Przyjadę po ciebie - Weronika Wierzchowska - ebook + książka

Przyjadę po ciebie ebook

Weronika Wierzchowska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Rok 1866. Apolonia Mazurek, panna na wydaniu, żyje w niewielkiej polskiej społeczności osiadłej w Teksasie. Na wyżynie niedaleko San Antonio znajduje się kilka wsi założonych przez polskich emigrantów, którzy nieustannie borykają się z nędzą, niechęcią Teksańczyków i Meksykanów oraz atakami Indian.

Danny Wittlif jest kawalerem, mieszka w sąsiedztwie Apolonii na rancho swego ojca, który go nienawidzi. Po niedawno zakończonej wojnie secesyjnej, w której walczył po stronie Konfederacji, na twarzy pozostała mu oszpecająca blizna. Danny topi żal w alkoholu i wyładowuje wściekłość na głupich Polaczkach.

Arcybiskup teksański na prośbę emigrantów sprowadza z Rzymu polskich księży z zakonu zmartwychwstańców, by nieśli osadnikom posługę duchową i chronili ich przed wszelkim złem. Wszyscy byli kapelanami w powstaniu styczniowym, a przybyli do Ameryki „z różańcem w jednej ręce i rewolwerem w drugiej”.

Ksiądz Andrzej Rzańca zostaje proboszczem w miejscowości, w której mieszkają Apolonia i Danny.

Kiedy drogi życiowe tych trojga się krzyżują, wszystko się musi odmienić.

Nienawiść zamieni się w miłość, rozpacz w nadzieję, a zemsta w przebaczenie.

Weronika Wierzchowska – z zawodu chemiczka, dawniej związana z przemysłem farmaceutycznym i kosmetycznym. Lubi mieszać, zarówno w reaktorach chemicznych, jak i w losach wymyślonych postaci. Fascynuje się historią nauki, zwłaszcza medycyny, kultury materialnej i ulubionego XIX wieku. Dociekliwie zgłębia historie kobiet, najbardziej tych zapomnianych lub lekceważonych, które chętnie przypomina w powieściach. Perypetie postaci historycznych zestawia z losami współczesnych dzielnych i niezwykłych Polek, tworząc opowieści o życiu kobiet.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 417

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Weronika Wierzchowska, 2026

Projekt okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© ana/Adobe Stock

Redaktor inicjujący

Michał Nalewski

Redaktor prowadzący

Anna Kubalska

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Patrycjusz Pilawski

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8444-586-0

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Dajcie mi choć dwóch księży,

ja ich sam douczę, wyświęcę.

Oddam wam kościoły z ich własnościami rolnymi.

Lud polski, który tu osiadł, tak wyborny,

że żaden mnie z nich nigdy nie zasmucił,

pobożny, poczciwy, pracowity, zdrowy,

dzieci mnóstwo tam się rodzi.

Klimat najcudowniejszy, powietrze balsamiczne.

Założę wam szkoły, wszystko zrobię,

tylko przybywajcie.

Z listu biskupa Teksasu Claude’a Marie Dubuis

do generała zakonu zmartwychwstańców

Hieronima Kajsiewicza

Musieliśmy się odpowiednio uzbrajać.

Każdy z nas posiadał karabin,

rewolwer i dubeltówkę do polowania.

Ubieraliśmy się w suknie kapłańskie tylko w kościele,

poza tym zawsze po świecku.

Wszędzie nam groziło niebezpieczeństwo

od dzikich zwierząt lub od dzikich ludzi,

od Indian.

Z pamiętnika księdza

Adolfa Bakanowskiego

PROLOG

STANY ZJEDNOCZONE, TEKSAS, 1847 ROK

Tego ranka ksiądz Claude Marie Dubuis natknął się na jaguara drzemiącego w cieniu starego dębu białego. Zauważył drapieżnika w tej samej chwili, co on jego. Osiołek, którego ksiądz dosiadał, zdębiał ze zgrozy, po czym zaczął sapać i dygotać, jakby miał zaraz zejść ze strachu. Tylko spokojnie, bez gwałtownych ruchów, misjonarz poklepał go, dając do zrozumienia, że obaj muszą zapanować nad emocjami. Następnie drżącą ręką wyciągnął rewolwer wystający z juków i ze zgrozą się zorientował, że nie nałożył kapiszonów na kominki i broń nie zadziała… Tymczasem wielki kot się nie spieszył, by skoczyć na łatwą zdobycz, możliwe, że był solidnie nażarty. Dobry Bóg tak urządził świat, że zwierzęta nie mordowały bez potrzeby, w przeciwieństwie do ludzi, rzecz jasna. Misjonarz jednak wolał nie liczyć wyłącznie na łut szczęścia, trzęsącymi się rękami grzebał w jukach, aż natrafił na okrągłe blaszane pudełeczko, w którym przechowywał kapiszony. Nie spuszczał przy tym oka z jaguara, a ten gapił się na niego, przeciągając się leniwie po drzemce. Zrobił przy tym koci grzbiet i wyciągnął przed siebie łapy z wysuniętymi pazurami, bez wątpienia ostrymi niczym sztylety.

Coś takiego jeszcze nie spotkało francuskiego misjonarza, który już od kilku miesięcy podróżował samotnie po tym dzikim kraju. Przywykł do myśli, że najbardziej powinien się obawiać ludzi, poza tym co najwyżej jadowitych węży i pająków. A tu nagle jaguar, wielki i potężny niczym król pustkowi, patrzy na niego i zastanawia się, czy ma ochotę na ludzkie mięso. Ksiądz dopiero co dziękował Bogu poranną modlitwą za misję, którą ten mu zlecił na bezkres­nych preriach, za zdrowie i siłę, za piękno natury, jakie mógł podziwiać przez całe dnie. Zanosiło się jednak na to, że lada chwila stanie przed Panem na tamtym świecie. Trochę szkoda, miał jeszcze dużo do zrobienia, żyła tu rzesza wiernych potrzebujących pociechy, wyglądających kapłana, który służyłby im modlitwą i sakramentami. Dubuis miał tyle planów, tyle pomysłów i koniecznie chciał je zrealizować. Budowa świątyń i szkół, zabiegi, by sprowadzić na te pustkowia misjonarzy i zakonnice, którzy prócz Słowa przynieśliby edukację i kulturę. Teksańczycy byli bowiem niemal tak samo dzicy jak Indianie. Ktoś musiał im pomóc, a on w swojej pysze myślał, że jest właśnie tym kimś.

Osioł nagle przełamał paraliżujący go strach i ryknął, po czym zaparł się sztywno nogami w ziemię i zaczął rżeć swoje ogłuszające i-a, i-a! i-ha! i-ha-ha! Otwarte pudełeczko wypadło księdzu z ręki i kapiszony rozsypały się po piasku. Jaguar się poderwał, rozzłoszczony lub raczej wystraszony hałasem. Gwałtowny ruch przełamał jakąś blokadę psychiczną osła i ten nagle ruszył przed siebie. W jednej chwili rozpędził się i pognał w szaleńczej galopadzie, uciekał na oślep przez kolczaste krzaki i między drzewami o pokrzywionych, poskręcanych pniach. Dubuis uczepił się kurczowo jego grzywy, skulił się i zacisnął zęby, kiedy kolce rwały na nim ubranie. Nie chciał spaść i zostać pożartym przez jaguara. Zgubił gdzieś rewolwer, zresztą i tak bezużyteczny, teraz się kulił całkiem bezbronny i mógł liczyć jedynie na to, że kotu nie będzie się chciało ścigać tak hałaśliwej ofiary.

Galopada trwała parę długich chwil, w końcu jednak osioł, nieprzywykły do biegania, zwolnił, musiał się zmęczyć. Tyle że zanim to nastąpiło, dotarł na skraj urwiska, jakąś pozostałość po dawno wyschniętej rzeczce, która wyżłobiła w terenie niezbyt szeroki, ale głęboki wąwóz. Dubuis krzyknął ze zgrozy i rzucił się w bok, ale było już za późno. Zarówno on, jak i osioł runęli w dół, na kamieniste dno wąwozu. Na nic zdały się próby uchwycenia jakiegoś krzaka, ksiądz poczuł potężne uderzenie w plecy, które wypchnęło mu powietrze z płuc, po czym walnął nogami o skałę, przeturlał się i padł na kamienie. Ogarnęła go ciemność, litościwie odbierając przytomność i oszczędzając bólu.

Kiedy otworzył oczy, ujrzał pochyloną nad sobą Matkę Boską. Czarnooka piękność w barwnej chustce, z jaśniejącą nad jej głową aureolą światła. Uśmiechnęła się lekko. Choć to chyba po prostu słońce, a nie aureola. Kobieta potrząsała go za ramię, patrzyła trochę z troską, trochę z ciekawością. Dubuis próbował się unieść, ale okazało się, że nie może się ruszyć, nawet wziąć głębszego wdechu. Chyba miał połamane żebra i do tego obie nogi. Zerknął w bok, osioł leżał na grzbiecie, wszystkie jego cztery nogi sztywno mierzyły w niebo, miał też wywalony jęzor, muchy łaziły po jego otwartych ślepiach.

– ¿Eresestúpido o ciego? ¿No has visto el desfiladero?1 – spytała Matka Boska.

Ksiądz musiał się wysilić, by zrozumieć. Uczył się hiszpańskiego od roku, miał zamiar prowadzić liturgię i wygłaszać kazania także w tym języku dla licznie tu mieszkających Meksykanów. Ciągle jednak wiele mu brakowało, by się na to odważył. Ale przynajmniej dużo już rozumiał i mógł się porozumiewać prostymi słowami.

– ¿Cómo te llamas?2 – dopytywała Matka Boska.

– Claude – odpowiedział. – ¿Cómo te llamas?

– Maria – odparła Matka Boska.

– No tak – szepnął ksiądz i głowa opadła mu ciężko na kamień.

Matka Boska pochyliła się i wlała mu do ust trochę wody ze skórzanego bukłaka. Woda była obrzydliwie ciepła i smakowała skórą, ale Dubuis uznał, że nigdy w życiu nie pił czegoś tak smacznego. Uśmiechnął się do wybawicielki, a ta pogłaskała go po twarzy. Zapadał w ciemność, mając przed oczami jej twarz, najpiękniejszą, jaką widział w życiu.

1 Jesteś głupi czy ślepy? Nie widziałeś wąwozu? (hiszp.).

2 Jak masz na imię? (hiszp.).

ROZDZIAŁ I

STANY ZJEDNOCZONE, TEKSAS, 1867 ROK

1

Spora część stworzeń bożych żyjących w Teksasie próbowała zamordować i zjeść wszystko, co się rusza, nie wyłączając napotkanego człowieka. Pola znalazła się w Ameryce dwanaście lat temu, kiedy była ledwie kilkuletnią dziewczynką, i jak wszyscy polscy kolonizatorzy musiała to przyjąć do wiadomości i się nauczyć, że zawsze trzeba zachować ostrożność. Polska już niemal zatarła się w jej pamięci, była coraz bardziej mglistym wspomnieniem zielonych łąk, po których można ganiać boso bez obawy o utratę życia, zapachu mleka i smaku chleba z miodem. Teraz Pola czuła w ustach drobny pył ciśnięty jej w twarz podmuchem gorącego wiatru, pachniało nie mlekiem, ale rozgrzanym skalnym podłożem i popękanym ugorem, na którym stała. I oczywiście nie biegała tu boso, chodziła w mokasynach z podeszwą z utwardzonej skóry, by nie pokaleczyć stóp o kamienie. Zieleń co prawda była – jednak nie taka bujna i swobodna jak w ojczyźnie, ale uporządkowana w równe rzędy krzewów bawełny ciągnące się w dół łagodnego stoku, opadającego do wijącej się w dole rzeki Mediny. Wiła się również skolopendra, obrzyd­liwy potwór, który wylazł spod kamienia, czarny wij, błyszczący segmentami chityny. Obrzydliwa gadzina najeżyła się kolcami i szczypcami, poruszała się bardzo szybko i pewnie, wyczuła ruch nogi dziewczyny i pędziła w jej stronę, omijając kamienie, by zatopić w ciele szczękoczułki i wstrzyknąć pod skórę ofiary porcję jadu.

Pola dostrzegła ją przed chwilą, nie miała czasu, by się zastanawiać nad sposobami uniknięcia potwora, wzywać pomocy lub uciekać. W tym gorącu wszystkie owady poruszały się jakby w przyspieszonym tempie, jakby ktoś nakręcił im sprężyny. Miała zatem mgnienie oka. Gdyby odskoczyła, wij mógł pomknąć dalej i dotrzeć do jej sześcioletniego braciszka Ludwisia, który jak zwykle zajmował się tym, czym nie powinien, kilka kroków za jej plecami, i nie miał pojęcia o pojawieniu się zagrożenia. Złapała za stojący u jej stóp kosz z łyka, wypełniony wyrwanymi chwastami. Uniosła go i postawiła na wiju. Udało się przycisnąć go do kamieni, mniej więcej w połowie. Teraz dopiero zaczął się wyginać na całego, rozsierdzony jak stryj Anzelm po tym, gdy przyłapał córkę w stodole razem z jednym Metysem.

– Motyka! – Pola wrzasnęła do braciszka.

Zajmowali się pieleniem w bruzdach ornych zrobionych przez braci i ojca, którzy jechali pługami w przerwach między rzędami krzewów bawełny. Tak najłat­wiej usuwało się wszędobylskie chwasty i przy okazji spulchniało glebę. Kobiety i dzieci wyrywały rośliny ze skib. Ludwiś przejął jedną z motyk i dziabał nią coś bez sensu, jak zwykle zajęty zabawą i skupiony na własnym świecie. Teraz odwrócił się do siostry przyciskającej koszem straszliwego robala i zamiast podać jej motykę, cisnął ją na ziemię i rzucił się do panicznej ucieczki.

– Maaatuś, diaaaboł! – wrzeszczał jak opętany, machając rękami. Pędził bruzdą orną, potykając się co dwa kroki.

Apolonia zagryzła wargę, pohamowała się w ten sposób przed przeklinaniem. Nie uchodziło pannie, poza tym od blisko trzech lat nie mieli w miasteczku polskiego księdza i nie mogłaby się wyspowiadać. I tak już strasznie długo wszyscy żyli tu w grzechu, nie uczestniczyli w mszach i nie przyjmowali komunii świętej.

Spojrzała z bezsilną rozpaczą na motykę leżącą jakieś dziesięć kroków od niej. Dać susa i liczyć na szczęście? Chyba jednak musiała dociskać wija, inaczej gadzina dziabnie ją w łydkę. Zdawało się jej, że słyszy trzaskanie jego szczęk, chyba nawet już pluł na nią jadem. Zatrzęsła się z obrzydzenia i nacisnęła jeszcze mocniej, ale za nic łyko kosza nie chciało go przepołowić, okazało się za miękkie. Ojciec i bracia gdzieś w oddali maszerowali za końmi, trzymając pługi tnące ziemię, i pewnie nawet nie słyszeli wrzas­ków Ludwisia. Znikąd ratunku.

– Apolonia, potrzebujesz pomocy? – Rozległo się za jej plecami.

Z gąszczu bawełny wyszedł Janek Chrupała, syn sąsiadów, tyczkowaty dryblas uzbrojony w tęgi kij i nóż wiszący u paska. Spojrzała na niego ostro.

– Co robisz na naszym polu? Po łbie chcesz dostać? – warknęła. – Nie stój jak cielę. Zabij tego wija albo podaj mi motykę.

Zmarszczył brwi i obszedł ją ostrożnie. Kiedy dojrzał skolopendrę, zadziałał od razu, i to chyba w ostatniej chwili, bo wij już się niemal uwolnił. Janek trzasnął go kijem kilka razy, szybko i pewnie. Pola odetchnęła, wyprostowała się i otarła pot z czoła. Nie miała na głowie obowiązkowej chustki, lubiła czuć wiatr we włosach, choć to nie uchodziło i uważane było za rzecz niezdrową. Zakładała za to słomkowy kapelusz, by słońce nie spaliło jej twarzy, ale ten jej spadł i wisiał na plecach na wstążce. Janek patrzył na nią z uśmiechem, bo wyglądała naprawdę ładnie, podobała mu się, i to od dawna.

– Zbierasz gadziny do koszyczka? – spytał i podniósł zatłuczonego robala za jedno z odnóży.

– A co mam tu zbierać, przecież nie jagódki. Nie widziałam jagódek, od kiedy wyjechaliśmy z kraju – warknęła ciągle zirytowana wydarzeniem. Patrzyła w dal, gdzie w panice pognał Ludwiczek.

– Ano, ja też nie. Ale srał pies jagódki, łazić trzeba było za nimi po lesie i natrudzić się, by zebrać kilka garstek. Już wolę arbuzy, a i pomarańcze smaczne – zagaił. – Lubisz pomarańcze, Pola?

– Nie czaruj mnie tu głupotami. Powiedz lepiej, co robisz na naszym polu?! Sądząc po tym pasterskim kiju, to znów zgubiliście owce, zgadłam? Kiedy ojciec przydybie je na szkodzie i zobaczy, że żrą naszą bawełnę, to będzie taka awantura… – Wzięła się pod boki i zmarszczyła brwi.

Jej ociec Kazimierz Mazurek uważał się za najpracowitszego i najzdolniejszego gospodarza spośród trzydziestu kilku ojców polskich rodzin zamieszkujących miasteczko Bandera, leżące na wzgórzach pięćdziesiąt mil na północny zachód od San Antonio, jednego z największych miast Teksasu. Jego gospodarstwo sąsiadowało z drugim wedle wielkości należącym do Gustawa Chrupały, który uważał się z kolei za najbogatszego i najzaradniejszego z polskich gospodarzy. Nieraz ich drogi się krzyżowały, zwierzęta wchodziły nawzajem w szkodę, żony się ze sobą kłóciły, dzieci tłukły po łbach, ale najbardziej drażliwą sprawą były ambicje o przewodnictwo wśród polskiej społeczności.

– Chyba jednak do was nie zwiały. Może przeszły brodem przez Medinę? – Janek podrapał się po głowie. – Zara je znajdę, nie pali się przecież…

– Może Indiańcy je już zgarnęli? Pospieszyłbyś się, bo najpierw dostaniesz od mojego ojca, później od swojego.

– Indiany? Łech tam, od roku się nie pokazali. – Machnął niedbale ręką. – Głupie owce kręcą się pewnie w kółko. Pewnie poszły pić nad rzekę, gdzie by je tam kto zgarnął! A ty, skoro tak się boisz Indiańców, czemu pozwoliłaś, by twój zasmarkany braciszek ganiał sam po polach? Matka ci nakładzie kijów na plecy, jeśli małemu zdejmą skalp.

Zarechotał złośliwie, ale natychmiast umilkł, widząc tężejącą minę Apolonii. Żart był fatalny, szczególnie że zagrożenie istniało naprawdę. Rok temu z okładem taki dramat spotkał chłopaka z rodziny Przeździeckich mieszkających na skraju Bandery. Dzieciak miał raptem dziewięć lat, ale Komancze, którzy zeszli z gór na rozbójniczy rajd, go nie oszczędzili. Chyba nawinął się im przypadkiem, kiedy kradli konie, i w ramach barbarzyńskiej zabawy zerwali mu skalp jako trofeum. Może dlatego, że blond włosy więcej były dla nich warte jako egzotyczne i rzadko spotykane? Nie poderżnęli mu potem gardła, co zwyk­­le czynili z ofiarami, ale pogonili konno, okładając z wyciem i śmiechem po okrwawionej głowie. Chłopak do końca swoich dni nie wyszedł z szoku. Cierpiał straszliwe katusze, z ogromną otwartą raną na całej głowie. Brak skóry przyciągał muchy, cały czas czaszka pokrywała mu się limfą i krwawym płynem, aż wreszcie nieszczęsne dziecko zmogła gorączka i zmarło w męczarniach.

Od zawsze mieszkańcy Bandery musieli uważać, nie wychodzić po zmroku i na noc zamykać obejścia, ryglować drzwi i okna. Kiedyś te tereny należały do Komanczów i ci uparcie na nie wracali, by dokonywać koszmarnych zbrodni lub zwykłych rabunków. Mimo że Strażnicy Teksasu już przed dwoma dekadami wyparli i spacyfikowali większość dzikich plemion z tego stanu, w regionach górskich ciągle się ukrywali dawni ich panowie i władcy. Coraz bardziej wyniszczeni głodem i chorobami, coraz mniej liczni, ale przez to coraz bardziej zdesperowani i dzicy.

– Dobra, pójdę już – powiedział Janek ugodowo, po czym wrzucił truchło wija do kosza z chwastami. Dotknął dłonią ronda kapelusza, brudnego i wyświechtanego, ale takiego, jaki nosili kowboje. – Uważaj na siebie, Pola. Jak się natknę na Ludwisia, odprowadzę go do was.

– Zajmij się lepiej swoimi owcami, sama go odprowadzę – warknęła, ciągle rozzłoszczona jak osa.

Całe to idiotyczne wydarzenie wyprowadziło ją z równowagi. Złapała w jedną rękę motykę, wepchnęła pod drugie ramię kosz i ruszyła w kierunku, w którym pobiegł jej mały braciszek. Nie odwracała się za siebie i nie widziała, czy Janek faktycznie opuścił ich plantację, nie chciała, by widział strach w jej oczach. Coraz bardziej bała się o Ludwisia, za którego była odpowiedzialna. Musiała go dogonić, zanim coś mu strzeli do głowy i napyta sobie biedy.

2

Whiskey wypita do śniadania odbijała się Danny’emu Wittlifowi jeszcze kilka godzin później, szczególnie kiedy wsiadł na konia i ruszył stępa przez wzgórza razem z chłopcami. Przystawali co jakiś czas i pili w siodłach, po kilka głębszych łyków wprost z butelki, zupełnie jak kilka lat temu podczas wojny, przed wyruszeniem do boju. Wojna się skończyła, zabrała Danny’emu młodość i radość, odarła z beztroski, zostawiła masę nocnych koszmarów i paskudną bliznę na gębie. Jeszcze jedną, poszarpaną i głęboką w ramieniu, pamiątkę po szrapnelu, przez który nie mógł teraz podnieść ręki wysoko nad głowę. Przynajmniej dzięki whiskey nie czuł bólu, tylko jej odór wypełniający usta i nos. Najważniejsze, że rozpalała krew w żyłach i powodowała, że świat wydawał się ostrzejszy i jaskrawszy. Pozwalała też się oderwać i zapomnieć, już od rana odpłynąć gdzieś daleko. Najlepiej było jednak wskoczyć na konia, wbić mu ostrogi i pognać przed siebie. Byle szybciej, głośniej, z furią, tak by poczuć, że życie może jeszcze sprawiać przyjemność, że jest w nim także miejsce na radość i beztroskę. Co z tego, że wymuszoną, udawaną i nieszczerą?

Chłopcy, czterech druhów, których ojciec Danny’ego wywalił z rancza, bo się im nie chciało robić, też byli weteranami. Taylor, kawał chłopa, brodaty i kud­łaty jak niedźwiedź, Little Jack, jeszcze większy, i to tak, że koń pod nim zdawał się mały jak osiołek, Billy Schaffer, zezowaty drań, kochający oszukiwać w karty i kraść, co się nawinie, oraz Manuel, Meksykaniec o przyjacielskim usposobieniu i żyłce tropiciela. Danny był świadomy, że się zadaje z szumowinami, ale miał to w nosie. Z tymi ludźmi przynajmniej się rozumiał, wiedział, o czym rozmawiać i co wspominać, byli przecież towarzyszami broni. Razem walczyli pod komendą generała Johnstona. To oni wynieśli rannego Danny’ego z pola podczas bitwy pod Adairsville, nie pozwolili mu sczeznąć, nie zostawili podziurawionego kartaczem. Choć czasem żałował, że go nie porzucili… Szczególnie kiedy budził się nad ranem skacowany, obolały i z poczuciem klęski oraz bezsensu. Trzymał ich jednak u boku, płacił za wikt i gorzałę, włóczył się z nimi po wzgórzach w poszukiwaniu czegoś niesprecyzowanego, chyba po prostu poczucia sensu istnienia.

Dziś nawalili się już z rana, by nieco złagodzić skutki wczorajszego opilstwa i rozpusty w Red Horse Saloon. Dzięki temu do południa wszyscy się ugotowali. To wówczas Danny zarządził, że przejadą się nieco, by czegoś doświadczyć i spalić nadmiar whiskey, inaczej kolejno padną i prześpią resztę dnia między agawami, w cieniu rzucanym przez skarlałe drzewa. Billy, niezawodny w wyszukiwaniu okazji do burd, przypomniał im śmiesznych i głupich Polaków, których wczoraj nie wpuszczono do saloonu. Właściwie bez powodu, po prostu właściciel uznał, że w jego przybytku nie obsługuje się „Indiańców, czarnuchów, żółtków i Polaków”, takie też ostrzeżenie umieścił na szyldzie przed wejściem. Trzech wieśniaków, którzy wczoraj chcieli się napić, nie umiało czytać po angielsku i próbowało zamówić sobie po kielichu. Burzyli się i wygrażali, kiedy wyrzucano ich za drzwi, co bardzo rozśmieszyło chłopaków. Teraz, kiedy jechali przed siebie bez celu, Bill przypomniał im o tych bezczelnych chamach, którzy chcieli nie tylko siedzieć wśród prawdziwych Amerykanów, ale pewnie brudnymi łapami dobierać się do dziewczynek z saloonu.

– Mnie się widzi, że te tępaki, co nie rozumieją słowa po ludzku, są jeszcze gorsze niż czarnuchy. – Billy spojrzał krzywo mniej więcej w stronę Danny’ego. Zwolnili, by konie za szybko się nie zgrzały, bo przejażdżka wcześniej by się im skończyła, niż zamierzali. – Gdyby jeszcze zajęli ich miejsce i pracowali na naszych polach bawełny, ale im się roi, że mogą gospodarzyć na swoim.

– Odbierają nam ziemię – Taylor zadudnił basowo i z rozmachem powiódł ręką po nieskończonych połaciach spalonej słońcem prerii i wznoszących się nad nią skalistych wzgórzach. – I tylko patrzeć, jak zaczną się zabierać za baby.

– Konkurencję robią na rynku bydła – Little Jack dorzucił fachowo – i na owczym też. Znaczy na wełnianym. Tak czy inaczej, jest ciężko, po przegranej wojnie, na której odebrali nam niewolników, nędza zagląda na naszą piękną, urodzajną ziemię. Gospodarstwa bez taniej siły roboczej popadają w nędzę, a tu jeszcze Polacy, Niemcy, Żydzi i Włosi. Niech idą do diabła, nikt ich tu nie chce, do niczego nam nie potrzebni. Przegońmy ich!

– Wszyscy wiedzą, że wielu Polaczków poszło do wojska, ale do unijnego – przyznał Danny. – Choć mieszkają wśród nas, stanęli zbrojnie przeciw temu, o co my walczyliśmy, przeciw temu, w co wierzymy. Przeciw naszym wartościom i tradycji.

– Dobrze gadasz, od razu znać, żeś oficer. – Billy klepnął go w plecy. – Kształcony człowiek, oczytany! To co, szefie, przejedziemy się po tych Polaczkach? Od czasu do czasu trzeba im pokazać, gdzie ich miejsce. Pociągniemy jeszcze z flaszy i zrobimy sobie przejażdżkę?

Danny napił się łyka z podanej butelki, whiskey miała palący, nieprzyjemny smak, była ciepła, za ciep­­ła, alkohol w niej niemal kipiał. Wittlif wzdrygnął się z obrzydzenia, splunął i spiął konia. Wysunął się na prowadzenie, chłopcy zostali kilka długości z tyłu. Wiatr zaszumiał w uszach, gorzała zagotowała krew. Dudnienie kopyt o ziemię, pęd i poczucie mocy, aż chciało się wrzeszczeć. Zobaczył Polaków pracujących w polu, runął między nich. Żałował, że nie nosi już kawaleryjskiej szabli, bo pewnie płazowałby na lewo i prawo. Krzyknął tylko wyzywająco. Dwóch odskoczyło, jeden zaszedł im drogę i zamachnął się motyką. Billy strzelił do niego z rewolweru, ale chyba chybił. Little Jack kopnął bezczelnego chłopa w przelocie, posyłając w pył i kamienie. Pomknęli dalej, przez pole bawełny, tratując delikatne krzewy, wycinając w nich kopytami szeroką bruzdę. Jechali w stronę zabudowań, do miasteczka. Chłopcy już z daleka zaczęli strzelać w okna i drzwi najbliższego domu. Widzieli chowające się kobiety w chustach na głowach. Brzęknęło tłuczone szkło, baby piszczały i zawodziły, ktoś krzyczał wysokim, dziecięcym pis­kiem. Zabawa niemal jak podczas ataku na wioskę indiańską.

Danny zaczął się głośno śmiać. Jakże żałował, że nie ma żadnej broni i że nikt nie próbuje z nim walczyć. Skoczyłby na takiego z siodła i wpił się rękami w gardło jakiegoś polskiego wieśniaka, później tłukłby jego głową w kamienisty ugór, który tak uparcie próbowali uprawiać. Rozpierzchło się przed nimi stado rozgdakanych kur, kawałek dalej wpadli między zabłąkane, nie wiadomo dlaczego na drodze, owce. Danny pochylił się w siodle, koń dał susa nad beczącymi zwierzętami. Co za radość!

Dzieciak pojawił się jak spod ziemi, wybiegł z chaszczy po lewej, chyba gnał w kierunku gospodarstwa, ale nie wiedzieć dlaczego przeciął drogę galopującym. Danny nie mógł nic zrobić, zresztą nawet nie próbował. Koń uderzył małego torsem, ten odbił się niczym kauczukowa piłka i poleciał na plecy. Ktoś krzyknął wściekle, wysokim głosem. Danny ściągnął wodze i zatrzymał konia w miejscu. To było wyzwanie do walki? Z chęcią rozkwasiłby jakąś polską gębę gołymi pięściami.

– Ludwiś! – Dziewczyna w jasnej chłopskiej kiecce i słomkowym kapeluszu podbiegła do leżącego dziecka.

Klęknęła przy nim, ale widząc zawracających jeźdźców, wyprostowała się i w obu rękach uniosła motykę, rozstawiła nogi szeroko, zamierzała walczyć. Spojrzała wyzywająco na Danny’ego, jej twarz wykrzywiła się w grymasie wściekłości. Wiedział, że patrzy na jego paskudnie okaleczoną gębę, że ma przed sobą potwora cuchnącego whiskey. Nagle furia mu minęła. Przejechał dzieciaka, bić mógł jedynie dziewczynę. Żaden to powód do chwały. Właściwie co się z nim stało? Gdzie się podział młody, szlachetny porucznik kawalerii, który kilka lat temu z taką dumą wyruszał po wojenną sławę? Straszenie głupich wieś­niaków i tratowanie dzieci? Co za upadek.

– Billy, stój! – warknął na kompana, który już się kierował na dziewczynę, i to z uniesionym rewolwerem. – Starczy tego, jedziemy.

Zezowaty drań posłuchał go, jakby oficerska szarża nieistniejącej już, pokonanej armii nadal działała. Zawrócili wszyscy, ruszyli za Dannym. Odwrócił się jeszcze przez ramię, dziewczyna nadal stała z motyką, dopiero po chwili znów pochyliła się nad dzieckiem.

3

Polscy gospodarze z Bandery zebrali się w stodole Mazurków, największej budowli w mieścinie, nie licząc oczywiście Kościoła Świętego Stanisława. Ten stał na wzniesieniu, górując nad miasteczkiem. Świątynię zbudowali wspólnie, niezwykle solidny gmach ze strzelistą wieżą widoczną z daleka, w całości z kamieni i cegieł. Kościół powstał na polecenie lokalnego proboszcza księdza Śnigurskiego. Kapłan ten, tak jak rodzina Mazurków, był emigrantem z Królestwa, w przeciwieństwie choćby do Chrupałów, którzy przyjechali ze Śląska. Proboszcz pełnił posługę i przewodził społeczności dziesięć długich lat. Przeżył nawet atak Komanczów, którzy ostrzelali mu plebanię i kościół, powybijali okna i naszpikowali strzałami wnętrze świątyni. Osobiście przegonił agresorów, odpowiadając im ogniem z karabinu. Po tym wydarzeniu przez jakiś czas nie odprawiał mszy, bo przed świątynią znaleziono masę krwi, co utwierdziło go w przekonaniu, że zastrzelił człowieka. Dopiero kiedy otrzymał dyspensę od biskupa, wrócił do pełnienia posługi. Dobry kapłan i przewodnik swoich owieczek, odważny i silny, taki jak trzeba. Niestety zmarło mu się dwa lata temu, całkiem zwyczajnie, chorował na serce i zasłabł podczas mszy, zmarł kilka dni później. Bandera straciła swojego proboszcza, co okazało się wielkim ciosem dla całej społeczności. W mieście stał jeszcze jeden niewielki drewniany kościółek, ale należący do pastora protestanckiego. Jako że ten ostentacyjnie demonstrował niechęć wobec Polaków, ci nie korzystali z jego usług. Żyli jak sieroty, pozbawieni swojego kapłana i przewodnika.

Kościół otwierano tylko w niedzielę. Parafianie zasiadali w ławach i modlili się w ciszy, czasem wspólnie odmawiali różaniec, po czym rozchodzili się do domów. Nie odprawiały się żadne uroczystości religijne, nie przyjmowano sakramentów, nawet pogrzeby odbywały się bez udziału kapłana, bo wredny pastor nie chciał pełnić jakichkolwiek posług dla Polaków.

Zebrania społeczności się nie odbywały aż do tego dnia, kiedy Kazimierz Mazurek wysłał synów po sąsiadów i sprosił wszystkich na rozmowę. Bronek i Jerzy Mazurkowie oblecieli zatem wszystkich krajanów z okolicy, także tych, z którymi rodzina miała na pieńku. W stodole zebrali się zatem emigranci zarówno ze Śląska, Galicji, jak i Królestwa. Trzydziestu czterech gospodarzy i ich synowie, także niektóre żony, nawet starsze córki. Wszyscy weszli do stodoły, by schronić się przed palącym słońcem. W budynku otworzono na oścież wrota z dwóch stron, by panował przeciąg, postawiono dwie długie ławy, kilka stołków i dwa fotele dla nestorów – dziadka Grzegorza Mazurka i dziadka Jakuba Chrupały. Gospodyni, pani Cecylia Mazurek, i jej dwie córki, Apolonia i Teresa, roznosiły kubki i szklanki z zimną wodą i cytryną.

Gustaw Chrupała też się zjawił, mocno niezadowolony i zjeżony, pewien, że jego rywal chce wykorzystać wypadek synka i umocnić swoją pozycję jako przewodzącego wspólnoty. Nie mógł w takim wypadku zlekceważyć zaproszenia, musiał zobaczyć, co się dzieje, i uczestniczyć w tym przedstawieniu choćby po to, by mieć możliwość kontrowania Kazimierza. Stanął pod ścianą, splótł ręce na piersi i groźnie patrzył spod zmarszczonych brwi. Jego syn Janek nie miał wyjścia, musiał stać obok ojca. Gapił się z uśmiechem na krzątającą się Polę. Kiedy przechodziła z kubkami, spytał, czy jej nie pomóc i czy mały Ludwiś ma się dobrze, ale tylko pokręciła głową i poszła dalej. Gustaw szturchnął syna łokciem w bok.

– Czego się tak do Mazurkówny mizdrzysz, cymbale? – syknął. – Ty sobie ją ze łba wybij, to przecie córka tego szubrawca, Kazika. Poza tym panna z Mazowsza, tam niezdałe ludzie żyją, obie lewe ręce mają, szczególnie do roboty. I bliżej im do Ruskich niż do Polaków.

Jan tylko westchnął, na wszelki wypadek cicho. Nie chciałby dostać strzała dłonią w potylicę przy ludziach, szczególnie przy Apolonii. Stawianie się ojcu nie miało sensu, bo rękę miał ciężką i lubił postawić na swoim. Uważał, że jego dzieci powinny się wiązać jedynie ze Ślązakami. Najstarszą córkę Rozalię już wyswatał z młodzieńcem z Panny Marii, największego śląskiego miasteczka w Teksasie. Z kolei dla starszego syna Gienka chciał znaleźć dziewczynę w kolejnej ze śląskich osad i społeczności, może w stosunkowo niedalekim San Antonio, Mulberry, Cestohowie albo aż w Kosciusko w Missisipi. Janek się obawiał, że jego staruszek będzie go chciał zatrzymać przy sobie i wyszuka mu śląską dziewczynę z Bandery. Niestety wybór spośród krajanek w jego wieku nie należał tu do oszałamiających. Pola w przedbiegach dystansowała Honoraty, Genowefy i Edyty wdziękiem i urodą.

– Moi drodzy, dziękuję za przybycie! – Kazimierz Mazurek uniósł obie ręce i wyszedł na środek stodoły.

W samą porę, bo zebrało się już tyle ludzi, że rozlegał się coraz większy gwar. Kobiety trajkotały jedna przez drugą, kilka zabrało ze sobą najmłodsze dzieci, więc zaczynało się robić niczym na targowisku.

– Wezwałem was…

– Powinniśmy zacząć od modlitwy – ojciec, czyli dziadek Grzegorz, przerwał mu chrapliwym głosem. – Zgromadzenie zawsze powinno się zaczynać od mod­litwy. Jakbyśmy mieli proboszcza, nie doszłoby do czegoś takiego, do gadania bez modlitwy. Kto to widział?

– U nas w Płużnicy modlilim się zawsze – dodał ojciec Gustawa Chrupały, czyli dziadek Jakub. – Ledwie człek oczy otworzył, i już wznosił ręce ku niebiosom. Po obudzeniu tak zwane wezwanie i zaraz jutrznia, dalej tercja, w południe seksta, po południu nona, wieczorem nieszpory i kompleta. Oczywiście nie licząc modlitw przed każdym posiłkiem, w podziękowaniu za hojne dary…

Kazimierz wzniósł oczy ku niebu, a właściwie ku powale stodoły.

– Panie, daj cierpliwość. – Złożył ręce.

Spostrzegł, że wszyscy czekają, co dalej, więc przeżegnał się starannie. Zebrani powtórzyli za nim, dziadkowie zerwali się nawet z foteli. Nie pozostało mu nic innego, jak zacząć odmawiać modlitwę, rozpoczął zatem od Ojcze nasz, ludzie chórem grzmieli razem z nim, aż poczuł się dziwnie uniesiony i pobudzony. Chyba zaczynał rozumieć, dlaczego księża zdają się czasem unosić w powietrze podczas modlitwy, takie przewodnictwo dawało moc. Przeżegnał się szybko, by to zakończyć.

– Wiecie, co spotkało naszego synka Ludwika – przemówił. – Rozwieję od razu wszelką gadaninę, chłopak żyje! Wezwalim do niego doktora z miasta, tego Niemca. Powiedział, że kilka żeber złamanych i wstrząśnienie głowy, ale jeśli szybko nie zemrze od zerwania jakichś organów w środku, to żył będzie.

– Chyba nie zamierzasz im tego darować? Strzelali do ciebie, do kobiet Kowalików, Stryjeńskich i Iwiczów. Dziury im porobili w ścianach, szyby potłukli. Nie uchodzi tego tak po prostu odpuścić! – Gustaw Chrupała zagrzmiał zaczepnie. – Raz popuścisz, to następnym razem wystrzelają nas jak kaczki! Wezmą się za baby, dzieciaki wybiją, zniszczą zasiewy i plantacje. Tylko patrzeć, jak następnym razem zabiorą nam przy okazji bydło!

– Krowy takie dla ciebie ważne? – mruknął Kazimierz.

– A co? Bez krów jak zarobię na chleb? Zresztą nie tylko o to idzie, dobrze wiesz, Kazik. Musim się postawić, bo nas zjedzą kawałek po kawałku!

– Złożyłem skargę u szeryfa. – Kazimierz wzruszył ramionami. – I u sędziego byłem…

– U tego Irlandczyka? Nie rozśmieszaj mnie, przecież ta pijanica siedzi w kieszeni Wittlifa, wszyscy to wiedzą. Szeryf to właściwie chodzi za nim jak pies! – Gustaw oderwał się od ściany, mówił, gestykulując gwałtownie. Kropelki jego śliny pryskały, wirując w snopach światła wpadających przez szpary między deskami stodoły. – Kto stratował dzieciaka? Wszyscy przecież wiedzą, że młody Wittlif! Ten moczymorda z pokancerowaną gębą, pijak i ladaco. Ojczulek na niego ręki nie podniesie, nie pozwoli go też ukarać. To tera jego jedyny dzieciak, starszy syn zginął na wojnie…

Kazik pokiwał głową, oczywiście o tym wiedział, jak każdy w okolicy.

– Coś takiego, pierwsze słyszę! – Dziadek Grzegorz teatralnie nadstawił ucha. – Jak to sędzia przekupiony? Przez handlarza krowami?

– Kto to widział? W starym kraju nie do pomyślenia! – zgodnie zagrzmiał dziadek Jakub. – Przekupić sędziego mogło tylko prawdziwe jaśniepanisko.

– Dziadku, ale nie jesteśmy już w starym kraju – Janek ośmielił się wtrącić, lecz został zignorowany. Głos mieli jedynie gospodarze i nestorzy.

– Tutaj handlarz bydła zarabia więcej niż wszystkie śląskie jaśniepaniska razem wzięte – przytaknęła przechodząca z dzbankiem wody Pola, ale też została zignorowana. Głos kobiety, i to młodej, był wart jeszcze mniej niż głos młodzieńca.

Kazimierz machnął ręką, by zwrócić na siebie uwagę. Przecież to on był gospodarzem narady.

– Dajcie już spokój, prawda jest taka, że jesteśmy bezsilni! Nikt nie będzie chciał gadać z drobnymi plantatorami i hodowcami, po prostu ze zwykłymi chłopami. To się nie zmieniło, tak było w starym kraju i tak jest tutaj – oznajmił i tym razem cały tłum zgodnie zaszemrał, przytakując mu. – Mogę sobie składać skargi nawet u samego gubernatora Teksasu, trafią do kosza i tyla. Mają tu tera ważniejsze problemy. Po wojnie źle się im dzieje, Teksańczycy dostali po tyłkach i teraz płacą za bunt przeciw prezydentowi…

– Przeciw komu? – dziadek Grzegorz znowu nie dosłyszał albo tylko udał, że nie zrozumiał.

– Przeciw cysarzowi Ameryki – wyjaśnił mu dziadek Jakub.

– Aha, racja…

Kazimierz znów wzniósł oczy ku niebiosom, ale nawet ich nie dojrzał przez powałę.

– Masy byłych żołnierzy, takich jak młody Wittlif, włóczą się i szukają guza, jak to maruderzy z pokonanej armii. Zawsze tak było – kontynuował szybko, by nie stracić wątku. – Na pustkowiach grasują nie tyle Indianie, co bandy byłych wojaków, rozżalone i głodne. Panuje bezprawie, rządzą najbogatsi i najsilniejsi. I my, biedne, polskie chłopy, musimy sobie w tym gorącym kotle, jakim tera jest Teksas, jakoś poradzić. Konieczny jest nam przewodnik, ktoś świat­­ły i budzący szacunek Teksańczyków, ktoś, kogo będą słuchać i z kim będą chcieli gadać. Prawda jest taka, że wreszcie musimy odzyskać księdza!

Wybuchł gwar, właściwie ryk, bo wszyscy zaczęli gadać jeden przez drugiego, byle głośniej. Ktoś klaskał, ktoś zaczął gwizdać. Kazimierz powiedział, co właściwie wszyscy wiedzieli. Bez proboszcza byli tu kompletnie bezradni i nie chodziło tylko o sprawy duchowe, o sakramenty i posługi kapłańskie. Księża byli ludźmi światłymi i cieszącymi się szacunkiem, także nieokrzesanych Teksańczyków. Tylko ksiądz mógł wywrzeć nacisk na miejscowych notabli, na przedstawicieli prawa lub nawet na wojskowych.

– Biskup nam obiecał! – grzmiał Stryjeński, gospodarz, któremu ostrzelali dziś chałupę. – Jeździli my przecież aż do Galveston, biskup zaklinał się, że pojedzie do samego Rzymu po fararzy dla polskich osad. Każda dostanie swojego księżoszka, przeca obiecał!

– Rok temu obiecał i co? Proboszcza ani widu, ani słychu – zauważyła jedna z gospodyń. – Pono pojechał do Rzymu, nie okłamał, ale może chętnych na misję w tak dalekim kraju nie znalazł? Szczególnie że my chcemy naszego księdza, polskiego! Żaden inny się nie nada.

– Właśnie po to was sprosiłem, przyjaciele! – zagrzmiał Kazimierz. – List dostałem od kuzyna z Houston, z wieściami, że biskup wrócił. Trzeba wysłać kogoś łebskiego do miasta, aż do Galveston, by dopilnował, aby jeden proboszcz trafił do nas. Kogoś godnego zaufania, kto nie zawiedzie całej społeczności, odpowiednio go wyekwipować, by w razie czego miał czym się opłacić urzędnikom. Po angielsku musi dobrze gadać, by nie brali go za głupiego, i być na tyle uparty i twardogłowy, by umieć się wbić do biskupa i tak długo go dusić, aż ten wyda nam fararza. Bez księdza nawet niech nie myśli o powrocie.

Zapadła cisza, może niezupełna, bo jakieś niemowlę zaczęło płakać.

– Sam bym pojechał, Bóg mi świadkiem, że bym pojechał! – zagrzmiał dziadek Grzegorz. – Ale mój osiołek okulał i marsz na piechotę zająłby nieco długo…

Ofertę staruszka puszczono mimo uszu, włościanie spoglądali jeden na drugiego. Nikt się nie palił do porzucenia domu i wyruszania na niebezpieczną i odpowiedzialną wyprawę. Każdy miał na głowie gospodarstwo, żonę i dzieci pod opieką, zwierzęta, plantacje i obejście, których trzeba było dopilnować, które zdobyto z ogromnym trudem, pobudowano własnymi siłami lub dosłownie wydarto pazurami z nieurodzajnej, suchej ziemi.

– Ja pojadę! – oświadczył Anzelm Mazurek, brat Kazimierza. – Tylko ja tu mam odpowiednie umiejętności. Targować się potrafię jak żaden z was i krzepy mi nie brakuje!

Uderzył się w pierś, aż jego wielkie brzuszysko się zatrzęsło.

– Ale mości Mazurek, wy ledwo umiecie po angielsku do dziesięciu zliczyć – rzucił Janek Chrupała i zerknął na Polę, czy aby dostrzegła jego kindersztubę. – Lepiej już ja pojadę, dobrze gadam po tutejszemu, jakbym się tu urodził. We łbie też mi niczego nie brakuje. Przywiozę księdza ani się obejrzycie.

– Coś ty powiedział, smarku? Ja się nie dogadam? – Anzelm natychmiast natarł na niego brzuchem.

– Stryj go zostawi, bo jeszcze mu się co stanie i będziemy mieli szeryfa na karku. – Bronek, najstarszy brat Poli, złapał go za ramię. – Ja pojadę, też sobie po miejscowemu nieźle radzę.

– Tak? To powiedz, jak będzie: proszę o pomoc, panie doktorze, ta strzała wbita w tyłek uwiera mnie przy każdym kroku. – Janek zmrużył oczy i uśmiechnął się złośliwie. Zacisnął też pięści, szykując się na bijatykę, choć wiedział, że po wszystkim oberwie mu się jeszcze od ojca.

– Może ty spróbujesz to powiedzieć, ale bez zębów, bo je zaraz wyplujesz? – Bronek ruszył w jego kierunku.

– Dość! – ryknął Kazimierz. – Nie zebraliśmy się tu, by się spierać i wszczynać bójki. Chciałem was namówić do wyznaczenia posłańców i zorganizować zbiórkę na konieczną wyprawę. Konieczną dla całej naszej społeczności. Posłaniec musi mieć pieniądze na łapówki i ewentualne zakupy. Może proboszcza trzeba będzie jakoś zachęcić lub wyposażyć? Nieważne, jedno jest pewne, wy dwaj nie pojedziecie. Nie będziemy ryzykowali, że pozabijacie się po drodze.

– Poza tym, jeśli odeślemy synów, kto będzie robił? – tym razem Gustaw przytaknął swojemu przeciwnikowi. – Owce się zaczynają kocić, trzeba też je strzyc. Orać na polach bawełny i wyrywać chwasty, nawadniać, kosić trawę nad rzeką. Co tam jeszcze, panie? A choćby ściąć trochę cedrów i ociosać je na krokwie do łodzi, bo dobrze za to płacą, kopać glinę i robić z niej cegły, naciąć sosen na deski, co dzień pilnować krów i owiec… Każde ręce do pracy potrzebne!

Szum znów przeszedł przez całą stodołę, ludzie patrzyli na siebie nawzajem w wyczekiwaniu, kto się zaoferuje z poświęceniem.

– To może ja pojadę? Bryczką powożę jak się patrzy, zresztą po sprawunki sama jeżdżę i jakoś nic mi się nie stało, do tego angielski znam chyba najlepiej z całego towarzystwa – głośno przemówiła Pola.

Znów na chwilę wybuchł gwar, ale tym razem przebijał się przez niego głośny śmiech. Drobna panienka sama miałaby jechać pięćdziesiąt mil do miasta? Niedorzeczność. Zjedliby ją żywcem, zanim zjechałaby ze wzgórz.

– Dobrze, jedzie moja córka! – Kazimierz niespodziewanie poparł Polę, podszedł do niej i objął ramieniem. – Ufam jej, jest rozsądna i odważna, ma poukładane w głowie lepiej od wielu z tu obecnych silnych i rozważnych mężczyzn. Potrzeba jeszcze kogoś, kto będzie jej strzegł.

– Jeśli jedziemy bryczką, to jednak ja się zdecyduję – oznajmił dziadek Grzegorz głosem jeszcze donośniejszym niż poprzednio. – Sił mi nie braknie, panny dopilnuję, może jakiego dzikiego ustrzelę, jeśli się napatoczy. I kto lepiej się dogada z biskupem niż ja? Obyty jestem we świecie jak się patrzy. Zjadłem zęby na rozmowach z biskupami.

Kazimierz spojrzał na ojca z powątpiewaniem, choć musiał przyznać, że jego nieobecność w gospodarstwie nie przyniesie żadnych strat. Poparł Polę, bo chciał jej dać szansę na odkupienie win. Wiedział, że bardzo się gryzła tym, że nie dopilnowała braciszka, i czuła się odpowiedzialna za tragiczne zajście sprzed kilku dni. Najgorsze było, że matka jej nawet nie ukarała i dziewczyna miała wrażenie, że na jej barkach spoczął ciężar. Musiała się jakoś zrehabilitować, odpracować, odpłacić wszystkim i trochę pocierpieć, by poczuć się lepiej.

– Ojciec, chyba nie puścimy samych Mazurków z forsą nas wszystkich? – Janek pochylił się do Gustawa. – Pomyśl, co będzie, jeśli im się uda. Nie dość, że wrócą w glorii i chwale bohaterów ratujących naszą społeczność, to po drodze przekabacą księdza i urobią go na swoją modłę. Nigdy już nie odzyskasz pozycji, jeśli będą mieli proboszcza za sobą.

Gustaw spojrzał na syna ostro, marszcząc przy tym brwi. Poruszył się niespokojnie, później klepnął go mocno w plecy, aż chłopak zatoczył się na środek.

– Mój syn ich przypilnuje. Strzela najlepiej ze wszystkich w Banderze, poza tym jest młody i silny. Nie możemy przecież wysłać starca i dzieweczki na tak niebezpieczną wyprawę! – Gustaw złapał Janka za ramię i potrząsnął nim, jakby chciał zademonstrować krzepę syna. – Jakoś przeboleję, że przez tak trudny gospodarczo czas będę musiał obyć się bez jednej pary rąk do pracy. Gotów jednak jestem na to poświęcenie dla dobra całej naszej społeczności!

Kazimierz machnął ręką.

– Niech będzie, pojedzie ta trójka, lepszych nie znajdziemy – oznajmił. – To teraz została nam kwes­tia składki. Musimy wszyscy sięgnąć głęboko do kieszeni, przyjaciele. Chyba nie pożałujecie grosiwa, byśmy z całą pewnością zdobyli fararza?

Gwar po raz kolejny zatrząsnął stodołą, ale tym razem przynajmniej wszyscy byli zgodni.

4

Żeby było sprawiedliwie, do bryczki zaprzężono dwa konie, siwka Mazurków i gniadosza Chrupałów. Teraz nikt nie mógł powiedzieć, że większą część ciężaru wyprawy wzięli na siebie Mazurki. Przed wyjazdem Gustaw jeszcze usiadł z synem na rozmowę, na ganku ich hacjendy, i długo mu tłumaczył, jak ma urabiać księdza i jak powinien przed nim świecić cnotami i jaśnieć przymiotami. Na jego barkach spoczywał wizerunek całej rodziny i lepiej, by tego nie zepsuł, inaczej przyjdzie na nich wszystkich bieda. Janek przytakiwał z powagą, choć ciągle na końcu języka miał stwierdzenie, że proboszcz nie jest przecież Panem Bogiem we własnej osobie i nic tak naprawdę od niego nie zależy. Miał jednak na tyle rozsądku, by nie powiedzieć tego na głos, nie wiadomo, jak ojciec mógłby zareagować na podobną obrazę majestatu. W starym kraju nie istniała we wsi osoba bardziej szanowana od księdza, to on był najważniejszą, pierwszą i ostatnią instancją. On mówił w imieniu Pana i z nim rozmawiał, udzielał chrztu, ślubu i ostatniego namaszczenia, to on wprowadzał człowieka do społeczności i ostatni go żegnał oraz wyprawiał na tamten świat. Był niczym ojciec, największy mędrzec i doradca, kręgosłup moralny i drogowskaz życiowy. Do księdza zwracano się w każdej właściwie sprawie i zawsze można było na niego liczyć. Podważanie powagi tego urzędu, tej niesłychanie ważnej funkcji, mogło zostać potraktowane jak bluźnierstwo. Żartów zatem nie było i Janek w porę ugryzł się w język.

Wyjechali rano z Polą trzymającą lejce i sztywno siedzącą na koźle woźnicy. Założyła swoje najlepsze sznurowane trzewiki do pół łydki, niedzielną sukienkę, słomkowy kapelusz i kubraczek z brązowej skóry. Prezentowała się niczym dama na przejażdżce, o czym Janek nie omieszkał ją poinformować. Spojrzała tylko na niego z ukosa i zacisnęła usta w szparkę, co znaczyło, że jego głupie żarty na nią nie działają. Janek usiadł obok niej z dwururką nabitą grubym śrutem opartą między nogami. Dziadek Grzegorz wdrapał się na pakę, gdzie wśród koców, zrolowanych sienników i różnych przyborów podróżnych umościł sobie wygodne legowisko. Zabrał ze sobą nieco zdezelowany, jednostrzałowy muszkiet nabijany odprzodowo i długi amerykański nóż Bowie, który kiedyś kupił od jednego poszukiwacza złota zmierzającego w góry. Miał ze sobą także dwa toboły, jak się okazało, głównie z prowiantem. Kiedy tylko wyjechali za linię zabudowań i znikli z oczu żegnających ich rodaków, od razu wyciągnął z wora flaszę i pociągnął łyka, po czym stęknął z zadowoleniem.

– Wreszcie po raz kolejny, może ostatni w życiu, wolny jak ptak! – oznajmił. – Znów, jak za młodu, ruszam po przygodę, zdobywać świat! Ha, nie ma to jak poczuć wiatr we włosach i promienie słońca na twarzy, iść przed siebie, gdzie nogi poniosą, nie dbać o jutro, cieszyć się życiem! Korzystajcie z tego dzieci, zamiast siedzieć sztywno, jakbyście mieli kije wetknięte w tyłki.

– To znaczy, co mamy robić, panie Mazurek? – Janek odwrócił się do niego z uśmiechem. Lubił starego piernika, który zresztą był odwiecznym kumplem – raz wrogiem, raz przyjacielem – jego dziadka.

– Napić się ze mną bimbru, oczywiście kapkę, bośmy przed śniadaniem. Jedynie dla wesołości, zdrowia i urody. A potem zaśpiewamy! Znam masę piosenek, z całej Polski i kilka amerykańskich. Nauczyłem się od kowbojów – oświadczył, szczerząc mocno niekompletne uzębienie.

Jechali traktem, czyli właściwie po śladach kół prowadzących przez wzgórza porośnięte gdzieniegdzie imponującymi cedrami i prawdziwym gąszczem kolczastych krzewów i drzew o poskręcanych pniach, wielkimi agawami i nawet kwitnącym kwieciem. Szczególnie w pobliżu rzeki roślinność aż kipiała, w powietrzu bzyczały owady, a nawet, ku zachwytowi bardzo je lubiącej Poli, kolorowe kolibry. Te małe ptaszki zawisały przed wielkimi kwiatami kaktusów i piły z nich, utrzymując się w powietrzu. Dziewczyna poczuła się na tyle przyjemnie, że opowiedziała współtowarzyszom podróży, jak kiedyś z siostrą złapały w siatkę dwa takie koliberki, po jednym dla każdej. Niestety, ku ich rozpaczy, mimo iż bardzo się starały zapewnić im godne warunki i napoić wodą z miodem, okazało się, że w niewoli kolibry nie przyjmują pokarmów. Potrafią pić tylko na wolności, z dzikich kwiatów.

– Ha, są jak my, jak Polacy! W niewoli natychmiast więdniejemy i marniejemy. Musimy czuć wolność, by rozwinąć skrzydła – rzekł dziadek Grzegorz. – Trzeba było nałapać much, one są jak Ruskie, zeżrą nawet gówno, i to zamknięte w słoiku.

– Albo jaszczurek, ale one są jak Niemcy. Siedzą bez ruchu i czekają, jakby cię tu ukąsić, kiedy się najmniej spodziewasz – powiedział Janek. – Przynajmniej tak mówi dziadek Jakub.

Grzegorz zarechotał z ukontentowaniem. Wiadomo, że on, jako pochodzący z Królestwa, nienawidził ciemiężących Kongresówkę Rosjan, natomiast Jakub, jako Ślązak dręczony przez Prusaków, nienawidził z całego serca wszystkich Niemców. I scedował tę nienawiść na wnuka, jak Pan Bóg przykazał. Tak być powinno, aż dziadek pociągnął kolejnego łyka, by to uczcić. Do południa ugotował się przez to na amen i zasnął, chrapiąc tak, że słychać ich było chyba na milę. Zatrzymali się przy rzece, by napoić konie i pozwolić zwierzętom odpocząć. Pola rozpakowała zawiniątko z prowiantem przygotowanym przez mamę, zjedli razem z Jankiem pajdy chleba z serem, po kawałku kurczaka i po pomidorze. Udawali oboje, że podziwiają widoki. Góry powoli zostawały z tyłu, stopniowo zjeżdżali na wielką równinę, rozgrzaną jak patelnia i, zdawałoby się, nieskończoną. U nich w Banderze powietrze było dość rześkie i przyjemne, z lubością się nim oddychało, im zaś byli niżej, tym robiło się cieplej, właściwie to niemal jakby otworzyć drzwiczki pieca.

Jechali dalej po śladach kół i kopyt w piachu, mijając czarne piętna po rozpalanych przy drodze ogniskach. Trakt prowadził prosto jak strzelił na południowy wschód, właściwie wystarczyło z grubsza trzymać się jednego kierunku, by podążać do San Antonio. Starali się nie forsować koni, raz powoziła Pola, raz Janek, dziadek tylko leżał na pace, plecami do nich, i śpiewał piosenki lub opowiadał im historie, które słyszeli już dziesiątki razy. Czasem zatem wymyślał jakiś nowy epizod ze swego życia, by przesadnie nie przynudzać.

Przed wieczorem natknęli się na grupę meksykańskich pasterzy prowadzących stado owiec w przeciwnym kierunku, pozdrowili się wzajemnie i minęli, nie zamierzali obozować razem z nieznajomymi, choć może w dużej grupie byłoby bezpieczniej, przynajmniej jeśli chodzi o zagrożenie ze strony dzikich zwierząt – pum, wilków i kojotów. Przed nocą rozpalili ognisko, wyprzęgli konie i przywiązali je na długich linach do drzewa, by mogły w miarę swobodnie się paść. Janek obszedł okolicę z dubeltówką w garści, sprawdzał przede wszystkim, czy w pobliżu nie ma grzechotników. Dziadek się uparł, by trzymać pierwszą nocną wartę. Obiecał, że obudzi Janka po północy, i przysiągł, że nie będzie pił na warcie. Młodzi spali na wozie, gdzie szanse na wizytę węży i ptaszników były znikome, dziadek siedział na koźle i palił fajkę. Pola była tak wymęczona całodziennym kołysaniem się i podskakiwaniem, upałem i pyłem, że oczy same jej się zamykały. Ognisko szybko przygasło, ale dziadek nie dokładał do niego nowych patyków. Widziała jego postać na tle rozgwieżdżonego nieba. Nigdzie indziej nie było tylu gwiazd co tutaj, nie pamiętała ich zupełnie z Polski, miała wrażenie, że tam nie świeciły tak mocno. W domu lubiła nocą wychodzić na ganek, by na nie popatrzeć, teraz miała je nad głową, cały, nieskończony nieboskłon z milionami świateł. I sylwetkę starca, trzymającego w zębach fajkę i patrzącego nieruchomo gdzieś w przestrzeń.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ I

1

2

3

4

Punkty orientacyjne

Okładka