Prosto i uważnie na co dzień - Agnieszka Krzyżanowska - ebook
Opis

Osiągnij harmonię, żyj po swojemu, na własnych zasadach.

To nie jest książka o tym, jak odnaleźć spokój, sprzątając szafę. Nie znajdziesz tu prostej recepty na szczęście ani gotowych ćwiczeń do wykonania.

To książka o tym, jak w nadmiarze spraw i możliwości odnaleźć to, co dla nas naprawdę ważne. Jak zaplanować czas na celebrowanie codziennych rytuałów, bez poczucia winy. Jak budować prawdziwe relacje i odrzucić toksyczne. Jak ograniczyć to, co zabiera naszą energię i pochłania uwagę, by skupić się na tym, co daje nam najwięcej satysfakcji i radości.

Agnieszka Krzyżanowska – prowadzi bloga Agnes on the cloud, gdzie dzieli się swoim doświadczeniem w odkrywaniu życia w zgodzie ze sobą. Pokazuje, jak żyć Prosto i uważnie na co dzień, bez pośpiechu. Woli słuchać, niż mówić. Skończyła filologię polską we Wrocławiu, ma doktorat z filozofii. Pracuje jako doradca zawodowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 146

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja: Jo­an­na Ku­ła­kow­ska-Lis

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Wie­rus

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Stu­dio pro­jek­to­we &Vi­su­al/www.an­dvi­su­al.pl

Pro­jekt gra­ficz­ny ma­kie­ty: Mar­ta Krze­mień-Ojak

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Zdję­cia: Agniesz­ka Krzy­ża­now­ska

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Wa­lus

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Agniesz­ka Krzy­ża­now­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-359-6

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dla B&B

WSTĘP

WSPO­MNIE­NIE

„Pró­bo­wa­łem tłu­ma­czyć ro­dzi­com, że ży­cie to taki dziw­ny pre­zent. Na po­cząt­ku się je prze­ce­nia: są­dzi się, że do­sta­ło się ży­cie wiecz­ne. Po­tem się go nie do­ce­nia, uwa­ża się, że jest do chrza­nu, za krót­kie, chcia­ło­by się nie­mal je od­rzu­cić. W koń­cu ko­ja­rzy się, że to nie był pre­zent, ale je­dy­nie po­życz­ka. I pró­bu­je się na nie za­słu­żyć.

Éric-Em­ma­nu­el Schmitt, Oskar i pani Róża

Pozo­sta­ło mi jed­no, naj­trwal­sze wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa, resz­ta umknę­ła nie­pie­lę­gno­wa­na. Mam może pięć lat. Pol­skie Wy­brze­że, chy­ba gdzieś koło Pust­ko­wa. Wie­je lek­ki wiatr. Na pla­ży nie ma ni­ko­go oprócz nas – mnie i mo­ich ro­dzi­ców. Obo­je sie­dzą na pniu i czy­ta­ją książ­ki. Ja ry­su­ję pal­cem ja­kieś kształ­ty na pia­sku. Pa­mię­tam wiatr, któ­ry za­wi­jał mi chust­kę na gło­wie i ryt­micz­ne ude­rze­nia fal. Ci­szę i błę­kit­ną sza­rość Bał­ty­ku. Jed­no dłu­gie wspo­mnie­nie uważ­no­ści.

Esen­cjo­nal­ność chwi­li. Kie­dy ostat­ni raz za­nu­rzy­łeś się w niej, dro­gi Czy­tel­ni­ku? Kie­dy, bez za­sta­na­wia­nia się, co jesz­cze mu­sisz zro­bić, bez prze­glą­da­nia Fa­ce­bo­oka, bez re­ago­wa­nia na po­wia­do­mie­nia w smart­fo­nie, pi­łeś kawę, czu­jąc jej wy­bor­ny smak? Kie­dy ze sku­pie­niem słu­cha­łeś swo­je­go dziec­ka albo ser­decz­nie się śmia­łeś? Kie­dy za­chwy­cił cię wschód słoń­ca? Kie­dy za­sko­czy­ła cię kom­plet­na ci­sza i za­trzy­ma­łeś się w niej? Kie­dy ostat­nio za­py­ta­łeś sa­me­go sie­bie, bez cze­go nie wy­obra­żasz so­bie ży­cia?

DAR UWAŻ­NO­ŚCI

Zaw­sze kie­dy ob­ser­wu­ję swo­je dzie­ci, na nowo prze­ko­nu­ję się, że przy­cho­dzi­my na świat z wro­dzo­ną uważ­no­ścią. Z en­tu­zja­zmem, cie­ka­wo­ścią świa­ta i na­tu­ral­nym zdu­mie­niem zda­rze­nia­mi i zja­wi­ska­mi, któ­re wo­kół nas za­cho­dzą.

Su­chy pia­sek ucie­ka­ją­cy mię­dzy pal­ca­mi. Woda, w któ­rej wi­dać na­sze od­bi­cie, zni­ka­ją­ce przy naj­mniej­szym po­ru­sze­niu ta­fli. Sok wy­cie­ka­ją­cy z ja­go­dy ści­ska­nej pal­ca­mi. Od­gło­sy lasu o świ­cie. Za­pach pra­nia wie­sza­ne­go la­tem na świe­żym po­wie­trzu. A jed­nak po­wo­li, z dnia na dzień, wszyst­ko to prze­sta­je nas za­dzi­wiać. Zmia­ny pór roku są oczy­wi­ste, po­dob­nie jak ja­go­dy w lip­cu, a co­rocz­ny urlop nad mo­rzem sta­je się czymś zwy­kłym.

Dzie­ci nie po­tra­fią ro­bić kil­ku rze­czy na­raz. Sku­pie­nie na bu­do­wie wie­ży z kloc­ków albo ubie­ra­niu pierw­szej lal­ki jest sku­pie­niem kom­plet­nym. Trwa­łym. Nie­spiesz­nym. Nie­po­psu­tym po­rów­ny­wa­niem swo­jej pra­cy z wy­sił­ka­mi in­nych. Po­zba­wio­nym oce­ny.

Kie­dy dziec­ko po raz pierw­szy prze­kra­cza próg szko­ły, jego uważ­ność za­czy­na za­ni­kać. Nie ma tam na nią miej­sca. Gi­nie gdzieś wro­dzo­ny en­tu­zjazm, roz­my­wa się in­dy­wi­du­al­ność, a w ich miej­sce po­ja­wia­ją się sys­tem ze swo­imi ety­kie­ta­mi, ry­wa­li­za­cja i pę­dzą­cy gdzieś świat, w któ­rym nie ma prze­strze­ni na sku­pie­nie i by­cie (po)wol­nym. Za­czy­na­ją za­chwy­cać nowe rze­czy. Inni lu­dzie, a nie my sami. Miej­sca, w któ­rych nas nie ma. Do­bra, któ­rych pra­gnie­my.

PRO­GNO­ZY NA PRZY­SZŁOŚĆ

Żyje­my w świe­cie, któ­ry ofe­ru­je nam wie­le moż­li­wo­ści do wy­bo­ru, i do tego w za­wrot­nym tem­pie. Moje dzie­ci to pierw­sze po­ko­le­nie, któ­re nie zna świa­ta bez in­ter­ne­tu. Kie­dy się uro­dzi­ły, Go­ogle i Fa­ce­bo­ok ist­nia­ły już od daw­na. Nie wiem, ja­ki­mi będą do­ro­sły­mi. Nie wiem, jaki wpływ w per­spek­ty­wie kil­ku­na­stu lat wy­wrze na nich wszech­obec­na edu­ka­cja z kom­pu­te­ra i smart­fo­na. Już dziś mówi się o ge­ne­ra­cji, któ­rej wszyst­ko przy­cho­dzi za ła­two i za szyb­ko, któ­ra nie po­tra­fi na­wią­zy­wać głę­bo­kich re­la­cji. Któ­rej obce jest po­ję­cie kre­atyw­no­ści i któ­ra nie zna sta­nu bez­czyn­no­ści zwa­ne­go nudą. Przy­ja­ciół za­stę­pu­ją zna­jo­mi na Fa­ce­bo­oku albo gru­pa ry­wa­li­zu­ją­cych ze sobą w sie­ci gra­czy. Wzo­rów ide­al­ne­go sty­lu ży­cia do­star­cza In­sta­gram. Zdo­by­wa­nie wie­dzy za­stę­pu­je po­sia­da­nie wszech­wie­dzą­ce­go te­le­fo­nu.

Na szczę­ście moje dzie­ci są jesz­cze w ta­kim wie­ku, że słu­cha­ją opo­wie­ści o świe­cie i o war­to­ściach. Jesz­cze nie prze­gry­wam w ba­ta­lii ze świa­tem ze­wnętrz­nym, w któ­rym do­mi­nu­je kul­tu­ra cią­głe­go bra­ku. Roz­ma­wiam z nimi o tym, jak wie­le mamy, uczę po­ran­ne­go ście­le­nia łóż­ka i wpro­wa­dzam le­ni­we so­bo­ty, któ­re spę­dza­my bez żad­ne­go pla­nu. Mimo to wciąż czu­ję na ple­cach od­dech i siłę opi­nii ich ido­li, mło­dych youtu­be­rów.

UCIECZ­KI Z WIEL­KIE­GO MIA­STA

Miesz­kam w wiel­kim mie­ście. Na jego pół­noc­nych przed­mie­ściach. Kie­dy wpro­wa­dza­li­śmy się tu dzie­sięć lat temu, do po­ło­żo­ne­go nie­opo­dal przy­stan­ku do­jeż­dżał tyl­ko je­den au­to­bus. Było ci­cho. Z da­le­ka, wie­czo­ra­mi, do­bie­gał nas tyl­ko dys­kret­ny szum au­to­stra­dy. Po de­ka­dzie mamy w po­bli­żu sta­cję me­tra, tram­waj, któ­ry wjeż­dża w na­szą małą uli­cę, i wiel­kie cen­tra han­dlo­we za ro­giem. Urok przed­mie­ścia nie­mal znik­nął, czuć nie­spo­koj­ną za­chłan­ność mia­sta, ale cią­gle jesz­cze je­ste­śmy na obrze­żach tego szyb­kie­go świa­ta, któ­ry nie zna sło­wa „po­wo­li” i bez skru­pu­łów po­chła­nia wol­ne prze­strze­nie.

Za każ­dym ra­zem, kie­dy póź­ną wio­sną świat na­gle wy­bu­cha zie­le­nią, a tem­pe­ra­tu­ra wzra­sta, dzie­ci za­da­ją mi py­ta­nie, czy po­je­dzie­my nad rze­kę. Kie­dy w koń­cu tam do­cie­ra­my, ja mar­z­nę, a do wody nie wło­ży­ła­bym na­wet czub­ka pal­ca, wi­dzę jed­nak ich uśmiech­nię­te twa­rze, gdy dzie­siąt­ki razy wska­ku­ją do rze­ki i wy­cho­dzą na brzeg. W koń­cu zmę­czo­ne, z si­ny­mi usta­mi, ale szczęś­liwe, otu­la­ją się ręcz­ni­ka­mi.

Pa­trzę w ich ja­sne oczy, któ­re mru­żą, chro­niąc je przed słoń­cem, i wiem, że ży­cie to wła­śnie ta­kie chwi­le. Czu­ję ich esen­cjo­nal­ność. W prze­strze­ni, z ludź­mi, któ­rzy są dla mnie naj­waż­niej­si. Bez ha­ła­su i po­śpie­chu. Sku­pia­jąc się na prze­ży­wa­nej wła­śnie ra­do­ści. Nie po­trze­ba wte­dy dro­gich rze­czy, okre­ślo­ne­go od­cie­nia wody, od­po­wied­nie­go pia­sku i wi-fi. Zda­je się, że czas zwal­nia. Umysł sta­je się ja­sny, wol­ny.

PO­GOŃ ZA PO­WOL­NO­ŚCIĄ

Mam za sobą dłu­gą dro­gę po­wro­tu do sta­nu spo­ko­ju i od­rzu­ce­nia po­śpie­chu. Za­nim na nią tra­fi­łam, wy­cho­wy­wa­łam dwój­kę dzie­ci w wie­ku przed­szkol­no-szkol­nym, pra­co­wa­łam, pra­wie co­dzien­nie wy­ra­bia­jąc nad­go­dzi­ny, w week­en­dy uczy­łam się, zdo­by­wa­łam ko­lej­ne dy­plo­my i usi­ło­wa­łam ogar­nąć cha­os w domu i w so­bie, głę­bo­ko prze­ko­na­na, że tak wła­śnie wy­glą­da do­ro­słe, nor­mal­ne ży­cie. We wszyst­kie swo­je role bar­dzo chcia­łam an­ga­żo­wać się na sto pro­cent. Jeść wszyst­kie ciast­ka i cały czas je mieć.

Moje za­an­ga­żo­wa­nie z pew­no­ścią za­słu­gi­wa­ło na ty­tuł pra­cow­ni­ka roku, choć pra­ca wy­czer­py­wa­ła mnie emo­cjo­nal­nie, a kil­ka razy w ty­go­dniu zo­sta­wa­łam w biu­rze dłu­żej ze wzglę­du na nie­ustan­ne szko­le­nia i spo­tka­nia. I na­wet je­śli za nad­go­dzi­ny mo­głam wziąć wol­ne, to ze zdzi­wie­niem od­kry­wa­łam, że ze zmę­cze­nia po pro­stu nie mam ocho­ty na nic.

Dzi­siaj je­stem prze­ko­na­na, że wspa­nia­le brzmią­ce ha­sło work-life ba­lan­ce to pięk­na teo­ria, któ­ra nie wy­trzy­mu­je zde­rze­nia z rze­czy­wi­sto­ścią. Wy­mysł współ­cze­snej kul­tu­ry, ma­ją­cy jak naj­dłu­żej utrzy­mać nas w ilu­zji bez­kon­flik­to­we­go go­dze­nia ży­cia za­wo­do­we­go i ro­dzin­ne­go i za­chę­cić do bra­nia na sie­bie co­raz więk­szej licz­by obo­wiąz­ków. Nie­ste­ty, nie moż­na być świet­nym we wszyst­kim. Nie da się funk­cjo­no­wać bez­ko­li­zyj­nie i spraw­dzać się w każ­dej roli.

Ży­je­my co­raz szyb­ciej i pra­cu­je­my co­raz wię­cej, aby co­raz wię­cej po­sia­dać. Jesz­cze ni­g­dy nie było nam tak trud­no spro­stać kul­tu­ro­wym i spo­łecz­nym wy­ma­ga­niom, z któ­ry­mi co­dzien­nie mu­si­my się kon­fron­to­wać. Kil­ka lat temu, wra­ca­jąc w pe­wien upal­ny, lip­co­wy dzień z pra­cy, zda­łam so­bie spra­wę, że pod­da­jąc się temu tem­pu, ła­piąc każ­dą oka­zję i moż­li­wość, któ­rą mi się ofe­ru­je, po­gu­bi­łam gdzieś wszyst­ko to, co kie­dyś było moją siłą i in­te­gral­ną czę­ścią mnie: we­wnętrz­ny spo­kój, umie­jęt­ność cie­sze­nia się z dro­bia­zgów i wresz­cie sza­cu­nek do chwi­li, któ­ra wła­śnie trwa.

ŻY­CIO­WA LEK­CJA

Tam­te­go lata nie wy­je­cha­li­śmy ni­g­dzie. Pod­czas urlo­pu cho­dzi­łam z dzieć­mi nad rze­kę, jeź­dzi­li­śmy nad po­bli­skie je­zio­ro, po­po­łu­dnia­mi sprzą­ta­łam sza­fy, a wie­czo­ra­mi, po wie­lu la­tach, wró­ci­łam do czy­ta­nia o zen i uważ­no­ści.

„Nic nie od­cho­dzi, do­pó­ki nie na­uczy nas tego, co mamy zro­zu­mieć.

Pema Czie­dryn, Kie­dy ży­cie nas prze­ra­sta.Psy­cho­lo­gia bud­dyj­ska w ży­ciu co­dzien­nym

To mą­dre, choć trud­ne do za­sto­so­wa­nia w prak­ty­ce sło­wa. Tam­ten czas był jed­nym z naj­le­piej spę­dzo­nych urlo­pów w moim ży­ciu, był cza­sem świa­do­mym i wy­peł­nio­nym py­ta­nia­mi. Spę­dza­łam go w domu, le­ni­wie, bez po­śpie­chu. Za­czę­łam po­rząd­ko­wać nie tyl­ko prze­strzeń fi­zycz­ną, ale rów­nież tę we wła­snej gło­wie. Prze­my­śla­łam na nowo, co jest dla mnie istot­ne. Po wie­lu la­tach prze­rwy wró­ci­łam do pi­sa­nia. Po­zbie­ra­łam no­tat­ni­ki i kart­ki, na któ­rych za­pi­sy­wa­łam waż­ne z mo­jej per­spek­ty­wy roz­mo­wy z dzieć­mi, my­śli, po­je­dyn­cze sło­wa war­te za­pa­mię­ta­nia.

Od tam­tej pory, czy­li od kil­ku lat, uczę się na nowo ni­g­dzie nie spie­szyć. Za­my­kać drzwi przed tym, co nie­istot­ne, uczę się mó­wić „nie” i czer­pać z tego sa­tys­fak­cję. Pie­lę­gno­wać co­dzien­ność. Moja oso­bi­sta hi­sto­ria na­zna­czo­na jest świa­do­mo­ścią stra­ty i wiem, że ży­cie na­praw­dę może ra­dy­kal­nie się zmie­nić w cią­gu jed­ne­go dnia. Dla­te­go co­dzien­nie szu­kam mi­łych dro­bia­zgów i do­brych my­śli.

Nie przy­wią­zu­ję się do rze­czy. Co­raz mniej ku­pu­ję. Od kil­ku lat w każ­dą po­dróż za­bie­ram tę samą małą tor­bę. Nie je­stem pęp­kiem świa­ta, nie kon­cen­tru­ję się już na tym, co inni o mnie my­ślą. Mniej mó­wię, wię­cej słu­cham. Wolę ci­szę niż tęt­nią­ce ży­ciem mia­sto. Za­uwa­żam, jak wie­le jest po­wo­dów do wdzięcz­no­ści.

KSIĄŻ­KA O PROST­SZYM ŻY­CIU

Tam­te­go lata czu­łam we­wnętrz­ną po­trze­bę wy­sprzą­ta­nia prze­strze­ni wo­kół sie­bie i w ten spo­sób od­kry­łam mi­ni­ma­lizm. Ale obok sprzą­ta­nia szaf i pa­ko­wa­nia wor­ków z nie­uży­wa­ny­mi ubra­nia­mi i daw­no prze­czy­ta­ny­mi książ­ka­mi po­ja­wi­ła się też po­trze­ba zro­bie­nia po­rząd­ków w gło­wie i za­da­nia so­bie naj­waż­niej­sze­go py­ta­nia: kim je­stem i co sta­no­wi dla mnie war­tość? W ten spo­sób, zu­peł­nie in­tu­icyj­nie i jesz­cze o tym nie wie­dząc, we­szłam na dro­gę esen­cja­li­zmu.

Dwa lata póź­niej przy­pad­kiem tra­fi­łam na wy­da­nie ma­ga­zy­nu „Kin­folk” (kwar­tal­nik pro­pa­gu­ją­cy ideę slow life) w ca­ło­ści po­świę­co­ne esen­cja­li­zmo­wi. Oka­za­ło się, że to, co prak­ty­ku­ję od ja­kie­goś cza­su, to wła­śnie esen­cja­lizm. W 2015 roku po­ja­wi­ło się też na pol­skim ryn­ku wy­da­nie be­st­sel­le­ro­we­go Esen­cja­li­sty Gre­ga McKe­ow­na − książ­ki opi­su­ją­cej przede wszyst­kim esen­cja­lizm w za­rzą­dza­niu, ale do­brze przy­bli­ża­ją­cej głów­ne idee tej fi­lo­zo­fii w co­dzien­nym ży­ciu.

O czym jest za­tem książ­ka, któ­rą trzy­masz w dło­niach? Choć po­zo­sta­ję ostroż­na wo­bec „-izmów” i za­my­ka­nia się w de­fi­ni­cjach (bli­żej mi do prze­strze­ni i otwar­to­ści po­jęć), jest to opo­wieść o uważ­nej co­dzien­no­ści w du­chu esen­cja­li­zmu. O wal­ce o we­wnętrz­ną wol­ność od kon­su­menc­kie­go sys­te­mu i nad­mia­ru. O przy­stan­kach na przy­jem­no­ści i sta­now­czym mó­wie­niu „nie” rze­czom i moż­li­wo­ściom, któ­re za­bie­ra­ją nam waż­ne dla nas te­raź­niej­szość i czas.

„Bądź za­wsze po­cząt­ku­ją­cym, ni­g­dy nie mów, że wiesz.

Shun­ryu Su­zu­ki, Umysł zen, umysł po­cząt­ku­ją­ce­go

Idąc za radą wiel­kie­go na­uczy­cie­la zen, nie mam od­wa­gi na­zy­wać sie­bie esen­cja­list­ką. Uczę się tej uważ­nej prak­ty­ki co­dzien­nie. Co­dzien­nie wiem o tym tro­chę wię­cej, ale i tak ko­lej­ny dzień wciąż po­tra­fi mnie za­sko­czyć. Nie jest to ła­twe. We współ­cze­snym świe­cie ła­two się po­gu­bić. Chcąc na­praw­dę po­zo­stać wier­nym so­bie i swo­im war­to­ściom, trze­ba cały czas za­cho­wy­wać dys­cy­pli­nę.

Wy­pa­da dziś prze­cież być otwar­tym na wszyst­ko, krzy­czeć ra­do­śnie „Tak!” i zmie­niać się, by zo­stać naj­lep­szą wer­sją sie­bie. Mnie też cią­gle zda­rza­ją się dni, kie­dy ży­cie mnie prze­ra­sta, w lu­strze wi­dzę tyl­ko wady i cień wro­dzo­nej me­lan­cho­lii. Ale kie­dy wie­czo­rem sły­szę rów­ne od­de­chy mo­ich dzie­ci, mam z kim po­tem po­roz­ma­wiać w ci­szy usy­pia­ją­ce­go mia­sta, to wiem, co jest waż­ne i o co mam dbać. Dni, w któ­rych się nie spie­szę, jest co­raz wię­cej i cie­szy mnie zwy­kłe wtor­ko­we po­po­łu­dnie ze swo­im nie­spek­ta­ku­lar­nym uro­kiem. To książ­ka o pro­stym, uważ­nym ży­ciu w wiel­kim mie­ście. O po­wra­ca­ją­cej re­flek­sji, co jest dla nas waż­ne. O ży­ciu po swo­je­mu, na wła­snych za­sa­dach.

Ży­cie jest pro­ste. Jest chwi­lą, któ­ra wła­śnie trwa. Naj­cen­niej­szą.

„− Jack na­rze­ka, że kie­dy je się po­ziom­ki peł­ną garś­cią, nie sma­ku­ją już tak do­brze, jak spo­ży­wa­ne jed­na po dru­giej.

– Zga­dzam się z tobą, synu. Ja też na to wpa­dłem. To jed­na ze wspa­nia­łych ta­jem­nic ży­cia.

Walt Whit­man, Opo­wie­ści z Mo­ulin de Bru­it

POD­STA­WO­WE IDEE

ESEN­CJA­LI­ZMU

ZA­ŁO­ŻE­NIA ESEN­CJA­LI­ZMU

Pro­ste ży­cie, prak­ty­ka uważ­no­ści, brak po­śpie­chu, sztu­ka umia­ru, slow life czy wresz­cie zrów­no­wa­żo­ny mi­ni­ma­lizm. Wszyst­kie te sfor­mu­ło­wa­nia do­brze od­da­ją du­cha esen­cja­li­zmu, któ­ry jest ni­czym in­nym, jak nową na­zwą zna­nej od daw­na fi­lo­zo­fii, być może sto­so­wa­ną przez wie­lu z nas od lat. Za­pew­ne, po­dob­nie jak ja, nie­świa­do­mie bro­niąc się przed dyk­ta­tu­rą nad­mia­ru i przed zbyt szyb­kim tem­pem ży­cia.

W esen­cja­li­zmie nie cho­dzi o zmniej­sza­nie bu­dże­tu, kon­tem­pla­cję w ci­szy ani o ra­dy­kal­ne po­zby­wa­nie się ulu­bio­nych rze­czy. To styl ży­cia sku­pia­ją­cy się na war­to­ściach i usu­wa­niu tego, co zaj­mu­je nam prze­strzeń do co­dzien­ne­go prze­ży­wa­nia ży­cia albo od tych war­to­ści od­cią­ga.

Cho­dzi o zro­bie­nie miej­sca albo ra­czej po­now­ne od­kry­cie na­szych po­trzeb, przy­sło­nię­tych nad­mia­rem ku­po­wa­nych rze­czy i li­stą za­dań do wy­ko­na­nia. Esen­cja­lizm jest co­dzien­ną prak­ty­ką ra­do­ści ży­cia. To fi­lo­zo­fia wy­łu­ski­wa­nia tego, co dla nas waż­ne, i usu­wa­nia tego, co nie po­zwa­la się w peł­ni sku­pić na isto­cie ży­cia. To zdy­scy­pli­no­wa­na sztu­ka re­duk­cji. Esen­cja­lizm w swej idei eli­mi­na­cji nie­po­trzeb­ne­go uczy sku­tecz­ne­go mó­wie­nia „nie” wszyst­kie­mu, co nas roz­pra­sza i za­bie­ra nam czas.

ESEN­CJA­LIZM VER­SUS MI­NI­MA­LIZM

Esen­cja­lizm jest bar­dzo bli­ski za­ło­że­niom mi­ni­ma­li­zmu. Ale je­śli ten dru­gi zaj­mu­je się re­duk­cją po­sia­da­nych przez nas rze­czy, to esen­cja­lizm wcho­dzi na po­ziom war­to­ści i we­wnętrz­nych po­trzeb. Mi­ni­ma­lizm dys­kret­nie to­wa­rzy­szy mi od kil­ku lat. Z po­wo­dów świa­to­po­glą­do­wych (nie jest mi obo­jęt­na kon­dy­cja na­szej pla­ne­ty), czy­sto prak­tycz­nych (kto ma dużo w sza­fach i małe dzie­ci, ten ma w domu dużo pra­cy) i z po­wo­du róż­nych do­świad­czeń ży­cio­wych kil­ka lat temu po­ja­wi­ła się w mo­jej gło­wie głęb­sza re­flek­sja na te­mat po­sia­da­nia.

Z nie­przy­tom­nej z za­chwy­tu by­wal­czy­ni pchlich tar­gów sta­łam się uważ­ną ko­ne­ser­ką użyt­ko­wych sta­ro­ci. Po­rzu­ci­łam za­ku­py w ulu­bio­nej sie­ciów­ce, któ­rej dłu­gi czas by­łam od­da­ną fan­ką. Oczy­ści­łam sza­fy i szu­fla­dy, zna­la­złam róż­ni­ce mię­dzy po­trze­ba­mi a za­chcian­ka­mi, i to te niu­an­se są dziś dla mnie głów­nym kry­te­rium pod­czas za­ku­pów. Wes­tchnę­łam nad szpil­ka­mi, któ­re mia­łam na so­bie raz, bo od lat prze­gry­wa­ły z tramp­ka­mi i ka­lo­sza­mi. Naj­dłu­żej roz­sta­wa­łam się z książ­ka­mi, ale w koń­cu się po­zby­łam spo­rej ich czę­ści.

Mi­ni­ma­li­stycz­ne na­wy­ki to­wa­rzy­szą mi co­dzien­nie. Cie­szy mnie brak przy­mu­su ku­po­wa­nia no­wych rze­czy i nie­ule­ga­nie tren­dom. Wo­bec fak­tu, że mogę każ­de­go ran­ka na­pić się cie­płej kawy i mam komu zro­bić śnia­da­nie, nie są aż tak istot­ne nowe for­my i ko­lo­ry mod­ne tej wio­sny, po­mi­ja­jąc już fakt, że jest to aku­rat żół­ty, w któ­rym zu­peł­nie sie­bie nie wi­dzę. Ga­le­rie han­dlo­we od­wie­dzam wte­dy, kie­dy na­praw­dę mu­szę, wy­bie­ram skle­py na przed­mie­ściach albo ro­bię za­ku­py przez in­ter­net, żeby unik­nąć tłu­mów.

Świa­do­mość, że ktoś na mnie cze­ka i je­stem dla nie­go waż­na, sku­tecz­nie le­czy mnie też z po­ja­wia­ją­ce­go się cza­sem żalu, że w tym mo­men­cie nie stać mnie na coś, o czym ma­rzę. Spo­glą­da­nie za sie­bie i uświa­da­mia­nie so­bie, że jed­nak cią­gle, ma­ły­mi kro­ka­mi, uda­je mi się coś osią­gać, zwal­nia­ją zaś z pod­pa­try­wa­nia wiel­kich suk­ce­sów in­nych.

Ha­sło „mniej zna­czy wię­cej” jest dla mnie waż­ne i mam do mi­ni­ma­li­zmu sto­su­nek bar­dzo ser­decz­ny, bo zmie­nia wie­le w moim po­dej­ściu do ma­te­rii. Do­ce­niam i pie­lę­gnu­ję wol­ność od sys­te­mu i kul­tu­ry nad­mia­ru, te dwa wy­jąt­ko­we dary mi­ni­ma­li­stycz­nej prak­ty­ki.

FI­LO­ZO­FIA UMIA­RU I CO­DZIEN­NEJ RA­DO­ŚCI

Zaw­sze jed­nak in­tu­icyj­nie bli­żej było mi do fi­lo­zo­fii spod zna­ku umia­ru i pro­sto­ty niż (w przy­pad­kach skraj­nych) do ab­so­lut­nej re­duk­cji rze­czy. Mam dy­stans wo­bec skraj­no­ści, a ta­ki­mi są i roz­dę­ty kon­sump­cjo­nizm, i re­du­ko­wa­nie przed­mio­tów w domu do stu rze­czy. Jed­no i dru­gie to nad­mier­na ule­głość pew­nej idei.

W ży­ciu pod­świa­do­mie szu­kam rów­no­wa­gi, w któ­rej jest miej­sce na przy­jem­ność z użyt­ko­wa­nia rze­czy. Lu­bię wy­słu­żo­ne fi­li­żan­ki i małe ły­żecz­ki ze sta­re­go sre­bra. Mój oj­ciec za­wsze skle­jał roz­bi­tą por­ce­la­nę, pęk­nię­te ram­ki na zdję­cia. Lu­bię tak jak on po­chy­lać się nad nimi i da­wać jesz­cze jed­no ży­cie nad­gry­zio­nym zę­bem cza­su ta­le­rzy­kom i za­mknię­tym w fo­to­gra­fiach czu­łym wspo­mnie­niom.

Nie mogę też się oprzeć po­ku­sie, gdy je­stem w pew­nym bry­tyj­skim skle­pie i trzy­mam w rę­kach ko­lej­ną por­ce­la­no­wą mi­secz­kę. Nie trak­tu­ję za­ku­pów jako for­my od­stre­so­wa­nia, ale je­śli już na nich je­stem, po­świę­cam dużo cza­su na wy­bór tego, co chcę ku­pić.

Lu­bię pro­stą ra­dość pły­ną­cą z po­dzi­wia­nia ota­cza­ją­cych mnie ład­nych rze­czy. Nie jest mi obo­jęt­ne, na czym jem. Lu­bię biel ob­ru­sów. Nie trzy­mam cen­nych rze­czy na wy­jąt­ko­we oka­zje. Każ­da chwi­la spę­dzo­na z bli­ski­mi za­słu­gu­je na małą ce­le­bra­cję przy sto­le.

Bli­żej mi do co­dzien­nej, ra­do­snej du­cho­wo­ści niż asce­tycz­nej prze­strze­ni wy­peł­nio­nej nowo ku­pio­ny­mi me­bla­mi. Zresz­tą mi­ni­ma­lizm, fi­lo­zo­fia w za­ło­że­niu prze­cież szla­chet­na, sku­pio­na na re­duk­cji nad­mia­ru, sam wpadł we wła­sną pu­łap­kę, sta­jąc się mod­nym tren­dem, co spo­wo­do­wa­ło wy­syp skle­pów ofe­ru­ją­cych wszyst­ko, co mi­ni­ma­li­stycz­ne.

Mi­ni­ma­lizm kon­cen­tru­je się na tym, cze­go mamy zbyt wie­le, a co nie jest istot­ne, i pro­po­nu­je usu­wa­nie tego. Mnie bli­żej jest do sku­pia­nia się na tym, co dla mnie waż­ne, nie chcę po­świę­cać cza­su rze­czom i sy­tu­acjom po­zo­ru­ją­cym war­to­ści.

„My­ślę, że wszyst­ko w ży­ciu jest sztu­ką. To, co ro­bisz. Jak się ubie­rasz. Spo­sób, w jaki ko­goś ko­chasz i mó­wisz. Twój uśmiech i two­ja oso­bo­wość. To, w co wie­rzysz. I wszyst­kie two­je ma­rze­nia. Spo­sób, w jaki pi­jesz her­ba­tę. De­ko­ru­jesz miesz­ka­nie. Albo urzą­dzasz przy­ję­cie. Two­ja li­sta za­ku­pów. Je­dze­nie, któ­re przy­rzą­dzasz. Twój cha­rak­ter pi­sma. To, jak się czu­jesz... Ży­cie jest sztu­ką.

He­le­na Boh­nam Car­ter

KON­CEN­TRA­CJA NA WAR­TO­ŚCIACH

Taką per­spek­ty­wę roz­ta­cza przed nami esen­cja­lizm, któ­ry moż­na by uznać za uak­tu­al­nio­ną wer­sję mi­ni­ma­li­zmu. Za­miast po­zby­wać się tego, co mamy w nad­mia­rze, trze­ba naj­pierw od­na­leźć to, co dla nas naj­waż­niej­sze, i na tym się kon­cen­tro­wać. Esen­cja­lizm prze­su­wa punkt cięż­ko­ści z rze­czy, któ­ry­mi się ota­cza­my, na war­to­ści. To one sta­no­wią isto­tę do­bre­go, świa­do­me­go ży­cia. Ktoś, kto po­dą­ża za wska­zów­ka­mi tej fi­lo­zo­fii, co­dzien­nie za­da­je so­bie py­ta­nia: co jest dla mnie waż­ne? Czy je­stem bli­sko tego, co jest dla mnie istot­ne? Czy dbam o to i po­świę­cam temu czas?

Kil­ka lat temu usły­sza­łam zda­nie, któ­re zmie­ni­ło moje po­dej­ście do sie­bie i wła­snych sta­rań: „Je­śli ty nie po­dej­miesz de­cy­zji za sie­bie, ktoś bę­dzie je po­dej­mo­wał za cie­bie”. Po­dob­nie trak­tu­je spra­wę esen­cja­lizm − to od­wa­ga do­ko­ny­wa­nia wła­snych wy­bo­rów, któ­re sta­no­wią o ja­ko­ści na­sze­go ży­cia. Je­śli nie po­tra­fisz usta­lić swo­ich prio­ry­te­tów, inni usta­lą je za cie­bie. Je­śli nie po­tra­fisz wy­brać, a naj­praw­do­po­dob­niej czę­sto się gu­bisz, po­nie­waż moż­li­wo­ści wy­bo­ru jest tak wie­le, zro­bią to za cie­bie inni.

Esen­cja­lizm to od­wa­ga mó­wie­nia „nie”. Jest w tym sza­cu­nek do sa­me­go sie­bie. Dba­łość o spra­wy waż­ne z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia. Z taką per­spek­ty­wą ła­twiej po­dej­mo­wać do­bre dla nas de­cy­zje. I w tym wi­dać róż­ni­cę w po­rów­na­niu z mi­ni­ma­li­zmem – punk­tem cięż­ko­ści je­ste­śmy my, do­cie­ra­nie do sie­bie, a nie tyl­ko re­duk­cja przed­mio­tów, któ­re nas ota­cza­ją.

W esen­cja­li­zmie nie ma miej­sca na za­da­nio­wość. McKe­own w wy­wia­dzie we wspo­mnia­nym ma­ga­zy­nie „Kin­folk”1 za­uwa­ża, że sło­wo „prio­ry­tet” przez całe wie­ki funk­cjo­no­wa­ło w ję­zy­ku an­giel­skim tyl­ko w licz­bie po­je­dyn­czej, do­pie­ro oko­ło roku 1900 za­czę­ło się po­ja­wiać w licz­bie mno­giej. Ta drob­na, ale jak­że istot­na zmia­na ję­zy­ko­wa sta­ła się dla au­to­ra jed­nym z im­pul­sów do na­my­słu nad kon­dy­cją współ­cze­sne­go czło­wie­ka i na­pi­sa­nia swo­jej książ­ki.

1 „Kin­folk” 2015, nr 16, s. 100.

Na­wet ję­zyk do­stra­ja się do po­trzeb cza­sów, w któ­rych jest uży­wa­ny. Mno­gość za­kła­da wy­daj­ność, ale czy na pew­no ja­kość? Czy moż­na mieć wie­le prio­ry­te­tów i jed­no­cze­śnie dbać o ja­kość ży­cia?

CO­DZIEN­NA DYS­CY­PLI­NA

Esen­cja­lizm nie jest pro­stą re­cep­tą na dłu­gie, szczę­śli­we ży­cie, po­nie­waż los pi­sze swo­je sce­na­riu­sze, któ­re nie za­wsze są ra­do­sne. Smut­ki i tro­ski nie będą nas omi­jać tyl­ko dla­te­go, że bę­dzie­my się sta­rać żyć uważ­nie i na prze­kór wszyst­kie­mu nie bę­dzie­my się spie­szyć.

Co­dzien­ne kło­po­ty to jed­nak nie po­wód do nie­ustan­ne­go za­mar­twia­nia się, wszyst­ko jest tym­cza­so­we, przy­cho­dzi i od­cho­dzi. Moż­na na­uczyć się ak­cep­ta­cji i spo­ko­ju, by, mimo wszyst­ko, czę­ściej się cie­szyć, niż mar­twić. Nasz smu­tek albo gniew ni­cze­go nie zmie­nią, za to spo­kój du­cha może zmie­nić wie­le. Moż­na się też na­uczyć co­dzien­nej dys­cy­pli­ny, któ­ra po­ma­ga w osią­ga­niu ce­lów, na­wet je­śli nie są one wiel­kie i da­le­ko­sięż­ne.

Ży­cie zgod­nie z ide­ami esen­cja­li­zmu to od­waż­na de­cy­zja. Re­zy­gna­cja z wie­lu za­dań, z nie­koń­czą­cej się licz­by moż­li­wo­ści, sku­pie­nie na mó­wie­niu „nie”, za­miast bez­re­flek­syj­ne­go „tak”, na­uka uważ­no­ści, od­por­ność na nad­miar. Wbrew po­zo­rom nie jest to spo­sób na le­ni­we ży­cie, choć jest w nim dużo prze­strze­ni na do­lce far nien­te, za­ba­wę i na nowo od­kry­wa­ną… nudę. Esen­cja­lizm an­ga­żu­je nas i moc­no dys­cy­pli­nu­je, żeby ro­bić mniej, ale le­piej i sku­tecz­niej.

W pew­nym mo­men­cie za­miast mi­ni­ma­li­stycz­ne­go py­ta­nia o to, cze­go mogę się po­zbyć, po­ja­wi się więc esen­cjo­nal­ne: bez cze­go nie mogę żyć?

Esen­cja­lizm to nie re­stryk­cyj­ne dzia­ła­nie i jed­no­ra­zo­wa de­cy­zja, któ­ra na­tych­miast zmie­ni na­sze ży­cie. To co­dzien­na pra­ca nad zmia­ną na­wy­ków. To stan umy­słu i styl ży­cia po­le­ga­ją­cy na uważ­nym za­glą­da­niu w głąb sie­bie i re­zy­gna­cji z tego, co nas roz­pra­sza. Esen­cja­lizm pod­kre­śla war­tość sku­pie­nia i de­cy­do­wa­nia o tym, co jest waż­ne, oraz po­zby­wa­nia się wszyst­kie­go, co po­chła­nia nasz czas.

Je­śli mi­ni­ma­lizm za­chę­ca do po­sia­da­nia mniej­szej licz­by rze­czy, esen­cja­lizm na­ma­wia, aby­śmy dzię­ki po­by­ciu się tego, co zbęd­ne, od­kry­wa­li to, co spra­wia nam praw­dzi­wą ra­dość.

„Ży­je­my dłu­żej, ale mniej do­kład­nie i krót­szy­mi zda­nia­mi.

Po­dró­żu­je­my szyb­ciej, czę­ściej, da­lej, choć za­miast wspo­mnień przy­wo­zi­my slaj­dy.

Wi­sła­wa Szym­bor­ska, Nie­czy­ta­nie

PO­TRÓJ­NA ZA­SA­DA ESEN­CJA­LI­ZMU

Esen­cja­lizm uczy ży­cia bez po­śpie­chu − jed­ne­go z więk­szych luk­su­sów na­szych cza­sów. „Nie mam cza­su” i „Spie­szę się” to jed­ne z naj­czę­ściej sły­sza­nych i wy­po­wia­da­nych przez nas ko­mu­ni­ka­tów. Czę­sto nie zda­je­my so­bie spra­wy, że nie da się od­po­wie­dzial­nie po­dej­mo­wać de­cy­zji, bę­dąc w nie­ustan­nym bie­gu, z nie­koń­czą­cą się licz­bą moż­li­wo­ści.

Nie zda­rzy­ło mi się ni­g­dy, że­bym, dzia­ła­jąc pod pre­sją cza­su, pod­ję­ła słusz­ną de­cy­zję. Każ­de na szyb­ko ku­pio­ne buty, fo­tel czy kurs on­li­ne przy­no­si­ły roz­cza­ro­wa­nie. Pod pre­sją cza­su je­ste­śmy też w sta­nie wy­dać wię­cej, bo wte­dy pod­świa­do­mie wy­żej oce­nia­my pro­duk­ty. Do­sko­na­le wie­dzą o tym sprze­daw­cy. Je­śli o ofer­cie czy­ta­my, że jest li­mi­to­wa­na i koń­czy się za dwie go­dzi­ny, pro­po­zy­cja wy­da­je nam się bar­dziej atrak­cyj­na, a szyb­sze ude­rze­nia ser­ca po­ma­ga­ją w pod­ję­ciu de­cy­zji o na­tych­mia­sto­wym za­ku­pie. W stre­sie, wśród nie­skoń­czo­nej licz­by pro­duk­tów, tra­ci­my pew­ność sie­bie i prze­ko­na­nie, że na­praw­dę wie­my, co jest nam nie­zbęd­ne.

„Przy­ro­da się nie spie­szy, a jed­nak za wszyst­kim na­dą­ża.

La­ozi

Dzie­ci brak po­śpie­chu mają w na­tu­rze. Na nowo uczę się tego od nich. Uczę też sie­bie i swo­je po­cie­chy czę­ste­go za­da­wa­nia so­bie py­ta­nia, czy coś, co wła­śnie trzy­ma­my w ręku i bar­dzo chce­my mieć, jest nam na­praw­dę po­trzeb­ne. Czy wzię­cie udzia­łu w spo­tka­niu, na któ­re do­sta­łam za­pro­sze­nie, jest war­te mo­je­go cza­su? Czy dzię­ki nie­mu moje ży­cie wzbo­ga­ci się o coś cen­ne­go? I − wbrew po­zo­rom − nie są to py­ta­nia ego­istycz­ne. Nie cho­dzi o za­spo­ko­je­nie ego, ale o ja­kość na­sze­go ży­cia. O sta­ran­ną se­lek­cję i dba­nie o war­to­ści w kul­tu­rze po­wszech­nej zgo­dyna wszyst­ko, co się wo­kół nas po­ja­wia.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

SPIS TRE­ŚCI

Wstęp

Pod­sta­wo­we idee esen­cja­li­zmu

Świat

Przes­trzeń

Umysł

Re­la­cje

Du­sza

Co­dzien­ność ezen­cjo­nal­na

Za­koń­cze­nie