Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Literacki western w angielskim stylu
Kumbria: góry, doliny, wioski i farmy. Hrabstwo, które leży na granicy między Anglią a Szkocją, choć tak naprawdę nie pasuje do żadnej z nich. Pora deszczowa trwa tu dwanaście miesięcy, woda jest zawsze kwaśna, a ziemia cierpka.
Na początku XXI wieku w okolicy wybucha epidemia pryszczycy dziesiątkująca stada owiec. Steve Elliman, syn drobnego hodowcy, wraca w rodzinne strony, by pomóc starzejącemu się ojcu. Gdy ten umiera, los łączy Steve’a z innym rolnikiem, którego owczarnię również wytrzebiła choroba. Strata dorobku całego życia popycha mężczyzn do przestępstwa: kradną cenne stada z południa kraju. Konsekwencje napadu okażą się o wiele tragiczniejsze, niż mogliby się spodziewać.
W swojej brawurowej powieści Scott Preston opowiada o zapomnianej Anglii i przegranym pokoleniu, o trudach życia na dalekiej prowincji i farmerach bezgranicznie oddanych codziennej walce o przetrwanie. Pożyczone wzgórza to brutalna, a zarazem piękna, pełna gniewu, a jednocześnie poetycka elegia o końcu małego świata.
„Idealne połączenie ducha Tarantino i brutalnego północnego realizmu. [...] Tragedia, która w 2001 roku spustoszyła przemysł rolniczy w Wielkiej Brytanii, przeradza się w tym niezwykle wyrazistym i sugestywnym debiucie w prawdziwy koszmar. Ta książka atakuje znienacka, przedstawiając boleśnie żywy obraz desperacji. Robi to z ostrym jak brzytwa humorem przełamanym momentami przejmującego piękna, które jednak nie niesie nadziei. Mimo emanującego z niej gniewu powieść Prestona jest jak list miłosny do Kumbrii i północnej Anglii. Związek ludzi z ziemią sięga tu niezwykle głęboko. Jednak w miejscu, które wymaga tak dużo, dając w zamian tak niewiele, jest to związek bolesny i trudny.” „Guardian”
„Ta mroczna, natchniona opowieść tętni życiem.” „Publishers Weekly”
„Nie sposób się od niej oderwać. Preston ma wrażliwość poety i oko filmowca.” Rebecca Smith
„Opowieść o gniewie i przemocy, poświęceniu, miłości i katorżniczo ciężkiej pracy, doprawiona czarnym, beznamiętnym humorem i szorstką poezją.” Carys Davies
„Mocna proza, która oddaje ducha konkretnego miejsca i sposobu życia.” Joseph Kanon
„Precyzyjna i skoncentrowana narracja pełna smaku, energii i charakteru.” „The Times”
„Historia rodem z Dzikiego Zachodu o łotrach i złodziejach, o krwi i poszukiwaniu własnego miejsca na świecie, przeniesiona w scenerię wzgórz i owczych pastwisk północnej Anglii. To archetypiczna opowieść pełna heroizmu i moralnego napięcia […]. To także czuły hołd dla surowego piękna krajobrazu. Pasjonująca i bezkompromisowa.” „Kirkus Reviews”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 386
Data ważności licencji: 8/31/2029
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału angielskiego The Borrowed Hills
Projekt okładki Florian Rychlik
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Scott Preston, 2024
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Zofia Szachnowska-Olesiejuk, 2026
Opieka redakcyjna Tomasz Zając
Redakcja Alicja Binik
Konsultacja merytoryczna dr inż. Krzysztof Głowacz
Korekta Zofia Kozik / d2d.pl, Sandra Popławska / d2d.pl
Skład Justyna Łukaszyk / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-354-9
Farma znajdowała się na zielono-fioletowej, podmokłej pustyni, jednej z czternastu na tym terenie, w niecce szerokiej na niemal dziesięć kilometrów, między stokami pokrytymi skalnym rumowiskiem, gdzie pora deszczowa trwa dwanaście miesięcy w roku. Gdzie woda jest zawsze kwaśna, a ziemia zawsze cierpka. Ta pofałdowana kraina słynie z jezior, ale my mieszkamy na wzgórzach. Ich szczyty toną w chmurach. Żadne nie jest wysokie, ale wszystkie są strome, porośnięte karłowatymi trawami, upstrzone cienkimi pasami gleby przypominającymi plamy po herbacie.
Hodujemy nasze stada na zboczach klifów i uczymy każdą owcę, żeby wylizywała swój talerz do czysta – opanowanie tej sztuki zajęło im pięć tysięcy lat, ale w końcu się udało. Wyjadły wszystko do gołej, czarnej skały i nauczyły się doceniać smak mchu. W czasach, kiedy na łąkach rosły polne kwiaty, a teren był na tyle płaski, że można było sprzedać owce, całe życie przeniosło się na dno doliny Curdale. Niektórzy postanowili zostać. Założyli wioskę i nazwali ją Bewrith. Na początku działał tu targ, potem dokopali się do węgla w zboczach gór, potem do skał łupkowych, a potem, kiedy już nic nie zostało, do wioski zaczęli zaglądać przyjezdni, żeby zjeść szynkę z frytkami, nim ruszą na zwiedzanie pocztówkowej okolicy.
Wszystko to znajduje się w Kumbrii. Dolina, wioska i farma. W fikcyjnym hrabstwie, na którego północy przebiega granica między Anglią i Szkocją, choć tak naprawdę nie pasuje ono ani tu, ani tu. Na wschód od Kumbrii leżą Yorkshire i Northumberland z pasmem Gór Pennińskich, które chronią nas przed kazirodczymi spojrzeniami ich mieszkańców. Od zachodu nasze hrabstwo graniczy z Morzem Irlandzkim, a jeśli kogoś naszłaby ochota, żeby sobie popływać, to nieco dalej ma do dyspozycji wyspę Man. Na południu znajduje się Południe, które nigdy nie jest wystarczająco daleko.
Ludzie ze wzgórz są bardzo przyjacielscy. Tak bardzo, że kiedy dostrzegą twój dom na zboczu skały, swój wybudują wystarczająco daleko, żebyś nie mógł go dostrzec.
Kilometry pustki są jak grube mury.
Dziś rzadko bywam we wsi, choć w przeszłości, jakieś trzydzieści lat temu, bywałem jeszcze rzadziej. Nic się tam nie zmienia. Stoją tu dwa pokryte nieregularnym tynkiem puby, jeden pomalowany na biało, drugi na żółto, każdy z tych pubów przypada na dwadzieścia domów, każdy z tych domów zbudowany jest z łupkowych cegieł, tak nierównych i wyszczerbionych, że aż oczy bolą od patrzenia; kiedy jest sucho, cegły są zielone, w pozostałe dni robią się szare. Każdy mieszkaniec Bewrith, a jest ich koło dwustu, powie ci, że jedyne, co mają, to widok i że to im w zupełności wystarczy. Wszystko, co potrzebne, by przetrwać, przyjdzie samo, bo ludzie troszczą się o siebie nawzajem. Zdejmą ci pranie, jak zacznie mżyć, zrobią wał z worków z piaskiem, jak przyjdzie powódź, będą mieć na oku twoją babcię, twoje dzieciaki albo twoją przeklętą żonę. Będą mieć na oku też ciebie. Bo mieć kogoś na oku można na wiele sposobów. A warto wiedzieć, kiedy ktoś się gotuje w środku i zaraz wykipi, żeby sobie butów nie zmoczyć.
W ten sposób chcę wam przedstawić Williama Herne’a. Jedynego spośród nas, o którym inni chcą słuchać. Hodowcę owiec. Kiedy ludzie zaczynają o nim gadać, zawsze gadają to samo, że był z niego kawał starego, stukniętego drania – jakby na własne oczy widzieli, jak chodzi po ulicach pełen złodziejskich i morderczych zamiarów, tylko się wstydzili go poprosić, żeby przestał. Ale to nie był William, jakiego znałem. A znałem go dobrze, znacznie dłużej niż wszyscy, którzy jeszcze żyją, a ponieważ on sam już odszedł z tego świata, chyba też i znacznie dłużej, niż komukolwiek będzie dane. I kiedy wam mówię, że w ogólnym rozrachunku dobry był z niego człowiek, to mówię tak, bo w to wierzę.
Był farmerem i pasterzem, lepszym niż niektórzy, ale nie bardziej wyjątkowym niż większość. Synem farmera, ojcem farmera, mężem farmerki. Niewiele mówił, więc uznawaliśmy go za faceta z zasadami, a kiedy już się odezwał, wypowiadał się zwięźle i na temat, jakby za dużo gazet czytał. Jeśli mógł, trzymał się z dala od innych, z wyjątkiem swojej rodziny. Szczycił się porządkiem we własnym domu, choć sam nigdy nie sprzątał. Miał mniej więcej tyle samo lat co ja, ale w życiu byście nie powiedzieli, że jest moim równolatkiem. Jak mu wyrosły pierwsze włosy na brodzie, to od razu siwe, w ogóle się nie starzał, bo od zawsze był cholernie stary. Przez ostatnie siedem lat życia nosił woskowany płaszcz, długi jak sukienka. Zapinał go pod samą szyję, przez co wyglądał jak sługa Boży. Jego żona Helen nie pozwalała mu go trzymać w domu, w sensie tego płaszcza, bo tak okropnie śmierdział obornikiem i gorczycą.
Mieszkańcy wsi, podobnie jak ludzie gór, rzadko go widywali. Ale wiedzieli, że jest, że pracuje i że można na niego wpaść, albo gdy się człowiek zgubi gdzieś na wzgórzach, albo w pubie Korona, gdzie miał swój stołek. Mimo to był lubiany, a nawet szanowany – wiadomo było, że komuś takiemu lepiej nie zawracać głowy bzdurami, ale też każdy wiedział, że może się do niego zwrócić, jeśli zajdzie taka potrzeba. W rolę atrakcji turystycznej wchodził jednak odrobinę za mocno. Znalazłoby się kilku przyjezdnych, którzy mogliby przysiąc, że czuli na sobie świdrujące spojrzenie pewnego farmera, mimo że stał na odległym polu, albo że ten sam farmer pokazywał im powtykane wszędzie tabliczki z napisem: „Psy spuszczone ze smyczy zostaną zastrzelone”. A jeśli który się roześmiał, ten zaczynał na nich szczekać jak pies.
Tak więc sami widzicie, że był z niego kawał stukniętego drania. Ale z drugiej strony – kto z nas nie jest. Mamy w głowach tylko to, co nas otacza. Owce, psy, pola. A kiedy otacza nas pustka, śmiało można powiedzieć, że mamy w głowie pusto, tak sądzę.
Na początek opowiem wam o pryszczycy. Ludzie nie chcą o tym mówić, bo się boją, że jak zaczną, to zaraza wróci. Ale bez tego będziecie wiedzieć tylko to, co William zrobił, a nie to, co go do tego skłoniło. Zaczęło się wczesną wiosną 2001 roku. W każdym razie dla nas, tu, w Kumbrii. Bo domyślam się, że tak naprawdę zaczęło się kilka miesięcy wcześniej, w Northumberland, gdzie jakiś ćwok nakarmił swoje świnie kawałkami innych świń z rejonów, w których ludzie nie dbają o zwierzęta. A świnia zeżre wszystko, nawet chorobę, tak mówią.
W tamtym czasie mieszkałem z ojcem na farmie. Montgarth, tak się nazywała. Nasza niewielka farma, odklejona od drogi niczym ledwie widoczny odcisk palca na dolinie. Dom, w którym mieszkaliśmy, i znajdujący się obok budynek gospodarczy zapadały się centymetr po centymetrze rok po roku, wypychając do góry namokłą glebę, aż z wypiętrzonej ziemi wokół farmy utworzył się wał. Wnioskując po tym, jak ojciec dbał o obejście, moglibyście spokojnie założyć, że gospodarstwo od lat stoi opuszczone – dopiero jak się podeszło bliżej, do uszu docierało ujadanie psa, co oznaczało, że ktoś tu jednak mieszka. Zostawione na pastwę losu kamienne murki na polu pozawalały się, a dziury były pozatykane drewnianymi paletami i zwojami drutu.
Przyjechałem na farmę sześć miesięcy wcześniej, żeby pomóc ojcu. Tak bardzo osłabł od tej całej harówki, że na jego widok całkiem zapomniałem, czemu właściwie opuściłem to miejsce. Słabł na swój sposób, tak samo jak robił wszystko inne. Podchodził pod siedemdziesiątkę, co, jak twierdził, w przypadku robotnika fizycznego oznaczało osiemdziesiąt lat. Mógł unieść owcę wysoko nad głowę, ale wejście po schodach do kibla zajmowało mu dziesięć minut. Trzy palce u prawej ręki na stałe wykręciły mu się do środka, a mimo to był w stanie sprawnie operować nożycami do strzyżenia wełny, używając jedynie knykci i kciuka. Nigdy nie prosił o pomoc, ale spróbowałby kto mu jej nie udzielić, natychmiast zostałby zbesztany. Po prostu mówię wam, jak się sprawy miały z moim ojcem. Nie było mnie na farmie przez wiele lat. Pracowałem jako kierowca. W sezonie siewnym jeździłem po polach, zostawiając za sobą chmury wapna wzdłuż całego wschodniego wybrzeża. Tak płaskiego, że człowiek i po piętnastu kilometrach wędrówki nadal widział opadający kurz, który wzbił, ruszając w drogę. Robiłem swoje, aż tu pewnego dnia dzwoni do mnie ojciec, nie mam pojęcia, skąd miał mój numer, i pyta:
– Kiedy wracasz do domu?
– Nie zamierzam nigdzie wracać – odpowiedziałem. – Niedługo będę miał własny kąt, jak tylko zarobię trochę grosza. Rozumiesz, co to znaczy? Żyję na własny rachunek, tak jak mi zawsze powtarzałeś.
– No, nie powiedziałbym.
– Głuchy jesteś czy co?
– Nie aż tak, jak ci się wydaje.
Tydzień później byłem z powrotem w swoim starym pokoju.
Czekaliśmy, aż nowy rok zacznie kwitnąć, kiedy pierwszy raz doszły do nas o niej słuchy. Nie było o tym mowy w lokalnych wiadomościach. Ani w radiu. Tylko ludzie szeptali: „Pryszczyca wróciła”. Jak na miejsce, gdzie całe dnie spędza się jedynie w towarzystwie owiec, całkiem sporo się u nas plotkuje.
Pryszczyca. Tylko farmerzy w wieku ojca pamiętali, co to takiego.
A potem przyszedł list. Przeleżał na podłodze całe rano, aż w końcu daliśmy za wygraną i zajrzeliśmy do środka. W kopercie było mnóstwo zdjęć, cały katalog fotografii przedstawiających zwierzęta z obrzękiem pyska, żebyśmy wiedzieli, na co zwracać uwagę. Owce, które stają się ospałe. Chudną w oczach. Składają ciała na kościach, jakby kładły się w gniazdach. Nieruchome nogi, nieruchome głowy, nieruchome oczy. Pokryte pęcherzami racice, białe racice, gnijące racice. Pokryte pęcherzami pyski, dziąsła, języki. Gorączka i wycieńczenie. Jagnięta, które rodzą się martwe, jakby miały więcej rozumu niż cała reszta. Do tego zalecenie, żeby trzymać stado w zamknięciu, a jeśli się nie da, to maksymalnie je izolować. Żeby się owce nie rozpierzchały po wzgórzach. Ojciec spojrzał na list i powiedział, że mogą mu naskoczyć.
– Nic nie będę robił z moimi owcami.
– Chyba właśnie o to idzie. Żeby nic z owcami nie robić.
– To ja w ogóle odpuszczam. Niech se łażą, gdzie chcą. Same mogą o sobie decydować.
– Tu piszą, że jak się zarażą, to pozdychają.
– Jasne, ochronimy kilka przed śmiercią, żeby potem wszystkie można było pozabijać. To ma według ciebie jakiś sens?
– Chyba chodzi tu o coś więcej.
Na co on kazał mi się odwalić.
Na większych farmach, takich, gdzie potrzeba mapy, żeby znaleźć toaletę i obory ciągnące się niczym tunel wzdłuż pastwiska, mogli sobie trzymać owce w zamknięciu. Nocne lampki uspokajające jagnięta, zatrzaskowe bramki wydzielające pokoje hotelowe dla każdej jarki i maciorki, dla każdego tryka i skopa. Codzienne spacery na smyczy po tuczarni. I legowiska ze słomy, gdzie panował mniejszy tłok niż na poczcie. Takie rzeczy to nie u nas. My nazywaliśmy Montgarth gospodarstwem małorolnym, ale dla innych była to co najwyżej działka rekreacyjna. Nasze stado liczyło w tym czasie zaledwie dwieście sztuk. Teoretycznie to powinno ułatwić sprawę, ale właśnie wkraczaliśmy w sezon wykotu owiec. A nie można przecież oczekiwać od przyszłych matek, żeby przez kilka miesięcy ciąży siedziały zamknięte na dwóch pastwiskach w pobliżu domu.
Nasze stado żyło na wolności, pasąc się na wzgórzach, setki metrów nad doliną. Pozwalaliśmy owcom wędrować po zboczach i graniach, daleko za ostatnimi kamiennymi murami, które wzniesiono, by zatrzymywały mgły schodzące z gór. Żywiły się wszystkim, co wiło się dookoła skał i sękatych drzew, oblepiającymi skalne ściany porostami, spośród których część błyszczała zielenią bardziej intensywną niż odpady jądrowe wyciekające z Sellafield. Jadły turzycę, inne trawy i paprocie kryjące się w szczelinach głazów, i wrzosiec krwisty, który zakwita na różowo i czerwienieje pod wpływem zimna. Ojciec, cały naburmuszony, zamiast zamknąć stado, sam zamknął się w czterech ścianach, gdzie oglądał telewizję i ogrzewał odmrożenia nad grzejnikiem w towarzystwie naszego jedynego psa.
Wyruszyłem jeszcze w nocy. Owce spały wyżej niż muchołówki i gołębie, które nocowały w zagłębieniach wzdłuż grani, wyżej, niż mieściły się sokole gniazda, z których ptaki spoglądały w dół, obserwując swój obiad. Kładły się na nagiej ziemi, przytulone do stromych krawędzi, z uszami przyciśniętymi do podłoża, nasłuchując spadających fragmentów skalnych i kamieni. W miejscu zupełnie nienadającym się dla quadów. I mówiąc szczerze, dla ludzi też niekoniecznie. W ramach przygotowania na to, co mnie czeka, wspiąłem się na bramę pastwiska; po drugiej stronie wznosiły się dwie skalne kopuły, sygnalizujące, że właśnie opuściliśmy łąki Montgarth. Pierwsze zbocze tuż za nimi nazywaliśmy „skórką chleba”. Wiatr płynął po nim niczym rzeka i człowiek wiedział, że koniec jest bliski, kiedy zaczynał trzeć oczy pełne piasku. Ale jak już się udało przez to przebrnąć, nagle ukazywał się szeroki górski grzbiet, gdzie każdy podmuch wiatru wydawał się rześki i skąd łagodna grań prowadziła na sam szczyt Gum Knott. Jedną nogą szedłem po piargu, drugą po gąbczastej darni. Pewnie stawiając kroki. Nim nastanie dzień, nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jesteś tutaj samotny. Ziemia nie ma krawędzi, każdy wybój może okazać się urwistym klifem, a niektóre głazy są tak wielkie, że można je pomylić z niebem, ale droga wcale nie jest trudna, kiedy jedyny szlak to ten wydeptany przez twoją rodzinę w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat.
Dostrzegłem stado, gdy światło mojej latarki odbiło się w oczach jednej z owiec na porośniętym paprociami występie skalnym. Leżały na kupie, tworząc z własnych ciał zasłonę przed wiatrem, i co jakiś czas się zmieniały, żeby okryć się nawzajem niczym kocem. Musiałem je obudzić. Krzyknąłem tak głośno, że aż poczułem smak własnego gardła. W odpowiedzi usłyszałem beczenie. Czekałem, aż się wygramolą na górę, licząc je jedna za drugą: yan, taen, tedderte, medderte, pimp. Cały trik w zaganianiu stada polega na tym, że trzeba mu dać przywódcę, przewodnika, żeby reszta mogła za nim podążyć. W końcu nie bez powodu nazywamy je owcami. W normalnych okolicznościach tym przewodnikiem byłbym ja, a one by szły tak blisko mnie, że gdybym rzucił się w przepaść, skoczyłyby za mną. Ale przyzwyczaiły się do ojca, a wiadro paszy było w stanie utrzymać ich uwagę tylko przez chwilę. No i przypadła mi w udziale robota cholernego psa. Klaskałem pod ich brzuchami, żeby przeskakiwały mi przez ręce, krzyczałem, żeby zapamiętały komendy, dźgałem patykiem w żebra, żeby je popchnąć, tak jak kiedyś popychały je matki. Trzymałem laskę pasterską obiema rękami, żeby łapać za szyję skoczków i sprowadzać ich z góry. Jagnięta są tak samo skore do słuchania jak panienki w ciąży. Kiedy dotarliśmy do skalistych kopuł, niosłem na grzbiecie jednego takiego gnojka.
Spędzenie ich na dwa pastwiska to był dopiero początek. Jeśli znacie Kumbrię, wiecie, jak tu lubi padać. A jeśli nie wiecie, to powiem tak: w niektóre dni jest tu tak zielono, że aż oczy od tego bolą, i nie dzieje się to za sprawą czystego, błękitnego nieba. W tamtym tygodniu lało, jakby świat miał się skończyć, a przy dwustu wchodzących sobie na głowę owcach, stłoczonych na polu przeznaczonym dla pięćdziesięciu, ziemia szybko przeistoczyła się w szlamowatą breję. Zwierzęta truchtały w niej od rana do nocy – miały od tego całe uwalane boki i posklejaną wełnę. Za każdym razem, gdy do nich zaglądałem, błoto zdawało się coraz gęstsze. Tak gęste, że większe owce, te ciężarne z brzuchami szorującymi po ziemi, wolały siedzieć w jednym miejscu przez cały dzień, niż próbować się ruszać.
Trzy dni później ojciec, który od tamtej pory nie wychodził z domu, wreszcie przyszedł je zobaczyć.
– Głęboko na dobre dwadzieścia centymetrów – stwierdził, stając w samym środku szlamu. – Od samego patrzenia grzęzną mi gumiaki. Nie możemy ich tutaj zostawić, Steve.
– Co, chcesz je zabrać do domu? Chyba ci się jeszcze pogorszyło.
– Wal się.
– Wiesz, że nie mamy ich dokąd przenieść.
– Jeśli jagnię wpadnie w to błoto, to już się nie wygrzebie.
– No to będę ich pilnował. Oczyszczę grunt najlepiej, jak się da.
– Będziesz pilnował sześćdziesięciu rodzących owiec naraz? Nawet w Biblii nie ma takich wyczynów.
– Możemy się zmieniać.
– Zmieniać, mówisz? To mam propozycję. Ty weź pierwszą zmianę, a ja przyjdę ci powiedzieć, jak będę gotowy na swoją. – Kiedy się oddalał, słyszałem jeszcze, jak nazwał mnie cholernym idiotą.
To były silne owce i umiały rodzić, ale jagniętom zdarza się tonąć nawet w suche lata. Na farmie mieliśmy wyłącznie herdwicki. Nie hoduje się ich prawie nigdzie indziej na świecie, co poczytywaliśmy sobie za powód do dumy. A nie za ostrzeżenie. Są przystosowane do życia na zboczach wzgórz, gdzie deszcz pada poziomo albo na skos lub wystrzeliwuje z ziemi w górę. Gdybyście mnie zapytali przed tą epidemią, powiedziałbym, że są w stanie wytrzymać wszystko. Są twardsze niż kozły śnieżne i z politowaniem patrzyłyby na kogoś, kto krzywi się w paskudną pogodę. Białe łby w kształcie cegły, grubsze i bardziej kanciaste niż kamienne płyty, z których zbudowano otaczające je murki. Całymi miesiącami trzymaliśmy nasze stado na zboczach, pozwalając owcom żyć niemal jak na wolności. Kiedy wracały po zimie, były obrośnięte kołyszącą się na boki wełną, dwa razy większą od nich samych. Jej szare placki zlewały się z resztkami niebieskiej i czerwonej farby z okresu rui oraz zaschniętym od tygodni gównem.
Jedyne, co mogłem robić, to obserwować je w dzień i w nocy, przygotowując się na przyjście na świat pierwszych jagniąt. W głowie sporządziłem listę owiec będących najbliżej porodu i robiłem regularne obchody całego stada, żeby sprawdzić każdą po kolei. Z takim zapamiętaniem starałem się oczyścić grunt z błota, że prawie dokopałem się do samego piekła, i ze wszystkich sił zapierałem się nogami o ziemię, kiedy trzeba było przenieść owcę z miejsca na miejsce. Przewracałem koryta i robiłem z nich kładki. Ubijałem legowiska ze zrębków drewna. Kiedy nie mogłem się już utrzymać na nogach, drzemałem w Land Roverze albo kładłem się pod murkiem, jakbym sam należał do stada. Po czterech nocach brodzenia w bezdennym błocie nasza największa dziewczyna była gotowa; przestała jeść i zrobiła sobie dzień postu, potem z obniżonym zadem i wydętymi wymionami poczłapała do odosobnionego zakątka. Wtedy też zjawił się ojciec, jakby wiedział dokładnie, że już czas. Na głowie miał nachodzący na uszy wędkarski kapelusz z miękkim rondem. Usiadł przy mnie z termosem pełnym herbaty.
– Idealna noc.
– Też bym tak uznał, gdybym cały dzień się wylegiwał – odparłem.
– Nie należę do tych, co marnują cenne chwile odpoczynku. – Napił się z termosu. – Wiesz, to był ulubiony czas twojej mamy. Okres wykotów. Ona chyba też mało wtedy sypiała.
– Pamiętam.
– Jasne, że pamiętasz.
– Co ona by na to powiedziała?
– Bywało gorzej. Za młody jesteś, żeby to pamiętać, ale był taki jeden rok, kiedy stado nam się rozchorowało, i to naprawdę ciężko. Straciliśmy połowę jagniąt. Rodziły się całe powykrzywiane, a maciorki wchodziły w ściany z zamglonymi oczami.
– Czyli ogólnie rzecz biorąc, teraz nie jest jeszcze aż tak źle.
– Nie wydaje mi się. Wiem, że jesteś taki sam jak cała reszta. Uważasz mnie za starego durnia, bo pozwoliłem, żeby stado za bardzo się skurczyło. Ale każda jedna z tych owiec jest warta tyle co dziesięć z jakiejkolwiek innej farmy.
– I dlatego dostajesz za nie dziesięć razy więcej.
– Dostawałbym, gdyby ludzie mieli odrobinę rozumu.
– No tak, bo połowa tej ceny to dla ciebie za mało.
– Co ty tam wiesz. – Wstał, żeby przyciągnąć jedną z ostrzyżonych owiec. – Powiedz mi, że to nie jest najpiękniejsza owieczka, jaką w życiu widziałeś. – Przejechał rękami po jej grzbiecie, by pokazać, że jest idealnie prosty. Ściskał mięśnie łopatek i bioder, odciągnął wargi, odsłaniając idealnie równe uzębienie. – Niektóre z nich noszą w sobie trzysta lat tradycji. Wszystkie to potomstwo Admirała Rusta. Książki o nim pisali. – Wypuścił zwierzę, które wróciło do reszty stada. – Nie widzisz tego, prawda? – dodał, śmiejąc się pod nosem. – Nigdy nie widziałeś.
Siedziałem w milczeniu, jak zawsze, kiedy popadał w taki ton.
– To coś, co do znudzenia powtarzał mi mój ojciec. „Trzeba się im poświęcić bez reszty”. Za każdym razem, gdy o tym myślę, wydaje się to bardziej prawdziwe. Niby koniec końców owce nas karmią, ale to my najpierw musimy przeliczyć sobie koszt tego wszystkiego, co po drodze tracimy bezpowrotnie. Z każdym rokiem odzyskujesz nieco mniej sił niż w poprzednim i dopiero kiedy oddasz już większość zdrowia, zaczynasz odczuwać jego brak. I wtedy rozumiesz, jaki zawarłeś układ.
– No więc co teraz? – zapytałem.
– Czekamy, aż dadzą nam znać.
Nasza duża dziewczyna znalazła jedyny pozostały skrawek suchej trawy i leżała na nim aż do świtu, a potem pękł jej worek płodowy. Głowę ułożyła w błocie. Przez godzinę trzęsła żebrami, jakby się zaraz miała porzygać, i parła na boku. Potem usunęła resztki pęcherza płodowego z czarnego jagnięcia i zaczęła zlizywać śluz z jego nosa i oczu, aż mogło zamrugać. Kolejna owca położyła się na ziemi. Garbata panna z krzywym uśmiechem. Trzy jagnięta wystrzeliły z niej niczym pęta kiełbasy. Zanim zdążyłem się do niej dostać, zżarła z nich całą błonę. I wtedy reszta poszła za ich przykładem. Ułożone na boku albo pochylone, z podkulonymi nogami albo na stojąco, ciężko dysząc, rodziły z otwartymi oczami, w takim tempie, że nawet nie zdążyły się porządnie umęczyć.
Po tamtej nocy ojciec towarzyszył mi już do końca wykotu – nigdy wcześniej nie widziałem, żeby tak harował. Pod każdym ramieniem głowa owcy, twarz czerwona od zimna i jeszcze bardziej od potu. Przyjmował na klatę kopnięcia wierzgających owiec, ślizgając się na mokrej ziemi najpierw w butach, potem boso, potem na rękach i kolanach i wciągając je ze sobą w błoto. Tylko po sapaniu i wydętych policzkach dało się poznać, że to on jest w tej brei.
– Zwolnij – powiedziałem do niego. – Chcesz dostać ataku serca? – Na co odpowiedział, że jego serce nieustannie odpiera ataki od czasów drugiej wojny światowej. Wtedy i ja zwiększyłem tempo, przypominając sobie, po co ten cały pot i smarki. Bałem się nawet łyknąć wody, żeby mój organizm nie pomyślał sobie, że czas na przerwę. Jakby wydawało nam się, że jeśli damy z siebie wszystko, nikt nie będzie mógł nam niczego odebrać.
Była w stadzie taka jedna owca, co miała uszy jak królik i od dwóch zim niestrzyżoną wełnę, prawie tak czerwoną jak muchomor. Zaczęła rodzić, a teraz leżała bez sił, jakby uszło z niej całe życie – chciała przeć, ale tylko pokasływała. Cuchnęła jak śmieci, które trzeba wynieść. Wystawały z niej dwie nogi jagnięcia, a ona cały czas próbowała się podnieść albo przykucnąć. Przewróciłem ją na bok, przycisnąłem do ziemi i na koszulę trysnęła mi siara. Zabrałem się do dzieła. Ostrożnie włożyłem w nią rękę. Związałem nogi jagnięcia sznurkiem i zacząłem poruszać nimi na boki, żeby zrobić trochę miejsca. I ponownie wywołać akcję porodową.
W końcu wyszło z niej parujące jagnię. Przeniosłem je kawałek dalej, żeby sprawdzić, czy da radę poruszać się o własnych siłach. Spojrzałem na matkę, ale każdy jej kolejny oddech stawał się płytszy od poprzedniego, a ja musiałem zająć się maluchem, którym potrząsałem tak długo, aż w końcu sam był w stanie się otrząsnąć. A tymczasem jego matka zmarła.
– Trzeba go jakoś nazwać – powiedział ojciec, zaglądając mi przez ramię.
– A od kiedy ty dajesz imiona owcom? Czy raczej baranowi, w tym przypadku.
– Na starość robię się sentymentalny.
– No przecież właśnie dlatego się na to nie zgadzałeś. Żeby nie było sentymentów.
– Po prostu nigdy nie miałem głowy do imion.
– No dobra – powiedziałem, spoglądając na jagnię. – To może Rusty?
– Oj, wysoko mu stawiasz poprzeczkę takim imieniem.
– Ile ty masz lat, co?
Słysząc to, roześmiał się, po czym wziął truchło matki w ramiona i je wyniósł.
Ponieważ w trakcie wykotu nie miałem czasu na nic innego, nie docierały do mnie żadne wieści, a ojciec unikał telefonu jak samej zarazy.
Teraz jeszcze bardziej niż zwykle odczuwaliśmy to, że jesteśmy całkiem sami. Nikt nie przyjeżdżał na farmy, nikt nie chciał ryzykować. Przysyłali nam jedzenie. Zapiekanki z mięsem i ziemniakami, ciasto owocowe, wszystko szczelnie popakowane płynęło do nas wraz z rzeką środków odkażających. Ale szybko okazało się, że i to jest za bliski kontakt. Człowiek mógł przenieść zarazę w nosie, we włosach, w śluzówce oka – już samo patrzenie na farmę było niebezpieczne. Nawet przyjezdni nie byli na tyle głupi, żeby do nas zaglądać.
Zdałem sobie z tego sprawę, dopiero jak po martwą owcę przyjechał rzeźnik. Ledwie dało się go do nas ściągnąć, tyle miał roboty.
– To była normalna śmierć – wyjaśniłem. – Jak natura przykazała.
– Wierzę – odpowiedział, pętając nogi owcy łańcuchem i taszcząc ją do furgonetki.
– Zmarła przy porodzie. Choć swoje lata też już miała.
– Klasyka.
– Dużo masz jeszcze dzisiaj wezwań?
– Właśnie jestem w trakcie przerwy na obiad.
Nie patrząc mi w oczy, zabrał się i odjechał.
Nie sposób było nie widzieć objawów. Jagnięta przyszły na świat bez komplikacji, ale czuło się, że coś jest nie tak – niektóre nie miały tyle werwy co ich matki. Głowy ciężko im zwisały, jakby miały za cienkie szyje. Ojciec patrzył na nie i stwierdzał: „Jeszcze nie zeszło z nich całe błoto, to przez to są takie powolne”. Czas jednak mijał, a one jakoś się nie ożywiały. Wtedy znajdował inne przyczyny. Mówił, że mamy zimny rok. Że to przez śnieg, który zalega na nizinach. Przez otwarte beczki z chemikaliami. Spaliny rozdmuchiwane przez wiatr. Pikujące myszołowy. Cherlawe wrony na płocie. Pomruki niosące się wśród wzgórz. Nerwowy dotyk naszych rąk. Pożółkłe kępy sadźca, szkarłatki czy świbki. Bezpańskiego kundla. Brak krwi baranka na drzwiach. Gorączkę mleczną. Chorobę niebieskiego języka. Kołowaciznę. Niesztowicę. Nicień płucny. Świerzb. Anomalie anatomiczne. Pasożyty.
Codziennie wymyślał nową teorię. Ale ja się nie musiałem zastanawiać. Pryszczyca. Od powtarzania tego pieprzonego słowa robiło mi się niedobrze.
Odwiedził nas weterynarz. Nazywał się Robbie Slater – dobry chłopak, a do tego miejscowy. Zaanonsował się jeszcze przed kratownicą dla bydła i wysiadł z samochodu ubrany jak biały gumowy kosmonauta. Poszedłem się z nim przywitać, a on mówił do mnie, jakby mnie w ogóle nie znał. Zamiast krowim łajnem tym razem czuć było od niego szpitalnym środkiem odkażającym.
Zabrałem go na pole, gdzie przebywały nasze owce. Siedziały rzędem pod murkiem. Przyprowadziłem mu jedną, trzymając rękę pod jej szyją, jakbym ją prezentował na wystawie. Podciągnął owcę za przednie nogi i usadził na tyłku. Przesunął kciukiem w rękawiczce po jej zębach i poruszał nogą, żeby dobrze wszystko obejrzeć, a potem ją wypuścił. Wysłał mnie po następną i następną. Po zbadaniu czterech czy pięciu sztuk stwierdził:
– Trochę powolne, co nie?
– Dziwisz się? Siedzą tu zamknięte, to się rozleniwiły.
– Czyli izolujecie je tak, jak trzeba?
– No jasne, przecież sami kazaliście.
– W tych stronach to wcale nie takie oczywiste. – Podniósł z ziemi jedno z jagniąt, ale badał je tylko przez chwilę i zaraz odstawił z powrotem. Potem stał i obserwował, jak się kładą.
– Oglądałeś je ostatnio?
– Przecież nie siedzę tu z nimi codziennie z zamkniętymi oczami.
– Czy zaglądałeś im do pysków, Steve?
– Dlaczego do pysków?
– Część ma uszkodzenia na dziąsłach.
– Uszkodzenia? No pewnie, że mają uszkodzenia. Jakbyś oskubał połowę tego cholernego zbocza, to też byś miał skaleczenia między zębami.
– Nie, to zmiany chorobowe.
– To znaczy, że są zarażone?
– Trudno powiedzieć.
– A ile widziałeś innych owiec, które to mają?
– Trudno powiedzieć.
– To może zacznijmy od czegoś łatwiejszego. U ilu z tych, którym robiłeś testy, wyszedł pozytywny wynik?
– W tej chwili nie przeprowadzamy testów.
– Chcecie je zabić bez żadnych badań?
– Wszystkie, które znajdują się w promieniu pięciu kilometrów od miejsca wybuchu epidemii. Służby się nie patyczkują. Ja jestem tu tylko, żeby zobaczyć, jak daleko rozprzestrzeniła się choroba.
– A gdzie się zaczęło?
– W Caldhithe. Na farmie Williama Herne’a.
Najpierw pojawiła się jedna furgonetka, a za nią druga. Z obu wysypali się żołnierze, prosto na naszą farmę, ubrani na biało, wyposażeni w miotły, wiadra i broń. Oparli ciężkie buciory o zderzak i popryskali je środkiem bakteriobójczym.
Zapukali do naszych drzwi. Grzecznie. Miło. I zaczęli wydawać polecenia. Babka, która nimi dowodziła, znała się na rzeczy.
– Potrzebujemy zewnętrznego kranu. Trzeba je tu wszystkie sprowadzić. Gdzie macie rampy załadunkowe? – Zebrała wszystkich swoich ludzi i kazała im się ustawić w szeregu. – Jak to nie macie ramp? – Pokręciła głową. – Dobra, damy radę z tym, co jest. – Powtórzyła to kilka razy. – Damy radę z tym, co jest. – Była bardzo uprzejma. Przypomniała nam o formularzach. Tonem, w którym nie było nic a nic, czym mogłaby mnie urazić.
Ruszyłem na pole i wszedłem między nasze zwierzęta. Wszelkie oznaki choroby zdążyły się gdzieś pochować. Owce zebrały się wokół mnie i zaczęły podążać za moimi kołyszącymi się po bokach rękami. Nasza suka Molly krążyła nisko przy ziemi, od murku do murku, większą uwagę zwracając na mnie niż na herdwicki. Przyłożyłem gwizdek do ust.
– Idziemy, idziemy.
Molly ogarnęła stado i zapędziła je do otwartej zagrody, pilnując porządku, kiedy przelewało się przez bramkę. Żołnierze, w swoich kombinezonach do zabijania, stali i obserwowali. Z rękami założonymi na plecach, w rękawicach sięgających łokci, ze stopami w kondomach. Z przyczepy zrobili rzeźnię na kółkach. Chcieli, żeby każda egzekucja odbyła się szybko i sprawnie, nie dając owcom pola manewru. Te już zabite zamierzali rzucać na jeden stos i od razu zwalniać miejsce na stojakach dla kolejnych zwierząt. Zwłoki miały być obficie spryskiwane środkiem dezynfekującym, żeby wytrzymały do czasu spalenia.
Na początku zabijanie szło gładko, o ile zabijanie może iść gładko. Jeden strzał, głuche uderzenie o deski, od czasu do czasu beknięcie. Obok pies pasterski pilnujący, żeby owce stały spokojnie. Lufa przyłożona do tego samego miejsca między uszami, pod takim kątem, żeby kula została w głowie. To nie pistolety były winne temu, co się stało potem. Chaos zaczął się na stojakach, śliskich od błota, puszczających pęcherzy i krwi przelanej z ciężkim sercem, a potem dosięgnął drewnianej platformy i jeśli nie zdążyliśmy przytrzymać owiec, staczały się z niej i lądowały na głowie albo w podskokach uciekały na pole. Mieliśmy małą zagrodę, więc kiedy jedna owca wyłamała się ze stada, zaraz szła za nią druga, a potem wszystkie, tłocząc się i przepychając, grzbiet przy grzbiecie. A jeśli która się zatrzymała, inne zaraz ją tratowały. Barany na przedzie tłukły rogami o murek, aż trzęsły się kamienie, a jarki na tyłach napierały i wdrapywały się na inne owce jak na schody. Jedna wgramoliła się tak wysoko, że zahaczyła o drut i rozcięła sobie brzuch. Przewaliła się na drugą stronę, robiąc wyrwę, przez którą pozostałe mogły zacząć uciekać.
– Tutaj! – krzyknąłem na Molly. Próbowała szczekać na te z przodu, żeby je zawrócić. – Tutaj!
Dostała kopytem w oko i sama dała nogę. Skuliła się pod krzakiem głogu, zaczepiając sierścią o cierniste gałęzie i łodygi wełnianki. I narobiła pod siebie.
Można by sądzić, że żołnierze będą mieli więcej oleju w głowie niż owce. Ale oni też dostali szału. Biegali za nimi i strzelali gdzie popadnie, nieważne, czy owca była akurat oparta o mur, o koryto czy o inne owce. Rzucali się na nie z nożami, z całej siły dźgali, aż ostrza im się klinowały w grzbietach i musieli je wyszarpywać obiema rękami. Wbijali baranom pręty w czaszki, chwytali je za rogi i siadali na nich okrakiem, żeby je unieruchomić, a gdy ustały przedśmiertne spazmy, zeskakiwali i dopadali kolejne zwierzę.
Postanowiłem stamtąd spieprzać. Przesadziłem bramkę i puściłem się pędem przez pole, udając, że gonię uciekające owce. Złapałem jedną za przednie nogi i przewróciłem. Inne jarki na mój widok zaczęły padać na ziemię. Biegłem dalej. Słyszałem, jak żołnierze krzyczą:
– Dawać tu tego farmera. Trzeba je uspokoić!
Połowa stada była martwa, niektóre zwierzęta miały roztrzaskane czaszki, inne plamy krwi z ran postrzałowych, wolno rozchodzące się po gęstej wełnie. Żołnierze zagonili małą grupę z powrotem do obory. Tam owce zaczęły stawiać opór – machały głowami, gotując się do ataku, i niczym lisy rzucały się na każdego, kto próbował podejść bliżej. Jeden wysoki żołnierz wylądował na tyłku z podeptaną klatką piersiową. Zanim się podniósł z ziemi, zastrzelił owcę, która mu to zrobiła. Oddział posuwał się wolno naprzód, posyłając każdemu zwierzęciu po trzy, cztery kule.
– Gdzie jest ten sukinsyn? – Kierująca akcją babka dostrzegła mnie na polu. – Nie wypuszczać ich. – Nie bardzo wiedziałem, do kogo mówi. Przeklęła siarczyście, podeszła do psa, podniosła go z ziemi i zaczekała, aż wrócę. – Bierz ją i wracaj do domu.
– Nie jestem wam już potrzebny?
– Przecież sam chciałeś tu być.
– Bo to moje owce.
– Do środka.
Mocno ścisnąłem Molly, żeby ją unieruchomić. Szczekała mi prosto do ucha i drapała miękkimi pazurami. Wciskała mi nos w szyję, a ja pod palcami czułem jej żebra. Pamiętam, że pachniała herbatnikami. W domu też nie chciała się ode mnie odkleić, więc musiałem ją przewrócić na plecy i położyć do łóżka. Poszedłem do kuchni i kilka razy zagotowałem wodę w czajniku, a przede mną wciąż stał pusty kubek. Zastanawiałem się, czy będę jeszcze kiedyś w stanie spojrzeć na owcę, nie wyobrażając sobie zakrwawionej dziury w jej głowie. Włączyłem telewizor i przez kilka godzin się w niego gapiłem, jakbym był chory. Nieważne, jak bardzo podkręcałem dźwięk, cały czas słyszałem strzały, ale przerwy między jednym a drugim hukiem stawały się coraz dłuższe, aż wreszcie zapadła cisza.
Znów rozległo się pukanie do drzwi. Szefowa oddziału przyszła mi powiedzieć, że już się zbierają.
– Kiedy będziecie je palić? – zapytałem.
– Macie małą farmę – odparła. – Ci z Caldhithe stracą tysiące owiec. Albo i więcej. Może uda nam się jutro. Może za tydzień, może za dwa.
– Nie moglibyście ich chociaż przenieść? Żeby nie leżały w zagrodzie?
– Wy możecie. Ale nie radzę.
– Widać je z kuchni. I z kibla. Wystarczy wyjrzeć przez cholerne okno.
– Tego też radzę nie robić – powiedziała. Więc zaciągnąłem zasłony.
Pomimo tego, co mówiła, zwłoki owiec zabrali już następnego dnia i przewieźli do dołów wykopanych w dolinie trzy kilometry dalej. Akurat w naszym przypadku szybko się z tym uwinęli. Na niektórych farmach ciała zalegały na pastwiskach tak długo, że woda zaczęła smakować wełną. W Montgarth jedynym śladem, jaki po nich pozostał, była krew na drodze, którą je wywieziono.
Następnego ranka po tym, jak je zabrali, po raz pierwszy w życiu zaległem w pościeli, czy jak to tam się mówi, kiedy jest piąta rano, a ty od tak dawna wpatrujesz się w kształty dookoła twojego łóżka, że zaczynasz widzieć w ciemności. Wstałem i włożyłem gumiaki, bo chciałem się czuć użyteczny. Myślałem, że jak wrócę na pole, będę wiedział, co robić.
Poszedłem na wzgórza – czułem się tak mały jak wszystko, co majaczyło na horyzoncie. Pastwisko, ubłocone i poorane bardziej niż zwykle, było pogrążone w ciszy. Pewnie wam się wydaje, że tam, gdzie człowiek ucieka od całego tego zgiełku, zawsze jest cicho. Ale ja się przekonałem na własnej skórze, co to znaczy prawdziwa cisza. Prawdziwa cisza jest wtedy, kiedy dzwoni ci w uszach, chociaż wcześniej nie wiedziałeś, że tak może dzwonić. Prawdziwa cisza to wszystko, czego nie słychać. Kawki, wrony i gawrony milczą, gdy w powietrzu czuć śmierć.
Patrzyłem na puste pola, zastanawiając się, jak zacząć od nowa. Słyszałem, że niektórzy goście zaczęli sadzić jabłonie na cydr i takie tam – i że nieźle im się wiodło. W końcu jabłek nie prowadzi się na rzeź. Truskawki. Na tym też dałoby się wyjść na swoje. Można je hodować nawet na psim gównie i będą w porządku. Nie żeby wyrosły większe niż agrest, nie w tych stronach. Albo kapusta. Żaden mądrala ci nie powie, czy jest zepsuta, czy nie.
Stałem w miejscu, gdzie żeśmy przyjmowali jagnięta na świat, i myślałem o tych wszystkich kłamstwach, gdy nagle usłyszałem głos.
Jak. Jak. Jak.
Każde słowo siekło jak ostrze i jeszcze długo rozbrzmiewało w uszach niczym zacięta płyta. Jak.
Na wzgórzach dźwięk się niesie jak nigdzie indziej. Rozejrzałem się, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ojciec się w pobliżu nie kręci. Ale wokół ani żywej duszy. Głos milkł, a potem znów się odzywał. Przytłumiony. Jakby dochodził z puszki gdzieś w moim mózgu. Uderzyłem się pięścią po głowie, żeby odpuściło, i obróciłem na pięcie, żeby zobaczyć, czy mi się za plecami nie chowa. Przyszło mi na myśl, że może zwariowałem. Ale jakoś niespecjalnie się tym przejąłem.
Kiedy się poruszałem, przybierał na sile albo cichł. Błąkałem się bez celu, tropiąc dźwięk niczym różdżkarz. I jak na uprzejmego faceta przystało, odciąłem mu się: Co jak? Co, do cholery, jak?
Ale on miał tylko jedno do powiedzenia: Jak.
Dotarłem do miejsca, gdzie wydawał się najgłośniejszy, i tak długo stałem bez ruchu, aż hałas ustał. Dokoła nie było nic, tylko błoto pod moimi stopami, a jednak do dziś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ktoś tam wtedy ze mną rozmawiał.
Nagle błoto się poruszyło. Coś zadrżało, choć ciężko mi było stwierdzić co. Jak, powiedział głos.
Podszedłem bliżej. Weź już przestań. Jak mam zrobić co?
Usłyszałem beczenie. Beczenie jagnięcia. Wiedziałem, że to musi być to. Młode herdwicki są czarne jak smoła, nawet oczy mają czarne. Uklęknąłem, żeby się lepiej przyjrzeć, i zacząłem rozgrzebywać błoto. Poruszałem się na czworakach, aż w końcu zobaczyłem, gdzie się chowa ten mały gnojek. Oddychał całym ciałem, a na grzbiecie miał więcej ziemi niż mięśni. Zacząłem kopać, wyciągając kolejne zimne grudy błota. Zobaczyłem czerwonawobrązowy odcień wełny. Zobaczyłem, że to Rusty. Powycierałem go kurtką, na tyle, na ile się dało, i opatuliłem płaszczem przeciwdeszczowym.
W domu było za zimno, żeby go ogrzać. Ojciec nie palił w piecu – mówił, że tu się tylko śpi. Musiałem napuścić wody do wanny i dolać trzy czajniki wrzątku. Rozmroziłem trochę siary i chwyciłem jagnię za gardło dwoma palcami, żeby wprowadzić mu rurkę sondy do żołądka, a nie do płuc. Najpierw zadrżały mu powieki, potem łopatki, a potem kolana. Z każdym dreszczem wracał do życia. Owinąłem go kocem, posadziłem obok na kanapie i zaczęliśmy oglądać telewizję. Szybko odzyskał formę, pożerając wszystko, co mu podstawiłem pod nos, i radośnie srając na dywan. Nie mogłem się powstrzymać i co rusz zaglądałem mu do pyska, wypatrując zmian chorobowych. Siedziałem z nim tak długo, aż na dworze zrobiło się ciemno. Wszystko, co zostało z naszej farmy, śpiące na moich kolanach.
Byliśmy jednym z pierwszych gospodarstw, na których przeprowadzili odstrzał. I chyba ucierpieliśmy na tym mniej niż większość, bo nie mieliśmy aż tyle do stracenia. W dzieciństwie słyszałem historie o Westmorland od ojca, od dziadka i od innych farmerów. Z czasów, zanim Kumbria w ogóle zaczęła istnieć. Tak jak się opowiada o starych znaczkach czy o lokomotywie parowej, tak oni opowiadali o tym, co zrujnowało każdą farmę. Jak żołnierze wracający wspomnieniami do wojen, w których brali udział. Nas pogrążyła zaraza, to była nasza historia, ale ja cały czas miałem wrażenie, że jej nazwa to wcale nie pryszczyca. Jednej rzeczy nie mogłem sobie wybić z głowy, tak jak odgłosu beczenia. William Herne. Cholerny William Herne.
Williama Herne’a znałem całe życie. Od najmłodszych lat byliśmy sąsiadami, choć nie widywaliśmy się na co dzień, bo dzieliły nas wzgórza. Mieszkał w Caldhithe, jednym z ostatnich gospodarstw znanych jako wielkie farmy Westmorland, tak dużym, że nawet zaznaczyli je na mapach Curdale. Jeśli powiem, że stado Herne’a liczyło tysiąc owiec, może nie zrobi to na was aż takiego wrażenia, ale myśmy uważali, że to naprawdę sporo. No i był jedynym właścicielem. Całego Caldhithe.
Większość farmerów to dzierżawcy. Więc jak wam który powie, że macie się wynosić z jego ziemi, to nie do końca będzie mówił prawdę. To jedna z tych rzeczy, które warto wiedzieć o życiu na naszych wzgórzach. Nie chodzi o pieniądze. W tych stronach opłaca się osiedlać chyba tylko po to, by móc się poczuć najważniejszym człowiekiem w promieniu kilku kilometrów. Jak posiadasz coś na własność, jesteś kimś. Każdy wąwóz, potok, wodospad, klif, każde mokradło, każda dolina i każdy biały od deszczu i wiatru głaz należy do ciebie. Każdy krzew dzikiej róży i kolcolistu w rowie przy drodze, a nawet sama droga. Każda olcha i każde pole, na którym rośnie, każde nasiono brzozy w brzuchu pliszki czy wróbla. Jeśli ktoś wejdzie na twoją ziemię, to tylko dlatego, że mu na to pozwolisz. Jeśli spędzi cały dzień, napawając się widokiem gór, to tylko dlatego, że mu go użyczysz, bo to twój widok. Nasza górzysta kraina to kraina pustki, więc nikt nie będzie miał do was pretensji, że nie kojarzy wam się z imperium, ale dla nas tym właśnie była, a już zwłaszcza dla Williama.
Ziemia pod jego stopami należała do niego i uważał, że to dotyczy każdego miejsca, gdzie się akurat pojawił. Każdy z nas miał o nim jakąś historię. Handlował nie swoimi rzeczami: czerwonym dieslem albo porzuconymi wózkami z kopalni łupków. Używał paszy, od której nawet najtwardszy bokser by się porzygał. Dzięki temu jagnięta zyskiwały dodatkową porcję masy mięśniowej, tłuszczowej i kostnej. Jego owce szwendały się nie po tej stronie Bletter Pike, co trzeba, jego barany uganiały się za naszymi panienkami, a on uważał, że to dla nich komplement. Jak mu powiedziałeś, żeby się od ciebie odwalił, kazał ci lecieć na skargę do właściciela twojej farmy.
Ale ja się tym nie przejmowałem. Jeśli tu nie możesz robić, co chcesz, to nigdzie nie będziesz mógł. Dopóki się mnie nie czepiał, odpłacałem mu tym samym.
Od egzekucji naszego stada minął tydzień. Nie miałem nic do roboty, a od oglądania telewizji robiło mi się już niedobrze, więc próbowałem siadać w kuchni przy stole, sam na sam ze swoimi myślami, tylko że od tego myślenia robiło mi się jeszcze bardziej niedobrze niż od telewizji, więc się przerzuciłem na radio. Chciałem posłuchać, co mówią. Włączyłem wiadomości, jakbym nie wiedział, co usłyszę. Na każdej cholernej farmie w Curdale przeprowadzili ubój, w Ullswater i w całym Eden to samo, nie zostawili przy życiu ani jednej krowy i ani jednej owcy po naszej stronie Piszonu. Nie oszczędzili żadnego gospodarstwa. Z wyjątkiem jednego. Mieli problem z Caldhithe, i to od wielu dni. Z farmą Williama Herne’a.
– A może bym do niego poszedł i z nim pogadał? – powiedziałem do ojca, smarującego masłem grzankę. – Do Williama.
– Po co?
– Dowiedzieć się, co się dzieje. Przemówić mu do rozsądku, o ile jest jeszcze do czego przemawiać.
– Myślisz, że gadaniem coś wskórasz?
– To lepiej siedzieć na tyłku i nic nie robić?
– Najbogatszym gościom, których znam, płacą za to, żeby cały dzień siedzieli na tyłku. Więc chyba coś w tym jest.
Pod stołem rozległo się pobekiwanie. Stojące pod nim jagnię skubało moje spodnie. Uczyło się chodzić, chwiejnie stawiając kroki i patrząc dookoła tymi swoimi oczami, tak czarnymi, że można by pomyśleć, że jest ślepe. Wziąłem je na ręce i położyłem sobie na kolanach.
– Zaniosę mu Rusty’ego.
– A po co mu jagnię karmione butelką?
– Baran musi mieć stado. A tylko Williamowi zostały jeszcze jakieś owce.
– Słuchy chodzą, że i to się niedługo zmieni.
– Chcę pokazać temu sukinsynowi, co nam zrobił.
Wstałem, wziąłem Rusty’ego pod pachę i zacząłem szukać kluczyków.
– I co, tak po prostu wychodzisz? – zapytał ojciec, który nagle wydał mi się bardzo mały na swoim krześle.
– Mam dosyć czekania.
Caldhithe leży sześć kilometrów od Montgarth w linii prostej, ale samochodem jedzie się pół godziny po wiejskich drogach, które są jednokierunkowe w zależności od tego, dokąd się zmierza. Farma Williama znajdowała się w najniższym punkcie doliny, więc bez względu na to, skąd człowiek przyjeżdżał, zapadał się coraz niżej i niżej, a zostawione w tyle wzgórza i drogi przybierały w lusterku wstecznym kształty urywających się nagle klifów. Tamtego dnia na jezdni było więcej bażantów niż samochodów. Kiedy rozejrzałem się dookoła, stwierdziłem, że coś mi tu nie pasuje. Jechałem szosą wijącą się ciasno między biegnącymi po obu jej stronach murkami, a nawietrzne stoki łagodnie opadały przed moimi oczyma. Wszystko było na miejscu. Brakowało tylko góry. Takie miałem poczucie. Ani jednego zwierzęcia w zasięgu wzroku, no wiecie, ani jednej owcy. Można by pomyśleć, że wzgórza są całkiem martwe, gdyby nie słupy dymu, które sprawiały, że wydawały się bardziej pełne życia niż kiedykolwiek.
Z drogi na farmę prowadził tylko jeden wjazd, a że ziemia tu się układała akurat tak, nie inaczej, to niezależnie od tego, czy człowiek był blisko, czy daleko, farma wyrastała mu przed oczami znienacka, jak na chwilę przed czołowym zderzeniem. Ale tego dnia nie sposób było jej przeoczyć z powodu masy zaparkowanych wokół samochodów. Trzy albo cztery Land Rovery ustawione krzywo wzdłuż drogi, jeden za drugim, a pośrodku blokująca pas wojskowa furgonetka, która robiła za wagon bydlęcy dla żołnierzy. Trochę dalej, na poboczu, stał wóz policyjny, rzucając na jezdnię snopy białego i niebieskiego światła. Żołnierze, młode chłopaki z gładko ogolonymi głowami, w ciężkich, wypolerowanych buciorach, siedzieli na maskach samochodów, z nieprzyjaznym wyrazem twarzy, podając sobie fajki i bułki z parówką. Nie ruszyli się z miejsca, żeby mnie przepuścić.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
Al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
