Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Magnetyzm i intryga. Pojedynek uczuć. Zdradzone zaufanie. Śmierć, a w zamian za nią nowe życie. Porywające romantasy, w którym wrogość ściera się z pragnieniem.
Zoltan posiada dar przenikania w głąb ludzkich istnień. Jego serce musi pozostać niewzruszone jak głaz. Tylko ono - zimne niczym lód, może zagwarantować mu bezstronność.
Aniela jest optymistką. Jej codzienność wypełniają studia i wyczerpująca praca w mieście. Mimo przeciwności nie przestaje walczyć o lepsze jutro.
Dzieli ich wszystko: status, osobowość, pochodzenie.
ONA ma go za bezczelnego aroganta. ON ją za wyszczekaną dziewuchę ze wsi.
Połączy ich Nomen.
Rozpoczyna się realizacja przewrotnego planu. Wbrew moralnym zasadom. Wbrew uczuciom. Wbrew Pryncypium.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 343
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moim bliskim i wiernym czytelnikom,
którzy od początku we mnie wierzyli
i czekali na każdą moją kolejną książkę.
Dziękuję za Wasze wsparcie.
PROLOG
Aniela uciekała przez dębowy las. Wilgotne liście jak pijawki czepiały się jej bosych stóp, a nadciągająca znad jeziora mgła zwilżała piegowatą twarz. Obejrzała się za siebie. Nie dostrzegała niczego poza trzynastowieczną budowlą, otoczoną gołymi drzewami.
Zatrzymała się, by uspokoić oddech. Serce łomotało jej w piersi, a ciało dygotało jak w febrze. Ponownie spojrzała na kamienny kościół, którego okna wyglądały niczym wrota piekieł. Stał niewzruszony tym, co wydarzyło się w jego szarych murach. Poczuła lęk na wspomnienie lewitującego nad posadzką mężczyzny. Choć doskonale potrafiła odtworzyć w pamięci ten surrealistyczny obraz, jej rozum nie był w stanie racjonalnie go wytłumaczyć. Potrząsnęła energicznie głową. Chciała wyrzucić z pamięci widok Zoltana złączonego pępowiną z ołowianą ramą witraża.
Ktoś w oddali zawołał jej imię i wysoka postać mężczyzny wyłoniła się zza nagich drzew. Aniela od razu rozpoznała ten władczy chód. Jego chód.
Rozejrzała się. Gdzie nie sięgnęła wzrokiem, napotykała rzadki, poorany wąwozami las.
Wąwóz! To będzie jej droga ucieczki. Oby tylko wydostała się tamtędy z przeklętego Arkan1.
NOMEN SARAJ
Arkan w Polsce
Osiemnaście lat wcześniej
Siedmioletni chłopiec o czarnych, falujących włosach i ciemnoniebieskich oczach podciągnął kolana pod brodę i zapatrzył się w ogień, który tlił się w stylowym kominku. Bardzo dobrze słyszał, jak niania i lokaj szepczą między sobą. Zerkali na niego ze współczuciem.
Ale kto by mu nie współczuł? Przecież niespełna dobę temu został sierotą.
– Taka tragedia. – Siwy mężczyzna oparł się o framugę drzwi do pokoju dziecinnego.
– Szkoda go. – Dołączyła do niego korpulentna kobieta. – Mówią, że czas leczy rany, a to jest silny chłopak. – Przestąpiła z nogi na nogę, dając odpocząć zbolałej łydce, napuchniętej od żylaków. – Ciężko mu będzie podnieść się po takiej stracie, tym bardziej że nie ma teraz nikogo.
– Ma nas i pana Maurycego. Doktor od zawsze był najbliższym przyjacielem rodziny. Nie zostawi małego na pastwę losu – zapewnił mężczyzna.
– Obyś miał rację. Może wzajemnie wypełnią sobie pustkę po stracie, jakiej doznali. – Niania przeżegnała się, wznosząc oczy ku niebu, po czym odnalazła medalik zatopiony w fałdach jej szyi i go pocałowała. – Taka tragedia. To cud, że dzieciak przeżył.
Chłopak objął mocniej kolana i zamknął oczy.
Cud? Dopiero co siedział w samolocie ojca lecącym z Moskwy i wykłócał się z bratem o ostatnią bułkę z truskawką. Potem był wstrząs. Maska dyndająca przed oczami. Ciemność. A na koniec silne uderzenie, któremu wtórowały tarcie, piski i trzask.
Nikt nie przeżył. Nikt prócz niego. W jednej chwili stracił matkę, ojca i brata, a zyskał nowe życie. Nie wiedział, kim teraz będzie. Nie rozumiał, dlaczego został wybrany. Wszystko zdawało się tak nierealne jak jego sny sprzed katastrofy. Zawsze po rozmowie z ojcem widywał w nich córkę Maurycego. Obserwował ją bacznie, podglądał niczym szpieg. Z początku te wizje go bawiły. Były jak film biograficzny, z tym wyjątkiem, że bohaterkę znał z prawdziwego życia.
We wcześniejszych latach miewał podobne sny, lecz krótsze, rozmazane, z udziałem obcych ludzi. Dopiero miesiąc przed katastrofą stały się bardziej realne, a on zaczął się czuć, jakby posiadał drugie życie. Co noc, gdy jego mózg wchodził w fazę NREM, zagłębiał się w życie Sary. Badał wnikliwie jej osobowość i odkrywał zakamarki duszy, aż w końcu poznał każdą tajemnicę, każdą intencję i każdy uczynek. Zgłębił jej Nomen tak dobrze, że był w stanie stworzyć jego profil. Teraz Zoltan wiedział, dlaczego przenikał do życia Sary. Wczoraj, kiedy obudził się we wraku samolotu, ulokował Nomen Saraj w ciele biorcy i został poddany wszczepieniu septyki.
NOMEN ZOLTÁN
Alwarnia w Polsce
Obecnie
Nie pamiętano tak upalnego czerwca. Ulice tonęły w mirażu kałuż, asfalt topił się jak gorzka czekolada, a chłodnice aut wyły niczym wygłodniałe psy. Zoltan zatrzymał się parę centymetrów przed zderzakiem srebrnej Skody Octavii i zaklął. Czy zawsze, gdy przyjeżdża do tego przeklętego miasta, wszystko musi stawać na głowie?!
Zdjął skórzane rękawiczki, rzucił je na siedzenie pasażera, po czym zacisnął smukłe palce na kierownicy. Wpatrywał się gniewnie w czerwone światło, które nie zamierzało się zmienić przez kilka najbliższych minut. Nie dość, że żar lał się z nieba, a on musiał nosić koszulę z długim rękawem, to jeszcze jego niedouczona sekretarka zapomniała uprzedzić go o spotkaniu z Hermanami. Dobrze, że chociaż miał klimatyzację w aucie.
Z luksusowego smartfona Vertu, przymocowanego do przedniej szyby czarnego jak smoła Maybacha Exelero, wydobyły się dźwięki organowej fugi. Zoltan przełączył aparat na tryb głośnomówiący i założył ręce za głowę.
– Oby to było ważne – powiedział.
– Panie Brandenburg… – zaczęła Joanna, która od niespełna miesiąca nieudolnie pełniła funkcję sekretarki w jego firmie. – Nastąpiła mała komplikacja… – Zawahała się.
– Mów. – Zerknął na zbliżającą się dziewczynę roznoszącą gazety, uchylił okno, wyciągnął rękę i kiwnął na nią.
– Właśnie dostałam informację od gońca, że nie będzie go w pracy przez najbliższy tydzień.
– I dlatego do mnie dzwonisz?
– Chodzi o to, że pan Stodolak znalazł się w ciężkiej sytuacji…
– Posłuchaj mnie uważnie – przerwał jej. – Nie obchodzi mnie jego sytuacja. Będę miał ważną przesyłkę do dostarczenia dzisiaj po południu. Jeśli ten nierób nie zjawi się o siedemnastej w biurze, to może pożegnać się z pracą – odparł i wychylił się przez okno, przeklinając pod nosem piekielną dziewuchę od gazet. Czy nikt już nie potrafi pracować jak należy?
– Ale panie Brandenburg, tak nie można – wtrąciła Joanna. – On ma zwolnienie lekarskie.
Na młodej, acz surowej twarzy Zoltana drgnął mięsień.
– Czy mi się zdawało, czy przed chwilą pouczyłaś mnie, co mogę, a czego nie? – zapytał.
Joanna zaniemówiła.
– Tak myślałem – stwierdził. – Nie będę z tobą dłużej dyskutował. Niech dziewczyna z HR-u coś wymyśli. Nie płacę jej wyłącznie za dumanie nad waszymi kompetencjami, których i tak nie posiadacie. Przekaż jej, żeby wzięła się do roboty i znalazła nowego gońca.
– A co ze Stodolakiem?
– Będzie miał sporo wolnego czasu, by symulować, z tym wyjątkiem, że nie za moje pieniądze, tylko ZUS-u.
W słuchawce rozległ się jęk Joanny.
– Ale on nie symuluje. Jego żona zmarła, facet się załamał. Został z dwójką małych dzieci. Potrzebuje czasu, żeby się ogarnąć.
Ku własnemu zaskoczeniu Zoltan przypomniał sobie pogodną twarz mężczyzny, którego zatrudniał dwa lata temu, i poczuł znienawidzony ucisk w klatce piersiowej. Serce zaczęło mu walić jak szalone, tętno podskoczyło.
Nie teraz – pomyślał i w tej samej chwili usłyszał zdumiony głos.
– Pana ręka…
Spojrzał przez otwarte okno i napotkał duże oczy w kolorze niezapominajek. Wpatrywały się z niedowierzaniem w jego dłoń, po której czarne żyły wiły się niczym niespokojne węże. Zatrzymał wzrok na twarzy młodej dziewczyny. Pomimo tego, że była uderzająco piegowata, można było ją uznać za całkiem ładną. Może sprawiał to ten mały zgrabny nos i pełne malinowe usta. Coś w sobie miała. Nie wiedział co. Nigdy raczej nie przepadał za tego typu urodą.
Przeciągnął wyniosłym spojrzeniem po szczupłej sylwetce, którą okrywała okropna, czerwona peleryna z napisem „Głos Alwarnii”, i wykrzywił usta.
Nie. Dziewczyna z pewnością nie była w jego typie. On wolał kobiety wyzywające. Kształtne. Konkretne. Takie, których ciało zdradzało, że są gotowe oddać siebie tylko na jedną noc, po czym zapomnieć, że Zoltan w ogóle istniał. Niestety tego typu kobiety trafiały się bardzo rzadko. Najczęściej wskakiwały mu do łóżka dziewuchy, które zakochiwały się w nim jak głupie gęsi, robiąc sobie przy tym złudne nadzieje.
– Panie Brandenburg? Halo… – usłyszał głos Joanny.
Zoltan jednym ruchem palca przerwał połączenie.
Przeniósł wzrok na osłupiałą twarz dziewczyny od gazet, która wciąż wpatrywała się w jego rękę. Septyzacja rozpoczęła się na dobre. Żyły na dłoni nabrzmiały do granic możliwości, a te na nadgarstku zaczęły zmieniać kolor i wić się pod mankietem koszuli. Zostało mu niecałe trzydzieści minut.
Zoltan odebrał gazetę z piegowatych rąk, rzucił ją na siedzenie pasażera i zerknął ukradkiem na nagłówek krzyczący: Plaga zgonów nastolatków!
Nomen wyraźnie mają dosyć wyzwolonej młodzieży – pomyślał. Gdy już miał ruszać z miejsca, dziewczyna ośmieliła się osunąć na wypolerowane lusterko jego Maybacha i zemdleć.
Kiedy Aniela zobaczyła czarne monstrum, które wyglądało jak wehikuł samego diabła, domyśliła się, że nie siedzi w nim nikt przyjazny. Porządni, uczciwie pracujący ludzie nie posiadają takich aut. I do tego ta srebrna krata z przodu samochodu. Miało się wrażenie, że lada chwila buchną z niej piekielne płomienie.
Nieoczekiwanie z wnętrza burczącego potwora wyłoniła się szczupła dłoń i skinęła na nią, jakby była służącą.
Co za bezczelność!
Miała ochotę odwrócić się na pięcie i zacząć rozdawać gazety na drugim pasie. Ale tego nie zrobiła. Wzięła głęboki wdech i podała zwinięty rulon znajomej pani ze srebrnej Skody.
– Ale ukrop. – Kobieta przypominająca wyglądem Victorię Beckham spojrzała na nią przychylnie, po czym odebrała gazetę.
– Jest dopiero dziesiąta. Wolę nie myśleć, jak będzie grzało w samo południe. – Aniela odgarnęła włosy z czoła. Myśl o parnym miejskim powietrzu sprawiła, że zrobiło jej się słabo.
– Wszystko okej? Jesteś dzisiaj jakaś blada.
– Taki los pracującego studenta. – Aniela wzruszyła ramionami, siląc się na uśmiech.
– Sesja?
Dziewczyna energicznie przytaknęła, aż zakręciło jej się w głowie. Zupełnie jakby była pijana. Ale czego można się spodziewać, kiedy się zarywa kilka nocy z rzędu? Gdyby tylko kierownik dał jej wolne, mogłaby wreszcie porządnie się wyspać.
Niestety nie dał.
– Na szczęście rano zdawałam ostatni egzamin – dodała po chwili.
– I jak?
– Kobyła z anatomii. Dużo pisania, mało czasu. Trochę się przedłużyło i teraz mam problem z wyrobieniem normy.
Kobieta spojrzała na gazety przełożone przez usianą drobnymi piegami rękę.
– Dużo tego masz?
– Tutaj pięćdziesiąt sztuk, a w torbie jeszcze czterysta. – Aniela wskazała głową na czerwony wózek stojący za barierkami na przystanku.
– Daj mi to. – Victoria wyciągnęła wypielęgnowane dłonie.
Dziewczyna się zawahała. Wyglądała, jakby się zastanawiała, czy rzeczywiście pozbycie się gazet w ten sposób to dobry pomysł.
– No już! – ponagliła kobieta. – Rozdam je u siebie w pracy.
Propozycja była kusząca. Tyle że kierownik dał im wyraźne wytyczne, a nieżyczliwi, dybiący na jej stanowisko, tylko czekali, aż powinie jej się noga.
– Obowiązuje zasada „jedna sztuka jednej osobie” – przytoczyła słowa szefa, które wpajał wszystkim jak pacierz.
– Na jakim świecie ty żyjesz? Chcesz być uczciwa, to idź do zakonu, choć i tam Bóg jeden wie, co wyczyniają – mruknęła pod nosem kobieta. – Daj mi te gazety. – Wychyliła się przez okno i zabrała naręcze prasy z rąk dziewczyny.
Aniela otworzyła szeroko niebieskie oczy, które okalały ciemne brwi i czarne, grube rzęsy, co u takich piegusów jak ona było niezwykłą rzadkością.
– No co tak patrzysz? Rozdawaj dalej. – Victoria z zawadiackim uśmiechem odgoniła ją ręką i zamknęła jej szybę przed nosem.
Aniela rozejrzała się i upewniwszy, że nikt jej nie obserwuje, ruszyła za przystanek. Wyciągnęła stos gazet, zrolowała jedną z nich, wróciła na swój pas, ominęła przyjazną właścicielkę Skody i podeszła do czarnego smoka, z którego wystawała męska ręka.
Zamarła.
Dłoń mężczyzny zdobił tatuaż ukazujący splot czarnych żmij. Prawdziwe arcydzieło, były jak żywe. Pochyliła się, aby dokładniej je zobaczyć. Cienkie gady wiły się po jasnej skórze… Chociaż nie.
Pociemniało jej w oczach.
– Pana ręka… – wydukała.
Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Najwyraźniej nauka do późnej nocy i upał zrobiły swoje: miała omamy!
Spokojnie. To tylko zmęczenie – podpowiedział głos rozsądku.
Po plecach spłynęła jej strużka potu. Nigdy nie uważała się za strachliwą, ale teraz czuła, że zaraz dostanie ataku paniki. Węże wpełzły pod mankiet czarnej koszuli. Tego widoku najwyraźniej jej mózg nie był w stanie przyswoić. Świat zawirował, przed oczami pojawiły się plamki, nogi zrobiły się miękkie w kolanach i Aniela zemdlała.
NOMEN ÁNGELOS
Drobna kobieta od Skody i górujący nad nią właściciel Maybacha obrzucali się nienawistnymi spojrzeniami. U ich stóp leżała ciemnowłosa dziewczyna o twarzy białej jak prześcieradło.
– Przecież widzę, że jest nieprzytomna. – Zoltan przesunął dłonią w rękawiczce po swoich falujących, kruczoczarnych włosach.
– To niech pan coś zrobi, na Boga. Jest pan mężczyzną. – Kobieta popatrzyła na niego z wyrzutem.
– Zgadza się. Jestem mężczyzną, a nie pielęgniarką.
– Dość tego, dzwonię po karetkę. – Victoria zdjęła z ramienia elegancką torebkę.
– Karetkę? Chyba nie mówisz poważnie?
– Jak najbardziej poważnie. Poza tym nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na ty.
Klaksony zadźwięczały za ich plecami.
– Co prawda wstrzymamy na jakiś czas ruch – dodała, wyjmując telefon – ale zdrowie dziewczyny jest najważniejsze.
– Najważniejsze? A kim ona u diabła jest? To zwykła roznosicielka gazet.
– Jest pan niegrzeczny.
– A ty niezbyt inteligentna. Chcesz zablokować największe skrzyżowanie w dwumilionowym mieście z powodu omdlenia jakiejś dziewuchy?
Niech to szlag!
Zoltan poczuł żar rozlewający się w żyłach. Zostało mu niecałe dwadzieścia minut. Jeśli się stąd nie usunie, to urządzi niezłe przedstawienie. Wtedy dopiero babsko uzna, że czekanie na karetkę było fatalnym pomysłem.
– Proszę tylko na nią spojrzeć… – Właścicielka Skody wskazała na nieprzytomną Anielę. – Musimy coś zrobić.
Ciemnoniebieskie oczy Zoltana, przez niektórych uznawane za granatowe, spoczęły na przesadnie szczupłej, choć całkiem zgrabnej roznosicielce gazet. I nie zrobiłaby ona na nim większego wrażenia, gdyby nie to, że wyglądała jak anioł otoczony płaszczem pastelowoczekoladowych włosów. Długie ciemne rzęsy rzucały cień na piegowate policzki, a rozchylone usta odsłaniały perłowe zęby.
Znów poczuł znajome ukłucie w piersi, za które zrugał się w myślach. Tego już za wiele, musi się stąd ewakuować, i to jak najszybciej.
– Nie będę tu tkwił cały dzień, bo jakiejś lalce zrobiło się słabo – oznajmił.
Kobieta wytrzeszczyła oczy, zamierając z telefonem w ręce.
– Pan chyba nie ma serca…
W kącikach zaciśniętych ust Zoltana zaigrał uśmiech.
– Tu niestety muszę się z tobą zgodzić. – Pochylił się i wziął nieprzytomną dziewczynę na ręce.
– Co pan…? – Victoria zachłysnęła się powietrzem jak ryba wyrzucona na brzeg.
– Nie zamierzam tu stać i czekać na tych konowałów z pogotowia. Zbada ją mój lekarz.
Kobieta oniemiała.
– Będziesz tak sterczeć czy może otworzysz mi drzwi, żebym wsadził śpiącą królewnę do samochodu?
Aniela usłyszała męski głos, lecz była zbyt zamroczona, by otworzyć oczy.
– Tak. Oddycha równo – powiedział ktoś obok niej. – Jak tylko skończy się septyzacja, pojadę prosto do firmy. Tam ją obejrzysz. Mam nadzieję, że msza w katedrze już się skończyła, bo w przeciwnym razie znowu będzie draka z klechami.
Udało jej się uchylić powieki. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, był samochód, który właśnie wyprzedzali z zawrotną prędkością.
Chwyciła się siedzenia. Wyczuła pod palcami miękką skórę. Rozejrzała się i wstrzymała oddech. Wnętrze wydawało się tak szykowne, że aż trudno było uwierzyć, iż znajduje się w aucie. Pojazd gwałtownie skręcił i wjechał z impetem na plac, pośrodku którego stała dwunastowieczna katedra.
– Maurycy, kończę. Jestem na miejscu.
Aniela spojrzała na siedzenie kierowcy, skąd dobiegał niski głos. Młody mężczyzna zdawał się wypełniać całe wnętrze swoją wyniosłością. Włosy miał czarne jak węgiel, nos ostry, usta wąskie i zacięte, twarz pociągłą, a rysy stanowcze.
– Poczekaj tu, zaraz wracam – powiedział, nawet na nią nie spoglądając. Wyjął słuchawkę z ucha i wysiadł z samochodu.
Dziewczyna odprowadziła wzrokiem smukłego i wysokiego jak topola mężczyznę, który szybkim krokiem pokonywał schody katedry. Ciemne garniturowe spodnie opadały na eleganckie buty, podkreślając długość nóg, czarna koszula opinała silne ramiona, a skórzane rękawiczki skrywały dłonie.
Poczuła uderzenie gorąca. To on skinął na nią na skrzyżowaniu. Przebłyski wspomnień zamajaczyły jej przed oczami. Jedyne, co sobie przypominała, to widok wijącego się tatuażu, a potem… Pustka. Ciemność. Musiała zemdleć.
Oklepała pośpiesznie pelerynę.
Dostrzegła, że ma przy sobie torebkę, za to zostawiła na przystanku wszystkie gazety! Kierownik pomyśli, że porzuciła pracę. Miesiąc czekała, żeby ją zatrudnił. Może zdoła się jeszcze jakoś wytłumaczyć? Zerwała się z miejsca. Pasy bezpieczeństwa wbiły się w pierś tak mocno, że zabrakło jej powietrza. Opadła na fotel, czując, jak robi jej się słabo. Starała się uspokoić oddech. Policzyła do trzydziestu, sięgnęła do pasów, odpięła je i otworzyła drzwi. Gdy tylko stanęła o własnych siłach, zakręciło jej się w głowie.
Zachwiała się.
Usiadła z powrotem w fotelu.
Co za koszmar, nie dość, że utknęła w aucie obcego faceta, to jeszcze najpewniej straci pracę.
– Pamiętaj, dupeczko, że na twoje miejsce czekają setki takich studenteczek jak ty – przypomniała sobie słowa łysiejącego mężczyzny, który zatrudniał ją sześć miesięcy temu. Przepocony, obcisły podkoszulek i chytry uśmieszek na jego lisiej twarzy jej nie odstraszyły. Potrzebowała pracy, i to bardzo.
Posada roznosicielki nie była lekka. Już od szóstej rano Aniela rozdawała gazety na głównym skrzyżowaniu w Alwarnii, co oznaczało, że aby dojechać na miejsce zbiórki, odebrać pisma i stamtąd dotrzeć do centrum, musiała wstać o czwartej trzydzieści. Czasami nie opłacało jej się nawet kłaść do łóżka, kiedy z klubu tańca towarzyskiego Quickstep, w którym dorabiała jako pomoc biurowa, wracała do małego pokoju na przedmieściach dopiero po dwudziestej trzeciej. Zanim zjadła kolację, umyła się, ogarnęła nieład pozostawiony na łóżku i przejrzała notatki z zajęć, robiła się trzecia. I tak dzień w dzień – rano gazety, potem studia, po nich szkoła tańca, powrót nocnym autobusem i nauka do późna.
Taki styl życia sprawiał, że coraz częściej była na skraju wyczerpania. Szczególnie gdy przed południem padał deszcz albo, tak jak dziś, z nieba lał się żar. Upalne lato znosiła jednak lepiej niż zimę. Kiedy siarczysty mróz powodował zamarzanie włosków w nosie, a czucie w palcach wracało dopiero po piętnastu minutach spędzonych w cieple, naprawdę miała ochotę zrezygnować. Ale się nie poddawała. Wręcz przeciwnie, nawet w najgorszym dniu srogiej zimy, gdy temperatura spadła poniżej minus dwudziestu siedmiu stopni, potrafiła wyrobić normę za siebie i Gośkę, która poprosiła ją wtedy o zastępstwo. Aniela nie narzekała. Wiedziała, po co i dla kogo tak ciężko haruje. Siedemdziesiąt kilometrów od Alwarnii, w wiosce Bystra, mieszkało dwoje ludzi, dla których warto było znosić niepogodę i zmęczenie.
Kiedy ponad rok temu z powodu jej lekkomyślności zmarł ojciec, podjęła decyzję, że naprawi wyrządzone szkody. Wyjechała do miasta, by ciężką pracą odzyskać to, co zostało utracone, i odbudować popadające w ruinę gospodarstwo. Postanowiła, że będzie pracować i przesyłać matce pieniądze. Zostanie weterynarzem i powróci do rodzinnej wsi. Dostała się na Uniwersytet Przyrodniczy w Alwarnii, gdzie przez ostatni rok godziła naukę z ciężką pracą, od której zależało życie jej matki i brata.
Boże, nie pozwól, żeby mnie zwolnili… – pomyślała i niespodziewanie ujrzała przerażony tłum, zbiegający ze schodów katedry. Wypłoszeni ludzie uciekali ze zgrozą w oczach, jakby gonił ich sam diabeł. Starsza kobieta, nie zważając na trzymaną w ręku laskę, biegła, utykając na jedną nogę.
– Co się stało? – zawołała w jej stronę Aniela.
– Ktoś podłożył bombę!
– Co?!
– Uciekaj, złociutka, bo zaraz wszystko wybuchnie – dodała staruszka i niezdarnie pobiegła przed siebie.
Aniela rozejrzała się po placu. Kilka sekund wystarczyło, by zupełnie opustoszał. Zagryzła wargę i spojrzała na srebrny breloczek zwisający ze stacyjki. Wyglądało na to, że facet zostawił kluczyki.
Miała dwa rozsądne wyjścia: wysiąść i uciekać, gdzie pieprz rośnie, albo odpalić silnik i zrobić to samo, tyle że autem.
Nie skorzystała z żadnego z nich.
Zamiast tego przeklęła w duchu wpojone przez matkę zasady moralne, wyciągnęła kluczyki ze stacyjki, wysiadła z samochodu i gdy tylko poczuła, że może ustać na nogach, ruszyła w kierunku katedry.
Zoltan runął z dwóch metrów na podłogę i łapczywie zaczerpnął powietrza. Jego naga pierś unosiła się i opadała niespokojnie. Leżał bezwładnie na plecach i próbował opanować oddech. W tym czasie septyka, przypominająca wijącą się pępowinę, zaczęła się kurczyć, aż została wchłonięta pod powłoki brzuszne. Pozostał po niej tylko ślad w postaci pępka.
Mężczyzna próbował podnieść się z posadzki. Bezskutecznie. Serce waliło mu ogłuszająco, a żyły rwały, jakby ktoś napełnił je wodą do granic możliwości i czekał, aż pękną niczym balon. Przechodził septyzację setki razy, a jednak im starszy był jego organizm, tym ciężej to znosił. Maurycy ostrzegał, że w pewnym momencie serce może nie wytrzymać i stanąć na zawsze. Ale Zoltana to nie obchodziło. Przecież on i tak nie miał serca. Poza tym jaki miał wybór? Od dziecka zajmował się przenikaniem. Był Laufrem. Nie miał prawa normalnie żyć. Jeśli w ogóle tę marną egzystencję, pełną fałszu i ingerencji w ludzki los, którym i tak władały Nomen, można było nazwać życiem. Nie żeby się skarżył. Miał wszystko, czego Nomen Zoltán zapragnęło – bogactwo, władzę i znajomości na całym świecie; kobiety lgnęły do niego jak ćmy do światła. Ostatnio coraz częściej dopadało go jednak dziwne uczucie, którego nienawidził, a które pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Co gorsza, nim zdążył je rozpoznać, zaczynała się septyzacja. Zdarzyło mu się nawet kilka razy pożałować, że żyje. Gdyby nie ten przeklęty dar, może byłby szczęśliwszym człowiekiem? – pomyślał, po czym skarcił się za rozczulanie nad sobą.
Wstał z jękiem z kamiennej posadzki, zapiął koszulę, schował rękawiczki do kieszeni, wykonał krążenie głową, by rozciągnąć mięśnie szyi, i udał się w stronę wyjścia.
Ogromne, odlane z brązu drzwi żegnały go zamyślonymi twarzami świętych, na których wcześniejszy widok procesu septyzacji nie zrobił żadnego wrażenia. Zoltan przekręcił mosiężny klucz w zamku i chwycił za zdobioną klamkę. Wtedy ta niespodziewanie opadła, a drzwi się otworzyły. Coś ciepłego i słodko pachnącego wpadło wprost na niego.
Dziewczyna podniosła głowę i zrobiła krok w tył.
– Miałaś czekać w aucie. – Zoltan zareagował bez chwili wahania.
– Nie chciałam mieć cię na sumieniu. W katedrze jest bomba, więc lepiej się zbieraj. – Odwróciła się w kierunku schodów.
Zoltan ani drgnął.
– Chyba wydałem ci jasne polecenie?
Aniela przystanęła i spojrzała w jego stronę.
– Polecenie? – Uniosła brwi. – Cóż, widocznie w twoim ograniczonym słowniku nie ma stosownego określenia na kogoś, kto próbuje ostrzec drugą osobę przed niebezpieczeństwem, narażając przy tym własne życie. Nie mam pojęcia, kim jesteś, ale sądząc po twoim butnym tonie, nikim, kogo chciałabym znać. Polecenia możesz sobie wydawać psu, choć i tak mogę tylko współczuć zwierzęciu, które będzie należało do takiego właściciela jak ty, i jeśli uważasz, że…
– Radzę wziąć oddech, przez ten monolog grozi ci niedotlenienie.
Dziewczyna prychnęła jak obruszona kotka.
– Jesteś zadufanym arogantem. Masz swoje kluczyki. – Rzuciła breloczek, który w ułamku sekundy znalazł się w męskiej dłoni, i odwróciła się na pięcie.
Zoltan zmarszczył czoło. Jak ona śmie pokazywać mu plecy? Co to za Nomen?!
– Stój!
Lecz ona schodziła już po schodach.
– Stój, ty…! – zawołał mocnym głosem, na dźwięk którego wszyscy zazwyczaj kulili się jak zlęknione dzieci.
Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła w jego kierunku.
– No, słucham… – Rzuciła mu śmiałe spojrzenie. – Jakim epitetem tym razem mnie określisz?
Zoltan uśmiechnął się sam do siebie.
– Jak się nazywasz? – zapytał.
– Słucham?
– Imię. Jakie jest twoje imię i nazwisko?
– I kto tu jest niemądry? – Aniela przestąpiła z nogi na nogę. – Za chwilę możemy wylecieć w powietrze, a ty mnie pytasz o nazwisko. Jesteś jakimś szalonym onomastą czy co?
Zoltan zmrużył oczy, wpatrując się w jej piegowatą twarz. Niby taka niepozorna buźka, a wyszczekana.
– Nie ma tu żadnej bomby. – Założył ręce na pierś.
– Skąd ta pewność?
– Bo ja im o niej powiedziałem. – Ruszył swobodnym krokiem w dół schodów, nie spuszczając wzroku z dziewczyny.
– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała, choć sama nie wiedziała, po co właściwie z nim rozmawia. Facet od początku wydawał jej się nie do końca normalny.
– To nie powinno cię interesować. – Stanął naprzeciw niej i przechylił głowę, przyglądając się wnikliwie, jakby zamierzał ją prześwietlić. – To jak się nazywasz?
– To nie powinno cię interesować. – Odpłaciła mu tym samym.
Zoltan przewrócił oczami.
– Wariatka ze Skody spisała moje dane osobowe, na wypadek gdyby policja znalazła cię zaszlachtowaną w jakimś rowie. Nic ci się nie stało, więc przynajmniej mam prawo wiedzieć, jak się nazywasz.
Dziewczyna westchnęła z rezygnacją, jakby nie miała już siły z nim dyskutować.
– Aniela Bukowiecka. Zadowolony? A teraz do widzenia. – Odwróciła się na pięcie. – A raczej żegnam – poprawiła się i ruszyła schodami w dół.
– Aniela… – Zoltan mruknął pod nosem, jakby rozkładał jej imię na czynniki pierwsze. – Mogłem się domyślić! – zawołał za nią. – Emocjonalność, brak opanowania. Pasuje jak ulał. Powinnaś łatwo ulegać wpływom, skąd więc ta wrogość w stosunku do mnie?
Nic nie odpowiedziała.
– Postaraj się nie wpaść po drodze pod samochód i nie mdleć, bo jeśli coś ci się stanie, będę pierwszym podejrzanym – powiedział do jej pleców.
Aniela bez słowa zeszła na szeroki plac i pewnym krokiem powędrowała przed siebie. Zoltan ruszył w stronę auta, zadowolony, że tak łatwo pozbył się problemu. Otworzył zamaszyście drzwi samochodu i już miał wsiadać, gdy zauważył, że dziewczyna nieoczekiwanie zwalnia, zatrzymuje się, chwieje i…
Żeby ją diabli wzięli!
W chwilę później, przeklinając pod nosem, trzymał w ramionach jej zemdlone ciało.
NOMEN MAURITIUS
Aniela otworzyła oczy i ujrzała starszego mężczyznę w okrągłych okularach, opierających się na czubku bulwiastego nosa. Twarz miał szczupłą, oczy bladoniebieskie, białe gęste włosy i brwi przyprószone siwizną. Trzymał jej rękę i mierzył ciśnienie.
– Kim pan jest?
Mężczyzna uniósł wzrok znad binokli i się uśmiechnął.
– Nazywam się Maurycy Majer. Jestem lekarzem. Zemdlałaś pod katedrą – wyjaśnił.
Aniela rozmasowała skroń, zbierając myśli, i się rozejrzała. Leżała na kanapie z bordowej skóry. Wokół stały stylowe orzechowe meble, które, choć zachowane w nienagannym stanie, wyglądały na bardzo stare.
– Co to za miejsce?
– Firma Zoltana. – Zdjął jej rękaw ciśnieniomierza.
– Zoltana?
– To ten gbur, który cię przywiózł. Jestem jego lekarzem. I przyjacielem.
Aniela spojrzała na wysoki sufit, zdobiony płaskorzeźbami z motywem anioła.
– Pięknie tu – przyznała nieco otumaniona.
– Zoltan ratuje stare kamienice przed wyburzeniem, poddaje je renowacji, a potem sprzedaje. Tę akurat zatrzymał dla siebie. Nazywa się „Kamienica pod Aniołami”.
– „Kamienica pod Aniołami” – powtórzyła niemal bezgłośnie, nie odrywając oczu od twarzy małych cherubinów.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko badaniom – powiedział doktor.
– Słucham? – Przeniosła na niego wzrok.
– Gdy byłaś nieprzytomna, pobrałem ci krew. Oddam ją do laboratorium w szpitalu Babińskiego, w którym pracuję.
– Dobrze. Dziękuję.
– Wyniki będą jutro – poinformował. – Musiałem spisać twoje dane, więc Joanna wyjęła twój dowód z torebki.
– Joanna? – Aniela spojrzała na ławę, na której leżała jej wysłużona listonoszka, zwykle ukryta pod peleryną.
– Sekretarka Zoltana. – Schował ciśnieniomierz do przepastnej torby. – Kazałem jej zrobić dla ciebie słodką herbatę na pokrzepienie. Twoje omdlenia wyglądają na zwykłe przemęczenie, ale wstrzymam się z diagnozą, dopóki nie będzie wyników. Czy ostatnio źle się czułaś, miałaś jakieś dolegliwości?
– Nie. Tylko doskwierał mi brak czasu i nadmiar pracy.
– W „Głosie Alwarnii”? – Wskazał brodą na biały napis na piersi Anieli.
– Tak, ale po dzisiejszym dniu nie mam po co tam wracać.
– Przykro mi. – Doktor westchnął i sięgnął do torby, z której wyjął niewielki notes oraz karmazynowe pióro, po czym zaczął coś pisać.
– Nic mi nie będzie. – Aniela obserwowała stalówkę sunącą po papierze, jednak nie była w stanie nic przeczytać. – Pracuję jeszcze w szkole tańca. Mało płacą, ale zawsze to jakiś grosz. Poza tym idą wakacje, może pojawią się jakieś oferty pracy w pubach.
Doktor podkreślił kilka słów w notatniku i schował go z powrotem do torby.
– Z tego, co mówisz, wynika, że masz sporo na głowie. – Podniósł na nią wzrok. – Może to jest właśnie przyczyna twojego zasłabnięcia. Czy wakacje nie są przypadkiem od tego, żeby odpocząć?
Jego spojrzenie poruszyło Anielę. Było w tym człowieku coś, co sprawiało, że chciała mu zaufać. Czuła się tak samotnie w tym wielkim mieście. Bez rodziny, przyjaciół, w ciągłym biegu: studia, praca, praca, studia. A teraz… Pomimo tego, że Maurycy był jej całkowicie obcy, miała wrażenie, że jest jedną z niewielu życzliwych osób, jakie do tej pory spotkała w Alwarnii.
– Jak ci się podoba nasze miasto? – zapytał, jakby odgadł jej myśli.
– Pyta pan o mury czy o ludzi?
Maurycy uniósł kąciki ust.
– O jedno i drugie.
– Cóż… budynki, jak to w wielkim mieście: kamienie, płyty i szkło, a ludzi dopiero poznaję i się dziwię.
– Dziwisz się?
– Pochodzę z małej wioski, a tam wszystko jest inne. Łagodniejsze. Wolniejsze. Cichsze. Bardziej szczere.
– Co więc sprowadza cię do miasta?
– Po śmierci taty przyjechałam do pracy i na studia – wyjaśniła.
– Przykro mi.
– Takie jest życie.
– Musi być ci ciężko.
– Co zrobić? – Aniela wzruszyła ramionami. – Gospodarstwo rodzinne jest w złym stanie. Ojciec nie żyje. Matka jest coraz słabsza. Cała nadzieja w moim osiemnastoletnim bracie. Gdyby nie Jonasz, to wszystko już dawno przestałoby istnieć.
– A ty wzięłaś na siebie trud utrzymania tego?
– Jaki tam trud. – Machnęła ręką. – Miłość do rodzinnych stron wiele mi wynagradza.
Doktor popatrzył na nią z podziwem.
– Co studiujesz? – zapytał.
– Weterynarię. Właśnie skończyłam pierwszy rok.
– No, no. Medicus veterinarius – zacmokał doktor. – I, jak się domyślam, chcesz po studiach wracać na wieś, żeby ratować gospodarstwo?
– To takie oczywiste?
– Oj, dziecko… Masz za dobre serce i dlatego nie myślisz o sobie.
– Tak to jest, gdy się mocno kocha. – Uśmiechnęła się.
Doktor poklepał ją po dłoni.
– Jesteś dobrą i mądrą dziewczyną. W końcu Nomen Ángelos.
Aniela nie zrozumiała, co doktor ma na myśli, lecz nim zdążyła go dopytać, drzwi gabinetu otworzyły się i do środka wszedł Zoltan. Usta miał zaciśnięte, a oczy atramentowe.
– Banda idiotów – syknął przez zaciśnięte zęby, przeszedł szybkim krokiem przez pomieszczenie i zatrzymał się przy trójnożnym stoliku, zwanym „niemy kelner”. Przez chwilę obserwował w skupieniu różnobarwne karafki, po czym sięgnął po pękaty kieliszek, nalał sobie ciemnobrunatnego porto i wypił do dna.
– Myślę, że nie powinieneś pić – poradził doktor.
– To moja sprawa. – Zoltan nawet nie spojrzał na przyjaciela.
Usiadł za stylowym biurkiem, chwycił leżące na blacie srebrne pudełeczko, wyciągnął czarnego papierosa i zapalił.
– Jako twój lekarz stanowczo odradzam ci palenie. W twoim stanie…
– To moja sprawa – powtórzył.
Oparł głowę na fotelu, wyciągnął przed siebie długie nogi, zaciągnął się głęboko i wypuścił z ust chmurę dymu.
– Co ona tu jeszcze robi? – zapytał, patrząc leniwie na szare wstęgi dymu.
– Odpoczywa – odpowiedział Maurycy.
– To nie hotel.
– W takim razie wezwij szofera i niech odwiezie ją do domu.
– Szofera? – zakpił Zoltan, po czym ponownie oparł głowę na fotelu i zamknął oczy. – Widzę, że wszystkim dzisiaj odjęło rozum.
– Nie powinna wracać sama, jest zbyt słaba – powiedział doktor.
– To niech sobie wezwie taksówkę. Chyba ma tyle siły, by wybrać numer telefonu.
Maurycy zacisnął dłoń na drewnianej rączce torby lekarskiej.
– Sam ją w takim razie odwiozę.
– Jak chcesz. Byleby znikła z firmy do momentu przybycia Austriaków. – Zoltan otworzył oczy, przekrzywił głowę i omiótł dziewczynę pogardliwym spojrzeniem. – Gotowi jeszcze pomyśleć, że urządziłem tu maskaradę.
Aniela zerknęła na swoją czerwoną pelerynę i zacisnęła zęby. Ten… ten… Nie znalazła odpowiedniego określenia na człowieka, który mówił o niej tak, jakby jej tu wcale nie było. Sama nie wiedziała, czy bardziej miała ochotę na niego krzyknąć, czy wybuchnąć i zniszczyć w ten sposób jego wytworną kanapę. Chociaż znała tego mężczyznę zaledwie od kilku godzin, zdążyła się zorientować, że nie posiada żadnej pozytywnej cechy. Po co w ogóle ją tu przywoził, skoro teraz wygania?
– Proszę sobie nie zawracać głowy. Pojadę autobusem – powiedziała do Maurycego i podniosła się, jednak niespodziewanie ją zamroczyło i opadła bezwładnie na kanapę.
– Nie ma mowy, drogie dziecko. Zoltan? – Lekarz zwrócił się do przyjaciela.
Lecz ten nie zareagował. Wpatrywał się w smużki dymu, które z gracją wydobywały się z jego wąskich ust.
Maurycy bezradnie wzniósł oczy ku niebu.
– Zatem dobrze – sapnął. – Podjadę teraz do szpitala Babińskiego oddać krew do zbadania, zamienię się dyżurem i wrócę po Anielę. Będę z powrotem za trzydzieści minut. Dobrze?
Cisza.
– Do diabła, Zoltan, mówię do ciebie!
– Nie musisz podnosić głosu. Pół godziny i ani minuty dłużej – odpowiedział zapytany, po czym oparł głowę o fotel i zaciągnął się papierosem.
– Leż tutaj, dziecko – powiedział Maurycy, nachylając się nad Anielą. – I nie zwracaj uwagi na jego ton – dodał cicho, łypiąc w stronę biurka. – Ten chłopak nie potrafi inaczej.
– Oby po powrocie nie zastał mnie pan zamienionej w bryłę lodu – odparła z uśmiechem.
– Widzę, że już ci lepiej. – Mrugnął do niej. – Na razie, Zoltanie. – Pożegnał się machnięciem ręki i ruszył do wyjścia.
Zoltan nie odpowiedział, tylko pochylił się i zgasił papierosa w kamiennej popielnicy.
W gabinecie zapanowała cisza. Aniela spojrzała w drugi koniec pomieszczenia. Jej mimowolny wybawca trwał w pozycji pana i władcy, odchylony na fotelu. Łokcie położył na oparciach, palce splótł na piersi, a wzrok utkwił w rzeźbach aniołów na suficie. Wyglądało, że jej obecność była mu tak obojętna, jakby była muchą. Nawet gorzej! Mucha przynajmniej wywołuje rozdrażnienie.
Nie! Dłużej nie zniesie tego milczenia. Przynajmniej ona zachowa się rozsądnie.
– Pan Maurycy jest bardzo miły – zagadnęła.
Nie odpowiedział.
– Przypomina mi mojego tatę.
– To się dobraliście. Ty przypominasz mu córkę – powiedział bez ogródek, nie spoglądając nawet w jej stronę.
– Jestem do niej podobna?
– Nie.
– To pewnie jest w moim wieku?
– Ile masz lat? – Zerknął na nią z ukosa.
– W lipcu skończę dwadzieścia.
Po twarzy Zoltana przepłynął cień zwątpienia. Zmarszczył czoło, lecz tylko na sekundę. Po chwili znów wpatrywał się obojętnie w sufit.
– Ona miałaby teraz dwadzieścia trzy – oznajmił.
– Miałaby?
– Zmarła jako dziecko.
Aniela poczuła ucisk w gardle i odchrząknęła.
– To straszne, gdy rodzice tracą dziecko – powiedziała.
– Rodzic – poprawił ją. – Matka Sary też zginęła.
– Zginęła? W wypadku?
– W katastrofie lotniczej. W tym roku minie osiemnaście lat. – Wstał, podszedł do stolika i nalał sobie sherry.
Choć jego twarz nie wyrażała emocji, Aniela zauważyła, jak zaciska palce na kieliszku. Miała wrażenie, że za chwilę szkło pęknie mu w dłoni. I zapewne tak by się stało, gdyby do gabinetu nie wpadła niespodziewanie młoda dziewczyna.
– Panie Brandenburg, przyjechali! – wykrzyknęła, jakby firmę zaatakował batalion żołnierzy.
Aniela spojrzała na nią z zaciekawieniem. Twarz miała piękną, oczy duże, brązowe, a ciemne włosy uczesane w staranny kok. Ubrana była w elegancką garsonkę w gołębim kolorze, na którą składała się dopasowana marynarka oraz ołówkowa spódnica za kolano, opinająca zgrabne, opalone nogi. Spod marynarki wystawała biała bluzka z falbankami.
Aniela nie mogła wyjść z podziwu, że można wyglądać jak z żurnala. I te szpilki! Boże kochany, ona by nawet kroku w takich nie zrobiła.
Zoltan odwrócił się z kieliszkiem w dłoni i spojrzał na dziewczynę zimnym wzrokiem.
– Po pierwsze, mój gabinet to nie obora, więc nie życzę sobie, byś wpadała tu jak rozpasana jałówka – zaczął. – Po drugie, moją sekretarkę obowiązuje dress code, więc nie życzę sobie, żebyś chodziła bez rajstop…
– Ale na zewnątrz jest ponad trzydzieści stopni. – Dziewczyna wlepiła osłupiały wzrok w pracodawcę.
– Po trzecie! – Zoltan podniósł głos. – Jesteś moim pracownikiem, którego wynagradzam za pracę, a nie za gadanie, więc nie życzę sobie, byś mi przerywała. I po czwarte, jako moja sekretarka masz wyrażać się jasno i zrozumiale, więc nie życzę sobie kierowania w moją stronę urywanych zdań, z których nic nie wynika – oznajmił, po czym wypił łyk drinka.
Dziewczyna spuściła potulnie wzrok i po chwili milczenia odezwała się przytłumionym głosem:
– Chciałam tylko poinformować, że Austriacy przyjechali na spotkanie. Właśnie parkują i będą tu za kilka minut.
Zoltan odstawił na wpół pełny kieliszek, uniósł prawą rękę i zerknął na swój genewski zegarek.
– Godzinę przed czasem? To raczej do nich niepodobne. Czy uprzedzali, że będą wcześniej?
Cisza.
– Czy moje pytanie jest niezrozumiałe?
Aniela dostrzegła, jak ciemne oczy sekretarki napełniają się strachem.
– Ja… – Joanna schyliła głowę tak nisko, jakby chciała schować się pod ręcznie tkany, karmazynowy dywan Mashhad, sprowadzony z Iranu za dziesiątki tysięcy dolarów. – Źle zanotowałam – przyznała ze szczerym żalem.
Aniela przeniosła wzrok na Zoltana. Jego twarz stężała, a oczy pociemniały. Musiała przyznać, że wyglądał teraz naprawdę groźnie.
– Czyli nie dość, że poinformowałaś mnie o spotkaniu dopiero dzisiaj rano, to jeszcze chcesz powiedzieć, że pomyliłaś godziny? – zapytał.
Dziewczyna najwyraźniej nie była w stanie powiedzieć słowa, bo jedynie skinęła głową.
To nie spodobało się pracodawcy.
– Odjęło ci mowę?
Nie odpowiedziała.
– Pytam, czy odjęło ci mowę?! – Głos Zoltana odbił się od ścian tak złowrogo, że dziewczyna się wzdrygnęła. Strach sparaliżował ją tak bardzo, że nie zdołała powiedzieć ani słowa. Nieporadnie splotła przed sobą palce. Aniela nie mogła na to dłużej patrzeć. Podniosła się powoli z pozycji leżącej i zadowolona z faktu, że nie wywołało to zawrotów głowy, usiadła.
– Daj spokój, Zoltan, przecież ona nie zrobiła tego specjalnie – powiedziała i w tej samej chwili poczuła na sobie dwie pary oczu.
Pierwsze – duże i brązowe – patrzyły na nią z wdzięcznością oraz z pewną dozą osłupienia. Drugie – zmrużone i niemal czarne – ciskały w nią błyskawice niczym burzowa chmura.
– Nie wtrącaj się! – upomniał ją Zoltan. – I nie zwracaj się do mnie w taki sposób.
– To znaczy w jaki? – Aniela przechyliła głowę. – Mam nie mówić do ciebie Zoltan? – spytała z rozbawieniem w głosie. – Przecież tak masz właśnie na imię, prawda?
Zoltan najwyraźniej nie potrafił znaleźć odpowiedniego argumentu, by zaprzeczyć tej oczywistej prawdzie, bo rozszerzył jedynie nozdrza i zwrócił się do Joanny:
– Poszukaj w firmie kogoś, kto usiądzie dzisiaj na twoim miejscu.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.
– Na moim miejscu? A co ze mną?
– Ty masz zaprowadzić Austriaków do sali konferencyjnej, zdać klucze i spakować swoje rzeczy – oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Słucham? – zadrżał jej głos.
Zoltan nie odpowiedział, tylko odwrócił się do stolika z trunkami, kończąc tym samym rozmowę.
Aniela oniemiała. Nie spotkała się jeszcze z tak aroganckim zachowaniem, nawet u swojego szefa. Przeniosła pełen współczucia wzrok na dziewczynę.
Joanna zacisnęła powieki i wybiegła z płaczem z gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi. Na korytarzu rozległy się wystraszone szepty i pokrzepiające głosy. Najwyraźniej całe przedstawienie miało liczną widownię.
Aniela popatrzyła z wyrzutem na głównego aktora, który ze znudzoną miną sięgnął po kieliszek i jednym haustem opróżnił jego zawartość.
– Dlaczego to zrobiłeś? – spytała.
Zoltan odstawił szkło i podszedł do biurka.
– Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym ci się tłumaczyć. – Wyjął z szuflady kalendarz oprawiony w matową skórę grafitowego koloru oraz bogato zdobione, srebrne pióro i kałamarz. – Nie wiem nawet, po co z tobą rozmawiam. W normalnych warunkach nie zamienilibyśmy ze sobą ani słowa – dodał, odkręcając małą buteleczkę, pełną czarnej cieczy.
– A to ciekawe. Dlaczego?
– Z wielu powodów, o których nie masz pojęcia.
Aniela założyła nogę na nogę, jakby szykowała się na dłuższą pogawędkę.
– Ach, pewnie dlatego, że pochodzę ze wsi albo że nie noszę garsonki od Diora – oznajmiła.
– Nie mam czasu na aż tak dogłębną analizę twojej osoby. Czekają na mnie…
– Bogaci inwestorzy? – przerwała mu w połowie zdania.
Zoltan spojrzał na nią, mrużąc oczy.
– Wnioskuję z tonu, że nie lubisz zamożnych ludzi. – Zanurzył wieczne pióro w kałamarzu i napełnił je atramentem.
– Jak mało kogo na świecie.
– To niezrozumiałe w sytuacji, gdy to dzięki nam możecie zarobić na chleb – stwierdził, małą szmatką delikatnie wycierając srebrzystą stalówkę.
Aniela zacisnęła zęby.
– Nie widzę tu nikogo oprócz ciebie i mnie, więc nie mam pojęcia, skąd ta liczba mnoga.
– Znalezienie odpowiedzi na to pytanie pozostawiam twojej inteligencji – oznajmił, wkładając pióro do kieszonki koszuli.
– Ach! Rozumiem. – Roześmiała się. – My, czyli biedota i wy, czyli bogacze.
Zoltan napotkał jej śmiałe spojrzenie.
– Ty to powiedziałaś – oświadczył.
– A ty nie zaprzeczyłeś.
Ich oczy przewiercały się na wylot, a w rozszerzonych źrenicach zapaliły się iskry.
– Skąd ta niechęć do bogactwa? – Zakręcił kałamarz i włożył go z powrotem do szuflady.
– Stąd, że niemożliwe jest, żeby uczciwą pracą zarobić na takie luksusy. – Powiodła dłonią wokół.
– Czyli uważasz, że zdobyłem to wszystko w nieuczciwy sposób?
Aniela uśmiechnęła się przekornie.
– Ty to powiedziałeś.
– A ty nie zaprzeczyłaś.
Przestronny gabinet Zoltana nagle wydał się obojgu surrealistycznie ciasny i duszny, jakby ściany się skurczyły, a powietrze zgęstniało.
Aniela założyła kosmyk włosów za ucho i wyprostowała się, dodając sobie w ten sposób animuszu.
– Z moich doświadczeń wynika, że biznes i krętactwo idą w parze – oznajmiła.
– Cóż. Może na wsi robi się biznes inaczej niż w mieście. Ja cenię sobie przejrzystość w interesach i to dzięki niej zostałem potentatem w branży nieruchomości.
– Potentatem?
– Tak, zajmuję pierwsze miejsca we wszystkich rankingach.
Aniela prychnęła.
– Pod względem arogancji niewątpliwie.
Zoltan oparł się rękoma o biurko.
– Jestem ciekaw, czemu po raz drugi zasłużyłem sobie na miano aroganta, skoro nawet mnie nie znasz?
Aniela zwilżyła usta i odparła najpewniej, jak potrafiła:
– Nie muszę cię znać, by stwierdzić, że pracownicy boją się ciebie jak zarazy, a ty rządzisz nimi jak bydłem za pomocą zwykłego uniesienia brwi.
– Tak? A jak mam ich niby traktować, ekspercie do spraw zarządzania personelem?
– Z godnością. Po partnersku.
– Żeby roznieśli mi firmę w pył? Gołym okiem widać, że nie masz pojęcia o życiu.
– Jestem odmiennego zdania.
– Oczywiście. – Zoltan wyprostował się i wziął do ręki kalendarz. – Nie wątpię, że twoje opinie na temat zarządzania są niezwykle ciekawe i może bym ich wysłuchał, gdybyśmy byli ostatnimi istotami na ziemi. Na szczęście oprócz nas żyje na świecie jeszcze grubo ponad siedem miliardów ludzi, z czego kilku dosyć wpływowych właśnie czeka na mnie w sali konferencyjnej. Pozwolisz więc, że cię opuszczę. – Wyszedł zza biurka, przeszedł przez środek gabinetu i gdy już miał chwycić za klamkę, obrócił się i powiedział:
– Masz tu czekać na Maurycego i niech cię diabeł nie podkusi, by wychodzić w tym okropnym stroju na korytarz.
Otworzył drzwi i wyszedł.
NOMEN MARATHA
Aniela opadła na skórzaną sofę. Kręciło jej się w głowie, a serce biło szybciej, niż powinno. Co za despota – pomyślała i przesunęła dłońmi po twarzy. Zachowywał się, jakby był panem świata. I ta jego wyniosłość. Obnosił się ze swoim bogactwem, traktując biedniejszych jak poddanych, a to drażniło ją najbardziej. Mój Boże, zwolnił tę biedną dziewczynę tylko dlatego, że popełniła mały błąd.
Potwór!
Okropny, nieludzki potwór. Zapewne wszyscy go nienawidzą. No, może prócz kobiet z masochistycznymi zapędami. Aniela zdawała sobie sprawę, że Zoltan jest przystojny. Nie była ślepa. Mógł się podobać kobietom, szczególnie tym, które lubiły być tyranizowane. Ona jednak do takich nie należała. Nigdy nie da sobą pomiatać. Nie chce mieć więcej do czynienia z Zoltanem Brandenburgiem, który oprócz okropnego charakteru ma ewidentny problem alkoholowy i tytoniowy, a w żyłach rtęć zamiast krwi.
Żyły…
Przed oczyma stanął jej widok dłoni Zoltana, po której pełzały czarne węże. Poczuła niepokojący ból w skroniach. Przymknęła powieki i oparła się o kanapę.
Była wycieńczona ciągłą nauką, mozolną pracą i tym przytłaczającym miastem. Pragnęła znaleźć się w swojej ukochanej Bystrej, z której pochodziła – gdzie powietrze jest czyste, a cienie drzew dają wytchnienie w upalny dzień; gdzie o poranku budzi śpiew gajówki i pianie koguta, a do snu kołysze cykanie świerszczy; gdzie ludzie są ufni, szynka pachnie wędzeniem, a skórka od chleba chrupie w zębach, przyjemnie drażniąc dziąsła. Ta mała, biedna wieś zdawała jej się teraz Edenem, a miasto, w którym musiała żyć, Sodomą.
Alwarnia, przez wielu uważana za raj zaspokajający głód ambicji zawodowych, była dla niej niczym piekielna otchłań – gdzie powietrze drażni nozdrza, płyty chodnikowe bezlitośnie miażdżą pędy traw, a betonowe wieżowce imitują drzewa; gdzie o poranku budzi dudnienie śmieciarki, a do snu kołysze stukot tramwaju; gdzie ludzie są zawistni i żądni władzy, szynka po dwóch dniach staje się zielona i oślizgła jak ślimak, a chleb przypomina watę.
Ile by dała, żeby znów mieszkać w Bystrej. Wśród bezkresnych pól i dzikich lasów, które odwiedzała ostatnio wczesną wiosną, gdy natura budziła się do życia. Tęskniła za nimi. O, jakże straszliwie tęskniła do ukochanej matki i Jonasza. Do wiernych psiaków i przymilnych kotów, do starej mućki dającej tłuściutkie mleko i do rozwydrzonych kokoszek znoszących jaja o żółtkach w kolorze mleczy; brakowało jej zapachu siana i widoku łanów kwitnącego rzepaku. Pragnęła wrócić do domu. Mogłaby razem z bratem odbudować gospodarstwo. Gdyby tylko mieli pieniądze. Ale nie mieli.
I to przez nią.
Z piersi Anieli wyrwało się głębokie westchnienie.
Gdyby wtedy nie uwierzyła pustym słowom, błyszczącym oczom i czarowi Bernarda, cała jej rodzina mogłaby utrzymać się z ziemi, która żywiła ich od zawsze. Lecz ona głupio zaufała swojemu sercu i dała się omamić. Myślała, że spotkała księcia z bajki – bogatego i przystojnego rycerza, o jakim marzy każda dziewczyna. Niestety życie to nie bajka. Jaka była próżna… To jej zapewnienia o szlachetności Bernarda sprawiły, że ojciec sprzedał maszyny i ziemie należące do nich od pokoleń i zainwestował w te nieszczęsne strusie.
Plan był idealny, wszystko przygotowane – wybieg, pomieszczenia z boksami, wylęgarnia. Ojciec chodził podekscytowany. A ona była najszczęśliwsza na świecie. Miała pierścionek na palcu i była pewna miłości wspaniałego mężczyzny. Wystarczyło tylko sfinalizować transakcję zakupu stada.
Wszystko szło jak z płatka. Przynajmniej tak im się zdawało, dopóki narzeczony Anieli nie ulotnił się jak kamfora z pieniędzmi przeznaczonymi na zakup strusi. Policja była bezradna. Matka nic nie mówiła, jedynie chodziła do kościoła, a ojciec… Cóż, lekarze stwierdzili, że przyczyną zgonu był udar, ale Aniela wiedziała, że zabiła go zgryzota.
Gdybym wtedy była mądrzejsza, tata nadal by żył – wyrzucała sobie po raz kolejny.
Niespodziewanie do gabinetu wpadła jakaś dziewczyna. Na głowie nosiła turkusowy turban, który doskonale współgrał z kolorem jej głęboko osadzonych oczu o barwie morskiej zieleni. Miała kwadratową twarz, szerokie czoło, wystającą żuchwę, wysokie policzki, mały nos, a usta pełne i mięsiste. Jej ciało okrywały płachty materiału w kwieciste, kolorowe wzory, które maskowały wszystkie kobiece kształty. Jedynym elementem ubioru wskazującym na to, że jest dość zgrabna, był szeroki, bordowy lakierowany pas z ogromną klamrą, który podkreślał talię osy. Dzięki urokliwym płóciennym baletkom w tym samym odcieniu co pasek dziewczyna niemal bezszelestnie przebiegła przez pokój, nie zwracając uwagi na siedzącą na sofie Anielę.
– Kalendarz. Kalendarz. Kalendarz… – powtarzała histerycznie. – Gdzie on może być? – Wodziła wzrokiem po blacie biurka, aż w końcu otworzyła szufladę i zajrzała niepewnie do środka z miną świadczącą o tym, że z pełną świadomością robi coś niestosownego.
Aniela zmarszczyła brwi. Co prawda znała Zoltana zaledwie od kilku godzin, lecz była święcie przekonana, że gdyby zobaczył tę kobietę grzebiącą w jego biurku, to bez wahania zmiótłby ją jednym spojrzeniem z powierzchni ziemi.
Nie wyglądała na złodziejkę. Wręcz przeciwnie. Aniela wątpiła, by ktoś taki był w stanie cokolwiek ukraść, nie będąc zauważonym. Dziewczyna z wyrazem zawodu na twarzy zamknęła szufladę i opadła na fotel.
– Brandenburg mnie powiesi – jęknęła i przygryzła paznokieć kciuka.
Najwidoczniej w całej tej gorączce poszukiwań straciła zupełnie rozum, bo nagle zajrzała pod biurko, jakby liczyła, że ktoś przykleił kalendarz do blatu.
Aniela odchrząknęła, dając tym samym znać, że dziewczyna nie jest w gabinecie sama.
– Raczej nic tam nie znajdziesz – oznajmiła z rozbawieniem. – Zoltan zabrał kalendarz ze sobą.
Dziewczyna gwałtownie się podniosła i uderzyła o biurko z takim hukiem, że Anielę aż zabolały zęby.
– Auć! – Wyprostowała się i rozmasowała tył głowy.
– Przepraszam. Boli?
– W zasadzie to nie. – Nieznajoma się uśmiechnęła. – Turban zamortyzował uderzenie.
Obie cicho się zaśmiały.
– Nie wiedziałam, że ktoś tu jest – przyznała. – Jesteś dziewczyną Brandenburga?
Aniela omal nie spadła z sofy.
– Boże, nie! Skąd ta myśl?
– Po prostu rzadko gości kobiety w swoim biurze. Podobno umawia się z nimi w hotelach.
– Czemu mnie to nie dziwi?
Dziewczyna zaśmiała się, tym razem głośniej.
– Sądząc po twoim tonie, też nie darzysz go sympatią – stwierdziła. – Wszyscy w firmie mają go za władcę piekieł.
– Trafne porównanie. Tak w ogóle, jestem Aniela.
– Marta. – Dziewczyna podeszła i uścisnęła jej dłoń, potrząsając energicznie ręką, po czym klapnęła obok na kanapie.
– Marto, czy wasz drogi Lucyfer wie, że buszujesz po jego królestwie ciemności?
– Jej, zupełnie zapomniałam. – Dziewczyna klepnęła się w czoło i zerwała z kanapy. – Mam klienta na linii.
– Pracujesz na słuchawce?
– Nie. Jako grafik, ale zastępuję teraz Aśkę na centralce. Zadzwonił facet, Herman jakiś tam i chce zarezerwować termin spotkania z szefem, niestety nie mam pojęcia, kiedy Brandenburg ma wolne. Pomyślałam, że zerknę w jego kalendarz. A tu klops. Przecież jak on się dowie, że nie potrafiłam mu umówić klienta, to spali mnie żywcem.
– Może Joanna zarządzała spotkaniami za pomocą kalendarza w Outlooku? Możesz w nim sprawdzić wolne terminy szefa – zasugerowała Aniela.
– Wątpię, by Aśka prowadziła taki terminarz. Prędzej znajdę u niej w szufladzie podręczny zestaw do manikiuru.
– Poczekaj. – Aniela wstała z kanapy i zdjęła z siebie czerwoną pelerynę. Od razu poczuła się pewniej w porannym stroju egzaminacyjnym, składającym się z koronkowej bluzki w kolorze écru i plisowanej spódniczki o barwie cynamonu. Przeczesała włosy palcami, po czym spojrzała z przedsiębiorczym błyskiem w oku na Martę i spytała:
– To gdzie ten sekretariat?
– Co za impertynencja – Zoltan mruknął pod nosem, zamykając za sobą drzwi gabinetu. Czemu w ogóle z nią rozmawiałem? – zachodził w głowę, kierując się w stronę sali konferencyjnej. I do tego powiedział jej o Sarze.
Coś w jej spojrzeniu przypomniało mu jego dawne życie sprzed katastrofy. Nawet gdy mówiła do niego tonem świadczącym o pogardzie, w jej oczach dostrzegał ciepło, które przywodziło mu na myśl chwile dzieciństwa spędzane z rodziną. Łagodną matką, stanowczym ojcem i niepokornym starszym bratem. Zoltan poczuł ukłucie w piersi i od razu zbeształ się za odgrzebywanie czegoś, co minęło bezpowrotnie osiemnaście lat temu.
Przeklęta dziewucha od gazet! Minął kilku plotkujących pracowników, którzy – widząc jego wilcze spojrzenie – rozproszyli się po korytarzu niczym szczury uciekające przed powodzią. Zoltan jednak ich nie zauważył. Był zbyt pochłonięty przeklinaniem w duchu Anieli. Nie dość, że widok jej nieprzytomnej twarzy przyśpieszył poranną septyzację, to przez nią będzie musiał ponownie przejść cały proces przed nocą. Po co w ogóle przywiózł ją ze sobą do firmy? Mało tego, zamiast od razu się jej pozbyć, przystał na propozycję Maurycego. Oby tylko doktorek zabrał dziewczynę przed zakończeniem spotkania z austriackimi Hermanami, bo stanowczo nie miał ochoty więcej jej widzieć.
Pyskaty piegus! – zrugał ją w myślach i otworzył z rozmachem drzwi do sali konferencyjnej.
– Hallo, meine Herren. Ich hoffe Sie hatten eine gute Reise2 – przywitał gości siedzących przy długim hebanowym stole. Przeszedł sprężystym krokiem na koniec pomieszczenia i rozsiadł się wygodnie na honorowym miejscu, w pikowanym, skórzanym fotelu w ciemnozielonym kolorze. W jednej chwili jego myśli płynnie przeszły od dziewczyny w czerwonej pelerynie do Hermanów ubranych w letnie garnitury z kaszmiru – inwestorów z Wiednia.
Niespełna godzinę później wracał do swojego gabinetu z wyrazem satysfakcji na twarzy. Herman Neumann, właściciel największej na świecie sieci prestiżowych hoteli, podpisał z nim umowę na pięciogwiazdkowy obiekt w stylu loftów.
W umyśle Zoltana zaczął powstawać plan działania. Trzeba czym prędzej zwołać spotkanie zespołu. Rozdzielić obowiązki. Znaleźć odpowiednią fabrykę. Że też podczas przenikania nie natknął się na żadną. Trudno. Coś się znajdzie – nie każdy projekt musi opierać się na prostych rozwiązaniach. Oczywiście znacznie łatwiej byłoby zakupić budynek po okazyjnej cenie od umierającego właściciela. Chociaż i tak większość dziewiętnastowiecznych fabryk jest w posiadaniu miasta. Nie będzie miał problemu ze zdobyciem jednej, gdy tylko zobaczą jego nazwisko. Te hieny ciągną do zagranicznych inwestorów jak muchy do miodu. Będą się mizdrzyć, komplementować, rozprawiać, szeptać w kuluarach na temat jego hojności dla Alwarnii. Ochy i achy.
Zoltan uśmiechnął się szyderczo. Dobrze zrobił, przybierając zagraniczne nazwisko. Dzięki temu wszyscy traktują go z szacunkiem i nie grzebią w jego przeszłości. Wszyscy żyją w przekonaniu, że mają do czynienia z potomkiem Brandenburgów.
Głupcy! Ciekawe, czy byliby tak skorzy do interesów, gdyby wiedzieli, kim był jego ojciec. Józef Czarniecki, Polak z krwi i kości, walczący z obcym kapitałem jak z ogniem, konserwatysta pełną gębą, który zginął w zamachu terrorystycznym wraz z całą swoją rodziną.
Prawie całą.
Ale o tym wiedzieli tylko nieliczni.
Zoltan wydał sporą sumę pieniędzy, żeby mieć pewność, że nikt nie odkryje jego prawdziwej tożsamości, nawet jeśli będzie kopał naprawdę głęboko. Znały ją wyłącznie zaufane osoby. Dzięki temu nie martwił się, że ta informacja wyjdzie na jaw w nieodpowiednim momencie.
W myślach, jak żywy, zjawił mu się obraz ojca – z szorstkim wyrazem twarzy, zaciętymi ustami, krzaczastymi brwiami, bujną czupryną oszronioną na skroniach siwizną i czarnymi oczami, patrzącymi na niego krytycznie. Często tak na niego patrzył. Szczególnie gdy zwracał się do niego po imieniu, które z trudem przechodziło mu przez gardło. Dopiero kiedy Zoltan dorósł, zrozumiał, dlaczego ojciec tak nienawidził tego imienia. Węgiersko brzmiące, nadane po liberalnym dziadku od strony matki, drażniło go niczym zadra w palcu. Mimo to przystał na życzenie małżonki, która, kierowana silnym przeczuciem, zdecydowała o nazwaniu tak swojego dziecka, gdy ujrzała je po raz pierwszy. Ojciec doskonale wiedział, z czego wynika owo przeczucie. To Nomen bytujące w ciele noworodka wpływało każdym jego gestem na jej instynkt. Gdyby Józef żył i widział, jak jego syn wyprzedaje polskie zabytki, stanowiące spuściznę po przodkach, najpewniej uznałby go za wroga ojczyzny i posłał do samego diabła.
Zoltan wiedział jednak swoje. Gdyby nie on i zagraniczni Hermanowie, większość z tych wspaniałych budowli popadłaby w ruinę. Albo na skutek śmierci właścicieli, albo w wyniku zaniedbania przez miasto. A tak może i są w obcych rękach, ale chociaż cieszą oko.
Minął obojętnie biurko sekretarki.
– Spotkanie zespołu za dziesięć minut. Kawa z ekspresu na biurku za trzy minuty – rozkazał i otworzył drzwi do gabinetu.
– Pewnie wolisz czarną bez cukru zamiast latte?
Stanął jak wryty. Od razu domyślił się, kto zadał to pytanie. Zacisnął rękę na klamce tak mocno, że zbielały mu kostki. Co ona, u diabła, robi w sekretariacie?!
– Chyba wyraźnie mówiłem, że masz nie opuszczać gabinetu, prawda? – Odwrócił się, obrzucając Anielę gniewnym spojrzeniem.
– Nie do końca. – Wyszła zza biurka. – Mówiłeś, że mam nie pokazywać się w moim okropnym stroju na korytarzu.
Dopiero teraz zauważył, że szczupłe ciało dziewczyny okrywa elegancka bluzka z koronki, która podkreśla delikatne ramiona i nęcący dekolt, usłany drobnymi piegami. Lśniące guziczki w kształcie pereł przyciągały wzrok w stronę niedużych piersi, które – przy tak filigranowej sylwetce – wydawały się wręcz idealnie kształtne. Skromna spódniczka, sięgająca nieco za kolano, odsłaniała zgrabne nogi, które sprawiały wrażenie niezwykle długich, choć dziewczyna miała na stopach nie szpilki, a szmaciane baleriny.
Zoltan uniósł brew. Było coś ponętnego w wyglądzie tego ciała, które przywodziło mu na myśl zapach olejku migdałowego i skóry muśniętej słońcem po upalnym dniu spędzonym na plaży. Nieoczekiwanie nasunęło mu się jedno pytanie: czy wszędzie jest taka piegowata?
Wyraz twarzy Zoltana wzbudził w Anieli mieszane uczucia. Z jednej strony patrzył na nią, jakby była wyścigową klaczą na licytacji; z drugiej zaś jego oczy pobłyskiwały niczym madagaskarskie akwamaryny, a w ich kącikach pojawiły się wachlarze urokliwych zmarszczek. Musiała przyznać, że wyglądał atrakcyjnie. Jego wyraziste dotąd rysy złagodniały, szydercze usta stały się pełniejsze i przez to zaskakująco kuszące, a na prawym policzku zarysował się zmysłowy dołeczek.
Serce zabiło jej mocniej, niż powinno.
– Faktycznie. – Jego głęboki głos przerwał elektryzujące milczenie. – Nie zauważyłem, że zmieniłaś strój na bardziej… – zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów – …kobiecy.
Aniela spojrzała na niego podejrzliwie. Dopiero co był opryskliwy, a teraz stał się najzwyczajniej miły. Momentalnie nasunął jej się wniosek: facet ma zaburzenia osobowości.
– Cóż. Dziękuję – odparła i uśmiechnęła się do niego ciepło.
Zbyt ciepło.
Zoltan poczuł ukłucie w piersi i napiął mięśnie.
– Skoro omówiliśmy już sobie kwestię twojego wyglądu – zaczął gardłowo – wyjaśnij mi, do cholery, co robisz jeszcze w mojej firmie i to na miejscu sekretarki?
Aniela otworzyła usta. A jednak jest zaburzony, i to solidnie.
– Chciałam ci przypomnieć, że zwolniłeś swoją sekretarkę – odparła najbardziej rzeczowo, jak potrafiła.
– Nie przypominam sobie, żebym zatrudniał ciebie na to stanowisko.
– Bo nie zatrudniałeś.
– Więc? – Uniósł brwi. – Co tu robisz?
– Pomagam Marcie Zawadzkiej.
– Graficzce?
– Kazałeś Joannie znaleźć kogoś na swoje miejsce. Padło na Martę, która zapewne jest doskonałą artystką grafikiem, ale nie ma pojęcia o prowadzeniu sekretariatu. Gdy próbowała opanować kryzysową sytuację, natknęła się na mnie, a ja zaproponowałam jej pomoc.
Zoltan patrzył na nią przenikliwe, jakby chciał z mowy jej ciała wyczytać, czy mówi prawdę.
– A na czym polegała ta kryzysowa sytuacja? – zapytał.
– Drobnostka. – Aniela machnęła ręką. Liczyła się z tym, że wyznanie mu prawdy może skończyć się atakiem furii, uwieńczonym zwolnieniem Marty.
Lecz Zoltan nie przyjął wymijającej odpowiedzi.
– Na czym polegała ta kryzysowa sytuacja? – zapytał ponownie, głosem świadczącym o tym, że nie toleruje zbywania.
Przeklęty uparciuch!
– Naprawdę nic ważnego. Dzwonił klient, a ponieważ zabrałeś ze sobą kalendarz, pomogłam Marcie stworzyć profil w Outlooku i zapisać w terminarzu pana… – Pochyliła się i spojrzała na ekran komputera. – Hermana Olivera Davisa. Zrobiłam też profil na twoim laptopie, żebyś miał stały dostęp do aktualnego widoku. Możesz sam wpisywać…
– Szsz! – Zoltan uciszył ją uniesieniem dłoni, po czym zmarszczył z niedowierzaniem czoło. – Grzebałaś w moim laptopie?
Aniela założyła ręce na piersi.
– Najwyraźniej jesteś wybiórczo głuchy, bo nic nie wspomniałam o grzebaniu w czymkolwiek. Nie jestem kretem. Mówiłam, że utworzyłam ci na komputerze profil do prowadzenia kalendarza wspólnie z sekretariatem. Dzięki temu unikniesz niespodziewanych spotkań, tak jak to miało miejsce dzisiaj.
Zoltan miał mord w oczach. Nikt nie miał prawa zbliżać się do jego komputera. Nikt! A jeśli czytała jego notatki z przenikania?
Zacisnął zęby. Musiał zachować spokój i zebrać wszystkie fakty.
– Skąd miałaś hasło? – zapytał.
– Hasło? – Aniela uniosła brwi. – A! Do komputera? – Zaśmiała się melodyjnie. – Trochę pokombinowałam. Zawsze intrygowały mnie łamigłówki.
– I? – Ponaglił ją ruchem ręki.
– Ponieważ wyglądasz na egocentryka, stwierdziłam, że słowo Zoltan będzie zapewne częścią hasła. Co do drugiej połowy, chyba miałam szczęście. Mężczyźni ogólnie mają bzika na punkcie swoich aut. Wpisałam więc kolor twojego diabelskiego pojazdu. I w ten oto sposób powstało słowo Zoltanczarny, które okazało się strzałem w dziesiątkę.
Zoltan sapnął. Przynajmniej nie miała pojęcia, że „Czarny” to jego przezwisko z dzieciństwa. Teraz musiał się dowiedzieć, jakie pliki przeglądała na komputerze. Bo na pewno jakieś musiała przeglądać. Jak tylko będzie miał niezbite dowody, policzy się z tą bezczelną dziewuchą.
– Wezwij natychmiast Damiana – nakazał i odwrócił się w stronę drzwi.
– Damiana?
– Informatyka – wyjaśnił, mijając próg gabinetu. – A! I zrób mi tę cholerną kawę. Czarną, mocną, bez cukru.
– Jakże mógłbyś chcieć inną – mruknęła pod nosem.
– Co?
– Co ze spotkaniem zespołu? – zawołała za nim.
– Musi poczekać! – odparł i zatrzasnął za sobą drzwi.
PRZYPISY
[←1]Słowniczek obcobrzmiących sformułowań dostępny jest na końcu książki. Wyjaśnienie zawartych tam pojęć może zawierać spojler.[←2]Witam, panowie. Mam nadzieję, że mieliście dobrą podróż (niem.).Copyright © Melissa Darwood
All rights reserved
Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Łódź, 2026
Redakcja:
Agnieszka Świątczak
Korekta:
D.B. Foryś
Korekta po składzie:
Magdalena Tomczak
Karolina Lewandowska
Przygotowanie e-booka:
D.B. Foryś
Okładka:
Melissa Darwood
Ania Skurska
www.melissadarwood.com
Numer ISBN: 978-83-973618-7-4
Główni bohaterowie książki, jak i zawarta w niej historia, to fikcja literacka, choć niektóre fakty i postacie nawiązują do rzeczywistości. Zbieżność zdarzeń i osób przedstawionych w powieści jest przypadkowa.
