Córka gangstera. Prolog - Magoska-Suchar Monika - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Córka gangstera. Prolog ebook i audiobook

Magoska-Suchar Monika

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Wydawałoby się, że Lucia Scorazzi ma wszystko, o czym marzy każda piętnastolatka. Jest córką włoskiego premiera – Fabia Scorazziego (niegdyś Candeloro), mafijną księżniczką mieszkającą w pełnej luksusu i przepychu rezydencji, dziedziczką ogromnej fortuny. Może mieć wszystko, czego zapragnie... Ale czy na pewno?

Mało kto wie, że dziewczyna żyje w świecie ograniczonym przez obsesyjny strach jej ojca, który obawia się, że mógłby ją spotkać tragiczny los jego ukochanej żony, Chiary. Lucia nie może opuszczać rodzinnej posiadłości, a jej jedynymi towarzyszami są nauczyciele i służący. Z samotności zaczyna popadać w obłęd. Słyszy głosy i widzi rzeczy, które nie istnieją. Tak w każdym razie twierdzą osoby z jej otoczenia.

Największym marzeniem dziewczyny jest spędzenie tegorocznych świąt wraz z przybranym bratem, który od czterech lat przebywa za granicą, wypełniając gangsterskie zlecenia Fabia Scorazziego. Co się jednak wydarzy, gdy po jego powrocie okaże się, że wzbudza on w Lucii uczucia, które nie powinny ich łączyć, a co więcej – odwzajemnia je?

 

Poznaj wstęp do kontynuacji losów bohaterów bestsellerowej powieści Pasierbica gangstera.

Opowiadanie spodoba się wszystkim miłośniczkom romansów mafijnych oraz wątków age gap i zakazanej relacji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 104

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 37 min

Lektor: Daniel Pachelski

Oceny
4,3 (148 ocen)
100
16
15
9
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Konwalia767

Nie oderwiesz się od lektury

Super
40
gosia0406

Nie oderwiesz się od lektury

rewelacja !! ja się pytam gdzie jest reszta. matko bosko magosko coś Ty tam nawiwijała
alexxandraaa

Dobrze spędzony czas

Szybko się czytało 🩵 jedynie nie pasował mi wiek głównej bohaterki, romans 15 latki ze sporo starszym "bratem" to dla mnie trochę za dużo. Moim zdaniem lepiej pasowało by gdy miala chociaż te 17-18 lat. Mam nadzieję że w kontynuacji będzie już trochę starsza
20
Iskierka1986

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam , nie oderwiesz się od lektury, czekam na dalsze losy. Uwielbiam pani książki wszystkie.
20
letnerkasia

Nie oderwiesz się od lektury

Nie spodziewałam się ile emocji można zawrzeć w tak krótkiej formie. Autorka kolejny raz zaskakuje swoim kunsztem. Brawo ❤️❤️
20

Popularność




On jest moim bratem,

a obudził we mnie żądze, nad którymi nie panuję…

20 grudnia, Rzym

Nareszcie się doczekałam! Za cztery dni Wigilia. I nie, absolutnie nie czekam na nią tak niecierpliwie z powodu prezentów. To znaczy kiedyś tak było, ale wtedy byłam jeszcze dzieckiem i myślałam, że zabawki pod choinką to szczyt moich marzeń. Jednak teraz, gdy mam piętnaście lat i jestem już duża, inaczej postrzegam święta. Doceniam w nich głównie to, że nareszcie nie będę sama!

Z każdym dniem coraz bardziej doskwiera mi samotność. Tata ciągle podróżuje. Nic dziwnego, w końcu to Fabio Scorazzi – wielki polityk, premier Włoch. Rządzi naszym krajem, prowadzi liczne interesy i ciągle jest zajęty, a ja siedzę w naszej rezydencji, mając za towarzyszy wyłącznie służących, nauczycieli oraz zwierzęta. Poza tym, dopóki on nie wróci, nie mam kontaktu z nikim z zewnątrz. Tata bardzo tego pilnuje. Nie mogę opuszczać domu bez jego zezwolenia, o spotkaniach z kimkolwiek nie wspominając. Wiem, dlaczego to robi, to jasne. Chodzi o moje bezpieczeństwo. Boi się, że straci mnie tak samo jak moją mamę, Chiarę. Mama została zamordowana przez wariatkę, która ubzdurała sobie miłość do mojego taty. Poza tym, gdy jego kariera zaczęła się rozwijać, kilka razy próbowano zaatakować i mnie. Dlatego, choć w samotności nie czuję się w pełni szczęśliwa, akceptuję ten stan i nie robię mu o to wyrzutów. On po prostu chce mnie chronić. Nie mogę mieć mu tego za złe, bo kieruje nim miłość, ale czasem bywa mi ciężko…

Gdy więc w Boże Narodzenie tata nareszcie przyjedzie na dłużej do domu, odzyskam większą swobodę. No i przestanę być sama. Prócz niego zjadą się także inni członkowie naszej rodziny. Co prawda jest ona nieliczna, ale najważniejsze, że w tym roku znowu zasiądziemy razem przy jednym stole.

Ta Wigilia jest wyjątkowa z jeszcze jednego, najważniejszego dla mnie powodu – przyjeżdża też Arrigo! Nie widziałam go cztery lata. Wcześniej wciąż mieliśmy ze sobą kontakt, nawet na odległość znajdowaliśmy sposób, aby się porozumiewać. Trwało to do czasu, aż tata zlecił mu jakąś szczególną misję w Ameryce Południowej, więc ze względu na obopólne bezpieczeństwo nie mogłam już komunikować się z bratem. Ale wreszcie moja tęsknota zostanie zaspokojona.

Arrigo przyjeżdża!

Wreszcie go zobaczę. Wreszcie uściskam mojego ukochanego braciszka…

W tym momencie w pokoju obok rozległ się potężny huk. Pod jego wpływem podskoczyłam z przestrachu, a moje myśli, dotąd skupione na pisaniu pamiętnika, momentalnie się rozbiegły. Odsunęłam krzesło i wstałam od biurka, po czym ruszyłam do sypialni przylegającej do mojego gabinetu.

To pewnie Gwiazdka, pomyślałam. Jak nic zrzuciła coś podczas swoich szaleńczych maratonów. Moja kotka bywała krnąbrna, zwłaszcza gdy się ją ignorowało. Lubiła dawać odczuć, że jest najważniejsza i że to właśnie na niej, a nie na niczym innym, powinnam skupiać całą swoją uwagę.

– Kici, kici, gdzie jesteś, moja księżniczko? – zawołałam, włączając światło i wchodząc do pomieszczenia.

Gwiazdka jednak nie przyszła do mnie. Rozejrzałam się po urządzonym w pałacowym stylu komfortowym wnętrzu. Odgłos był tak donośny, że to, co spadło, musiało być wielkie. Moje oczy przesuwały się kolejno po sprzętach, ale nie dostrzegłam zniszczeń na żadnym z nich. Nie stwierdziłam też obecności kotki. Obrazy wisiały na swoich miejscach, okna były pozamykane ze względu na zimową aurę, meble stały nietknięte. Nie zleciał żaden wazon z kwiatami, z półek podręcznej biblioteczki nie spadła ani jedna książka, nie stoczył się też na podłogę duży srebrny świecznik z kominka, ale przecież coś musiało spowodować ten nieoczekiwany huk.

Przecież nie zwariowałam…

Ta myśl spowodowała, że zmarszczyłam brwi. Nie mogłam tego wykluczyć. Może to były przywidzenia?

Znowu…?!

Poczułam, jak moje ciało oblewa zimny pot. Dla pewności obeszłam pokój ponownie, nadal niczego nie znajdując. Już miałam wrócić do gabinetu, starając się wmówić sobie, że moja schizofrenia nie wróciła i nie jest to jej kolejny atak, gdy na stojącej przy łóżku pozłacanej szafce nocnej dostrzegłam zdjęcie. Oczywiście znałam je doskonale. Przedstawiało mnie i Arriga. Tata nie lubił, gdy sprzeciwiałam się jego woli i trzymałam podobne rzeczy w sypialni, ale gdy go nie było w domu, zdarzało mi się łamać niektóre z jego zakazów, w tym ten. Gdy zasypiałam, widok przytulającego mnie do siebie starszego brata koił moje rozszalałe myśli i sprawiał, że odnosiłam wrażenie, jakby ten, za którym tęskniłam najbardziej na świecie, znów był blisko mnie. Ponownie miałam osiem lat, on miał ich dwadzieścia. Przyjechał wtedy ze swoich szwajcarskich szkół na wakacje do Rzymu. Spędziłam u jego boku lato swojego życia. Arrigo zaopiekował się mną wspaniale, zabierał na wycieczki, pokazywał mi nieznane miejsca w mieście i jego okolicach, a także uczył różnych rzeczy. Do dziś pamiętam lekcję fechtunku, którą mi zorganizował bez wiedzy taty czy spanie w namiocie w ogrodzie naszej rezydencji. Wraz z jego wyjazdem mój świat runął. Potem mój brat bywał u nas w Rzymie jeszcze kilkakrotnie, ale już nigdy jego wizyty nie trwały tak długo. Im był starszy, tym więcej obowiązków nakładał na niego nasz ojciec. Jednocześnie moja choroba przybrała na sile, co również nie sprzyjało dłuższym spotkaniom.

Na tym zdjęciu, pamiątce najszczęśliwszego okresu w moim życiu, nie było nic dziwnego. Miałam je wyryte w pamięci, oczami wyobraźni rysowałam je miliony razy. Jednak teraz coś innego przyciągnęło do niego mój wzrok.

Drżącą z emocji ręką sięgnęłam po rzeźbioną ramkę i przyjrzałam się bliżej tak dobrze znanej mi scence. Ku mojemu zdumieniu szkło zabezpieczające zdjęcie pękło na pół, a powstała w ten sposób rysa zniekształciła również fotografię, jakby rozdzielając mnie z bratem. To dziwne, bo przecież to zdjęcie wcale nie spadło z mojej szafki, a nawet gdyby chroniące je szkło pękło pod wpływem niewiadomego naprężenia, nie wydałoby tak donośnego odgłosu, który oderwał mnie od pisania. Mój niepokój narastał.

Wyjęłam zdjęcie z rozbitej ramki i wtedy do mnie dotarło, że także ono nosiło ślady zniszczenia.

O Boże…

Chwyciłam za przeciętą na dwie części fotografię i pobiegłam z nią do gabinetu. Musiałam ją skleić, zupełnie jakby ten fakt miał naprawić nie tylko ją, ale i mnie.

Nie jestem znów chora!

Biorę leki. Piszę pamiętnik, wylewając na jego kartach swoje frustracje i żale, jak mi zalecili specjaliści. Jestem pod opieką psychiatrów i terapeutów. Robię wszystko, co mi każą i czego oczekuje ojciec. To nie może być kolejny atak… Kolejne zwidy…

Usiadłam przy biurku, rozpaczliwie szukając w jego szufladach taśmy klejącej, co było trudne, bo dłonie trzęsły mi się, jak u osoby z chorobą Parkinsona.

Naprawię to zdjęcie i wszystko będzie dobrze. Ze mną też, powtarzałam sobie w głowie te słowa jak mantrę.

Gdy w końcu znalazłam tę taśmę, odsunęłam pamiętnik od siebie, aby na blacie biurka zrobić miejsce na sklejenie zdjęcia i wtedy zobaczyłam, że ostatnia strona dziennika, nad którą wcześniej pracowałam, jest pokryta czerwonymi kroplami. Z powrotem wzięłam do ręki notes.

No nie! Jeszcze tego brakowało. To była krew. Pewnie zacięłam się w czasie walki z ramką, a przecież tyle już napisałam. Nie chciałam tego wyrywać, zwłaszcza że ten pamiętnik był później źródłem analizy na cotygodniowych spotkaniach z moim lekarzem. Dlatego postanowiłam, że i to obejdę, przerabiając krwawe ślady na kwiatki i oczywiście ani słowem nie wspominając mojemu terapeucie o tym, że podejrzewam u siebie nawrót choroby. Dopóki nie nabiorę pewności co do swojego stanu, zachowam tę wiedzę dla siebie…

Po sklejeniu zdjęcia przystąpiłam do poprawiania strony z pamiętnika i, korzystając z farb, zaczęłam ozdabiać ją kwiecistym wzorem. Jedna z kropelek krwi spadła tak, że całkowicie zakryła słowo braciszek w ostatnim zdaniu, przez co nie brzmiało już ono: Wreszcie uściskam mojego ukochanego braciszka, a: Wreszcie uściskam mojego ukochanego. Krew wsiąkła w tym miejscu tak głęboko w papier, że nijak nie mogłam sobie z nią poradzić, dlatego po prostu zakleiłam tę plamę wyciętym z innej strony pamiętnika kawałkiem papieru. Już chciałam na tym skrawku odtworzyć utracony wyraz, gdy i na nim pojawiła się czerwień.

– Co jest? – zezłościłam się.

Wycięłam kolejny prostokącik papieru i nakleiłam go na ten zabarwiony krwią. W chwili, gdy szykowałam się do napisania brakującego słowa, stało się z nim to samo, co poprzednio. Znowu krew zabarwiła papier. Powtórzyłam ten zabieg kilkanaście razy i zawsze działo się to samo. Wciąż i wciąż.

– Nie… To nie może być prawda! Nie! Nieee…

– Panienko Lucio, czas na kolację. – Jak zza mgły doleciał mnie głos mojej niani Carlotty.

Nie odpowiedziałam jej, tylko znów zakleiłam krwawą plamę, która tak mi przeszkadzała.

– Panienko? Wszystko w porządku?!

– Krew… Tu jest krew – wyjęczałam, wskazując podstarzałej służącej mój pamiętnik. – Nie mogę jej usunąć. Ona wciąż wraca…

– Krew? – Zaniepokoiła się niania, po czym odstawiła srebrną tacę z jedzeniem na stojący pod oknem stolik kawowy i skierowała kroki do mojego biurka. Pochyliła się nad moim ramieniem, aby przyjrzeć się wskazanej przeze mnie stronie.

– Próbuję ją usunąć, ale nie udaje mi się. Ona ciągle wraca… Wciąż i wciąż… – oświadczyłam gorączkowo, nie odrywając wzroku od plamy zasłaniającej tak ważne dla mnie słowo.

– Panienko… Ale ja tu nie widzę krwi – stwierdziła służąca.

– Jak to nie widzisz?! – zirytowałam się. – Przecięłam sobie rękę. Skaleczyłam się i pobrudziłam notes. Nie mogę go wziąć na terapię w tym stanie! Jest brudny… Ta krew przeszkadza mi w pisaniu. Doktor Colafranchi nie może jej zobaczyć! Jeszcze pomyśli, że próbowałam sobie zrobić krzywdę!

Sięgnęłam po kolejny kawałek papieru, aby ponownie spróbować ukryć zabrudzenie.

– Panienko… Niech panienka przestanie – poprosiła mnie błagalnym tonem Carlotta.

– Nie mogę przestać. Muszę to naprawić, i zdjęcie też! Muszą być idealne! Nie mogą być zniszczone. Nie mogą…

– Panienko… Proszę!

– Muszę to skończyć. Pomóż mi, może ty potrafisz…

– Lucio! – Niania podniosła głos i chwyciła mnie za dłonie, powstrzymując przed dalszą pracą.

– Tak? – Popatrzyłam na nią zdumiona, jakby dopiero teraz orientując się, że mi towarzyszy. Zupełnie nie zauważyłam jej wejścia do pokoju, pomimo że z nią rozmawiałam.

– Tu nie ma żadnej krwi… Za to pamiętnik… Zniszczyła go panienka. I zdjęcie także – oznajmiła przestraszonym głosem niania.

– Zniszczyłam? Ale to nie ja, to się stało przez przypadek i…

Powiodłam spojrzeniem za jej wzrokiem i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.

Nie… To nie mogła być prawda!

Znów było ze mną źle.

Na biurku przede mną leżała góra ścinków z kartek mojego pamiętnika i zdjęcia z Arrigiem…

– Podaliśmy leki uspokajające. Teraz panienka Lucia śpi – oświadczył Colafranchi, nasz rodzinny psychiatra, którego oglądałem na ekranie monitora wmontowanego w jeden z zagłówków mojej limuzyny.

– Jak pan to widzi, doktorze? Dlaczego choroba wróciła? – zapytałem poirytowanym tonem. – Byłem pewny, że wszystko jest już za nami, a tu nagle zaburzenia znów dotknęły moją córeczkę. To jakiś obłęd! Co je wywołało?! Chcę znać prawdę!

– Przykro mi, panie premierze, ale nie znam odpowiedzi na te pytania. Pana córka… Panienka Lucia dojrzewa. Wkrótce będzie dorosła. Być może to jest właśnie przyczyna. Przeanalizuję też dawki przyjmowanych przez nią leków. Mogą być nieodpowiednio dobrane.

Przez moment milczałem, zaciskając gniewnie dłonie na gałce laski, która służyła mi za podporę przy chodzeniu. Lucia była moim oczkiem w głowie, moim światłem, moją świętością. Gdy spotykało ją coś złego, cierpiałem równie mocno, jakby to dotykało mnie samego. Jej choroba była moją chorobą. Przy czym w żaden sposób nie umiałem się z nią pogodzić.

– Proszę zrobić wszystko, co w pana mocy, aby ją doprowadzić do zdrowia. Zaraz święta. Chcę, żeby Lucia zasiadła z nami do stołu!

– Postaram się, aby panienka już jutro była na chodzie.

Kiwnąłem głową, po czym przerwałem połączenie.

– To twoja wina, Fabio – mruknęła siedząca obok mnie Alessia, upijając z kieliszka łyk szampana.

Przeniosłem spojrzenie na kuzynkę, przypominając sobie o jej obecności. Wracając z zagranicznej podróży służbowej, zahaczyłem o Sardynię, na której mieszkała, i zabrałem ją stamtąd prywatnym samolotem do Rzymu.

– O czym ty mówisz, do cholery? – warknąłem, unosząc brwi w geście zdumienia.

– Że jesteś winny temu, co się dzieje z Lucią – oświadczyła z przekonaniem.

Westchnąłem ciężko.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Bo zrobiłeś z niej drugą Chiarę.

– Drugą Chiarę?! – wykrzyknąłem wzburzony.

Imię mojej zmarłej żony wywoływało we mnie równie bolesne uczucia, co choroba córki. Czasem wystarczył drobiazg, aby wspomnienia jej tragicznej śmierci powróciły do mnie. I choć próbowałem z tym walczyć, robiłem to na próżno. Strata ukochanej, mimo upływu wielu lat, nadal nie była dla mnie do zaakceptowania, a wywoływanie jej w rozmowach było dla mnie profanacją i wyjątkowo działało mi na nerwy. Gdybym nie miał do czynienia z krewną, Alessia słono zapłaciłaby mi za te bezczelne słowa.

– Tak uważam. Zamknąłeś ją przed światem, więzisz w złotej klatce. Każdy by oszalał z samotności. Brak kontaktu z ludźmi sprzyja dziwnym myślom i stanom lękowym. Chcesz z niej zrobić zakonnicę, jak próbowali zrobić w młodości z jej matką. To ten sam przypadek – stwierdziła Alessia, dopijając szampana.

Zmełłem w ustach przekleństwo.

– Pogrywasz za ostro – ostrzegłem.