Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
374 osoby interesują się tą książką
Pierwszy raz w życiu miałam wybór – przyjąć warunki umowy albo zginąć.
Elfka nie wie już, czym jest wolność. Nie pamięta nawet swojego imienia, bo od lat nikt go nie używał. Należy do znienawidzonego i poniżanego gatunku elfów i jedyne, o czym marzy, to śmierć. Tylko ona przyniesie ukojenie. Pogodziła się z nią.
Jednak przypadkowe spotkanie z Rohanem – bezlitosnym przywódcą związanym ze smokiem – zmienia jej los. Wciągnięta do jego klanu, nie wie, jaka przyszłość ją czeka oraz jakie plany ma względem niej tajemniczy Smokan. Będzie musiała odnaleźć siłę w świecie, który uważa ją za nikogo.
I pierwszy raz będzie mogła decydować o sobie.
A przynajmniej taką miała nadzieję…
Książka zawiera treści przeznaczone dla dorosłych czytelników.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 508
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tym, w których tli się ukryty płomień.
Nasz główny bohater jest samcem alfa. Czasami potrafi być niemiły.
Nasza główna bohaterka z kolei ma wrażliwą duszę, ale potrafi wiele znieść.
Mężczyźni i kobiety dragoriańscy są sobie równi i tak siebie traktują.
Ostrzeżenia dla wszystkich moich napisanych i przyszłych książek można znaleźć
WYŁĄCZNIE na mojej stronie.
Zdrowie psychiczne jest ważne. Proszę zwróć uwagę na ostrzeżenia.
Ta seria przeznaczona jest dla czytelników 18+ i zawiera elementy, które mogą wywołać u kogoś silne emocje. To jest dark fantasy romans, w którym dochodzi do porwania. Opisany świat nie jest miły, ludzie w nim żyjący również.
Dla tych, co chcą się zaskoczyć: proszę pominąć następną sekcję.
Jeśli niektóre treści mogą wołać u ciebie skrajne emocje, przeczytaj poniższą listę.
Seria zawiera między innymi następujące motywy, przedstawione bezpośrednio, we wspomnieniach, retrospekcjach lub we wzmiankach: uwięzienie, niewolnictwo, relacja dominacji i uległości (nie u głównych bohaterów), porwanie, napaść/wykorzystywanie dzieci przez dorosłych, gwałt (nie u głównych bohaterów), napaść seksualna na dorosłego, wspólna kąpiel i wytrysk na skórę bez zgody, śmierć zwierząt/istot, depresja, próby i myśli samobójcze, znęcanie (nie u głównych bohaterów), brutalność i śmierć, krwawe, szczegółowe opisy, groźby śmierci, mężczyźni bijący kobiety, kary.
Uwaga – seria z książki na książkę robi się coraz bardziej mroczna, a lista będzie aktualizowana z każdą powieścią.
Jeśli masz konkretny bodziec, który chciałbyś sprawdzić, czy znajduje się w tej książce, skontaktuj się ze mną drogą mailową: [email protected].
ELFKA
Dziś umrę.
Jestem tego pewna.
– No dalej, elficka gnido, ruszaj! – Gdy kończy mówić, mocno mnie popycha, przez co się potykam i upadam na ręce, ranię je o zimne, kamieniste podłoże.
Cicho stękam z bólu. Oddycham ciężko i nierówno na zimnym wietrze, obserwując obłoki pary gęstniejące przed moją twarzą. Krzyczę, gdy szorstka dłoń chwyta mnie za poplątane włosy i ciągnie za nie, bym uklęknęła. Wymachuję w stronę mężczyzny zakrwawionymi rękami, starając się uwolnić, ale to nic nie daje.
Dla niego to tak, jakby drapał go szczur. Ledwo to czuje.
– Wstawaj – warczy. – Jama na ciebie czeka.
Myśl o tym, dokąd mnie zabiera, mrozi mi krew w żyłach. To miejsce, z którego nikt już nie wraca.
Jama.
Oczywiście słyszałam o niej wielokrotnie przez minione lata, ale żadna z tych historii nie napawała mnie optymizmem.
Wrzucają do niej niechcianych, by nakarmić włóczące się tam zimą bestie, i wiedzą, że już nikt nigdy ich nie znajdzie.
Nie ma świadków, nie ma zbrodni.
– Błagam – jęczę, a obraz przed oczami mi się zamazuje. – Proszę, to był błąd.
– Błąd? – Jego śmiech jest okrutny. – Twój pan cię już nie chce. Wyraził się jasno. Nie przynosisz żadnych pieniędzy, a potem go okradasz? Idiotka.
– To nieprawda!
Przecież w zeszłym tygodniu ktoś zapłacił mu, by móc mnie wychłostać. Ślady na moich plecach i udach niemal się zagoiły, ale wciąż odczuwam ból.
– Ależ przeciwnie – warczy. – Oddałbym cię właścicielowi tawerny w Ole Creek, gdyby nie fakt, że jak ktoś mnie z tobą zobaczy, to skończę martwy. Nikt nie chce ukrywać elfa. Szczególnie tak bezużytecznego.
Nikt cię nie chce.
Te słowa kołaczą mi w głowie, gdy zbliżamy się do Jamy. Wygląda jak wejście do jaskini, ale wiem, że gdzieś w ciemnościach jest uskok, który oznacza dla mnie śmierć.
Zastanawiam się, ile dusz spotkam na dole.
– Szybko! – krzyczy strażnik miasta, ściskając mnie za ramię zdecydowanie za mocno. – Nikt nie może nas zobaczyć.
– Proszę… – Próbuję raz jeszcze. – Nie zrobiłam nic złego.
Dyszę, by wziąć wdech, czując coraz większą panikę. Nie chcę wrócić do pana, ale nie chcę też, by Effy została z nim sama.
– Ukradłaś mu chleb, parszywa elficka złodziejko. Powinnaś znać swoje miejsce. Twój pan ma cię już dość – syczy, a ja próbuję wyrwać się z jego uścisku, zdesperowana, by uciec, gdy przed nami pojawia się wejście.
Pan jest okrutny, ale tam na dole czeka mnie coś znacznie gorszego.
– Nie, nie, nie. – Łzy zaczynają płynąć po mojej wychudzonej twarzy. – Nie chciałam. – Zimowy wiatr unosi miedziane pasma włosów, zakrywając połowę mojej twarzy, gdy śnieg zaczyna mocniej padać.
– Nie hałasuj tam zbytnio. – Odwraca mnie i widzę jego krzywe, żółte zęby oraz duże, przenikliwe oczy. – Wiesz, że teraz, zimą, mają większy apetyt.
Przeszywa mnie strach, gdy strażnik znów mnie odwraca. Całe moje ciało dygocze z zimna, ponieważ mam na sobie tylko znoszoną tunikę i spodnie.
Mężczyzna jednak o to w ogóle nie dba. Nie, on tylko pcha mnie na skraj wejścia, gdy płacząc w panice, staram się wycofać. Jest ode mnie znacznie silniejszy. Chwyta za metal owinięty wokół mojej szyi i ciągnie za niego w tył, by nabrać rozpędu, po czym pcha mnie w ciemną dziurę.
Otwieram usta w milczącym krzyku, światło zostaje pochłonięte przez ciemność i przez kilka krótkich momentów nie dzieje się nic.
Absolutnie nic.
Mój umysł jest pusty, a ciało lekkie.
Jestem… wolna.
Ląduję na czymś, co musi być zboczem. Z piersi wyrywa mi się głośny wrzask, kiedy spadając z wielką prędkością, ocieram się o ostrą ścianę i rozcinam skórę.
Czuję mdłości i zbierającą się w ustach ślinę. Uderzam głową o twardą ziemię, po czym turlam się po niej, aż nagle się zatrzymuję. Jęczę obolała, a oddech mam urywany od bólu. Po policzku spływa mi ciepła krew.
Mrugam oczami, dostrzegam malutkie światło dobiegające z wejścia, które znajduje się wysoko nade mną. Mroczna postać odchodzi od niego, pozostawiając mnie samą na śmierć na tej lodowatej ziemi.
Tak mi przykro, Effy.
Przed oczami robi mi się ciemno, ciężkie powieki opadają. Najpierw przez moje ciało przebiega dreszcz, a po chwili zupełnie drętwieję.
Dziś umrę.
Jestem tego pewna.
W końcu.
ELFKA
Nie umarłam, choć bardzo chciałam.
Gdy po raz pierwszy się obudziłam, usiłowałam wdrapać się z powrotem do wejścia z nadzieją, że uda mi się stąd wyrwać i wrócić do Effy, ale tylko bardziej poraniłam sobie palce.
Mimo to próbowałam i próbowałam, aż opadłam z sił.
Wciąż osuwałam się na sam dół, zapewne tak, jak każdy, kto został wrzucony do tego mrocznego labiryntu jaskiń.
A było ich wielu.
Czuję ich kości pod stopami, ich czaszki leżące przy ścianach, gdzie położyli się przed śmiercią.
W samotności.
Moje ciało chce, bym się poddała, bym pozwoliła, żeby zimno i chłód mnie pochłonęły, bym poczekała, aż rany mnie wykończą…
Mimo to z jakiegoś powodu nadal się poruszam.
Przy każdym kroku czuję, jakby moje kości miały mi się połamać, a każdy oddech zdaje się tym ostatnim. A jednak wciąż tu jestem, oczekując losu gorszego niż ten, który już mi zgotowano, jestem tego pewna.
Nie wiem, dokąd idę. Nic nie widzę, więc opieram się mocno o kamienną ścianę, by wyznaczyć sobie jakąś drogę. Klejąca, mokra krew na mojej twarzy jest jedynym źródłem ciepła.
Śmieję się lekko do siebie. Kocham, gdy jest mi ciepło, a tak rzadko jest mi to dane. Odczuwanie tego teraz, gdy ogrzewa mnie własna krew płynąca z rany, jest zarówno pociechą, jak i okrucieństwem.
Elvanan musi mnie naprawdę nienawidzić.
Po tym, jak przez lata dzielnie próbowałam przeżyć, walcząc w każdy możliwy sposób, w jaki mogłam, nawet gdy uciekałam myślami, gdy rozważałam, co mogę zrobić, by się uratować, czy może nie będzie lepiej, jak to wszystko zakończę… To jest nagroda za to, że przetrwałam?
Zostałam wyrzucona, ponieważ ukradłam jedzenie?
Ono nawet nie było dla mnie, tylko dla Effy.
Effy… Bogowie, co się teraz z nią stanie?
Na samą myśl o tym ogarnia mnie gniew – uczucie, z którym rzadko mam do czynienia. Jaki to ma sens, skoro nie mogę nic z nim zrobić i tylko tracę siły?
Przynosiłam panu najwięcej monet. Wielu płaciło mu, by używać mojego ciała i się na mnie wyżyć, gdy przygniatała ich złość.
Przychodzili co tydzień, a on siedział, licząc monety i słuchając moich krzyków, gdy mnie zabierali. Słuchał, gdy do utraty sił błagałam, by to się skończyło.
Przeszłam przez to wszystko tylko po to, by umrzeć na jego warunkach.
Nagle z oddali niesie się warczenie. Dźwięk odbija się od ścian, przez co wydaje się, że wybrzmiał zaraz obok.
Gwałtownie wciągam powietrze.
Zimą mają większy apetyt.
Oddycham głęboko, aż bolą mnie płuca. Pilnuję, by kolana się pode mną nie ugięły. Palce wbijam w ścianę jaskini, by utrzymać równowagę. Wiem, że moja krew zostawia ślad.
Jeśli mam umrzeć, niech tak będzie. To będzie mój wybór. Nie zostanę tu, by zgnić.
Przykro mi, Effy.
Próbuję w ciemności podążać za dźwiękiem. Ostatkiem sił odrywam się od bezpiecznej ściany i ruszam w tamtą stronę z wyciągniętymi przed sobą rękami. Syczę, gdy dotykam jeszcze ostrzejszych skał, a pieczenie z moich rozciętych dłoni promieniuje w górę rąk. Poruszam stopami, sprawdzając, czy mam pod sobą twardą ziemię. Pozwalam, by kierował mną gniew oraz poczucie niesprawiedliwości.
By kierował mną ból.
Teraz mogę to zrobić. Nie ma tu nikogo, kto mnie za to uderzy, kto za nieposłuszeństwo powiesi mnie na kilka dni w stodole. Kto podniesie na mnie bat lub wrzuci na dno suchej studni, gdzie zostanę sama ze swoimi myślami.
Dostrzegam w oddali pomarańczową poświatę i znów trzymam się ściany, idąc w stronę światła i czując na sobie odrobinę ciepła.
Muszę się tam tylko dostać i będzie po wszystkim.
W końcu jednak zmęczenie ze mną wygrywa. Ból i uczucie głodu mnie męczą. Kuśtykam, aż odnajduję miejsce po przeciwnej stronie. Ślepo szukam drogi, która zakręca i prowadzi do otwartej przestrzeni, a za przewodnika mam tylko poświatę.
Oby moje ciało mnie teraz nie zawiodło.
Rozbrzmiewa kolejne warknięcie, tym razem głośniejsze, jak grzmot. Powietrze zdaje się gęstsze, a poświata z przodu nagle znika i pochłania mnie ciemność.
Nie, to była moja jedyna szansa! Pan powiedział, że lawa w tych jaskiniach płynie cały rok, że nigdy nie gaśnie.
Czy to ma w ogóle znaczenie, jak się to wszystko skończy?
Nie, chyba jednak nie.
Dalej idę do przodu, powoli, krok za krokiem. Jednak gdy unoszę stopę przy kolejnym kroku, kolano się poddaje. Zderzam się ze ścianą i z krzykiem zsuwam się na ziemię.
Bogowie, moje żebra płoną, kostki pulsują bólem i kręci mi się w głowie.
Jęcząc, wyrównuję oddech i zaciskam powieki. Ostry ból przeszywa moje skronie. Próbując nie zwymiotować, unoszę rękę. Czuję krew na skórze i wzdycham ciężko, gdy otwieram oczy.
Wciąż powoli wykrwawiam się na śmierć.
Słaba.
Bezużyteczna.
Taka, jaką mnie chciał.
Taka, jaką zawsze byłam.
Kolejne warknięcie, tym razem niższe i gardłowe. Niemal mogę udawać, że to faktycznie burza. Oglądanie, jak natura bez konsekwencji sieje na niebie spustoszenie, to jedna z najlepszych rzeczy, jakich mogłam doświadczyć.
Burze są krzykiem milczących, którzy zostali tak zastraszeni, że boją się odezwać.
Wiem coś o tym, bo jestem jedną z nich.
Jeśli zostanę tu na chwilę, ten dźwięk może mnie ukołysać do wiecznego snu i mogę udawać, że idę w objęcia Elvanana.
A przynajmniej tak słyszała Effy od jakiegoś innego elfa. Elvanan to ten, którego wielbimy, do którego idziemy, gdy umieramy. Nie wiem, czy to prawda, ale trzymam się tej myśli z całej siły, by nie zapomnieć, kim jestem.
Kim mogłabym być.
Musiałam w którymś momencie zasnąć, bo gorący powiew na twarzy gwałtownie wyrywa mnie ze snu. Podmuchy powietrza są świszczące, lecz miarowe. Przytłoczona nagłym ciężarem, nie mam odwagi otworzyć oczu. Jeszcze nie.
Głęboki wdech, a później wydech. Włosy rozwiewają mi się wokół twarzy, a ja mocno przełykam ślinę.
O bogowie.
Moje dłonie drżą bezwładnie po bokach, a twarz mam odwróconą w stronę ściany jaskini.
To już? To jest ten czas? To w końcu mój kres?
Przygotowując się na to, że to moje ostatnie chwile, z trudem unoszę powieki tylko po to, by znieruchomieć pod spojrzeniem jednego białego i jednego fioletowego oka.
Są wielkie, przerażające i należą do czegoś z pyskiem pełnym zębów.
Cała sztywnieję, a z piersi wyrywa mi się cichy jęk, zanim uda mi się go zdusić. Bestia odpowiada głębokim, gardłowym warknięciem, pokazując mi, jak przerażająco ostre ma kły.
Za nią błyska światło – blask przybrał na sile, a stwór przesunął się na tyle, że widzę go już w całej okazałości. Jego łuski, rogi, ogon.
Mają ciemny kolor, może czarny? Albo może to cienie płatają mi figle? Bestia jest wielka i gdybym stała obok niej, głową nie sięgałabym jej nawet do kolan.
Nie wiem, dlaczego tak pomyślałam, to przecież nie ma znaczenia.
Mrugam kilka razy, próbując przyzwyczaić się do światła, i dociera do mnie, że przez jej lewe oko – to białe – przechodzi blizna.
Kto ci to zrobił? Czy cię bolało?
Wpatrujemy się w siebie. Serce mi wali tak szybko jak królikowi uciekającemu przed śmiercią, ale nie odważę się nawet drgnąć.
Nigdy nie byłam tak blisko smoka, widywałam je tylko wysoko na niebie. Zawsze je podziwiałam. Ich siłę, zdolność do natychmiastowego wzbicia się w powietrze, by uciec.
Jak to musi być cudowne. Odlecieć i nigdy nie wrócić.
Na samą myśl o tym łzy napływają mi do oczu.
Smok mruga. Przeźroczysta błona pokrywa jego oko, a następnie opuszcza się ciemna powieka. Biorę głęboki wdech, zastanawiając się, co powinnam zrobić, ale… co w ogóle mogę zrobić?
To jest to, czego chciałam. Lawa byłaby lepsza, ale czy naprawdę miałam jakikolwiek wybór? To była tylko iluzja.
Wzdycham ciężko, unoszę dłoń i opieram się o bok jamy. Jęczę z bólu, gdy przykładam do dna jaskini drugą rękę. Smok pomrukuje, sapiąc głośno, a ciepłe powietrze z jego nozdrzy znów we mnie uderza. Wbijam palce w kamień, biorąc głęboki wdech, i z trudem podnoszę się na drżących nogach.
Bestia znów warczy, otwierając pysk szerzej, w miarę jak światło z boku wydaje się przybierać na sile. Nagle wydaje mi się, że słyszę czyjś głos, ale przez warczenie nie jestem tego taka pewna.
Wciąż patrząc smokowi w oczy, powoli odrywam dłoń od ściany. Upewniam się, że zdołam samodzielnie ustać, po czym zdeterminowana, robię krok w jego stronę.
Tylko tę jedną rzecz. Daj mi tylko to.
Ból przeszywa moje biodra i żebra z każdym krokiem, oddycham ciężko przez nos. Czuję, że moje ciało jest wyczerpane w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Jest gorzej niż wtedy, gdy pobito mnie tak mocno, że nie mogłam się ruszać przez kilka dni, do momentu aż rany się nie zagoiły. Ból po tym zdarzeniu jednak został znacznie dłużej.
A przecież tylko odrzuciłam zaloty jego przyjaciela, uciekłam i ukryłam się w szafie do czasu, aż poszedł. Widocznie nie powinnam była tego robić.
Szczęki bestii otworzyły się szerzej, wyrywając mnie z zamyślenia, gdy czarny język smoka dotyka dołu pyska. Łagodne światło pojawia się na tyle jego gardła i przez chwilę jestem zahipnotyzowana ciepłem, które mnie otacza. Tak wspaniałym ciepłem. Później zdaję sobie sprawę, że zamierza…
– Drogonah! – wybrzmiewa gdzieś głos.
Wzdrygam się, a smok zamyka paszczę i odwraca łeb w stronę, z której dobiega dźwięk. Jego złowieszcze rogi połyskują, odchylając się od boków czoła, a uszy, umieszczone poniżej rogów, drgają.
– Drogonah, lecimy stąd. Co ty tam robisz? – Męski głos jest ochrypły, ma w sobie jakiś mrok. Ogon smoka porusza się tak, jakby bestia była poirytowana.
Zaraz potem słyszę kroki, a w oddali, tam, gdzie wcześniej była poświata, migocze jaśniejsze światło, a później dostrzegam postać.
O nie…
Kątem oka widzę, jak przybysz przechyla głowę, ale nie mam odwagi się w pełni odwrócić wzorku od fioletowego oka, które patrzy na mnie i mruga, jakby mnie oceniało.
Nieznajomy podchodzi bliżej i wyciąga dłoń do bestii, by pogłaskać ją po łuskach. Do biodra ma przypięty lampion, korzystam więc z okazji, by się rozejrzeć, rozważając możliwość ucieczki. Wszystko jest lepsze niż oddanie się temu mężczyźnie, ale nie jestem w stanie iść, a co dopiero biec.
Nieruchomieję ze strachu, gdy się zbliża i zatrzymuje obok wielkiego pochylonego łba, który mi się przygląda.
– Drogonahu – mamrocze mężczyzna – czy bawiłeś się swoim jedzeniem? – Przypatruje mi się. – To byłby tylko malutki obiad.
Przerażenie, ból i złość na całą tę niesprawiedliwość sprawiają, że robię coś, czego nigdy nie robiłam.
Krzyczę.
– Nie jestem jedzeniem! – Zachrypnięty dźwięk odbija się wokół nas echem i od razu tego żałuję, bo zarówno smok, jak i mężczyzna powarkują wściekle.
Brzmią niemal tak samo.
Zapada cisza, a powietrze zostaje przeszyte groźnym i dojmującym chłodem. Kulę się w sobie i spuszczam wzrok.
– Czy ty właśnie na mnie krzyknęłaś? – Słowa są ciche, ale złowrogie, a zawarta w nich groźba w nich jest wyraźnie słyszalna.
Mój oddech przyspiesza, bo wiem, że nie powinnam; bo wiem, że będę tego żałować.
Spalenie żywcem lub rozerwanie na pół przez tę bestię może i jest bolesne, ale człowiek potrafi zranić o wiele bardziej…
Człowiek może sprawić, że będzie cię bolał każdy centymetr ciała, skrzywdzi cię w niewyobrażalny sposób i będzie się tym rozkoszował.
Zawsze wybrałabym bestię zamiast mężczyzny.
– P-przepraszam. – Moje słowa są ciche, dukam je przez zaschnięte gardło, udając, że nie jestem przerażona, a mój głos wcale nie zadrżał.
– Masz czelność w ten sposób mówić do Smokana?
Smok porusza się nerwowo obok mężczyzny, przestępując z łapy na łapę, jakby czuł jego wzburzenie, jakby stanowili jedność.
Przełykam głośno ślinę, zaciskam dłonie w pięści.
Smokan? Musi być akurat Smokanem?
Proszę, zabij mnie szybko.
– Nie masz nic do powiedzenia?
Mężczyzna zbliża się, wyciągając ku mnie rękę, a ja odruchowo się wzdrygam, nie chcąc tego, co zaraz nastąpi. Zatrzymuje się z dłonią w powietrzu, marszczy brwi, a później mocno chwyta mój podbródek i unosi go, bym na niego spojrzała, na co wydaję cichy okrzyk.
Odpina swój lampion i zbliża go do mojej twarzy. Jasne światło zmusza mnie do zmrużenia oczu, a on wydaje z siebie pomruk. Spogląda szybko na obrożę na mojej szyi, po czym przygląda się mojej twarzy i wiem, co widzi.
Miedziane włosy, chudą twarz, piegi na nosie, które rozchodzą się też na policzki. Jak doda się do tego moje zielone oczy, powstaje mieszanka cech, które trudno znaleźć u innych.
Patrzy na moje sięgające do pasa, skołtunione włosy, które ukrywają to, kim jestem.
Nie mogłyśmy ścinać włosów. Dlaczego miałybyśmy to robić, skoro dzięki temu mieli nas za co chwycić?
Wpatruję się w jego ciemne oczy. Dostrzegam fioletowe tęczówki i wyraźną bliznę na lewej skroni, która ciągnie się aż do ucha. Włosy ma do ramion, w połowie spięte – górna część jest związana, a w nią wpleciono kilka mniejszych warkoczyków.
Jest dobrze zbudowany, onieśmielający.
Niebezpieczny.
Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko Smokana. Widziałam ich tylko, gdy w czasie Igrzysk pojawiali się na krótko w mieście. Zerkałam wtedy przez zasłony najwyższego okna, gdy sprzątałam. Mówi się, że są bezlitośni, nawet król Halen podchodzi do nich z nieufnością, pomimo niepewnego sojuszu, który zawarli.
Pan również zawsze mówił o nich źle.
Smokanie jako jedyni potrafią w pewnym stopniu kontrolować smoki. Tylko oni, po wytworzeniu więzi, mogą na nich jeździć. Żyją w swoich osadach z Dragorianami, bo nie chcą mieszkać z innymi w wioskach czy miastach.
Chociaż nie sądzę, że ktokolwiek może cieszyć się z tego, że w jego ogródku warzywnym rozgościł się smok.
Zerkam ukradkiem na strój mężczyzny. Grube spodnie, tunika z krótkim rękawem, maska zwisająca z przodu przy biodrze. Czy nie jest mu tu zimno?
Czarny materiał zawiązany jak wstążki wokół jego opalonych przedramion zdradza, że należy do Klanu Czarnołuskich – jednego z pięciu dragoriańskich klanów.
Kiedy wydaje niecierpliwe mruknięcie, kręcę głową w odpowiedzi na jego pytanie, przenoszę spojrzenie na smoka. Silne palce mężczyzny ściskają mnie mocniej, przywołując do porządku, a ja czuję w oczach łzy.
Obraca moją głowę, a jego ciemne oczy lustrują mnie, aż w końcu Smokan szyderczo wykrzywia usta.
– Odsuń włosy z uszu.
Nieruchomieję, a serce wali mi w piersi. Smok warczy, a mężczyzna unosi swoją drugą rękę.
– No już!
Wzdrygam się na ten rozkaz, zakrwawioną dłonią zakładam loki za ucho; wiem, że właśnie sama wydaję na siebie wyrok.
Nikt nie jest miły dla takich jak ja. Traktują nas gorzej niż ziemię, po której stąpają. Nie jesteśmy godni, aby zaznać ciepła, komfortu, radości czy śmiechu. Jesteśmy po to, by każdy, kto nas złapie i ukryje, mógł nas wykorzystywać.
Pokazywanie się z elfem jest równoznaczne ze skazaniem siebie na śmierć, chyba że zabiera się nas do króla.
– Elfka – syczy, a ja się wzdrygam.
Mężczyzna przeklina, jego twarz wyraża zniesmaczenie. Zgrzyta zębami zupełnie jak smok.
Odważam się wyrwać z jego uścisku. Czuję napływające do oczu łzy. Przykładam dłoń do boku głowy i jęczę, ból przeszywa mi czaszkę przy każdym ruchu.
– Jesteś daleko od domu, prawda?
Nic nie odpowiadam.
– Co robisz za granicą? Jak się dostałaś do Dracozaru bez wiedzy króla?
Przełykam głośno ślinę, po czym szepczę:
– Zostałam sprzedana mojemu panu.
Unosi brew.
– Sprzedana?
– Tak, tak mi powiedziano.
Spogląda na smoka, Drogonaha, po czym stęka i znów wbija we mnie wzrok, milcząc przez chwilę.
– Więc gdzie jest twój pan, elfko?
Zapewne szuka nowej niewolnicy.
– Zostałaś tutaj wrzucona?
Kiwam głową.
– Dlaczego?
Wzruszam ramionami. Nadal mi się przygląda.
– Zabrałam trochę chleba – przyznaję ochryple, czując, jak zbiera mi się na wymioty.
Taksuje mnie wzrokiem.
– Kłamczucha. Nikt nie trafia tu za coś tak drobnego jak kradzież.
Jeśli jesteś mną – trafisz.
– Ja nie… kłamię. – Kręci mi się w głowie i zataczam się w tył, opieram się o ścianę jaskini.
Wszystko mnie boli.
– Rohan? Jesteśmy gotowi, by stąd odlecieć. – Z głębi jaskini rozbrzmiewa inny głos, a mną wstrząsa dreszcz.
Ilu ich tu jest?
– Idę – odpowiada Smokan, a gdy rusza w moją stronę, kościana maska u jego bioder porusza się przy każdym kroku. – I ty również, elfko.
ELFKA
Rohan pcha mnie przed siebie, a moje słabe nogi w jakiś sposób niosą mnie naprzód, podczas gdy dwa drapieżniki drepczą mi po piętach. Z każdym kolejnym krokiem próbuję nie płakać i powstrzymać nudności, gdy zawroty głowy grożą, że powalą mnie na ziemię.
To się nie dzieje. Dokąd on mnie zabiera? Dlaczego to robi?
Kroki Drogonaha są najgłośniejsze, a każdy ze smoczych pazurów, którymi z łatwością mógłby mnie zmiażdżyć, uderza głośno o podłoże jaskini. Moje kroki są lżejsze, niemal bezdźwięczne. Smokana też są ciche, biorąc pod uwagę jego rozmiary.
– Bądź miły, Drogonah, ona nie jest jedzeniem – odzywa się Rohan. – Na razie.
Uderza we mnie kolejna fala strachu.
Więc co, będę zjedzona? Na jego żądanie?
– W lewo – rozkazuje. Pokonujemy zakręt, po czym docieramy do wyjścia.
Pochodnie rozświetlają tłum przede mną, a ja mocno drżę, gdy w moją stronę zwraca się mnóstwo par ogromnych oczu. Niektóre należą do Dragorian, inne do smoków. Wyglądają na równie zaskoczonych, co ja.
Elvananie, ratuj mnie.
Wydaję zduszony okrzyk, gdy nagle zostaję popchnięta i ląduję ciężko na kolanach. Włosy opadają mi na twarz. Nie jestem w stanie powstrzymać łez.
– Kto to jest? – rozbrzmiewa czyjś głos.
Unoszę głowę i dostrzegam wysokiego mężczyznę o ciemnobrązowej skórze, który schyla się obok mnie.
– Elfka? – Zza moich pleców dociera potakujące stęknięcie, na co mężczyzna marszczy brwi.
– Tak – odpowiada Smokan. – Jesteśmy spakowani, Kaldarze?
– Owszem – odburkuje mężczyzna.
Ciemne splecione włosy opadły mu na ramiona i przysłaniają tatuaż na jego szyi. Spuszczam wzrok, gdy wyciąga rękę w moją stronę. Próbuję się cofnąć, ale szorstka dłoń chwyta mnie za ramię i unosi jak piórko, wstrząsając całym moim ciałem.
– Ona jest ze mną. – Niski tembr głosu Rohana przyprawia mnie o dreszcze, tak samo jak podmuch powietrza wywołany przez jego smoka, który znajduje się tuż za nami.
– Ale jak się tu dostała? Nikomu nie wolno przejść przez granicę. Król nie może się nawet przedostać do elfów, więc skąd się tu wzięła?
– Najwyraźniej została sprzedana.
– A więc szpiegini? – Kaldar kiwa głową, jakby już się w tym upewnił.
– Niewolnica, ale to może być kłamstwo. Chociaż była tu sama. – Mówią tak, jakby mnie tu w ogóle nie było. – Ale wiesz, krążą plotki, że w podziemiu w Lothmere potajemnie sprzedaje się elfy i przetrzymuje je w domach. Więc może mówi prawdę.
– Hmm. – Kaldar zerka to na mnie, to na Rohana, po czym się uśmiecha. – Więc się nią podzielisz? Przecież próbując odkryć prawdę, możemy się przy tym zabawić.
Taksuje mnie wzrokiem i w jednej chwili krew zastyga mi w żyłach.
Nie powinnam się dziwić. Słyszałam od pana opowieści o klanach. To barbarzyńcy, dlatego większość Dragorian może żyć ze smokami. Mówi się, że są bestiami, ale w ludzkiej skórze. Plądrują, gwałcą, dzielą się łupami, zabijają i kradną, a w dodatku mają porywcze charaktery, które ciężko opanować, gdy wpadną w furię. I widocznie nikt nie potrafi ich okiełznać.
– Może – odpowiada, a ja czuję jego dłonie na karku, tuż nad metalem. Ich ciepło przyprawia mnie o gęsią skórkę na całym ciele.
Jakaś kobieta prycha lekceważąco. W świetle widzę, jak odrzuca włosy zaplecione w warkocze, a złośliwy uśmiech wykrzywia jej usta.
– Nie możemy przecież ukrywać elfki. To się skończy dla nas śmiercią. Pozwól Drogonahowi ją zjeść i darujmy sobie to całe zamieszanie.
– Dlaczego uważasz, że jest wystarczająco dobra, by zjadł ją mój smok, Darcio? – kontruje Rohan i zapada ciężka cisza.
Kobieta przestępuje z nogi na nogę. Schyla delikatnie głowę.
– Przepraszam, Smokanie.
Rohan warczy.
– Jest ze mną, a to oznacza, że wszyscy będziecie trzymać język za zębami, dopóki nie odkryję powodu, dlaczego elfka znalazła się w Dracozarze, jasne?
– Tak, Smokanie.
– A teraz czas na nas.
Wszyscy ruszają do działania.
Ludzie zbierają torby i ładują je na wozy, upewniając się, że siodła dobrze leżą na grzbietach ich koni. Stoję tam z walącym sercem, podczas gdy ktoś ciągle gniewnie się we mnie wpatruje albo spogląda w moją stronę z zaciekawieniem.
W głębi ogromnej, przypominającej jaskinię przestrzeni siedzą i czekają smoki, a ja z trudem przełykam ślinę, czując na sobie ich wzrok.
– Chodź. – Coś szarpie mnie do przodu, a później w tył i nagle jakaś lina owija się wokół mojej talii. Chwytam ją i próbuję się jej pozbyć, przy okazji jeszcze bardziej ranię sobie dłonie. – Przestań – karci mnie Rohan. Odwraca się i odtrąca moje dłonie.
Patrzę zdezorientowana, jak przywiązuje drugi koniec liny do swojej talii. Widzi, że na nią patrzę, i przyciąga mnie do siebie.
Gdy na niego wpadam, moje dłonie lądują na jego torsie. Kiedy to dostrzegam, próbuję się wycofać, ale jego ucisk na linę mi na to nie pozwala.
– Nie opuścisz mnie na krok, elfko, albo skończysz jako obiad mojego smoka.
– Z-zostaw mnie tu po p-prostu – błagam, pozbywając się resztek godności. Wszystko jest lepsze niż bycie z klanem. – Proszę. Nie chcesz mnie, jestem bezużyteczna. Ja… – Nie przychodzi mi do głowy nic więcej.
– Nie. – Odwraca się nagle, a sznur mocno się napina.
Jestem zmuszona iść za nim, gdy podchodzi do Drogonaha. Smok odwraca łeb i kłapie na mnie zębami.
Piszczę ze strachu, próbuję schować się za Smokanem, jakby naprawdę miał mnie uratować.
– Dlaczego? – szepczę, wpatrując się w smoka szerokimi oczami. Rohan zaciska mocniej popręg.
– Może mi się przydasz – odpowiada rzeczowo.
– D-do czego?
– Porozmawiamy o tym później. – Chwyta mnie w pasie. – Drogonah, noga, musimy stąd spadać.
Drogonah z warknięciem prostuje przednią łapę, a Rohan ze spokojem, jakby robił to tysiące razy, wspina się na smoka, ciągnąc mnie za dobą.
Mój oddech staje się nierówny, a gdy dłonie Rohana zaciskają się na mojej talii, z ust wyrywa mi się bolesny świst.
Zostaję usadowiona w siodle na grzbiecie Drogonaha, a gdy już tam jestem, Rohan siada za mną, odwiązuje mnie i przymocowuje linę do przedniej części siodła.
Wiercę się i próbuję się wyswobodzić, podczas gdy Drogonaha warczy pode mną złośliwie, sapiąc i usiłując odwrócić łeb, by mnie dosięgnąć.
Och, Elvananie, jestem na smoku, jestem na smoku!
– Uspokój się, Drogonahu.
Z nozdrzy bestii wydostaje się dym, a inne smoki ostrożnie się jej przyglądają.
Jest ich w sumie trzy, każdy w innym rozmiarze oraz kolorze.
Rohan odwraca się w bok, po czym przywołuje palcami Drogonaha. Smok przekrzywia i obniża swój łeb, a mężczyzna gładzi go po pysku.
– Ledwo czujesz jej ciężar, to przecież skóra i kości.
Z jakiegoś powodu ten komentarz sprawia, że czuję wstyd.
– Wkrótce wypoczniemy, więc bądź grzeczny.
Smok prycha, kładzie uszy po sobie, a jego ciało się kołysze. Chwytam się siodła, a z ust wymyka mi się dźwięk przerażenia.
Rohan odwraca moją głowę i kładzie mi palec pod brodą, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała.
– Nie wstawaj.
Przełykam ślinę i kiwam głową. Rohan bez trudu zjeżdża po boku Drogonaha, ląduje na ziemi, po czym się prostuje.
Zostawia mnie tutaj samą?!
Inni spoglądają na Rohana z zaskoczeniem, a później zwracają swoje szeroko otwarte oczy na mnie. Opuszczam głowę, chowam się za swoimi włosami, po czym znów pozwalam sobie na łzy.
– Ruszamy – rozkazuje Rohan.
Smok warczy, a później zaczyna się coś, co jak przypuszczam, będzie najgorszym etapem mojego życia.
Gorszym niż pan i jego stodoła.
ELFKA
Nie wiem, od jak dawna przemierzamy jaskinie, może od dwóch dni? Zapewne wystarczająco długo, by opadły mi powieki i bym przestała walczyć ze snem, który próbuje mnie pochłonąć.
Może się nie obudzę.
To byłoby błogosławieństwo, ponieważ ból staje się coraz bardziej nie do zniesienia.
Rohan nic do mnie nie mówi, idzie obok Drogonaha i mamrocze coś do niego. Rzeki lawy płyną po naszych obu stronach, a dziury wysoko w górze wpuszczają snopy światła rozświetlające ciemność.
Chętnie rozkoszowałabym się ciepłem, jakie mi daje, gdybym mogła na chwilę przestać szczękać zębami i cała się trząść.
Zamiast tego obserwuję wszystkich, zastanawiając się, jak mogę uciec.
Część z nich jedzie konno, inni na wozach ciągniętych przez zwierzęta, ale większość idzie pieszo. Nie wydają się zaniepokojeni tym, że są wśród nich smoki. Właściwie zauważam, że Kaldar trzyma się blisko zielonej bestii, której pierś wydaje się lekko świecić.
Ten smok jest mniejszy od pozostałych, ale nie mam wątpliwości, że równie niebezpieczny.
Darcia – która już wcześniej tak gniewnie się na mnie gapiła – jedzie na gniadym koniu i nie przestaje się we mnie wpatrywać. Rozmawia z brązowowłosą kobietą podróżującą na grzbiecie siwka.
Patrzę na lawę, przyglądam się, jak pomarańczowa masa tworzy bąble w rzece, która zawija wzdłuż jaskini i kapie z kamieni na nierównych ścianach.
To byłby piękny widok, gdybym nie została porwana przez Smokana.
Jak mam się z tego niby wyplątać?
Muszę poczekać na właściwy moment. Później ucieknę i wrócę do Effy. Będziemy mogły opuścić miasto i zacząć wszystko od nowa w jakiejś odległej wiosce. Postaram się, by nasze uszy były ukryte, a jeśli to nie zadziała… cóż.
Raz jeszcze spoglądam na lawę i bezskutecznie próbuję poluzować linę. Jest jednak zawiązana zbyt ciasno. Zerkam za siebie i dostrzegam małe kolce wzdłuż grzbietu Drogonaha. Myślę, że byłabym w stanie rozciąć nimi sznur, ale są za daleko. Przyglądam się tym, które są przy podstawie jego szyi, i docieram do tej samej konkluzji towarzyszącej mi od dłuższego czasu… Nigdzie się nie wybieram.
Wnętrze ud pali mnie, gdy się poruszam, ocierając się o siodło. Opadam w przód ze zmęczenia. Czuję, jakby moje żebra pękały, ale nawet to nie powstrzyma mnie przed zaśnięciem.
Rohan jest czujny i uważny. Zwalnia czasami, by poklepać Drogonaha tu i ówdzie, spoglądając na mnie, jakby sprawdzał, czy wciąż jestem.
Jakbym mogła dokądkolwiek odejść.
W trakcie drogi podchodzą do niego członkowie klanu, aby potwierdzić ilość zapasów lub omówić trening.
Jaki trening?
– Zatrzymamy się tutaj na noc! – krzyczy nagle Rohan, a wszyscy naraz przystają.
Część zaczyna rozpakowywać różne przedmioty, by stworzyć obozowisko, inni zdejmują siodła z koni.
Drogonah mruczy cicho i nastawia uszu, przysiadłszy na zadzie. Lecę w tył i krzyczę, gdy lina mocno wbija się w moje ciało. To mnie skutecznie wybudza. Szukam szybko czegoś, czego mogłabym się chwycić, a bestia warczy, posyłając w powietrze kłąb dymu.
– Drogonah, leżeć.
Nie robi tego, a ja wciąż zwisam na linie owiniętej wokół mojej talii i czuję w kręgosłupie rozsadzający ból.
– Drogonah… – Tym razem to ostrzeżenie. Ton głosu Rohana staje się znacznie głębszy.
Smok w końcu opada na ziemię, zrzucając mnie do przodu.
Uderzam prosto w siodło. Biorę wdech, a gdy zostaję pociągnięta w tył, obraz przed moimi oczami ciemnieje. Krzyczę i przykładam dłonie do brzucha. Rohan się wspina i odwiązuje mnie od siodła, po czym opada na swoje miejsce.
– Chodź – rozkazuje, ciągnąc za linę. Nie odpowiadam, nie mogę. Myślę, że zaraz zwymiotuję. – Powiedziałem… – cedzi przez zęby, raz jeszcze szarpiąc za sznur. – Chodź.
Ciągnie mnie w bok.
Upadam, ale nie uderzam w ziemię, ponieważ nagle otaczają mnie czyjeś ramiona i niedbale stawiają na nogi. Chwieję się w prawo, ale delikatne pociągnięcie za linę mnie prostuje, przez co jęczę z bólu.
– Naprawdę sama skóra i kości – mówi Rohan. – Z łatwością mógłbym tobą rzucać na prawo i lewo. – Spoglądam mu w oczy, lecz szybko odwracam wzrok. Nie chcę w nich widzieć odrazy. Oddycham głęboko, by złagodzić ból.
Nie zniosę tego. Nie dam rady.
Zerkam na rzekę lawy gotującą się za jego plecami, na jasną pomarańczową masę spływającą z wiszącego stalaktytu. Ciepło mnie otula, a światło delikatnie rozjaśnia jaskinię. Idę w jej stronę, nim w ogóle dotrze do mnie, że się poruszyłam.
Uda mi się.
Tylko kilka kroków, a później ból zaledwie przez kilka chwil.
To musi się skończyć. Teraz.
Już nie dam rady.
– Nawet o tym nie myśl. – Rohan robi krok w bok, blokując mi drogę. Odwraca się, chwyta linę i przywiązuje ją do siebie, nie dając mi wyboru i zmuszając, bym na drżących nogach poszła za nim.
Smok za moimi plecami wzdycha, a żar jego oddechu uderza we mnie.
Rohan kieruje nas w stronę klanu. Ludzie siedzą na ziemi wkoło garnka, który wisi nad małym ogniskiem. Zauważam, że podzielili się na małe grupki.
Przyglądają mi się, posyłają gniewne spojrzenia i prychają, gdy staram się nie rzucać im w oczy. Darcia marszczy brwi, a jej przyjaciele ostrożnie mnie obserwują. Ten, którego nazywają Rhettem, główny zwiadowca czy ktoś taki, siedzi pomiędzy nimi.
– Hedoric, światło – odzywa się Kaldar i nagle mniejszy smok o ciemnozielonych łuskach, którego widziałam wcześniej, rusza do przodu. Z jego otwartej paszczy buchają płomienie. Krzyczę, gdy Rohan ciągnie mnie w dół, bym usiadła. Przyglądam się, jak malutki ogień pod garnkiem się powiększa. – Dzięki!
Smok sapie głośno, po czym odchodzi, zwija się w kłębek i kładzie łeb na ogonie.
Rohan stęka, czym zwraca moją uwagę. Trzyma skórzany worek i o dziwo – podaje mi go jako pierwszej.
– Masz. – Rzuca bukłak na moje uda, a ja podejrzliwie się mu przyglądam. – To woda. Gdybym chciał, żebyś nie żyła, już byłabyś martwa.
– Głupia elfka – syczy Darcia. Kulę się w sobie i pochylam głowę. – Dlaczego, na Moranę, pozwalasz jej żyć, Rohanie? Jest kolejną gębą do wykarmienia, której nie potrzebujemy.
Zapada ciężka cisza.
– Darcio, czy podważasz moją decyzję? – grzmi Rohan. – Jeśli tak, możemy zaraz powalczyć i przekonać się, kto ma rację.
Oddech więźnie mi w gardle. Walczyłby z kobietą?
Darcia przez chwilę wygląda na zszokowaną. Kręci szybko głową.
– Oczywiście, że nie, Smokanie. Twoje słowo to prawo.
– Moje słowo to mój honor – poprawia ją, a ona niego uśmiecha się do niego delikatnie, gładząc dłonią włosy. Coś ściska mnie w żołądku.
– Oczywiście, Rohanie. – Jej niebieskie oczy nie kłamią, gdy na niego patrzy.
– Po prostu się martwi, Smokanie – odzywa się brązowowłosa kobieta obok niej. – Będziemy w większym niebezpieczeństwie, jeśli weźmiemy ze sobą tę… elfkę. Co, jeśli ktoś ją zobaczy?
– Chociaż bardzo to doceniam, nie musisz się martwić, Fiono. Zasłoni uszy włosami, jeśli będziemy musieli je ukryć. – Odwraca się do mnie, a w jego oczach odbijają się płomienie. – Pij.
Darcia znów patrzy na mnie z pogardą, a Kaldar przeskakuje między nami wzrokiem, kręci głową i zaczyna rozmawiać z mężczyzną obok. Jest odrobinę niższy, ma jasne włosy, spięte w kok.
– Elfko – warczy Rohan, a ja waham się przez chwilę, lecz pragnienie wygrywa. Otwieram bukłak i biorę pierwszy od bardzo dawna łyk wody.
Gdy zaskakująco chłodny płyn wypełnia mi usta, przełykam go łapczywie, ledwo oddychając. Czuję się odświeżona i spokojna, gdy mogę ugasić pragnienie.
Zastanawiam się, czy właśnie tak bym się czuła na Niebiańskich Polach w elfickich lasach. Spokojnie.
Czy kiedykolwiek będę miała okazję to sprawdzić?
Piję więcej, chcąc zatrzymać ten moment, ale ku mojej rozpaczy dławię się i zaczynam kaszleć.
– Uważaj – warczy Rohan, klepiąc mnie po plecach, a ja wydaję z siebie okrzyk, odsuwając się od niego. Smokan przestaje. – Nie marnuj naszej wody na jej wypluwanie.
Udaje mi się pohamować kaszel. Lekko podciągam kolana i biorę mniejsze łyki, czując na sobie niemiłe spojrzenia.
Ogień trzaska, a coś, co znajduje się w garnku, zaczyna bulgotać. Gdy Fiona w nim miesza, apetyczny zapach wypełnia powietrze.
Burczy mi w brzuchu tak mocno, że aż Rohan spogląda na mnie, po czym znów wraca do rozmowy z Rhettem.
– A inne klany?
Rhett kręci głową.
– Nie ma po nich śladu.
– Świetnie. Drogonah! – krzyczy nagle, przez co się wzdrygam. – Możesz iść zapolować.
W odpowiedzi słychać pomruk, a następnie trzepot skrzydeł.
Nie odwracam się, by sprawdzić, co robi smok. Opieram głowę na kolanach i wpatruję się w garnek. Wtedy zdaję sobie sprawę, że będę musiała tu siedzieć i patrzeć, jak wszyscy jedzą, a mój żołądek zacznie trawić sam siebie.
Jak życie może być tak okrutne? Nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz coś jadłam.
– Jesteś gotowy na spotkanie, gdy przybędziemy do Ostępów? – pyta ktoś, a ja spoglądam na opalonego mężczyznę, dostrzegając jego krótkie włosy… Są krótsze niż u kogokolwiek innego z tej załogi.
– Tak – odpowiada Rohan. – Bądź czujny, Garrecie. Mów mi, jeśli coś ci nie będzie pasowało.
– Nie spuścimy oka z nikogo – zapewnia kobieta, której ciemne włosy zaplecione są w jeden, długi warkocz. Ma na twarzy blizny. Z odważną miną czyści swoje ostrze.
Kaldar łagodnie przygląda się kobiecie.
– Jest wystarczająco czyste, Adoro. Zjedzmy.
Niewielka grupa podchodzi do garnka, wyciągnąwszy z bagażu drewniane miski, i nabierają do nich gulaszu, po czym siadają i zaczynają jeść.
Darcia chce podać Rohanowi swoją miskę, ale on tylko się w nią wpatruję, aż kobieta odpuszcza i siada.
Rohan stoi obok mnie i się nie rusza.
Wstaje dopiero, gdy wszyscy inni nałożyli już sobie jedzenie, zanurza swoją miskę głęboko w garnku. Pochyla go lekko, jakby chciał zebrać to, co zostało na dnie.
Unosi naczynie do ust, wciąż kucając przy palenisku, a ja patrzę, jak upija łyk.
Dlaczego mężczyzna, który mnie porwał, miałby czekać, aż jego ludzie najedzą się jako pierwsi? To nie powinno mnie obchodzić, a jednak.
– Proszę. – Podstawia mi miskę pod nos, a ja wpatruję się w nią. Unosząca się para sprawia, że muszę zamrugać.
Co za okrutna sztuczka.
Wiem, co mnie czeka, jeśli ją przyjmę. Uderzenie, kopnięcie.
Pachnie tak dobrze i miałam rację, że jest w niej mięso.
Brązowe i soczyste, pływające na powierzchni.
Przełykam, czując, jak do ust napływa mi ślina.
Jakie to okropne, by trzymać tak przede mną jedzenie.
– Proszę – powtarza Rohan i przykłada mi miskę do ust, odchylając ją lekko, bym się nie poparzyła.
Wzdrygam się, ale później czuję smak. Mam gdzieś, czy potrawa jest zbyt gorąca i czy zostanę uderzona.
Zbieram się na odwagę, chwytam miskę w dwie ręce. Siorbię gulasz. Być może są tu też jakieś warzywa, nie mam pewności. Jestem zbyt zajęta wydawaniem pomruków zadowolenia podczas żucia kawałka mięsa i kurczowym trzymaniem miski, żeby nikt mi jej nie odebrał. Nawet gdy moje palce protestują z bólu.
Z łatwością by to zrobili. Są znacznie silniejsi.
– Jest jak bezpański pies – stwierdza Darcia, a ja wracam na ziemię, mrugając szybko.
Napotykam wzrok Rohana. Kuca przede mną, opiera łokcie na kolanach i mi się przygląda.
Policzki mi płoną, gdy drżącymi dłońmi powoli odsuwam miskę. Spuszczam wzrok pełen wstydu, ale jej nie oddaję.
Zwierzęta traktowano lepiej niż mnie. Były dobrze karmione, miały czyste posłania i ciepłe miejsce, by się przespać… A wiem coś o tym, bo to ja o nie dbałam, gdy spałam na ziemi w kanciapie. Na worku, który nazywałam łóżkiem.
Spoglądam na resztę gulaszu, która została w misce, i widzę, jak się kołysze, gdy odkładam naczynie, nagle straciwszy apetyt.
Wycofuję się lekko. Oplatam się ramionami i nie podnoszę wzroku.
Smokan ma jednak inny pomysł.
Chwyta miskę, później moje ramię i podnosi mnie na nogi. Ignoruje moje krzyki z bólu, kierując nas w stronę posłań, odrobinę dalej od grupy ludzi.
– Tylko ty też coś zjedz, Rohanie! – wykrzykuje za nami Darcia. – Potrzebujesz tego bardziej niż ona.
– Wystarczy, Darcio – odwarkuje Kaldar. – Zjedz swój posiłek albo idź spać.
Nawet nie próbuję wyrwać się z mocnego uścisku Rohana. To nie ma sensu. Ból i tak sprawia, że powoli drętwieję, więc wiem, że wkrótce nie będę już nic czuła, a mój umysł zabierze mnie gdzieś, gdzie nikt nie będzie mógł za mną pójść.
Gdy docieramy do posłania, Rohan kładzie dłoń na mojej głowie i naciska. Bez zastanowienia siadam, a on wydaje delikatny dźwięk, którego jeszcze u niego nie słyszałam.
Moje dłonie lądują na futrach, wtapiam w nie palce. Nigdy nie czułam czegoś tak miękkiego.
Jakiś dźwięk sprawia, że zerkam w górę i dostrzegam, jak Rohan mi się przygląda. Cofam ręce i zsuwam się z futra, by go nie ubrudzić. Martwię się, że zrobiłam coś złego i sprowadziłam na siebie jego gniew.
– Nie, wróć tam, gdzie cię posadziłem. – Kiwa w stronę posłania, a ja powoli na nim siadam. – Masz – mówi, a ja spoglądam w dół na miskę i resztę gulaszu. Patrzę na niego niepewnie. – Nie mogę pozwolić, byś umarła, skoro nie uzyskałem od ciebie tego, czego chcę.
Gdy się zbliża, nie mogę opanować zdenerwowania. Wzdrygam się i odruchowo cofam, czekając na piekący ból od ciosu, na wstrząs w czaszce spowodowany uderzeniem w skroń.
Jedyne, co czuję, to jak chwyta palcami moją brodę. Spoglądam mu w oczy.
Rohan przykłada dwa palce do moich warg, na których są resztki zupy, a później je oblizuje. Gdy kończy, znów przysuwa mi miskę do twarzy i pochyla ją, karmiąc mnie.
– Pij. – Rozchylam wargi na cichy rozkaz, rozkoszując się ciepłą potrawą w gardle. Wzdycham lekko. – Dobra elfka.
Na te słowa coś rozchodzi się po moim ciele. Zamykam oczy.
Nikt nigdy nie nazwał mnie wcześniej dobrą ani mnie nie pochwalił.
Zmusza mnie do picia, aż nic nie zostaje, a później popycha mnie, bym położyła się na futrze. Zawiązuje linę wokół mojej talii, szturchając mnie, a ja szykuję się na najgorsze. Jednak on kładzie się obok, przykrywa nas innym futrem i zamyka oczy, nie przejmując się tym, że mogłabym go zranić.
Nie żeby to było naprawdę możliwe.
Spoglądam na leżący obok niego topór – jego dwa ostrza po obu stronach połyskują w blasku lawy – i wzdycham.
Nawet gdybym spróbowała, nie zdołałabym go podnieść.
Patrzę na Rohana, na ręce pod jego głową. Poczekam, aż jego oddech się wyrówna, i wtedy postaram się rozwiązać sznur i uciec.
Jestem na tyle cicha, że wiem, że dam radę. Tylko chwilę odpocznę.
ELFKA
Budzę się nagle, otwieram oczy i jęczę.
Bogowie, wszystko mnie boli.
Głowa, twarz, ręce… Wydaje mi się, że nawet zęby mnie bolą.
Ciepło na moich plecach jeszcze lekko otula mnie snem. Przykładam dłonie do twarzy, by potrzeć oczy, czuję zaschniętą krew z boku głowy.
Nie chciałam zasnąć, ale było tak ciepło, a to posłanie okazało się naprawdę wygodne. Na Elvanana, chyba przegapiłam swoją szansę.
Znów mrugam. Dostrzegam nozdrza ciemnego smoka. Krzyk więźnie mi w gardle.
Wstaję i się cofam, ale ciche stęknięcie zza mnie sprawia, że nieruchomieję. Czuję, jak czyjeś ramię zaciska się na mojej talii i przyciąga mnie do twardej piersi.
– Drogonah nie jest aż tak straszny, elfko – mruczy Rohan, a jego oddech łaskocze mnie w czubek głowy. Wiercę się, próbując wyrwać się z jego uścisku. Warczy. – Przestań.
Nieruchomieję, ponieważ ton jego głosu mnie przeraża.
Nigdy wcześniej żaden mężczyzna mnie tak nie obejmował, a to budzi we mnie lęk innego rodzaju.
Słowa, których użył, gdy zapytano go, czy się mną podzieli, odbijają się echem w mojej głowie. Drżę, a szloch przerażenia wymyka mi się z ust.
– Cicho, obudzisz resztę mojego klanu. Chyba że chcesz się bić lub pieprzyć. W przeciwnym razie nie będą zbyt szczęśliwi, że ich obudzono.
Staram się uspokoić szaleńczo bijące serce i obserwuję Drogonaha. Smok przekręca łeb, pokazując mi się z profilu, i zdaje się, że… chrapie. Ogon ułożył między przednimi łapami, a spłaszczony kolec na jego końcu służy mu teraz za poduszkę.
Gdy jest tak skulony, chociaż nadal ogromny, nie wydaje się już taki straszny. Jego uszy, chociaż dłuższe i zwężające się ku górze, przypominają odrobinę moje i poruszają się, gdy śpi.
Zastanawiam się, czy właśnie zjadł mnie w swoim śnie.
Słyszę za sobą szelest i ramię znika z mojej talii, a z nim także ciepło. Natychmiast robi mi się zimniej, ale nie ruszam się, ściskając przed sobą dłonie.
– Chodźmy się umyć – rzuca swobodnie Rohan, a krew zastyga mi w żyłach.
– J-ja podziękuję, nie trzeba.
– Jaka uprzejma – mamrocze. – Ale to nie było pytanie.
Dwie wielkie dłonie chwytają mnie za talię, po czym Rohan mnie podnosi.
Zaczynam krzyczeć, lecz natychmiast milknę, przypominając sobie jego słowa o reszcie klanu. Rozglądam się i zauważam, że wszyscy śpią na swoich posłaniach niedaleko małych ognisk, a inne smoki, także zwinięte, są razem w jednym miejscu.
Rohan tak długo mnie układa, aż przylegam całym ciałem do jego klatki piersiowej – z rękami owiniętymi wokół jego szyi i nogami wokół jego talii. Trzyma przedramię pod moimi pośladkami, dociskając mnie do siebie.
Moje policzki płoną, ale na szczęście na mnie nie patrzy, tylko skupia się na tunelu.
– Mogę iść sama – mówię cicho. Nie wiem, czy to prawda, ale on nie musi o tym wiedzieć.
Prycha.
– Jesteś za mała, zajęłoby to dwa razy dłużej, a nie mamy czasu.
Ściskam go mocniej, gdy widzę most, a pod nim ciemną dziurę, na której widok zamykam oczy.
Och, Elvananie.
Wyczuwam moment, w którym Rohan wchodzi na wiszący most.
Chwieje się lekko, a ja niemal go duszę, tak mocno się go teraz trzymam, nie zważając na to, że mężczyzna mógłby mnie zmiażdżyć jedną ręką.
Nie jestem fanką dużych wysokości.
– Boisz się, że cię tam rzucę? To by było takie łatwe – mamrocze. – Ważysz tyle, ile liść.
– Proszę, nie – piszczę.
– Boisz się wysokości?
Nie odpowiadam, wbijam palce w jego plecy. Trochę podskakujemy, gdy idzie, i wydaje mi się, że robi to celowo, by usłyszeć, jak krzyczę. Co zresztą robię wielokrotnie.
Czuję, jak stajemy na twardej ziemi. Wzdycham z ulgą, a on wydaje z siebie pomruk. W następnej chwili moje stopy dotykają podłoża, a później ręka Rohana zmusza mnie, bym na niego spojrzała.
W tej pozycji, gdzie moja głowa nie sięga nawet jego ramion, czuję się tak mała, jaka jestem w rzeczywistości.
Tak słaba, jaka jestem.
Rohan lustruje mnie wzrokiem, po czym rozpala pochodnię, którą wyciągnął ze swojej torby, i rzuca ją w prawo. Odwracam się, widzę mały basen z wodą i czymś, co chyba jest parą, która unosi się z niego w świetle ognia.
Marszczę brwi.
– Rozbierz się.
Mrugam, odwracając się, by na niego spojrzeć i odchodzę, otulając się ramionami. On wciąż na mnie patrzy.
– Nie poproszę drugi raz. Po prostu sam to zrobię.
Nic nie odpowiadam, bo paraliżuje mnie strach, a wtedy Rohan natychmiast znajduje się przy mnie. Najwyraźniej ma zamiar dotrzymać słowa.
Pomimo moich krzyków z bólu i strachu, pomimo że uderzam go rękami, wydaję spanikowane dźwięki i staram się go odepchnąć, kilka krótkich chwil później stoję przed nim naga.
Zakrywam swoje małe piersi, a dłonią zasłaniam to, co mam między udami, wpatrując się w jego klatkę piersiową, a łzy spływają mi po policzkach.
– Ruszaj – mamrocze Rohan, odwracając się do mnie plecami.
Po chwili, podczas której spoglądam na niego, gdy stoi twarzą do ściany, w końcu podchodzę do wody.
Ostrożnie opuszczam stopę, szykując się na chłód, ale czuję tylko… ciepło.
Wzdycham cicho, wsuwając do wody stopę i rozszerzając palce. Wkładam drugą nogę, powoli brodzę głębiej, by wyczuć grunt, po czym opuszczam ramiona, dłonie i w końcu cała się zanurzam, rozkoszując się otulającym mnie ciepłem.
Nie wiem, czy kiedykolwiek otaczało mnie aż tyle gorąca. Przypomina to przytulenie, najintymniejsze przytulenie. Chcę tu zostać na zawsze.
Rohan chwyta moje ramię, ciągnąc w górę, a ja biorę szybki wdech. Woda spływa po mojej twarzy, gdy spoglądam na jego surowe oblicze.
Wodzę wzrokiem w dół i z zaskoczeniem zauważam, że jest nagi – nie licząc wstęg owiniętych wokół jego przedramion. Jego złocista, opalona skóra wystaje znad tafli wody, oznaczona bliznami, historiami o bitwach, przygodach oraz o Smokanie, prawdziwym jeźdźcy smoków.
Napina mięśnie. Jego ciało jest muskularne i zahartowane w bojach, silne i przerażające. Przyglądam się jego szerokim ramionom, tatuażom na jego prawym ramieniu, których nie widzę w pełni, umięśnionemu brzuchowi, ciemnym włosom pod pępkiem, które prowadzą w dół, oraz…
– Co ty robisz? – pyta szorstko, a ja unoszę szybko głowę i widzę fioletowy błysk w jego oczach. Przełykam ślinę, znów krzyżuję ręce, chociaż woda sięga mi do ramion.
– Cieszę się z ciepła – mamroczę. – Nigdy aż tak mocno go nie czułam.
Przechyla głowę, spoglądając na wodę, po czym powoli puszcza moje ramię.
Niepewna, co mam zrobić, stoję tak tylko, a im dłużej to robię, tym bardziej on wygląda na złego.
– No dalej – mówi, a ja wpatruję się w niego zdezorientowana. – Umyj się.
Och.
Coś wpada do wody, a ja instynktownie to chwytam, nim zatonie.
W ręce trzymam bladoczerwoną kostkę, nie większą niż moja dłoń. Przejeżdżam po niej kciukiem i widzę, jak się pieni.
– Mydło. – Unoszę je do nosa i wciągam zapach róż. Jest takie miłe, takie czyste, takie… nie dla niewolników.
Upuszczam je, jakby mnie poparzyło.
– Co ty robisz? – warczy na mnie Rohan i chwyta bladoczerwoną kostkę.
– Ja… Ja nie… Nie mogę. – Dłonie mi drżą, schylam głowę.
Niewolnicy nie używają mydła.
Nie są godni takiego luksusu.
Jesteśmy brudni, gnijący i dostajemy po łapach, gdy go tylko dotkniemy.
Czy to jakiś rodzaj głupiego żartu?
Moje dłonie wędrują do obroży wokół szyi, a płuca się zaciskają. Nie potrafię nabrać wystarczająco dużo powietrza, nie mogę oddychać.
Nie mam pozwolenia, by dotykać takich rzeczy.
To jest złe.
Ja byłam zła.
Chwytają mnie dłonie, tak wielkie w porównaniu z moimi. Napotykam spojrzenie Rohana. Ściąga brwi.
– Nie używałaś nigdy mydła? – Marszczy nos, a mnie wypełnia wstyd.
– Ja… Nie wydaje mi się. – Nie pamiętam wiele z życia, które miałam, zanim zostałam sprzedana. Mam tylko mgliste wspomnienie innej dziewczyny, starszej niż ja, myjącej moje kolana. Wydaje mi się, że musiałam upaść.
– Dlaczego?
– T-to nie było dozwolone.
Prycha.
– Jesteś brudna i zakrwawiona, a pachniesz gorzej niż farma świń i smocze gówno.
– P-przepraszam – dyszę, wciąż próbując zmusić płuca do współpracy.
– Nie chcę, byś przepraszała, elfko, chcę, byś się umyła. Jesteś moja. Zabrałem cię, uznałem cię za moją. Nie możesz wyglądać jak gówno.
Znów podaje mi mydło, a ja odbieram je drżącymi palcami. Rohan odwraca się plecami i się myje, a ja przesuwam dłonią po kostce.
Mój oddech w końcu się uspokaja, a ja powoli przykładam mydło do swojej bladej, posiniaczonej oraz poranionej skóry i wcieram je okrężnymi ruchami.
Piecze mnie wszędzie tam, gdzie mam na ciele rozcięcia. Jest ich zbyt wiele, by je policzyć, ale w trakcie tej czynności duszące odczucie znika, a ja zdaję sobie sprawę, że lekko się uśmiecham.
Zafascynowana, obserwuję, jak brud i kurz znikają z mojego ciała. Nigdy wcześniej nie byłam aż tak czysta, zawsze miałam na sobie jakieś zaschnięte błoto, a że myłam się tylko zimną wodą, nigdy nie udało mi się go całkowicie usunąć.
Chwytam następnie swoje włosy i wzdycham, wyczuwając kołtuny w lokach.
Od czego mam zacząć?
Biorę duże pasmo i wmasowuję w nie mydło, zaczynając od końcówek i idąc coraz wyżej, aż do czubka głowy.
Może to zadziała.
Syczę, gdy dotykam miejsca, które bardzo mnie boli, a obraz przed moimi oczami na chwilę się zamazuje.
– Co jest? – pyta Rohan, a ja otwieram powieki. – Pokaż mi.
Opuszczam rękę, a on odgarnia moje włosy, po czym naciska na ranę. Krzyczę, próbuję się cofnąć.
– Nie ruszaj się. – Owija ramię wokół moich barków i przyciska mnie do siebie.
Uderzam policzkiem w jego nagi tors, czuję jeszcze więcej ciepła, gdy słyszę bicie jego serca.
To silny, równy rytm, do którego dostosowuję swój oddech.
– Pewnie będziesz potrzebowała szwów. Odwróć się, to umyję ci włosy. Będzie szybciej, niż jak sama to zrobisz.
Odwraca mnie, po czym pcha pod wodę bez ostrzeżenia. Wypływam, krztusząc się, a on nie zwraca na to uwagi i niezbyt delikatnie szoruje moją głowę, po czym znów mnie zanurza.
Wyciąga mnie na powierzchnię. Zanim zdążę wytrzeć twarz, on już wychodzi i się ubiera. Odwracam wzrok od jego nagich pośladków.
– Tam leży duży ręcznik, żebyś się osuszyła – mówi i nie patrząc na mnie, wskazuje ziemię, gdzie znajdują się czyste ubrania. – Pośpiesz się.
Przygryzam wargę, spoglądając na niego oraz na ubrania. Dochodzę do wniosku, że pośpiech jest lepszy niż wahanie. Ruszam do krawędzi basenu, biorę ręcznik i pamiętając o swoich ranach, ostrożnie się nim otulam, gdy wychodzę. Materiał ledwo przykrywa moje uda.
Rohan w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, gdy niezdarnie się ubieram. Bolą mnie żebra i kostka, a głowa pulsuje tak, jakby ktoś wiele razy uderzał nią o kamień. Rozcięcia na mojej bladej skórze są jaskrawoczerwone i wszędzie widać siniaki.
Z czasem wszystko się zagoi, jak zawsze.
Tunika jest długa, sięga mi do kolan. Muszę podwinąć nogawki spodni i związać je mocno w pasie, ale miło mieć na sobie coś czystego. Coś cieplejszego niż moje stare, znoszone ubrania.
Rohan podchodzi, unosi pelerynę i wkłada mi ją na ramiona. Kręci głową, patrząc, jak okrycie na mnie wisi.
– Jesteś zbyt drobna.
Wiem to.
Unosi mój podbródek i dotyka szyi.
– Masz tu zaczerwienienie. – Przejeżdża palcem zaraz pod metalem. – A to? Po co to jest? – Jego palec robi małe kółko z boku.
– Aby pan mógł związać mnie z domem.
Marszczy brwi.
– A dlaczego miałby to robić?
– Abym nie odeszła wtedy, gdy nie mam na to pozwolenia.
Milczy.
– A czy odeszłaś?
Nasze spojrzenia się spotykają. Patrzę na niego ostrożnie.
– Próbowałam.
– Co się stało? – Wyciąga dłoń i zakłada mi włosy za ucho. Znów się wzdrygam. – Jesteś przerażoną małą istotką, prawda?
Jestem sama, w jaskini, z mężczyzną. Oczywiście, że się boję!
– Nic dobrego nie wyszło z tego, że próbowałam odejść.
A próbowałam tylko dwa razy.
– Wyszłaś, gdy ukradłaś ten chleb?
– Nie, to było w jego domu – szepczę.
Smok warczy, a Rohan odwraca głowę w stronę, skąd dochodzi dźwięk.
– Nie próbuj ode mnie uciec, bo konsekwencje będą znacznie gorsze niż to, co naszykował dla ciebie twój pan. – Obwiązuje mnie liną wokół talii. – A teraz ruszamy.
TYTUŁ ORYGINAŁU:
UPON BURIED EMBERS Copyright © 2025 by Kelly Cove All rights reserved.
Żadna część tej książki nie może być powielana, wykorzystywana ani kopiowana w jakiejkolwiek formie przez programy, oprogramowania, narzędzia i technologie sztucznej inteligencji lub uczenia maszynowego bez wyraźnej pisemnej zgody autora. Zgoda taka nie będzie udzielana.
Krótkie cytaty są dozwolone na potrzeby recenzji oraz w mediach społecznościowych.
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
Polish translation copyright © 2026 Zofia Słocińska
Tłumaczenie: Zofia Słocińska
Redakcja: Magdalena Białek
Korekta: Dominika Gołowin, Zofia Łazarczyk Projekt okładki: Soren Opracowanie polskiej wersji okładki: Agnieszka Kielak Barwione brzegi i zadruk w środku: Zuzanna Pniewska / AdobeStock
Ilustracje w środku: @e.l.a.r.t
Mapa: @Saumyasvision / Inkarnate Opracowanie polskiej wersji mapy: Agnieszka Kielak Skład i łamanie: Agnieszka Kielak
Wydanie pierwsze ISBN: 9788384306239
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Ostrzeżenie
JEDEN
DWA
TRZY
CZTERY
PIĘĆ
Strona redakcyjna
Spis treści
