Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Błyskotliwa, pełna ironii i ciętego humoru opowieść o kobiecie, która na życiowym zakręcie wraca do dawnego zawodu pilotki wycieczek i trafia w sam środek pielgrzymkowego wyjazdu do Włoch. Miało być pięknie: Rzym, Wenecja, Florencja, Watykan i odrobina nowego początku. Zamiast tego pojawiają się upał, chaos organizacyjny, tłumy wiernych, kapryśni pielgrzymi i lawina absurdalnych sytuacji, które wystawią bohaterkę na próbę. To książka o zderzeniu marzeń z rzeczywistością, o podróży, która zamiast duchowego ukojenia przynosi lawinę czarnego humoru, emocji i gorzkich refleksji. Autorka z ogromnym wyczuciem łączy komizm z przenikliwą obserwacją ludzi, obyczajów i codziennych paradoksów, tworząc historię nie tylko o Watykanie, ale przede wszystkim o wolności, rozczarowaniach i uporczywej potrzebie zaczynania od nowa.
„Pocztówka z Watykanu” to literacka podróż dla czytelników, którzy lubią inteligentną narrację, wyraziste bohaterki i opowieści, w których śmiech miesza się z życiową prawdą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 378
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Powieść tę dedykuję fantastycznemu facetowi,drogiemu przyjacielowi, który okazał mi wielkie wsparcie i pomoc w jej tworzeniu. Dziękuję Ci, Jarku.
Życie jest jak jazda na rowerze.Żeby utrzymać równowagę, musisz być w ciągłym ruchu.
Albert Einstein
WSTĘP
„W co się bawić? Gdy możliwości wszystkie wyczerpiemy ciurkiem?” – pytał nieodżałowany Wojciech Młynarski w tekście kultowego przeboju.
Zapytałam i ja. Siebie zapytałam. Wprawdzie na odpowiedź czekam do dzisiaj, jednakowoż okrutnie mnie wtedy przypiliło.
Kiedyś bowiem, już za czasów nowożytnych ustrojowo, w dobie naszej niby-okrzepłej, bo ponad dziesięcioletniej demokracji, stanęłam na życiowym rozdrożu.
Zamiast bezbolesnego generowania z siebie pomysłu na codalej, generalnie – na życie i dożycie, ja zasiadłam w fotelu. W piżamie, grubym szlafroku i ciepłych, przydeptanych laczkach. Włączyłam telewizor, w którym popularna telewizja śniadaniowa życzyła gospodyniom domowym dobrego dnia.
Zastygłam sflaczała jakby w marazmie, w katatonii.
Jedyne, co byłam w mocy wtedy zrobić, to stanąć przez krzywym zwierciadłem i za panem Wojciechem zanucić pod nosem frazę: „w co się bawić?”. A wtedy wszystkie lustra w moim domu były krzywe.
W tym zbożnym celu, to znaczy, żeby stanąć przed zwierciadłem, trzeba było jednak ruszyć kuper z fotela. Z tym miałam największy kłopot. W istocie.
W coś przecież trzeba. Się bawić. Do tego zdałoby się zarobkować. Coś, gdzieś. Najlepiej jakieś pieniądze, choćby najmniejsze, za które mogłabym kupić chleb, margarynę i waciki.
Waluta? Obojętnie. Byle europejska i uchodząca za wymienialną.
Tliło się we mnie, że jestem zdeklarowanym człowiekiem czynu. Że mnie nosi, muszę coś robić, działać, mieć w perspektywie realizację jakiegoś celu.
Nie urodziłam się gospodynią domową, ta filozofia jest mi obca. Nie potrafię lepić pierogów ani robić ciasta drożdżowego. Nie lubię żurku na żytnim zakwasie i polskiej kiełbasie. Nie jadam śniadań. Nienawidzę prasowania, a codzienne bieganie po domu ze ścierą do kurzu wywołuje u mnie odruch wymiotny.
Pewną opcją byłoby chadzanie do kościoła i modlitwa do jakiegoś nierealnego bóstwa. Ale nie jestem wierząca, nigdy nie byłam.
Nie mam skłonności masochistycznych. Nie tędy droga. Mogłabym chyba trochę poleżeć i popachnieć. Sprawdzić, jak to jest. Ale jak długo? Te zapachy też zresztą kosztują.
– Nie mogę spocząć na laurach! Nie ma mowy!
Nie mogę skapcanieć, pogrzebać się żywcem w beznadziei i wylądować na śmietniku mojej prywatnej historii. Coś się skończyło, ale, do cholery ciężkiej, nie moje życie! Nie ja!
Nie!
– Wstań, kobieto, weź się w garść, cokolwiek to znaczy! Ogarnij się! Umyj, ubierz, zrób makijaż! Zaparz sobie aromatycznej kawy, zabierz się do szukania jakiegoś zajęcia!
– Rozumiesz, kretynko?
– Zrób coś ze sobą! Przecież jesteś jeszcze młoda, dość sprawna, zdrowa na ciele!
– Wprawdzie jesteś lekko sfatygowana na umyśle, ale przecież tego nie widać… Przynajmniej nie od razu. Nerwica to nie trądzik, parchy, owłosiona brodawka na środku nosa!
– Wyłącz ten cholerny telewizor, kup gazetę, szukaj pracy!
– Babo! Zadzwoń do kogoś, kto poczęstuje cię nie tylko dobrą radą, potencjalnie pomoże, ale też sprzeda solidnego kopa w tyłek! Tego potrzebujesz! Prawdziwego przyjaciela, który jest lustrem i cieniem. Lustro nigdy cię nie okłamie, a cień zostanie z tobą na dobre i na złe.
– A może kup sobie krzywe lustro? Skoro nie może być lepiej, to przynajmniej niech będzie weselej.
Tak?
Chwilę potem nadeszły refleksje. Nagle pojawiło się ich więcej. Zaatakowały mnie, cholery. Ewidentnie zaliczyłam spadek formy.
– Gówno, tak! Łatwo mówić, gorzej zrobić.
Primo: do kogo mam zadzwonić?
Znalazłoby się parę typów, tak na początek tego telefonowania, upierdliwego gnębienia. W sensie, że niby przyjaciół. Starych i okrzepłych, bab i facetów. Ale czy kopną mnie w tyłek? Ba!
Umiesz liczyć? Licz na siebie. I listę jakąś zdałoby się zrobić.
Kartka, długopis… Mam.
Ale moment! Dlaczego nikt z nich do mnie nie dzwoni? Nie pyta, nie pociesza? Nie deklaruje kopania, wstrząsania, przyjścia z flaszką? Czemu, do cholery, nie zaprasza na flaczki po krakowsku? Albo na sernik po wiedeńsku? Przecież wiedzą, że mam kłopoty, jestem na życiowym rozdrożu, mam doła. Że obecnie w czarnej dupie jestem.
To są przyjaciele?! Gdy oni mnie potrzebowali, to wiedzieli, gdzie mnie szukać. A teraz co?
Chciałoby się rzec: niech się walą!
Secundo: co ja mogę robić? Co ja umiem? Zastanówmy się przez chwilę.
Nic, do cholery, nie umiem. Kiedyś umiałam, teraz nie. Przez ostatnie piętnaście lat byłam funkcjonariuszem resortu spraw wewnętrznych. Wykonywałam rzeczy mało praktyczne w prawdziwym cywilnym życiu, teraz kompletnie nieprzydatne. Żeby było śmieszniej, to jeszcze wszystko, co robiłam, było supertajne łamane przez poufne.
Posiadła w tym czasie wiedza nie przyda mi się do niczego. Nikomu się nie przyda. Odstraszy raczej moich potencjalnych pracodawców. Bo oni, tak na wszelki wypadek oraz a priori i en bloc, będą się mnie bać. Że doniosę, bo to moja specjalność, jak też wyuczony fach. Że wykorzystam perfidnie sytuację, podstępem zajmę ich stołek. Albo odkryję coś, co oni chcieliby ukryć. Bo to także poniekąd moja specjalność.
Dupa…
Tertio: od czego zacząć poszukiwania?
Od kupna gazety z ogłoszeniami o pracy czy od burzy mózgów? To znaczy mózgu. Jednego, mojego. Od próby uruchomienia tych kilku zwojów nieskażonych tajną służbą dla ojczyzny.
Tfu! Niech ją diabli… Ojczyzna załatwiła mnie na cacy. Przeżuła i wypluła. Szlag!
Analiza SWOT? To teraz na topie. Przydałoby się napisać coś modnego. Zgodnie z techniką porządkowania i analizy informacji. Mocne i słabe strony moich kwalifikacji, umiejętności i zdobyte świadectwa. Jestem teraz przedsiębiorstwem, które chcę korzystnie zaprezentować, potem sprzedać. Chyba.
A może powinnam zacząć od sklecenia jakiegoś eleganckiego CV? Papier przyjmie wszystko. Coś przecież skończyłam oprócz wrocławskiego ogólniaka i warszawskich studiów resortowych. Coś, gdzieś, kiedyś.
Zdałoby się podejść profesjonalnie do tych poszukiwań. Do jakichkolwiek. I pragmatycznie. Przecież jestem poważną panią w średnim wieku. No, lekko półśrednim…
Jestem?
Kiedy to wszystko?
Zaraz teraz czy zaraz potem? Ratunku!
Kawyyy!!! Kopaaa!!!
Rozdział I
ODPRAWA
A może by tak jeszcze raz?
Ktoś mądry powiedział kiedyś, że dobry biznes to wypadkowa szczęścia, nadarzającej się okazji i wiedzy.
Zgoda. Na potrzeby tej opowieści ja dodam coś od siebie: lub rozumu. Trzeba być jeszcze w odpowiednim miejscu i czasie (a nie w niedoczasie!). No i odpowiednią osobą trzeba być. Z charakterem. Nie tylko z samym koślawym charakterkiem. Mnie jakoś zawsze jednego z tych elementów brakuje.
Gdy zastanawiałam się, co mogłabym robić, ktoś mi przypomniał (już nie pamiętam, kto był takim wybitnym mądralą), że przecież kiedyś pilotowałam wycieczki. Z opcją wycieczki zagraniczne. Dawno to było, ale prawda. Było, trwało, działo się. Istnieją dowody materialne, z którymi nie sposób się spierać. Ukończyłam nawet odpowiednie kursa.
– Zainteresuj się. Przecież byłaś w tym dobra. I jeszcze to kochałaś!
– Ba! Hmm… Może? Dzięki.
Jasne, że kochałam tę robotę. Zanim zdążyłam to przemyśleć, zaczęłam kopać w starych dokumentach. A to w celu sformułowania tego cholernego curriculum vitae. Tłumacząc z łaciny na nasze – „przebiegu życia”. Krótkiego podsumowania mojej kariery, kwalifikacji i wykształcenia.
Posiadanie aktualnego CV wydało mi się nagle niezbędne do dalszej egzystencji.
O! Znalazłam. Mam! Piękny certyfikat koloru zielonego. Lekko wypłowiały, ździebko sfatygowany i nadgryziony ząbkiem czasu. Ale czytelny. Oryginalny. Opieczętowany, podpisany.
A może by tak jeszcze raz spróbować szczęścia w tej dziwnej profesji?
– Komu ja się przydam? Komu? Jestem do dyspozycji. I siedzę w domu!
***
Zaraz po maturze, a było to jeszcze przez naszym nieszczęsnym i mało chwalebnym historycznie stanem wojennym, dzięki wydatnemu logistycznemu oraz moralnemu wsparciu rodziny, jak też wielce przydatnym w owych czasach znajomościom (teraz to się nazywa protekcja bądź nepotyzm), bez których część narodu po prostu nijak funkcjonować nie mogła, ukończyłam z wynikiem dobrym eksternistyczny kurs pod bardzo mądrą nazwą Studium Ekonomiki i Organizacji Turystyki dla Pilotów Wycieczek Zagranicznych. Zorganizowany w Opolu przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, stowarzyszenie wyższej użyteczności, zakład szkolenia ekonomicznego, Dyrekcja w Krakowie.
W białej bluzce i granatowej aksamitnej spódniczce (z egzaminu maturalnego) przed poważną pięcioosobową komisją osobiście złożyłam egzaminy z takich przedmiotów, jak:
1.Psychospołeczne podstawy pilotażu wycieczek zagranicznych,
2.Wybrane zagadnienia wiedzy społeczno-politycznej i ustroju PRL,
3.Geografia turystyczna Polski,
4.Organizacja i technika obsługi wycieczek zagranicznych,
5.Seminarium w grupach biur podróży.
To ostatnie, już bez egzaminu, bo seminarium było rodzajem praktyki zawodowej, składałam w Opolu. W mieście polskiej piosenki. Pieśni na ustach nie było, a piosenka została mi w głowie. I polska, i zagraniczna.
Jak wynika z powyższego, na kursie nie nauczano handlu międzynarodowego, nawet w gospodarkach socjalistycznych. To skąd miałam wiedzieć, jak się robi biznes? Jak kupować, sprzedawać, handlować, zachwalać oraz przemycać? Teoretycznych podstaw nie miałam, praktycznych także nie, z przodków nie przelazło. Umiejętność handlu to nie katar, by się nią od kogoś zarazić. No to niby jakim cudem?
Ekonomika była w nazwie studium i tyle. Musiało wystarczyć do robienia czegoś sensownego, chyba sensownego, i do zarabiania dodatkowych pieniędzy. Tu i teraz. To znaczy, tu i wtedy. Bo emerytalna jałmużna i nicnierobienie nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. I doprawdy nie miałam na myśli siedzenia w fotelu ani wygotowywania żurków na naturalnym zakwasie, co dla niektórych moich znajomych jest właśnie normalnym funkcjonowaniem.
Przyznam się także, że w seminarium w grupach, cokolwiek to wówczas znaczyło, nie dane mi było uczestniczyć, ponieważ zaraz po uzyskaniu dyplomu wysłano mnie w trybie awaryjnym na pierwszy samodzielny pilotaż (z grupą polskich turystów) do NRD. Z wycieczką autokarową, kilkudniową. Przeto od razu wrzucono mnie na głęboką wodę.
Odrobiłam zaległości i nie umoczyłam… Wypłynęłam na wierzch bez uszczerbku na zdrowiu i na urodzie. Ktoś tam wówczas zachorował, ktoś inny nie mógł jechać, nadto z potencjalnych znajomych kierownictwa mojego macierzystego biura podróży i dostępnych wtedy wykwalifikowanych, dyplomowanych pilotów po mądrych szkołach jedynie ja znałam w miarę dobrze niemiecki.
Uwierzyli mi chyba na słowo. Z tym niemieckim. Na kursie nie weryfikowano znajomości języków obcych, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że wszyscy Polacy doskonale znają rosyjski, bo pilnie uczyli się w szkołach co najmniej osiem lat (od piątej do ósmej klasy szkoły podstawowej i całą szkołę średnią). Obywatele wszystkich europejskich demoludów także powinni byli posługiwać się rosyjskim, przynajmniej w stopniu komunikatywnym. Z tego samego powodu. Teoretycznie zatem wszyscy piloci powinni byli dawać radę. W każdym razie lingwistycznie.
A i ja sama byłam dziewczynką zdolną do nauki języków obcych.
Chyba byli ze mnie zadowoleni, zastrzeżeń nie stwierdzono, bo zaraz potem dostałam kilkudniowy Budapeszt, jeszcze Pragę, i poszło!
Spodobało mi się to pilotowanie. Bakcyla połknęłam. Albo przynętę na haczyku w postaci diet w walutach obcych, możliwości zakupu za nie artykułów luksusowych (luksus to był tylko w naszym pięknym socjalistycznym kraju, bo dla prawie całej zachodniej, nawet części socjalistycznej Europy były to ogólno-dostępne artykuły pierwszej potrzeby), a to: nie cuchnącego, pieniącego się i pachnącego mydełka, dezodorantu, prawdziwej czarnej kawy, pasty do zębów i podpasek higienicznych.
Przyznam bez bicia, że czasami przywoziłam do domu rąbniętą z hotelowej łazienki, cokolwiek już uszczkniętą przeze mnie (albo kogoś innego) rolkę miękkiego papieru toaletowego. Białego. Cudnie pieszczącego dupkę podczas wycierania tejże, w odróżnieniu od naszego przaśnego, szaroburego, ściernego i jeszcze reglamentowanego niby-toaletowego papieru, produkowanego u nas w kraju z makulatury, czyli ze starych gazet nasączonych ołowianą farbą drukarską i ze zużytych kartonów.
Udawało mi się czasami zaopatrywać domowy kibelek bez stania w kilometrowych ogonkach i paradowania po ulicach wielkiego miasta z piękną ozdobą na szyi imitującą efektowne korale, czyli kilkoma rolkami srajtaśmy nanizanymi na papierowy sznurek.
Nie woziłam kontrabandy, z której mogłabym być na starość dumna i opowiadać o niej wnukom! Za którą teraz wystawiałabym pierś do orderów i byłabym zapraszana na odczyty do prowincjonalnych domów kultury, na szkolne akademie. Co opisywałabym w dokumentach uchodzących za historyczne.
Tak wtedy pomyślałam, przypomniawszy sobie moje pilotażowe początki, że przecież ten połknięty ze dwadzieścia lat wcześniej bakcyl jeszcze we mnie siedzi. I ma się względnie dobrze. Nie wydaliłam go ani za starego ustroju, ani w nowym, ponoć lepszym.
Pasja zamierzchła, cokolwiek uśpiona pracą zawodową, rodziną, stłamszona procesami zmian geopolitycznych i społecznych, teraz powinna zostać nakarmiona nowymi wyzwaniami. A to moją determinacją. Przy odpowiednim podgrzaniu? Kto wie?
Można powiedzieć, że namówiona przez bakcyla postanowiłam wejść do tej samej rzeki. Mimo tego odwiecznego, cholernego Heraklitowego panta rhei.
No, drogi bakcylu, powstań! Baczność! Łaknę cię całego i zdrowego. Niczym kania dżdżu!
Wracając do fachowych nauk tajemnych, które leżały przede mną w formie dowodu materialnego numer jeden, to dotychczas nie wiem, co właściwie kryły w sobie te psychospołeczne podstawy. To znaczy wtedy nie wiedziałam. Bo w ciągu kolejnych kilku lat dowiedziałam się trochę za dużo, doświadczając ich boleśnie na własnym organizmie.
Tylko że potem społeczeństwo uległo transformacji razem z ustrojem, przynajmniej to, z którym miałam do czynienia, a peerelowscy wykładowcy tego nie przewidzieli. Ani nikt inny, nawet mój ulubiony znawca tematu Zygmunt Freud.
To trochę wtłoczonej mi, z gruntu prawie akademickiej psychologii nijak się nie przydawało. Szczególnie na przekraczanych wte i wewte granicach demoludów. Tego trzeba było się nauczyć samemu. I to galopem. Inaczej zachowywali się bowiem turyści, inaczej celnicy, wopiści, kierowcy autokarów i zagraniczni ekspedienci, zwłaszcza słysząc język polski. Reakcje na Polaków uzależnione były nawet od pory roku i pory dnia.
Nie przydawała się żadna teoretyczna psychologia, także psychologia tłumu, choć rodacy granice przekraczali tłumnie. Tam i z powrotem.
Tylko inteligencja, spryt, erudycja i wrodzona skłonność do cynizmu. Asertywność oraz empatia. Żyłka detektywa. Wyssana z mlekiem matki kultura osobista. Dyplomacja. Uśmiech numer siedem – taki wystudiowany, bez wizualnie szyderczego podtekstu.
Każda pilotowana wycieczka była dla mnie swoistym psychologiczno-logistycznym surwiwalem. Wydzielała się przy tym w sytuacjach ekstremalnych rajcująca adrenalinka, czyli to, co młode, niepokorne kobiety lubią najbardziej.
Teraz już niezbyt młode, ale nadal niepokorne i krnąbrne.
Mając powyższe doświadczenia, stwierdziłam, że nowoustrojowe wycieczki zagraniczne także będą dla mnie swoistym adrenalino- oraz emocjotwórczym surwiwalem. Choć już dawno nie ma NRD, Czechosłowacji, Jugosławii i ZSRR. Za to otworem stoją państwa uznane wtedy za zachodnie, czyli te, do których nie dane mi było jeździć: Niemcy, Austria, Szwajcaria. Może Czechy albo Słowacja? Holandia, Belgia? Węgry, które znałam i uwielbiałam?
To byłoby coś!
W swojej wielkiej naiwności mniemałam, że mój potencjalny fuchodawca obdaruje mnie łaskawie właśnie takimi turystycznymi destynacjami. Niemieckojęzycznymi, niderlandzko- albo choćby tylko germańskojęzycznymi. Gdzie panuje ład i porządek. Gdzie mogę dogadać się bez problemu. Gdzie znane mi są obyczaje, kultura, nawet potrawy serwowane w hotelach. I gdzie będę mogła realizować cele pilotażu: wywoływać radość na twarzach moich podopiecznych turystów, którzy pod moimi fachowymi skrzydłami mają się poczuć komfortowo i bezpiecznie. Niech wiedzą, że ja o nich zadbam, że przestrzegę przed czyhającymi na nich niebezpieczeństwami. Bo taka jest moja pilocka rola.
I niech ja nareszcie mam prawdziwych turystów zainteresowanych kulturą kraju, do którego jadą. A nie kombinatorów, kiczowatych handlarzy starzyzną, cwaniaków, przez których cała grupa może mieć spore kłopoty. A kto największe? Ja.
Rozmarzyłam się.
I tymi moimi chciejstwami, pobożnymi życzeniami a maleńkimi marzeniami karmiłam siebie i mojego starego bakcyla.
À propos fuchodawcy. Od zarania konceptu traktowałam to zajęcie jako doraźną fuchę. Bo docelowo poszukiwałam stałej pracy na etat. Z opcją wyjazdową podczas urlopów, długich weekendów lub świąt państwowych i kościelnych.
I kombinowałam niczym koń pod górkę, ażeby pod kątem potencjalnych fuch, etatów, umów, kontraktów, zleceń i innych zatrudnień sformułować tę moją cefałkę. Idealną.
I tu był pies pogrzebany.
Na gwałt potrzebowałam konsultanta. Znowu, kurde, dylemat. Kto? Gdzie? Jak?
Ba!
Wracając do peerelowskiego szkolenia.
Cały czas zastanawiałam się także nad geografią. Dlaczego ona była tylko polska? Skoro po skończeniu tego kursu miałam pilotować wycieczki zagraniczne? Za granicę też? Nie tylko tak zwane przyjazdówki. Chociaż czasami takie grupy także otrzymywałam na zasadzie miłej odmiany.
To tam gdzieś, nawet w tych obcych demoludach, nie mieli geografii turystycznej? Może była tylko u nas? U nich nie? Skoro tak, to po co tam pilotować?
Toteż sama zmuszona byłam dociekać sedna geografii turystycznej. W każdej grupie polskich turystów zdarzały się mimo wszystko jednostki, które na wycieczkach chciały coś obejrzeć, poznać i czegoś się dowiedzieć. Które podzielały moje pasje poznawcze. Pragnęły doznać tego, za co zapłaciły. Zrealizować, co zostało napisane w programie imprezy, i tym samym zagwarantowane przez organizatora. Oprócz szybkiego kursu topografii miasta pod kątem usytuowania targowiska lub bazaru, mrocznego zaułka z handlarzem walutą, złotem, wyrobami złotopodobnymi.
No ale ten bazar ze zróżnicowanym asortymentem to właściwie też była geografia turystyczna… w ówczesnym szczególnym sensie.
Jednakowoż każdy wycieczkowicz zainteresowany obcą architekturą oraz historią działał niczym balsam na moją wrażliwą pilocką duszę. Każdy, który słuchał moich opowiadań, zadawał pytania dodatkowe, reagował na uśmiech, żarcik, nawet na nawoływanie i próbę dyscyplinowania krnąbrnych, rozłażących się po zakamarkach obcych miast członków grupy, był miłością mojego pilockiego życia. Takich turystów zapamiętuje się na lata i opiewa w poematach oraz w przewodnikach.
Czego pragną dyplomowani, certyfikowani, doświadczeni piloci (wycieczek zagranicznych)? Pragną, żeby ich słuchano. A wszystko, co mówią i co robią, służy:
Po pierwsze, bezpieczeństwu ludzi i ich mienia. A nierzadko ludzie wożą ze sobą cały swój majątek ruchomy. I od pilota, także od kierowcy oczekują, że oni będą tego pilnować. Bo ludzie są na wycieczce. Za którą zapłacili „ciężkie pieniądze”.
Po drugie, dobrostanowi mojego pracodawcy. To znaczy zatrudniającego mnie właśnie touroperatora. Wprawdzie touroperatorzy powinni być ubezpieczeni od zdarzeń wszelakich, ale różnie z tym bywa. Składki są drogie, a potencjalne odszkodowania dość marne i obwarowane mnóstwem warunków.
Po trzecie, zadowoleniu samych wycieczkowiczów. Głównie temu, by byli przekonani, że dobrze wydali swoje pieniądze. I że otrzymują od pilota to, za co zapłacili. Żeby potem się nie skarżyli, swoje zadowolenie zaś wycenili w napiwkach.
Przy czym nigdy nie wiadomo, czego turysta oczekuje. Bywają tacy, którzy jeżdżą na wycieczki tylko po to, żeby potem się na coś poskarżyć i wyłudzić odszkodowanie. Albo otrzymać zniżkę na kolejną imprezę organizowaną przez dane biuro.
Do tej pory posiadam duże pudło zdobytych kilkadziesiąt lat temu w celach poznawczych map, planów miast i przewodników. Obecnie manele te mają jedynie wartość sentymentalną, jak też utrwalony zapach osiadłego na nich dawno temu socjalistycznego kurzu.
Przedmiotu o nazwie „Organizacja i technika obsługi wycieczek zagranicznych” się nie czepiam.
Powodu jakby nie mam. Nawet był przydatny. Trochę teorii, ździebko obowiązujących wówczas przepisów, metodyka odprawy pilota w biurze i rozliczania imprezy po przyjeździe, formalne sprawy licznych dokumentów uprawniających do wyjazdu, opisy kilku teoretycznie nietypowych zdarzeń za granicą. Potem, to znaczy w praktyce oraz podczas pilotażu, okazywało się, że jednak jak najbardziej typowych, bo opisywane i nie opisywane na kursie przypadki zdarzały się podczas każdej mojej wycieczki. Ludzie namiętnie się gubili, byli okradani, łamali sobie członki, z różnych tajemniczych przyczyn nabawiali się hercklekotów, względnie parchów. Doznawali strat materialnych innego typu. Autokary się psuły, wlepiali nam mandaty w walucie obcej i miały miejsce setki innych zdarzeń.
Wszystko, co niepożądane, działo się naturalnie z winy pilota! Bo jakżeby inaczej?
Tego, że to pilot wycieczki będzie obwiniany o wszelakie plagi świata, na kursie nam nie mówili. Widocznie było to oczywiste. A ja, gamoń, jeszcze bakcyla połknęłam.
A może to jednak kwestia indywidualna? Może to ja ściągałam ku sobie jak magnes dziwaków i absurdalne przypadki?
Wreszcie mój ulubiony wątek o tajnikach ustroju PRL-u. Z elementami ekonomii socjalizmu, cokolwiek to wówczas znaczyło. Całe osiemnaście godzin mądrości, czyli prawie połowa czasu spędzonego przeze mnie na kursie. Czarna magia to dla mnie była, dodatkowo w wydaniu naszego wykładowcy.
Ustrój panujący w PRL-u pojmowałam w kategoriach praktycznych: w domu, w szkole, na ulicy i w sklepach. W sklepach zwłaszcza.
Przewodnią rolę partii (natenczas robotniczej i zjednoczonej) także, bo w każdym demoludzie była, ponadto w każdym ustroju takowa jest. I partia, i przewodnia.
Pan od ustroju prawił swoje uczone mądrości w języku, którego nijak pojąć nie byłam w stanie. Nie tylko ja jedna, co było nawet pocieszające. Tam, na tej sali wykładowej, wybałuszając na gościa młode jeszcze gały i raz po raz ziewając ze znużenia, doszłam do smutnego wniosku, że jestem na bank gamoń i debil. To znaczy tępota okrutna. Bo to wszystko po polsku było, a ja ni czorta. Zrzuciłam też część winy na swój dosyć niedojrzały wiek i brak doświadczenia.
Po latach, kilku, naszła mnie dodatkowa refleksja, że wykład mógł mieć jeszcze podłoże socjologiczno-kadrowe. A to w takim sensie, że pan wykładowca ze swoim tajemniczym wykształceniem musiał mieć jakiekolwiek zatrudnienie, by nie zemrzeć z głodu oraz nie zgnuśnieć z nieróbstwa, bo nawet do prac fizycznych, do kopalni czy kopania rowów zapewne także się nie nadawał. Chłop był po prostu za delikatny. Jak to naukowiec.
To nawet nie była kwestia totalitarnego ustroju ani kraju. Proceder był znany i popularny natenczas i jest obecnie. Uczelnie wyższe kształcą w kierunkach, o których przeciętny zjadacz chleba w życiu nie słyszał, a usłyszawszy, i tak nie bardzo wie, o co chodzi. Praktyczne zastosowanie pojawia się znienacka chyba jedynie w polityce. Dla nielicznych jednostek, z różnych powodów wielce wybitnych.
W każdym razie demoludy nie były mi tak zupełnie obce. W sensie turystycznym, obyczajowym i socjologicznym. Trochę kulturowym.
Lingwistycznym? Prawie. Z językami słowiańskimi nie było problemu. Per analogiam trochę używałam, no i niepodzielnie panował ten nasz oraz cudzy wszechobecny rosyjski. Kretynką językową nie byłam, to ćwiczyłam oraz kultywowałam. Nie znam jednak węgierskiego. Raz trochę złapałam na miejscu, bo musiałam, bardziej zostałam zmuszona przez zaistniałą sytuację. Nauczyłam się zaledwie paru słów i zwrotów. Deczko mało, jednakowoż w niektórych okolicznościach przydawało się i musiało wystarczyć.
Ugrofiński, znaczy językowy i do niczego niepodobny połamaniec, istniał sobie w środku germańsko-słowiańskiej części Europy! Miał się dobrze i nadal ma się dobrze. Chyba tylko po to, by takich jak ja wkurzyć, zgnębić i do cna pogrążyć.
Wszystko powyższe przypominało mi się właśnie podczas usilnego myślenia nad moim nowym, na wskroś profesjonalnym CV i wyborem potencjalnego zajęcia.
Mało tego. Mój uśpiony bakcyl ożył i zatańczył.
Znowu zachciało mi się pilotować wycieczki zagraniczne. Dokądkolwiek, byle jechać, zwiedzać, poznawać świat i ludzi. Wyrwać się z moich wrocławskich czterech ścian, pełnych telewizji śniadaniowych, makaronu z parówkami, zupy pomidorowej z ryżem, kurzu na meblach i nachodzących mnie cyklicznie czarnych myśli.
Jeszcze miałabym otrzymywać za to wynagrodzenie? Byłoby ekstra!
Ot, pazerność nie popłaca. Takie wredne wieloletnie bakcyle, de facto mutujące zawzięcie toksyczne mikroby, powinno się tępić do imentu, wdeptywać w ziemię, traktować kwasem żrącym. A nie pielęgnować i hołubić.
Teraz to wiem. Mądra Polka po szkodzie…
Mucha nie siada
Był marzec przełomowego roku milenijnego.
W powietrzu i trzewiach oraz pod kopułą czuło się rychłą wrocławską wiosnę, zapowiadającą za moment Wielkanoc.
Co chciałam, to znalazłam. Ha! Brawo ja!
W gazecie ogólnokrajowej, popularnej, z ogłoszeniami. Gazeta owa, już nie pamiętam jaka (a gdybym nawet pamiętała, to nie zamierzam robić jej reklamy), została nabyta drogą kupna w kiosku Ruchu. (Kiosk stoi do tej pory, ale zrobił się nieruchawy).
Ogłoszenia poczytałam od dechy do dechy oraz ze zrozumieniem. Szukano hydraulików, sprzątaczek, asystentki do agencji towarzyskiej. Inżynierów i murarzy.
Trzy biura podróży szukały, być może także potrzebowały zatrudnić, pilotów wycieczek zagranicznych. Warunek był, a jakże: uprawnienia i certyfikaty, jakie przecież posiadałam.
Ale…
No tak. Zawsze jest jakieś cholerne ale. Wymagano języków obcych. Ale jakich? Aj! Napisano: „komunikatywna znajomość”. Hiszpański, portugalski, chiński, japoński, arabski. Hindi? Rany! Dobrze że nie urdu, bengali, bantu i suahili.
W mordę jeża! Najwyraźniej ktoś przymierzał się do organizacji wycieczek do Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Bo otwierały się tamtejsze rynki, egzotyczne hotele nad ciepłymi morzami kusiły rajem na ziemi, a ludzie zaczęli mieć pieniądze. I to całkiem niezłe.
Na końcu rozmyślań tematycznych naszła mnie iście zawodowa refleksja. Chcą zatrudnić konkretnego obcokrajowca, znajomego, pociotka, ciotecznego szwagra, siostrzenicy narzeczonego, to muszą dać ogłoszenie. Albo żeby zalegalizować trochę dłuższy pobyt cudzoziemca w naszym pięknym krajowym eldorado.
Ja także chciałam mieć wreszcie raj na ziemi. Albo chociaż jego namiastkę. Ale jakoś ten raj się do mnie nie pchał. Nawet na mnie nie spojrzał.
Kurde!
Napisałam.
Mucha nie siadała na moich papierach. Teoretycznie. Takie były mocne!
Gorzej wyglądała sprawa z chińskim i arabskim. Już od dawna nie byłam młodym, zdolnym, polskim studentem, żeby języka obcego nauczyć się w dwa tygodnie. Albo jedynie na potrzeby zbliżającego się egzaminu.
Bez zbędnej zwłoki, na gorąco i w szlafroku wykonałam telefon do pierwszego biura, którego ogłoszenie wydało mi się dla mnie najlepsze. Bo w ogłoszeniu nie wymagano ani biegłej, ani nawet komunikatywnej znajomości dziwnych pozaeuropejskich narzeczy.
Biuro podróży o nazwie ekumenicznej i wieloznacznej BUT PIETRO znajdowało się w Bydgoszczy.
Bydgoszcz? Ładne miasto. Stare. Chętnie pozwiedzam.
Dzwonię!
– Dzień dobry. Przeczytałam w gazecie państwa anons…
Przedstawiłam się ładnie sympatycznemu panu, powołałam się na ogłoszenie, zapytałam, czy aktualne.
– Tak, jak najbardziej, oczywiście.
No to ja jadę z tematem, którym jestem żywotnie zainteresowana. Po pięciu minutach rozmowy o pryncypiach miły pan właściciel zapytał mnie uprzejmie, czy mogłabym jechać jeszcze w marcu, potem w połowie kwietnia, tuż przed świętami. Jakoś tak. Teraz, na wiosnę.
– Za niecałe dwa tygodnie.
– Co proszę? Kiedy? – zdziwiłam się uprzejmie.
Pan nie widział mojej euforii, rozprostowanych z wrażenia loków, innych objawów pilockiego szczęścia w oczach, w ustach i w kroczu. Nie czuł moich motyli w brzuchu, dziwnego gniecenia w dołku ani lekkiego zatrzymania oddechu. Myślał, że go nie zrozumiałam.
– Za niecałe dwa tygodnie – powtórzył. – Wiem, że to szybko. Bo wie pani, nasz pilot obsługujący Włochy złamał nogę. I mamy spory kłopot. Powiem szczerze, że z nieba nam pani spada!
O! Zaraz, teraz? Jasne, że mogę. Chcę! Wręcz muszę! Pojechałabym w cholerę nawet jutro. Co dopiero na wycieczkę zagraniczną.
– No ale na święta będzie pani w domu. Nawet kilka dni wcześniej.
– Świetnie! Ale trochę szkoda. Bo wolę jeździć niż wypiekać baby wielkanocne – zażartowałam, usiłując dać facetowi do zrozumienia, gdzie ja miewam to najważniejsze katolickie święto. I jak bardzo mi na nim zależy.
– Ha, ha!
Najwyraźniej spodobałam się panu.
Przyznam, że kwestia o spadaniu z nieba umknęła jakoś mojej uwadze. Wyobraźnia zaszalała, jednakowoż w niewłaściwym kierunku.
Złamana noga pilota skojarzyła mi się z pierwszą moją wycieczką do NRD, wtedy jakby rozdziewiczającą mnie zawodowo. To znaczy, jako pilotkę. Przez myśl mgliście przemknęło déjà vu. Skoncentrowałam się natomiast na kraju docelowym. Na Włoszech. Czepiłam się go niczym pijany płotu lub tonący brzytwy.
Włochy? Italia? Rany!
Kraj moich marzeń, podróżniczych snów. Pięknych zabytków Wenecji, Rzymu i Florencji. Kraj Leonarda da Vinci, Felliniego, Sophii Loren i Pavarottiego. Koloseum i Wezuwiusza. Alp i Dolomitów, jeziora Garda. Krajobraz wbity między kilka pięknych mórz, dużo cieplejszych niż Bałtyk. Modowe Mediolany, makarony i pomidory. Soczyste cytryny. Wina szlachetne, przepyszne. Espresso? Kraj cudownych, włoskich, skórkowych butów.
Ach!
Właśnie stawał przede mną otworem. I był na wyciągnięcie ręki. Nic, tylko sięgnąć, rwać jak świeże wiśnie, i mieć! Przez wieki cieszyć się posiadaniem.
– Czy mam rozumieć, że właśnie proponuje mi pan Włochy? – dopytałam ze ściśniętym gardłem. – Ale ja nie znam włoskiego!
Przez usta mi nie przeszło, że Włochy znam jedynie z opowiadań, filmów, atlasu i książek. I to nie całkiem, bo ja przecież nic nie znam całkiem.
W życiu się nie przyznam!
Na studiach miałam łacinę. I cholernie trudny egzamin z tego arcytrudnego języka naszpikowanego kretyńską gramatyką. Lata później polubiłam łacińskie sentencje, zwłaszcza prawnicze, ale to przecież zupełnie co innego. Na samych paremiach typu Lex retro non agit (prawo nie działa wstecz) albo Nullum crimen sine lege (nie ma przestępstwa bez ustawy) zajechałabym donikąd. Nowożytne języki romańskie były mi obce. I nigdy się ich nie uczyłam. Chyba że na prywatce z Drupim i Albano. Così piccola e fragile i Felicità to zdecydowanie za mało na porozumiewanie się w hotelach, sklepach i miejskich autobusach.
Że też nie ugryzłam się w ten mój durnowaty, pytający o wszystko, idiotycznie ciekawski ozór.
Tatuś mawiał, że gdy dają, to bierz, gdy biją, to uciekaj. A nie kombinuj jak koń pod górę!
– Ale przecież pani zna niemiecki, trochę angielski. Tak pani powiedziała. Tam też znają – odpowiedział spokojnie wyraźnie podniecony (głosowo) pan. – Na pewno się pani świetnie dogada!
– A, to w porządku. Mam czas, aktualnie nie pracuję. Chętnie pojadę.
– Ma pani aktualny, ważny paszport?
– Mam.
– Do kiedy? Bo musi być ważny jeszcze co najmniej trzy miesiące.
– Wydaje mi się, że jeszcze ze dwa lata. Mam sprawdzić teraz?
Lekko spanikowałam. Rany, gdzie ja mam paszport? Do kiedy jest ważny? Przecież jakoś niedawno wyrobiłam nowy.
– Im szybciej, tym lepiej. Gdyby coś było z nim nie tak, proszę o pilny telefon.
– Dobrze.
Pan dyrektor właściciel, bo rozmawiałam z samym dyrektorem tego biura, poprosił mnie, bym pilnie, czyli listem potrójnie poleconym, przysłała mu kopie moich dokumentów. To znaczy CV i uprawnień. Ksero dowodu, paszportu itp. Żeby on mógł przygotować umowę do podpisania, wszystkie dokumenty niezbędne do odprawy, do ubezpieczenia itp.
Rozumiałam, co pan do mnie mówił. Trochę. Jeszcze robiłam sobie notatki, by nic mi nie umknęło.
– Aha. Jeszcze jedno. Bo chyba pani nie powiedziałem? Czy powiedziałem? My na razie zajmujemy się tylko pielgrzymkami. Właściwie to specjalizujemy się w nich, bo takie jest aktualne zapotrzebowanie rynku. Rozumie pani, każdy orze, jak może.
Ups!?
O cholera! Jeszcze ja wyskoczyłam z tą Wielkanocą jak filip z konopi. A jestem zdeklarowanym antychrystem, ateistką, do tego kompletnie niekumatą w sprawach religii. Tym bardziej pielgrzymek.
Co teraz?
Moja euforia skapcaniała galopem. A z nadmuchanego różowego balonika, który miałam w brzuchu, schodziło powietrze.
Tak mnie zatkało, że ledwie wykrztusiłam coś o braku wiedzy na tematy religijne. I że ja go bardzo przepraszam, ale nie mam bladego pojęcia o pilotowaniu pielgrzymek.
Rozmówca wysłuchał mnie spokojnie i się zaśmiał.
– Niech się pani nie martwi. Pani ma pilotować standardowo, a sprawami duchowymi zajmą się duchowni. W każdej pielgrzymce uczestniczy jakiś ksiądz. On się zna. He, he!
– Rozumiem.
Dupa zbita. Rozumiałam coraz mniej.
– Pani kochana! Nasze pielgrzymki do Włoch to są tanie i normalne imprezy turystyczne. Nawet jakby oszczędne, bo wierni nie mają pieniędzy. Program układamy zwykle standardowo albo pod specjalne zamówienie klienta, ale to rzadziej. Ta pielgrzymkowa sfera duchowa polega głównie na udziale pielgrzymów w niedzielnej mszy albo środowej audiencji generalnej z naszym papieżem Janem Pawłem II. I to głównie dla niego są organizowane. Ludzie chcą go zobaczyć, a ja ich rozumiem. Potem to jeszcze pani wytłumaczę, bo już wiem, że pani jest dociekliwa i będą liczne pytania. He, he! Zresztą gdy dostanie pani ode mnie program, to będzie wiadomo, co i jak.
Facet miał absolutną rację. Ja wtedy cała złożona byłam z pytań i wątpliwości.
– Kamień z serca. Ma pan rację. Jestem niezwykle dociekliwa i mam same pytania.
– No tak. Jak to była policjantka.
– Właśnie. No to mnie pan uspokoił. Co pan proponuje? Bo półtora tygodnia to trochę mało, a ja chciałabym się przygotować. Potrzebuję jakiś ramowy program. Bo włoskiego się nie nauczę. Za chińskiego boga nie zdążę. Niestety.
– He, he. Hmm. Wiem! Ma pani faks?
No tak. Racja. Przecież najlepiej przesłać ten program faksem. Albo gołębiem. A nie listami Poczty Polskiej. To już chyba szybciej byłoby samemu pojechać.
– Nie mam w domu faksu, ale da się załatwić. Jeszcze dzisiaj podam panu numer. To może te moje dokumenty też przesłać tą drogą? Ale jutro, bo już dzisiaj nie dostanę się do żadnego faksu. A kanał musi być bezpieczny. Dane osobowe, te sprawy.
– No pewnie, że tak. Proszę pisać. Bardzo się cieszę na naszą współpracę. Już panią lubię.
– Dziękuję, miło mi – wyznałam zdawkowo i beznamiętnie.
Euforia została w brzuchu. Nie w gębie.
Kurczę blade, gość mnie lubi. No tak. Pewnie. Znalazł frajerkę. Grupa musi mieć pilota – przedstawiciela biura na imprezie, a klient za niego płaci. Takimi prawami rządzi się każda tak zwana objazdówka. Przynajmniej powinna. Pilot jest administratorem, ochroniarzem, opiekunem. Chłopcem do bicia. Świeci oczami na granicy, nadstawia tyłek. Czasami nie dojada, nie dopija, godzinami trzyma siku w pęcherzu moczowym. To jasne jak dupa anioła, nomen omen.
Czy ja także go lubię? Nie. I zapewne nie polubię. Lubienie pracodawców nie jest bezpieczne. Poza tym nie widziałam mojego interlokutora, nie zaglądałam mu w ślepia. Nie zarejestrowałam wyrazu oczu, mowy ciała, skarpetek, zębów i butów. Nie wąchałam, a to jest czemuś dla mnie ważne. Teraz więc na pewno nie odwdzięczę się podobną deklaracją. Ani żadnym komplementem. Mowy nie ma!
– No to do usłyszenia, pani Agnieszko.
– Do…
– Aha! – przerwał mi pan. – Odprawa będzie w biurze w Bydgoszczy, a grupę zabiera pani z … To duża wieś pod Inowrocławiem. Oczywiście zapewniamy pani hotel, bo wyjazd jest rano.
– Dziękuję, pozdrawiam. Do widzenia.
***
Szlafrok, mój ulubiony frotté z kapturkiem, nadawał się tylko do natychmiastowego wyprania. Upociłam się bowiem jak mysz w połogu.
Trzeba było działać. Już. Natychmiast.
Informować, organizować, przypomnieć sobie wszystko zapomniane, nauczyć się tych cholernych Włoch.
Rzym? Cudownie! Już widziałam siebie na Schodach Hiszpańskich. Jak na kultowych romantycznych filmach. Ale co ja o nich wiem?
Kurde balans! Przewodniki! Skąd ja je teraz wezmę? Co jeszcze? A cholera wie. Pewnie Wenecja, bo to po drodze. Najchętniej.
Kto ostatnio był we Włoszech i miałby jakieś przewodniki? Kurde, księgarnia turystyczna może mieć, ale nie wydam fortuny.
Jutro pojadę do tej księgarni. O, w moim osiedlowym domu towarowym jest duża księgarnia. Może tam coś mają?
Wiem, do kogo zadzwonię. Moja serdeczna kumpela robi w turystyce. Nie, najpierw Chmielewski. U niego w firmie jest faks. To pilniejsze niż Rzym, Krym i kukuryku. Najpierw formalności i informacja. A może odwrotnie? Informacja to podstawa!
Chmielewski ucieszył się niezmiernie. Tak ogólnie i szczególnie.
– Żartujesz?
– Nie.
– Kiedy jedziesz?
– Za półtora tygodnia. Odprawa w Bydgoszczy. Grupa z jakiejś parafii pod Bydgoszczą.
– Żartujesz?
– Nie.
– Z parafii?
– Tak. Jadę na pielgrzymkę.
– Żartujesz?
– Nie.
– O kur…!
– No, kur…
– Lecę załatwiać ten twój faks, bo stary zaraz wyjdzie i nie będzie z kim gadać. A sekretarka chora.
– Tak. Proszę. Leć. Dzięki.
Mąż poleciał do szefa prosić o wsparcie komunikacyjne. Dostał, oddzwonił, podał mi numer służbowego faksu.
Sprawa w toku. Coś zaczyna się dziać. Czekamy.
Rany! Rzym? Wieczne Miasto? Koloseum? Forum Romanum? Fontanna di Trevi? Ogrody Watykańskie, Muzea Watykańskie, włoskie espresso. I ja oddychająca tym wszystkim. Całym tym kultowym, ponadczasowym, absolutnym pięknem.
Bosko!
Ale w co ja się ubiorę? Jaka tam jest pogoda? Gorąco będzie pewnikiem. Gdzie są jakieś moje letnie ciuchy? Buty, cholera, wygodne. Ale w miarę eleganckie. Do kiecek też.
Słownik! Rozmówki! Kurczę, liry! Dolary! Cholera, coś powinno być w domu. Mam chyba trochę szylingów. Ale na cholerę mi tam austriackie szylingi?
Gdzie jest mój paszport? Do kiedy ważny? W mordę jeża. Ksero dowodu. I paszportu. I uprawnień. Nie, to jutro.
– Co jest? Kurwa mać, co tak śmierdzi?
– Idiotko! Przypaliłaś krupnik!
***
Chwilę później zadzwonił telefon.
– Cześć, moje słońce! Co u ciebie? Gdzie jesteś? Co robisz? Jak się czujesz?
Głos radosny, krzepiący, przyjazny.
Mój serdeczny kumpel. Prawie przyjaciel, choć tylko służbowy. To znaczy, były służbowy. Z Opola. Skumaliśmy się dawno temu, spotykaliśmy się służbowo i prywatnie. Wpadał do nas na flaczki, kawę i na pogadać. Nosił miano „Kowboj”, a to z powodu zamiłowania do kowbojskich butów i wąskich, czarnych dżinsów, białych koszul i skórzanych kurtek nabijanych napami. Zamiast krawatów lubił zakładać stylizowane à la kowbojskie bolo na rzemykach.
To był bodaj jedyny mój dawny służbowy kolega, z którym nadal utrzymywałam serdeczny kontakt. I który nie bał się ze mną gadać. Miał też głęboko w dupie, czy jego telefony stacjonarne (oba służbowe i domowy) oraz służbowy komórkowy jest na podsłuchu, czy nie. Bo zapewne któryś był. Albo wszystkie.
Aktualnie Jędruś był jeszcze naczelnikiem ważnego pionu, ale na wylocie. Dość efektownym oraz spektakularnym. Przekazywał swoje sprawy młodym gniewnym, rozliczał się z posiadanych aktywów, głównie operacyjnych. Z akt, teczek, pieniędzy etc., etc.
Jego także postawiono w sytuacji służbowego wykopu. Ale w odróżnieniu ode mnie on miał wysokie stanowisko, słuszny stopień pułkownika oraz ponad dwadzieścia pięć lat służby. Do wysługi doliczała mu się służba wojskowa i szkoła zawodowa.
– Cześć. Na pewno nie słońce. Nieźle. Chyba. We Wrocku. W szlafroku. Siedzę i dumam. Coraz lepiej. Tak mi się wydaje.
Gadałam jak piramidalna kretynka. Ale dość komunikatywnie.
– O, to fajn – kwiknął radośnie Jędruś. – A jutro jesteś w domu? Bo wybieram się do was, no, do Wrocławia w interesach. Znaczy się, do firmy. I wpraszam się na kawę. Poczęstujesz mnie jak zawsze?
– Super. Poczęstuję. Zapraszam. Uwarzę coś smacznego. Flaczki chcesz? Krupniku nie dostaniesz, bo właśnie go przypaliłam. Aha. News gorący. Wracam do pilotowania wycieczek zagranicznych.
– Żartujesz?
– Nie.
Czy ja mam melodię do żartów? Albo inną żartobliwą wenę? Nie mam, do cholery. Żadnej weny nie mam! Płakać mi się chce! Wyć! Kapcanieję, starzeję się bez makijażu i z początkami cellulitu. Siedzę przed telewizorem i oglądam programy dla bezmózgowców. W starym, powycieranym na łokciach, nieświeżym szlafroku frotté i z odrostami na głowie. Do kompletu brakuje mi tylko tłustego kołtuna, nieumytych zębów i pryszcza na nosie.
Zęby? Właśnie. Kiedy ja w ogóle byłam u dentysty? A jak mnie za granicą zaboli ząb? Wtedy klops. Jakieś leki przeciw-bólowe trzeba spakować. I plaster.
Co oni obaj z tym żartowaniem? Jeszcze ktoś mnie dzisiaj o to zapyta, a przegryzę mu grdykę. Albo trafi mnie nagły szlag!
– Właśnie jestem po rozmowie z facetem z biura z Bydgoszczy. Powiem ci więcej, gdy już będę z nim po słowie i podpiszę umowę. O której będziesz?
Jędruś, jego ulubione „fajn” oraz wyczuwalna przez telefon optymistyczna wesołość uratowały mnie przed kompletną degrengoladą. Ale mu tego nie powiem.
– No, nie wiem. Chyba około trzeciej. Gdyby coś się wahnęło, to dam znać.
– Jeszcze bardziej super. Do południa pozałatwiam swoje sprawy. I się jakoś pozbieram. Chyba. Nie wyglądam zbyt wyjściowo.
– Aha. Mnie i tak się podobasz.
Nie ma to jak wsparcie kumpla. Kumpel kumplem, ale gość w dom… Pół litra wody do zupy i makijaż. Musowo. Nie mam zupy. Zrobię flaczki. Albo tatara.
Nagle mnie tknęło.
– Tyyy! A nie masz przypadkiem jakichś przewodników po Włoszech? Bo potrzebuję na gwałt. Albo na kilka gwałtów.
Jędruś zamilkł. Pomyślałam, że coś nas rozłączyło.
– Halo? Jesteś tam jeszcze?
– Jasne. Tak, jestem. A właśnie mam. Trafiony, zatopiony. Zgłaszam się do gwałcenia. Jutro ci przywiozę. A co chcesz?
– Rany! Stary! Ozłocę cię, ale dopiero jutro. Na początek flakami i tatarem. Na pewno chcę Rzym i Watykan w każdej ilości. A co masz?
– Moja Hanka ma. Jeszcze nie wiem. Ale pewnie ci pożyczy. Mówiłem ci? Była z koleżanką na takiej jakby półpielgrzymce i obkupiła się w przewodniki.
– Nie mówiłeś, ale to teraz nieistotne. Dawaj mi wszystko, co macie. Bierę nawet po mandżursku. Przyda mi się jak wszyscy diabli.
– Fajn. Do jutra.
– Hej.
Zobaczymy, czy będzie fajn. Wchodzę pod prysznic.
Kurde, Rzym?
Pierwszy kot za płot
Drugi kot był już w płot.
I właśnie o nim, o tym drugim, czarnym, wrednym, krwiożerczym, przynoszącym koncertowego pecha kocie, jest moja opowieść. Zaczynam ją jednak, trzymając się pewnej pokrętnej chronologii.
Dość powiedzieć, że moja niebotyczna radość z powrotu do pilotowania wycieczek zagranicznych miała się wkrótce okazać płonna i przedwczesna. Spłonęła bowiem na stosie natłoku kolejnych wiosennych zdarzeń.
Dała także namacalny dowód na to, że:
Primo, jak mówi stare porzekadło, jedna jaskółka wiosny nie czyni.
Mam na myśli zarówno dosłowność, jak i przenośnię.
To niby staropolskie przysłowie zwraca uwagę na trzy aspekty.
Najczęściej stosuje się do zachowania ludzi. Jeżeli ktoś przez cały czas zachowywał się w określony sposób i raz swoje zachowanie zmienił, nie znaczy że zrobił to na zawsze.
Nie należy wyciągać pochopnych wniosków na podstawie pojedynczych faktów ani dokonywać uogólnień na podstawie tylko nielicznych informacji.
Pierwszy powiew wiosny może być zdradliwy. Człowiek głupieje. Traci czujność, bez sensu robi sobie nadzieję.
Secundo, nie należy po raz wtóry wchodzić do tej samej rzeki.
Przed tym przestrzegał już Heraklit z Efezu, bodaj w V wieku p.n.e. A ja, durnowate polskie czupiradło z miasta Wrocław, go nie posłuchałam. Nauki poszły w las. Co więcej, ja udałam klasycznego Greka.
Tertio, od spraw kościelnych (i okołokościelnych) należy trzymać się jak najdalej. Oraz od kościelnych funkcjonariuszy (w sutannach, w habitach i tiarach).
Jeśli jest się zdeklarowanym antychrystem, ateistą i nie czci się żadnego bóstwa. Gdy nie było się u komunii, nie brało ślubów kościelnych, a nikt z bliskich (wstępnych, zstępnych i progenitury) nie zaszczyca swoją modlitewną obecnością żadnej świątyni.
Bardzo ubolewam nad tym, że nie przypomniało mi się właśnie wtedy, jak jeden z moich służbowych kolegów ostrzegał przed widokiem zakonnic.
Rzecz działa się na początku mojej pierwszej pracy, a kolega był ode mnie nieco starszy. Niewątpliwie bardziej doświadczony życiowo, biegły w temacie. Także zakonnic.
Teraz, po kilkunastu latach, skretyniałam do szczętu i sama postanowiłam dociec sedna.
Ów starszy kolega dowodził, że poranny widok zakonnicy niechybnie przynosi mu pecha na cały dzień.
– Zostało to naukowo udowodnione. Koniec i kropka – skonstatował kolega lata wcześniej.
Wtedy prawie mu uwierzyłam. Nie tak. Niemal dałam mu się omamić. Tak sugestywnie mówił i przytaczał przykłady z życia wzięte.
By zapobiec nieszczęściu, pechowi i niefartowi albo chociaż je zminimalizować, najpierw gość odpluwał trzy razy przez lewe ramię. Za siebie. Potem czynił coś podobnego do tego, co inni uskuteczniają przy czarnym kocie. Szybko odchodził, by nie patrzeć na upiornego pingwina. Alternatywnie wybierał inną drogę albo wracał do punktu wyjścia i starał się przeczekać, by przykry widok się nie powtórzył.
Przez całe lata odpluwałam, nie oglądałam się. Ale też nie spodziewałam się, że obcowanie z pingwinami nie tylko da mi nieźle w tyłek, ale też przyniesie mi koncertowego pecha, jakiego świat nie widział, i traumę na kolejnych parę lat. Mojego bakcyla natomiast wytępią, tak jak kiedyś katoliccy egzorcyści tępili czarownice. Spalą go na stosie.
Pingwiny paskudne!
***
Program czterodniowej wycieczki vel pielgrzymki przewidywał króciutki popas w Wenecji, Florencji i Rzymie. Tanio, oszczędnie. Z noclegami na zadupiach, dojazdami w nocy i z tych zadupi do dużych miast, gdzie noclegi były znacznie droższe. Na pewno włoskie ceny zbijały z nóg nas, Polaków. Wszystkie hotele i inne usługi turystyczne były tam wtedy niebotycznie drogie!
Do czasu wyjazdu poświęciłam każdą wolną chwilę na studiowanie przewodników przywiezionych mi przez kolegę Jędrusia, map z trasami planowanego przejazdu i innych dostępnych źródeł wiedzy.
Zdobyłam maleńki słowniczek włosko-niemiecki i niemiecko-włoski, bo tylko taki udało się załatwić, oraz minirozmówki. Przyznam, że cokolwiek idiotyczne i jak się potem okazało, kompletnie nieprzydatne.
Przez bity tydzień zasypiałam i budziłam się przywalona książkami o Rzymie, Florencji, Wenecji, Watykanie, Asyżu i Monte Cassino.
Pół torby podróżnej wypchane miałam książkami. Nie spytałam nawet tego pana Piotra z „Pietro”, co mam zapakować, a czego nie muszę. Co może mi się przydać, w co wyposażone zostały pokoje w zabukowanych hotelach. Zupełnie tak, jakbym pierwszy raz jechała za granicę.
A nie. Trochę konfabuluję. Albowiem wzięłam ze sobą starą grzałkę z ebonitową złodziejką na zagraniczne gniazdka elektryczne. Ciężka była, ale ją lubiłam. Do tego trochę kawy i herbatek. W ostatniej chwili wrzuciłam mały termos z zaparzoną naprędce kawą.
Wkrótce okazało się, że właśnie stary termosik uratował mi życie. Bynajmniej nie te cholerne ciężkie przewodniki z mnóstwem fotografii włoskich zabytków.
W związku z faktem, że nazwana kościelną pielgrzymką impreza została zamówiona przez jakiś dekanat (chyba dekanat, bo nie znam się na strukturze administracyjnej Kościoła) obejmujący kilka parafii w okolicach Bydgoszczy, ponadto nawiązanie współpracy z tym biurem podróży wymagało mojego osobistego stawiennictwa, podpisania dokumentów i innych uśmiechów, ja udałam się tamże. Pociągiem pospiesznym.
Uczyniłam to świadomie, bynajmniej nie pod przymusem, jeden dzień przed moją pierwszą nowożytną imprezą inauguracyjną.
Pan Piotr był uprzejmy pofatygować się po mnie na dworzec PKP, następnie ze mną do hotelu usytuowanego nieopodal dworca w centrum Bydgoszczy.
Zainstalował mnie w maleńkim pokoiku. No, dość siermiężnym. Nawet jak na moje raczej niezbyt wygórowane wymagania. Tam pogadaliśmy konstruktywnie, bo przecież najlepiej gada się w hotelowych komnatach. Wiadomo. Pan przyniósł nam po kawie z hotelowego baru. Od razu przeszliśmy na ty, jak to bywa w turystyce. Niby jesteśmy jedną wielką branżową rodziną.
Nawiązaliśmy sympatyczny służbowy kontakt, podpisaliśmy, co trzeba, głównie ja, potem się profesjonalnie odprawiłam. Dostałam dokumenty, pieniądze, sygnowane pieczęciami listy uczestników (skompletowane na trzy granice, głównie do strefy Schengen, gdzie jeszcze wtedy nas formalnie nie przyjęto. Nastąpiło to dopiero sześć lat później). Formularze do wypełnienia po imprezie. Inne pierdoły na kartkach formatu A4. Adresy, telefony. Ambasada, konsulat. Policja. Pogotowie ratunkowe. Hotele.
Przypominamy, radzimy, ostrzegamy.
Była tego cała teczka. Oraz, o dziwo, wiele więcej niż otrzymywałam, pilotując za „słusznie minionej” epoki PRL.
Tani hotel z maleńką jedyneczką i niezbyt wygodnym wyrkiem nie zachęcał do odpoczynku. Nie wyspałam się, raczej przemęczyłam. Co chwila spoglądałam na zegarek. Mój przyrodzony rajzefiber sięgnął był zenitu.
Hotelowego śniadania nie zjadłam, bo wcześnie rano odwieziono mnie (już firmowym autokarem) na zbiórkę do klienta. Na głodniaka jechałam. Psia mać! Dobrze, że chociaż kawę zrobiłam sobie w pokoju. Cóż, pilocki lajf bywa brutal.
***
Zrazu było dość sympatycznie.
Dwóch okrzepłych w boju niemłodych kierowców, młodszy Marek i starszy Wacek, nieco mnie uspokoiło.
Już na początku znajomości ustaliliśmy pryncypia organizacyjne. A to:
Uno, autokar jest ich, grupa moja. Nie włazimy sobie w paradę. Podział kompetencji jest jasny. Jak dupa włoskiego anioła.
– Jasne jak dupa anioła.
– Ha, ha!
Due, oni robią gościom kawę, herbatę i sprzedają butelkowaną wodę mineralną, kolę, ciastka i cukier. Mleczko do kawy. Na tym także zarabiają. Ode mnie nie będą brać pieniędzy, bo wiedzą, jak jest. Mają lodówkę, to mogę tam wsadzać, co zechcę. Ale ludzie nie mogą.
– Oczywiście. Nie będę nadużywać. Dziękuję.
– Ale ogłosisz?
– Ogłoszę.
– No to niech panowie staną łaskawie gdzieś przy jakimś sklepie, to sobie kupię wodę. I jakiegoś owoca. I co nieco na śniadanie, obiad i kolację. Bo nie pomyślałam. I nie zjadłam dzisiaj hotelowego śniadania. Wytrzymam zapewne dwie doby, przynajmniej powinnam, ale mogę być głodna. A jak Polak głodny, to zły. A ja nie chcę być zła. Nie po to wzięłam tę fuchę, żeby się złościć. O!
– He, he! Dobry pomysł. My też się zaopatrzymy.
– I my nie chcemy, żebyś była zła.
Tre, jest ich dwóch. Jeden prowadzi, drugi śpi. Na podwójnym miejscu za fotelem kierowcy. Bo biuro oszczędza na noclegach. Jedziemy ciurasem gdzieś pod Padwę, nie zatrzymujemy się nigdzie.
– A nie. W Wenecji. Na zwiedzanie.
Wtedy ja siedzę na miejscu pilota.
– Spokojnie. Ja nie śpię. Będę gadać, śpiewać, kląskać i pilnować trasy.
– Super.
– A co z sikaniem?
Moje sikanie to priorytet. Zawsze i wszędzie.
– Na siku i tankowanie zatrzymujemy się na stacjach benzynowych. Krótka kołdra czasowa. Wprawdzie w autokarze jest kibel, ale szybko się zapełnia. A za granicą spusty są płatne i kosztują krocie. A pełen pojemnik śmierdzi. Nie stać nas na częste spusty.
No tak. Nie stać nas na dewizowe sikanie. Proste jak konstrukcja cepa.
Rozumiem. Przywykłam. Pić mam niewiele, żeby nie sikać. Da się zrobić. A ludzie niech trzymają. Korek, supełek, pieluszka, co chcą.
Quattro.
– Masz coś do schowania?
– Nie mam.
– Ale my coś tam zawsze mamy. Wiesz, jak jest.
Wiem. Jak cholera wiem.
– Nie ma sprawy. Nie pytam, nie interesuje mnie. Wasz autokar, wasze tajemne skrytki, wasze fanty. Wiem, co robić i co mówić. Oni także wiedzą.
– Oni?
– No. Pogranicznicy.
– A, no. A długo pilotujesz?
– Od dwudziestu lat. Z małą przerwą. Ale pielgrzymkowe Włochy robię po raz pierwszy. Pomożecie?
– Pomożemy!
– My już trzeci rok walimy te pielgrzymki.
No i super. Mamy to. Grunt to się dogadać.
Nie przyznałam się, że włoski temat znam jedynie teoretycznie. I że mam boja jak cholera. Że jestem w desperacji wielkiej, załapałam mój przyrodzony i ukochany (sic!) rajzefiber. Zupełnie zaś mnie nie kręci ta historia z papieżem JP II i z oglądaniem go na żywo podczas audiencji generalnej, dotykaniem i wąchaniem kurzu spod jego kamaszy albo spod opon jego charakterystycznego papamobile. Niech sobie wierni pielgrzymi uczestniczą, modlą się, przeżywają mistycznie. Ja wtedy odejdę kawałeczek w bok, przysiądę na murku w kątku, optymalnie poza tym całym pięknym, nasłonecznionym placem, tam sobie chwilę odpocznę. Otoczona kojącym cieniem pięknych zabytków Watykanu. Albo pójdę na krótki spacer. Nad legendarny Tyber.
Kierowcy chcieli sobie dorobić. Byłam za. Jeździli z tym biurem od lat, ale wiadomo, że nie zarabiali kokosów. Lecieli na ustawowych dietach i drobnych międzynarodowych fuszko-szwindelko-biznesikach.
A żyć się chce.
Ja chciałam pozwiedzać i też ociupinę zarobić. Pooddychać Rzymem i starymi miastami, pięknymi kulturowo, nasyconymi historią i najpiękniejszą w Europie sztuką. To była wartość dodana. Moja, tylko dla mnie. W każdym razie nie zamierzałam nic stracić.
Wierzący ludzie pielgrzymowali wycieczkowo, albo odwrotnie, i krzyżyk im na drogę.
Ja chciałam tylko wykonać moją pracę najlepiej, jak potrafię. Nie musiałam się z nimi modlić, klękać, całować stuły, chadzać do spowiedzi. Tego, mimo podpisanego dwa lata wcześniej konkordatu, nie miałam w zakresie moich pilockich obowiązków. Ani w żadnym istniejącym kodeksie moralnym.
W mojej grupie miałam trzynastu księży i dwie zakonnice.
– Tfu! Tfu! Tfu!
Przez lewe ramię należy koniecznie odpluć trzy razy.
Poza duchownymi jechało dwóch sołtysów, jedna zastępca wójta (teraz nazywana wójciną) i ponad dwadzieścioro miejscowych parafian. Ale żeby nie było, że byle jakich, bo samych lokalnych wsiowych celebrytów. Rzekłabym, miejscowy high life wzięty z górnej półki. Płci obojga. Przeważały jednak panie w wieku postbalzakowskim.
Zaraz po sprawdzeniu wszystkiego, listy, dokumentów, danych etc., etc., wsadzeniu ludzi do autokaru, przedstawieniu się i kilku żarcikach, z których wycieczkowicze nawet się uśmiali, poprosiłam o jeszcze jedną rzecz. Oczywiście przez mikrofon i siedząc na składanym fotelu pilota z prawej strony kierowcy.
– Szanowni państwo. Wszyscy mają miejsce i siedzą?
– Tak!
– Mogę mieć dwie prośby, zanim ruszymy?
– Tak!
– Pogrzebcie w torbach, kieszeniach, workach, co tam macie, ale swoich.
– Ha, ha!
– Bardzo proszę, wyciągnijcie paszporty, przeczytajcie, czy są ważne, i okażcie mi je. Ręce z dokumentem do góry! Hands up!Hände hoch! Póki jesteśmy w kraju i w pobliżu waszego miejsca zamieszkania.
Chwilę trwało, zanim powyciągali i okazali. Ujrzałam las rąk z paszportami.
– Grzeczne dzieci. Dziękuję – pozwoliłam sobie na żarcik. – Panie kierowco, możemy ruszać – zwróciłam się do kierowcy Wacka. On zaczynał.
– Nieee! Stop! Jezuuu… Mariaaa!
– Stop! Kto, co, dlaczego? Co się stało?
Panika, krzyki, szlochy. Zadyma z tyłu autokaru.
Żona ważniaka wzięła paszport córki. Nie swój.
W mordę jeża, psia krew! Jeszcze się nie zaczęło, a już pierwsza blada dupa opóźniająca całość.
Ważniak rozrechotany.
– Kobieto, a tak mnie poganiałaś! To teraz masz.
– Spokojnie. Zaradzimy. Daleko pani mieszka?
– Niedaleko. Chata za wsią.
– Pokaże gdzie? Podjedziemy.
– Jasne.
Błaga, musi, przeprasza, ble, ble.
No to jedziemy.
Stoimy. Potem chwilę czekamy. Pani skorzystała jeszcze z domowej toalety. Z tych nerw. No. Jest. Pani przeszczęśliwa.
– Dziękuję. Się zrewanżuję!
Jasne! Się zobaczy. Uff!
– Druga moja prośba, żeby dokładnie przyjrzeć się swoim sąsiadom. To ważne, bo nagle może się okazać, że kogoś nie ma. Albo wręcz przeciwnie, dosiądzie się pasażer na gapę. Wtedy trzeba będzie zadziałać. Chyba że… takowy mile widziany. Bo tak też bywa. Ale wolałbym wiedzieć, że się państwo rozmnożyli. I zinwentaryzować inwentarz żywy.
Tym stwierdzeniem wywołałam salwę śmiechu i komentarzy. Bynajmniej nie katolickich i pielgrzymkowych.
Fajnie było. Sympatycznie.
Moim celem było nie tylko rozśmieszenie ludzi i rozluźnienie atmosfery, ale też zwrócenie uwagi, że i tak może się zdarzyć. Gdy na parkingu stoi mnóstwo autokarów, bywa, że gapa jedna z drugą pomyli pojazdy. I wepcha się do obcego. Wtedy klops. I strata cennego czasu. Ja natomiast nigdy nie zostawiłam swojego człowieka samego. Nawet w kraju. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
Zrobiłam rutynowy obchód, sprawdziłam stabilność bagaży na półkach, wygodę pasażerów.
Potem siadłam sobie wygodnie na moim miejscu dla pilota, zapięłam pasy bezpieczeństwa, wzięłam do ręki mikrofon.
I werbalnie zaczęłam swoją pracę.
Gadałam, gadałam i gadałam. Co, jak, gdzie. Plan na najbliższe spędzone razem z tymi ludźmi godziny i dni. Zwyczaje, obrzędy, zasady. Nasze i cudze.
Kibel, siusiu, kupka. Nudności, choroby, leki. Jak się ubrać, jaka będzie pogoda.
