Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Trzy kobiety, trzy życiowe drogi, jedno marzenie o szczęśliwej przyszłości…
Trzciel, rok 1925. Nastoletnia Nela, rozdarta między poczuciem obowiązku wobec ojca a pragnieniem poznania świata, nie umie znaleźć sobie miejsca w zmieniającej się rzeczywistości. Jej rodzinne miasto przestaje być przyjazne – niechęć Niemców do Polaków przeradza się w otwartą nienawiść.
Weronika po śmierci teścia zarządza dużym gospodarstwem i dźwiga ciężar obowiązków ponad siły. Na każdym kroku doświadcza wrogości niemieckich krewnych. Na szczęście Fred czuje się coraz lepiej i choć nadal nie mówi, okazuje żonie wiele czułości i przywiązania.
Mieszkająca w Poznaniu Joanna, by zagłuszyć tęsknotę za Stanisławem, coraz więcej czasu poświęca pracy dla polskiego wywiadu. Na atrakcyjną, lecz cnotliwą wdowę czyha wiele niebezpieczeństw, w tym pewien uwodziciel – miłośnik motocykli i piłki nożnej.
Bohaterki, pochłonięte codziennymi sprawami, nie zauważają, jak niewiele brakuje, by świat wokół nich zapłonął. Wkrótce będą zmuszone stawić czoło problemom, jakich dotąd nie znały.
Wiatr zmian to trzeci tom serii POMIĘDZY autorstwa uwielbianej przez czytelników i docenianej przez krytyków Zofii Mąkosy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 379
Data ważności licencji: 6/30/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt serii i okładkiANNA SLOTORSZ / Artnovo.pl
Ilustracje na okładcePhatharaporn/Adobe Stock yendisupiandi/Adobe Stock
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA
RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK
KorektaSARA SZULC-PRZEWODOWSKA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Zofia Mąkosa, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7123-8
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wakacje Neli się kończą. Wkrótce wróci do szkolnej ławki, udawania pokory przed panem Bauchem i do jego rózgi, kiedy słowa same uciekają z nieposłusznych ust. Na razie dziewczynka próbuje się odnaleźć w nowej sytuacji.
Niedawno Leon Wieczorek przyjął lokatorów do ich niedużego domku przy Mühlenstraße. Ojcu nawet nie chodziło o pieniądze, bo najemcy są biedakami, wobec których Wieczorkowie to zamożni ludzie. Nela jest przekonana, że to wszystko przez ciocię Stefę z Silnej. Siostra nieżyjącej mamy za każdym razem, kiedy odwiedzała ich w Trzcielu, suszyła szwagrowi głowę o to, że powinien się ożenić, zamiast obciążać dziecko obowiązkami ponad siły. Przez pewien czas mała gospodyni się obawiała, że sąsiadka, pani Piontek, zostanie jej macochą, ale ojciec znalazł inne wyjście. Nela wie, że tata i ciocia Stefa chcieli dobrze, lecz ona wolałaby, by było jak przedtem. Co z tego, że pani Basia w zamian za mieszkanie dla swojej rodziny gotuje, zajmuje się ogrodem, kurami i królikami, kiedy miejsce, dotąd własne, stało się obce?
Niedobrze nagle mieć zbyt wiele wolnego czasu. Najlepsza przyjaciółka, Rutka, opiekuje się młodszym rodzeństwem, a Marta, druga z zaprzyjaźnionych dziewcząt, pod okiem mamy uczy się szycia, by jak ona zostać kiedyś krawcową. Ile razy można z psem na smyczy przechadzać się po Starym i Nowym Rynku, oglądać wystawy sklepów lub przystawać na pogawędki z panami Nowakiem i Neumannem? Zresztą staruszkowie coraz rzadziej siadają na ławeczce. Dokuczają im różne choroby, głuchota i brak zębów, przez co trudno im siebie wzajemnie zrozumieć.
Najchętniej zaszłaby do pani Perec, tej, która kiedyś wynajmowała u nich mieszkanie. Niestety, dawna lokatorka wyjechała z krewną, niewidomą Ester Rychwalską, na jakieś badania aż do Berlina. Przyjmuje tam lekarz, który daje pani Ester nadzieję na operację przywracającą częściowe widzenie.
Podczas gdy Łobuz obwąchuje kolejny kamień, jego pani patrzy w niebo. Przychodzi jej do głowy, że tam, wysoko, dzieje się więcej niż tu, na dole. Co prawda słońce jest nieruchome, lecz chmury popychane wiatrem raz po raz je zasłaniają, potem płyną dalej, pozwalając jasnym promieniom oświetlać ziemię.
Niebo nad Trzcielem nigdy nie jest puste. W tej chwili wysoko nad dachami domów śmigają jaskółki, a dwie dzikie kaczki w pośpiechu przemierzają przestrzeń między strzelistą wieżą katolickiego kościoła a kopulastym zwieńczeniem wieży ewangelickiej świątyni. Kiedy tylko nastanie jesień, niebo wypełnią klucze dzikich gęsi, kaczek i żurawi, które na kilka miesięcy porzucają rodzinne strony lub po prostu mają coś do załatwienia na jeziorach: Młyńskim, Wielkim, Żydowskim, Wędromierzu lub innych, leżących o kilka ruchów skrzydłami dalej.
Herybert Menzel1, syn urzędnika pocztowego, przed chwilą opuścił sklep papierniczy na Nowym Rynku i zupełnie przypadkowo spojrzał na stojącą nieopodal Nelę. Bo cóż może obchodzić dziewiętnastoletniego mężczyznę dziewczynka patrząca w niebo. Prawdopodobnie stało się to za sprawą psa na smyczy. Takie kundle biegają po Trzcielu samopas i nikt nie zwraca na nie uwagi. Smycz służy bezpieczeństwu rozpieszczonych pudelków, które czymś przestraszone mogłyby wpaść pod koła wozu. Myśl o psie zniknęła z głowy Heryberta równie prędko, jak się w niej pojawiła. Jasne, niemal białe włosy dziewczynki zaplecione w krótki warkocz i oczy, w których odbijał się błękit nieba, miały w sobie taki urok, że Menzel poczuł braterstwo dusz łączące go z niebieskookim stworzeniem. Wszak poprzedni brulion zapełnił wersami o niebie, słońcu, księżycu i gwiazdach nad Trzcielem. Wiersz o niemieckiej dziewczynce patrzącej w niebo byłby idealny na początek nowego tomu.
– Łobuz! Wystarczy! Nie musisz obsikiwać każdego drzewa!
Cios wymierzony we wrażliwą duszę młodego poety jest równie bolesny jak uderzenie pięścią w głowę. Wpatrzony w odchodzące dziecko nie może pojąć, jak mógł tak się pomylić i pomyśleć, że coś go łączy z małą Polką bezmyślnie gapiącą się na płynącą chmurę. Odchodzi urażony, próbując usunąć z głowy wzniosłe metafory i pozbyć się obrazu nieba odbitego w oczach dziewczynki.
Nela nie zdaje sobie sprawy, że w czymś zawiniła. Zganiwszy Łobuza zatrzymującego się przy drzewach, obiera nowy kierunek spaceru. Postanawia pójść do siostry mieszkającej na końcu Bentschenerstraße. Gdyby nie Martina, Nela zaglądałaby tam częściej. Teściowa Weroniki, pani Marianne, jest nawet miła, ale dziewczynka się boi jej kuzynki, która jednym spojrzeniem lub słowem potrafi sprawić, że robi się nieprzyjemnie.
Brama i furtka prowadzące do gospodarstwa Meisingerów, zbite ze szczelnie przylegających desek, zasłaniają widok na podwórko. Wchodząc, Nela napotyka wzrok Weroniki pompującej wodę do wiadra. Spojrzenie siostry, z początku czujne, niemal wystraszone, łagodnieje, a na ustach pojawia się lekki uśmiech.
– Freda nie ma? – pyta dziewczynka, idąc za Werką w stronę kurnika. Naprawdę wcale jej nie chodzi o szwagra, a o psa, który mu zawsze towarzyszy. Bruno i Łobuz nie pałają do siebie sympatią. Kundelek zawsze pierwszy zaczyna zwadę, instynktownie zgadując, że większy, lecz bardzo młody pies Freda czuje przed nim respekt.
– Jest na łące. Siano znowu zmokło i trzeba je przewrócić. Jeśli w końcu uda się je wysuszyć, będzie niewiele warte. Jakie dziwne to lato – mówi z westchnieniem Weronika. – Wciąż przepaduje. Jedni się cieszą, bo wiklina w tym roku ładna i warzyw nie będzie brakować, inni narzekają na kradzione żniwa2 i sianokosy.
– Pani Basia mówi, że ludziom nie dogodzisz.
– No właśnie! Powiedz coś o tych Bocianach. Mieszkają u nas już dwa tygodnie, a ja nie miałam czasu, żeby wpaść do domu i ich poznać.
– Ona dziwnie mówi.
– Pani Bocianowa?
– Tak. Słyszałam ją na targu, jak mówiła po niemiecku. Ludzie się na nią oglądali, tak źle jej szło. W domu niby gada po polsku, ale jakoś tak, że nie zawsze ją rozumiem. Tata powiedział, że ona nie jest z naszych stron, tylko z Rosji. To znaczy teraz tam jest Polska, ale kiedyś była Rosja.
Rozmawiając z Nelą, Weronika jednocześnie nalewa kurom wodę, sypie ziarno, zbiera jajka, zagląda do gęsi, potem zachodzi do chlewa, i tak bez chwili wytchnienia. Małżeństwo, które zwykle pomaga w gospodarstwie, tym razem pracuje z Fredem przy sianie, Heinz – robotnik, zarazem kierowca ciężarówki, jeszcze nie wrócił od klienta, a Marianne poszła z Jankiem do Ingi. W domu jest tylko Martina, ale ona dotąd nie pokazała się na podwórku.
Z ulicy dochodzi odgłos zatrzymującego się samochodu. Weronika nieruchomieje. Nie odrywa wzroku od zamkniętej bramy. Mija kilka minut, w końcu furtka się otwiera i pojawia się otyły mężczyzna w kapeluszu przesuniętym na tył głowy.
– To Hirschfeld, handlarz ze Schwiebus3. – Do uszu Neli dobiega westchnienie ulgi. – Pani Marianne nie ma w domu! – woła do niego Weronika. – Nie wiem, kiedy wróci! – dodaje, by pozbyć się gościa. – Co za uparty Żyd – narzeka półgłosem. – Nie ma miesiąca, żeby się nie naprzykrzał.
– Co chce od niej kupić?
– Parcelę w Schwiebus, którą Marianne odziedziczyła po swojej matce. Ona nie chce jej sprzedać, ale Hirschfeld wierzy, że w końcu mu się uda.
– Co to jest parcela?
– Miejsce, na którym można coś wybudować, dom, sklep, a nawet fabrykę. Parcela Marianne jest duża i w dobrym miejscu, dlatego ten człowiek koniecznie chce ją mieć.
– Dostałaby dużo pieniędzy?
– Pewnie tak.
– To czemu nie chce sprzedać?
– Nelka! – Weronika podnosi głos. – Daj mi spokój. Mam dość gadania o pieniądzach. Od rana do wieczora myślę, na czym można zarobić, ile komu zapłacić i czy mam jakieś zaległości w podatkach i składkach. Stary Meisinger zostawił wszystko na mojej głowie.
– Nie podoba ci się, że rządzisz?
– Bokiem mi to wychodzi.
Młoda pani Meisinger nie całkiem jest szczera. Podoba się jej, że zarządza rodzinnymi interesami. Najbardziej, kiedy wszystko jest po jej myśli. Złości się tylko wtedy, gdy coś nie idzie tak, jak by chciała. Niestety, brak doświadczenia i inne, niezależne od niej okoliczności sprawiają, że częściej jest zdenerwowana niż zadowolona.
Dźwięk metalowej zapadki przy furtce zapowiada kolejnego gościa. Nela, mimo że jest ciekawa, kto tym razem nadchodzi, zerka na siostrę. Weronka jak poprzednio zastyga, oczekując pojawienia się przybysza.
Głowa wysuwająca się zza uchylonej furtki i sprawdzająca, czy nie ma w pobliżu psa, należy do pana Baucha. Podczas gdy młoda pani Meisinger raźno rusza do przodu, Nela najchętniej ukryłaby się za stodołą.
Okazuje się, że nauczyciel zbiera pieniądze na pomnik mieszkańców Trzciela poległych podczas Wielkiej Wojny i późniejszej walki z Polakami o granicę4. Ponieważ młodszy brat Freda, Johann, zginął w 1919 roku, Weronika nie potrafi odmówić. Przynosi z domu sumę na tyle dużą, że Bauch odchodzi, wylewnie dziękując.
Jest i Martina. Wyszła na ganek ciekawa, komu Wera daje pieniądze.
– To ja już pójdę – oznajmia Nela spłoszona nieprzyjaznym spojrzeniem kobiety. – Chyba słychać burzę – dodaje, jakby chciała usprawiedliwić swoją rejteradę.
Rzeczywiście, niebo na zachodzie zrobiło się ciemne, prawie granatowe. „Oby tylko nie padało, bo znowu cała robota przy sianie na nic” – martwi się Weronika. Jeszcze bardziej się niepokoi o męża. Chory na nerwicę frontową Fred źle znosi błyskawice i grzmoty. Kiedy burza zastaje go w gospodarstwie, zawsze może schronić się w domu. Jeśli złapie go na łące, nie wiadomo, czy koszmary nie wrócą.
Nela podnosi głowę, by lepiej przyjrzeć się siostrze. Ta zdaje się zupełnie pogrążona w myślach. Dziewczynka chciałaby wiedzieć, co gryzie Weronikę, lecz nie ma co liczyć na zwierzenia.
– Idę do domu – przypomina, a nie usłyszawszy odpowiedzi, lekko szarpie smycz i razem z Łobuzem opuszcza podwórze Meisingerów.
W drodze powrotnej spotyka panią Marianne wracającą od Ingi. Kobieta najpierw ukradkiem ociera łzy, potem, uśmiechając się, odpowiada na pozdrowienie. Janek tak się cieszy na widok cioci Neli, że gotów do niej dołączyć.
– Johann, nie możesz iść do dziadka, bo w domu czeka mama – przekonuje malca Marianne. – W niedzielę razem odwiedzicie dziadka i ciocię.
– I Bocianów? – dopytuje chłopiec.
– I Bocianów – potwierdza Nela, przewracając oczami, jakby chciała dać do zrozumienia, że wspomnienie o lokatorach nie sprawia jej przyjemności.
Pani Basia właśnie wiesza pranie. Z trzepoczących na wietrze połatanych i wielokrotnie przerabianych ubrań bije w oczy bieda. Bocianowa też wygląda jak siedem nieszczęść. Włosy związane na karku w gruby węzeł wydają się pozbawione koloru, a twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi i cienkim nosem przypomina ptasią głowę. Wypłowiała czarna suknia być może kiedyś skrywała całkiem kształtne ciało, teraz schowałyby się w niej dwie Bocianowe. Za każdym razem, kiedy kobieta podnosi ręce, by przypiąć klamerką dziecięce koszulki lub połatane porcięta, rękawy sukni zsuwają się w dół, odsłaniając chude ramiona obciągnięte białą skórą poznaczoną niebieskimi żyłkami. Dziewczynka, może pięcioletnia, podaje matce klamerki, przekonana o ważności swego zadania. Za to jej starsi bracia rzucają robaczywymi jabłkami w stronę Łobuza, którego Nela akurat uwiązała przy budzie.
– Dajcie mu spokój! Wynoście się stąd!
– Oleś! Wacuś! Nie dokazujcie! – wtóruje Neli zagniewana Bocianowa. – Idźcie na łąki po trawę dla królików.
– Kiedy nas przepędzają.
– To rwijcie gdzie indziej albo tak, żeby was nie widzieli. Bierzcie koszyk i już was nie ma.
– Możemy Łobuza wziąć ze sobą?
– Jeszcze czego! – oburza się Nela. – Nawet się do niego nie zbliżajcie!
Srogi wyraz matczynej twarzy i gniew właścicielki psa przekonują siedmioletnich bliźniaków. Z dużym koszem trzymanym z obu stron za pałąk oddalają się lotem błyskawicy. Nela, która zwykle unika rozmowy z Bocianową, chce odejść, kiedy kobieta pierwsza się do niej odzywa.
– Był tu taki jeden.
– Jaki?
– Taki czarny. Chyba przyjezdny, bo miał walizkę. Pytał o twoją siostrę, a jak powiedziałam, że jej nie ma, to o ciebie. Potem poszedł.
– Powiedział, że przyjdzie później?
– Bąknął coś pod nosem, ale nie wiem co. Zawrócił się i tyle go widziałam.
– Chciał coś sprzedać. – Nela lekceważąco wzrusza ramionami. – W walizce na pewno miał środek na wszy, mydełka albo nici.
– Ja tam nie wiem. Może Nela głodna? – Bocianowa zmienia temat. – Obiad będzie, jak pan Leon wróci, ale trochę krupniku...
– Poczekam na tatę.
Nela nie chciała, by odmowa zabrzmiała tak niegrzecznie.
Nieprawda, chciała.
Jest zła na tę kobietę, że się rządzi, na jej dzieci zaczepiające Łobuza i kręcące się po podwórku, na wciąż zajęty wychodek, a nawet kota, który przyszedł za nimi z Rybojadów. Przez Bocianów we własnym domu nie ma gdzie się podziać i co z sobą zrobić.
Pogoda jest piękna. Gdzieś zniknęły chmury, które jeszcze godzinę temu straszyły burzą. Wkrótce kąpielisko nad jeziorem zapełni się dziećmi, a później dorosłymi. Wieczorkówna mogłaby tam pójść i cieszyć się błogim nieróbstwem, zamiast tego zamyka się w pokoju ojca. Kuchnia, która do tej pory była jej królestwem, już do niej nie należy. Lada chwila pojawi się w niej ta kobieta, podpali pod płytą i zacznie hałasować garnkami, mimo że do pokoju, który wynajmuje, przylega niewielka kuchenka, w której mogłaby gotować, gdyby miała choć kawałek własnego drewna.
Być może Nela byłaby bardziej wyrozumiała, gdyby lepiej znała historię nowej lokatorki. Niestety, Leon Wieczorek większość szczegółów zachował dla siebie, uznawszy, że córce nie są one potrzebne.
Pani Barbara urodziła się w Kaliszu, polskim mieście znajdującym się wówczas pod zaborem rosyjskim. Zanim zaczęła się Wielka Wojna, jej rodzina wiodła pracowite, ale dość spokojne życie. Ojciec był wozakiem, matka prowadziła dom, a Basia od dwóch lat służyła w zamożnym żydowskim domu. Na sąsiedniej ulicy mieszkała starsza siostra, żona zegarmistrza i matka pięcioletniego Wojtusia.
Wybuch wojny nie tylko położył kres skromnej stabilizacji, ale stał się końcem wszystkiego. Niemcy wkroczyli do nadgranicznego Kalisza już drugiego dnia po wypowiedzeniu Rosji wojny. Wkrótce, oskarżywszy mieszkańców o zdradę, się wycofali, a na miasto spadły tysiące pocisków artyleryjskich. Kalisz legł w gruzach5. Wśród setek ofiar ostrzału i innych represji znaleźli się bliscy dziewiętnastoletniej Basi. Prócz niej z całej rodziny ocalał tylko mały Wojtuś. Do końca sierpnia we dwójkę mieszkali w piwnicy zburzonego domu, a całe dnie poświęcali na przeszukiwanie ruin, by zdobyć coś do ubrania, oraz na stanie w kolejkach po talerz darmowej zupy. Pewnego dnia niemiecki żołnierz ujrzał ją, jak próbuje wyciągnąć ciepły płaszcz spomiędzy gruzów. Ona go nie zauważyła. Była zdesperowana, bo choć w chłodne noce z całych sił tuliła do siebie siostrzeńca, ten kaszlał i trząsł się z zimna. Żołnierz zlitował się nad dziewczyną, pomógł dostać się do płaszcza, zapytał, gdzie mieszka, i jeszcze tego samego dnia pojawił się w piwnicy z bochenkiem chleba i kocem. Johann, a naprawdę Janek Bocian, pochodził z małej wioski leżącej przed wojną w granicach Niemiec, dwadzieścia kilometrów na zachód od Kalisza. Właśnie tam, do domu swoich rodziców, skierował Basię z dzieckiem, kiedy się dowiedział, że jego batalion opuszcza miasto. Spotkali się i pobrali po roku, kiedy Janek dostał tygodniowy urlop. Teścia Basia prawie nie znała, bo od lat pracował u Fischera von Mollarda jako robotnik sezonowy. Pojawiał się czasem na krótko, a potem wracał w okolicę Meseritz. Zanim wybuchła wojna, Janek też zdążył tam ze dwa razy pojechać. W maleńkim gospodarstwie Bocianów stale przebywały tylko teściowa i Basia z siostrzeńcem. Przy pomocy jedynej krowy zaprzęgniętej do pługa orały piaszczyste pole. Siały i plewiły, a potem patrzyły, jak wojsko rekwiruje plony. Tymczasem ojciec Janka, by kupić więcej ziemi i konia, niczym mrówka skrzętnie zbierał każdy grosz zarobiony na obczyźnie. Być może dopiąłby swego, gdyby nie nagła śmierć starej Bocianowej. Teść sprzedał chatę i ziemię, a pieniądze przeznaczył na kupno domku z ogrodem w Rybojadach niedaleko Trzciela. Synowej, która akurat była przy nadziei, i jej siostrzeńcowi kazał jechać ze sobą. Kiedy wojna się skończyła, dołączył do nich Janek. Mimo że akurat powstała Polska, nie byli pewni, wracać czy zostać. Zanim cokolwiek postanowili, zdarzyły się dwa nieszczęścia. Najpierw teść zginął w wypadku przy wyrębie lasu u von Mollarda, a niedługo potem coś się porobiło z głową Janka. Widział to, czego inni nie widzieli, rzucał się do bicia, chociaż to było do niego niepodobne, i gadał do siebie. Ludzie zaczęli się go bać. Najpierw stracił pracę, a zaraz potem przyjechała policyjna karetka i wzięła go do szpitala dla obłąkanych w Obrawalde6.
Trudno powiedzieć, czy Nela wcześniej spotkała rodzinę pani Barbary. Mogła ich widywać w kościele lub podczas festynów przyciągających mieszkańców okolicznych wsi. Na pewno nie zwróciła na nich uwagi, choć byli Polakami jak Wieczorkowie. Gdyby nie nieszczęścia, które spadły na Bocianów, nigdy nie stanęliby w progu domu przy Mühlenstraße z całym swoim dobytkiem, czyli z trzema tobołkami w rękach.
Właśnie tę scenę sprzed dwóch tygodni Nela pamięta najbardziej. Ojciec ją uprzedził, że wynajął pokój wdowie z dziećmi, ale nie była przygotowana na to, co stało się później. Na znak dany przez kobietę ona i dzieci padli na kolana przed osłupiałym Leonem Wieczorkiem. Pani Barbara na klęczkach wygłosiła dziękczynną mowę, zalewając się przy tym łzami. W ślady szlochającej matki poszli bliźniacy i córeczka. Tylko pryszczaty wyrostek klęczał z opuszczoną głową, ponury jak chmura gradowa. Kiedy Leon trochę ochłonął, spróbował podnieść kobietę z klęczek, ale ona chwyciła jego dłoń i jęła obsypywać ją pocałunkami. Tego już Nela nie mogła znieść. Wzburzona wybiegła z kuchni i długo nie wracała.
Dzisiaj obiad przygotowany przez obcą kobietę rośnie jej w ustach. Za to Leon jest w dobrym nastroju. Nie widzi twarzy córki siedzącej po jego prawicy. Zagaduje bliźniaków, a oni, nagle przemienieni w grzeczne aniołki i wpatrzeni jak w obrazek w rosłego mężczyznę z czarnym wąsem, odpowiadają mu z szacunkiem. Przy stole brakuje Wojtka, siostrzeńca Bocianowej. Przyjdzie dopiero wieczorem. Przed kilkoma tygodniami ukończył podstawową edukację i od razu najął się do pracy przy świniach u gospodarza w Jasieńcu. Jego też Nela nie lubi. Jest ponury, brzydki, pryszczaty i śmierdzi chlewem. „Och, kiedy wreszcie oni gdzieś sobie pójdą? – myśli. – Najlepiej daleko, choćby do Polski. W końcu stamtąd przyjechali”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Herybert Menzel (1906–1945), niemiecki poeta i prozaik, entuzjastyczny zwolennik Hitlera i nazizmu. Od wczesnych lat życia związany z Trzcielem. ↩
2 Kradzione żniwa – określenie używane w przypadku kapryśnej pogody podczas żniw. ↩
3 Świebodzin. ↩
4 Niemcy nazywali wojną o granicę okres walki z powstaniem wielkopolskim. ↩
5 Kalisz do 1914 roku był pod zaborem rosyjskim. W pierwszych dniach Wielkiej Wojny Niemcy będący w konflikcie z Rosją zburzyli większość miasta, zabijając i raniąc tysiące mieszkańców. ↩
6 Historia Janka Bociana i jego rodziny jest luźno oparta na losach Johanna Byczyńskiego, pacjenta szpitala w Obrawalde. Źródło: Katarzyna Sztuba-Frąckowiak, Szpital Psychiatryczny w Obrzycach 1904–1945. Cienie z przeszłości, Wydawnictwo Wesołowskie, Międzyrzecz–Obrzyce 2025. ↩
