Poznać, pokochać, naśladować - o. Remigiusz Recław SJ - ebook

Poznać, pokochać, naśladować ebook

o. Remigiusz Recław SJ

0,0

Opis

Jeśli chcesz zrozumieć, co dzieje się w twoim życiu – potrzebujesz kogoś, kto znacznie przewyższa cię doświadczeniem i umie się nim dzielić. A jeśli dodatkowo marzysz, by coś istotnego zmieniło się w twojej codzienności – może czas poszukać sobie mistrza?

Mistrz to ktoś, przy kim można uczyć się przez obserwację i zadawać pytania, towarzysząc mu w drodze. Mistrz nie krąży utartymi ścieżkami, ale uczy myśleć inaczej. Patrzeć poza to, co zewnętrzne. Rozumieć i mądrze wybierać. Kochać… Czy wiesz już, kogo szukasz?

Ta książka jest zaproszeniem do drogi z prawdziwym Mistrzem – Jezusem z Nazaretu. Jeśli chcesz Go poznać, towarzyszyć Mu i od Niego uczyć się kochać, twoje życie może się bardzo zmienić. A każdy, kto rusza z Nim w drogę, pozostawia po sobie trwały ślad na ziemi: miłość.

Proponowanym sposobem modlitwy w książce jest kontemplacja ignacjańska. Książka służy też jako podręcznik do rekolekcji drugiego tygodnia ćwiczeń duchowych św. Ignacego Loyoli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 195

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ta książ­ka jest ta­nia.

KU­PUJ LE­GAL­NIE.

NIE KO­PIUJ!

o. Re­mi­giusz Re­cław SJ

Po­znać,

po­ko­chać,

na­śla­do­wać

II Ty­dzień

Re­ko­lek­cji Igna­cjań­skich

Ni­hil ob­stat: L.dz. 2013/10/NO/P

Za po­zwo­le­niem

Prze­ło­żo­ne­go Pro­win­cji Wiel­ko­pol­sko-Ma­zo­wiec­kiej

To­wa­rzy­stwa Je­zu­so­we­go – o. To­ma­sza Kota SJ

War­sza­wa, 19 grud­nia 2013 r.

Książ­ka nie za­wie­ra błę­dów teo­lo­gicz­nych

Re­dak­cja i ko­rek­ta:

Anna La­soń-Zy­ga­dle­wicz

Jo­an­na Sztau­dyn­ger

Be­ata Zien­czyk

Gra­fi­ka i skład:

Bo­gu­mi­ła Dzie­dzic

© by o. Re­mi­giusz Re­cław SJ

© by Moc­ni w Du­chu

Łódź 2014

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-61803-70-6

MOCNI W DU­CHU – Cen­trum

90-058 Łódź, ul. Sien­kie­wi­cza 60

tel. 42 288 11 53

moc­ni.cen­trum@je­zu­ici.pl

www.od­no­wa.je­zu­ici.pl

Za­mó­wie­nia

tel. 42 288 11 57, 797 907 257

moc­ni.wy­daw­nic­two@je­zu­ici.pl

www.od­no­wa.je­zu­ici.pl/sklep

Wy­da­nie pierw­sze

WPRO­WA­DZE­NIE

II Ty­dzień re­ko­lek­cji igna­cjań­skich to pięk­ny czas prze­by­wa­nia przy Je­zu­sie i ucze­nia się od Nie­go. Prak­ty­ku­je­my nową me­to­dę mo­dli­twy – kon­tem­pla­cję. Me­dy­ta­cji bę­dzie nie­wie­le – kil­ka na po­cząt­ku, póź­niej do­mi­nu­ją już kon­tem­pla­cje, w któ­rych po­zna­je­my Je­zu­sa przez by­cie obok Nie­go. To nie­zwy­kle barw­na me­to­da mo­dli­twy, w któ­rej opie­ra­my się na na­wró­co­nej wy­obraź­ni i na zmy­słach.

Dy­na­mi­ka II Ty­go­dnia jest bar­dzo wy­raź­na: po­znać – po­ko­chać – na­śla­do­wać. Kon­tem­plu­jąc Je­zu­sa, po­zna­je­my Jego ży­cie. Im le­piej po­zna­je­my Tego, któ­ry nas uko­chał, tym więk­sza mi­łość po­ja­wia się w na­szym ser­cu. Mi­łość zaś ro­dzi pra­gnie­nie na­śla­do­wa­nia. Nie z przy­mu­su czy dla­te­go, że tak trze­ba, ale z mi­ło­ści.

Kul­mi­na­cją II Ty­go­dnia jest wy­bór lub re­wi­zja dro­gi ży­cia. Wy­bór – dla osób, któ­re są sta­nu wol­ne­go. Re­wi­zja ży­cia – dla tych, któ­rzy są już po ślu­bie. Jest też moż­li­wość do­ko­ny­wa­nia wy­bo­rów zmien­nych u osób, któ­re są po ślu­bie. Ko­niec II Ty­go­dnia, kie­dy już po­zna­li­śmy Je­zu­sa i po­ko­cha­li­śmy Go, a tak­że jest w nas pra­gnie­nie na­śla­do­wa­nia Go, jest do­sko­na­łym mo­men­tem na pod­ję­cie de­cy­zji, któ­re póź­niej będą nas pro­wa­dzi­ły w ży­ciu.

Dzień I

KON­FE­REN­CJA

Igna­cjań­ski ra­chu­nek su­mie­nia

(po­głę­bie­nie te­ma­tu)

Igna­cjań­ski ra­chu­nek su­mie­nia jest mo­dli­twą, w któ­rej ro­ze­zna­je­my du­chy. Głów­nym py­ta­niem, ja­kie so­bie w nim sta­wia­my, nie jest to, czy w któ­rymś mo­men­cie dnia po­peł­ni­li­śmy grzech, ale w jaki spo­sób by­li­śmy ku­sze­ni do jego po­peł­nie­nia. Mamy po­znać tak­ty­kę dzia­ła­nia złe­go du­cha w na­szym ży­ciu – nie­za­leż­nie od tego, czy uda­ło mu się nas zwieść, czy nie.

Na ra­chu­nek su­mie­nia po­świę­ca­my kwa­drans. Nie wy­ma­ga on sta­łe­go miej­sca mo­dli­twy, więc moż­na go ro­bić, na­wet spa­ce­ru­jąc po dwo­rze. Nie wy­ma­ga też wcze­śniej­sze­go przy­go­to­wa­nia ani póż­niej­szej re­flek­sji. Na tym eta­pie roz­wo­ju du­cho­we­go po­mo­cą może być za­pi­sy­wa­nie prze­bie­gu trze­cie­go punk­tu ra­chun­ku su­mie­nia – wie­lu oso­bom to po­ma­ga, a za­tem war­to spró­bo­wać.

Igna­cjań­ski ra­chu­nek su­mie­nia jest mo­dli­twą zbu­do­wa­ną z pię­ciu kro­ków. Oto one:

1. wdzięcz­ność wo­bec Boga,

2. proś­ba o świa­tło (po­sta­wa za­leż­no­ści),

3. ba­da­nie wła­sne­go ser­ca,

4. proś­ba o mi­ło­sier­dzie,

5. spoj­rze­nie na naj­bliż­szą przy­szłość.

Przed­sta­wię treść każ­de­go z tych punk­tów, a w punk­cie trze­cim do­dat­ko­wo omó­wię re­gu­ły ro­ze­zna­wa­nia du­cho­we­go z I Ty­go­dnia Ćwi­czeń Du­cho­wych.

1. WDZIĘCZ­NOŚĆ WO­BEC BOGA

Ce­lem pierw­sze­go punk­tu jest to, aby w na­szym ser­cu po­ja­wi­ła się wdzięcz­ność Bogu za to wszyst­ko, co On nam daje. W tym punk­cie naj­le­piej skon­cen­tro­wać się na wy­da­rze­niach, ja­kie mia­ły miej­sce od ostat­nie­go ra­chun­ku su­mie­nia. Gdy sku­pi­my się na nie­zbyt od­le­głym okre­sie – na­sze po­dzię­ko­wa­nia będą o wie­le kon­kret­niej­sze.

Je­że­li je­ste­śmy w stra­pie­niu du­cho­wym i z tru­dem przy­cho­dzi nam wdzięcz­ność wo­bec Boga – być może trze­ba „prze­sko­czyć” okres ostat­nie­go dnia i przy­po­mnieć so­bie ja­kiś inny mo­ment ze swo­je­go ży­cia, w któ­rym do­świad­czy­li­śmy dużo do­bra. Mogą to być na­ro­dzi­ny dziec­ka, ślub syna, za­war­cie mał­żeń­stwa itd. – waż­ne, by zna­leźć so­bie taki mo­ment, na wspo­mnie­nie któ­re­go na pew­no się ucie­szy­my i bę­dzie­my mo­gli za nie­go Bogu po­dzię­ko­wać. Naj­le­piej jed­nak, aby dzię­ko­wać Panu za Jego do­broć w ostat­nich wy­da­rze­niach i go­dzi­nach. Do­pie­ro je­śli z tym mamy trud­ność – wy­kra­cza­my poza ten okres.

Ce­lem punk­tu pierw­sze­go jest do­świad­cze­nie wdzięcz­no­ści wo­bec Boga. Dla­te­go na­le­ży ten punkt ro­bić tak dłu­go, aż doj­dzie­my do po­sta­wy wdzięcz­no­ści Panu za wszyst­ko, co od Nie­go otrzy­mu­je­my. Cza­sa­mi wy­star­czy przy­po­mnieć so­bie tyl­ko je­den po­wód (np. se­rek ja­go­do­wy, któ­ry był na re­ko­lek­cjach na śnia­da­nie, a że za nim prze­pa­da­my – trak­tu­je­my go jako pre­zent od Boga na po­czą­tek dnia). Cza­sem jed­nak w ogó­le nie czu­je­my wdzięcz­no­ści, a wów­czas punkt pierw­szy bę­dzie dłuż­szy lub na­wet zdo­mi­nu­je cały ra­chu­nek su­mie­nia. W ta­kiej sy­tu­acji bo­wiem trze­ba bar­dziej za­dbać o wdzięcz­ność wo­bec Boga, przy­po­mi­na­jąc so­bie pięk­ne wy­da­rze­nia z hi­sto­rii swo­je­go ży­cia.

Kie­dy osią­gnie­my już cel pierw­sze­go punk­tu – prze­cho­dzi­my do dru­gie­go, któ­re­go ce­lem jest uświa­do­mie­nie so­bie wła­snej grzesz­no­ści i bez­rad­no­ści. Lo­gi­ka przej­ścia z punk­tu pierw­sze­go do dru­gie­go jest taka: zo­ba­czy­li­śmy do­bro otrzy­ma­ne od Boga, a te­raz pro­si­my o świa­tło, aby­śmy zo­ba­czy­li, jak na to do­bro od­po­wie­dzie­li­śmy.

2. PROŚ­BA O ŚWIA­TŁO

Ten punkt jest szcze­gól­nie waż­ny dla osób z ten­den­cją do per­fek­cjo­ni­zmu. Wie­lu go po­mi­ja lub trak­tu­je au­to­ma­tycz­nie, a jego isto­tą jest przy­ję­cie po­sta­wy uni­że­nia przed Bo­giem: wie­my, że nie je­ste­śmy sa­mo­wy­star­czal­ni. Do­bre prze­pro­wa­dze­nie tego punk­tu jest przy­po­mnie­niem, że sami nie mo­że­my osią­gnąć celu punk­tu trze­cie­go – nie je­ste­śmy w sta­nie ba­dać du­chów. Rze­czy­wi­stość du­cho­wa prze­kra­cza na­szą in­te­li­gen­cję, dla­te­go po­trze­bu­je­my świa­tła Bo­że­go, aby móc ba­dać du­chy. Pro­si­my więc o po­moc Je­zu­sa, po­nie­waż tyl­ko pa­trząc Jego ocza­mi – bę­dzie­my w sta­nie do­brze prze­pro­wa­dzić ten ko­lej­ny punkt na­szej mo­dli­twy.

W igna­cjań­skim ra­chun­ku su­mie­nia mamy te­raz czas, aby uświa­do­mić so­bie wła­sną ma­łość. War­to po­wró­cić do tych mo­men­tów, kie­dy pró­bo­wa­li­śmy spra­wy du­cho­we brać w swo­je ręce i… nic do­bre­go z tego nie wy­szło. Oso­by, któ­re mają ten­den­cję do by­cia „Zo­sią Sa­mo­sią” i przyj­mu­ją po­sta­wę „ja so­bie z tym sam po­ra­dzę” – szcze­gól­nie po­win­ny zwró­cić uwa­gę na ten punkt i pro­sić Je­zu­sa: „Pa­nie, po­trze­bu­ję Cie­bie, bo sam je­stem bez­rad­ny i bu­du­ję na so­bie, za­miast na To­bie”.

Jak dłu­go po­wi­nien trwać punkt dru­gi? To za­le­ży od tego, jak szyb­ko osią­gnie­my jego cel. Przejść da­lej mo­że­my do­pie­ro wte­dy, kie­dy już bę­dzie­my mie­li we­wnętrz­ne po­czu­cie za­leż­no­ści od Boga. Do­pie­ro gdy osią­gnie­my we­wnętrz­ną świa­do­mość, że ko­lej­ny punkt mo­dli­twy mo­że­my zro­bić tyl­ko ra­zem z Je­zu­sem i w Jego mocy – to znak, że mo­że­my do nie­go przejść.

Pod­su­mo­wu­jąc: punkt dru­gi jest sta­nię­ciem w po­ko­rze nie tyl­ko przed Bo­giem, ale i przed sa­mym sobą, wo­bec wła­snej sła­bo­ści. Cza­sem bę­dzie­my na to po­trze­bo­wa­li pię­ciu mi­nut, cza­sem tyl­ko kil­ku­na­stu se­kund. Wszyst­ko za­le­ży od tego, jak szyb­ko osią­gnie­my cel tego punk­tu – po­czu­cie we­wnętrz­nej za­leż­no­ści od Boga.

3. BA­DA­NIE WŁA­SNE­GO SER­CA

Te­raz przy­glą­da­my się wal­ce du­cho­wej, jaka w nas się roz­gry­wa. Tu­taj przede wszyst­kim po­win­ni­śmy się za­sta­no­wić, w ja­kim sta­nie du­cho­wym je­ste­śmy: czy w po­cie­sze­niu, czy w stra­pie­niu. Nie po­win­no być to trud­ne, po­nie­waż już punkt pierw­szy po­zwa­la nam się w tym zo­rien­to­wać. Je­że­li trud­no nam było zo­ba­czyć co­kol­wiek do­bre­go – wska­zu­je to ra­czej na stra­pie­nie. Je­że­li zaś mie­li­śmy ła­twość w prze­pro­wa­dze­niu punk­tu pierw­sze­go – naj­praw­do­po­dob­niej trwa­my w po­cie­sze­niu.

Re­gu­ły ro­ze­zna­wa­nia du­cho­we­go I Ty­go­dnia (przy­po­mnie­nie)

Czym jest stra­pie­nie du­cho­we, a czym po­cie­sze­nie? Jed­no i dru­gie jest pew­ną ten­den­cją w nas – skłon­no­ścią, któ­ra po­wo­du­je, że ła­twiej nam jest kro­czyć w okre­ślo­nym kie­run­ku.

Po­cie­sze­nie i stra­pie­nie po­cią­ga­ją nas w prze­ciw­nych kie­run­kach. W po­cie­sze­niu du­cho­wym je­ste­śmy po­cią­ga­ni ku Bogu, w stra­pie­niu – ku rze­czom ni­skim. W po­cie­sze­niu bę­dzie­my mie­li skłon­ność do ustę­po­wa­nia in­nym i do mi­ło­sier­dzia. W stra­pie­niu – do tego, by się gnie­wać i do­strze­gać głów­nie wady w dru­gim czło­wie­ku. Oczy­wi­ście jest to tyl­ko ten­den­cja, czy­li pew­na ła­twość pój­ścia w da­nym kie­run­ku, ale ża­den z tych sta­nów du­cho­wych nie de­ter­mi­nu­je na­szej wol­no­ści. Dla­te­go np. po­mi­mo stra­pie­nia mo­że­my wy­brać prze­ba­cze­nie, choć bę­dzie ono wte­dy trud­niej­sze. Po to jed­nak przy­glą­da­my się wal­ce du­cho­wej, aby wy­bie­rać wolę Bożą – a ona cza­sem jest trud­na do pod­ję­cia.

Na­le­ży od­róż­niać po­cie­sze­nie du­cho­we od po­cie­sze­nia psy­chicz­ne­go. Z re­gu­ły idą one w pa­rze, ale nie za­wsze. Mo­że­my prze­cież ucie­szyć się czymś ze­wnętrz­nym, co tak na­praw­dę może stać się „ka­ta­stro­fą” na­sze­go ży­cia du­cho­we­go. Na przy­kład, żona ze­wnętrz­nie cie­szy się, że mąż ku­pił sa­mo­chód, ale du­cho­wo do­świad­cza lęku, bra­ku wia­ry i na­dziei wo­bec ich mał­żeń­stwa, bo de­cy­zja o za­ku­pie nie była pod­ję­ta wspól­nie. Choć ko­bie­ta psy­chicz­nie prze­ży­wa ra­dość – ma jed­nak stra­pie­nie du­cho­we.

Może też się zda­rzyć sy­tu­acja od­wrot­na: ktoś prze­ży­wa ze­wnętrz­ny ból zwią­za­ny ze zła­ma­niem ręki, jest psy­chicz­nie zdru­zgo­ta­ny, ale ofia­ro­wu­je ten ból w in­ten­cji pew­nej oso­by ze wspól­no­ty, któ­ra bar­dzo cier­pi – i w kon­se­kwen­cji jego wia­ra wzra­sta. W ta­kiej sy­tu­acji psy­chicz­nie ma stra­pie­nie, ale du­cho­wo trwa w po­cie­sze­niu.

Jak do­brze prze­żyć po­cie­sze­nie i stra­pie­nie?

Po­cie­sze­nie du­cho­we po­zna­je­my po tym, że wzra­sta w nas wia­ra, na­dzie­ja i mi­łość. Czu­je­my się wte­dy bli­sko Je­zu­sa, mamy po­czu­cie, że On jest na wy­cią­gnię­cie ręki. Chęt­nie po­dej­mu­je­my mo­dli­twę, bez pro­ble­mu ro­bi­my ra­chu­nek su­mie­nia, nie skra­ca­my re­flek­sji po me­dy­ta­cji. Na­sza du­sza prze­ży­wa jed­ność z Bo­giem.

Stan stra­pie­nia du­cho­we­go jest od­wrot­no­ścią po­cie­sze­nia. Wte­dy ła­two mo­że­my pójść w kie­run­ku grze­chu, po­nie­waż po­ku­sy wy­da­ją się tak sil­ne, jak ni­gdy w ży­ciu. Za­da­je­my so­bie py­ta­nie: jak to moż­li­we, że je­ste­śmy na re­ko­lek­cjach, a po gło­wie krą­żą nam ta­kie głu­pie my­śli? Nie ma się co dzi­wić – to po pro­stu świad­czy o sta­nie du­cho­we­go stra­pie­nia. Po­dob­nie gdy mamy my­śli prze­ciw­ko wie­rze i za­ufa­niu Bogu albo za­sta­na­wia­my się, czy On w ogó­le ist­nie­je. Mo­że­my wów­czas ne­go­wać sens re­ko­lek­cji i to, co się na nich sta­ło, sko­ro po nich na­wet w Boga nie wie­rzy­my! Do­pie­ro po cza­sie ła­pie­my się za gło­wę: jak w ogó­le mo­gli­śmy tak my­śleć?! Jed­nak ta­kie my­śli są nor­mal­ne w cza­sie stra­pie­nia i nie na­le­ży się nimi dzi­wić. Trze­ba tyl­ko na­zwać stan du­szy po imie­niu – te­raz prze­ży­wam stra­pie­nie du­cho­we, czy­li stan, kie­dy czu­ję się odłą­czo­ny od Boga.

Pod­czas re­ko­lek­cji stra­pie­nie du­cho­we prze­ja­wia się za­zwy­czaj: nie­chę­cią do mo­dli­twy, uczu­ciem, że me­dy­ta­cje bar­dzo się dłu­żą; my­śla­mi, że le­piej by­ło­by wró­cić do domu, ogól­nym roz­pro­sze­niem, roz­glą­da­niem się itp.

Stan po­cie­sze­nia i stra­pie­nia du­cho­we­go moż­na zi­lu­stro­wać jako góry i do­li­ny na­sze­go ży­cia. Na po­niż­szym ry­sun­ku Słoń­ce sym­bo­li­zu­je Boga. Kie­dy je­ste­śmy na gó­rze, bli­sko Słoń­ca – jest nam do­brze, cie­pło i ra­do­śnie. Ale kie­dy wcho­dzi­my w stra­pie­nie („scho­dzi­my w dół”) – czu­je­my się tak, jak­by Boga nie było, po­nie­waż je­ste­śmy od Nie­go da­le­ko. Bóg wy­da­je się być „za chmu­ra­mi” i mo­że­my na­wet mieć wra­że­nie, że to już ni­gdy się nie zmie­ni. Nie chce nam się wte­dy iść w stro­nę Je­zu­sa (Słoń­ca), bo stra­pie­nie pod­po­wia­da, że Słoń­ca nie ma.

Na­szym za­da­niem w od­nie­sie­niu do sta­nu stra­pie­nia i po­cie­sze­nia du­cho­we­go jest nie­w­cho­dze­nie w eks­tre­ma. Gdy mamy po­cie­sze­nie – po­win­ni­śmy je lek­ko ha­mo­wać, gdy mamy stra­pie­nie – nie pod­da­wać się temu sta­no­wi i nie wcho­dzić w my­śli, któ­re są nam pro­po­no­wa­ne. Ta in­ten­syw­ność my­śli ku­szą­cych jest tyl­ko chwi­lo­wa i mi­nie, je­śli im się oprze­my. Trze­ba so­bie wów­czas uświa­do­mić, że po­cie­sze­nie kie­dyś przyj­dzie – „chmu­ry” w koń­cu od­pły­ną i zno­wu bę­dzie­my od­czu­wać bli­skość Boga.

To wszyst­ko, o czym tu mó­wi­my, nie jest ni­czym no­wym – to po­wtór­ka z I Ty­go­dnia. Rzecz jed­nak w tym, by na­uczyć się te za­sa­dy sto­so­wać w prak­ty­ce ży­cia. Je­że­li po­ja­wi się w nas eu­fo­ria, np. z po­wo­du uda­nej me­dy­ta­cji, i tak się nią ucie­szy­my, że nie bę­dzie­my chcie­li jej prze­rwać – wła­śnie wte­dy po­win­ni­śmy zde­cy­do­wa­nie za­koń­czyć ją w wy­zna­czo­nym cza­sie i wyjść z ka­pli­cy. Z dru­giej stro­ny, gdy już po dwu­dzie­stu mi­nu­tach od jej roz­po­czę­cia pa­trzy­my na ze­ga­rek, i tak co parę mi­nut – to po­zo­stań­my wier­ni Bogu do koń­ca wy­zna­czo­ne­go cza­su, a na­wet go wy­dłuż­my. Tak wła­śnie po­win­ni­śmy za­cho­wy­wać się w stra­pie­niu – age­re con­tra (do­kład­nie na od­wrót) wo­bec pro­po­no­wa­nej po­ku­sy.

Na­tu­ral­nym sta­nem du­cho­wym dla czło­wie­ka jest po­cie­sze­nie du­cho­we. Jed­nak stra­pie­nie tak­że jest nam po­trzeb­ne, po­nie­waż w nim Bóg nas wy­cho­wu­je. Czło­wiek kształ­tu­je się w tru­dach i pod­czas prób. Tak­że re­la­cja mał­żeń­ska „szli­fu­je się” nie pod­czas mie­sią­ca mio­do­we­go, ale wte­dy, gdy trze­ba ko­lej­ny raz wstać w nocy do dziec­ka i po­ja­wia się py­ta­nie: kto tym ra­zem? A za­tem, tak jak w mo­men­tach trud­nych kształ­tu­je się ja­kość na­szej mał­żeń­skiej re­la­cji, po­dob­nie jest w ży­ciu du­cho­wym.

Znajdź przy­czy­nę swo­je­go stra­pie­nia

Św. Igna­cy po­da­je, że w stra­pie­nie du­cho­we mo­że­my po­paść z trzech po­wo­dów:

1. Naj­czę­ściej my sami je­ste­śmy win­ni. W czymś się za­nie­dba­li­śmy i dla­te­go przy­szło stra­pie­nie du­cho­we. Dla­te­go przy­glą­da­my się tym za­nie­dba­niom: np. nie zro­bi­li­śmy re­flek­sji, nie za­ufa­li­śmy w czymś Bogu, skró­ci­li­śmy mo­dli­twę, wier­ci­li­śmy się na niej, zmie­nia­li­śmy miej­sce me­dy­ta­cji, ule­ga­li­śmy ja­kiejś po­ku­sie, prze­sta­wa­li­śmy wy­ma­gać od sie­bie, po­peł­ni­li­śmy grzech. Kon­se­kwen­cją tego jest smu­tek, od­czu­cie let­nio­ści, oziębło­ści, nie­za­do­wo­le­nia – co bez­po­śred­nio pro­wa­dzi do stra­pie­nia du­cho­we­go. Je­śli w porę to za­uwa­ży­my, jest jesz­cze moż­li­we zde­cy­do­wa­ne zwró­ce­nie się ku Je­zu­so­wi, a wte­dy unik­nie­my stra­pie­nia. Je­śli jed­nak nie za­re­agu­je­my w porę – stra­pie­nie du­cho­we nas do­pad­nie.

2. Zda­rza się też, że stra­pie­nie daje nam sam Bóg – nie jako karę za grze­chy, ale aby nas wy­pró­bo­wać. Co się sta­nie z na­szą wia­rą, gdy nie bę­dzie­my od­czu­wać bli­sko­ści Boga? Czy opie­ra­my ją na emo­cjach i przy­jem­nych od­czu­ciach, czy ra­czej je­ste­śmy wier­ni Bogu, bo Go ko­cha­my? Wier­ną żonę po­zna­je się nie po tym, jak się za­cho­wu­je w obec­no­ści męża, ale po tym, jak za­cho­wu­je się bez nie­go. Po­dob­nie w ży­ciu du­cho­wym: po­zna­je­my na­szą wier­ność Bogu po swo­im za­cho­wa­niu, gdy nie do­świad­cza­my Jego bli­skiej obec­no­ści – czy­li w mo­men­tach stra­pie­nia du­cho­we­go.

3. Cza­sa­mi Bóg daje nam stra­pie­nie, by­śmy nie przy­pi­sy­wa­li so­bie da­rów Boga (Słoń­ca na na­szym wy­kre­sie). Za­bez­pie­cza nas ono przed wej­ściem w py­chę, że wszyst­ko od nas za­le­ży i to my je­ste­śmy pa­na­mi wszyst­kie­go. Chro­ni też przed my­śle­niem: „jaki to ja je­stem po­boż­ny, moja mo­dli­twa jest naj­lep­sza i wła­ści­wie wszyst­ko mogę sam”. Czas stra­pie­nia du­cho­we­go po­ka­zu­je, że bez ła­ski Bo­żej nie­wie­le mo­że­my – nie mamy wy­star­cza­ją­co dużo siły ani do wia­ry, ani do mo­dli­twy, sko­ro na­wet do ko­ścio­ła nie chce nam się iść.

Pa­mię­taj­my jed­nak, że mo­men­ty, kie­dy stra­pie­nie przy­cho­dzi ze stro­ny Bo­żej, są bar­dzo rzad­kie. Naj­czę­ściej po­ja­wia się ono z po­wo­du na­szych za­nie­dbań w czy­nie­niu do­bra, z po­wo­du ule­ga­nia emo­cjom lub po ja­kimś grzesz­nym czy­nie.

Sztu­ka ni­we­lo­wa­nia eks­tre­mal­nych sta­nów du­cho­wych

W po­cie­sze­niu du­cho­wym – czy­li w cza­sie, gdy do­świad­cza­my „desz­czu łask” – mo­że­my przy­jąć po­sta­wę „góry”, po któ­rej ten deszcz bę­dzie spły­wał. Taka po­sta­wa nie ro­ku­je do­brze na przy­szłość, choć w da­nym mo­men­cie od­czu­wa­my eu­fo­rię i chce­my za­trzy­mać ją na za­wsze. Le­piej jed­nak przy­jąć po­sta­wę uni­że­nia – wte­dy deszcz łask nie spły­nie po nas, ale po­zo­sta­nie w „zbior­ni­ku” na­szej du­szy. Bę­dzie na­szym za­bez­pie­cze­niem na czas stra­pie­nia – aby­śmy wte­dy po­zo­sta­li wier­ni Bogu i nie tra­ci­li na­dziei.

Waż­ne jest, by w sta­nie stra­pie­nia nie po­dej­mo­wać de­cy­zji. Pod­czas II Ty­go­dnia mo­men­tem kul­mi­na­cyj­nym re­ko­lek­cji jest wy­bór dro­gi ży­cia lub re­wi­zja sty­lu ży­cia. Do ta­kie­go wy­bo­ru (re­wi­zji) moż­na po­dejść tyl­ko wte­dy, je­śli je­ste­śmy w po­cie­sze­niu. Je­śli je­ste­śmy w stra­pie­niu – po­win­ni­śmy go odło­żyć do cza­su przyj­ścia po­cie­sze­nia du­cho­we­go.

Po­dob­nie też w stra­pie­niu nie na­le­ży zmie­niać miej­sca mo­dli­twy czy wy­jeż­dżać z re­ko­lek­cji. Dla­cze­go? Po­nie­waż mamy wte­dy ten­den­cję prze­ciw­ną Bogu, więc ist­nie­je wiel­kie praw­do­po­do­bień­stwo pod­ję­cia wy­bo­ru cze­goś, cze­go Bóg nie chce. Stra­pie­nie jest cza­sem, w któ­rym mamy być wier­ni de­cy­zjom pod­ję­tym w po­cie­sze­niu.

W trze­cim punk­cie igna­cjań­skie­go ra­chun­ku su­mie­nia po­win­ni­śmy od­kryć, jaką obec­nie mamy w so­bie ten­den­cję. Je­śli prze­ciw­ną Bogu (stra­pie­nie du­cho­we) – mamy jej prze­ciw­dzia­łać, by w nią nie wcho­dzić. Je­śli spój­ną z Bo­giem (po­cie­sze­nie du­cho­we) – mamy o nie dbać, nie wcho­dząc w emo­cjo­nal­ne unie­sie­nia du­cho­we. Nie ozna­cza to, że mamy się nie cie­szyć po­cie­sze­niem, ale nie po­win­ni­śmy „do­da­wać gazu” i wcho­dzić w nie za bar­dzo, ule­gać po­ku­sie eks­cy­ta­cji, jak­by Pan Je­zus miał nas za chwi­lę unieść do nie­ba. Je­że­li do po­cie­sze­nia po­dej­dzie­my ze spo­ko­jem, to dłu­żej w nim po­zo­sta­nie­my. Dla­te­go „nie pod­krę­caj­my” po­cie­sze­nia du­cho­we­go! Je­śli to zro­bi­my, na pew­no za­raz „spad­nie­my”, bo zda­rzy się ja­kaś kłót­nia, grzech, za­nie­dba­nie do­bra. A im wyż­sza „góra” – tym więk­szy upa­dek, to jest pew­ne. Na­to­miast je­śli bę­dzie­my stan po­cie­sze­nia to­no­wać, to stra­pie­nie z cza­sem sta­nie się pra­wie nie­od­czu­wal­ne (dla­te­go mamy ni­we­lo­wać eks­tre­ma na­szych sta­nów du­cho­wych). Jed­nak aby zni­we­lo­wać stra­pie­nie, trze­ba wcze­śniej zni­we­lo­wać po­cie­sze­nie – eks­tre­ma są ze sobą po­łą­czo­ne. Je­śli do­pusz­cza­my jed­no, to za­raz po­ja­wi się dru­gie.

Przy­dat­na świa­do­mość po­ru­szeń du­cho­wych

W trze­cim punk­cie igna­cjań­skie­go ra­chun­ku su­mie­nia, poza ba­da­niem na­szych du­cho­wych ten­den­cji, przy­glą­da­my się też po­ru­sze­niom du­cho­wym.

Ta­kim bodź­cem może być wie­le rze­czy: to, że rano za­spa­łem, że zmo­czył mnie deszcz na spa­ce­rze; usły­sza­ne sło­wa, wpro­wa­dze­nie do me­dy­ta­cji, za­sko­cze­nie, że ktoś przy śnia­da­niu wziął ostat­nią por­cję sera i nie po­my­ślał o mnie itd. W ży­ciu co­dzien­nym może to być prze­czy­ta­na książ­ka, usły­sza­na mu­zy­ka, czy­jeś spoj­rze­nie. Za ta­kim bodź­cem idzie uczu­cie, a w uczu­ciach – dzia­ła­ją na nas du­chy i temu wła­śnie się przy­glą­da­my.

Pod­czas ra­chun­ku su­mie­nia do­brze jest wy­brać dwa, trzy po­ru­sze­nia i szcze­gó­ło­wo im się przyj­rzeć. Naj­le­piej wy­brać te mo­men­ty, gdy ja­kieś uczu­cie było in­ten­syw­niej­sze. Wie­lu uczuć, któ­re w nas się po­ja­wia­ją, nie za­uwa­ża­my. Ale zda­rza się też kil­ka sil­nych, któ­re przez ja­kiś czas pa­mię­ta­my. Na ich pod­sta­wie ła­twiej bę­dzie za­ob­ser­wo­wać po­ru­sze­nie i bo­dziec, któ­ry to po­ru­sze­nie wy­wo­łał, jak i samo uczu­cie. W ta­kim uczu­ciu była obec­na za­rów­no pod­po­wiedź złe­go du­cha, by za nim pójść, jak i do­bre­go du­cha, by pójść za nim. Przy czym, jak pa­mię­ta­my, wcze­śniej mie­li­śmy już ten­den­cję, by któ­re­goś z nich bar­dziej słu­chać – w za­leż­no­ści od na­sze­go sta­nu du­cho­we­go.

Mo­gło się więc zda­rzyć, że oso­ba, z któ­rą miesz­ka­my w po­ko­ju pod­czas re­ko­lek­cji, za­cho­wy­wa­ła się rano ha­ła­śli­wie – gło­śno ście­li­ła łóż­ko, za­my­ka­ła sza­fę, w ła­zien­ce coś jej spa­dło. To był bo­dziec, któ­ry wy­wo­łał w nas my­śli: „O Boże, z kim ja miesz­kam!” i fru­stra­cję: „No, to będą «faj­ne» re­ko­lek­cje…”. W tej fru­stra­cji dzia­ła­ły też na nas du­chy. Je­den pod­po­wia­dał: „Re­ko­lek­cje ci nie wyj­dą. Z taką oso­bą w po­ko­ju nic się nie zro­bi. Bę­dziesz cały czas roz­pro­szo­ny”. Dru­gi uspo­ka­jał: „To nic nie szko­dzi, wszyst­ko jest ła­ską. Bóg ci bę­dzie to­wa­rzy­szył i po­pro­wa­dzi cię wspa­nia­łą dro­gą re­ko­lek­cji”. Przed nami sta­nął więc wy­bór – za któ­rą pod­po­wie­dzią pójść.

W ży­ciu ta­kich mo­men­tów jest bar­dzo dużo. Na reko­lek­cjach ła­twiej nam je za­uwa­żyć, bo tu pa­nu­je ci­sza. A w ci­szy ła­twiej jest usły­szeć swo­je my­śli i przy­glą­dać się so­bie, by za­uwa­żyć, co w da­nym mo­men­cie się dzie­je: czy mówi do mnie Bóg, czy duch zły. Dla­te­go ci­sza przy ro­ze­zna­wa­niu du­cho­wym jest tak bar­dzo po­trzeb­na, by roz­po­znać, kto do nas mówi, i świa­do­mie zde­cy­do­wać, za któ­rą pro­po­zy­cją pójść. Jak wi­dać, nie cho­dzi tu­taj od razu o przy­glą­da­nie się grze­chom. Na­sze co­dzien­ne wy­bo­ry do­ty­czą czę­sto kwe­stii wy­bo­ru więk­sze­go do­bra, a re­zy­gna­cji z mniej­sze­go – lub od­wrot­nie.

To, że je­stem grzesz­ni­kiem, nie ozna­cza, że grze­szę. By­cie grzesz­ni­kiem ozna­cza, że moja na­tu­ra dąży do tego, co dla niej wy­god­ne (cie­le­sne): żeby się wy­spać, żeby nikt mi nie prze­szka­dzał, nie za­bie­rał je­dze­nia, że­bym za­wsze miał do­bre miej­sce… To jest na­tu­ral­ne. Od mo­men­tu grze­chu pier­wo­rod­ne­go na­sza na­tu­ra jest uchy­lo­ną furt­ką dla zła, któ­re pró­bu­je do­stać się do na­sze­go ser­ca. Jed­nak po na­wró­ce­niu – mo­że­my przy­jąć inny styl ży­cia: już nie żyć dla sie­bie, dla za­spa­ka­ja­nia wła­snych po­trzeb, ale żyć dla in­nych.

W tym punk­cie ra­chun­ku su­mie­nia doj­dą tak­że re­gu­ły ro­ze­zna­wa­nia II Ty­go­dnia, o któ­rych bę­dzie­my mó­wić w ko­lej­nej kon­fe­ren­cji.

Pod­su­mo­wu­jąc – w trze­cim punk­cie ra­chun­ku su­mie­nia zwra­ca­my uwa­gę na to, jaki stan we­wnętrz­ny prze­ży­wa­my (stra­pie­nie czy po­cie­sze­nie), ku cze­mu mamy ten­den­cję, i przy­glą­da­my się wy­bra­nym po­ru­sze­niom du­cho­wym (jaki otrzy­ma­li­śmy bo­dziec, ja­kie to­wa­rzy­szy­ło temu uczu­cie, ja­kie otrzy­ma­li­śmy pod­po­wie­dzi od do­bre­go i złe­go, za któ­ry­mi z nich po­szli­śmy). Ce­lem trze­cie­go punk­tu nie jest szu­ka­nie grze­chów, ale ro­ze­zna­wa­nie du­cho­we.

Tak­ty­ka dzia­ła­nia du­cha złe­go

Za­nim przej­dzie­my do czwar­te­go punk­tu igna­cjań­skie­go ra­chun­ku su­mie­nia, chciał­bym jesz­cze przy­po­mnieć tak­ty­kę złe­go du­cha, po­zna­ną pod­czas I Ty­go­dnia.

Św. Igna­cy w swo­ich re­gu­łach po­rów­nu­je złe­go du­cha do ko­bie­ty, a po­tem do męż­czy­zny i na ko­niec do wo­dza na woj­nie.

Nie­przy­ja­ciel w za­cho­wa­niu po­dob­ny jest do ko­bie­ty, w tym mia­no­wi­cie, że siły ma sła­be, ale chęć [szko­dze­nia] moc­ną. Bo wła­ści­wo­ścią ko­bie­ty w cza­sie sprzecz­ki z ja­kimś męż­czy­zną jest tra­cić od­wa­gę i ucie­kać, je­że­li męż­czy­zna sta­wia jej dziel­nie czo­ło. A prze­ciw­nie, je­że­li męż­czy­zna za­czy­na ucie­kać, tra­cąc od­wa­gę – wte­dy gniew, mści­wość i dzi­kość ko­bie­ty nie zna gra­nic ni mia­ry. Po­dob­nie wła­ści­wo­ścią nie­przy­ja­cie­la jest tra­cić siły i od­wa­gę, i ucie­kać ze swy­mi po­ku­sa­mi, je­że­li oso­ba ćwi­czą­ca się w rze­czach du­cho­wych sta­wia od­waż­nie czo­ła po­ku­som nie­przy­ja­cie­la i dzia­ła wręcz od­wrot­nie. A znów je­śli oso­ba ćwi­czą­ca się za­cznie się lę­kać i tra­cić od­wa­gę pod na­po­rem po­kus, wte­dy nie ma na ca­łej zie­mi be­stii bar­dziej dzi­kiej niż nie­przy­ja­ciel na­tu­ry ludz­kiej, w dą­że­niu do speł­nie­nia swe­go prze­klę­te­go za­mia­ru z nie­zmier­ną prze­wrot­no­ścią. [ĆD 325]

[Nie­przy­ja­ciel] za­cho­wu­je się jak uwo­dzi­ciel, któ­ry chce po­zo­stać w ukry­ciu i nie być ujaw­nio­nym. Al­bo­wiem czło­wiek prze­wrot­ny, na­ma­wia­jąc do złe­go cór­kę ja­kie­goś do­bre­go ojca, albo żonę ja­kie­goś do­bre­go męża, chce żeby jego sło­wa i na­mo­wy zo­sta­ły w ta­jem­ni­cy; a prze­ciw­nie, bar­dzo mu się nie po­do­ba, gdy cór­ka ojcu lub żona mę­żo­wi wy­ja­wi jego chy­tre sło­wa i za­miar prze­wrot­ny, bo wte­dy ła­two wnio­sku­je, że spra­wy roz­po­czę­tej nie bę­dzie mógł do­pro­wa­dzić do skut­ku. Po­dob­nie i nie­przy­ja­ciel na­tu­ry ludz­kiej, kie­dy pod­da­je du­szy spra­wie­dli­wej swo­je pod­stę­py i na­mo­wy, chce i pra­gnie, żeby zo­sta­ły przy­ję­te i za­cho­wa­ne w ta­jem­ni­cy; a kie­dy się je od­kry­wa przed do­brym spo­wied­ni­kiem albo inną oso­bą du­chow­ną, któ­ra zna jego pod­stę­py i zło­ści, bar­dzo mu się to nie po­do­ba; wnio­sku­je bo­wiem, że nie bę­dzie mógł do­pro­wa­dzić do skut­ku swe­go już za­czę­te­go a prze­wrot­ne­go za­mia­ru, bo od­kry­te zo­sta­ły jego wy­raź­ne pod­stę­py. [ĆD 326]

[Nie­przy­ja­ciel] za­cho­wu­je się tak­że jak wódz na woj­nie, gdy chce [ja­kiś gród] zwy­cię­żyć i złu­pić. Wódz bo­wiem lub do­wód­ca woj­sko­wy, roz­biw­szy obóz i zba­daw­szy siły i środ­ki [obron­ne] ja­kie­goś zam­ku, ata­ku­je go od stro­ny naj­słab­szej. Po­dob­nie i nie­przy­ja­ciel na­tu­ry ludz­kiej krą­ży i bada ze wszech stron wszyst­kie na­sze cno­ty teo­lo­gicz­ne, kar­dy­nal­ne i mo­ral­ne, a w miej­scu, gdzie znaj­dzie na­szą naj­więk­szą sła­bość i brak za­opa­trze­nia ku zba­wie­niu wiecz­ne­mu, tam wła­śnie nas ata­ku­je i sta­ra się nas zdo­być. [ĆD 327]

Po­rów­nu­jąc złe­go du­cha do ko­bie­ty, św. Igna­cy wska­zu­je, że pod­czas sprzecz­ki z męż­czy­zną ko­bie­ta uda­je sil­ną, cho­ciaż wie, że jest sła­ba. Je­że­li ko­bie­cie uda się prze­stra­szyć męż­czy­znę swo­ją po­zor­ną siłą, to „wdep­cze” go w zie­mię i wy­gra. Ale je­śli męż­czy­zna „po­sta­wi się” ko­bie­cie, to ona nic nie może zro­bić, bo z na­tu­ry jest słab­sza.

Sy­tu­ację tę moż­na też po­rów­nać do wal­ki kota z psem. Je­że­li pies nie prze­stra­szy się wy­gię­te­go w łuk grzbie­tu kota – temu po­zo­sta­je już tyl­ko uciecz­ka. Po­dob­nie jest ze złym du­chem, któ­ry pod­cho­dząc do nas, sta­je przed nami jak na­je­żo­ny kot, przez co wy­da­je się trzy razy sil­niej­szy niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Siła złe­go du­cha jest po­zor­na, czy­li może zro­bić tyl­ko tyle, na ile mu po­zwo­li­my, na ile uchy­li­my mu drzwi. Dla­te­go też zły pró­bu­je nas swo­ją po­zor­ną siłą prze­stra­szyć. Je­że­li mu się to uda – „wbi­ja” nas w zie­mię i w ten spo­sób wy­gry­wa. Je­że­li nie – nic wię­cej już nie osią­gnie, może tyl­ko uciec. A za­tem, zły duch może coś osią­gnąć w na­szym ży­ciu tyl­ko wte­dy, gdy damy mu „pole do po­pi­su”. Na­to­miast gdy sami nie otwo­rzy­my mu drzwi – on nie wej­dzie. Dla­te­go Je­zus wie­lo­krot­nie po­wta­rza: „Nie lę­kaj­cie się. Nie bój­cie się”.

Gdy św. Igna­cy po­rów­nu­je złe­go du­cha do pod­stęp­ne­go męż­czy­zny [ĆD 326], ma na my­śli za­ta­je­nie praw­dzi­wych in­ten­cji. Zły duch może pró­bo­wać „uwo­dzić”, tak jak męż­czy­zna ko­bie­tę, in­try­ga­mi, pół­słów­ka­mi. Je­śli ona to ukry­wa – jest duże praw­do­po­do­bień­stwo, że zo­sta­nie uwie­dzio­na. Je­śli jed­nak wy­ja­wi to, np. swo­je­mu mę­żo­wi – uwo­dzi­ciel tra­ci swo­ją moc. Tę re­gu­łę sto­su­je­my w to­wa­rzy­sze­niu du­cho­wym i przy spo­wie­dzi. To ozna­cza, że swo­je­mu kie­row­ni­ko­wi du­cho­we­mu mó­wi­my o rze­czach, o któ­rych wie­my, że są waż­ne. Ale mó­wi­my też o tych, o któ­rych nie mamy ocho­ty po­wie­dzieć lub któ­rych zna­cze­nie po­mniej­sza­my. Na przy­kład, my­śli­my o nich jak o głup­stwach, nie chce­my nimi ob­cią­żać to­wa­rzy­sza du­cho­we­go, bo i tak ma prze­cież wie­le spraw na gło­wie. Uwa­ża­my, że sami so­bie z tym po­ra­dzi­my, bo to nie jest groź­ne. Gdy po­ja­wia­ją się ta­kie my­śli – po­win­ni­śmy im się prze­ciw­sta­wić i tym bar­dziej po­wie­dzieć to­wa­rzy­szo­wi du­cho­we­mu o tych spra­wach.

Po­rów­na­nie złe­go du­cha do wo­dza na woj­nie [ĆD 327] ozna­cza, że zły duch okrą­ża „twier­dzę” na­sze­go ser­ca i szu­ka w niej sła­be­go punk­tu, by wła­śnie w nim za­ata­ko­wać. Ta re­gu­ła za­chę­ca nas, aby­śmy po­zna­wa­li swo­je sła­be punk­ty, po­nie­waż duch zły bę­dzie chciał je wy­ko­rzy­stać (nie bę­dzie ude­rzał tam, gdzie je­ste­śmy sil­ni). Ta­kie dzia­ła­nie złe­go jest pew­ne. Dla­te­go wła­śnie w na­szych sła­bych punk­tach po­win­ni­śmy być szcze­gól­nie czuj­ni i ćwi­czyć się w asce­zie, wię­cej od sie­bie wy­ma­gać, od­ma­wiać so­bie wła­śnie tego, do cze­go mamy naj­więk­szą sła­bość. Na przy­kład je­śli ktoś ma ten­den­cję do upo­ru, to po­wi­nien ćwi­czyć się w ustę­po­wa­niu in­nym. Je­że­li ktoś ma skłon­ność do wy­bu­cha­nia gnie­wem, to po­wi­nien ćwi­czyć się w za­cho­wy­wa­niu spo­ko­ju. Je­śli ktoś ma ten­den­cję do krzy­cze­nia na in­nych – na prze­kór niej po­wi­nien mó­wić im do­bre sło­wa.

Pod­su­mo­wu­jąc: zgod­nie z tą re­gu­łą mo­że­my się spo­dzie­wać, że zły duch bę­dzie nas ku­sił cią­gle w tym sa­mym, naj­słab­szym miej­scu…

4. PROŚ­BA O MI­ŁO­SIER­DZIE

To czas na prze­pro­sze­nie Boga. W punk­cie czwar­tym sta­je­my przed mi­ło­sier­dziem Bo­żym, by po­wie­dzieć: „Pa­nie, To­bie ufam”. Nie­za­leż­nie od tego, w ja­kim sta­nie du­cha je­ste­śmy, nie­za­leż­nie od tego, czy prze­gra­li­śmy, czy wy­gra­li­śmy wal­kę du­cho­wą – w czwar­tym punk­cie od­da­je­my się w ręce Boga. Uzna­je­my, że je­ste­śmy bez­piecz­ni, bo je­ste­śmy w Jego rę­kach, bo On nas ko­cha.

W tym punk­cie mamy usiąść na ko­la­nach do­bre­go Ojca. A je­śli w po­przed­nim punk­cie zo­ba­czy­li­śmy, że np. wy­bra­li­śmy mniej­sze do­bro – prze­pra­sza­my za to. Na­to­miast je­śli wszyst­ko prze­bie­ga­ło do­brze i po­dej­mo­wa­li­śmy wła­ści­we wy­bo­ry – dzię­ku­je­my Ojcu, bo sta­ło się to dzię­ki Nie­mu. Je­zus był bli­sko nas i dla­te­go wszyst­ko po­szło do­brze.

Nie­za­leż­nie od tego, co prze­ży­wa­my we­wnątrz i co dzie­je się na ze­wnątrz – Bóg po­zo­sta­je mi­ło­sier­ny. I wła­śnie przed Bo­giem mi­ło­sier­nym sta­je­my w tym punk­cie ra­chun­ku su­mie­nia i ta­kie­mu Bogu się po­wie­rza­my.

5. SPOJ­RZE­NIE NA NAJ­BLIŻ­SZĄ PRZY­SZŁOŚĆ

Ce­lem tego punk­tu jest, by­śmy ra­zem z Je­zu­sem za­pla­no­wa­li swo­je naj­bliż­sze go­dzi­ny, pa­trząc na to, co jest przed nami (pod­czas re­ko­lek­cji ozna­cza to na­stęp­ną po­ło­wę dnia).