiewaj o dziecinie, niespokojnej i dzikiej, śpiewaj o krainie, gdzie strach jest nieznany”.

Malec rozpoznaje melodię, nawet pomimo mojego zmęczonego, świszczącego oddechu. Po kolejnym postoju między kondygnacjami przestaje szlochać, osuwa się na moją szyję i zapada w sen.

„Nie wiedziesz życia cienia. Nieśmiertelnych już nie ma. Nawet czas kruszy murów ściany”.

Ironia nie umyka mojej uwadze. Te stopnie są solidne, nienaturalnie idealne. Dopóki serafini, druidzi i elfy będą żyć, ten Mur tu pozostanie.

Nagle skręcamy za róg inny niż wszystkie – prowadzi on na szczyt Muru. To może być moje pierwsze spojrzenie na Nieśmiertelne Krainy. Serce mi wali. Ale schody się kończą i wchodzimy na otwarty taras. Zielony trawnik ciągnie się aż do niedostępnego fragmentu klifów, a oświetlony pochodniami tunel prowadzi do serca góry. Mur rozciąga się w ciemności po obu stronach. Duża, rozłożysta wierzba – najpotężniejsza, jaką widziałam – wznosi się nad tunelem na niewielkiej skalnej wychodni, a między gałęziami latają świetliki niczym spadające gwiazdy uwięzione w jej kończynach.

Druidzi stoją przed wejściem do tunelu, czekając, aż się zbierzemy na trawniku. Za nimi wiszą flagi każdego narodu. Pamiętam je z poprzednich Selekcji, choć nigdy wcześniej nie widziałam ich wiszących obok siebie. Różdżki z czerwonego płomienia należą do druidów, srebrne miecze na królewskiej purpurze do nonszalanckich serafinów, a złote monety na szmaragdowym tle do elfów ziemi. Czwarta flaga jest kobaltowa, w barwach śmiertelnego królestwa Vexamire – z białym, misternie rzeźbionym kielichem pośrodku. Jest najbardziej zniszczona ze wszystkich; pęknięcie rozcina tkaninę praktycznie na pół, pozostawiając ją postrzępioną, jakby miała się kompletnie rozerwać z kolejnym podmuchem wiatru.

Każda plotka, legenda i bajka o tym, co wydarzy się dalej, krążą mi po głowie.

Wkrótce się dowiem, co się stało z moją rodziną, gdy dotarła na szczyt Muru.

Przelatuje mi przez umysł straszna, dzika myśl. Może wszyscy zostaniemy wymordowani. Albo pobici. Albo zjedzeni.

To nie tak, że ktokolwiek kiedykolwiek wrócił, by opowiedzieć tę historię.

Strażnicy syczą, żebyśmy się ruszyli, a ja przeciskam się między innymi ludźmi, starając się nie obudzić dziecka, gdy klękam obok przeklętego przez lawę mężczyzny na starannie przystrzyżonym trawniku, tuż przed księciem. W jego spojrzeniu pojawia się iskierka zainteresowania, kiedy zauważa, jakie miejsce wybrałam. Unoszę nonszalancko brodę – spodziewam się, że książę odwróci wzrok, ale on wytrzymuje moje gniewne spojrzenie i toczy ze mną niemą walkę. Bogowie, ależ on jest irytujący.

Król obserwuje nas w milczeniu, dopóki pokornie przed nim nie uklękniemy.

W ciszy słychać niezręczne ruchy, wszyscy się zastanawiają, gdzie, do cholery, jesteśmy i co wydarzy się dalej. Król stoi nieruchomo, jakby był uwięziony w kamieniu.

Wreszcie raczy przemówić:

– Dzieci wybrane podczas tej Selekcji zostaną zabrane na nasz dwór królewski, podczas gdy reszta pozostanie tutaj. Ci z was, którzy mają mniej niż osiemnaście lat, niech wystąpią. – Jego oczy przypominają ostrze kosy, mieniące się srebrnym światłem księżyca. – Natychmiast.

Dzieci zataczają się do przodu, wśród nich jest kilkoro chudych nastolatków. Druidzki strażnik pojawia się w moim polu widzenia, wyciągając odziane w rękawiczki dłonie po dziecko, które trzymam na rękach. Ma zimne, miedziane oczy, ale chwyta chłopca z zaskakującą delikatnością. Przyciskam go mocniej do piersi.

– Nie. – Odsuwam się, a rozbudzone dziecko zaczyna się kręcić.

Strażnik zerka przez ramię na swojego króla, którego uwagę przyciągnęło zamieszanie. Za nim książę Draven bacznie mi się przygląda, jego niepokojące spojrzenie zatrzymuje się na mnie i na dziecku. Przestępuje z nogi na nogę, przechyla głowę i przez chwilę dostrzegam złocistą skórę jego szyi oraz misterne tatuaże wystające spod zbroi.

Strażnik nalega:

– Chłopiec wyrusza na dwór wraz z innymi dziećmi.

– Zabierz nas oboje. Ja też jestem nieletnia – kłamię.

Moja bezczelność sprawia, że Kasper wykrzywia drwiąco twarz. Strażnik się waha i odwraca do króla Silasa, unosząc dwa palce. Spotykam się wzrokiem z królem druidów. Pomimo śnieżnobiałych loków wyglądam z pewnością wystarczająco młodo, by wślizgnąć się między młodzież. Ale król mruży oczy, gdy czyta w mojej twarzy niczym we fragmencie nielubianej książki – takim, na który rzucił okiem, ale który nie wyrył się w kościach, nie spętał duszy ani nie skradł oddechu. Król unosi jeden palec. Przesłanie jest jasne: strażnik ma zabrać chłopca, mnie zostawić.

Krzywię się z bólu i błagam:

– Proszę, weź nas oboje.

Strażnik kręci głową, więc puszczam chłopca, tłumiąc w sobie niepokój. Ledwo się porusza, gdy strażnik go podnosi i pozwala mu się oprzeć o swoją klatkę piersiową, po czym odbiega, by zgromadzić dzieci w oddzielnej grupie. Chwilę później rozkwita mroczny cień, a druidzcy strażnicy prowadzą przez niego dzieci. Wzbiera we mnie żar, niczym płomień podsycany podmuchem wiatru. Nie mogę znaleźć słów. Więcej dzieci przepada.

Odwracam się, by kontynuować bitwę na spojrzenia z księciem, i podskakuję, kładąc rękę na piersi.

Przede mną stoi król Silas, w jego oczach czai się okrutna ostrość.

– Ile tak naprawdę masz lat, dziewczyno?

Jakim cudem pojawił się tu tak szybko? I tak cicho? Gdybym miała przy sobie sztylety, przecięłabym mu ścięgna w kostkach i wbiła jedno z ostrzy w pierś. Drżę z wściekłości, a w głowie powtarzam mantrę: Wszyscy nieśmiertelni muszą zginąć. Król właśnie wskoczył na szczyt mojej listy. Tłumię wściekłość, wiedząc, że muszę być grzeczna, dopóki nie odnajdę rodziny.

Wreszcie cedzę przez zęby:

– A czy to ważne?

Przechyla głowę na bok, czekając.

Przełykam, nienawidząc tego poddaństwa, ale dodaję:

– Wasza Królewska Mość.

Przez jego twarz przechodzi wygłodniała ciemność.

– Dobrze, jednak jesteś zdolna do nauki.

Jego słowa domagają się równie ciętej odpowiedzi. Zerkam na Dravena, który wciąż patrzy na mnie aroganckim wzrokiem. Najwyraźniej byciedupkiem to cecha dziedziczna.

Król naciska:

– A więc?

– Dwadzieścia – odpowiadam szczerze.

Jeśli plotki o ich mocach okażą się prawdziwe, może uda mu się wyrwać mi odpowiedź z ust. Próbowanie popełnienia zdrady dwa razy w ciągu jednego dnia to głupota, nawet jak na mnie.

– Hmm.

Odchodzi, mierząc wzrokiem tych, którzy zostali powierzeni jego opiece.

Gdziekolwiek przechodzi król Silas, jego kroki zostawiają na ziemi wypalone ślady, a gdy butami ociera się o źdźbło trawy, pojawiają się małe ogniki. Przygląda się nam wszystkim. Nikt z tu obecnych nie jest ani dzieckiem, ani kimś starym czy wątłym. Książę Draven stoi, milcząc, ale mogłabym przysiąc, że w jego przymrużonych oczach widać błysk dumy. Czy to część jego planu?

Głos króla Silasa jest ostry niczym sztylet.

– Zostaliście Wyselekcjonowani, by dołączyć do druidzkiego królestwa Sedah.

Serce mi zamiera. Dołączyć?

– Książęta Draven i Ansel dobrze wykonali zadanie, choć sam nie wybrałbym niektórych z was. Uważajcie się za szczęściarzy.

Patrzy prosto na mnie.

Nie mogę się powstrzymać i odwzajemniam wściekły grymas. Nie wiem, jak dzięki swojemu treningowi wypadłabym w starciu z nieśmiertelnym, ale chcę się przekonać. Znów kieruję uwagę na Dravena, czując dziwne przyciąganie. Książę ma ręce splecione za plecami i w pełni skupiony wpatruje się w króla. Wydaje się, że nie traktuje słów o swoich wyborach jako zniewagi. Może pod tą maską skrywa gniew. A może po prostu próbuję uczłowieczyć demona. Może to Zjawa we mnie, ale chcę go rozplątać, rozłożyć na czynniki pierwsze, odkryć wszystkie jego brudne sekrety.

Król Silas kontynuuje:

– Nim będziecie mogli wejść do mojego królestwa, musicie złożyć Przysięgę. W każdym królestwie wygląda ona inaczej, ale obrzęd wygląda tak samo. Ślubujecie dozgonną lojalność mojej krainie.

Podnoszę gwałtownie głowę – to właśnie dlatego nikt nie wrócił. Ta wymuszona lojalność, choć przerażająca, powstrzymała moją rodzinę przed powrotem. Niektórzy z nich mogą jeszcze żyć. Ta nadzieja pozbawia mnie wszelkich obaw.

– Alternatywa – dodaje – znajduje się po waszej prawej stronie.

Jak kostki domina nasze głowy odwracają się pośpiesznie w stronę, którą wskazał gestem, ku miejscu, gdzie do Muru przytwierdzono deskę rozpościerającą się nad nicością. Upadek z tysiąca stóp na twardą, nieustępliwą ziemię w dole. Myśl o tym wywołuje u mnie mdłości.

Król Silas mówi:

– Niewielu wybrało tę drogę, choć wy, śmiertelnicy, lubicie dozę dramatyzmu.

Co za hipokryta.

– Kiedy złożycie mi śluby, obiecuję, że wszystkie kłamstwa, którymi byliście karmieni o moim królestwie i nieśmiertelnych ziemiach Arkadii, staną się zaledwie duchami w porównaniu z rzeczywistością przed wami. Dostaniecie szanse, o których mogliście tylko śnić w swoich małych miasteczkach i wioskach. Ale sami musicie wybrać ten lepszy los.

Druidzcy żołnierze wysuwają się naprzód i stają po bokach króla. Ich maski tworzą iluzję – w świetle pochodni wydaje się, że wszyscy są tacy sami. Ich chowańce skradają się w cieniach za nimi.

Migoczące nad nimi świetliki znikają.

Poza druidami nie widzę nic, nawet gzymsu na ścianie.

Wtedy książę Draven podchodzi do mnie, trzymając w dłoniach małą srebrną miskę.

– Wybieraj.

Jego głos to zgrzytliwy syk.

Drewniana deska zwisa ze ściany, upiornie oświetlona w ciemności. To okrutna magia, musi nią być. Kusi nas wolnością śmierci.

Pij albo giń.

Nie ma za dużego wyboru.

Zaglądam do przechylonej w moją stronę miski. Czymkolwiek jest ta lepka ciecz w naczyniu, ma karmazynowy odcień. Strasznie przypomina…

– To nie jest krew – szepcze książę Draven.

Serce podskakuje mi w niebezpiecznym rytmie. Czuję ulgę zmieszaną z paniką. Sięgam po misę, ale on jej nie puszcza. Trzyma ją obiema dłońmi. Jego palce są zaskakująco ciepłe i, co nie dziwi, silne. Jakaś część mnie chce wylać zawartość na trawę. Może dlatego trzyma ją tak stanowczo. Zmuszona jestem przysunąć twarz do krawędzi naczynia. Rozchylając usta, biorę ostatni oddech wolności.

– A może jest… Może po prostu jestem kłamcą – syczy książę Draven.

Wpatruję się w niego gniewnie – stoi na wpół skryty w cieniu, a w połowie pokryty blaskiem magicznego światła. Jedyny sposób, żeby się dowiedzieć, co stało się z moją rodziną, to wypić to. Jedyny sposób, żeby wrócić, to iść naprzód.

Więc piję.

Rozdział 3

Arkana

Mówi się, że druidzi są jedyną grupą nieśmiertelnych czczącą ciemność – ich bogowie władają z podziemi, ich magia jest nad wyraz nikczemna. Są akolitami chaosu i hucznych uczt, ich karty tarota są zdolne do odarcia z życia, tak jak papier ścierny do ściągnięcia z drewna lakieru.

Broszura Ascendencji podpisana A. C.

MIMO WSZYSTKICH SŁÓW księcia nie potrafię stwierdzić, co piję. Prawie się odsuwam, gdy płyn spływa mi po języku. Smak miedzi podpowiada mi, że ten drań rzeczywiście podał mi krew, zanim uświadamiam sobie, że to przez metalową miskę. Napój jest gęsty i słodki jak galaretka. Ten dziwny smak sprawia, że robi mi się ciepło i zaczynam odczuwać mrowienie. Jest uzależniająco dobry, a kiedy patrzę księciu Dravenowi w oczy, widzę w nich iskrę rozbawienia.

Wyciąga mi naczynie spomiędzy ust. Zajmuje mi całą minutę, nim uświadamiam sobie, że wciąż oblizuję wargi. Mogłabym wypić całą miskę, gdyby mi pozwolono.

Pochyla się bliżej mnie i mówi ściszonym głosem:

– Wiem, że jesteś spragniona, ale postaraj się zostawić trochę dla innych.

Och, spierdalaj. Twarz mi płonie, gdy książę Draven podaje tę samą miskę strażnikowi, a on zanosi ją kolejnej osobie. Młody mężczyzna ponownie wkracza w szereg druidów, a jego ojciec chwyta go za rękę, w której błyszczy coś złotego.

– Byłem pewny, że rzuci się z Muru – komentuje cicho rodziciel.

Teraz otwarcie posyłam im wściekłe spojrzenie, gdy książę Draven swobodnie przyjmuje monetę. Spojrzenie jego oczu w kolorze indygo znów przesuwa się po mnie, a iskra dumy przemyka mu przez oczy.

Jakby miał cokolwiek do powiedzenia w sprawie mojego losu.

Przechyla głowę na bok, odrzucając długie, czarne włosy, jakby właśnie usłyszał moje myśli.

Odwracam głowę i patrzę, jak wszyscy chętnie przyjmują napój.

Nic nie czuję, nie mam żadnych skutków ubocznych poza pragnieniem skosztowania więcej. Kasper się waha, obserwując mnie, jakby czekał, czy nie padnę. Mimo to pozwala, by wlano mu napój do ust. Przysięgam, że trzyma go tak, jakby chciał splunąć nim w twarz druidowi, który mu podał miskę. Chwilę później wywraca oczami, zahipnotyzowany smakiem. Przełyka, dysząc z pragnienia, a jego oczy stają się zupełnie czarne. Mrugam. Obraz znika, jego oczy znów są przenikliwie niebieskie i jasne.

Po dotknięciu warg wszystkich tu obecnych misa znika.

Co teraz? Odwracam się do króla, zdezorientowana, a on unosi rękę i wyciąga w naszą stronę palec, który zostawia za sobą srebrzysty płomień.

Następuje chwila ciszy, wstrzymujemy oddech. I wtedy moje wnętrzności skręcają się z potwornego bólu, zaczynam się krztusić.

Słowa samoistnie wychodzą z moich ust:

– Obliguję swą duszę, by służyła twemu królestwu na zawsze.

Te same słowa dobiegają z ust wszystkich, a gdy kończę recytować, z trudem łapię oddech. Nie byłam na to gotowa, Przysięga została wyrwana ze mnie tak nagle.

Mrowienie, niczym maleńkie igiełki, zaczyna kłuć całe moje ciało. Zwijam się w kłębek, opierając się o trawę. Nie mogę skupić się na niczym ani na nikim innym, gdy ból narasta, pali mnie.

Przestań, proszę, przestań, myślę rozpaczliwie, kiedy moje ciało się kurczy i wije pod naciskiem tej magicznej więzi. Padam, otwieram usta w niemym krzyku i czuję smak ziemi, gdy zaczynam kopać i drapać trawę. Oczy oraz uszy mnie pieką, jakby poparzyło je słońce. Czaszka boli, jakby ktoś wyrywał mi zęby. Paznokcie szczypią, jakby drzazgi wbiły się między nie a delikatną skórę pod spodem.

Inni krzyczą, wrzeszczą wokół mnie, ale ja do nich nie dołączam. Jestem zbyt uparta, choć ból z tyłu czaszki mnie ogłusza.

Zrobię wszystko, byle tylko to ustało. Nie potrafię powstrzymać myśli, które wdzierają się do mojego wnętrza, ale nagle słyszę w sobie głos, zbyt blisko, by czuć się komfortowo, jakby ktoś szeptał mi prosto do ucha.

Poddaj się – żąda.

Nienawidzę siebie w chwili, gdy słyszę te słowa, bo wiem, że posłucham. Po kilku kolejnych męczących sekundach rzeczywiście tak jest. Pozwalam, by ten głos, czymkolwiek on jest, zawładnął moim umysłem i wycisnął ze mnie kawałki mnie samej, niczym miąższ z łupiny. Kiedy staje się usatysfakcjonowany, zaciskam pięści w ziemi, a moje dłonie rozrywają trawnik.

Ale to koniec. Przeżyłam. Ból mija tak szybko, jak się pojawił.

Król cofa rękę, a jego srebrne oczy wędrują między nami wszystkimi, wijącymi się i dyszącymi na ziemi. Zmuszam się, by uklęknąć, i ocieram twarz z ziemi. Boli mnie szczęka, a język przebiega po zaostrzonych kłach. Co się ze mną stało? Kiedy patrzę na swoje palce, ostre, nieśmiertelne szpony zmieniają się z powrotem w normalne paznokcie. Zastanawiam się, czy nawet moje oczy świecą jak te druidów. Czuję napływające łzy, ale powstrzymuję je mrugnięciem. Zasłaniam drżącymi dłońmi uszy i odkrywam, że są spiczaste.

Trzęsąc się z wściekłości, wpatruję się w króla. Chcę nazwać go sukinsynem, przekląć za to, co mi zrobił, ale jakkolwiek bym się starała, nie potrafię. Teraz jest moim królem. Kiedy spaliłam dwór Lorda Westfall, poprzysięgłam, że nie będę służyła już nikomu innemu poza sobą, ale teraz… należę do nich.

Książę Draven patrzy na mnie, stojąc u boku ojca. Jest nieprzenikniony, po prostu mnie obserwuje, jakby na coś czekał.

Moje ciało wydaje się obce, a kości puste i lekkie. Powietrze źle dociera do moich płuc. Dźwięki otaczają mnie z każdej strony, a pole widzenia się zwęża. Skóra na twarzy mnie mrowi, jakby pod jej powierzchnią pełzały pająki.

Ktoś wstaje i ucieka – kobieta starsza od większości tu obecnych. Bez wahania dociera do deski przymocowanej do ściany. Strażnicy jej nie zatrzymują. Rudowłosa dziewczyna, która płakała na Selekcji, szepcze:

– Nie.

W jednej chwili kobieta tam stoi, w drugiej już jej nie ma. Nadal klęczymy w milczeniu i mija sporo czasu, zanim usłyszymy głuchy odgłos, który następuje po jej locie w dół. Gdy dobiega mnie ten dźwięk, zaczynają mi drżeć ramiona. Nie powinnam tego słyszeć, ale mój zmysł słuchu jest wyostrzony, podobnie jak wszystko inne. Nawet cisza po tym jest głośna, moje zmysły są przeciążone tym nowo przeobrażonym ciałem.

– Wszyscy jesteście teraz członkami mojego królestwa – ogłasza król. – Nigdy więcej nie zostaniecie przyjęci do świata śmiertelnych. Nawet wasi ukochani zapolowaliby na was z nienawiści. Pochowajcie więc tamte życia, tamte marzenia, tamte imiona, jeśli musicie. Wasza transformacja nie jest jeszcze skończona, ale to pomoże wam przeżyć za Murem. Wciąż jesteście w pełni śmiertelni. Jesteście odmieńcami, dopóki nie udowodnicie własnej wartości i nie ukończycie Zstąpienia pod koniec nadchodzącej wiosny. Potem staniecie się nieśmiertelni. Pozwólcie, by był to pierwszy dzień reszty waszego życia. Przeznaczone jest wam znacznie więcej niż tylko obrócenie się w proch i będziecie dobrze służyć mnie oraz mojemu ludowi.

Przykłada dłoń do biodra i wyciąga zza pasa talię kart, które tasują się, jakby rozdzielone niewidzialnymi rękami, po czym spoczywają nieruchomo na jego dłoni. Gestem nakazuje nam wstać, a my wykonujemy polecenie. Potykam się, bo moje nogi nie są przyzwyczajone do nowej formy. Otrzepuję brud z ciała, a oczy łzawią mi z oburzenia z powodu niechcianej transformacji ciała.

– To karty tarota. Każda z nich jest nasączona własną magiczną historią i może służyć jako przewodnik wszelkich magicznych talentów czy Arkanów, które do was przemawiają – wyjaśnia król Silas.

Kładzie pająkowatą dłoń na stosie kart i nie dotykając ich, powoli unosi rękę wnętrzem w stronę publiczności. Karta z wierzchu talii podąża za ruchem, unosząc się w przestrzeni między nami a nim. Czarno-złote zdobienia na powierzchni lśnią w rozedrganym świetle, odbijając promienie przypominające koronę słońca.

Mimo narastającej wściekłości pochylam się do przodu i dostrzegam, że karta przedstawia postać o nieokreślonej płci – siedzącą na tronie, z koroną na głowie, mieczem w jednej ręce i wagą zwisającą z drugiej.

– Tarot pomaga skupić dwadzieścia dwa magiczne talenty odkryte przez druidów, z których każdy nazywany jest Wielkim Arkanum. Zostały nam podarowane przez naszego najświętszego boga Azazela, Pana Śmierci.

Pstryka palcami, a reszta kart w talii wzbija się w powietrze i zaczyna go otaczać.

– Każdy druid, niezależnie od tego, czy urodził się jako Dziecko Azazela czy przybył do nas spoza granicy jako odmieniec, odczuwa szczególny pociąg do jednego z tych talentów i może użyć kart niczym syfonów, by kontrolować własną magię, poskromić tę moc i skumulować w opuszkach palców.

Słyszałam już wcześniej o tarocie. Szarlatani co roku paradowali z taliami kart przez Westfall, twierdząc, że to starożytne relikwie, które potrafią przenosić magię do krainy śmiertelników. Oczywiście były podróbkami. Nawet gdyby jakimś sposobem zdobyli prawdziwą talię, śmiertelnicy nie mogli przewodzić magii – wszyscy wiedzieli, że byłby to wyrok śmierci.

Magia potrzebowała źródła, z którego mogłaby czerpać – energii lub życia. Zawsze miała cenę. Życie śmiertelnika spaliłoby się niczym rozżarzony węgielek w starciu z jej mocą.

Król zbliża do siebie dłonie, chwytając karty w złotą sieć rozciągniętą między palcami. Umieszcza talię w dłoniach i wyciąga ją ku nam.

Ofiarowuje mi to, czego pragnie moje serce, przyciągając moją uwagę niczym światło ćmę, choć wiem, że prawdopodobnie się spalę. Nikt nie ofiarowuje mocy za darmo.

– W Sedah władzę otrzymują ci, którzy mają największy talent. Nie ze względu na pokrewieństwo, historię czy majątek, ale z racji tego, co mają do zaoferowania. Chcecie mieć władzę? Udowodnijcie to. Chcecie magii? Weźcie ją. Jednak odmieńcy mają pewne utrudnienie. Zostanie to skorygowane dzięki treningowi i czasowi spędzonemu w Kuźni, gdzie będziecie się uczyć oraz przeistoczycie się w coś nowego. Pokażcie mi swój potencjał.

Oczy zgromadzonych kierują się ku otwartej dłoni króla, trzymającego talię.

Nikt nie śmie ruszyć się naprzód, by chciwie chwycić się takiej obietnicy, na wypadek gdyby to była jakaś sztuczka.

Ale Kasper robi niepewny krok, potem kolejny, aż staje przed królem. Jego ręka drży, gdy trzyma ją nad stosem kart.

Pojedyncza karta spływa z dłoni króla do ręki Kaspra. Chłopak niezgrabnie chwyta ją w powietrzu. Nigdy nie widziałam, żeby człowiek czarował. To niemożliwe. Tyle że Kasper nie jest już zwykłym człowiekiem.

Ja też nie.

Jesteśmy teraz czymś pomiędzy. Otaczają mnie szepty podniecenia, jakby to był jakiś dar, a nie okropna umowa. Po co nas w ogóle zmieniać? Po co dawać nam władzę?

Kasper pozwala wezyrowi wziąć kartonik, a ten zapisuje coś w zwoju pergaminu. Kasper czeka, przyglądając się im szeroko otwartymi oczami… Niemal czuję, jak niecierpliwość wrze w jego napiętych ramionach. Ledwo oddycha.

– Najwyższa Kapłanka – wyjaśnia wezyr. – Reprezentuje intuicję, boską mądrość, instynkty. Niewiarygodnie użyteczne Arkanum, którym sam władam.

– Dziękuję – odpowiada krótko Kasper i zaciska usta w cienką linię.

Karta zostaje włożona z powrotem do talii i następuje tasowanie.

Kasper pochyla głowę i wraca do pozostałych, a wkrótce jego miejsce ochoczo zajmuje kobieta z tłumu. Podniecenie wokół mnie narasta, gdy tłum napiera naprzód. Akceptują to wszystko z taką łatwością. Pozwalam nowo wyszkolonym półdruidom ruszyć naprzód, by się przekonali, ile mocy i potencjalnych bogactw na nich czeka, a sama zostaję z tyłu.

Opieram dłonie na kolanach i oddycham, ale moje zmysły są zbyt wyostrzone. Czuję cytrusowy aromat trawy mieszający się z zapachem rosy u moich stóp. Elektryzująca woń cedru i wetywerii ciągnąca się za księciem Dravenem, zapach czystego lnu i żelaza wyczuwany od strażników, dymno-cynamonowy aromat otulający króla Silasa. Wyrywam się z transu i kuśtykam w kierunku małej fontanny, wyciągając dłonie ku wodzie. Ochlapanie twarzy powinno ukoić przeciążone zmysły, lecz gdy docieram do wody, wpatruję się z przerażeniem we własne odbicie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wielkie Arkana Mocy

Prolog

Królewski dekret

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji