Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Grzech, który rozpala. Tajemnica, która niszczy. Zemsta, która daje siłę.
Do spokojnej Piwnicznej, górskiego miasteczka, w którym nic nie jest w stanie umknąć uwadze sąsiadów, przyjeżdża nowy proboszcz – ojciec Javier Arevalo. Przystojny, charyzmatyczny i zbyt pewny siebie jak na duchownego szybko staje się tematem rozmów w całej parafii. Jego urokowi trudno się oprzeć – zwłaszcza kobietom spragnionym emocji i bliskości.
Pięć z nich – Sandra, Łucja, Maria, Weronika i Izabela – wplątuje się w sieć zakazanych uczuć, kłamstw i manipulacji. To, co początkowo wydaje się romansem, przeradza się w koszmar, gdy jedna z nich znika bez śladu. Wtedy pozostałe zaczynają rozumieć, że ojciec Javier nie jest tym, za kogo się podaje.
Za fasadą świętości kryje się przestępca bez skrupułów, a jego ofiary – kobiety, które połączyły namiętność i strach – będą musiały zawalczyć o prawdę, wolność i sprawiedliwość.
W świecie, w którym grzech i pożądanie idą w parze, każda decyzja ma swoją cenę.
Na prowincji nic nie ginie. Nawet grzech.
Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 361
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Ewelina Kapelewska Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska Korekta: Kinga Dąbrowicz Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Zdjęcie na okładce: © NikhomTreeVector; © Andriy / Stock.Adobe.com
Copyright © 2026 by Monika Magoska-Suchar
Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-621-4
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
ilka ryczała jak opętana, ale nie miałam czasu dłużej jej uspokajać. Wpakowałam ją do wózka, na siłę zatkałam jej rozkrzyczaną buzię smoczkiem i klnąc w duchu na cały pieprzony świat, wyszłam z domu. Pospiesznie przemierzyłam podjazd z popękanymi betonowymi płytami, uważając, by któraś z moich dwunastocentymetrowych szpilek nie ugrzęzła w błocie, które pozostało po ostatniej ulewie. Musiałam się spieszyć. Autobus odjeżdżał tuż po dziewiętnastej, a miałam jeszcze odstawić małą do siostry. Nie mogłam się spóźnić.
Pracowałam w Landrynce już prawie rok, a jednak wciąż byłam traktowana, jakbym była na okresie próbnym. Inne dziewczyny, nawet te z krótszym stażem i mniejszym doświadczeniem, miały łatwiej. Były „tutejsze”, a do mnie wciąż przylepiona była łatka „obcej”. Nieważne, że pochodziłam z gór, tak jak one. Liczył się jedynie fakt, że zdradziłam ziemie przodków, że uciekłam i większość dorosłego życia spędziłam z dala od rodziny i miejsca urodzenia. Społeczność nigdy nie wybaczyła mi wybryków młodości, a samotna panna z dzieckiem nadal raziła tutejszych mieszkańców. Ot, zwyczajne zaściankowe życie. Technologicznie świat poszedł do przodu, ale mimo tego wielu ludzi ciągle miało mentalność zaczerpniętą rodem ze średniowiecza. Gdyby mogli, spaliliby mnie na ustawionym na rynku stosie za nieślubne dziecko, które przywiozłam ze stolicy – siedziby grzechu i wszelkiego plugastwa, którą pogardliwie określali mianem Warszawki.
Pospiesznie minęłam domy sąsiadów. Widziałam poruszenie za firankami. Tutejsze kobiety potrzebowały tematu do kawy po niedzielnej mszy, a moje losy z całą pewnością były ich ulubionym. Intrygowało je wszystko, co mnie dotyczyło. Moja przeszłość – w ich oczach oczywiście niechlubna; mój wygląd – nawet w zwykłych dżinsach byłam dla nich wulgarna; moja praca… Za plecami nazywały mnie dziwką i kurwą, choć żadna z tych świętoszkowatych bab nie miała odwagi powiedzieć mi tego wprost. Denerwowało je, że odziedziczyłam dom po mamie. Nie miało znaczenia, że to drewniana rozsypująca się rudera, w którą trzeba by włożyć majątek, aby ją doprowadzić do ładu. Ważne było, że nieruchomość przeszła w moje niegodne ręce. Uważały za skandal fakt, że moja siostra – w ich oczach wzór wszelkich cnót – zrzekła się tego domu na moją rzecz. Plotkowały, że ją zmusiłam. Nie docierało do ich pustych głów, że nie miałam się gdzie podziać z dzieckiem, a Łucja zwyczajnie nie chciała mnie pod swoim dachem. Ze swoim lekkim obyciem byłabym grubą rysą na jej kryształowej reputacji.
Momentami szczerze nienawidziłam tej mojej świętej siostry, a jednocześnie nie miałam nikogo innego, kto mógłby – i chciałby – mi pomóc. Nawet teraz. Pracowałam w nocy, więc ktoś musiał w tym czasie opiekować się Lilką, dlatego byłam zmuszona zostawiać ją u niej. Łucja miała pięcioro dzieci, do tego była uważana za tutejszą Perfekcyjną Panią Domu. Przewodniczyła Kołu Gospodyń Domowych i organizowała przedstawienia w tutejszym Domu Kultury. Nigdy nie opuściła rodzinnych stron i poślubiła mężczyznę wywodzącego się z lokalnej społeczności. Słowem: góralka idealna. Mieszkanki Piwnicznej szanowały ją i traktowały jak wzór do naśladowania. Tylko przez wzgląd na nią nie atakowały mnie publicznie. W przeciwieństwie do innych moja siostra nie kryła przede mną tego, co myśli, i zawsze otwarcie komentowała moje zachowanie oraz wygląd. Jej krytyka i odwieczne rady wpędzały mnie w coraz głębsze poczucie winy i depresję. Dla obcych była jednak tak dobra i miła, że chciało mi się rzygać za każdym razem, gdy byłam zmuszona być tego świadkiem. Perfekcyjnie odgrywała rolę idealnej matki, krewnej i sąsiadki. Ja zaś zawsze byłam tą gorszą i mniej udaną.
W głębi serca zazdrościłam Łucji tej niezwykłej umiejętności sterowania ludźmi i kreowania przed nimi wyidealizowanego obrazu, który brali za pewnik. Poza tym nigdy nie brakowało jej gotówki i nie cierpiała z powodu problemów związanych ze sprawami materialnymi, jak ja. Jej mąż pracował zagranicą i przesyłał rodzinie pokaźne sumy, podczas gdy ja ledwo wiązałam koniec z końcem.
Łucja kochała kontrolę. Chciała mieć wpływ na wszystkich członków rodziny ze mną łącznie. Tymczasem ja byłam czarną owcą, zakałą rodziny, wymykałam się z narzuconego przez nią systemu nakazów i norm. Próbowała ingerować we wszystko, łącznie z moim zatrudnieniem, dlatego załatwiła mi pracę w piekarni w naszym miasteczku. Moja duma nie pozwoliła mi jednak skorzystać z tej oferty. Chciałam być choć odrobinę niezależna. Wystarczyło mi, że siostra ściągnęła mnie z powrotem do tej dziury, gdy zaszłam w nieplanowaną ciążę, i czasem pożyczała mi pieniądze. Poza tym jej propozycja pracy była dla mnie nie do przyjęcia. Musiałabym codziennie spotykać kobiety, które mną gardziły, i udawać miłą. Służenie im nie wchodziło w grę. Dlatego sama załatwiłam sobie angaż w Landrynce. Moja siostra prawie dostała zawału, gdy poznała prawdę. Nie mogła mi wybaczyć i wciąż wylewała mi na głowę pomyje za ten wybór. Ja jednak byłam zadowolona, że nie zawdzięczam pracy jej wpływom. No i robiłam to, co umiałam najlepiej. Tańczyłam. Może nie tak, jak zawsze chciałam, ale przynajmniej nie musiałam oglądać w pracy znienawidzonych kobiet, gdyż klub zarezerwowany był wyłącznie dla mężczyzn.
Zaczęło mżyć. Przyspieszyłam. Nie chciałam, by deszcz zmoczył wózek i zniszczył mój sceniczny makijaż. Zwykle nie miałam wiele czasu przed pierwszym spektaklem, dlatego malowałam się w domu. W garderobie jedynie poprawiałam make-up i ruszałam na scenę. Na szczęście droga do willi Łucji wiodła ścieżką wytyczoną wśród drzew, a deszcz nadal siąpił, jakby nie mógł się zdecydować, czy przeobrazić się w potop, czy ustąpić miejsca zachodzącemu słońcu. Dobrze, że zbliżało się lato. Zima w górach dała mi się we znaki. Nagrzanie starej chaty było nie lada wysiłkiem dla samotnej kobiety, ale nie stać mnie było na doprowadzenie centralnego ogrzewania.
Prawie biegłam. Gdyby bieg w szpilkach był dyscypliną sportową, miałabym szansę na wygraną. Tutejsze mieszkanki pukały się po głowach, widząc moje niebotyczne obcasy, ale odkąd zostałam matką, musiałam zrezygnować z tylu rzeczy, że choć to jedno sprawiające mi przyjemność dziwactwo zachowałam. Był to też świetny trening przed pracą, a także jedna z niewielu pamiątek, które pozostały mi po ojcu Lilki. Te buty stanowiły bowiem jeden z prezentów od niego. Dał mi je, gdy jeszcze nie byłam w ciąży, a on wmawiał mi, że mnie kocha.
Zeszłam ulicą Kazimierza Wielkiego w dół, obok mostu nad Popradem. Tuż przy skręcie w boczną drogę wiodącą do domu Łucji stała ogromna biała willa z dachem w kolorze miedzi. Na tarasie pod szklanym zadaszeniem prężyła się jej właścicielka. Izabela Łączyńska w tym roku miała dobić do pięćdziesiątki, ale figury mogła jej pozazdrościć większość Piwniczanek. Nawet teraz wyginała ciało jak sprężynę, płynnie przechodząc w kolejne pozycje jogi.
Podczas gdy mnie uważano za zwykłą dziwkę spod latarni, do niej przylgnęła opinia znudzonej damesy, szukającej młodszego kochanka, gdyż mąż nie był w stanie zaspokoić jej rozbuchanego libido. Oczywiście wszyscy udawali jej przyjaciół ze względu na pieniądze, jakie zarabiał stary Łączyński, prowadzący jedyny w okolicy zakład samochodowy, za plecami jednak plotkowano o niej zawzięcie, łącząc ją z większością przystojnych mężczyzn w miasteczku.
Pani Łączyńska obrzuciła mnie zaciekawionym spojrzeniem. Była bogata, piękna, miała czas dla siebie, nie musiała pracować. Budziła powszechną zawiść zmieszaną z zachwytem. A jednak w jej spojrzeniu nie dostrzegłam pogardy, której się spodziewałam. W tej chwili wydało mi się, że mnie akceptuje. Być może podzielała moją samotność w małomiasteczkowym środowisku? A może wierzyła, że zagwarantuję jej dostęp do nowych męskich towarzyszy, gdyż w okolicy nie było już żadnego godnego jej uwagi samca? Bez względu na to, co myślała, czułam, że mogłabym się z nią zaprzyjaźnić i że ta kobieta, pomimo swojej pozycji i statusu majątkowego, zrozumiałaby mnie lepiej niż wszystkie wiejskie babiszony razem wzięte. Z Łucją na czele!
Rozejrzałam się. Na ulicy wokół nie było nikogo, dlatego postanowiłam zaryzykować.
– Dobry wieczór – powiedziałam, sama nie mogąc się nadziwić własnej odwadze. Dotychczas nigdy nie zaczepiałam Łączyńskiej, ale też nigdy się nie zdarzyło, bym zastała ją samą. Zwykle ktoś jej towarzyszył, a ja nie chciałam kontaktu z miejscowymi. Tutejsze kobiety, gdy tylko pojawiała się publicznie, nie odstępowały jej na krok, licząc na profity wynikające ze znajomości z kimś majętnym.
Ku mojemu zdumieniu mimo mżawki Izabela zeszła z tarasu, a raczej z niego spłynęła. Każdy jej krok wydawał się dopracowany do perfekcji, jakby nawet podczas chodzenia rozmyślała o tym, czy dobrze wygląda. Była ubrana w legginsy idealnie przylegające do jej szczupłego ciała oraz sportowy stanik. Widziałam wypracowane mięśnie jej brzucha. Wiele godzin poświęcała na treningi i dbanie o siebie.
– Na Boga, Sandro – zawołała. – Cała przemokłaś. No i ten wózek… Przecież twoja mała na bank się rozchoruje. – Wskazała na śpiącą pod kocykami Lilkę. – Wejdź, proszę. Wysuszycie się.
Byłam w szoku. Idolka tłumów przemówiła do mnie. I do tego zwróciła się do mnie po imieniu!
– Dziękuję za zaproszenie, pani Izabelo. To dla mnie zaszczyt – bąknęłam. – Ale spieszę się do siostry, a potem na autobus.
Zlustrowała mnie wzrokiem. Byłam ubrana w podarte dżinsy i wyświechtaną kurtkę awiatorkę, która kiedyś należała do mojego byłego.
– Piękne buty – skomentowała nieoczekiwanie, wskazując na moje szpilki. O dziwo nie powiedziała słowa na temat ich niepraktyczności. – Sama bym takie z chęcią nosiła. Uwielbiam buty! A już zwłaszcza te na wysokim obcasie. Mam ponad czterdzieści par szpilek, wiesz?
– Och… Ja też uwielbiam takie buty! Ale nawet nie umiem sobie wyobrazić szafy, która by tyle pomieściła. To musi być magiczne miejsce! – palnęłam. Trochę nagięłam fakty. Gdy mieszkałam w Warszawie, miałam buty i ubrania, jakie tylko chciałam, i mogłam je kupować bez ograniczeń.
– Musisz mnie zatem odwiedzić i wtedy sama ocenisz. – Izabela rozciągnęła w uśmiechu usta pokryte błyszczykiem w kolorze nude. – A teraz poczekaj, zanim pójdziesz dalej, dam ci folię na wózek, bo ten daszek to zdecydowanie za mało. Mam taką dla mojego wnuka, ale on bywa tu bardzo rzadko… – Westchnęła z rezygnacją. – Swoją drogą, zanim znów przyjedzie, wózek i tak nie będzie mu już potrzebny. Jeśli tylko chcesz, podejdź jutro do mnie, to ci go sprezentuję.
– Ależ nie trzeba. Pani Izo…
Ona jednak już mnie nie słuchała. Poszła w stronę porośniętego bluszczem garażu, aby po chwili wrócić z obiecaną osłoną przeciwdeszczową. Było mi głupio. Wózek Lilki był w rozsypce. Pożyczyłam go od Łucji, już zdewastowany przez jej dzieci, ale i tak cieszyłam się, że mam go za darmo.
– Nie wiem, jakbym się miała odwdzięczyć za taki drogi prezent… – Patrzyłam szeroko otwartymi oczami, jak kobieta sprawnie nakłada folię, by zabezpieczyć wózek.
– Wystarczy, że czasem wpadniesz do mnie z małą. Tak bardzo brakuje mi kontaktu z wnukiem… – Spojrzała z tęsknotą na moją śpiącą córkę.
Zrobiło mi się jej żal. Mimo całego bogactwa wcale nie była szczęśliwsza ode mnie. Za to równie samotna.
– Dobrze, pani Izo. Przyjdziemy na pewno. – Uśmiechnęłam się. – I dziękuję za folię.
Pożegnałyśmy się i ruszyłam pospiesznie w stronę domu siostry. Przez tę niespodziewaną rozmowę straciłam sporo czasu, ale czułam się mile zaskoczona. Taka życzliwość ze strony kogoś obcego była dla mnie czymś nowym, wręcz egzotycznym. A może to znak? Może wreszcie wydarzy się coś, co zmieni moje życie i sprawi, że znów zaświeci w nim słońce?
Kilkupiętrowy dom Łucji utrzymany był w góralskim stylu i idealnie konweniował z piwniczańskim otoczeniem. Miał pokryty gontami dach, a jego zdobienia wykonano z kilku odmian tutejszych drzew. Środek skrywał nowoczesne wnętrza. Łucja inwestowała pieniądze zarobione przez męża, by ostatecznie go wykończyć. Wiedziałam, że jej marzeniem była willa w stylu tej należącej do Izabeli, którą zresztą uważała za rywalkę. Zresztą w tej okolicy chyba wszyscy chcieliby mieszkać tak jak Łączyńscy.
Na podjeździe wypięłam małą z wózka i ruszyłam do wejścia. Drzwi były otwarte. Tu na wsi nikt nie zamykał domu w czasie dnia. Mieszkańcy byli zupełnie nieświadomi niebezpieczeństw, jakie mogły wynikać z takiej beztroski. Choć dzieci Łucji nie spały, wewnątrz jak zwykle panowała głucha cisza. Pewnie odrabiały lekcje lub bawiły się w swoich pokojach. Ich karność zawsze mnie przerażała. Miałam wrażenie, że kryje w sobie jakąś tajemnicę, ale co to było, nie umiałam stwierdzić. Wiedziałam tylko, że sama czułam dystans w obecności siostry i bałam się jej, jakby i mnie miała zaraz zagonić do odrabiania zadania.
Skierowałam się do kuchni, która mieściła się na końcu korytarza, z Lilką wciąż śpiącą w moich ramionach. Łucja przygotowywała kolację. Jak zwykle perfekcyjna, miała na sobie kwiecistą sukienkę, pastelowy fartuch i dobraną kolorystycznie wstążkę w brązowych włosach, pełniącą funkcję opaski. Otaczały ją meble w stylu retro. Istne designerskie cacka. W jej kuchni nigdy nic nie spadało na podłogę, a czystość aż biła po oczach. Wchodząc tu, miało się wrażenie, że przekracza się próg domku Barbie albo laboratorium.
– Cześć – powiedziałam do pleców siostry.
– Witaj – odezwała się Łucja, nie przestając mieszać swojej idealnej zupy, zapewne zawierającej wszystkie substancje odżywcze niezbędne jej potomstwu w procesie dorastania. Cieszyłam się, że nie muszę spożywać z nimi tej podejrzanej pomarańczowej papki. Wolałam zjeść burgera na mieście, niż męczyć się z czymś, co wyglądało jak wymiociny.
– Połóż Lilkę w bujaku i nastaw melodyjkę. Tylko nie tę szybką – mówiąc to, nawet nie spojrzała w moją stronę.
– Ona już śpi. Muzyka jest zbędna… – burknęłam, choć wiedziałam, że Łucja zignoruje moje słowa. Ona wiedziała lepiej! W końcu była matką nad matkami. Nie to co ja…
– Odłóż ją i puść melodyjkę, proszę – powtórzyła lodowatym tonem.
Nie miałam czasu ani nastroju, by się z nią spierać, dlatego wykonałam polecenie.
– I następnym razem załóż normalne buty. W tych wyglądasz jak dziwka. Nie chcę, by dzieci oglądały cię w takim wydaniu i zadawały niezręczne pytania. Już i tak muszę je okłamywać, bo nawet do szkoły dotarły plotki o twoim rozwiązłym prowadzeniu się – poinformowała mnie, nadal nie odrywając wzroku od garnka. – Poza tym porysujesz mi marmury tymi szpikulcami, a dopiero co je polerowałam.
Zacisnęłam wargi. Miałam ochotę jej przygadać, ale wykorzystałaby to do dalszej dyskusji, a ja nie miałam czasu.
– Dobrze. Następnym razem przyjdę w trampkach. – Suko, dodałam w myślach.
Pocałowałam jeszcze śpiącą Lilkę i wyszłam z domu siostry. Gdy go opuszczałam, czułam, jak z pleców spada mi ciężar. Gęsta atmosfera tego miejsca dawała się odczuć już po przekroczeniu progu. Współczułam dzieciom Łucji i nie dziwiłam się, że jej mąż wybrał pracę zagranicą. Szczęściarz. Nie musiał za często z nią obcować…
Na rynek dotarłam w ostatniej chwili. Niewielki bus stał już na przystanku, a kierowca właśnie odpalał silnik. Wpadłam zdyszana do środka i kupiłam bilet. Był piątek, więc wielu tutejszych jechało zabawić się do Nowego Sącza – najbliższego dużego miasta w okolicy. Usiadłam na jedynym wolnym miejscu, nie zwracając uwagi na moją sąsiadkę. Kobieta na mój widok przeżegnała się i gwałtownie odsunęła w stronę okna. Dopiero ten gest kazał mi spojrzeć w jej kierunku. Miałam ochotę zakląć. Że też jakiś chochlik kazał mi usiąść obok mojej głównej antagonistki.
Miejsce obok mnie zajmowała Maria Zaborska, wdowa po tutejszym komendancie policji. Zawsze miała się za damę. Była po czterdziestce, a wyglądała jak starsza pani. Nie farbowała włosów, za to kręciła je na wałkach. Brwi podkreślała czarną, niemodną kreską, a usta szminką w kolorze kupy. Do tego nosiła długie do ziemi spódnice, które tylko poszerzały ją optycznie, nadając jej wygląd chodzącego namiotu. Z pogardą patrzyła na innych mieszkańców, a mnie darzyła szczególną formą niechęci. Była bardzo zaangażowana w działalność tutejszej społeczności katolickiej. Od lat uczestniczyła w Żywym Różańcu i prowadziła plebanię jako gospodyni mieszkających tam księży. To jasne, że gorszyła ją taka osoba jak ja. Samotna matka pracująca w klubie nocnym była w jej mniemaniu pomiotem samego szatana. Zdegustowanym spojrzeniem omiotła moje poszarpane spodnie, czerwone szpilki i skórzaną kurtkę. Żeby jej dogryźć, ściągnęłam okrycie. Miałam na sobie koszulkę na cienkich ramiączkach obszytą koronką. Nie nosiłam stanika. Nienawidziłam tego sztucznego zniewolenia kobiecych piersi. Widok moich sutków oraz tatuaży na rękach i dekolcie wprawił ją w osłupienie. Gapiła się na mnie z otwartymi ustami. Dopiero po chwili doszła do siebie. Poprawiła się w fotelu i siadła do mnie bokiem, dając tym samym do zrozumienia, jak bardzo jest zdegustowana moją osobą. Chciało mi się śmiać. Zwłaszcza gdy po raz kolejny się przeżegnała, teatralnie wznosząc wzrok w stronę sufitu.
By odciąć się od niemiłej współtowarzyszki, włożyłam słuchawki do uszu, zamknęłam oczy i zaczęłam przesłuchiwać na telefonie utwory, które chciałabym wykorzystać do mojej solowej choreografii. Półgodzinna trasa minęła mi szybko, za to siedząca obok mnie Maria cierpiała niewyobrażalne męki. Gdy tylko bus zatrzymał się na dworcu, wybiegła z niego, jakby goniło ją stado wściekłych psów. Nie mogłam nie parsknąć śmiechem na ten komiczny widok. Uciekając przede mną, potrąciła kilka osób czekających na przystanku. Wśród nich znalazła się Weronika Dłużyńska – nauczycielka z piwniczańskiej szkoły i niestety jedna z moich wścibskich sąsiadek. Stara panna z włosami zebranymi w kok przypominający gniazdo. Oburzona, pogroziła Marii, szepcząc coś pod nosem. Ciarki przebiegły mi po plecach. Obym nigdy nie skończyła jak któraś z nich.
Szybkim krokiem przemierzyłam Planty i skierowałam się w stronę rynku. Cieszyłam się, że przestało padać, a wiejący od Tatr wiatr rozgonił deszczowe chmury wiszące nad Beskidami.
Do Landrynki weszłam tuż przed dwudziestą. Przed klubem stała już spora grupka mężczyzn, dlatego skorzystałam z tylnego wejścia. Menadżer zaczynał właśnie odprawę personelu, więc zdążyłam co do minuty. Był wygolonym na łyso osiłkiem, dla którego siłownia stanowiła drugi dom. Bardziej przypominał ochroniarza dyskoteki niż kierownika. Spojrzał na zegarek, potem na mnie i westchnął. Na szczęście nie miał podstaw, by mi przygadać. Wiedział, że choć jestem nietutejsza, przynoszę mu spory utarg. Sprawnie przedstawił podwładnym program i kolejność dzisiejszych pokazów, po czym wygonił nas do garderoby. Szybko przebrałam się w mój sceniczny strój: wybrałam neonowy różowy zestaw – stanik i stringi. Rozpuściłam zafarbowane na blond włosy; sięgały mi za łopatki. Wtarłam w skórę brokat i włożyłam kryształowe szpilki na gigantycznym obcasie i grubej podeszwie. Może byłam wariatką, może faktycznie dzieckiem szatana, ale uwielbiałam te buty. Przejrzałam się w lustrze. Podobałam się sobie, ale by efekt był skończony, a mój szef w pełni zadowolony, poszczypałam się w sutki, aby sterczały zachęcająco pod cienką, przezroczystą koronką bielizny. Narzuciłam na siebie satynowy szlafroczek i tak przygotowana ruszyłam za kulisy.
Konferansjer zapowiedział wejście na scenę upragnionych Landrynek. Światła na sali pogasły przy aplauzie zgromadzonych na niej mężczyzn. Poczułam uderzenie adrenaliny. Kochałam taniec. Pole dance sprawiał, że w pracy realizowałam się w swoim hobby, a jednocześnie czułam się atrakcyjna i pożądana. W codziennym życiu spotykałam się jedynie z pogardą i odrzuceniem. Tutaj miałam zapewnioną atencję wszystkich gości, którzy płacili za możliwość oglądania mnie w akcji. Rozpalałam ich zmysły. Byłam ucieleśnieniem ich pragnień, kusicielką, grzesznicą, bo tańczyłam tak, aby uzależniać widzów od siebie i aby chcieli mnie więcej i więcej. Tymczasem moje występy były ograniczone czasem i po ich zakończeniu musieli się pocieszyć faktem, że następnego wieczora zobaczą mnie tu znowu. Starałam się nie wdawać w żadne relacje z gośćmi klubu. Nie chciałam narazić się pracodawcy. Zależało mi na tej robocie i premii, którą menadżer przyznawał najlepszym dziewczynom. Nie szukałam tu miłości, a kasy, by utrzymać siebie i córkę. Marzyłam o tym, by skończyć z pożyczaniem pieniędzy od przeklętej świętej Łucji, która tak uwielbiała kontrolować krok każdego z członków swojej rodziny. Poza tym po przejściach z moim byłym nie miałam ochoty na związki. Facetów traktowałam wyłącznie jako źródło dochodu, choć ich uwielbienie było miłe i podbudowywało moje poczucie wartości, tak skutecznie podkopywane każdego dnia.
Wyszłam na scenę w towarzystwie kilku innych dziewczyn. Podium biegło przez środek sali. Po obu jego stronach znajdowały się stoliki, przy których siedzieli goście. Byli to mężczyźni z różnych środowisk. Przyjeżdżali tu z okolicznych miasteczek i wsi. Klub cieszył się popularnością, gdyż w tym rejonie Beskidów nie było drugiego takiego. Cena wejściówki zależała od stolika, przy którym chciało się siedzieć – im bliżej sceny, tym bilet był droższy. Dodatkową opłatę ponosili ci, którzy pragnęli wziąć udział w zamkniętym pokazie w prywatnej salce. Było to rzadkością, bo o tak bogatych klientów było tu trudno, zwłaszcza poza sezonem turystycznym, a ten dopiero miał nastać.
Na scenie znajdowało się kilka chromowanych rur do tańca. Zajęłam miejsce przy swojej, podczas gdy DJ włączył muzykę. Mężczyźni przyjęli nas owacjami, klaskali i gwizdali. Przyzwyczajona do wybuchów entuzjazmu, popatrzyłam na nich. Większość z nich miała bardzo pospolite rysy. Typowi tutejsi rolnicy. Powinnam im współczuć. Musieli szukać podniet poza swoimi domami, bo w nich nie dostawali tego, czego potrzebowali. Wśród widzów dostrzegłam kilku stałych bywalców, swoistych fanów. Objęłam dłońmi rurę i zaczęłam wić się wokół niej w moich niebotycznych szpilkach. Poruszałam się powoli, zmysłowo, z kocią gracją i pełną świadomością wykonywanych ruchów. Gdy utwór się rozkręcił i spokojne nuty zastąpiły szybsze dźwięki, podeszłam na krawędź sceny i przykucnęłam, pozwalając, by jeden ze śliniących się na mój widok facetów rozwiązał pasek mojego szlafroka. Zostawiłam mu go w prezencie. Stanęłam w rozkroku, górując nad zebranymi, i gwałtownie ściągnęłam okrycie, ukazując ich oczom swoje ciało w różowej bieliźnie. Mężczyźni zaczęli się przekrzykiwać, kilku z nich wstało, ściskając w dłoniach banknoty. Czekali na moment, kiedy będą mogli mnie dotknąć, wkładając pieniądze za moją bieliznę, ale na to, co dobre, trzeba sobie zasłużyć. Wystawiając ich cierpliwość na próbę, wskoczyłam z powrotem na rurę – i tym razem dałam czadu. Przyjmowałam na niej kolejne pozy niczym akrobatka. Gdy zwisałam głową w dół, trzymając się jedynie dzięki zaciśniętym na drążku nogom, pozbyłam się stanika. Przez chwilę osłaniałam piersi rękami, a gdy je oderwałam, widzowie zobaczyli znajdujące się na moich sutkach brokatowe gwiazdy. Nauczenie się przyklejania ich w tańcu zajęło mi sporo czasu, ale teraz byłam w tym mistrzynią. By zobaczyć mnie topless, musieli odpowiednio zapłacić. Rozpaliłam ich. Skandowali, że chcą więcej. Zeskoczyłam z rury i znów podeszłam na skraj sceny. Uklękłam i zaczęłam znacząco poruszać pośladkami w takt muzyki. Wyginałam się, przyjmując kuszące pozy. Wiedziałam, że w tym momencie poruszyłam penisem niejednego z obecnych. Klienci przepychali się do sceny i wsuwali mi pod stringi banknoty: dziesiątki i dwudziestki. Jak zdarzyła się pięćdziesiątka, byłam wniebowzięta. W pewnym momencie jeden z nich włożył mi do ręki rulon. Wytrzeszczyłam oczy, gdy zobaczyłam, że to same setki! Cały plik cholernych setek! Byłam w szoku. Rozejrzałam się, szukając hojnego darczyńcy, ale tłum wokół mnie narastał i w morzu głów nie mogłam zidentyfikować osoby, która tak mnie doceniła.
– Co się tak gapisz? Tańcz, dziwko! – Z zamyślania wyrwał mnie krzyk. Ubrany w kraciastą koszulę i markowy pulower, mężczyzna pieklił się, że przerwałam pokaz. Był stanowczo zbyt elegancki jak na jednego z miejscowych, choć brakiem kultury im dorównywał. Najwyraźniej postanowił mnie pogonić, bo nagle dał mi siarczystego klapsa w tyłek i oznajmił donośnie: – I pokaż wreszcie cycki! Dawaj mi to, za co zapłaciłem!
– Cycki, cycki! Chcemy cycków! – skandował tłum.
Ta sytuacja zszokowała mnie na tyle, że przez moment nie miałam pojęcia, co zrobić. Powinnam zejść ze sceny czy kontynuować taniec? Menadżer z pewnością nie byłby zadowolony, gdybym samowolnie przerwała występ. Dlatego postanowiłam nie zwracać uwagi na agresywnego klienta i kontynuować pokaz. W momencie gdy wróciłam do wicia się na estradzie, elegancik nieoczekiwanie zaczął ładować się na scenę. Chciałam przed nim uciec, ale niebotyczne szpilki uniemożliwiały mi szybką reakcję. Próbowałam wstać, ale on chwycił mnie za nadgarstek. Czułam zapach jego markowych perfum zmieszanych z whisky. Krzyknęłam przerażona, gdy popchnął mnie i przygwoździł do podłogi. Następnie chwycił mnie za pierś i boleśnie ścisnął. Już miał ściągnąć umieszczoną na niej naklejkę, gdy ktoś brutalnie go ze mnie zrzucił.
– Zostaw panią, skurwielu. Mamusia nie nauczyła cię, jak traktować damy? – dotarł do mnie głos mojego obrońcy z wyraźnym obcobrzmiącym akcentem.
A potem rozpętała się bijatyka.
W kotłującym się tłumie nie byłam w stanie dostrzec, kto mi pomógł. Obecni w klubie skupili się wokół walczących, krzycząc i dopingując ich lub ochoczo włączyli się do walki. Musiała interweniować ochrona.
– Nic ci nie zrobił ten psychol? – zapytała jedna z dziewczyn, pomagając mi wstać.
– Nic mi nie jest – odpowiedziałam i chwyciłam ją za dłoń.
Zaczęłyśmy uciekać za kulisy. Kątem oka wciąż szukałam mojego wybawcy. Byłam ciekawa, jak wygląda. Akcent miał ciekawy. Moja romantyczna dusza, którą starałam się stłamsić, bo zawsze wpędzała mnie jedynie w kłopoty, podpowiadała mi, że była to ta sama osoba, której zawdzięczałam dzisiejszy utarg.
Gdy byłyśmy bezpieczne, wykorzystując ogólne zamieszanie, schowałam zwitek banknotów głęboko w torebce. Drobne zostawiłam na wierzchu dla menadżera, ale tamte pieniądze były moje. Nie zamierzałam ich oddawać. Były mi potrzebne. Zamierzałam dołożyć je do remontu przeciekającego dachu. Podczas gdy inne dziewczyny były roztrzęsione i cały czas omawiały zajście, ja nie mogłam się skupić na ich rozmowach.
Z moim byłym przeszłam przez piekło. Doskonale wiedziałam, czym jest przemoc wobec kobiet. Ta sytuacja na scenie przypomniała mi powód, dla którego uciekłam z Warszawy. Bicie, poniżanie, ciągłe awantury stały się dla mnie normą. Dlatego gdy tylko dowiedziałam się o nieplanowanej ciąży, zadzwoniłam do siostry, z którą nie utrzymywałam kontaktów, i pod jej naciskiem wróciłam w góry. Zrezygnowałam z luksusu na poczet spokoju i dobra córki. Często wyobrażałam sobie, jak dziś wyglądałoby moje życie z Lilką w stolicy. Często też żałowałam podjętej wtedy decyzji. Straciłam pieniądze i pozycję. Teraz jednak dotarło do mnie, że nie mogłam wybrać innej opcji. Przemoc nie skończyłaby się wraz z narodzinami naszej córki. W dodatku mogłoby na tym ucierpieć niewinne dziecko. Powinnam w tym momencie zalewać się łzami na wspomnienie tamtego okresu i dzisiejszych wydarzeń, ale czułam raczej wściekłość niż żal. I pewnie dalej nienawidziłabym męskiego gatunku, gdyby nie zachowanie tajemniczego darczyńcy.
Kim był? Dlaczego dał mi pieniądze? Czemu mnie bronił? Znaliśmy się? Nie, raczej nie. Odkąd wróciłam do Piwnicznej, nie utrzymywałam kontaktów z żadnym mężczyzną. A może to mój wielbiciel? Kolejne pytania przelatywały w mojej głowie, ale nie umiałam znaleźć na nie odpowiedzi. Koleżanki pocieszały mnie, odbierając moje zamyślenie jako objaw szoku, a ja starałam się zebrać rozbiegane myśli. Wiedziałam, że współczucie większości z nich jest sztuczne. Nie lubiły mnie. Uważały za „miastową”, a teraz skrycie się cieszyły, że to nie je spotkał atak ze strony klienta.
Nagle do garderoby zajrzał menadżer.
– Sandra? Proszę cię na chwilę do gabinetu.
Zamarłam. Czyżby ktoś mu doniósł o kasie, którą zabrałam, zamiast mu oddać? A może zamierzał oskarżyć mnie o sprowokowanie bijatyki? Nie miałam wyjścia – musiałam się z nim zmierzyć. Przecież nie ucieknę.
Wstałam więc z krzesła, narzuciłam szlafrok i na miękkich nogach ruszyłam za nim. Szłam jak na ścięcie.
Gabinet menadżera był zagraconą kanciapą, pełniącą też rolę magazynku. Mężczyzna usiadł za zawalonym papierami biurkiem. Jego krzesło ledwo mieściło się pomiędzy regałami i skrzynkami z alkoholem. Stanęłam naprzeciwko niego, głośno przełykając ślinę.
– Wszystko okej? – zapytał, przyglądając mi się uważnie. Wiedziałam, że jestem biała jak ściana.
– Tak… – wydusiłam z trudem.
– Nic ci się nie stało w czasie tego… zamieszania? – Nie spuszczał ze mnie czujnego spojrzenia.
– Nic mi nie jest. Udało mi się uciec. Ktoś mi pomógł.
– To dobrze. Wystarczy mi problemów na jeden wieczór. Wywaliłem tych kogucików z klubu. Większość to stali bywalcy, dlatego wolałem nie wzywać policji. Lepiej, żeby nie chowali do nas urazy i za kilka dni wrócili… – tłumaczył, a ja czułam narastającą złość.
Jak to możliwe? Ci faceci chcieli zrobić mi krzywdę, a mój szef nie zamierzał wyciągać względem nich żadnych konsekwencji prócz wyproszenia z lokalu, bo chciał, by nadal tu przychodzili?! Przecież to się mogło skończyć tragicznie! A wtedy miałby większy problem, niż obraza kilku napalonych górali. Odnosiłam wrażenie, że przeniesiono mnie do średniowiecza i utraciłam nadane mi dzięki emancypacji prawa. Kasa liczyła się w tym świecie bardziej niż dobro kobiety.
– W każdym razie, jeśli nie czujesz się na siłach, mogę cię dziś już puścić do domu. Chociaż, nie ukrywam, wolałbym, żebyś została…
Perspektywa wolnego wieczoru i wyspania się bez ryczącej obok Lilki była kusząca, zaintrygowało mnie jednak, dlaczego nie chciałby, żebym wyszła.
– Masz coś dla mnie? – spytałam.
– Tak. Po całym zajściu zgłosił się do mnie klient, który pomógł naszym ochroniarzom obezwładnić agresorów. Chce prywatnej sesji z twoim udziałem. Jest gotów zapłacić trzykrotnie więcej, bylebyś się zgodziła. Odpalę ci z tego jedną czwartą, bo to naprawdę zacna kasa. Sama wiesz, że VIP-y nie zdarzają się u nas za często, a w okresie zimowym wcale.
Moje serce przyspieszyło.
To on!
To na pewno był on. Mój wybawca i darczyńca. Musiałam zobaczyć, jak wygląda, i przekonać się, komu zawdzięczałam ratunek. Byłam gotowa zrobić pokaz nawet za darmo, ale postanowiłam wykorzystać sprzyjające mi okoliczności. Menadżer pragnął pieniędzy tego gościa. Miałam go w garści.
– Odpalisz mi połowę – oznajmiłam stanowczym tonem.
– Słucham? – Aż się zakrztusił ze zdumienia.
– Dobrze słyszałeś. Połowa dla mnie. I sprawię, że ten facet będzie tu wracał, jak spragniony do wodopoju.
– On chce pełen striptiz, a nie tylko cycki…
– Tym bardziej będziesz miał w nim stałego klienta. Ale połowę pieniędzy zabieram.
– Twarda z ciebie sztuka – burknął kierownik. – Ale niech ci będzie. Zależy mi na nim. To obcokrajowiec, widać, że ma kasy jak lodu. Przyszedł z ochroniarzem, do tego nosi ogromny złoty sikor na nadgarstku. Jeśli przyciągniesz go do nas, podwoję ci pensję.
Chciało mi się krzyczeć z radości. Dla takiej kasy byłam gotowa nawet zrobić loda temu tajemniczemu wielbicielowi. Czułam się szczęśliwa. Nagle wszystko zaczynało się układać.
– Mówisz, masz – odpowiedziałam.
– W takim razie za pięć minut zaczynasz. – Skinął mi głową na pożegnanie.
Wyszłam z gabinetu i pospiesznie ruszyłam do garderoby, żeby się naszykować. Tym razem wybrałam kuszącą czerń. Rozpierała mnie ciekawość, a emocje rozgrzewały wyobraźnię, tworząc w głowie kolejne wizje zagranicznego bogacza. Byłam z siebie dumna. Chciał mnie. Nie żadną z moich koleżanek, tylko mnie – Sandrę Orłowską, matkę nieślubnej córki, wyrzutka z Piwnicznej!
– A ty co taka radosna? – przywitała mnie ze zdumieniem jedna z dziewczyn siedzących przed lustrem i poprawiających makijaż przed kolejnym występem.
– Wyglądasz, jakby dał ci podwyżkę, a nie jakbyś dopiero co była poniewierana na scenie – skomentowała inna.
Miałam je w dupie. W sumie faktycznie dostałam podwyżkę, ale nie zamierzałam się nią chwalić. Rywalizacja panująca między tancerkami była już nie raz przedmiotem sprzeczek i kłótni w klubie, a ja nie miałam w tej chwili ochoty na kolejną aferę. Wyciągnęłam z mojej szafki komplet bielizny, dobrałam do niego skrzydła czarnego anioła i skierowałam się w stronę łazienki.
– Zaraz mam prywatny pokaz – oznajmiłam, naciskając na klamkę i z trudem powstrzymując triumfalny uśmiech.
Ta informacja, tak jak podejrzewałam, wywołała burzę.
– Prywatny pokaz?
– Z kim?
– Dzisiaj?
– Jesteś na siłach?
– Chcesz robić show po tym, co się stało?
Dziewczyny zasypywały mnie pytaniami, ale tylko im pomachałam i zniknęłam za drzwiami. Westchnęłam z ulgą. Niech myślą, co chcą, a najlepiej niech mi zazdroszczą! VIP w naszym klubie był rzadkością – i trafił się właśnie mnie. Dobrze wiedziały, że to oznaczało kasę. A jeśli uda mi się go zachęcić do kolejnych wizyt w Landrynce, dużo kasy…
Skorzystałam z toalety i przebrana czmychnęłam z garderoby, aby nie musieć znów konfrontować się z koleżankami. Wąskim korytarzem okalającym główną salę doszłam do schodów wiodących w dół. W podziemiach klubu znajdowała się niezwykła winda. Był to pozbawiony ścian mechanizm mający wywrzeć dodatkowe wrażenie na widzu znajdującym się w pomieszczeniu dla VIP-ów. Tancerka wyjeżdżała nią spod wyłożonego lustrem blatu wielkiego stołu, przy którym siedział zamożny klient.
Stanęłam na platformie. Mężczyzna z obsługi dał mi znać, że wszystko gotowe, po czym włączył mechanizm. Winda ruszyła. Trzymałam się kryształowego drążka zamontowanego centralnie na środku rampy, by nie spaść. Nad moją głową powoli rozwierały się klapy umieszczonego w blacie włazu, a ja stopniowo wyłaniałam się spod stołu w oparach sztucznej mgły. Płonęłam z ciekawości, kogo zobaczę w prywatnej salce. Jednocześnie wiedziałam, że muszę odegrać rolę czarnego anioła lepiej niż kiedykolwiek. Zależało mi na tym kliencie. Nie mogłam tego spieprzyć. Ciążyła na mnie presja tak wielka, jakby mój los zależał jedynie od tego momentu.
Zgodnie z układem choreograficznym stanęłam tyłem do oglądającego, tak by na początku pokazu widział jedynie wykonane z czarnych piór skrzydła, które miałam przyczepione do ramion za pomocą wstążek. Winda się zatrzymała, gdy platforma zrównała się ze szklanym blatem, a mgła powoli zaczęła opadać. Z głośników ukrytych w wyłożonych czerwonym pikowanym pluszem ścianach popłynęła muzyka, a pobudzające zmysły przytłumione światło zostało skierowane na mnie.
Mój oddech stał się szybki i płytki. Chciałam go zobaczyć! Jak błogosławieństwo przyjęłam chwilę, gdy muzyka nabrała mocniejszych, rockowych brzmień. Odwróciłam się gwałtownie i trzymając za gałkę drążka zaczęłam swój zmysłowy taniec. Wiłam się, przykucałam, odchylałam do tyłu, by mężczyzna mógł podziwiać mnie całą. Kątem oka zaś penetrowałam wnętrze. Panował w nim półmrok, ale od razu go dostrzegłam. Siedział w wielkim skórzanym fotelu przypominającym tron. W ręku trzymał szklankę whisky. Z zarysu jego sylwetki wywnioskowałam, że musi być potężny i świetnie zbudowany. Dbał o siebie. Trenował, jak nic. Boże! Tak bardzo chciałam mu się lepiej przyjrzeć. Rozpięłam stanik i rzuciłam go w stronę klienta. Wprawnie złapał bieliznę. Kręciłam biodrami jeszcze chwilę, zakrywając piersi rękami, by utrzymać mężczyznę w erotycznym napięciu. Gdy w końcu je odsłoniłam, dostrzegłam poruszenie w fotelu. Wiedziałam, że moje cycki robią wrażenie na facetach. Zainwestowałam w nie kupę kasy, gdy jeszcze żyłam na koszt byłego w Warszawie. Najlepszy chirurg w stolicy stanął na wysokości zadania. Mój biust był idealny, rodem z rozkładówek. Spory, ale nie za wielki, do tego jędrny, z idealnie osadzonymi sutkami w kolorze płatków róży. Dotknęłam ich teraz. Mężczyzna znów zmienił pozycję, jakby było mu niewygodnie.
Possałbyś, co? Tak. Dobrze. Grzeczny chłopczyk. Pragnij mnie, pomyślałam, uśmiechając się uwodzicielsko.
Wiłam się, wsparta plecami o drążek. Bawiłam się przy tym swoimi piersiami. Ciągnęłam za sutki, lizałam je, zgniatałam w dłoniach. Mój obserwator także się wił. Paliło go pożądanie. Podłożyłam podpałkę, a teraz nadszedł czas na pożar! Kucnęłam, rozchyliłam nogi i pociągnęłam za wstążkę wiążącą czarne stringi na moich biodrach. Bielizna opadła na lustrzany blat, a ja trwałam jeszcze chwilę w bezruchu, aby mój obserwator dokładnie przyjrzał się mojej cipce.
Będziesz tu wracał! Od teraz jesteś mój. Rzucam na ciebie urok, powtarzałam sobie.
Poruszając się znów w takt zmysłowej muzyki, rozwarłam palcami wargi sromowe i zaczęłam pocierać łechtaczkę. Wyobrażałam sobie, jak skryty w cieniu mężczyzna płonie. Wizualizowałam go sobie w całej okazałości, choć faktycznie nie wiedziałam, jak dokładnie wygląda. Oczywiście - nagiego. Widziałam jego boskie, umięśnione ciało wypracowane na siłowni, przystojną twarz, ze słodkim dołeczkiem w brodzie, niebieskie oczy, zarost…
Zrobiło mi się gorąco. Poczułam wilgoć na palcach poruszających się po mojej cipce. Byłam podniecona. Dawno tego nie doświadczyłam. Nie chciałam więc, by pokaz skończył się niezaspokojeniem. Ten mężczyzna mnie uratował i był względem mnie bardzo hojny. Do tego mnie pragnął. Nie mogłam pozwolić mu odejść bez odwdzięczenia się. On chciał mojego ciała. Ja chciałam poznać jego.
Choć nie powinnam tego robić, zsunęłam się z blatu i mając na sobie jedynie czarne skrzydła ruszyłam w stronę fotela, kręcąc kusząco biodrami. Musiałam go zobaczyć! Przyciągał mnie jak magnes. Podeszłam do niego, stanęłam przed nim w rozkroku i znów zaczęłam go kokietować tańcem. Patrzył na mnie. Śledził z uwagą każdy mój ruch. Podziwiał mnie. Czułam się w tej chwili jak najpiękniejsza kobieta świata. Mogłam wszystko. Triumfowałam.
W mojej głowie narodził się chytry plan. Podczas gdy on nie mógł mnie dotknąć, gdyż takie zasady panowały w Landrynce, ja postanowiłam podotykać jego. Odwróciłam się do niego plecami, by chwilę poocierać się o niego niczym kotka w rui. Wykonywałam przed nim faliste ruchy, jakbyśmy kopulowali. Nieoczekiwanie przekręciłam się w jego stronę i usiadłam mu na kolanach. Musiałam go zdziwić, bo na chwilę zastygł w bezruchu. Postanowiłam zaryzykować. Chwyciłam za jego krawat. Zaczęłam się nim bawić. Robiłam to celowo – wreszcie byłam z nim twarzą w twarz i mogłam mu się dokładniej przyjrzeć.
Był przystojniejszy, niż to sobie wyobrażałam. Miał czarne lekko kręcone włosy i kilkudniowy zarost. Jego skóra wydała mi się ciemniejsza niż moja. Może to była kwestia przytłumionego światła, a może jego pochodzenia. Było mi to obojętne. Ważne, że wyglądał bosko! Niczym model, do którego ślinią się kobiety na całym świecie. Prosty nos, idealne rysy. No i dołeczek! Faktycznie miał go w brodzie!
Teraz tym bardziej go chciałam. Pragnęłam przywabić go na dłużej do Landrynki nie tylko ze względu na szefa, ale także, a może i głównie, przez wzgląd na siebie. Zawsze lubiłam dzianych gości, ale ten miał coś więcej niż kasę. Miał urodę. Mój były przy nim wydawał się prostakiem, zwykłym łysym burakiem, na którego poleciałam, bo miał pieniądze. Natomiast mój klient powalał wyglądem. Obok takiego mężczyzny nie dało się przejść obojętnie. Podobał mi się! Sądząc po jego penisie, próbującym się wydostać ze spodni, ja mu także. I to bardzo. Nie zamierzałam zostawić go bez zaspokojenia. Teraz naprawdę będzie miał powód, by tu wracać.
Zsunęłam się z jego kolan i klęknęłam przed nim. Sięgnęłam do jego rozporka. Mężczyzna chciał mnie dotknąć, ale chwyciłam go za nadgarstki i odłożyłam jego ręce z powrotem na podłokietniki fotela. Zasady to zasady. Choć sama je naginałam, od niego wymagałam posłuszeństwa. Rozpięłam mu spodnie i obsunęłam bokserki.
Boże! Co to był za widok! Jego fiut też był zjawiskowy. Wyglądał, jakby należał do aktora filmów porno: wielki, gruby i cały dla mnie. Nabrzmiałe jądra mężczyzny domagały się wydojenia. Czułam się jak we śnie. Bo jak to możliwe, że trafił mi się ktoś taki? Do tego tak hojnie obdarzony przez naturę?
Pochyliłam się i koniuszkiem języka zlizałam wilgoć z czubka penisa. Mężczyzna poprawił się w fotelu i wypchnął biodra w moją stronę, by być jak najbliżej mnie. Wodziłam językiem po jego kutasie od główki aż po jądra. Syknął w chwili, gdy zaczęłam je ssać. Były gorące i wypełnione nasieniem. Wróciłam do żołędzi. Objęłam ją ustami, a potem powoli zaczęłam wpychać sobie do gardła cały trzon. Mój seksowny klient jęknął. Byłam mistrzynią fellatio. Nie miałam sobie równych w tym zakresie. Doskonale wiedziałam, jak zabawiać się z fiutem, aby jego właściciel uzyskał spełnienie i całkowicie się ode mnie uzależnił. W tym wypadku jednak nie było to łatwe zadanie, gdyż jego penis był ogromny. Trochę mi zajęło, nim wsunęłam go prawie w całości do swojego gardła. Następnie zaczęłam poruszać się po nim w górę i w dół. Obciągałam go, a klient jęczał coraz głośniej. Po chwili poczułam, jak jego jądra i penis pulsują. To znak, że nadchodziła ejakulacja. Postanowiłam się nie usuwać, by wytrysnął poza mną, tylko przyjęłam jego spermę do ust. Miała słony smak, który lubiłam. Połknęłam ją, a brunet przyglądał mi się spod przymrużonych powiek. Dostrzegłam zachwyt w jego oczach. Byłam z siebie dumna. Zyskałam pewność, że jeszcze tu wróci.
Gdy odzyskał trzeźwość myślenia, sięgnął do kieszeni. I choć zapłacił już za pokaz menadżerowi, wsunął mi do ręki rulon pieniędzy. Taki sam jak ten, który dostałam za występ na scenie. Tak jak podejrzewałam, to on był moim darczyńcą. Miałam ochotę rzucić mu się na szyję z radości. Dawno nie byłam tak szczęśliwa. Przez głowę przelatywały mi miliony rzeczy, na które mogłabym wydać taką kasę. Może wreszcie uda mi się kupić coś dla siebie. Tak dawno tego nie robiłam. Gdy mieszkałam w Warszawie i byłam utrzymanką, miałam wszystko. Teraz byłam biedna jak mysz kościelna. A dzięki temu klientowi na horyzoncie pojawiało się światełko nadziei. Jeszcze odbiję się od dna, a wtedy wszyscy popamiętają! Ci, co mną gardzą, zobaczą, do czego jestem zdolna i na co mnie stać.
Przyjęłam pieniądze i wróciłam na stół. Znów wijąc się wokół kryształowego drążka, nacisnęłam ukryty w nim przycisk, co było sygnałem dla obsługi, że pokaz się skończył. Winda ruszyła w dół. Zjeżdżając nią, jeszcze przez chwilę patrzyłam w stronę skrytego w mroku mężczyzny. Wiedziałam, że i on patrzy na mnie. Byłam pewna, że zyskałam wielbiciela. Mogłabym jeszcze trochę się z nim zabawić, ale za dużo dobrego oznaczało zbyt szybki przesyt. Mnie zaś chodziło o pożądanie. O bolesną tęsknotę i pragnienie. Niech ten facet cierpi, nie widząc mnie. Niech trawi go żądza, którą będzie mógł ugasić jedynie w mojej obecności. To był mój cel i czułam, że dopięłam swego. Trochę mi było żal, że się rozstajemy, ale ważniejsze było, aby jego żal był większy.
Gdy znalazłam się w podziemiach salki, natychmiast dopadł mnie menadżer. Na pewno widział moje poczynania w ukrytych kamerach, ale liczyłam, że nie wkurwił się zbytnio z powodu nagięcia przeze mnie zasad. Zresztą na prywatnych pokazach działy się różne rzeczy. W końcu za to płacił klient. Dopóki nie uwłaczało to tancerce i nie działo się wbrew jej woli, szef nigdy nie interweniował. Bardziej martwiło mnie, że mógł zobaczyć, jak mężczyzna przekazuje mi pieniądze. Choć było tam ciemno. Oby mrok okazał się moim sojusznikiem. Naprawdę potrzebowałam tej gotówki. Zacisnęłam z całej siły dłoń na rulonie. Modliłam się, by go nie zauważył.
– I co? – zapytał.
– Wróci tu. Jadł mi z ręki.
– Raczej ty mu jadłaś. Tylko z czegoś innego… – Spojrzał na mnie z ironicznym uśmieszkiem.
Wzruszyłam ramionami, jakby robienie loda klientowi klubu go-go było normą.
– Uważaj, bo zażądam, byś potroił mi wypłatę, jak znów tu przyjdzie – odgryzłam się. A gdy mina mu zrzedła, postanowiłam wykorzystać sprzyjające okoliczności. – Na dziś dajesz mi już wolne, okej? – rzuciłam.
– Dobrze, ale jutro masz być punktualnie.
– Oczywiście, że będę. Bo wiem, że i on tu będzie. – Uśmiechnąłem się szeroko.
– Oby… – burknął i odszedł w stronę swojej kanciapy.
Odetchnęłam z ulgą. Kasa była bezpieczna.
Nie wdając się w dyskusje z dziewczynami, szybko się przebrałam i wyszłam z Landrynki. W torebce niosłam kilka tysięcy złotych. Wciąż nie wierzyłam w to, co się dziś stało. Miałam ochotę skakać z radości.
Skierowałam się szybkim krokiem w stronę dworca autobusowego. Było już dobrze po północy. Liczyłam, że załapię się jeszcze na jakiś autobus, a nawet jeśli nie, pierwszy raz od dawna miałam ten komfort, że stać mnie było na taksówkę. Po ulicach krążyły grupy rozbawionej młodzieży, robiące rundę po pubach i dyskotekach. Niektórzy byli mocno wstawieni. Przyspieszyłam kroku. Marzyłam o tym, by znaleźć się już w łóżku i wreszcie przespać całą noc spokojnym snem, co odkąd uciekłam z Warszawy, było rzadkością.
W pewnym momencie, gdy zbliżałam się do parku, za którym znajdował się dworzec, wypadł na mnie zza rogu budynku zakapturzony mężczyzna. Popchnął mnie z całej siły. Straciłam równowagę i przewróciłam się na chodnik. Poczułam ból stłuczonych kolan i kostki, ale to nie było ważne. Gość uciekał, a w rękach trzymał… moją torebkę! Poderwałam się natychmiast na nogi i zebrałam wszystkie siły. Nie mogłam pozwolić, by ukradł bezcenną dla mnie zawartość. Zdjęłam czerwone szpilki, zostawiłam je przy krawężniku i rzuciłam się w pościg za złodziejem, krzycząc na całe gardło:
– Oddawaj moją torebkę, skurwielu!
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
