Północny sabat - Agnieszka Sorycz - ebook + książka

Północny sabat ebook

Sorycz Agnieszka

0,0
31,90 zł

lub
Opis

Dalia to dyplomowana zielarka i właścicielka modnej, warszawskiej klubokawiarni Aria. Dzieli swój czas pomiędzy pracę, przyjaciół i brata Branka, który jest jej jedyną rodziną. Na początku października podczas pracy na stanowisku archeologicznym na Ślęży Branko przepada bez śladu. Tydzień później Dalia znajduje w swojej skrzynce pocztowej tajemniczy przedmiot z notatką prowadzącą do antykwariatu w centrum Warszawy. Gdy poznaje właściciela antykwariatu, Radowoja, oraz jego młodszego brata Teowoja, jej życie z dnia na dzień się zmienia. To od nich dowiaduje się, że jest słowiańską Zaklinaczką i wywołuje klątwę, która od tysięcy lat dziesiątkuje Sabat. W dodatku tym razem pojawia się na świecie o sto pięćdziesiąt lat za wcześnie, burząc tym samym rytm wszechświata. Łowca tylko czekał na tę okazję.

Choć Dalia dotychczas nie wiedziała nic o swoich umiejętnościach, gotowa jest zrobić wszystko, aby uratować Sabat przed zagładą. Odkrywa też, co łączy ją z Teo – mężczyzną, obok którego nie potrafi przejść obojętnie, a z którym w każdym poprzednim wcieleniu ginęła od ostrza Łowcy. Czy tym razem uda im się stawić czoła niebezpieczeństwu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 451

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



 

 

 

 

Copyright © Agnieszka Sorycz, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktorka inicjująca: Aleksandra Wolska

Redaktorka prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Agata Tondera, Joanna Jeziorna-Kramarz

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Fotografie na okładce:

© Kseniya Parkhimchyk | Shutterstock

© Sunward Art | Shutterstock

Fotografia autorki na skrzydełku: Adam Słowikowski

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66981-40-9

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

Rozdział 1

 

PRZYMIERZE

 

 

 

– Weles – wykładowczyni mówiła zapewne tak głośno, jak tylko mogła, a i tak w wielkiej auli wychodziło to zbyt cicho – był nie tylko panem Nawii, ale przede wszystkim pierwszym i najpotężniejszym magiem. Często utożsamiany jest z synkretycznym bóstwem hellenistyczno-egipskim, Hermesem Trismegistosem, od którego wywodzony jest hermetyzm, do dziś uważany za jedną z najważniejszych w historii ludzkości odmian czarostwa. Ale najpotężniejszym bogiem w rodzimym panteonie jest Świętowit…

Dalia słuchała wykładu, ale prawie go nie słyszała. W rękach cały czas obracała niewielką seledynową kopertę. Wczoraj ktoś zostawił ją w skrzynce pocztowej Arii – klubokawiarni, której była właścicielką i zarazem jednym z dwóch pracowników. Koperta zaadresowana była do niej. W środku znalazła zaś pomiętą karteczkę z jednym zdaniem. „Antykwariat na Brackiej”. I mały przedmiot, którego nie potrafiła zidentyfikować. Okrąg wykonany w całości z suszonych ziół, kwiatów i gałązek, przeplecionych srebrnymi nićmi. Tak wyglądał na pierwszy rzut oka, ale gdy spróbowała oderwać jeden z kwiatów, nic nie zdziałała, bo w dotyku jego struktura bardziej przypominała stal niż materiał organiczny. Spędziła wczoraj cały wieczór, przeglądając swoje książkowe zbiory i próbując znaleźć w nich opis albo rysunek czegoś, co choćby z grubsza przypominało ten przedmiot, nie znalazła jednak absolutnie nic. W pierwszej chwili, gdy go otrzymała, jej myśli poszybowały w stronę brata. Szybko jednak zmieniła zdanie. Branko nie miał w zwyczaju wynosić z katedry archeologii znalezisk, a jeśli jakimś cudem wpadłby na taki pomysł, to nie wygłupiałby się, tylko napisał, po co to wysyła. Zbyt wiele czasu i pracy włożył w swój doktorat, aby rujnować sobie karierę oskarżeniami o kradzież. Z drugiej strony ten przedmiot rzeczywiście wyglądał jak coś, co Bran mógłby wykopać na jednym ze stanowisk.

Chciała z nim o tym porozmawiać, ale nie widziała go już od kilku dni i zaczynała się poważnie martwić. Wcześniej zdarzało mu się znikać i pojawiać się po jakimś czasie, ale zawsze się odzywał. SMS, telefon albo choćby głupi sygnał jednoznacznie wskazujący nadawcę. Raz nawet zamiast wiadomości przysłał jej po prostu zakupy, które miał tego dnia zrobić. Teraz na morzu nastała zupełna cisza.

Nie to, że rozliczali się wzajemnie z czasu spędzanego osobno, w końcu byli rodzeństwem, a nie małżeństwem. Coś jej jednak intuicyjnie nie grało. Zwłaszcza że od kilku tygodni Bran zachowywał się, jakby ktoś mu zresetował umysł i zaprogramował go od nowa. Zawsze bardzo mocno stąpał po ziemi i mogła liczyć na niego jak na zegar atomowy. To dzięki niemu prowadziła Arię, a nie pracowała w call center którejś z warszawskich korporacji. Gdy przyszedł moment decyzji, bez wahania wziął na siebie połowę ryzyka finansowego, choć nie miał żadnej gwarancji, że Aria okaże się sukcesem. Pomagał też Dalii w sprawach codziennych. Obowiązki w domu, o ile nie wyjeżdżał, zawsze dzielili na pół. Ale w ostatnich trzech tygodniach została z rozwalającym się żoliborskim mieszkaniem ciotki sama. Bo Bran albo zapomniał czegoś zrobić, albo zrobił to tak, że musiała poprawiać. Przez większość czasu chodził zamyślony, jakby tu i teraz go nie dotyczyło. W dodatku irytował się najmniejszymi drobnostkami, co w ogóle nie było w jego stylu. Bran nie był małostkowy, a irytację zazwyczaj zachowywał dla siebie.

Miała kilka teorii, w tym taką, że jej wiecznie zapracowany brat w końcu sobie kogoś znalazł. Nie przywiązywała się jednak do niej zbytnio. Nieraz widziała go w akcji z kobietami i owszem, bywało, że zachowywał się wtedy irracjonalnie, ale nigdy nie wpływało to na ich relację. Do tej pory to właśnie Dalia była pierwszą osobą, której przedstawiał kandydatki na przyszłe panie Abaris. Tak samo jak jemu zdarzało się wchodzić w rolę starszego brata i odganiać facetów, którzy nie rozumieli, co się do nich mówi. Zdarzały im się sprzeczki, ale nigdy poważne. W ostatnią niedzielę po raz pierwszy skoczyli sobie do gardeł. I po raz pierwszy Dalia uznała, że może czas zamieszkać osobno. Podzieliła się z Branem tym przemyśleniem, kiedy oboje wystarczająco ochłonęli, czym w końcu zaskarbiła sobie jego uwagę. Przeprosił i wspomniał coś o jakimś ważnym projekcie. Tego wieczoru wszystko na chwilę wróciło do normy. Oglądali wspólnie film i jedli bardzo późną kolację, na którą składały się w większości mało zdrowe rzeczy.

Rano, gdy się obudziła, Brana już nie było. Dzisiaj mijał piątek i zarazem piąty dzień, kiedy nie miała od niego żadnych wieści. Nie licząc dziwnie wibrującego w jej dłoni artefaktu, który z dużym prawdopodobieństwem wysłał nie on, tylko jakiś dowcipny klient Arii. Niepokój o Brana powoli, ale skutecznie przesłaniał jej wszystkie inne sfery życia.

Na ten wykład przyszła w nadziei, że czegoś się dowie, bo wykładowczyni znała Brana bardzo dobrze. Kiedyś nawet się spotykali, ale ostatecznie doszli do wniosku, że seks i praca nie idą w parze. Nadal jednak pozostawali przyjaciółmi – i jeśli ktoś mógł coś wiedzieć o pracy Brana, to właśnie ona.

– Według legend każde ze słowiańskich bóstw posiada swój własny artefakt, z którym jest nierozerwalnie związane. Choć na razie teza ta opiera się tylko na podaniach i wierzeniach, bo badacze nie znaleźli na to dowodów materialnych. Do tej pory odkryto niewiele źródeł dotyczących zarówno mitologii słowiańskiej, jak i dawnych wierzeń. Nie oznacza to jednak, że w ogóle ich nie ma. – Przerwała na chwilę i napiła się wody. – Słowianom, tak jak innym ludom przedchrześcijańskim, bliska była religia naturalna. Dawne kulty miały sporo cech wspólnych niezależnie od tego, gdzie były wyznawane. Bardzo często pozostawały w ścisłym związku z przyrodą. Równie często też zawierały elementy magiczne. Bogowie słowiańscy mają swoje odpowiedniki w naturalnych procesach lub zjawiskach. Swarożyc: światło i słońce, Perun: błyskawica, Weles jest tożsamy z nocą i od niego pochodzi magia, czyli spoina świata, która zbudowana jest na żywiołach. O właśnie! I to jest kolejny mianownik religii naturalnych. Żywioły. Odwołania do nich znajdziecie w wielu źródłach, którymi posługujemy się przy badaniu kultów.

– Co pani ma na myśli, mówiąc o magii? – Z sali padło kolejne pytanie.

Dalia spojrzała w stronę chłopaka w okularach, który dołączył do dyskusji. Znała ten ton. Za każdym razem, kiedy padało słowo „zaklęcie” lub „magia”, w głosie osoby, która je wypowiadała, pobrzmiewała drwina przemieszana z nadzieją. Odwieczny konflikt pomiędzy rozumem a ludzką potrzebą wiary w zjawiska nadprzyrodzone. Ona też go odczuwała. Od dziesięciu lat, czyli od swoich szesnastych urodzin, kiedy po raz pierwszy to poczuła. TO przez wielkie T. Rozedrganie, jakby każda komórka jej ciała zamierzała pójść w innym kierunku.

Znikąd pojawiały się wówczas migreny, przerwy w życiorysie i zjawiska, które – przynajmniej w teorii – nie powinny wystąpić. Najgorsze jednak były majaki na jawie, żywo przypominające wspomnienia, których świadomie nie rozpoznawała. Były one tak realistyczne, tak znajome, że często traciła granicę pomiędzy snem a jawą. Zupełnie jakby teoria światów równoległych uparła się, żeby na niej właśnie udowodnić swoją prawdziwość.

Ciotka, która wychowywała ją w zastępstwie rodziców, starała się pomóc, jak umiała. Do osiemnastych urodzin odwiedziły chyba wszystkich neurologów i psychiatrów, żaden jednak nie potrafił powiedzieć, co się z nią dzieje. Ci ostatni uparcie dawali jej leki, których przyjmowania równie uparcie odmawiała. Bran dosłownie prowadził ją przez te dwa lata szaleństwa za rękę. Aż w końcu, po wielu próbach i błędach, dotarła do sedna sprawy.

Emocje.

Emocje popychały ją w objęcia migreny i podsuwały obrazy oraz odczucia, których normalny człowiek mieć nie powinien. Każdy wybuch gniewu, każda histeria lub skrajne szczęście prowadziły ją wprost w objęcia szaleństwa. Tamtego dnia, w swoje osiemnaste urodziny, powiedziała „dość”. Zablokowała w sobie cały świat. Do perfekcji opanowała przyglądanie się z boku rzeczom, które usilnie pchały się na front. Trenowała. Rok. Drugi. Testowała swoje granice, naginała je do tej nowej rzeczywistości, w której chciała się zamknąć.

Aż w końcu wygrała. Smutek. Radość. Złość. Wszystko odeszło, została tylko pustka. Jej najwierniejsza towarzyszka. Błoga nicość rzeczywistości przecinanej wydarzeniami, ale nie emocjami. Dalia miewała jeszcze ostre migreny, ale majaki nigdy już nie powróciły. I żywiła ogromną nadzieję, że tak zostanie, bo po kolejnych dwóch latach podobnych do tamtych miałaby tylko dwie drogi: psychiatryk albo skok z mostu.

– Tu dochodzimy do sedna kolejnych zajęć. – Wykładowczyni zrobiła unik. – Czym było czarostwo dawniej, czym jest teraz i jak interpretowane jest przez współczesnych badaczy Słowian.

Kobieta spojrzała na zegarek.

– Porozmawiamy o tym w przyszłym tygodniu, jak również o tym, czy teoria, że Mieszko był wikingiem, ma jakiekolwiek podstawy w nauce.

Z sali posypały się dalsze pytania, ale Dalia, nie czekając na rozwój sytuacji, zebrała swoje rzeczy i podeszła do wykładowczyni.

– Dzień dobry pani. Nazywam się Dalia Abaris. Jestem siostrą…

– Brana – dokończyła za nią kobieta – Pamiętam cię, spotkałyśmy się kilka lat temu na jego urodzinach. Nie mów do mnie „pani”, bo się staro czuję. Mam na imię Anna.

– Branko od kilku dni się nie odzywa. Pomyślałam, że może pani… że może coś wiesz.

Jej słowa przywitała cisza. Anna patrzyła chwilę na swoje notatki, a potem znowu przeniosła wzrok na nią.

– Od jakiegoś czasu stale wałkowaliśmy temat ostatnich wykopalisk, ale znasz Brana, zawsze robi swoje.

Serce Dalii przeskoczyło kilka uderzeń i dziewczyna od razu, z automatu, wzięła głębszy wdech, aby je uspokoić.

– Dzwonił do mnie miesiąc temu i mówił o znalezisku, na które natknął się na Ślęży. Przyjechał tydzień później i pokazał mi, co znalazł. Szczerze mówiąc, niczego takiego do tej pory nie widziałam. Wysłaliśmy próbki do laboratorium, ale wyniki były co najmniej nieprzekonujące. Dowiedzieliśmy się jedynie, że czasowo nie pasuje do miejsca, w którym przedmiot ten został znaleziony.

– To znaczy?

– To znaczy – podjęła Anna – że otoczenie wskazuje na czasy tuż przedchrześcijańskie, ale sam przedmiot jest znacznie, znaczenie starszy. I bardzo osobliwy. Materiał, z którego został wykonany, ma inną strukturę niż te, z którymi do tej pory się zetknęliśmy.

– I co się stało z tym przedmiotem?

Anna wzruszyła ramionami.

– To, co zwykle. Zrobiliśmy dokumentację, zabezpieczyliśmy i wpisaliśmy do uczelnianego rejestru. Miałam go wysłać do konserwatora, ale Bran poprosił, żebym się jeszcze wstrzymała. Chciał sprawdzić, czy czegoś nie pominęli na stanowisku. Dlatego właśnie planował wrócić na Ślężę. – Kobieta zamilkła, ale po chwili podjęła temat. – Kilka dni po tym, jak wyjechał, szukało go tutaj dwóch facetów. Szczerze mówiąc, przestraszyłam się trochę, bo nie wydawało mi się, żeby to byli jego znajomi. Zadzwoniłam od razu do Brana i powiedziałam mu o tym, rzecz jasna. Odpowiedział, żebym się nie martwiła, i w okrągłych słowach polecił mi pilnować własnego nosa.

Gdyby nie powód, dla którego Dalia tutaj przyszła, może nawet by się uśmiechnęła. Nie było jej jednak ani trochę do śmiechu.

– A kiedy dokładnie z nim rozmawiałaś?

Anna zamyśliła się na chwilę.

– Tydzień temu – odpowiedziała. – Ostatni raz słyszałam go w piątek. Dalia rozważyła w głowie różne scenariusze. Bran musiał wiedzieć, że Anna będzie pierwszą osobą, do której jego siostra przyjdzie po informacje. A jeśli wiedział, to pozostawało liczyć na to, że zdawał sobie sprawę z konsekwencji swojego działania.

Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej przesyłkę.

– Czy to ten przedmiot badaliście?

Reakcja Anny była natychmiastowa. Oczy rozszerzyły jej się ze zdziwienia, a ręka powędrowała w stronę znaleziska.

– Właśnie tak. Skąd, u licha, go masz?

– Ktoś go przysłał na adres Arii. Teraz już przynajmniej wiem, że to Bran. I że musi być gdzieś w Warszawie, bo na kopercie, w której to znalazłam, nie było stempla pocztowego.

Anna na chwilę ucichła, skupiając swoją uwagę jedynie na przedmiocie. Położyła go sobie na dłoni, jakby chciała go zważyć, a potem obróciła parę razy, przyglądając się jego strukturze. Po kilku chwilach go zwróciła.

– Jeśli Bran ci to wysłał, to widocznie miał bardzo ważny powód. Najlepiej schowaj go aż do jego powrotu. Nie jest to oficjalna procedura i nie powinnam tego robić, ale… Bran zazwyczaj wie, co robi… – Wyjęła z torby telefon. – Prześlę ci zaraz numer do drugiego archeologa, Piotra, z którym Bran pracował na Ślęży. Może on powie ci więcej. – Szybko wystukała odpowiednią komendę w telefonie i po chwili w torebce Dalii rozbrzmiał dźwięk przychodzącej wiadomości.

– Dziękuję, bardzo mi pomogłaś.

Anna spojrzała na nią uważnie.

– Mam prośbę. Jak go znajdziesz, powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił, dobrze? Nie wiem, jak długo zdołam ukryć przed władzami uczelni, że znalezisko zaginęło.

Dalia pożegnała się, zarzuciła torbę na ramię i wyszła z sali. W głowie miała kompletny chaos. Nic nie składało się do kupy, a wręcz wydawało się, że z minuty na minutę wszystko coraz bardziej się rozjeżdża. Powinna odczuć ulgę, że Branko wrócił do Warszawy, ale jej nie odczuwała. Co on sobie myślał? Że wyśle jej coś i wszystko będzie w porządku? W dodatku coś, co ukradł? I po co w ogóle chciał, żeby miała ten artefakt? Dlaczego, do cholery, nie wręczył jej go osobiście, tylko zostawił w Arii? Nie mógł napisać normalnego listu?

Zeszła na parter do głównego hallu i wyciągnęła z szatni swój płaszcz. A potem wyjęła telefon i przejrzała wiadomości. Kilka SMS-ów od dostawców i kilka à propos dzisiejszego wieczoru, ale wielkie nic, ani jednego słowa od Brana.

Wybrała jego numer i czekała cierpliwie, ale nie odebrał. W końcu włączyła się poczta głosowa. Dalia rozłączyła się, nie widząc sensu w nagrywaniu kolejnej wiadomości. Wyszukała w SMS-ach numer do kolegi Brana, który dała jej Anna, zapisała go w pamięci telefonu i spróbowała raz jeszcze. Kolejne pudło. Brak odpowiedzi.

Żałowała, że nie ma jej kto zastąpić w Arii, bo najchętniej drążyłaby dalej i poszła za ciosem do antykwariatu na Brackiej. Nie było jednak takiej możliwości. Kuba, jej asystent, miał dzisiaj wolne, a z rana w pracy zastępowała ją w drodze wyjątku jej przyjaciółka Paulina.

Dalia roztarła sobie skronie. Najwyraźniej Bran tymi wszystkimi zagadkami chciał doprowadzić ją do szału. Gdyby nie fakt, że milczał jak zaklęty od kilku dni, byłaby na niego nieźle wkurzona.

Zrezygnowana wrzuciła telefon z powrotem do torby i wyszła na zewnątrz.

 

 

Teowoj leżał płasko na dachu jednej z przedwojennych kamienic przy Wilczej i obserwował mężczyznę, który bez wątpienia był martyrem Przymierza. Westchnął. Ta pieprzona walka o przetrwanie nigdy nie dawała o sobie zapomnieć – nawet jeśli teoretycznie nic mu nie groziło, bo klątwa w tej inkarnacji nie wchodziła w moc. Problem tkwił w tym, że martyra również nie powinno tu być. A jednak szedł teraz sobie spokojnie w samym centrum Warszawy, nie próbując się nawet ukrywać. Coś się zmieniało, a Teowoj, choć świadomy tej zmiany, nie mógł uchwycić jej istoty. Zrobił telefonem parę ostatnich zdjęć, zanim martyr skręcił w Marszałkowską i zniknął mu z oczu. Natychmiast wysłał je do Dobrowoja. A potem powoli przesunął się w stronę okna dachowego. Zamknął je szczelnie za sobą i rozejrzał się po mieszkaniu, upewniając się, że nie zostawia po sobie żadnych śladów. Rzadko włamywał się do domów, bo zazwyczaj wystarczały dachy, ale tym razem było to konieczne.

Gdy wychodził na klatkę, stare, choć odrestaurowane drzwi cicho jęknęły. Założył na głowę kaptur i nie zapalając światła, zbiegł po schodach. Wyszedł na ulicę.

Na dworze przywitała go wichura, wyjątkowo silna jak na połowę października. Z pokrytego chmurami nieba biła delikatna poświata, preludium zbliżającej się śnieżycy. Temperatura musiała oscylować wokół zera, bo wydychane powietrze zamieniało się w obłok. Kolosalna zmiana. Jeszcze parę dni temu wystarczał jedynie podkoszulek. Teo zapiął kurtkę i włożył rękawice. Wokół nie było nikogo. Śródmieście spowijała senna mgła, typowa dla wczesnego jesiennego poranka. Zazwyczaj lubił się szwendać o tej porze po Warszawie, ale teraz z ulgą otworzył drzwi swojego czerwonego jeepa i usiadł za kierownicą.

Dopiero gdy znalazł się poza zasięgiem wiatru, dotarło do niego, że coś zmieniło się również w jego ciele. Głowa lekko pulsowała i przeszywały go dreszcze, które wywołać mogła tylko rosnąca gorączka. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak się czuł. Chory. Zmęczony. Wyzuty z sił.

Na pewno nie w tym życiu.

Rozprostował palce na kierownicy, odpalił silnik i ogrzewanie, a potem ruszył w stronę swojego mokotowskiego apartamentu. Musiał zabrać stamtąd kilka rzeczy, bo nie zamierzał do niego wracać przez kolejne dwa tygodnie. Aż do Przesilenia.

Zastał tam dokładnie to, co zostawił. Brudne kieliszki po winie w kuchennym zlewie i skotłowaną pościel. Pozostałości po nocy spędzonej z obcą kobietą, której nie miał ochoty już nigdy spotkać. Efekty okraszonego alkoholem wieczoru. W ogóle rzadko tu sypiał, właściwie tylko wtedy, kiedy kończył późno pracę i nie chciało mu się przedzierać na drugą stronę miasta, albo wtedy, kiedy potrzebował samotności. Dlatego mieszkanie wyglądało tak, jak wyglądało. W pełni urządzona była tylko kuchnia. Resztę umeblowania stanowiły łóżko, drewniana skrzynia, mała szafka i kilka pudeł.

Jeśli chodzi o kobiety, to zazwyczaj korzystał z ich łóżek i wychodził, gdy tylko skończył. Szybko, czysto, bez niedomówień. Nie miał zamiaru wikłać siebie i ich w sytuacje, z których nie miało prawa nic powstać. Ale tę, której imienia nawet nie pamiętał, nie tylko tu przyprowadził, ale pozwolił też jej zostać na noc… Zapłacił za to porannym kacem i okolicznościami, z których żadne wyjście nie było dobre. Znowu. Bo o tym, że kilka tygodni temu przespał się z Senją, nie chciał nawet myśleć. I do tej pory zachodził w głowę, jak do tego doszło.

Jedyne usprawiedliwienie, jakie miał, to fakt, że zbliżał się pierwszy listopada, a z nim Przesilenie światów. W tym czasie nie potrafił być sam. I nie chodziło tylko o klątwę, która w tak brutalny sposób pozbawiała jego i innych Zaklinaczy życia. Chodziło o nią. O piątą sabatową wiedźmę. Nienawidził wcieleń, w których ona się pojawiała, a jednocześnie to właśnie ona stanowiła centrum jego wszechświata. Jedno krótkie życie z nią za trzy kolejne normalnej długości bez niej. W takim rachunku matematycznym obracał się, odkąd sięgał pamięcią, czyli od czasów sprzed obecnej cywilizacji. Cierpliwie znosił wszystkie poranki dotkliwie przypominające pustkę, którą ta kobieta pozostawiała po sobie na kolejne trzysta pięćdziesiąt lat. Zabijał w myślach wspomnienia wszystkich spędzonych razem chwil, bo nienawidził przypominania sobie o tym, czego nie mógł mieć. Nie żeby to pomagało, bo Pamięć Zaklinacza, jego pamięć – ta wredna suka – dbała o to, aby miał co zabijać. Szczególnie przed Przesileniem. Szczególnie gdy, tak jak teraz, trawiła go gorączka.

Podszedł do drewnianej skrzyni stojącej obok łóżka i wyciągnął z niej swoje noże oraz mały pistolet. Schował je tutaj, bo nie sądził, aby były mu potrzebne. Teraz wolał je mieć przy sobie, choć sam racjonalnie nie potrafiłby wyjaśnić dlaczego. Potem uprzątnął lodówkę z resztek jedzenia, bez ceregieli wrzucił je do worka na śmieci, zawiązał go i wystawił za drzwi. Po raz ostatni rzucił okiem na mieszkanie, upewniwszy się, że wszystko jest tak, jak powinno, wyszedł i zamknął wszystkie zamki.

 

 

W drodze do domu Sabatu Teo starał się nie myśleć o tym, co się działo z jego ciałem. Skoncentrował się wyłącznie na jeździe, którą mocno utrudniały oblodzone drogi. Po dziesięciu minutach minął rogatki Warszawy i z ulgą skręcił z wylotówki na żwirówkę prowadzącą przez las. Zanim dojechał na swój parking, na dworze zrobiło się już zupełnie jasno, a poranna mgła opadła.

Wokół panowała całkowita cisza. Rad, który zawsze odprawiał rytuały o świcie, najwyraźniej jeszcze nie wstał albo już gdzieś wyszedł. Ostatnie tygodnie spędzał prawie wyłącznie w swoim antykwariacie. Obsesyjnie podchodził do wszelkich nowych zbiorów, które trafiały w jego ręce. Czyścił je i czytał od deski do deski, jakby od tego zależało jego życie. I poniekąd pewnie tak było, ale Teo już dawno przestał wierzyć, że znajdą sposób na klątwę w starożytnych zbiorach. Łowca, którego poszukiwali od zarania dziejów, nadal pozostawał poza ich zasięgiem, a klątwa dopełniała się nieubłaganie, z każdą inkarnacją zbierając coraz większe żniwo. Dlatego w żaden sposób nie komentował książkowej obsesji brata, nawet jeśli kwestionował jej zasadność.

Zapalił światło w hallu i natychmiast odwrócił się w stronę schodów, skąd dobiegł go cichy szelest. Wbrew jego założeniom Rad nie tylko był w domu, ale też siedział po ciemku w welwetowym fotelu nieopodal schodów prowadzących na piętro. Wokół leżały porozkładane książki. Teo zdziwił się tą sytuacją o tyle, że w ciągu kilku ostatnich tygodni jego brat opuszczał swój gabinet lub sabatową bibliotekę w zasadzie jedynie po to, aby wyjść do pracy albo do kuchni po jedzenie.

– Przedprzesileniowa psychoza osiąga nowe poziomy? – Zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku przy drzwiach.

Rad wyglądał, jakby nie spał całą noc. Siedział nieruchomo i przyglądał się swoim dłoniom, a właściwie temu, co w nich trzymał. Księdze Stworzycieli. Czoło miał zmarszczone jak zawsze, gdy o czymś intensywnie rozmyślał. W końcu brat podniósł na niego wzrok.

– Dawno cię nie było. Zabawiałeś się gdzie popadnie, jak rozumiem?

– Nie twoja sprawa – mruknął Teo z niechęcią. Nie zamierzał wdawać się z bratem w dyskusję o kobietach. Nigdy tego nie robili i nie widział powodu, żeby teraz zaczynać.

– Nie moja. Chyba że robisz coś tak ekstremalnie głupiego, jak przespanie się z Senją.

Teo poczuł, jak dopada go złość. Nie mógł się tylko zdecydować na co; czy na Senję, za to, że najwyraźniej nie umiała trzymać języka za zębami, czy na siebie za własną głupotę, czy na brata, że wpieprza nos w cudze sprawy. Otworzył usta, by wysłać go do diabła albo jeszcze dalej, ale się rozmyślił. Co by to zmieniło? Z przygody łóżkowej z Senją nie miało prawa wyjść nic dobrego. Czy chciał, czy nie, musiał przyznać bratu rację. A ostatnia rzecz, której teraz potrzebował, to mało konstruktywna i niczego niewnosząca kłótnia. Zwłaszcza że żaden z nich nie myślał do końca trzeźwo.

– Nie wyglądasz za dobrze – stwierdził sucho Rad.

– Mało spałem. – Teo wyciągnął telefon i otworzył aplikację ze zdjęciami, które zrobił martyrowi. – Spójrz.

Odwrócił wyświetlacz w stronę brata. Rad pochylił się i znowu zmarszczył brwi, a na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie.

– Co on, u licha, tu robi?

– Nie wiem, ale wysłałem zdjęcia Młodemu. Nie sądzę, żeby miał kłopot z lokalizacją tego faceta. Wkrótce pewnie się dowiemy.

Minął brata i poszedł do kuchni, bardziej czując, niż słysząc za swoimi plecami jego kroki. Musiał pozbyć się tych cholernych dreszczy. Powinien myśleć trzeźwo. Otworzył szafkę, w której trzymali przygotowane przez Nikolinę lekarstwa, i przekładał małe buteleczki z lekami, dopóki nie znalazł właściwej. Reany. Odkręcił korek, ale Rad go powstrzymał.

– Reana nie pomoże ci na gorączkę – przypomniał mu. – Potrzebujesz tego.

Podał mu inną buteleczkę, w kolorze leśnej zieleni. Tak dawno Teo nie potrzebował żadnych leków, że zapomniał, co jest na co. Rad miał rację. Reana działała na skaleczenia i uszkodzenia związane z krwią. Z infekcjami i gorączką najlepiej radziła sobie dareana. Otworzył butelkę, wylał sobie kilka kropel bezpośrednio na język i zaraz się skrzywił. Zdążył też zapomnieć, że Nikolina nigdy nie żałowała w swoich specyfikach berberysu.

Oparł się dłońmi o zlew i oddychał głęboko do czasu, kiedy dreszcze ustały. Na szczęście sabatowe specyfiki działały błyskawicznie. Przetarł zmęczone oczy.

– Jak to, kurwa, jest możliwe, że martyr jest aktywny? – warknął Rad.

Teo spojrzał na brata zdziwiony. Rzadko się wkurzał, a jeszcze rzadziej przeklinał.

– Nie wiadomo, czy jest aktywny – odpowiedział.

– Jasne. Żaden z nich nie wydaje się aktywny, dopóki nie wejdzie nam pod nóż. – Rad westchnął. – Jadę do Weli, mam mnóstwo towaru do rozłożenia przed otwarciem. Zadzwoń, jak Młody się odezwie. – Sięgnął po wiszącą na poręczy krzesła puchową kurtkę. Zanim wyszedł, na moment się odwrócił.

– Naprawdę staram się jej nie nienawidzić w taki dzień jak dzisiaj.

Teo patrzył bezwiednie na drzwi, które zamknęły się za bratem. Rozumiał go, na Welesa, rozumiał go bardzo dobrze. Nawet jeśli w tej inkarnacji piąta sabatowa wiedźma nie istniała, samo jej wspomnienie niosło za sobą szaleństwo. Większość Zaklinaczy, zarówno tych, którzy ciągle jeszcze żyli, jak i tych, którzy odeszli w nicość, myślała o niej tak samo. Mimo to on nie potrafił tak się czuć. Nie potrafił jej nienawidzić, nawet jeśli przynosiła ze sobą klątwę. Nawet jeśli za sto pięćdziesiąt lat po raz kolejny miał poczuć chłód noża Łowcy na swojej szyi. Nawet jeśli po raz kolejny miał stracić dla niej głowę, jak pozbawione rozumu zwierzę.

Przetarł dłońmi twarz. Musiał odpocząć. Sen przynosił reset, którego jego umysł i ciało desperacko potrzebowały. Nalał do szklanki wody i wypił duszkiem, a potem poszedł na górę do sypialni. Wyłączył telefon i po prostu opadł na łóżko z zamiarem przespania kolejnych kilku godzin.

 

 

 

Rozdział 2

 

WELA

 

 

 

Na dworze panował niewiarygodny jak na połowę października ziąb. Jeszcze nie padało, ale wilgoć dosłownie wisiała w powietrzu, a chodniki od jej nadmiaru przybierały barwę mchu.

Dalia okryła się szczelnie swoim zamszowym zielonym płaszczem, po raz kolejny zastanawiając się, dlaczego ciągle go nosi, zamiast kupić sobie coś porządniejszego. Wrzucała pod niego tylko kolejne warstwy, ale mimo to wiatr hulał pod nim jak na górskiej hali. Zwłaszcza gdy znajdowała się pomiędzy wieżowcami w centrum miasta, gdzie osławione korytarze powietrzne ciągle działały z pełną mocą.

Do Arii zawitała pół godziny później. Akurat, by zwolnić Paulinę, która przebierała już w progu nogami.

– Muszę lecieć, ale mam nadzieję, że nie zapomniałaś o dzisiaj?

Nie, nie zapomniała, choć przez chwilę myślała, żeby jakoś się z tego wykaraskać. Wiedziała, że większość znajomych Pauliny traktuje ją jak dziwoląga. Już sam fakt prowadzenia ezoterycznej klubokawiarni zachęcał do przyklejenia jej łatki świra. W dodatku rzadko brała udział w ich burzliwych dyskusjach. Nie dlatego, że nie interesowało jej to, o czym rozmawiali. Po pierwsze miała introwertyczną naturę, która niechętnie rywalizowała z ekstrawertykami. A po drugie dyskusje zazwyczaj wiązały się z emocjami, a tych wystrzegała się jak ognia. Na wszelki wypadek więc po prostu się w nie nie angażowała. Paulina jednak była dla niej – poza bratem – najbliższą osobą i Dalia nie chciała jej zawieść. Znały się z licealnej ławki. I tak jak Bran, Paulina utrzymywała Dalię na powierzchni, gdy ta prawie tonęła podczas swojego dwuletniego szaleństwa.

– Jasne, że nie. Przyjadę po dwudziestej pierwszej, jak ogarnę wszystko tutaj.

– Coś się stało?

– Tak… nie. – Dalia się zawahała. – Nie wiem.

– Wykorzystałaś wszystkie możliwości – zaśmiała się Paulina. – Czyli nie ma dramatu, ale coś poruszyło twoją mało wzruszalną powłokę?

Dalia uśmiechnęła się lekko, słysząc taki opis.

– Martwię się o Brana. Od pięciu dni nie mam z nim kontaktu. – Informację o skradzionym artefakcie zostawiła dla siebie.

Paulina zmarszczyła brwi, ale szybko się rozpogodziła.

– Och, to Bran. Pewnie zakopał się tak głęboko, że nie może znaleźć wyjścia. Nie martw się na zapas. Na pewno się odezwie. Tak czy siak, do zobaczenia wieczorem. I jakby się coś działo, cokolwiek, to dawaj znać. Ja albo Adam po ciebie podjedziemy.

Dalia pożegnała Paulinę klasycznym warszawskim cmoknięciem w policzek. Naprawdę chciała podzielać jej optymizm, ale tym razem jakoś go brakowało. Praca, musiała zająć się pracą.

Szybko oceniła sytuację. O tej porze Aria zazwyczaj świeciła pustkami, dzisiaj jednak przy stolikach siedziało paru gości. Weszła za bar i zrobiła sobie kawę.

Zakochała się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Oczywiście dwa lata temu, kiedy zapożyczyła się po czubek głowy, aby je kupić, Aria wyglądała zupełnie inaczej. Przypominała zwykłą metę, jedną z tych, gdzie ostatnich klientów trzeba była wynosić nad ranem przed wejście. Dalia zmieniła spelunę w pełną roślinności klubokawiarnię, gdzie goście mogli nie tylko napić się jednej z herbat ziołowych, których miała w ofercie bez liku, ale też bezpiecznie poflirtować z tematami powszechnie uważanymi za tajemne. I była z niej niezwykle dumna, bo efekt wypracowała naprawdę niesamowity. Stworzyła Rio de Janeiro w środku Warszawy.

Największą dumą napawały ją zielone ściany odgradzające pomieszczenia, pomiędzy którymi poupychała małe żarówki. W czasie nawadniania w powietrzu unosiła się lekka mgła, nie na tyle gęsta, aby klienci walczyli o tytuł miss lub mistera mokrego podkoszulka, wystarczająca jednak, aby rozbijać blask lampek. Całość tworzyła niesamowicie nastrojowy spektakl cieni i świateł, który naprawdę zachwycał.

Dalia miała dużo szczęścia. Wieść o nietypowej knajpie szybko rozeszła się bocznymi kanałami i Aria prawie od razu stała się miejscem kultowym. Klientów miała bez liku. Na szczęście, bo jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie, zanim będzie mogła wykaraskać się z bankowych objęć i odetchnąć pełną, niezadłużoną piersią.

Zawiązała sobie na biodrach fartuch ochronny i zabrała się do przygotowywania zamówionych mieszanek. Najwięcej oczywiście, jak to w piątek, na bazie astragalusa. Jej klienci dawno już się nauczyli, że nie tylko kawą człowiek wstaje i imprezuje. Zresztą zawsze miała do ziół smykałkę i połączenie astragalusa z żeń-szeniem i kilkoma innymi składnikami od razu stało się hitem. Dalia intuicyjnie czuła, jak łączyć rośliny, znała ich właściwości, wiedziała, które trują, a które dają konkretnego kopa. W zasadzie można powiedzieć, że się z tą wiedzą urodziła, bo jej rodzice, ciotka, a także Bran, umieli co najwyżej zaparzyć miętę. A ona jakimś cudem potrafiła przygotowywać mieszanki ziołowe, które spełniały swoją funkcję i do tego dobrze smakowały. Nie było to łatwe. Oczywiście Dalia skończyła również studia botaniczne, ale bardziej po to, aby upewnić się, że jej wiedza jest wartościowa, i uzyskać dyplom, dzięki któremu mogła zioła hodować i je sprzedawać. Bez ziół nie byłoby Arii. A bez Arii nie uwielbiałaby bezgranicznie swojej pracy, tak jak Bran kochał swoje wykopaliska.

Rzuciła się w wir zadań i dzień minął jak zwykle nie wiadomo kiedy. Gdy tylko ostatni klient zniknął za drzwiami, poszła na zaplecze. Czekało na nią jeszcze kilka tomów, które miała włączyć do kolekcji czytelniczej, i sporo bibelotów wymagających metkowania.

Usiadła przy biurku i sięgnęła po pierwszą z nowości. Mitologia Słowian, ostatnie wydanie, wzbogacone o najnowsze odkrycia. Otworzyła ją i przyglądała się chwilę rysunkom i tytułom. Nie mogła się jednak skoncentrować, bo jej myśli uparcie wracały do Brana i tajemniczego przedmiotu. Sięgnęła do torby, wyjęła artefakt na biurko. Ponownie powiodła po nim palcem, chłonąc energię, która od niego płynęła. Ujęła jeden z płatków i znowu spróbowała go oderwać, licząc się z tym, że Bran urwie jej za to głowę. Nic jednak nie zdziałała. Nawet się nie pokruszył. Nie drgnął. Nada.

Przeniosła wzrok na karteczkę, którą brat dołączył do artefaktu. „Antykwariat na Brackiej”. Miała zamiar iść tam jutro, kiedy Kuba ogarnie w Arii poranną zmianę. Wpisała hasło w wyszukiwarkę i od razu znalazła. Wela – antykwariat na Brackiej; tak brzmiała pełna nazwa. Z opisu strony wynikało, że to najstarsze tego typu miejsce w Warszawie. Przechodziła tamtędy setki razy, ale nigdy nie zwróciła jakoś na nie uwagi. W sumie nic dziwnego. Na zdjęciu Wela wyglądała jak sklep z innej epoki i zupełnie nie pasowała do swojego otoczenia. Witryna przedstawiała różne konfiguracje książkowego chaosu, ledwo widocznego zresztą przez zabrudzoną warszawskim deszczem szybę. Zapewne według wielu powinna już dawno zniknąć z centrum nowoczesnego miasta. W dodatku właściciel Weli najwyraźniej preferował rozwiązania siłowe, bo zamiast technologii antynapadowej przed kradzieżą sklep chroniła opuszczana metalowa krata.

Dalia spojrzała na zegarek. Dochodziła ósma. Impreza Pauliny.

Z niechęcią zamknęła komputer i poszła do łazienki. Włożyła czerwoną wieczorową sukienkę, którą zabrała rano z domu, i w ekspresowym tempie się umalowała. A potem dopiła zimną już kawę, włączyła alarm i pozamykała zamki.

Na zewnątrz ciągle wiało i padało, jeszcze gorzej niż przed południem. Na ulicach nie było prawie nikogo, za to wszystkie puby i restauracje pękały w szwach. Ściągnęła sznurki kaptura tak mocno, że widziała głównie swoje wysokie oficerki rozbryzgujące wodę na zalanych chodnikach. Drogę do rotundy pokonywała niemalże na pamięć, robiąc uniki przed wirującymi w powietrzu zasuszonymi liśćmi i papierami, które zamiast do kosza trafiły na ziemię, a potem w objęcia wichury. Prawie dotarła już na miejsce, gdy zmieniła zdanie, jednocześnie wymyślając sobie po cichu za głupotę. Nie potrafiła się jednak powstrzymać. Musiała chociaż do Weli zajrzeć, na chwilkę, pozwolić sobie dosłownie na rzut oka, nawet jeśli miałaby dzisiaj pocałować klamkę. Gdy tylko podjęła tę decyzję, mogłaby przysiąc, że tajemniczy artefakt Brana w jej kieszeni zawibrował, jakby nie spodobało mu się to, co działo się w jej głowie. Zignorowała dziwne wrażenie i ruszyła z powrotem w stronę Brackiej, z nadzieją, że wiatr nie zrzuci na nią dachówek z pobliskich budynków.

 

 

O dziwo, w Weli ciągle paliło się światło, choć tabliczka na drzwiach głosiła: „Zamknięte”. Dalia spróbowała szczęścia i pociągnęła za klamkę. Drzwi z głuchym jękiem ustąpiły, a w sklepie rozszedł się dźwięk zawieszonego nad nimi dzwonka. Mimo to nikt z obsługi nie pojawił się na horyzoncie.

Rozejrzała się z ciekawością po wnętrzu, urzeczona nim prawie tak samo jak Arią, kiedy po raz pierwszy do niej weszła. Wysokie sufity nadawały pomieszczeniom przestrzeni. Na ścianach wisiały uginające się pod ciężarem książek półki, a liczba gadżetów i bibelotów, poukrywanych w różnych zakamarkach sklepu, biła na głowę to, co Dalia sprzedawała w Arii. Całości dopełniało kilka poustawianych w rogach lamp świecących wystarczająco jasno, aby móc swobodnie przeglądać książki, ale nie agresywnie, bez zaburzania atmosfery pomieszczenia.

Nad kasą wisiał element, który w ogóle nie pasował do reszty staromodnego wystroju: granatowy neon z napisem „Wela”; poza terminalem do kart płatniczych i prądem chyba jedyny znak, że cywilizacja mimo wszystko tu dotarła. Najbardziej niezwykły widok stanowiło jednak rosnące pośrodku sklepu drzewo, z korzeniami powplatanymi pomiędzy starą drewnianą podłogę. A właściwie deski podłogi zostały tak ułożone, aby omijać korzenie, a jednocześnie idealnie się do nich dopasować.

Jakim cudem wcześniej tutaj nie trafiła? Miejsce wydawało się stworzone dla niej. Uwielbiała takie wnętrza i sama próbowała podobny efekt uzyskać w Arii. Miała ochotę rozsiąść się w wygodnym, welurowym fotelu stojącym nieopodal pierwszego z regałów, zaszyć się tutaj na dobre miesiące i powoli zgłębiać zawartość półek. Powieść palcami po książkach, poczuć ich fakturę, doświadczyć struktury papieru. Chciała dotknąć tego przedziwnego drzewa, które jakimś cudem, pomimo bardzo skąpego światła, rosło sobie w najlepsze w zamkniętym pomieszczeniu. Przede wszystkim jednak nie mogła się oprzeć wrażeniu, że już tu była.

Zdjęła kaptur, strzepując przy okazji na podłogę parę kropel deszczu.

– Masz kłopot z czytaniem? Sklep jest zamknięty.

Drgnęła na dźwięk niskiego głosu, który doszedł ją zza regału. Sekundę później w przejściu ukazał się nieprzeciętnie wysoki i potężnie zbudowany mężczyzna, nijak niepasujący do stereotypu starszego antykwariusza w okularach grubszych niż denka butelek. Jego postura naprawdę robiła wrażenie. Jeśli o to chodzi, mógłby spokojnie zawstydzać chłopców z NBA w koszykarskich wsadach. Nie to jednak przykuwało w nim uwagę najbardziej. Bił od niego majestat godny co najmniej koronowanej głowy. Dumny, wyprostowany mężczyzna, z onieśmielającą pewnością siebie. Skrzywił się, gdy zobaczył pod jej stopami kałużę. Jego wzrok powędrował powoli do góry, a gdy dotarł do jej twarzy, książka, którą trzymał w ręku, wylądowała z hukiem na podłodze.

Powiedzieć, że ją również zamurowało, to za mało. Myśl o tym, że już tu była, w tym samym antykwariacie, z tym samym mężczyzną o orzechowych oczach i gęstych brązowych włosach, nijak nie chciała się odczepić. Brzęczała w głowie tak samo, jak podesłany przez Brana przedmiot brzęczał w jej kieszeni. Mężczyzna wydawał się równie jak ona zaskoczony spotkaniem. Choć może „zaskoczony” to nie było najtrafniejsze określenie. Wyglądał jak człowiek, który przypadkiem zobaczył zjawę.

Wywracała do góry nogami pokłady pamięci, aby umiejscowić gdzieś antykwariusza i ten lokal, ale nic nie znalazła. Zaledwie mgliste wspomnienie czegoś, czego nie umiała nawet sklasyfikować.

– Skąd, na Welesa, się tu wzięłaś? – odezwał się w końcu mężczyzna, wolno wypuszczając z płuc powietrze. – Nie powinno cię tu być.

A zatem się znali. Dokładnie tak, jak podpowiadał jej własny instynkt. Dokładnie tak, jak wrzeszczał głos w jej głowie. Tylko skąd?

– A gdzie powinnam być według ciebie?

Znowu go zaskoczyła, widziała to w niedokończonych gestach. W tym, jak zamarł. Milczał, a za tym milczeniem kryły się tysiące niewypowiedzianych słów. Tysiące emocji tak sprzecznych, że wręcz niemożliwych we współistnieniu. W końcu jego twarz zaczęła się zmieniać, tężeć. Niedowierzanie stopniowo ustępowało wściekłości, przed którą normalnie Dalia uciekałaby, gdzie pieprz rośnie. Nie mogła się jednak ruszyć, uwięziona we własnym umyśle.

– Czynisz sobie żarty? – warknął, robiąc krok w jej kierunku.

Instynktownie cofnęła się i zderzyła z drzwiami. Czynisz sobie żarty? – powtórzyła za nim w myślach. Kto w ogóle używa takiego języka?

– Jaki masz problem? – zapytała szybko, opanowując strach, który niechciany wkradł się do jej głosu.

Antykwariusz ponownie ruszył w jej kierunku, nie spuszczając oczu z twarzy Dalii nawet na ułamek sekundy, ale zatrzymał się gwałtownie obok pierwszego regału. I gdzieś pomiędzy krokami nastąpiła w nim kolejna zmiana. Złość, która jeszcze przed chwilą go dławiła, ulotniła się, jakby nagle zdał sobie sprawę, co robiło jego ciało. Upłynęły kolejne sekundy i jeszcze kilka. W końcu, w przeciwieństwie do niej, był już całkiem spokojny.

– Najwyraźniej pomyliłem cię z kimś – powiedział szorstko. Nie były to do końca przeprosiny, ale z drugiej strony nie liczyła na nie. Nie wyglądał na mężczyznę, któremu słowo „przepraszam” łatwo przechodzi przez gardło. – I najwyraźniej mnie nie znasz. Co mogę zatem dla ciebie zrobić?

Co to właściwie znaczyło: „najwyraźniej mnie nie znasz”? Zupełnie jakby chciała zrobić mu na złość tym, że go nie poznawała. Jeszcze raz przeskanowała swoje wspomnienia, ale oprócz mglistego déjà vu nie miała absolutnie nic. Wracały do niej za to innego rodzaju myśli. O dwuletnim szaleństwie, które niemalże doprowadziło ją do utraty zmysłów. O tych wszystkich majakach, ludziach, których nie było, zjawiskach, które nie powinny się wydarzyć. O snach, w których widziała siebie samą utopioną w kałuży krwi. Każdy epizod tego szaleństwa zaczynał się tak jak teraz, delikatnym pulsowaniem z tyłu głowy, które szybko przeradzało się w horror bólu i nieproszonych wizji. Wzdrygnęła się, odrzucając wszelkie niewyjaśnione sprawy, i zebrała się do kupy, przypominając sobie, po co właściwie tu przyszła. Wyciągnęła z kieszeni kopertę z kartką, którą dostała wraz artefaktem, ale sam przedmiot zostawiła w kieszeni. Po pierwsze był kradziony, a po drugie tak podpowiadał jej instynkt, który działał teraz na pełnych obrotach, najwyraźniej odbierając jakieś sygnały, których ona na świadomym poziomie nie rozumiała.

– Dostałam ten list od brata, z którym od kilku dni nie mam kontaktu. Wiesz coś na ten temat? Może go znasz? – Nie darowała sobie kąśliwości.

Podszedł do niej na wyciągnięcie ramion. Powietrze jeszcze bardziej zgęstniało od energii, którą emanował. Silnej, męskiej energii, którą – tak jak wszystko tutaj – dobrze znała, choć nie miała pojęcia skąd. Wziął od niej kopertę, wyjął karteczkę i przestudiował jej zawartość, a na jego czole pojawiła się poprzeczna, głęboka zmarszczka. Niezbity dowód na to, że miał więcej lat, niż wyglądał na pierwszy rzut oka.

– Jak się nazywa twój brat? – zapytał krótko, oddając jej karteczkę.

– Branko Abaris.

Antykwariusz milczał chwilę, a zmarszczka na jego czole jeszcze się pogłębiła.

– Nie znam go – odpowiedział w końcu, pocierając dwudniowy zarost. – I nie mam pojęcia, dlaczego cię tu przysłał.

W jego głosie usłyszała coś, co nazywała połowiczną prawdą albo w skrócie półprawdą. W głowie miała radar do ich wykrywania, bo sama często je wypowiadała. Nie znała jednak na razie sposobu, aby wyciągnąć to, co ukrywał ten mężczyzna, na światło dzienne. Powoli też dosięgało ją rozczarowanie; uzmysłowiła sobie, że przez cały dzień, odkąd dowiedziała się, że to Bran wysłał jej ten dziwny przedmiot, upatrywała w antykwariacie na Brackiej swojej szansy na uspokojenie stale rosnącej trwogi. Stało się jednak inaczej.

– Czyli nic nie wiesz o tej karteczce? – wymsknęło jej się, zanim zdążyła się powstrzymać. Ekspresja antykwariusza była adekwatna do pytania, pełna politowania.

– Powiedziałem, że nic nie wiem. Nie zajmuję się dystrybucją poczty.

Tym razem usłyszała tylko prawdę. Czekała jeszcze chwilę, aż mężczyzna coś doda albo zdradzi chociaż gestem, że wie coś więcej, ale nic takiego nie nastąpiło. Stał nieruchomo, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, nie dając jej żadnych powodów, aby dalej drążyć temat.

– No cóż. – Sięgnęła odruchowo po swoją wizytówkę, ale zrezygnowała z pomysłu zostawienia jej antykwariuszowi. Wolała być tą, która kontroluje sytuację, a nie tą, która jest kontrolowana. – Zajrzę tutaj za kilka dni, na wypadek gdyby coś ci przyszło do głowy.

Antykwariusz wzruszył ramionami i odwrócił się do niej plecami.

– Jak chcesz. – Podniósł z podłogi książkę, którą upuścił na jej widok, i odłożył ją na półkę.

Dalia zapięła płaszcz i sięgnęła po kaptur, ale nie zdążyła go założyć. Migrena zaatakowała ją z ogromną siłą. Bezwiednie jęknęła, zachwiała się i chwyciła za wystający fragment parapetu, próbując opanować zawroty głowy. Mężczyzna w sekundę znalazł się przy niej i złapał ją za rękę. Coś do niej powiedział, ale go nie słyszała, przytłoczona bólem, który coraz bardziej przybierał na sile. Musiała jak najszybciej stąd wyjść. Nie chciała pozwolić na to, aby w jego obecności wydarzył się kolejny epizod, a do tego wszystko zmierzało. Musiała zdławić w zarodku koszmar, który tylko czekał, aby znowu się uwolnić.

Szarpnęła za drzwi. Jej płaszcz zafalował na wietrze, a kosmyki włosów wydostały się spod kaptura. Huragan przybrał na sile i praktycznie zagłuszył hałas miasta. Mimo to gdzieś na pograniczu kakofonii dźwięków usłyszała cichy pomruk, a właściwie zaledwie jego echo, nie więcej jak szept niesiony pograniczem snu i jawy. Do zobaczenia, Dalka.

Odwróciła się natychmiast i spojrzała na antykwariusza. Siedział na wysokim barowym stołku przy kasie i trzymał przy uchu telefon, nie poświęcając jej już żadnej uwagi. Czy naprawdę to usłyszała? Nie przedstawiła się mu przecież, a nawet jeśli, to nikt nie mówił do niej „Dalka”. Nikt poza jej bratem. Czy jej doświadczenia w tym miejscu były prawdziwe, czy może po raz pierwszy od wielu lat znowu stanęła na skraju szaleństwa? O tym zabraniała sobie myśleć.

Drżącymi rękami przeczesywała zawartość torebki w poszukiwaniu tabletek przeciwbólowych. Gdy je w końcu znalazła, od razu przyjęła większą dawkę. Chłód przenikał ją na wskroś, ale tym razem przyjmowała go z wdzięcznością. Oparła się o zimny mur kamienicy, nabierając łapczywie powietrza, topiąc się w głębi niechcianych doznań, czekając na ulgę. Zastosowała wszystkie techniki zablokowania emocji, jakich tylko się nauczyła. Oddech za oddechem ból głowy powoli ustępował, a rzeczywistość równie wolno wracała do normy. Po kilku minutach wciągania lodowatego powietrza ból zelżał, a po kilkunastu na powrót odzyskała nad sobą kontrolę. Nienawidziła braku kontroli. Nienawidziła myśli, że jej brat przysłał ją w to miejsce. Nie radziła sobie z tym, że zaginął, a ona chwilowo nic nie była w stanie z tym zrobić. Mogła jedynie znaleźć w swojej głowie pudło z napisem „Nie dotykać”, wsadzić do niego antykwariat wraz z antykwariuszem i już nigdy go nie otwierać. Tak też zrobiła.

 

 

 

Rozdział 3

 

KLĄTWA

 

 

 

Teo z trudem podniósł się z łóżka, cały spocony. W głowie miał pokoszmarowy chaos. Zegar na ścianie wskazywał dwudziestą pierwszą. Co oznaczało, że przespał cały dzień. Zdecydowanie więcej, niż miał w zwyczaju, i więcej, niż potrzebował. Zaklinacze w ogóle mało sypiali, a on obywał się zazwyczaj kilkoma godzinami. Tym razem odpadł na pół doby. Powinien być superwypoczęty, ale tak nie było. Nadal czuł się zmęczony.

Standardowa dawka dareany nie zadziałała. Gorączka wcale nie przeszła albo znowu narosła. Dreszcze powróciły, a głowę miał opuchniętą jak po kilkudniowej sesji w warszawskich barach. Przetarł oczy, odganiając resztki snu, i powlókł się z telefonem w ręku do kuchni, po raz pierwszy od dawna odczuwając potrzebę wlewu kofeiny do swoich żył. I to w dużych ilościach.

Odpalił ekspres, nalał do niego wody i wsypał ziarna kawy. Musiał zadzwonić do Nikoliny i poprosić ją o pomoc, bo nie mieli w swoich zasobach nic silniejszego na gorączkę niż dareana. A na eksperymenty Rada, które kończyły się bardzo różnie, nie miał ochoty. Nikolinie za to nie brakowało aptekarskiego zaplecza i stale pracowała nad nowymi mieszankami, które miały im pomóc przed Przesileniem. Na pewno przygotowała coś nowego.

Jednak gdy tylko włączył telefon, ze zdumieniem zobaczył, że Rad dzwonił niemalże co chwilę przez ostatnią godzinę. I zanim Teo zdążył wybrać jego numer, spróbował ponownie.

– Gdzie się, do kurwy nędzy, podziewałeś?

Teo natychmiast do reszty oprzytomniał, po raz kolejny zdziwiony agresją brata. Wściekłość niemalże wyłaziła ze słuchawki i gryzła go po głowie.

– Zamierzasz powiedzieć, o co chodzi, czy mam zatrudnić jasnowidza? – zapytał z takim spokojem, na jaki mógł się w tym momencie zdobyć.

– Ona, kurwa, żyje, o to chodzi.

Teo próbował złożyć do kupy to, co do niego mówił brat. Rozumiał słowa, ale ich znaczenie było tak nieprawdopodobne, tak nierealne, że aż niemożliwe.

– Kto żyje?

– Dalia, a kto inny? I nie jest z nią najlepiej, sądząc po tym, co zaprezentowała w antykwariacie.

Cały świat Teowoja się zawalił i powstał na nowo w zaledwie jednej sekundzie. Dopadły go miliony wspomnień, żądając poświęcenia im uwagi, choć z całej siły próbował je ignorować. Wszystkie życia, które razem spędzili, a które w tak brutalny sposób urywał Łowca. Każda śmierć, której wspólnie doświadczali. Każde życie w cieniu tej śmierci.

Zdusił te wspomnienia brutalnie w zarodku, zanim na dobre się rozgościły w jego głowie. To musiała być jakaś pomyłka. Nie mogło być inaczej.

– Chcesz powiedzieć, że ją widziałeś? Dzisiaj? W Weli? Dalię? W twoim własnym sklepie?

– To ona albo jakiś jej pieprzony sobowtór. Jestem na Poniatowskim i jadę za nią w stronę Pragi. – Rozłączył się.

To niemożliwe.Teo powtarzał to w głowie jak mantrę. Ona nie żyła, a klątwa się bez niej nie ujawniała. Niemożliwe. Reguły klątwy nigdy nie zostały złamane, przez tyle żyć, tyle wcieleń. Pozostawały równie niewzruszone, jak mijający czas.

Sięgnął do szafki, ponownie wyjął z niej dareanę i wylał sobie kilka kolejnych kropel prosto na język. Musiało wystarczyć, z braku innych opcji. Narzucił w pośpiechu kurtkę i miał już wybiec na zewnątrz, gdy kątem oka dostrzegł w lustrze przy drzwiach coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Coś, co napawało go przerażeniem za każdym razem, odkąd po raz pierwszy to dostrzegał. Podszedł do lustra, łudząc się, że to oświetlenie hallu igrało z jego wzrokiem. Uniósł powiekę i przyjrzał się uważnie swojej źrenicy. W czerni tęczówki pobłyskiwały drobinki srebra. Niewiele, zaledwie parę, ale jednak tam były. Przemieszczały się niespokojnie z jednego krańca na drugi. Dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy klątwa była w mocy.

Resztka nadziei, że może to jakiś żart, cholerny, niefortunny zbieg okoliczności, prysła jak bańka mydlana. Wszystko zaczynało się od nowa. Klątwa, Łowca, szaleństwo wśród Zaklinaczy. Mógł sobie mówić, że jest inaczej, ale to srebro w oczach… Tego nie da się pomylić z niczym innym. Nie da się włożyć w kategorię „niemożliwe”. Srebro poprzedzało nieodwracalne zmiany, jakie zaraz miały nastąpić w jego ciele i w jego głowie. Sto pięćdziesiąt lat za wcześnie.

Wspomnienia na nowo stanęły mu przed oczami, jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj, a nie prawie dwieście lat temu. Dalia ubrana w białą krynolinową suknię, długie czarne rękawiczki, w jej ręku kieliszek szampana. Tłum ludzi na koncercie, krystalicznie czysty dźwięk fortepianu, lodowaty nóż na jego szyi i to dziwne uczucie senności, gdy krew płynęła już po podłodze…

Zacisnął dłonie w pięści. Nie miał pojęcia, dlaczego ona tu jest. Nie miał pojęcia, co to oznaczało. Nie zamierzał też jednak robić wiwisekcji rzeczywistości, na którą nie miał wpływu, ani tym bardziej się nad sobą użalać. Co się stało, to się nie odstanie.

Ruszył biegiem na leśny parking, gdzie zostawił swojego czerwonego jeepa. Uporawszy się z pierwszym szokiem, jego umysł na powrót zajął się tym, czym powinien. Analizą wszystkich możliwych pytań i scenariuszy. Dlaczego nie przyszła do nich wcześniej? Jak udało jej się przeżyć z dala od Sabatu? I dlaczego, do cholery, Rad musiał ją śledzić? Uciekała przed nimi? Przed nim? Nie miało to najmniejszego sensu.

Chyba nigdy nie jechał jeszcze w takim tempie po ulicach Warszawy, ale ledwie zwracał na to uwagę, wykonując niezbędne do prowadzenia samochodu czynności całkowicie automatycznie. Czuł się chory. I nie chodziło tylko o dreszcze, ale też o to rozdwojenie jaźni, które pojawiało się za każdym razem, gdy Dalia inkarnowała się wraz z nim. Wszystkie życia bez niej były stracone, puste i pozbawione kolorów, a życia z nią niosły nieuchronny koszmar klątwy. I jak zwykle, gdy o niej myślał, kotłowało się w nim mnóstwo przeciwstawnych emocji. Wszystko spięte jednym jedynym słowem, które towarzyszyło Zaklinaczom od zarania dziejów. Klątwa.

Zaparkował samochód przy głównej ulicy i resztę drogi pokonał na piechotę, mimo że z nieba siąpiła paskudna, lodowata mżawka. Nie przeszkadzało mu to jednak, bo potrzebował tego lodu i chłodu, żeby zabić w sobie emocje.

Rad czekał już na niego w umówionym miejscu.

– Gdzie ona jest?

Brat wskazał głową w stronę wejścia do klubu. I oto była. Po dwóch pustych wcieleniach znowu ją widział w rzeczywistości, a nie tylko w Pamięci. Zaledwie kilka metrów od niego, nieopodal beczki z trzaskającym w niej ogniem. Jej długie włosy, które wystawały spod kaptura, wydawały się w świetle latarni ciemniejsze, a postura nieco drobniejsza, niż zapamiętał, ale nie miało to znaczenia. To była ona. Dalia. Dalija. Jego przeznaczenie i fatum. Piąta sabatowa wiedźma. Na warszawskiej Pradze, sto pięćdziesiąt lat za wcześnie. I choć myśl o konsekwencjach jej istnienia napawała go przerażeniem, to sam jej widok wypełniał go ekscytacją tak wielką, że ledwo nad sobą panował. I nawet lodowata ulewa nie pomagała.

Ruszył w jej kierunku zdecydowanym krokiem, ale Rad powstrzymał go dłonią.

– Nie teraz – powiedział ostrzegawczo.

– A to dlaczego?

– Ona cię nie pamięta. Żadnego z nas nie pamięta. W antykwariacie nie miała pojęcia, kim jestem.

Teo spojrzał na brata, oceniając, czy ten mówi poważnie. Bo brzmiało to jak mało śmieszny żart. Nie pamiętała ich? Nie pamiętała jego? Dla Zaklinacza wychować się z dala od Sabatu oznaczało samobójstwo. Nigdy, w całej swojej wielotysięcznej historii na tej ziemi nie mieli takiego przypadku. A to, że nie pamiętała jego, obsesji, która w nich rosła z inkarnacji na inkarnację, miało jeszcze mniej sensu niż wszystko inne.

Ponownie na nią spojrzał. Skryła się pod niewielkim dachem budynku i rozmawiała przez telefon. Tak dobrze ją znał, że nawet z odległości potrafił powiedzieć, w jakim jest humorze. Teraz była zmartwiona i zdenerwowana. Widok ten, o dziwo, przyniósł mu odrobinę ulgi. Oczywiście, że nie życzył jej powodów do zmartwienia, Weles świadkiem, że tych miała zawsze aż nadto. Pocieszenie znajdował w fakcie, że pomimo zmieniających się czasów, pędu technologii, wielkich idei człowiek inkarnował się za każdym razem taki sam. Bogatszy jedynie o kosmiczny bagaż, który dźwigał podczas swojej nieobecności w Jawii, czyli świecie ludzi. Dalia nigdy nie umiała ukryć swoich emocji, nie przed nim. Zawsze wiedział, co ją trapi, nie musieli nawet o tym rozmawiać. A jednak… nie odnalazła ich po narodzinach. Nie przeszła w Sabacie ceremonii obudzenia. Nie siedział obok niej podczas zaplecin, gdy zostawiała za sobą dzieciństwo, a wkraczała w Sabat.

Westchnął głęboko, studząc emocje. Musiało być na to jakieś wyjaśnienie, a to, że on jeszcze go nie znał, niczego nie oznaczało.

– To nie jest możliwe, żeby nie pamiętała – zwrócił się ponownie do brata. – Jesteś pewien, że nie pogrywała sobie z tobą?

– Myślisz, że wiem? Od pół godziny stoję tu jak kołek, patrzę na nią i zachodzę w głowę, co się dzieje. I nie. Nie sądzę, żeby sobie pogrywała. Nigdy nie umiała za dobrze kłamać.

Teowoj nie był tego taki pewien. Może nie umiała dobrze kłamać, ale osiągnęła mistrzostwo w przemilczaniu tego, z czym było jej niewygodnie.

– Coś jeszcze?

– Ma brata, który ją przysłał do Weli i zaginął. Nazywa się Branko Abaris i to pewnie też jej nazwisko. Tyle wiem. Resztę obserwujesz na żywo.

W dodatku reinkarnowała się na zupełnie innych warunkach niż do tej pory. Nigdy wcześniej nie miała brata. Zawsze po urodzeniu podrzucana była jako sierota, a jej rodzice pozostawali nieznani. Teraz miała rodzinę, a jej brat najwyraźniej wiedział o ich istnieniu. Co nie zaszło od szesnastego wieku co najmniej. Od czasów, kiedy dowiedziało się o nich cholerne Przymierze.

– Wyprowadzenie jej z klubu pełnego ludzi nie wchodzi w rachubę, za dużo świadków. – Rad wyciągnął z kieszeni telefon. – Zrobi scenę i ściągnie nam na głowę policję.

Teo skinął głową. Musieli ją sprowadzić do Sabatu. I jak najszybciej dać znać innym Zaklinaczom, że klątwa wchodzi w moc, zanim ktoś zrobi coś nieodwracalnego. Im wcześniej, tym lepiej. A jeśli chodzi o nią…

Myśl o tym, że Dalia już niedługo ponownie znajdzie się w domu Sabatu, wywoływała w nim skrajne emocje. Chciał znowu usłyszeć jej głos, to, jak się śmieje. Chciał jej dotknąć i upewnić się, że jest prawdziwa. Chciał… Czarna chmura gradowa spowiła jego myśli. Co on w ogóle sobie wyobrażał? Nawet jeśli żyła, nawet jeśli sprowadzą ją do Sabatu, i tak zostały im co najwyżej dwa tygodnie, zanim klątwa się dopełni i Łowca poderżnie im gardła. W poprzedniej inkarnacji, kiedy była tak blisko niego, wszystko skończyło się jeszcze brutalniej, jeszcze drastyczniej niż zwykle… A teraz klątwa najwyraźniej dodatkowo przyśpieszyła.

Zacisnął szczęki. Nie miał pojęcia, dlaczego ona tu jest, ale nie zamierzał już o tym myśleć. Nie miał zamiaru przechodzić znowu przez tę mękę. Najlepsze, co mógł zrobić dla niej i dla samego siebie, to zostawić ją w spokoju i skoncentrować się na rozwiązaniu tej pieprzonej odwiecznej zagadki. Nawet jeśli musiał użyć całej swojej woli, włożyć całą siłę, jaką tylko dysponował, w to, by trzymać się od niej z daleka.

Odprowadził ją wzrokiem do wejścia do klubu, a potem, gdy tylko Rad skończył rozmawiać z Nikoliną, w stosownej odległości ruszyli z Radem za nią.

 

 

Dalia dzwoniła do brata dwukrotnie w drodze do klubu. Nie tylko nie odebrał, ale też całkowicie wyłączył telefon. To jej wystarczyło. Pojechała na posterunek policji i zgłosiła zaginięcie, nawet jeśli Bran miał jej za to po powrocie skopać tyłek. Policjant, który przyjmował zgłoszenie, utwierdził ją w przekonaniu, że postąpiła słusznie, a nawet powinna była zgłosić to wcześniej. Trochę też ją uspokoił, mówiąc, że odnajduje się aż dziewięćdziesiąt procent zaginionych. Pozostałych dziesięciu procent do siebie nie dopuszczała.

Migrena na szczęście ustąpiła. Dalia stała przed klubem już od dwudziestu minut, dzwoniąc do znajomych Brana, którzy mogli coś o nim wiedzieć. Potem na wszelki wypadek obdzwoniła jeszcze warszawskie izby przyjęć, ale tam na szczęście brata nie znalazła. W końcu schowała telefon do torebki. Tym bardziej że ręka trzymająca go przy uchu zmarzła jej tak bardzo, że miała kłopot z rozprostowaniem kości. Plan był taki, że wejdzie do środka na dwie, trzy godziny i wróci do domu. A jutro z rana obdzwoni resztę kontaktów i jeszcze raz porozmawia z policją. Choć ciągle miała nadzieję, że Bran sam się wkrótce odezwie.

Otrzepała płaszcz z deszczu i weszła do klubu. Nie miała jeszcze okazji się tu zjawić, ale wyglądał dokładnie tak, jak o nim mówili. Czyli jak mekka amatorów ostrej zabawy. Nie zdziwiła się, że Paulina wybrała akurat to miejsce. Pomijając fakt, że był to obecnie chyba najmodniejszy klub wśród ambitniejszych mieszkańców stolicy, rzeczywiście wszystko wyglądało tu inaczej i ciekawiej. Budynek z zewnątrz przypominał opuszczoną fabryczną halę i dosłownie trzeszczał w posadach od basów przenikających ściany na wskroś. W środku panował półmrok, a gdzieniegdzie okazjonalnie błyskały jasne światła stroboskopu.

Zahaczyła o łazienkę i doprowadziła się jako tako do porządku, a potem podążyła labiryntem mniejszych i większych pomieszczeń w poszukiwaniu Pauliny i towarzystwa na dzisiejszy wieczór. Zajęło jej dobre piętnaście minut, zanim w jednej ze słabo oświetlonych sal wypatrzyła swoją przyjaciółkę.

– No wreszcie, już policję miałam za tobą wysyłać! Gdzie się podziewałaś? Jest prawie jedenasta! – krzyknęła Paulina na jej widok i wyściskała ją serdecznie.

– Niepotrzebnie byś się fatygowała, właśnie stamtąd wracam.

– Skąd? Z policji?

Dalia przytaknęła.

– Zgłosiłam zaginięcie Brana.

– No to on ci pokaże, jak wróci! – zażartowała Paulina. – Naprawdę chcę tam być, kiedy policja go przyprowadzi i…

Dalia przerwała sucho przyjaciółce, zanim ta na dobre się rozkręciła:

– Nie mówiłam ci wcześniej, bo nie było czasu, ale rozmawiałam z tą archeolożką, Anną, wiesz, tą, z którą Bran się kiedyś spotykał. Właśnie po to poszłam rano na uniwerek. Ona też nie wie, co się z nim dzieje. W dodatku dziwnie się zachowywał przed wyjazdem i strasznie się pokłóciliśmy. A potem przestał się odzywać.

Ostatnie dwa zdania przykuły uwagę przyjaciółki. Paulina znała Brana tak długo, jak ją, i wiedziała, że on się nie kłócił. Jeśli się naprawdę wkurzył, to najczęściej wychodził bez słowa i szedł przed siebie, aż się uspokoił. I lepiej go było wtedy zostawić samemu sobie. W kłótnie się po prostu nie wdawał.

– Zmieniam zdanie – powiedziała po chwili. – Będziesz go mogła po raz pierwszy zlać. Chętnie ci pomogę albo chociaż pożyczę kij. Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Kurczę, ile jeszcze będziesz siedzieć w tej skorupie? Już dziewięć lat w niej tkwisz.

Dalia spojrzała zdumiona na przyjaciółkę. Nigdy nie wracały do tamtego feralnego okresu w jej życiu. W zasadzie to był chyba pierwszy raz, kiedy przyjaciółka wywlokła temat na światło dzienne. A właściwie nocne.

Nie odezwała się, bo nie wiedziała za bardzo, co ma odpowiedzieć, zdumiona bezpośredniością i tonem przyjaciółki.

– Wiesz, że zawsze możesz do mnie zadzwonić? Nawet o północy? – dodała Paulina już spokojniej.

– Wiem. Aż do dzisiaj po prostu nie miałam nic do powiedzenia. Cały czas myślałam, że się odezwie.

– Nie miałaś nic do powiedzenia, no jasne – mruknęła Paulina pod nosem, a głośniej dodała: – Nie martw się na zapas. To Bran. Niedługo się pewnie odkopie i wróci do domu.

– Może.

Przyjaciółka obserwowała ją spod oka przez chwilę, a potem zapytała:

– Ale to nie wszystko, co cię męczy, prawda?

No i proszę. Cholerny szósty zmysł Pauliny wylazł z nory i wywęszył temat. A Dalii zdawało się, że pogrzebała kuriozalne spotkanie z antykwariuszem tak głęboko, że nikt, nawet ona sama, nie będzie miał do niego dostępu. Najwyraźniej jednak tylko jej się tak zdawało.

– Miałam dzisiaj epizod migreny, to tyle. Wszystkiego najlepszego – dodała szybko, zanim padły kolejne pytania, i wyciągnęła przed siebie dłoń z torebką prezentową. Na szczęście Paulina nie drążyła tematu, tylko wzięła od niej pakunek.

– I nie zapomniałaś o prezencie w tym wszystkim. A niech mnie!

– Ponoć na tym polegają urodziny.

Paulina zaśmiała się krótko i wyciągnęła z pudełka naszyjnik. Czarny minerał wtopiony w zawieszkę na jego końcu zalśnił w blasku stojących na stole świec.

– Robi wrażenie. Co to za kamień?

– Turmalin, podobno przynosi szczęście.

Pomogła przyjaciółce zapiąć naszyjnik. Idealnie pasował do czarnej sukienki, którą miała na sobie.

– Co prawda nie wierzę w ten cały hokus-pokus, ale jest naprawdę śliczny. Chodź, przedstawię cię wszystkim.

Paulina poszła przodem i zaprowadziła ją do stolika, przy którym siedzieli jej znajomi. Część osób Dalia znała, a część widziała po raz pierwszy. Nastrój do zabawy rodził się bardzo wolno, ale w końcu przyszedł.

Godzinę później, kiedy klub zamienił się w energetyczne tornado, Dalia była wdzięczna, że jest tutaj, a nie w domu. Nie dlatego, że tak świetnie się bawiła, ale dlatego, że w tłumie ludzi łatwiej było zapomnieć o Branie i innych przypadkach odchodzącego dnia. Po jakimś czasie wyszła nawet na parkiet i dała się namówić na rytmiczne kołysanie się do muzyki. I zapewne zostałaby w tym stanie emocjonalnego ogłuszenia jeszcze chwilę, gdyby nie fakt, że ktoś ją potrącił. Mocno. Gdyby nie przebywała w tłumie, gdzie mimo wszystko łatwo o wypadek, uznałaby, że to było celowe.

Rozmasowała ramię i szybko odszukała wzrokiem sprawcę. Był nim wysoki, atletycznej budowy mężczyzna o krótkich, czarnych włosach. Tyle mogła dostrzec pomiędzy tańczącymi ludźmi. Patrzyła za nim, jak przepychał się dalej, nie zawracając sobie głowy przepraszaniem nikogo, kogo potrącił. Miał na sobie czarną, skórzaną kurtkę, mimo że w środku panował tropikalny upał, a wszyscy pozostali nosili co najwyżej podkoszulki. Odwrócił się dosłownie na ułamek sekundy i spojrzał wprost na nią, a jej serce na chwilę stanęło. To nie był antykwariusz, ale poczucie déjà vu, którego doświadczyła po raz kolejny w ciągu zaledwie paru godzin, było tysiąckrotnie silniejsze. Tym razem nie miała żadnej wątpliwości, że się znali. Jednak tam, gdzie powinny znajdować się wspomnienia, ziała tylko gigantyczna czarna dziura.

Wpatrywała się w niego, próbując zrozumieć własne odczucia i to, co się wokół działo. Ułożyć jakąś sensowną teorię, powiązać wszystkie wątki razem. Z mizernym skutkiem. Nic, ale to nic, czego doświadczała przez ostatnią dobę, nie miało sensu.

Brunet oparł się o bar i nie próbował się nawet ukrywać z tym, że po prostu się na nią gapi. W dodatku jakimś cudem, pomimo otaczającego ich tłumu, absolutnie nic nie stało na linii jego wzroku. Intensywność, z jaką na nią patrzył, przyprawiała ją o ciarki. W ciemnych, prawie czarnych oczach raz po raz odbijały się sceniczne światła. Pojedyncze wspomnienia smagały jej umysł i szybko znikały, nie dając szansy na ulokowanie ich na linii czasu.

Tatuaż na barkach, z napisem w języku, którego nie znała. Blizny na ramionach, plecach i szyi. Nie mogła tego widzieć pod kurtką, a jednak wiedziała, że tam są.