Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
16 osób interesuje się tą książką
Czy sama miłość wystarczy, by wygrać
z konwenansami epoki?
Warszawa, jesień 1878 roku. Klara Zawadzka wie, że w świecie rządzonym przez mężczyzn jej największy atut – błyskotliwy intelekt – musi pozostać w cieniu. Aby utrzymać matkę i siostry, za dnia uczy francuskiego na pensji, a nocami, pod męskim pseudonimem, publikuje odważne recenzje literackie, które trzęsą warszawskimi salonami.
Jej najsurowszym krytykiem jest Julian Korzyński – pewny siebie bywalec salonów, który publicznie głosi tezy o wyższości męskiego umysłu. Gdy los splata ich drogi, Klara staje przed dylematem: czy wyjawić prawdę i zaryzykować reputację, czy pozwolić, by Julian dalej walczył z jej cieniem? Kiedy na jaw wychodzą dawne rodzinne sekrety i weksel sprzed lat, okazuje się, że honor i miłość mają cenę, na którą Klary może nie być stać.
To poruszająca opowieść o dumie, uprzedzeniach i miłości, która rodzi się w cieniu bankructw i salonowych intryg. Idealna lektura dla miłośników klimatu „Lalki” Bolesława Prusa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 289
Data ważności licencji: 2/14/2030
Książki Magdaleny Buraczewskiej-Świątek,
które ukazały się w Wydawnictwie Replika:
Saga Różany Jar:
Melodia wolności
Sonata miłości
Etiuda życia
Ostatnia gejsza z Gion
Copyright © Magdalena Buraczewska-Świątek
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Joanna Podolska
Korekta
Julia Dałek
Projekt okładki
Iza Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-74-9
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
Wżyciu najbardziej mylą nas pozory,
zwłaszcza te, które sami starannie pielęgnujemy…
Pensja pani Lambert
Tego październikowego poranka ulica Miodowa budziła się później niż zwykle. Wilgotna mgła, tak charakterystyczna dla warszawskiej jesieni, spowijała kamienice i kościelne wieże, a przechodnie przemykali chodnikami jak cienie, chroniąc się pod parasolami przed mżawką.
Klara Zawadzka szła szybkim krokiem w stronę pensji pani Lambert. Mimo młodego wieku – miała zaledwie dwadzieścia dwa lata – jej sposób poruszania się zdradzał już pewną nauczycielską dostojność. Ubrana była skromnie, ale ze smakiem właściwym osobom z dobrego domu, które podupadły, lecz nie straciły dawnych nawyków. Czarna suknia, choć nie pierwszej już młodości, wyświecona na szwach, była starannie odprasowana, a skromny kapelusik, choć niemodny, dodawał jej twarzy uroku, ale i powagi, której tak bardzo potrzebowała w pracy.
Mijając wystawę księgarni Gebethnera i Wolffa, mimowolnie zwolniła kroku. W ciemnej tafli witryny mignęło jej własne odbicie – blada twarz pod niemodnym rondem kapelusza – ale to nie na siebie patrzyła. Za szybą, pośród nowości wydawniczych, pysznił się najnowszy numer „Kuriera Warszawskiego”. Wiedziała, co w nim znajdzie – kolejną recenzję literacką Juliana Korzyńskiego. Od trzech miesięcy czytała je wszystkie, choć za każdym razem obiecywała sobie, że to ostatni raz.
Poznała go w tej samej księgarni, w czerwcu, gdy sięgnęli jednocześnie po tom Asnyka. On, syn bogatego kupca bławatnego, wykładowca literatury i znany krytyk, nawet na nią nie spojrzał, zajęty rozmową z księgarzem o najnowszych paryskich nowinkach literackich. A jednak coś w jego sposobie mówienia o poezji, w błysku inteligencji w oczach, w tej pasji, z jaką bronił swoich opinii, sprawiło, że zapadł jej w pamięć.
– Jak na kupca zaskakująco dobrze zna się na literaturze – usłyszała wtedy szept jednej z klientek księgarni.
– To przez matkę – odpowiedziała druga. – Z domu Kernówna, córka tego księgarza z Krakowskiego Przedmieścia. Zawsze miała wielkie ambicje. Męża namówiła, żeby syna na studia do Heidelbergu wysłał…
Klara pamiętała te plotki oraz to, że Julian Korzyński nawet nie zauważył jej obecności. Zresztą, była do tego przyzwyczajona. Od śmierci ojca trzy lata temu stała się niemal przezroczysta dla towarzystwa, w którym dawniej jej rodzina się obracała. Córka szanowanego doktora Kazimierza Zawadzkiego, wychowana wśród książek i muzyki, teraz była tylko jedną z wielu nauczycielek na pensji dla panien.
Skręciła w Krakowskie Przedmieście. Jej ojciec miał tu kiedyś swoją praktykę lekarską, w tej samej kamienicy, gdzie teraz błyszczała mosiężna tabliczka: „MAGAZYN BŁAWATNY KORZYŃSKI I SYN”. Pod spodem mniejszymi literami widniał napis: „JEDWABIE * SUKNA * AKSAMITY * TOWARY ZAGRANICZNE”. Wszystko zapisane cyrylicą. Mimo wczesnej pory przez wystawowe okna było już widać krzątających się subiektów, którzy układali na drewnianych regałach zwoje jedwabiu sprowadzanego z Lyonu. Czasem, przechodząc obok, dostrzegała przez szybę sylwetkę Juliana – zawsze elegancki, w swoim charakterystycznym surducie, z nieodłączną książką w kieszeni, rozdarty między kupieckimi obowiązkami a literackimi ambicjami. Dziś jednak witryna sklepu odbijała tylko szare, jesienne niebo i spieszących ulicą przechodniów.
Matka Klary, która znała kiedyś starą panią Korzyńską z pensji pani Wilczyńskiej, często wspominała, jak to Jadwiga Kernówna wyszła za kupca wbrew woli ojca-księgarza, ale potem użyła całego swojego sprytu, by zapewnić synowi wykształcenie godne ich dawnej pozycji. „Bystra z niej kobieta – mawiała matka Klary z nutą podziwu w głosie. – Męża tak omotała, że sam nie wiedział, kiedy zgodził się wysłać chłopaka na studia. A teraz Julian prowadzi i sklep, i wykłady…”
Klara dotarła wreszcie do pensji pani Lambert. Prosta fasada trzypiętrowej kamienicy, z tabliczką: „Pensja Żeńska P. Lambert” przy wejściu, była jej drugim domem od trzech lat. To tu uczyła francuskiego i muzyki, to tu spędzała większość dni, to tu… poznała bliżej Juliana Korzyńskiego.
Pamiętała ich pierwsze służbowe spotkanie, gdy przyszedł omówić dostawy podręczników. Potraktował ją z tą samą uprzejmą obojętnością, którą prezentował światu, dopóki nie zaczęli polemizować nad sensem cierpienia w poezji romantycznej.
– Literatura to rzemiosło, panno Klaro, nie wolno mylić go z życiem – rzucił wtedy beztrosko.
– Rien ne nous rend si grands qu’une grande douleur[1] – odpowiedziała mu cicho, patrząc prosto w oczy.
Przez chwilę wydawało jej się, że w jego wzroku mignęło coś na kształt autentycznego zainteresowania. Ten cytat z Musseta – wypowiedziany po francusku, z idealnym akcentem i ową specyficzną nutą goryczy – sprawił, że na sekundę przestał być pewnym siebie recenzentem. Na pewno jej się wydawało, bo Julian Korzyński miał przecież opinię człowieka, który wprawdzie docenia inteligencję, ale wyłącznie u mężczyzn.
Klara Zawadzka rozpoczęła swoją lekcję francuskiego niezwykle blada. Jej szczupłe palce, zazwyczaj tak pewnie przewracające karty książki, dziś drżały ledwo dostrzegalnie. Tylko ona jedna wiedziała dlaczego – wczorajszy „Kurier Warszawski” przyniósł kolejną błyskotliwą recenzję pana Korzyńskiego, w której bezlitośnie skrytykował najnowszą powieść pani Orzeszkowej, nazywając ją „typowo kobiecą literaturą, pełną sentymentów, a ubogą w głębszą myśl”.
Siedząc teraz przed klasą trzecią, z trudem powstrzymywała gorzki uśmiech. W szufladzie jej biurka spoczywała złożona na czworo odpowiedź na tę recenzję, którą wczoraj do północy pisała w swoim pamiętniku. Nigdy nie miała odwagi wysłać takich tekstów do redakcji, choć wiedziała – och, jak dobrze wiedziała! – że jej argumenty są celne jak pchnięcia floretu.
– Mesdemoiselles, ouvrez vos livres à la page cinquante-trois[2] – powiedziała spokojnym głosem, podczas gdy jej myśli błądziły wokół innego tekstu, tego, który opublikowała miesiąc temu pod męskim pseudonimem, a który pan Korzyński tak entuzjastycznie chwalił w swojej kolumnie.
Pensja pani Lambert mieściła się przy Krakowskim Przedmieściu, dokładnie naprzeciw kościoła Wizytek. Z okien klasy trzeciej roztaczał się widok na ulicę, gdzie właśnie teraz, jakby na przekór jej myślom, zatrzymała się elegancka dorożka. Klara wiedziała, czyja to dorożka – baronowa Dobrzyńska, główna dobrodziejka pensji, miała w zwyczaju przyjeżdżać o tej porze. Dziś jednak nie była sama.
– Lucille, continuez la lecture[3] – poleciła jednej z uczennic, sama zaś mimowolnie śledziła scenę za oknem.
Julian Korzyński, w swoim nieodłącznym surducie w kolorze bordowym, pomagał baronowej wysiąść z dorożki. Jego wysoka, szczupła sylwetka odcinała się wyraźnie na tle szarej warszawskiej ulicy. Klara pomyślała, że jest w nim coś z kota – ta sama gracja ruchów i to samo okrucieństwo w spojrzeniu, kiedy przyłapuje mysz.
Odwróciła wzrok ku książce, ale jej uszy wyłapywały każdy stukot butów na korytarzu. Baronowa zwykle składała wizytę przełożonej, po czym lubiła „przypadkiem” zajrzeć na lekcje. Klara wiedziała, że dziś będzie tak samo – z tą różnicą, że baronowa przyprowadzi ze sobą pana Korzyńskiego, który niedawno zgodził się prowadzić dodatkowe wykłady z literatury.
Gdy Lucille z trudem brnęła przez francuski tekst, Klara poczuła znajomy zapach perfum baronowej – mieszaninę jaśminu i wanilii – i drzwi klasy otworzyły się bez pukania.
– Ma chère mademoiselle Zawadzka – głos baronowej ociekał słodyczą – czy mogłabym na moment przerwać pani lekcję? Pan Korzyński chciałby omówić program wykładów literackich.
Klara wstała od biurka z tym swoim zwyczajnym, ledwo widocznym wdziękiem. Spojrzała prosto w oczy Juliana Korzyńskiego, który zdawał się bardziej zainteresowany złotym zegarkiem w swojej kieszeni niż osobą nauczycielki.
– Mais bien sûr, madame la baronne[4] – odpowiedziała płynną francuszczyzną, wiedząc, że baronowa ledwo rozumie coś więcej niż „oui” i „non”.
Pewnym ruchem wysunęła szufladę biurka, by wyciągnąć dziennik lekcyjny. Zrobiła to jednak o ułamek sekundy za szybko – przeładowana papierami szuflada stawiła opór, a gdy wreszcie ustąpiła, leżący na wierzchu świeży numer „Kuriera” zsunął się na podłogę. Gazeta była złożona na wpół, otwarta właśnie na stronie z recenzją Korzyńskiego – tak jak Klara zostawiła ją kwadrans wcześniej po kolejnej próbie opanowania drżenia rąk.
Julian pochylił się automatycznie, by podnieść gazetę. Klara zauważyła, jak jego wzrok pada na zakreślony czerwoną kredką fragment – ten najbardziej krzywdzący dla kobiecego pisarstwa.
Coś drgnęło w jego twarzy – cień zaciekawienia? Ironii? Spojrzał na nią uważniej, ale Klara już przywdziała swoją nauczycielską maskę – uprzejmą i nieprzeniknioną jak jesienne warszawskie niebo za oknem.
Otworzyła dziennik lekcyjny, by omówić program wykładów, podczas gdy jej dłoń mimowolnie powędrowała ku szufladzie, gdzie spoczywała jej wczorajsza odpowiedź na jego recenzję. Pomyślała, że życie czasem układa się jak powieść – tyle że nie zawsze jest to ta powieść, którą chcielibyśmy czytać.
– Program obejmuje literaturę ostatniego półwiecza. – Głos Juliana brzmiał pewnie i rzeczowo. – Romantycy, oczywiście, ale także najnowsze prądy…
Klara notowała mechanicznie, starając się nie zwracać uwagi na zapach jego wody kolońskiej, tak różny od taniej lawendy, którą skrapiali się subiekci w sklepie jego ojca. W pewnym momencie ich dłonie otarły się o siebie przy przekładaniu kartek. Julian nawet tego nie zauważył, zajęty wyliczaniem nazwisk autorów.
Baronowa Dobrzyńska przysiadła tymczasem na krześle przy biurku i z uwagą obserwowała ich oboje. Jej jasne oczy, przyzwyczajone do wychwytywania najdrobniejszych szczegółów towarzyskich układów, zdawały się przenikać na wylot uczucia Klary ukryte pod maską uprzejmości.
– Musimy zadbać o odpowiedni poziom tych wykładów – powiedziała słodko. – W końcu to ja je finansuję.
Uczennice siedziały niezwykle cicho, chłonąc każdy szczegół tej sceny. Klara wiedziała, że jeszcze przed wieczorem cała pensja będzie huczała od plotek. Młodziutka Zosia Wilczyńska już teraz rumieniła się na sam widok pana Korzyńskiego, a Lucille wpatrywała się w nich tak intensywnie, że zapomniała o otwartej przed sobą książce.
– Mam nadzieję, że pan Korzyński znajdzie w naszej pensji odpowiednie audytorium. – Głos baronowej nabrał szczególnego tonu. – Wprawdzie to tylko dziewczęta, ale niektóre całkiem nieźle rozumieją literaturę… Prawda, panno Klaro?
Dziewczyna skinęła głową z niewzruszoną godnością. Julian tymczasem złożył kartkę z programem wykładów i wsunął ją do kieszeni surduta.
– Literatura wymaga pewnej… dojrzałości umysłu – powiedział z tym swoim charakterystycznym uśmiechem wyższości – ale postaram się dostosować poziom do możliwości słuchaczek.
Klara poczuła, jak jej palce zaciskają się mimowolnie na piórze. W szufladzie jej biurka spoczywała bezpiecznie odpowiedź na jego recenzję – ostre, przemyślane zdania, których on jeszcze nie czytał. Przez moment miała ochotę pokazać mu ten tekst i zapytać wprost, czy nadal uważa, że kobietom brak owej „dojrzałości umysłu”. Jednak w tej samej chwili baronowa wstała z krzesła.
– Ach, już prawie jedenasta! Muszę jeszcze zajrzeć do pani Lambert. Panie Korzyński, może pan mnie odprowadzi?
Julian skłonił się lekko. Wychodząc, rzucił jeszcze jedno spojrzenie na biurko Klary, na którym leżała teraz otwarta księga dziennika. Coś w układzie jej dłoni, w sposobie trzymania pióra przykuło na moment jego uwagę. Zmarszczył brwi, jakby próbując sobie coś przypomnieć.
– Do widzenia, panno Zawadzka – powiedział już w drzwiach. – Mam nadzieję, że moje wykłady spełnią też pani oczekiwania.
Klara odpowiedziała tylko lekkim skinieniem głowy.
Kiedy drzwi się zamknęły, przez klasę przebiegł szmer stłumionych szeptów. Lucille pochyliła się do Zosi Wilczyńskiej, która wciąż nie mogła opanować rumieńców.
– Mesdemoiselles! – Głos Klary przywrócił porządek. – Revenons à notre texte[5].
Dopiero wieczorem, gdy pensja opustoszała, a ostatnie uczennice rozeszły się do domów, Klara wyjęła z szuflady swoją odpowiedź na recenzję Juliana. Przeczytała ją jeszcze raz przy świetle lampy. Potem, starannie złożywszy papier na czworo, włożyła go do koperty.
W drodze do domu wrzuciła list do skrzynki redakcji „Kuriera Warszawskiego”. Na kopercie zamiast swojego nazwiska napisała pseudonim – ten sam, którym podpisywała swoje poprzednie artykuły.
Mgła gęstniała, latarnie gazowe rozmazywały się w wilgotnym powietrzu. Przed sklepem Korzyńskich subiekci właśnie zamykali okiennice. Z wyższego piętra, gdzie mieściło się mieszkanie właścicieli, sączyło się światło. Przez moment wydawało się jej, że dostrzega sylwetkę Juliana pochylonego nad książką. Odwróciła wzrok i przyspieszyła kroku.
Jesień w Warszawie zapowiadała się długa i chłodna.
[1]Rien ne nous rend… (franc.) – Nic nie czyni nas tak wspaniałymi, jak wielki ból.
[2]Mesdemoiselles, ouvrez… (franc.) – Panienki, otwórzcie swoje książki na stronie pięćdziesiątej trzeciej.
[3]Lucille, continuez… (franc.) – Lucille, czytaj dalej.
[4]Mais bien sûr… (franc.) – Ależ oczywiście, pani baronowo.
[5]Revenons à notre texte (franc.) – Wróćmy do naszego tekstu.
Wieczór na Miodowej
Kiedy Klara wracała wieczorem do domu, latarnicy właśnie zapalali gazowe lampy wzdłuż Miodowej, z kościoła Wizytek dobiegał głos dzwonów na Anioł Pański, a przed sklepem Fuksa stary Żyd zamykał okiennice, mamrocząc coś pod nosem. W powietrzu unosił się zapach pieczonego kasztana – przekupka na rogu sprzedawała ostatnie tego dnia porcje, otulając się chustą przed wilgotnym chłodem.
Klara spojrzała w stronę Krakowskiego Przedmieścia, gdzie w oknach ich dawnego mieszkania świeciły się teraz witryny sklepu Korzyńskich. Jeszcze trzy lata temu o tej porze przed tamtym domem zatrzymywały się powozy. Za życia ojca bywali tam profesorowie ze Szkoły Głównej, młodzi lekarze, którzy przychodzili po radę, czasem nawet sam doktor Chałubiński. Teraz pozostały tylko wspomnienia.
Wyjęła z torebki klucz do ich obecnego mieszkania w oficynie przy Miodowej, zanim jednak wsunęła go w zamek, zatrzymała się na moment. Z okien drugiego piętra frontowej kamienicy dobiegały dźwięki fortepianu. Ktoś grał nokturn Chopina – ten sam, który jej matka wykonywała kiedyś na przyjęciach w ich dawnym salonie. Teraz ich własny fortepian, wiedeński Bösendorfer, stał w małym saloniku oficyny, przykryty serwetą. Matka nie dotknęła jego klawiszy od lat. Przez długie miesiące fortepian stał zamknięty, zbierając kurz i służąc jedynie za podstawkę, dopiero tej jesieni, gdy oszczędności zaczęły topnieć w zastraszającym tempie, Helena Zawadzka po raz pierwszy od śmierci męża pozwoliła go otworzyć. Rozalia zarabiała na lekcjach gry, których udzielała córkom pobliskich rzemieślników.
Klara usłyszała za sobą ochrypły głos:
– Panienka Klara! – To stara Maryśka, dozorczyni, wracała z miasta z koszykiem pełnym włoszczyzny i dużym słojem. – A to właśnie mówię do pani Zawadzkiej, że zupkę ugotowałam, taki chłodny wieczór…
Klara uśmiechnęła się do staruszki. Maryśka służyła u nich kiedyś, w czasach świetności, jako kucharka. Teraz, choć sama ledwo wiązała koniec z końcem, wciąż podrzucała im zupy i pierogi, udając, że „i tak za dużo ugotowała”.
– Dziękuję, pani Mario, ale…
– Żadnego ale, panienka wybaczy śmiałość, ale jak nieboszczyk pan doktór mnie z tyfusu wyciągnął, to do śmierci będę pamiętać. A zupka rosołowa, z kury. Sam konsyliarz Bernhardt mawiał, że na wzmocnienie najlepsza!
Klara wzięła słój. Wiedziała, że odmowa sprawi staruszce przykrość. Poza tym matka ostatnio prawie nie jadła…
W sieni było ciemno. Przez okno na półpiętrze wpadało blade światło latarni, rysując na ścianie cień rosnącego za oknem kasztanowca. Ten sam kasztanowiec szumiał jej nad głową, gdy jako dziecko biegała tu z innymi dziećmi z podwórka. Wtedy nie było różnicy między córką doktora a synem stróża. Teraz… teraz każdy żył w swoim świecie, odgrodzony od innych niewidzialnym murem pozycji, konwenansów i – przede wszystkim – pieniędzy.
Wchodząc po schodach, Klara mimowolnie przypomniała sobie spojrzenie Korzyńskiego z dzisiejszego poranka. Było w nim coś… coś, co sprawiło, że przez moment wydało jej się, jakby naprawdę na nią patrzył. Nie jak na element wyposażenia pensji, nie jak na jedną z wielu nauczycielek, ale jak na… No właśnie, na kogo?
Potrząsnęła głową. To śmieszne. Dla Juliana Korzyńskiego istniały tylko damy z towarzystwa w eleganckich sukniach od paryskich krawców, nie zaś nauczycielki w przerabianych trzeciosezonowych strojach.
Na podeście drugiego piętra przystanęła. Z mieszkania dobiegał kaszel matki – ten sam suchy, niepokojący kaszel, który od kilku dni nie dawał jej spokoju. Klara zacisnęła palce na słoju od Maryśki. Będzie musiała jutro wstąpić do apteki Spitznagla. Pan Henryk, młody prowizor, czasem sprzedawał jej lekarstwa na kredyt, pamiętając jeszcze ojca…
Drzwi otworzyła Rozalia. W jednej ręce trzymała książkę, w drugiej niedojedzoną kromkę chleba.
– Klarciu! – szepnęła. – Mama znowu nie chciała jeść obiadu. A Stenia… Stenia pokłóciła się w szkole z córką rejenta i…
Klara westchnęła. Kolejny trudny wieczór w długim szeregu trudnych wieczorów. Zdjęła kapelusz i rękawiczki. W lustrze w przedpokoju dostrzegła swoją twarz – trochę bledszą niż zwykle, ale wciąż dumną. Tego przynajmniej nie stracili po śmierci ojca – dumy. Chociaż czasem… czasem duma była najcięższym brzemieniem ze wszystkich.
Mieszkanie w oficynie składało się z trzech pokoi, salonu i kuchni – skromna przestrzeń, tak różna od sześciopokojowego apartamentu przy Krakowskim Przedmieściu, który zajmowali za życia ojca. Tu każdy mebel, każdy drobiazg miał swoją historię, był niemym świadkiem lepszych czasów. Pod oknem stał fotel obity zielonym pluszem, ulubiony fotel doktora Kazimierza Zawadzkiego – teraz wyblakły, z przetartymi podłokietnikami, ale wciąż zajmujący honorowe miejsce. Na ścianie wisiało weneckie lustro w złoconej ramie, jedna z niewielu rzeczy, których matka nie pozwoliła sprzedać, gdy przyszło płacić za lekarstwa dla ojca. Odbijało teraz skromne wnętrze, jakby zawstydzone swoją elegancją.
Największy pokój pełnił rolę saloniku. Pod ścianą stał fortepian przykryty szydełkową serwetą roboty matki. Na jego zamkniętej klapie piętrzyły się nuty i książki Steni, jakby instrument pogodził się już ze swoją nową rolą regału. Tylko czasem, gdy ktoś zbyt gwałtownie odłożył na wieko ciężki tom lub oparł się o instrument, stare drewno pracowało z wysiłkiem, a struny wydawały głuchy, stłumiony dźwięk przypominający dawne koncerty domowe, podczas których salon wypełniał się gośćmi, a matka grała Chopina.
Pokój Klary i Rozalii był znacznie skromniejszy. Dwa wąskie łóżka, komoda z mahoniowego forniru (jeszcze z wyprawy matki) i sekretarzyk, przy którym Klara sprawdzała wypracowania uczennic. Na ścianie wisiała akwarela przedstawiająca ich dawny dom – prezent od jednego z pacjentów ojca, malarza, który nie miał czym zapłacić za leczenie. Tuż pod nią, na wąskiej mahoniowej konsoli przykrytej szydełkowaną serwetką, stała fotografia ojca w złotej ramce – jedyna, jaką miały, zrobiona rok przed jego śmiercią. Obok, w smukłym wazoniku, zasuszone polne kwiaty zdawały się pilnować tego skrawka przeszłości przed kurzem teraźniejszości.
Piętnastoletnia Stefania sypiała w najmniejszym pomieszczeniu – ciasnej, pozbawionej pieca garderobie, do której wchodziło się bezpośrednio przez sypialnię starszych sióstr. Dziewczyna urządziła ją po swojemu. Na ścianach porozwieszała ilustracje wycięte z „Tygodnika Ilustrowanego”, a na parapecie hodowała pelargonie w puszkach po pomadzie. Choć dawniej pomieszczenie to służyło jedynie do przechowywania krynolin i kufrów, teraz było jej królestwem, do którego uciekała, gdy rzeczywistość stawała się zbyt przytłaczająca.
Kuchnia, choć ciasna, pachniała jak dawniej ziołami – matka nie pozbyła się swojego zwyczaju suszenia rumianku i mięty. Na półkach stały słoiki z konfiturami – już nie tak liczne jak kiedyś, ale wciąż przypominające czasy, gdy spiżarnia w dawnym mieszkaniu pękała w szwach. W szufladzie kredensu leżał stary notes ojca z przepisami na domowe lekarstwa – matka czasem zerkała do niego ukradkiem, gdy któraś z córek zachorowała.
Meble w oficynie stały zbyt ciasno, jakby się kuliły pod naporem wspomnień o przestronnych salonach przy Krakowskim Przedmieściu. Biedermeierowski sekretarzyk, przy którym ojciec pisał swoje artykuły do „Gazety Lekarskiej”, teraz ledwo mieścił się między piecem a drzwiami. Kanapa, kiedyś stojąca swobodnie na środku gabinetu, dziś przytulona do ściany, służyła za dodatkowe łóżko, gdy matka była zbyt słaba, by dojść do swojej sypialni.
Mimo ciasnoty i skromności było w tym mieszkaniu coś, co zdradzało dawną pozycję jego mieszkańców. Może to była ta wenecka serweta na fortepianie, a może sposób, w jaki książki stały na półkach – zawsze według autorów, zawsze w równych rzędach. Nawet w skromności pewnych nawyków nie można się wyzbyć. Jak mawiała matka: „Człowiek może stracić majątek, ale nie może stracić godności”.
Gdy Rozalia i Stefania już spały, a z pokoju matki przestał dobiegać kaszel, Klara wyjęła z szuflady sekretarzyka oprawiony w safian zeszyt. Był to prezent od ojca na jej szesnaste urodziny – „dla przyszłej pisarki”, jak żartobliwie powiedział wtedy, nie przeczuwając, jak prorocze okażą się te słowa. Otworzyła go przy świetle lampy naftowej – na gaz już nie było ich stać – i zaczęła pisać:
14 października 1878 roku
Warszawa coraz bardziej się zmienia. Dziś, wracając z pensji, zauważyłam, że sklep Fuksa przejął jakiś żydowski kupiec z Pragi. To już trzeci w tym roku – stare warszawskie firmy upadają jedna po drugiej. Ojciec mawiał zawsze, że handel jest jak barometr społeczny – pokazuje, skąd wieje wiatr. A wieje ze wschodu, coraz silniej i zimniej.
Na pensji znów była kontrola z kuratorium. Pan inspektor, mimo że sam ledwo mówi po polsku, kazał sprawdzać postępy dziewcząt w języku rosyjskim. Biedna mała Zosia Wilczyńska tak się zająknęła przy deklinacji, że aż się popłakała. A przecież to córka rejenta, z dobrego domu… Ale cóż znaczą dawne nazwiska, gdy nowa rzeczywistość puka do drzwi?
Dziś też obserwowałam scenę w sklepie Korzyńskich. Julian prowadził interesantów z taką nonszalancją, jakby handel był poniżej jego godności. A przecież to właśnie sklep jego ojca daje mu możliwość prowadzenia wykładów, utrzymywania się na pewnym poziomie. Czy on naprawdę nie widzi, że świat się zmienia? Że dawne fortuny topnieją, a nowe powstają z pracy, nie z samego nazwiska?
Baronowa Dobrzyńska znów była na pensji. Patrzyłam na jej koronki z Brukseli i przypomniałam sobie, że jeszcze sześć lat temu my też mieliśmy takie w domu. Teraz matka ceruje stare suknie przy świetle lampy, a ja… ja uczę obce dzieci języka, którym kiedyś rozmawialiśmy przy rodzinnym stole.
A jednak jest w tym wszystkim jakaś przewrotna sprawiedliwość. Dawniej kobieta z dobrego domu mogła tylko czekać na męża lub groziło jej powolne staropanieństwo. Dziś… dziś muszę pracować, to prawda, ale przynajmniej mogę pisać. Mogę myśleć. Nawet jeśli moje artykuły ukazują się pod pseudonimem, to przecież są moje – moje myśli, moje obserwacje, moje małe zwycięstwo nad światem, który chciałby widzieć we mnie tylko nauczycielkę, tylko kobietę.
Ciekawe, co by powiedział Julian, gdyby wiedział, że jego ulubiony recenzent to właśnie ja? On, który tak pewnie wygłasza swoje sądy o kobiecej literaturze. A może właśnie dlatego piszę lepiej – bo wiem, jak to jest być przezroczystą? Widzieć wszystko, rozumieć wszystko, a samej pozostawać niezauważoną?
Stefania znów się buntuje. Nie chce chodzić na lekcje rosyjskiego, mówi, że woli uczyć się francuskiego. Nie rozumie, że teraz trzeba być jak trzcina na wietrze – giąć się, ale nie łamać. Ojciec zawsze powtarzał, że naród bez języka jest jak człowiek bez głosu – niemy, ale nie głuchy. Może właśnie dlatego tak ważne jest, żeby nasze uczennice znały obce języki? Żeby mogły mówić, nawet gdy ich własny język jest zakazany?
Matka coraz gorzej znosi te wszystkie zmiany. Dziś znalazłam ją przy fortepianie – nie grała, tylko gładziła klawisze, jakby były relikwią z lepszych czasów. A może dla niej właśnie tym są? Pamiątką czasów, gdy była panną Wielopolską, córką profesora literatury, a nie wdową po lekarzu, która musi przyjmować stancję…
Czasem zastanawiam się, czy ojciec przewidział to wszystko? Te wieczory przy małej lampie naftowej, te przerabiane suknie, te spojrzenia dawnych znajomych, którzy teraz przechodzą na drugą stronę ulicy, udając, że nas nie widzą. A może właśnie dlatego tak bardzo nalegał, żebym się uczyła? „Kobieta wykształcona jest jak forteca – mówił – nikt jej nie zdobędzie, bo ma w sobie siłę”. Wtedy nie rozumiałam tych słów. Dziś…
Klara przerwała pisanie. Z pokoju matki dobiegł głośniejszy kaszel. Odłożyła pióro i wstała, by przygotować napar – ten sam skład, który ojciec przepisywał swoim pacjentom na przeziębienie. Przepis wciąż leżał w jego starym notesie, napisany tym charakterystycznym, pochyłym lekarskim pismem.
Gdy wróciła do swojego stolika, atrament zdążył wyschnąć. Spojrzała na ostatnie słowa i dopisała:
Dziś wiem, że prawdziwa siła nie polega na tym, by nie upaść, lecz na tym, by powstać. I może właśnie dlatego Julian Korzyński, ze swoją pozą światowca i literata, wydaje mi się czasem taki… kruchy? Bo nigdy nie musiał się podnosić. Nigdy nie musiał walczyć. A człowiek bez walki jest jak książka bez treści – piękna oprawa, ale w środku pustka.
Rozalia znów zasnęła z książką poezji pod poduszką. Stefania pewnie ukradkiem szyje sobie nową bluzkę ze starej sukni matki. A ja… ja piszę w pamiętniku, zamiast przygotowywać się do jutrzejszych lekcji. Ale może właśnie to jest nasza siła? To, że każda z nas na swój sposób próbuje ocalić coś z dawnego świata? Rozalia – marzenia, Stefania – dumę, ja – wspomnienia.
I może ojciec miał rację jeszcze w jednym. „Pamiętnik – mówił, wręczając mi ten zeszyt – to nie jest księga żalów. To świadectwo czasu. A kto daje świadectwo, ten bierze odpowiedzialność”. Więc piszę. Bo ktoś musi zaświadczyć, jak zmienia się ten świat, jak odchodzi w przeszłość stara Warszawa, jak rodzą się nowe fortuny, jak gasną dawne nazwiska. I jak czasem w jesienne wieczory matka gładzi klawisze fortepianu, na którym już nikt nie gra…
Klara zamknęła pamiętnik. Za oknem latarnik gasił ostatnie lampy. Z pobliskiego kościoła dobiegło bicie zegara – północ. Jutro czekał ją kolejny dzień na pensji, kolejne lekcje francuskiego, kolejne spotkanie z Julianem na korytarzu, który pewnie znów minie ją, nie zauważając jej obecności. Ale teraz, w ciszy nocnej, gdy cały dom już spał, pozwoliła sobie na chwilę słabości. Podeszła do fortepianu i delikatnie uniosła klapę. Nie zagrała – tylko musnęła palcami klawisze jak wcześniej matka. W ciemności zabrzmiał cichy akord – jakby westchnienie minionego życia.
I może właśnie w tej chwili, w tym jednym dźwięku, zawierała się cała prawda o ich obecnym życiu – ni to muzyka, ni to cisza. Coś pomiędzy dawną świetnością a dzisiejszą szarością. Jak prześwitująca tkanina w sklepie Korzyńskich – niby widoczna, a jednak przezroczysta.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
