Guerra. Wysłannicy. Tom 2 - Melissa Darwood - ebook + audiobook

Guerra. Wysłannicy. Tom 2 ebook i audiobook

Darwood Melissa

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Drugi tom młodzieżowej trylogii pełnej romantycznych uczuć, przygód, poświęcenia i przyjaźni.

Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia? Taka prawdziwa, bezgraniczna i nieprzemijająca?

Trzy dziewczyny, na drodze których zjawiają się mężczyźni skrywający tajemnice. Trzy niezwykłe historie, które przyspieszą bicie Twojego serca i rozbudzą wyobraźnię.

Każdy z tomów – Larista, Guerra, Cedyno – to emocjonująca walka dobra ze złem, gdzie miłość gra pierwsze skrzypce.

Czy jesteś gotowa wziąć w niej udział, stając ramię w ramię z Wysłannikami?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 11 min

Lektor: Magda Karel

Oceny
4,5 (100 ocen)
70
18
10
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kkliss5

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli chodzi o samą książkę - rewelacja.Jednak cała przyjemność słuchania psuje wg mnie fatalnie dobrana lektorka. Absolutnie nie nadaje się do czytania tej konkretnej książki :( Słuchając miałam wrażenie , że robi to za karę.
Nasiadekpiotrrzetnia

Całkiem niezła

Dużo słabsza cześć, strasznie wolno akcja sie toczy, chociaż zakończenie było satysfakcjonujące.
10
Ksiega1

Nie oderwiesz się od lektury

Mocna i trzyma w napięciu
10
Marchewka1980

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia
10
MariaNiwa

Nie oderwiesz się od lektury

Niezwykle wciągająca i wzbudzająca wiele emocji
10

Popularność




Sunset Sons – On The Road

The Pretty Reckless – Make Me Wanna Die

Noisia – Tommy's Theme

M83 – Outro

Imogen Heap – Hide And Seek

LP – Muddy Waters

Ellie Goulding – Still Falling For You

Rag'n'Bone Man – Human

James Arthur – Say You Won't Let Go

Sia – Elastic Heart

Wilson Phillips – Hold On

Don Thomas – Come On Train

Nirvana – Where Did You Sleep Last Night

Dla kochanej Babci. Gdziekolwiek teraz jesteś, wiem, że nade mną czuwasz.

– Hej, dzięki za tak głośne przywitanie. Jesteśmy The Host! – zawołała do mikrofonu Zuzka, podczas gdy zespół zajmował miejsce przy swoich instrumentach. – Mamy nadzieję, że rozgrzejemy was do czerwoności przed występem Piranii. Zagramy dzisiaj nasz hit W twoich oczach.

Światło na scenie przygasło, rozległ się dźwięk gitary elektrycznej, na który publika zareagowała aplauzem. Zuzka zaczęła śpiewać. Tłum szalał, dziewczyny piszczały i skakały w rytm muzyki. A ona była w siódmym niebie. Właśnie dla takich chwil żyła. Kochała muzykę, uwielbiała koncerty i klimat, jaki tworzył się między zespołem a publicznością. 

W drugim rzędzie dostrzegła przyjaciół. Lara, Gabriel, Adzir i Tatiana pomachali do niej z entuzjazmem. Uśmiechnęła się do nich, wyjęła mikrofon z uchwytu, po czym zaśpiewała głośno refren. Seba zawtórował jej uderzeniami w bębny i przeleciał pałeczkami po talerzach. Po kilku taktach Patryk dodał partię na basie. Szarpnął struny gitary i wprowadził zespół w ostatnie takty piosenki… 

I wtedy nieoczekiwanie zamarł. Muzyka dobiegająca do jego uszu stała się cicha, stłumiona, jakby docierała zza szyby. Wszystko wokół zwolniło. Dwie postacie wyłoniły się znikąd niczym duchy, jedna po drugiej, i stanęły na scenie, tuż przy Zuzce. Wysoki, ciemnoskóry mężczyzna o szklistych, brązowych oczach nachylił się do jej prawego ucha z chytrym uśmiechem. Drugi, zdecydowanie niższy, o azjatyckich rysach twarzy, zaczął szeptać do lewego. 

Oszołomiony Patryk rozejrzał się po scenie, lecz nikt z zespołu nie był zaskoczony obecnością przybyszów. Grali dalej, pochłonięci muzyką, w ogóle ich nie zauważali. Odnalazł wzrokiem obecnego na widowni Gabriela. Stał nieruchomo w drugim rzędzie i patrzył z niedowierzaniem na obu mężczyzn. Jego zszokowany wyraz twarzy potwierdził obawy Patryka – Guardian i Tentator zjawili się przy Zuzce, by walczyć ze sobą o jej życie. 

Krew ścięła się w jego żyłach. Serce zaczęło dudnić w piersi. Zdawało mu się, że czas jeszcze bardziej spowolnił w przeciwieństwie do jego umysłu – ten zaczął pracować na przyśpieszonych obrotach. Chłopak rozejrzał się po sklepieniu namiotu, pod którym grali. Przebiegł wzrokiem po reflektorach nad ich głowami, żeby upewnić się, czy aby na pewno były dobrze zamocowane. Nie miał pojęcia, czego powinien szukać. Nic nie przykuwało jego uwagi. Nic nie wróżyło katastrofy. 

Przeniósł spojrzenie na publiczność. Uśmiechnięte twarze, machające w górze ręce, smartfony, za pomocą których robiono zdjęcia i transmitowano na żywo relację z koncertu. Nic niezwykłego, nic, co mogłoby wzbudzać niepokój, nic, co zagrażałoby Zuzce. 

Serce Patryka biło coraz szybciej. A co, jeśli grozi jej coś, czego nie można dostrzec? – pomyślał. Może jest śmiertelnie chora? 

Poczuł mocny ucisk w gardle. Pot zrosił mu dłonie i czoło. 

I wtedy, dokładnie naprzeciwko sceny, wśród publiczności z fanklubu zauważył zakapturzoną postać, która właśnie odpinała bluzę i wyciągała broń…

– Zuzka! – Patryk ruszył w stronę dziewczyny. 

– Nie wolno ci ingerować. Stój! – usłyszał ostrzeżenie Guardiana. 

Lecz było już za późno. Nie bacząc na piekielne konsekwencje, chłopak złapał dziewczynę w talii i pochwycił jej zdumione spojrzenie. 

W tym samym momencie rozległy się następujące po sobie trzy strzały. 

Osiem godzin wcześniej

Zuzka powiodła wzrokiem po falach, które mieniły się w promieniach słońca. Kusiło ją, by dołączyć do przyjaciół i dać się porwać surferskiej przygodzie. Przypuszczała jednak, że gdyby tylko chwyciła za deskę, nie skończyłoby się na jednej fali. Pływałaby do upadłego, aż nastałby wieczór. Każdego innego dnia uległaby takiej pokusie, ale dzisiaj musiała się oszczędzać. Od dwóch tygodni piła rankiem żółtko, unikała zimnych napojów i chroniła głos. A przynajmniej starała się to robić. Tego wieczoru musiała dać z siebie wszystko. Dziś miał się odbyć koncert jej życia. 

Powędrowała spojrzeniem w stronę Patryka. Szusował na fali, która nagle się załamała, a chłopak zniknął pod powierzchnią wody. Zuzka wstrzymała oddech, ale zaraz się uśmiechnęła. Czy kiedykolwiek przyzwyczai się do tego, że jej chłopak nie jest zwykłym śmiertelnikiem? 

Rozległy się radosne okrzyki kumpli, którzy siedzieli na deskach kołyszących się na morzu i obserwowali wynurzającego się Patryka. Ktoś obcy mógłby ich uznać za beztroskich dwudziestoparolatków korzystających z uroków końca lata na Półwyspie Helskim. Ona tymczasem, jako jedna z niewielu istot ludzkich, wiedziała, jak wielki ciężar noszą na barkach i w sercach jej znajomi. O tym, kim są Guardianie, dowiedziała się od Patryka sześć lat temu. Początkowo miała za złe zarówno jemu, jak i najlepszej przyjaciółce Larysie to, że zataili przed nią fakt bycia Wysłannikami, lecz kiedy Patryk zacytował słowa, które usłyszał podczas odrodzenia, zrozumiała, dlaczego tak skrzętnie skrywali tajemnicę: 

– Umarłeś, ale twoje życie będzie trwać. Wykazałeś się męstwem. Oddałeś życie za bliźniego. Dlatego od teraz jesteś Wysłannikiem Boga. Wyznaczono cię na Guardiana – rozległo się, gdy Patryk wydał z siebie ostatnie tchnienie. Chwilę wcześniej siedemnastoletni wówczas chłopak poświęcił się, aby uratować młodszego brata przed utonięciem w stawie. – Będziesz chronił przed śmiercią tych, których czas jeszcze nie nadszedł. Musisz być czujny i gotowy na każde wezwanie, by odeprzeć kuszącą siłę Wysłanników Iblisa, zwanych Tentatorami. Będziesz Kontrem jednego z nich, jego imię to Dagon. Nie możesz dopuścić, żeby zawładnął umysłem żywej istoty i ją skusił. Musisz dopilnować, żeby zabrano tylko tych, którym jest to przeznaczone. Twoje ciało oraz dusza pozostaną ludzkie. Będziesz żył wiele razy, a w każdym życiu narodzisz się w obecnej postaci i przeżyjesz sześćdziesiąt lat, po czym umrzesz w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat, by się odrodzić. Zabić może cię wyłącznie miecz Tentatora, a twoją jedyną bronią jest Askalon. Możesz zrezygnować z guardiańskiej posługi i odejść na zawsze. Aby to zrobić, musisz sam odebrać sobie życie, ale wtedy trafisz w czeluść piekielną. Jeśli zdecydujesz się wieść guardiański żywot, otrzymasz trzy dary, z których możesz, choć nie musisz korzystać podczas wezwania: moc wpływania na umysły, niewidzialność, a także umiejętność przenoszenia się na miejsce misji w odpowiedzi na wezwanie. Niezależnie od położenia i sytuacji będziesz rozumiał mowę mieszkańców całego świata i mówił wszystkimi językami. Ludzie nie wiedzą o naszym istnieniu i tak ma pozostać. Możesz wyznać prawdę tylko jednej osobie: tej, z którą połączysz się na zawsze. Oboje jednak musicie posiadać pewność w sercu co do swoich uczuć. Jeśli złamiesz tę zasadę, wasze dusze posiądzie diabeł, a wtedy nie będzie już odwrotu. Tak stanowi prawo. Za chwilę zostaniesz uzdrowiony i się odrodzisz. W twojej głowie pojawi się wiele pytań, a w duszy zagości niepokój. Pamiętaj, wszystko ma swój czas. Odpowiedzi i ukojenie spłyną na ciebie w odpowiednim momencie.

Zuzka zapatrzyła się na wychodzącego z wody Patryka, który zatrzymał się przy brzegu w oczekiwaniu na resztę przyjaciół. Larysa, Gabriel, Adzir i Tatiana, tak jak on, byli Guardianami, przez co łączyła ich szczególna więź. Wyłącznie Zuza oraz pięcioletni synek Adzira i Tatiany, bawiący się teraz obok niej na piasku, byli śmiertelnikami w tym gronie. I chociaż Guardianie uchodzili za zwyczajnych młodych ludzi, to każde wezwanie na posługę zmieniało jakąś część ich osobowości. 

Dziewczyna, jak nikt inny, dostrzegała te zmiany. Po każdym powrocie z misji zwykle wesołe oczy Patryka były zgaszone, a gadatliwość Larysy ustępowała milczeniu. Gabriel, Adzir i Tatiana zdecydowanie lepiej radzili sobie z emocjonalnymi konsekwencjami wezwań, zapewne dlatego, że sprawowali funkcję Guardianów od dawna, a nie tak jak najbliżsi Zuzy – zaledwie od kilku lat. Co do Larysy, choć upłynął dla niej najcięższy pięcioletni okres posługi, z trudem dawała radę sprostać niektórym zadaniom. Jej wrażliwość, empatia i altruizm nie ułatwiały odgrywania roli powierzonej przez Boga. Przez pierwsze dwa lata zupełnie nie radziła sobie jako Guardianka. Mimo wsparcia, które dostawała od ukochanego, jego przybranej siostry oraz babki, dopadł ją syndrom dopiero co odrodzonych. Wystarczyły trzy wezwania, by Larysa znienawidziła Boga, Iblisa, Guardianów, Tentatorów, a co gorsza – samą siebie. 

Zuzka doskonale pamiętała godziny spędzone na wspólnych rozmowach telefonicznych, które czasami ograniczały się tylko do wsłuchiwania się w łkanie bezsilnej przyjaciółki, a czasami w okrzyki buntu czy niemocy. Larysa była ambitna i nie miała zamiaru rezygnować ze studiów na Akademii Sztuk Pięknych dlatego, że została Wysłanniczką. Zuzka nie przykładała za dużej wagi do edukacji i nie rozumiała jej podejścia.

– To cię wykończy, Lara. Odpuść sobie te cholerne studia i wracaj do Starego Lasu. – Przypomniała sobie ich wideorozmowę sprzed czterech lat. 

– W ten sposób nie ucieknę od wezwań. – Larysa otarła dłonią zapuchnięte od płaczu oczy. 

– Ale zyskasz więcej czasu na regenerację i nabierzesz dystansu. Nie będziesz musiała martwić się, czy zdążysz na zajęcia, bo czterech gości w jakiejś oddalonej od cywilizacji wiosce postanowiło zaciukać się odłamkami skalnymi w walce o kozę, a tobie szczodry Bóg powierzył ochranianie życia jednego z nich. Bierz dziekankę i jedź do domu.

– To nie jest takie proste. Mam wykłady, prace do zaliczenia, obiecałam przygotować wystawę plastyczną w tutejszym ogólniaku na Światowy Dzień Ziemi. Wbrew pozorom to wszystko trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Muszę mieć jakieś zajęcie, by nie myśleć o życiach, które przepadły, o ludziach, których zawiodłam. 

– Nikogo nie zawiodłaś! – Zuzka miała już po dziurki w nosie tej dramy. 

Larysa od zawsze miała skłonność do nadinterpretowania rzeczywistości. Gdyby nie została Guardianką, pewnie i tak prędzej czy później wpadłaby w depresję. Ta dziewczyna brała życie zbyt serio. 

– Jeśli chcesz szukać winnego, wyceluj palec w stronę swojej Kontry, tej diablicy Ramony. To ona nakłoniła tych wszystkich ludzi do poddania się i zaprzestania walki o własne życie. To przez nią odeszli z tego świata. Ty jedynie przegrałaś z nią kilka bitew. Jesteś młodą Guardianką, masz do tego prawo. Nikt nie oczekuje od ciebie, że za każdym razem zwyciężysz ze stuletnią Tentatorką. Nawet sam Bóg. 

– Bóg – powtórzyła z rozżaleniem Larysa. – Do tej pory nie mogę uwierzyć, że pozwolił na to, by przydzielono mi tak doświadczoną Kontrę. Przecież było do przewidzenia, że nie będę miała z nią szans. 

– Sama mi kiedyś mówiłaś, że nic nie dzieje się bez przyczyny. 

– Zmieniłam zdanie. – Larysa z rezygnacją spojrzała w ekran. – Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę normalnego życia. Sprzedajesz sobie w sklepie świeże bułeczki, wieczorami śpiewasz w kapeli i wychodzisz z kumplami na piwo. 

– Tia, szczególnie wstawanie o czwartej rano jest godne pozazdroszczenia – sapnęła Zuzka. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio przespałam ciurkiem sześć godzin. 

– Przynajmniej wiesz, po co to robisz – zauważyła Larysa. – Masz marzenie, które może się spełnić. Moje zaś wisi na włosku. 

Zuzka musiała przyznać jej rację. Doskonale wiedziała, że aby osiągnąć w życiu cel, należy poświęcić całą energię na jego realizację. Była samodzielna. Nie zamierzała prosić o pomoc finansową ani matki, ani tym bardziej ojca, który sowitą darowizną z chęcią zagłuszyłby wyrzuty sumienia spowodowane porzuceniem małej córki dla nowej, lepszej rodziny. Zuza chciała zarobić na siebie sama. Praca w sklepie spożywczym w Starym Lesie była źródłem finansowym i choć sączyło się ono powoli, umożliwiało jej podróże na koncerty, na których grali razem z Patrykiem. Mimo że chłopak coraz częściej był raczej wsparciem dla The Host niż głównym basistą, starał się uczestniczyć w każdym wydarzeniu. Ciągłe wezwania sprawiały, że opuszczał próby, znikał w trakcie występów mających kluczowe znaczenie dla rozwoju grupy. 

Reszta zespołu nie wiedziała, dlaczego tak często wystawiał ich do wiatru. W końcu on sam zaproponował, by włączyli do podstawowego składu rezerwowego basistę. Zuzka stanowczo oponowała. To Patryk założył band i nikt nie był godzien go zastąpić. Nie miała jednak argumentów przeciw jego decyzji, a tę poparło dwóch innych członków. To, że posługa Patryka jest ważniejsza niż jakiekolwiek przyziemne sprawy, stanowiło tajemnicę i nie mógł o niej wiedzieć nikt spoza kręgu Guardianów. I nikt prócz Zuzki, bo to ona była „tą, z którą połączył się na zawsze”. 

Wiele razy zastanawiała się nad tym, jak to możliwe, że połączyli się na zawsze. To prawda, że kochała Patryka, odkąd skończyła piętnaście lat, i nie wyobrażała sobie bez niego życia, lecz z każdym rokiem, z każdym wezwaniem i z każdą rozłąką trwającą czasem kilka tygodni coraz bardziej odnosiła wrażenie, że się od siebie oddalają. Larysa wspomniała jej kiedyś, że w świecie Guardianów mieszane pary są rzadkością. Zuzka wierzyła natomiast, że jej związek z Patrykiem jest wyjątkowy, że przetrwa nawet najgorsze momenty. Z upływem lat jej pewność jednak słabła. I chociaż każdą wolną chwilę starała się poświęcać na pielęgnowanie uczucia, jakie ich połączyło, to odmienne priorytety sprawiały, że znacznie częściej wątpiła, czy mają przed sobą wspólną przyszłość. 

Z przemyśleń wyrwały ją krople wody opadające jej na ramiona. Spojrzała na niebo w obawie przed deszczem, który nie wpłynąłby korzystnie na frekwencję na koncercie. Nie dostrzegła ani jednej chmury zwiastującej załamanie pogody. 

I wtedy zimne ręce Patryka otuliły ją od tyłu, a mokre kosmyki połaskotały po policzku. 

– I co, na pewno nie dasz się skusić? Fale są nieziemskie, przynajmniej jak na Bałtyk – powiedział tuż przy jej uchu. Pachniał morzem, a jego przyśpieszony oddech był namiastką wrażeń, jakich doświadczył podczas surfowania. 

Opalone ręce z wytatuowanym na prawym przedramieniu gryfem gitary basowej objęły ją mocniej. Zuzka uwielbiała dłonie Patryka. Mogła godzinami patrzeć, jak smukłymi palcami szarpie struny, z których wydobywają się niskie brzmienia i dudnią w zagłębieniu jej brzucha. Zamruczała z zadowoleniem. Nie mogła się doczekać wieczoru. The Host miało zagrać swój najlepszy kawałek, poprzedzając koncert gwiazdy polskiego rocka – Piranii. Zostali wybrani z dziesiątek innych kapel. Gdyby udało im się dzisiaj zaistnieć, zyskaliby szansę na długotrwałą współpracę.

Patryk obiecał, że będzie grał w zespole jako drugi bas. Wiedział, jak ważny jest ten występ dla Zuzki. Nie zamierzał jednak odgrywać roli głównego basisty, na wypadek gdyby otrzymał nagłe wezwanie. 

Zuza nie mogła doczekać się wspólnego grania. Za każdym razem, gdy stawali na scenie, a widownia szalała w rytm muzyki, czuła, że naprawdę żyje; czuła, że ich wspólna pasja jest czymś więcej niż tylko szczeniackim brzdękaniem w garażu, gdzie zaczęła się ich znajomość. 

– Za dwie godziny mamy próbę. Wiesz dobrze, że jak złapię falę, to nie mogę przestać. Wolę nie ryzykować – odpowiedziała Patrykowi. 

Ten pocałował ją w głowę, po czym rozłożył się na kocu obok niej. 

– No proszę, Zuzka asekurantka. Od tej strony cię nie znałam. – Larysa rzuciła deskę na piach i odpięła od nogi rzep linki. – Następnym razem zakładam piankę. Kostium nie jest najwygodniejszym strojem do surfowania. – Starała się poprawić splątane sznurki od bikini. 

– No proszę, Larysa pływaczka – odparła Zuza. – Najwyraźniej ludzie się zmieniają. 

– Pomogę ci. – Gabriel odłożył swoją deskę i podszedł do Lary. 

Dziewczyna odgarnęła włosy z karku i obdarowała ukochanego maślanym spojrzeniem. 

Tyle lat, a Lara wciąż patrzy na Gabriela jak cielę na malowane wrota – pomyślała Zuza. Znała już tych dwoje tak dobrze, że wiedziała, czym może zakończyć się to niepozorne macanko, czynione pod pretekstem wiązania sznurków od kostiumu kąpielowego. 

– Tatiano, radzę ci zabrać stąd Antosia, bo będą sceny dozwolone od lat osiemnastu – zwróciła się do Guardianki, która kilka kroków od nich siłowała się z pianką surfingową, gdyż ta nie chciała zsunąć się z jej nóg. 

– A o co chodzi? – Tatiana rozejrzała się i napotkała całującego się brata z narzeczoną. – A, oni. – Machnęła ręką. – To nic nowego. Póki są w ubraniu, nie ma niebezpieczeństwa. 

– Trudno uznać kąpielówki i bikini za ubranie – wtrącił jej mąż. – Przypomnę ci tę chwilę za dziesięć lat, gdy nieoczekiwanie i ku własnemu zdziwieniu zostaniesz babcią. – Adzir podszedł do synka, usiadł naprzeciw niego i zasłonił wujka Gabriela obejmującego w pasie ciocię Larysę. – Budujemy zamek? – zaproponował Antosiowi, na co chłopiec podrzucił garść piachu, wydając z siebie radosny okrzyk. 

Zuzka zaśmiała się na widok mrugającego Adzira, który starał się pozbyć ziarenek piasku spod powiek. Uwielbiała tę rodzinę. Adzira – ciemnowłosego mężczyznę ze śniadą skórą oraz pełnymi ustami – i Tatianę – jasnowłosą kobietę o delikatnych słowiańskich rysach twarzy. Z takiego związku mogło się zrodzić tylko tak cudne dziecko jak Antek. Czarne włosy chłopca, kontrastujące z niebieskimi jak niebo oczami, zachwycały każdego, kto go spotkał. Rodzice kochali Antosia ponad życie. Bardzo długo czekali, aż pojawi się na świecie. 

Guardianki przez pierwsze pięć lat posługi nie mogą zachodzić w ciążę. W przypadku Tatiany z nieznanych powodów okres ten wydłużył się o ponad wiek. Teraz, gdy wreszcie ich rodzina była kompletna, nie rozstawali się z Antosiem i poświęcali mu jak najwięcej czasu. Bywały jednak sytuacje, kiedy oboje otrzymywali wezwanie. Wtedy wynajmowali nianię, która zajmowała się synem podczas ich nieobecności. A ta niestety mogła ciągnąć się tygodniami. Na szczęście udało im się znaleźć agencję opiekunek, prowadzoną przez małżeństwo Guardianów, którzy doskonale rozumieli ich sytuację. Usługi nie należały do tanich, ale dyspozycyjność niań była godna podziwu. 

Kto by pomyślał, że Bóg okaże się tak mało prorodzinnym szefem. 

– O czym tak myślisz? – zwrócił się Patryk do Zuzki, przesuwając dłonią po jej nagrzanych od słońca plecach. 

Odwróciła się i napotkała jego niebieskie oczy. 

– Denerwujesz się występem? – Odgarnął kosmyk czarnych włosów z jej czoła. 

– Nie, skądże znowu. Koncert jak koncert – odparła. – Jesteśmy w formie, jesteśmy obłędni. Co takiego może się zdarzyć? 

– Mogę dostać wezwanie. 

Zuzka przygryzła wargę, w której zasrebrzył się kolczyk. 

– Tak, to byłoby cholernie niefajne – odparła. – Ale czy nie po to właśnie mamy drugiego basistę? Jeśli dostaniesz wezwanie, Iwo cię zastąpi – starała się brzmieć swobodnie, lecz Patryk zbyt dobrze ją znał, by móc zignorować nutę zwątpienia w jej głosie. 

– Słuchaj… – Przysunął się do niej i ujął jej dłoń. – Wiesz, że kocham być z tobą na scenie i czekałem na taką szansę, odkąd zaczęliśmy grać u mnie w garażu…

Zuzka popatrzyła na niego podejrzliwie. 

– O, nie. Nie. – Pokręciła głową, przypuszczając, jakie będą jego dalsze słowa. – Nie wycofasz się tak łatwo. 

– Nie mam wpływu na to, co może się wydarzyć. 

– Nasz kawałek trwa tylko sześć minut. Musielibyśmy mieć gigantycznego pecha, żebyś akurat w tym czasie był zmuszony zniknąć. 

Patryk przymknął powieki. Odkąd został Guardianem, nie był w stanie znieść presji wiążącej się z wydarzeniami, w których chciał wziąć udział. Nigdy bowiem nie miał pewności, czy będzie mógł w nich uczestniczyć. Bycie Wysłannikiem przypominało życie z utajonym wirusem grypy, który uaktywnia się w najmniej odpowiednim momencie i potrafi zwalić z nóg na parę tygodni. Doskonale pamiętał festiwal muzyczny w zeszłym roku w Gdyni, na który szykowali się ładnych kilka miesięcy. 

Nie sądził wówczas, że w samym środku utworu usłyszy w głowie nawołanie: „Podążaj do Tunezji na plażę w Susie”. Zacisnął wtedy zęby i chciał zignorować polecenie. Do końca utworu pozostały niecałe trzy minuty. 

Tylko trzy minuty – pomyślał, nie przestając grać. 

„Podążaj do Tunezji na plażę w Susie” – rozległo się ponowne upomnienie i poczuł, jak przyśpiesza mu tętno. Nigdy wcześniej nie wykazywał się niesubordynacją. Zawsze zjawiał się we wskazanym miejscu. Tym razem jednak nie posłuchał. Jeszcze cztery razy wzywano go do spełnienia guardiańskiego obowiązku, a on zagłuszał władczy ton uderzeniami w basowe struny. Gdy skończyli grać, a fala braw napłynęła z publiki, zerknął na Zuzkę i powiedział do niej bezgłośnie: „Muszę iść”. Zrozumiała od razu. Skinęła głową, a jej usta ułożyły się w nieme: „Uważaj na siebie”. 

Patryk wybiegł ze sceny za kulisy, zdejmując pośpiesznie gitarę z ramienia, i w chwili, kiedy jego myśli odpłynęły w stronę tunezyjskiej plaży, znalazł się w samym środku rzezi niewinnych ludzi. Ciemnowłosy mężczyzna o arabskich rysach strzelał na oślep z kałasznikowa do Bogu ducha winnych turystów. Z jego oczu biła nienawiść zmieszana z odrobiną satysfakcji. Chłopak od razu domyślił się, że nieznajomym nie kieruje zwykłe szaleństwo, lecz oddanie świętej sprawie. Przeraźliwe krzyki ofiar otrzeźwiły go jak kubeł zimnej wody. Rozejrzał się po plaży w poszukiwaniu swojego Kontra i dziewczyny, o którą powinien walczyć. Posłaniec zarzucał go w myślach faktami: Kathi, Niemka, siedemnastolatka, siostra Hanna. W tłumie Guardianów i Tentatorów walczących na słowa o życie niewinnych wreszcie ujrzał Dagona – skradał się za dziewczyną, która czołgała się do pobliskiego leżaka. Szlochała, krwawiąc z rany na boku, a po jej szczupłych, nagich nogach muśniętych tunezyjskim słońcem spływała ciemnobordowa krew. 

– Poddaj się, nie ma sensu walczyć – szeptał Dagon po niemiecku do jej ucha. – Twój Stwórca cię opuścił. Tutaj rządzi inny Bóg, to w jego imieniu powystrzelano was jak kaczki. 

Patryk dobiegł do dziewczyny, rzucając Kontrowi zawistne spojrzenie. 

– Kathi, nie poddawaj się – zaczął żarliwie. – Bóg, jakiejkolwiek postaci by nie przybrał, nie jest za to odpowiedzialny. – Nachylił się do niej, jakby zamierzał ucisnąć rozwartą ranę w jej brzuchu. W porę się jednak zawahał. Wiedział, że mu nie wolno. Jedynie wypowiadanymi słowami mógł zawalczyć o jej życie. Zerknął na ręcznik rozłożony na leżaku. – Weź ręcznik i uciśnij nim ranę. 

Dagon zaśmiał się w głos. 

– Jakby to mogło pomóc – odezwał się z wyższością. – Nie widzisz, że ona jest na straconej pozycji? Zaraz będzie moja. Pod twoją nieobecność zdążyłem zagarnąć już cztery inne duszyczki dla Kupca Dusz. Nie śpieszyłeś się zbytnio. – Skinął niedbale głową na dalszą część plaży. 

Patryk powiódł wzrokiem we wskazanym kierunku, gdzie leżały dwie kobiety w średnim wieku, a obok nich mężczyzna i kilkuletnia dziewczynka. Zatrzymał spojrzenie na drobnym ciałku, które okrywał różowy kostium jednoczęściowy, splamiony zasychającą w upalnym słońcu krwią. Blond włosy wciąż były mokre po kąpieli w ciepłych wodach Morza Śródziemnego. Jasne oczy wpatrywały się martwo w błękit nieba. 

Nigdy więcej nie odnajdzie kasztanów w gąszczu jesiennych liści – pomyślał. To lato było jej ostatnim. Jesień już dla niej nie nadejdzie. 

Żołądek zacisnął mu się w pięść, puls przyśpieszył. 

– Ty diable – warknął w stronę Dagona. 

– Mógłbyś wysilić się na nieco bardziej nowatorskie określenie – odparł Tentator. – Wy, Guardianie, jesteście tacy banalni. 

Patryk zignorował jego słowa. Wiedział, że Dagon zamierza w ten sposób odwrócić jego uwagę od wykrwawiającej się nastolatki. Ona w tym czasie ściągnęła już ręcznik z leżaka i zaczęła przyciskać go do brzucha. 

– Świetnie, walcz o życie. Zaraz przybędzie pomoc. – Przykucnął przy niej, by dodać jej otuchy. Był świadom, że dziewczyna go nie widzi, a jedynie słyszy jego głos, biorąc go za własny. 

– Nie zdążą. Nikt ci nie pomoże – oświadczył z przekonaniem Dagon i pochylił się nad nastolatką: – Nie ma sensu się męczyć. Odpuść. Ze mną będzie ci lepiej. Zabiorę twoją duszę, dokąd zapragniesz. Tutejsze plaże są niczym w porównaniu z tamtymi, które na ciebie czekają. Ale rozumiem, że tylko na takie było stać twoich rodziców. – Rozejrzał się, a jego źrenice zapłonęły diabelskim żarem. – O, o wilku mowa. To oni…? – Przyjrzał się leżącej kilka metrów dalej parze i przekrzywił głowę. – Ups, chyba są martwi. – Wyprostował się, a w kącikach jego wąskich ust zagościł uśmiech. – Tak, twoi rodzice na pewno są martwi. Biedactwo… Zostałaś sierotą? 

Oczy dziewczyny rozszerzyły się i chociaż Patryk, podobnie jak jego Kontr, był dla niej niewidzialny, zdawała się szukać przerażonym wzrokiem właściciela głosu, który zaprzeczyłby tym okrutnym słowom. Lecz Patryk nie mógł dać jej nadziei. Guardianie nie mogli okłamywać podopiecznych, tak jak nie mogli tego czynić Tentatorzy. Chłopak nie pojmował, skąd Dagon wiedział, że to są jej rodzice. Być może widział ich razem w chwili, gdy przybył na miejsce. To nie miało jednak teraz znaczenia, tląca się do tej pory w dziewczynie wola życia zaczęła bowiem niknąć niczym światło latarni widoczne z wypływającego na głębokie morze statku. 

Słowa ugrzęzły Patrykowi w gardle. Nie powinien się poddawać, nie w takim kluczowym momencie. Miał jeszcze szansę, by zawalczyć o życie nieznajomej. 

Nie wiedział niestety, co ma powiedzieć. Wszystko będzie dobrze? Wszystko się ułoży? Po nocy przychodzi dzień? Do ciężkiej cholery! Ta dziewczyna właśnie straciła rodziców, a on mógł zaoferować jej tylko puste frazesy, które w tej chwili nie miały żadnego znaczenia. Był wściekły na samego siebie, a następnie na Boga za to, jaką rolę nakazał mu odgrywać. Nikt nie przygotował go do takiej funkcji, nikt nie nauczył, jak rozmawiać z kimś, kto umiera, nikt nie pokazał mu, jak postąpić z podopiecznym niemającym dla kogo dłużej żyć. 

A może jest jeszcze ktoś, dla kogo będzie chciała żyć? – cicha myśl wpadła mu do głowy. 

Przesunął dłonią po włosach. Siostra Hanna – przypomniał sobie słowa Posłańca. Przykucnął jak najbliżej dziewczyny i popatrzył na nią jak na najlepszą przyjaciółkę. 

– Tylko ktoś, kto ma rodzeństwo, jest w stanie zrozumieć, jak wiele może zrobić człowiek, kiedy jego siostra potrzebuje pomocy – wyznał, a wtedy dziewczyna uniosła głowę, ściągnęła brwi… 

– Hanna… – Odwróciła się, krzywiąc z bólu, i zaczęła wodzić po plaży poszukującym wzrokiem. – Hanna, siostrzyczko! Gdzie jesteś? 

Z oddali dało się słyszeć sygnał karetki i policji. Patryk zerknął na skraj plaży. Napastnik najwyraźniej uciekł. W promieniu kilkudziesięciu metrów nie było nikogo, tylko jego ofiary i jęczący ranni, nad którymi pochylali się Guardianie i Tentatorzy. 

– Dosyć tego! – podniósł głos Dagon, jakby obawiał się, że Guardian może wygrać tę walkę. – Jakie jest prawdopodobieństwo, że twoja siostra przeżyła, co? – rzucił do dziewczyny. – Skoro była z rodzicami, a oni nie żyją, to na pewno…

Dwa ambulanse na sygnale w obstawie radiowozów wjechały na plażę od strony hotelu. Zapanował harmider i gwar. 

– Kathi! – rozległo się wołanie zza radiowozu. 

Nastolatka uniosła nieznacznie głowę. 

– Hanna? – wychrypiała. 

– Kathi?! – Na plażę wybiegła dziewczyna o niemal identycznych rysach twarzy jak podopieczna Patryka. 

– Stać! Tam nie wolno! – zagrzmiał łamaną angielszczyzną jeden z policjantów i ruszył za nią. – Zabezpieczamy teren. Sprawca wciąż może być w pobliżu – krzyczał i biegł za nią, ale ona go nie słyszała. Rozglądała się z paniką w oczach i szukała siostry wśród ofiar. 

– Kathi?! 

– Tutaj… – Na twarzy dziewczyny pojawiła się ulga. 

– Mój Boże, Kathi. – Starsza siostra dotarła do niej, nie wiedziała, co ma robić. Po jej twarzy pociekły łzy. – Lekarza! – zaczęła krzyczeć. – Pomocy! – Objęła jej głowę najdelikatniej, jak potrafiła. – Jestem z tobą. Jestem, kochana… Nic się nie bój. 

Hanna wtuliła się w pierś siostry i zapłakała. 

Patryk podniósł tryumfujący wzrok na Dagona, który stał z założonymi rękoma na piersi. 

– I co tak patrzysz, guardiański psie? Cieszysz się, co? Masz farta, jakich mało. 

– A jak. – Czuł, że schodzi z niego całe napięcie. – Ona przeżyje, nic tu po tobie. – Wyprostował się i stanął na wprost Dagona. 

Tentator był tego samego wzrostu i w tym samym wieku co Patryk, mimo to z racji ponad stuletniego doświadczenia i wielu zwycięskich walk łypał na niego z wyższością. Twarz miał szeroką, podbródek wystający, szyję wytatuowaną, a głowę ogoloną na łyso. 

– Na twoim miejscu nie byłoby mi tak radośnie – odparł Dagon. – Cztery do jednego. – Wskazał ciała leżące kilka metrów dalej. – Wygląda na to, że znów wygrałem. Jak dla mnie możesz częściej się spóźniać. – Mrugnął do niego i rozpłynął się w powietrzu.

Po tym zdarzeniu Patryk poprzysiągł sobie, że niezależnie od tego, co będzie się działo, już nigdy nie zignoruje wezwania. Kilka dobrych miesięcy odchorowywał tamto zajście w Tunezji. Miał ogromne szczęście, że w ostatnim momencie zjawiła się siostra podopiecznej. Nie potrafił sobie wybaczyć, że położył na szali ludzkie życie. 

– To jak, pizza i piwo? – Z zamyślenia wyrwał go głos Gabriela, który pakował akcesoria plażowe do torby. 

– O tak, zwłaszcza to drugie. – Zuzka klepnęła Patryka w kolano i się przeciągnęła. 

– Z tego, co kojarzę, miałaś oszczędzać gardło – zauważyła Larysa, wkładając do plecaka duży ręcznik. 

– Przecież nie muszę pić zimnego, wystarczy takie w temperaturze pokojowej. 

– Piwo musi być zimne – wtrącił Adzir. – Inaczej smakuje jak siuśki. 

– Smakuje jak siuśki – powtórzył Antek niczym papuga i zaczął się chichrać. – Siuśki. 

Tatiana wywróciła oczami. 

– Brawo, kochanie. Kolejne mądre porównanie, którym będzie posługiwał się nasz syn. 

Antoś podał tacie foremkę w kształcie loda w wafelku. Tkwiła w niej kulka piachu. 

– Tato, czy mój lód smakuje jak siuśki? – Nie przestawał się śmiać. 

– Słodziak. – Zuzka spojrzała w jego radosne oczy. 

Tatiana parsknęła. 

– Chyba twój instynkt macierzyński daje o sobie znać. 

Twarz Zuzy momentalnie spoważniała. 

– Niekoniecznie. 

Patryk popatrzył na swoją dziewczynę nieco zawiedziony, po czym odchrząknął i zmienił temat:

– Czyli najpierw pizza i browar, a potem się rozdzielamy i spotykamy na koncercie. 

– Po jedzeniu idziesz z nami do hotelu, żeby się przebrać, czy z Zuzą na próbę? – Adzir wstał i zaczął wrzucać foremki do torby. 

Patryk pochwycił zaciekawione spojrzenie ukochanej. 

– Dołączę z Zuzką do zespołu. 

Jej jasnobrązowe oczy od razu nabrały blasku. 

– Ja też chcę na koncert. – Antoś włożył kolejną porcję piaskowych lodów do foremki. 

– Ty, mój drogi, zostajesz w hotelu z prababcią Semeną. – Tatiana podeszła do niego i zaczęła wkładać mu podkoszulek. 

– Mamo, uważaj! Rozwalisz mi siuśkowego loda – obruszył się chłopczyk. 

Zuza poczuła ciepło w środku, patrząc na przyjaciół. Wszyscy przyjechali tu tylko po to, by uczestniczyć w tym przełomowym dla niej momencie. Nawet przyszywana babka Gabriela i Tatiany zdecydowała się na podróż, aby zająć się prawnuczkiem na czas ich wieczornej nieobecności. Choć Zuzka nie była z nią tak mocno związana jak z resztą Guardianów, lubiła ją i ceniła za wsparcie, jakie dawała Larysie po jej odrodzeniu. 

Semena była lekarzem wielu specjalizacji, ale uważała siebie przede wszystkim za zielarkę. Jej mieszanki ziołowe i nalewki potrafiły zdziałać cuda. Zuza doskonale pamiętała pewien koszmarny tydzień listopada, gdy dwie trzecie mieszkańców Starego Lasu rozłożyła grypa. Przychodnia pękała w szwach, a ulice i szkoły świeciły pustkami. Semena chodziła wówczas od domu do domu, wręczając sąsiadom własnoręcznie przygotowane lekarstwo z naturalnych składników, które zapobiegało zachorowaniu i zwalczało występujące objawy. 

– Dziękuję, ale nic mi nie jest – przywitała ją wówczas Zuzka w progu, zakładając pośpiesznie kurtkę. Tamtego dnia miała przesłuchiwać z zespołem kandydatów na basistę. Na jedno miejsce zgłosiło się aż trzech chętnych: dwóch ze Starego Lasu i jeden z Mokrych, największego miasta w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. 

– Podziękujesz, jak wypijesz. – Semena podsunęła Zuzce pod nos zakorkowaną buteleczkę. 

Dziewczyna uniosła czarne brwi, zastanawiając się, skąd staruszka bierze wystarczającą liczbę zgrabnych flakoników do tego, żeby obdarować nimi całe miasteczko. Co więcej – jak, do cholery, chce jej się chodzić od drzwi do drzwi i wciskać ludziom kit, że jakaś nalewka pomoże im bardziej niż paracetamol i leżenie w łóżku. Dwa dni później przepraszała w duchu Semenę, że źle pomyślała o jej cudownym lekarstwie, które postawiło Zuzkę na nogi. 

Odstawiła buteleczkę na stolik w przedpokoju i wyszła na zewnątrz. 

– Trzy razy dziennie przed posiłkiem po łyżce stołowej. – Semena uśmiechnęła się do niej życzliwie. 

– Mhm – odmruknęła Zuzka.

Owinęła wokół szyi szalik i zerknęła na wiklinowy koszyk Semeny pełen flakoników. 

Trochę jej tego jeszcze zostało – pomyślała. 

– Odprowadzę panią do sąsiadów – zaproponowała, dając staruszce do zrozumienia, że musi już iść. 

– Będzie mi bardzo miło. – Bladoniebieskie oczy zerknęły na nią dobrotliwie. 

Zuzka nie pamiętała żadnej ze swoich dwóch babć, które odeszły, nim dorosła. To babcia Larysy była zawsze dla niej wsparciem i źródłem wielu mądrości, dlatego też, gdy zmarła, Zuza odniosła wrażenie, że i ona straciła bliskiego członka rodziny. Teraz Larysa znów miała kogoś, kto dawał jej oparcie w trudnych chwilach. Semena była przyszywaną babcią nie tylko dla Gabriela i Tatiany. W dniu narodzenia się Larysy jako Guardianki stała się babką również dla niej. 

– Larysa bardzo pozytywnie się o tobie wypowiada – zagaiła rozmowę staruszka, jakby czytała w jej myślach. – To wielki dar mieć od najmłodszych lat przyjaciółkę, z którą wkracza się w dorosłe życie. 

Zuzka skrzywiła się, co nie uszło uwadze Semeny. 

– Ten trudny dla Larysy okres niebawem przeminie i znów będziecie sobie bliskie – zapewniła. 

– Nie tak jak kiedyś – odparła. 

– Hmm… Takie jest życie, moje dziecko. Dorastamy, realizujemy marzenia, zakładamy rodziny… Przyjaźń to cenny dar, który należy pielęgnować. Wspólne rozmowy, szczerość, wybaczanie, dzięki nim więź potrafi przetrwać dziesiątki lat. 

– Mówi to pani z autopsji czy wyczytała to w mądrych książkach? – Zuzka nie zamierzała być niegrzeczna, ale irytowały ją dobre rady z ust kogoś, kto tak naprawdę nie miał pojęcia o jej uczuciach. 

Semena najwyraźniej nie poczuła się urażona, bo uśmiechnęła się i przełożyła koszyk do drugiej ręki. 

– Dawno temu miałam przyjaciółkę Juliannę – wyznała. – Były to zupełnie inne czasy niż obecne. Bez samochodów, szybkiej kolei, nie wspominając o telefonach komórkowych i internecie. W średniowieczu utrzymanie przyjaźni na odległość stanowiło nie lada wyzwanie. W wieku czternastu lat zostałam wydana za mąż za dwudziestoletniego chłopaka, by połączyć majątki naszych rodzin. Nie kochałam go, a on nie kochał mnie. Mimo to nie mieliśmy większego wyboru. Szybko zaszłam w ciążę, bo taki był obowiązek kobiety. Julianna została natomiast oddana przez rodziców do klasztoru oddalonego od naszego miejsca zamieszkania o trzysta kilometrów. W tamtych czasach wiara w Boga stanowiła podstawę funkcjonowania każdej rodziny. Nie było nic nadzwyczajnego w tym, że powierzano jedną z córek Kościołowi. Dla mnie była to jednak tragedia. Miałam stracić najlepszą przyjaciółkę, powierniczkę, osobę, z którą łączyła mnie silniejsza więź niż z rodzoną siostrą. Nie spotkałyśmy się już ani razu.

Staruszka posmutniała. Westchnęła cicho i kontynuowała:

– Mimo to starałyśmy się utrzymać naszą przyjaźń, pisząc listy, na które czekałyśmy miesiącami. Każdą korespondencję oddawałyśmy handlarzom żywnością, by treść nie została przechwycona przez niepożądane osoby. Pełna konspiracja. Julianna kryła się przed przełożoną, ja przed własnym mężem. Dzięki temu mogłyśmy pisać otwarcie o tym, jak wygląda nasze codzienne życie. Z listów od Julianny dowiadywałam się, że pierwszy posiłek w klasztorze podaje się o czternastej, a kąpiel wskazana jest tylko cztery razy w roku. Ja pisałam o ziołolecznictwie, którym się skrycie zajmowałam, ponieważ było uznawane za czary; czy o nieudanym współżyciu z mężem i o siódmym synu, urodzonym na polu, gdzie omal nie zeszłam z tego świata. Przez prawie pięćdziesiąt lat nasza przyjaźń istniała nieprzerwanie wyłącznie dzięki listom. Te niestety w pewnym momencie przestały przychodzić. Od jednego z kupców dowiedziałam się, że śmiertelna choroba wkradła się do zakonu, w którym żyła Julianna. Nie traciłam wiary i słałam listy z nadzieją, że jest cała i zdrowa. Wkrótce handlarz potwierdził słowa kupca: nikt w zakonie nie przeżył ataku choroby.

Semena zamyśliła się na chwilę, jakby wróciła wspomnieniami do tamtych dni.

– Rok później, skazana przez Inkwizycję za uprawianie czarów, a tak naprawdę za ziołolecznictwo, spłonęłam na stosie i stałam się Guardianką – mówiła dalej. – Pomimo upływu czasu i zmian, jakie dokonywały się w moim życiu po odrodzeniu, wciąż z utęsknieniem wspominałam Juliannę. Zastanawiałam się wielokrotnie, co by było, gdyby nie odeszła; jak czułabym się z myślą, że nie mogę jej wyznać swojej tajemnicy. Wielokrotnie dochodziłam do tego samego wniosku, że sama świadomość istnienia kogoś, kto jest gotowy wysłuchać naszych trosk, dodaje nam otuchy. Odkąd odeszła Julianna, w moim życiu nie było już nikogo takiego. Od tamtej pory nie spotkałam na swojej drodze osoby, z którą połączyłaby mnie równie wielka przyjaźń jak z nią. 

Silniejszy powiew morskiej bryzy przywołał Zuzkę do rzeczywistości. Zerknęła na Larysę. Wiele razy miała nadzieję, że więź, która je łączyła, nim Lara stała się Guardianką, nie zostanie przerwana. Ich życie od czasu ogólniaka zmieniło się jednak tak znacząco, że przyjaźń stopniowo słabła. Po maturze ich drogi się rozeszły. I chociaż miały do dyspozycji tak wiele narzędzi komunikacji, którym niestraszne były odległości, z miesiąca na miesiąc oddalały się od siebie coraz bardziej. Bo żaden czat i żaden telefon nie zastąpi wspólnego siedzenia w szkolnej ławce, wieczornych spacerów po uliczkach Starego Lasu i chichrania się do białego rana z byle powodu. I choćby każdego wieczora relacjonowały sobie na Skypie miniony dzień, który spędziły bez siebie, nie zastąpiłoby to wspólnego życia, które minęło bezpowrotnie. 

– Idziemy? – Patryk nachylił się i podał jej rękę. Przez moment patrzyła na jego dłoń, powracając myślami do wcześniejszych wydarzeń, po czym przyjęła ją i wstała. 

Wszyscy ruszyli ku wyjściu z plaży. Zuzka zerknęła w stronę Larysy obejmującej Gabriela w pasie. Tych dwoje łączyło naprawdę wyjątkowe uczucie, wzmocnione przynależnością do społeczności Guardianów. Mimo że Zuzka kochała Patryka z całego serca, rosło w niej przekonanie, że te dwa różne światy, w których żyją, zaczynają dzielić ich znacznie mocniej. Poczuła ukłucie na samą myśl o tym, że między nimi może powstać przepaść nie do pokonania. Czym prędzej odrzuciła od siebie tę wizję i splotła jego palce ze swoimi. 

– Idziemy. – Uśmiechnęła się, ale w głębi jej serca wciąż tlił się niepokój. 

Po obfitym posiłku w barze przy plaży Zuza z Patrykiem udali się do wynajmowanego niedaleko sceny składziku, gdzie trzymali wszystkie instrumenty. Metrażowo odpowiadał garażowi Patryka – setki razy ćwiczyli tam utwór, którym zamierzali dziś powalić publikę na kolana. 

Odurzeni słońcem oraz w dobrych humorach zjawili się na miejscu kilka minut po umówionym czasie. Wewnątrz panował zaduch. Metronom tykał, a Seba uderzał w talerze perkusji, rozgrzewając tym samym poobklejane plastrami palce, nadwyrężone mozolnymi ćwiczeniami. 

– No proszę, ambitnie. – Zuzka podeszła do niego i cmoknęła go w zaczerwieniony policzek. Perkusista wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, po czym przeleciał pałeczkami po bębnach, dając solowy popis swoich umiejętności. Długie, kręcone włosy zasłoniły jego pulchną twarz, po której spływały strużki potu. 

Na krześle w rogu pomieszczenia siedział Romeo. Jak zwykle melancholijny i zasłuchany w brzmienie gitary elektrycznej. Wygrywał na niej jakiś smętny kawałek. 

– Hejka, jak leci? – Zuzka dała mu buziaka w czoło, na które opadały kosmyki jasnych włosów. 

– Kamila nie przyjedzie. – Brzdęknął w strunę, nie podnosząc wzroku znad instrumentu. 

Tego im jeszcze brakowało. Gitarzysty ze złamanym sercem. 

– Mówiłam ci, że to nie jest laska dla ciebie – odparła, jakby to miało poprawić mu humor. 

Podniósł na nią zielone oczy, przepełnione rezygnacją, i przestał grać. Przez moment patrzył na Zuzkę osowiale, po czym zestawił gitarę z kolan na podłogę i oparł ją o krzesło. 

– Faktycznie, mówiłaś. – Wstał i ominął ją zniechęcony. Zgarbiony niczym tragarz udał się w stronę wyjścia. 

– Dokąd idziesz? – zapytała, podążając wzrokiem za szczupłym chłopakiem, na którym wisiały bluza z kapturem oraz sztruksy. 

– Na fajkę, zaraz wracam – odparł i wyszedł przez otwartą bramę na skąpaną w słońcu tylną uliczkę. 

Nastała cisza. 

– Brawa dla tej pani za wyczucie – rozległ się niski głos dobiegający z przeciwległego kąta pomieszczenia. – Teraz Romeo na bank się załamie. 

Zuza odwróciła się i napotkała szare oczy. Na ustach Iwa gościł cyniczny uśmiech. Opierał się o ścianę z zawieszoną gitarą basową na ramieniu, raz po raz uderzając w struny. 

Zuza powiodła wzrokiem po jego wysokiej sylwetce. Zwykły T-shirt, koszula w kratkę, wytarte dżinsy, trampki. Nieważne, jak się ubrał, jak zaczesał opadającą na pół twarzy ciemną grzywkę, jakich słów używał – laski lgnęły do niego jak ćmy do światła. Coś podpowiadało Zuzce, że ten chłopak nie powinien był zjawić się w jej życiu. Nie chciała go w zespole, jako jedyna głosowała przeciw niemu. Mieszkał poza Starym Lasem, dlatego istniało ryzyko, że będzie spóźniał się na próby. Był od nich dwa lata starszy, więc mógł szybciej niż oni znudzić się zabawą w rockmenów i zostawić ich w najmniej oczekiwanym momencie. Poza tym, dokąd się nie ruszył, ciągnął za sobą falę napalonych nastolatek. 

Reszta chłopaków była nim jednak zachwycona. Nawet Patryk uznał, że nie mógł wymarzyć sobie lepszego zastępcy. Zuza musiała odpuścić, zresztą nie była głucha. Iwo idealnie współgrał z bębniarzem, skupiając się na jej śpiewie i grze Romea. Nie mogła mu też odmówić feelingu, w każdy utwór wkładał całego siebie, a jeśli popełnił błąd, wychodził z niego obronną ręką. Wiedziała, jak ważne w zespole są wzajemne relacje, zgranie i zaufanie. Dlatego starała się, jak mogła, by nie popsuć tego, co budowali z ekipą przez tyle lat, przez to, że miała mieszane uczucia co do nowego basisty. Z tego względu postanowiła zachowywać się wobec niego normalnie. Po prostu być Zuzką, którą wszyscy znali. 

– Lepiej się tak nie ciesz, bo jak Romeo się załamie, przypadnie ci rola prowadzącego gitarzysty – rzuciła w jego stronę. 

Iwo często zastępował rozchwianego emocjonalnie Romea. Zuzka uwielbiała zarówno bębniarza, jak i gitarzystę. Znali się jak łyse konie, grali razem od początku ogólniaka. Na Sebka zawsze mogli liczyć, perkusja była bowiem dla niego pierwszą i największą miłością, a Romeo miał duszę romantyka. Właśnie dlatego otrzymał taką ksywkę. Kiedy zakochał się w jakiejś dziewczynie z wzajemnością, grał jak zaczarowany. Gorzej, gdy spotykał go miłosny zawód, wówczas zamykał się w sobie, zwieszał nos na kwintę i fałszował niczym uliczny grajek. 

– Wolę to niż grzanie ławy. – Iwo uniósł brew i przeniósł wzrok na Patryka. – Hej, stary. Fajnie, że wpadłeś. – Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, w jego głosie nie dało się usłyszeć zazdrości czy rozczarowania tym, że nie zagra dzisiejszego wieczoru na basie. 

Zuzka musiała przyznać, że Iwo szczerze zaakceptował warunki, na jakie przystał w dniu wstąpienia do zespołu. 

Zniecierpliwiony Seba uderzył w talerze i wydarł się w kierunku wyjścia:

– Romeo! Zaczynamy? 

Zuzka odwróciła się w stronę uliczki i zobaczyła, jak gitarzysta kończy palić papierosa, wkłada telefon do kieszeni i wraca z ponurą miną. Domyśliła się, że rozmawiał z Kamilą. Postanowiła, że tym razem wykaże się większym taktem. 

– Może wypadło jej coś ważnego? – zagadnęła, gdy przekraczał próg. 

– Pewnie tak – odparł przygnębiony. – Ale tego się już nie dowiem. Nie odbiera telefonu. 

To lafirynda – pomyślała Zuzka i zacisnęła szczęki. Mogła się tego spodziewać po dziewczynie zmieniającej facetów jak rękawiczki. A trzeba było przyznać, że miała spore grono adoratorów. Kamila pracowała w barze „U Marty”, jedynym lokalu w Starym Lesie, w którym można było się rozerwać i napić czegoś mocniejszego. Romeo robił do niej maślane oczy od drugiej klasy liceum, lecz dopiero niedawno Kamila łaskawie zwróciła na niego uwagę. Zuza była pewna, że laska poleciała na Romea tylko ze względu na powodzenie, jakim zaczął cieszyć się zespół. Teraz wręcz nie mogła uwierzyć, że dziewczyna zrezygnowała z darmowej wycieczki na Hel, Romeo bowiem w rycerskim geście zaproponował, że zasponsoruje jej bilet i pobyt w hotelu. 

– Daj mi jej numer – zwróciła się do niego Zuzka, wyjmując telefon z kieszeni. 

– Odpuść, okej? – burknął z rezygnacją, chociaż w jego głosie dało się usłyszeć nutkę nadziei. 

– Odpuszczę, jak dowiem się, co ją zatrzymało. Od ciebie nie odbiera, więc może odbierze, gdy ja do niej zadzwonię. Nie zna mojego numeru. Z tego, co kojarzę, mam ją tylko wśród znajomych na fejsie. 

Romeo zawahał się przez chwilę, po czym wziął komórkę i przeczytał ciąg cyfr. 

Zuza wpisała numer. 

– Zaraz wracam – rzuciła i wyszła na zewnątrz. 

– W tym tempie do jutra nie zrobimy próby. – Seba chwycił za pałeczki, włączył metronom i zaczął uderzać w bębny. 

Zuzka weszła w głąb wąskiej uliczki i przyłożyła telefon do ucha. Czekała kilka sekund, by wreszcie usłyszeć melodyjny głos Kamili:

– Słucham. 

– Cześć. Z tej strony Zuzka, od Romea – starała się brzmieć przyjaźnie, choć najchętniej bez konwencjonalnych grzeczności zmieszałaby małpę z błotem. 

Ciche westchnienie. 

– Ach tak, cześć. 

Jej obojętny ton jeszcze bardziej podniósł Zuzce ciśnienie. 

Tylko spokojnie – pomyślała. 

– Pamiętasz, że gramy dzisiaj support? 

– Tak, mówiłam Romeowi, że nie dam rady przyjechać. 

– No faktycznie, teraz to już raczej nie zdążysz. – Zuzka ledwo się powstrzymała, by nie wzmocnić przekazu dosadnym: „Chyba że się, kurwa, teleportujesz”. Zamiast tego zacisnęła dłoń na telefonie, aż zbielały jej knykcie. – Rozumiem, że zatrzymało cię coś pilnego. Ktoś bliski zaniemógł? – zapytała z udawaną troską, lecz wewnątrz niemal wrzała. 

– Nie mogłam wyrwać się z pracy. 

Zuzę zatkało. 

– Chyba nie dosłyszałam. – Jej cierpliwość sięgnęła zenitu. – Masz na myśli tę pracę, w której nalewasz wódeczkę lokalnym pijaczkom? W barze „U Marty”, gdzie klient z prawdziwego zdarzenia trafia się wtedy, gdy przypadkowo zbłądzi w drodze do Mokrych? A może w międzyczasie udało ci się znaleźć jakąś inną robotę? 

– Jesteś niemiła. 

Hamulce puściły. 

– A ty jesteś wredną suką. Jak mogłaś odjebać taki numer? Przecież wiesz, jak Romeo za tobą szaleje. Przez pół roku pracował dodatkowo, żeby odłożyć kasę na twój cholerny bilet i hotel ze spa. I tak mu się odwdzięczasz? 

– To nie twoja sprawa… 

– Sorry, ale dzisiaj zamierzamy zagrać kawałek, który ma ogromny wpływ na moje życie. Tymczasem gitarzysta jest w rozsypce, bo ty postanowiłaś nie przyjechać. Możesz chociaż łaskawie powiedzieć, dlaczego wystawiłaś go do wiatru? 

– Nie zamierzam się przed tobą tłumaczyć. Z Romeem to była tylko przelotna przygoda, nie sądziłam, że tak się zaangażuje… 

– To następnym razem, kurwa, pomyśl! – Zuzka z parsknięciem odsunęła słuchawkę od ucha i się rozłączyła. – Pieprzona larwa – wymamrotała pod nosem. 

Podążyła w stronę garażu, obmyślając, jak by tu nastawić pozytywnie Romea, nie kłamiąc mu przy tym jak z nut. 

Polska pisarka wydająca pod pseudonimem. Pochodzi z urokliwej, leśnej miejscowości w okolicach Łodzi. Kocha książki, przyrodę, upalne, słoneczne dni i wycieczki rowerowe. Tworzy powieści z gatunku  romans, komedia romantyczna, erotyk, Young Adult, New Adult oraz fantasy. Uwodzi czytelników lekkim stylem, humorem, dużą dawką emocji, zwrotami akcji oraz niepowtarzalnymi bohaterami. Jej powieści niosą za sobą głębokie przesłanie, dzięki czemu pozostają na długo w sercach i pamięci czytelników.

Copyright © Melissa Darwood

Wydawnictwo Melissa Darwood

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Łódź 2023

Redakcja:

Agnieszka Świątczak

Korekta:

D. B. Foryś

Konwersja do formatu epub:

D. B. Foryś

Okładka:

Andrzej Komendziński

www.melissadarwood.com

[email protected]

Numer ISBN: 978-83-969167-3-0

Powieść jest wyłącznie fikcją literacką.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Powieść dostępna jest w ebooku, audiobooku i wersji papierowej