Płachytka - Anna Musiałowicz - ebook + książka
NOWOŚĆ

Płachytka ebook

Musiałowicz Anna

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Niegdyś wierzono, że ujrzenie unoszącej się nad wioską płachytki zwiastuje zarazę oraz że w domu, na którym przysiądzie, ktoś na pewno umrze…

Kiedy Ewa wraz z rodziną przeprowadza się do miasta, nikt nie spodziewa się, że przypadkowe spotkanie z dawną znajomą matki uruchomi nie poddający się racjonalnemu wytłumaczeniu ciąg zdarzeń.

Marysia Skowronkowa staje się dla rodziny Ewy nie tylko serdeczną znajomą, ale i podporą. Jednak jej mąż, Radosław, coraz częściej zaczyna widzieć płachytki – istoty zwiastujące chorobę i śmierć.

Współczesność splata się z bolesnymi wspomnieniami sprzed lat, kiedy to Radosław stracił wszystko, stając twarzą w twarz z czymś, czego nigdy nie zdołał pojąć. Teraz, gdy dziwne wizje nawiedzają Ewę i jej córki, mężczyzna znów musi podjąć walkę z niewidzialnym wrogiem.

Czy to tylko majaki starszego człowieka, czy może słowiańskie demony zarazy wróciły, by raz jeszcze zebrać swoje żniwo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 282

Data ważności licencji: 5/23/2031

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Eutyches

Nie oderwiesz się od lektury

Mam, czytam, nigdy nie myślałem, że polska Autorka tak mnie swoim pisaniem zanęci. Myślę, że każdy bez względu na wiek, płeć, zawód, przekonania swoje, zawsze coś znajdzie dla siebie w kreowanych przez nią światach i historiach. HOWGH
00



 

 

 

W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:

 

Elwira Dresler-Janik

cykl Leszygród

Tom 1. Córki bogini Mokosz

Tom 2. Topielica z mokradeł

Tom 3. Opiekun lasu

Tom 4. Szczodry Wieczór

 

Krzysztof Jagiełło

cykl Piast zdobywca

Tom 1. Przysięga

Tom 2. Wieszczba

 

Agnieszka Kulbat

cykl Dziedzictwo stróża Nawii

Tom 1. Wezwanie Żmija

Tom 2. Wola Żmija

 

Lucie Ortega

cykl Szept Moczarów

Tom 1. Światła nad moczarami

 

Ewelina Kasiuba

Wybranka boga słońca

 

Anna Musiałowicz

Wyrzuciła ją rzeka

Płachytka

 

Robert Socha

Kwiat Peruna

 

Agata Suchocka

Klątwa południcy

 

 

 

Copyright © by Anna Musiałowicz

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2025

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-18-3

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Zarazę (…) widziano siedzącą na dachu domu, pod postacią płachty. W domu tym wszyscy wymarli, a płachta podniosła się w górę i odleciała”.

(H. Biegeleisen, Lecznictwo ludu polskiego, Wydawnictwo Replika, Poznań 2023)

 

„Demonem zarazy i morowego powietrza, mającym wygląd antropomorficzny, była Płachytka. Niekiedy wyobrażano ją sobie jako pojawiające się w powietrzu, latające płachty. Innym razem była to, również unosząca się w powietrzu, dziewczyna z długim welonem na głowie. Gdzie wyobrażenie takie się zatrzymywało, wszyscy mieli umrzeć”.

(W. Łysiak, W kręgu wielkopolskich demonów i przekonań niedemonicznych, Wydawnictwo Eco, Międzychód 1993)

 

 

 

 

 

 

 

WSTĘP

 

 

 

 

 

 

Uczepiła się go jak rzep psiego ogona. Wskoczyła na plecy, objęła za szyję, oplotła jego biodra i kazała się nieść. Ciążyła mu, zabierała dech, a gdy próbował ją zepchnąć, przywierała do niego jeszcze ściślej, dusiła, aż pot występował mu na czoło, a w uszach słyszał jej złośliwy śmiech. Piszczała, a jemu ból rozsadzał głowę. Bał się jej, nienawidził, chciał się jej pozbyć, lecz nie wiedział jak. Więc szedł, niosąc ją, a płuca bolały go z wysiłku.

– Oż ty, zarazo! – Gdy zmęczenie ustępowało, obrażał ją, lecz ona nic sobie z tego nie robiła. Oplatała go mocniej, a on tylko zaciskał wargi, czasem zagryzał je aż do krwi, przysięgając na wszelkie świętości, że pozbędzie się jej, że odzyska siły i wróci do dawnych obowiązków. Nie znał jednak sposobu, by ją odgonić, więc dźwigał ją, czując, że coraz mniej życia w nim zostało, że ona wysysa je z niego. Mówili mu, żeby odpoczął. Ocierali mu pot z czoła, poili ziołami, obmywali rany, które zadawała. Ale on na przekór: im słabszy był, tym bardziej od nich uciekał, wiedząc, że jeśli ich posłucha i położy się do łóżka, znajdzie go tam śmierć. Bo w łóżku to człowiek umiera… Szedł więc dalej, kaszląc i postękując, upadając niekiedy na kolana, a ona wciąż z niego kpiła. Czekała, kiedy już nie da rady się podnieść, kiedy podda się jej i zobaczy, że biel jej welonu tożsama jest z czernią kaptura kosiarza. Ale – natenczas – mogła się tylko śmiać i złościć się, że jest silniejszy, niż się spodziewała.

Niósł ją zatem dalej, w świat, a ona zwoływała siostry, by otulały sobą tych, których mężczyzna napotka na swojej drodze.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

 

Poznałam go, gdy był starym, pomarszczonym człowiekiem uginającym się pod ciężarem przeżytych lat. Nie było w nim jednak spokoju ani powolności charakterystycznych dla ludzi w tak sędziwym wieku. Patrzył na mnie rzadko, odwracał wzrok, gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały i całą uwagę skupiał na obieraniu jabłka. Ścinał skórkę i wkładał ją do ust w sposób kojarzący mi się z tym, jak żaba łapie muchy czy jaszczurka szarańczaki. Wysuwał język, obierka przyklejała mu się do niego, a mężczyzna zachłannie wciągał ją do ust. Ledwie mogłam dostrzec moment, w którym ginęła pomiędzy jego zębami. Jednak zerkał na mnie co jakiś czas, nie przestając obierać jabłka, wzbudzając niepewność. Nie wiedziałam, czy mam się pospieszyć i już wyjść, czy drażnię go swoimi opowieściami o tym, co słychać w świecie – tym bliższym, sąsiedzkim, i tym dalszym, o którym mówią w radiu i telewizji – czy wręcz przeciwnie, przysłuchuje mi się, ciekaw nowych wieści. Tupał niecierpliwie nogą, niekiedy chrząkał, ale nie odzywał się ani słowem.

Czasem zwracałam się do niego bezpośrednio:

– Panie Skowronek, nie potrzebuje pan czegoś? Autem raz-dwa dowiozę.

Zrywał się wówczas z krzesła, kręcił głową, czasem podnosił ręce, jakby chciał coś wyrazić gestem, ale zaraz opuszczał je zrezygnowany. Machał nimi na odczepnego i wychodził z kuchni, w której spędzaliśmy najwięcej czasu. Pierwsze kroki stawiał drobne, ledwie odrywając nogi od ziemi, ale nim przeszedł przez drzwi, jego chód stawał się pewny, a postawa wyprostowana. W domu nieporadny dziadziuś, dla sąsiadów starszy pan o wyglądzie i manierach byłego wojskowego. Prężny, pełen werwy, umiejący załatwić wszystko i to dla każdego, kto go poprosił o pomoc.

Zapytałam kiedyś jego żonę, czy mu przeszkadzam – od czasu, kiedy zaczęłam ich odwiedzać, nie odezwał się do mnie ani słowem, często wychodził za dom, skąd doskonale słyszałam jego donośny głos. Piękny głos, muszę przyznać, niski, radiowy, przypominający mi Fronczewskiego. Lubiłam go słuchać.

– Nie, skarbie. Widocznie przypominasz mu kogoś.

– Kogo?

– A czort go wie… – Machnęła ręką, jakby odganiała natrętne muchy. – Czasem lepiej nie pytać, bo wpada w ten swój stan…

„Ten swój stan” oznaczał, że Radosław Skowronek stawał się niewidzialny dla świata i świata wokół niewidzący. Siadał w fotelu w pokoju, w którym stał kolorowy telewizor z poprzedniej epoki, z wypukłym kineskopem i obudową wielkości małego kredensu. Odnosiło się wrażenie, że fotel wchłania mężczyznę, zagarnia jego ciało, sprawiając, że staje się mniejsze, wręcz zespolone z wysiedzianymi już poduszkami, wytartymi podłokietnikami czy wgniecionym oparciem. Jeśli Maria Skowronkowa przykrywała fotel narzutą, by obicie nie wycierało się tak szybko, ta zdawała się oplatać mężczyznę, a on dosłownie stapiał się z grubym, zapewne ręcznie robionym, wełnianym kilimem w geometryczny wzór. Skóra Skowronka wyglądała wtedy jak przyozdobiona brązowymi trójkątami. Mężczyzna siadał naprzeciwko telewizora, nie włączywszy go uprzednio, ale wbijał wzrok w czarny ekran, jakby w tej czarnej pustce dostrzegał coś tak interesującego, że świat wokół przestawał istnieć. Nie odzywał się wtedy do nikogo, nawet nie zwracał uwagi, gdy pani Marysia stawiała obok niego herbatę czy jakąś przekąskę. Potrafił nie ruszać się tak przez bardzo długi czas, wpatrując się jedynie w telewizor. Nie pił, nie jadł, nie chodził do toalety. Twarz mu tężała, udawało mu się nawet praktycznie nie mrugać, co dziwiło mnie niepomiernie. Dłonie zaciśnięte na podłokietnikach były nieruchome, blade, jakby odpłynęła z nich cała krew. Tkwił w bezruchu godzinami, a pani Marysia twierdziła, że nawet i dniami.

– I co wtedy pani robi? – dopytałam, by podtrzymać rozmowę, bo odpowiedź słyszałam już wielokrotnie.

– Nic. A co niby mam? Zachowuje się jak mebel, to traktuję go jak mebel. Może tylko nie ścieram z niego kurzu – zażartowała.

Pani Marysia była drugą żoną Skowronka. Młodsza od niego o co najmniej dekadę, jak nie dwie, pod każdym względem zdawała się jego przeciwieństwem. Poznali się – jak to w tamtych czasach bywało – całkiem nieprzypadkowo, swatani przez rodziny obojga. Oboje po przejściach. Ona – z dwójką chłopaków z mlekiem pod nosem, uczepionych spódnicy – ledwo co pochowała męża. On żonę i trójkę dzieci pochował dużo wcześniej, ale żałoba trzymała go stanowczo zbyt długo i dopiero zaczął wychodzić do ludzi. Jako że Marysine chłopaki potrzebowały męskiej ręki, jeszcze nim ciało ich ojca zdążyło ostygnąć, zaaranżowano spotkanie na jakichś imieninach u ciotki bliższej lub dalszej dla każdego z nich, potem pilnowano, by nie tacy już młodzi (ona przecież dobiegała do trzydziestki, jemu pewnie czterdziestka stuknęła) wpadali na siebie czy to w drodze do sklepu, czy do kościoła, czy u życzliwego im sąsiada. Nie było to wcale takie proste, bo mieszkali w różnych miejscowościach i wciąż trzeba było szukać pretekstu, by jedno drugiemu miało szansę stanąć na drodze. Tu poproszono Marysię, by pomogła w kuchni, w ogrodzie, przy dzieciach, tam ręce Radka okazały się niezbędne przy jakichś pracach. Przy okazji jedno drugie zawsze odwiedziło. Mimo to Radkowi długo wbijano do głowy, by się oświadczył, bo mu ta może i ciut przechodzona, ale nadal piękna łania ucieknie sprzed nosa. Mimo zmęczenia na twarzy i postawy, która jasno pokazywała, że smutek przygina ją do ziemi, nadal była atrakcyjna. Zielone oczy, choć wówczas lekko zszarzałe, wciąż chciały iskrzyć, a uśmiech – mimo prób powstrzymywania go – wypełzał na twarz, czyniąc ją młodszą, łagodniejszą. „Słoneczko” – mówił do Marysi Skowronek, a ona właśnie takim słoneczkiem się stawała. Rozjaśniła mrok, w którym pogrążył się po tym, jak pochował żonę i dzieci.

Dla pasierbów był dobry. Może chciał dostrzec w nich cząstkę swoich dzieci, choć te umarły, mając kilka lat mniej niż Jacek i Tomek w momencie, gdy się poznali. Uczył ich wszystkiego, czego ojciec powinien uczyć synów, dużo wymagał, ale nie był nadmiernie surowy, a autorytet u chłopaków budował swoimi umiejętnościami i spokojem, którego pozazdrościłby święty. Bracia pokochali go prawie od razu, zauroczeni silnym, mądrym mężczyzną, on ich polubił, bo Maryśka dobrze ich wychowywała, a na szorstką męską miłość czas przyszedł później. Nie, żeby relacje między nimi układały się cukierkowo, bo kiedy Jacek i Tomek dorastali, dawali rodzicom do wiwatu, a gdy pewnego razu do domu przyprowadził ich milicjant, po rozmowie wychowawczej z Radkiem uspokoili się i choć nie siedzieli cicho jak trusie, to wybryki nie powtarzały się. Fakt, po tamtej rozmowie nie odzywali się do ojczyma przez prawie miesiąc, a wstyd piekł bardziej niż skóra, która pierwszy i jedyny raz posmakowała Radkowego pasa, ale Skowronek cierpliwie czekał, aż im złość na niego przejdzie. Topniała z dnia na dzień, a cisza między nimi zakończyła się, gdy Tomek poprosił podczas śniadania o sól i Radek mu ją podał.

Jacek i Tomek ułożyli sobie życie z dala od rodziców. Jacek poszedł na studia do Poznania, tam poznał swoją przyszłą żonę, razem postanowili przeprowadzić się do Warszawy, gdzie urodziły im się dwie córki. Późno, Jacek był wtedy po czterdziestce, Marysia była pewna, że już babcią nie zostanie. Tomek wyjechał do pracy do Anglii. Miał tam być tylko sezon, ale ten przedłużał się, aż pewnego dnia, podczas wizyty w Polsce oznajmił, że postanowił nie wracać do kraju, bo nie widzi tu perspektyw. Marysia popłakała kilka nocy, ale potem uznała, że nie ma co rozpaczać nad szczęściem dziecka, zapisała się na kurs komputerowy i dziś z wnuczkami (Tomkowi też obrodziło w córki, bliźniaczki, i też nie spieszył się, by powołać je na ten świat) komunikowała się za pomocą Skype’a.

Pani Marysia Skowronek – dla mnie zawsze pani, choć tratowałam ją jak ciocię – w odróżnieniu od swojego męża była gadułą. Znałam historię jej rodziny do kilku pokoleń wstecz, wszystkie koligacje rodzinne, sąsiedzkie, a i czasem tak odległe, że gubiłam się w zawiłościach powiązań pomiędzy osobami, o których mi opowiadała. Wciąż była urocza, wciąż miała w sobie słoneczko, o którym mówił jej mąż, kochało się ją od pierwszego wejrzenia. O takich osobach mówi się, że są dobrymi ludźmi. Łaknie się ich towarzystwa, bo zarażają swoim optymizmem, czarują życiową mądrością, a samą obecnością dają poczucie bezpieczeństwa.

Pani Marysia mieszkała po sąsiedzku, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Przyjaźniła się z moją mamą, choć dzieliła je różnica wieku. Ja, moi starsi bracia i jej dzieciaki praktycznie wychowywaliśmy się wspólnie. Jako jedyna dziewczynka w tamtym towarzystwie skradłam jej serce, pozwalając wiązać kokardy na włosach, nosząc uszyte przez nią spódniczki czy bawiąc się lalkami, które kupowała dla mnie w pobliskim kiosku Ruchu. Szczerze mówiąc, niewiele z tego pamiętam, ale z tamtego okresu zachowało się całkiem sporo zdjęć dokumentujących zażyłość naszych rodzin. Podobno nazywałam ją ciocią i zwykłam skarżyć jej na rodziców, gdy mnie zdenerwowali. Po śmierci pierwszego męża wraz z synami wyprowadziła się najpierw do swoich rodziców, a potem wyszła za mąż za Skowronka. Początkowo z mamą pisały do siebie listy, ale po paru latach kontakt się urwał. Praktycznie zapomniałam o jej istnieniu.

Spotkałam ją niemal po ćwierćwieczu, przypadkiem, podczas zakupów w supermarkecie. Dopiero poznawałam miasto. Mieszkaliśmy tu od dwóch tygodni i oswajaliśmy się z rzeczywistością – niby nie tak odległą i nie tak różną od tej, którą zostawiliśmy za sobą, ale w szczegółach na tyle inną, że potrafiliśmy się pogubić w codzienności, już nie szarej, bo zupełnie nowej, czasem aż jaskrawie fascynującej. Marek, mój mąż, dostał awans i został przeniesiony do tutejszej filii firmy, a ja z dzieciakami podążyłam za nim, jak dobra żona powinna. Przyzwyczajanie się do zmian nie przychodziło mi łatwo, jednak muszę przyznać, że w nowym mieście wylądowałam miękko. Niemal od razu znalazłam pracę w przedszkolu, może faktycznie na stanowisku poniżej moich oczekiwań, ale nie od razu Kraków zbudowano… Sylwia i Natalia prawie natychmiast zaadaptowały się w nowym środowisku, a Marek… Cóż, Marek, gdyby mógł, skakałby z radości pod sam sufit, ale po pracy był tak zmęczony, że przekraczał próg naszego świeżo odremontowanego domu, ledwie powłócząc nogami. Zasypiał, na szczęście, z uśmiechem na ustach.

Zupełnie zapomniałam o tym, że ciocia – teraz pani – Marysia wiele lat temu tutaj się przeprowadziła. Prawdę powiedziawszy, zapomniałam nawet o niej samej. Istniała dla mnie tylko jako odległe wspomnienie kogoś, kto był obecny w moim życiu, jednak został zastąpiony przez ludzi, którzy byli mi bardziej potrzebni, czy zwyczajnie mieli okazję się w mojej codzienności choć na chwilę zapisać.

Akurat zanurkowałam w wózku na zakupy, bo przez pomyłkę wrzuciłam do niego „niewłaściwy” majonez i Marek nie omieszkał mi wypomnieć, że rozpozna smak i nie tknie niczego, co z nim zostanie przygotowane. Wkurzyłam się na niego i już miałam się odgryźć, że jak dla mnie może nie żreć w ogóle, gdy usłyszałam za sobą stanowczo zbyt głośne:

– Kogo moje oczy widzą?! Ewuuuuuuniaaaaa!

Podniosłam się gwałtownie, wydawałoby się, że zupełnie niepotrzebnie, a jednak byłam pewna, że ktoś woła właśnie mnie i walnęłam tyłem głowy w nos pochylającego się nade mną Marka. W pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi, że coś mu w tym nosie chrupnęło i ukrył go w dłoniach. Zaskoczona odwróciłam się w stronę, z której usłyszałam moje imię. Rozpoznałam ją od razu. Wydawała się dużo niższa, niż ją zapamiętałam, ale wciąż miała tę samą krótką fryzurę zafarbowaną na rudo, nosiła okulary przykrywające jej pół twarzy i rozjaśniała przestrzeń wokół swoim uśmiechem.

– Cio… Pani Marysia? – zapytałam, zastanawiając się, czy mnie wzrok nie myli.

– Ewunia, skarbeńku, a co ty tutaj robisz? – zawołała z radością i ruszyła w moim kierunku, by mnie wyściskać. Poczułam się lekko skonsternowana, gdy chwyciła mnie w ramiona, a dokładnie objęła w pasie, gdyż teraz ja byłam od niej o dobrą głowę wyższa – zupełnie na odwrót niż w czasach, kiedy mieszkałyśmy obok siebie. I teraz przecież była dla mnie niemal obcą kobietą. Jednak nie minęła sekunda, a już odwzajemniłam uścisk, przypominając sobie, jak czułam się w jej towarzystwie. Nagle uświadomiłam sobie, że tęskniłam za nią, że przez te lata wzajemnej nieobecności w naszych życiach tak naprawdę nic się nie zmieniło. Wciąż była ukochaną ciocią, która plotła mi warkocze i wiązała kokardy.

Ściskałyśmy się jak szalone, sprawdzając, czy to faktycznie my, czy naprawdę po tylu latach udało nam się takim przypadkiem spotkać.

– Ale wyrosłaś!

– Nic się pani nie zmieniła.

– Wypiękniałaś!

– Dla pani czas też jest łaskawy!

– Ile ty masz już lat? Pewnie zaraz na trzydziestkę ci idzie!

– Trzydzieści sześć! Przecież jestem równo dziesięć lat młodsza od Tomka! Urodziny mieliśmy tego samego dnia!

– Faktycznie! A on ma takie dwie śliczne dziewuszki. I Jacek też! Pokażę ci zdjęcia!

– Ja też mam dziewczyny! Też pani pokażę. Młodsza ma pięć lat, starsza już siedem. Do szkoły idzie od września!

– A to mama pewnie przeszczęśliwa! A Wojtuś się ożenił? Dzieci ma? A Łukasz?

– W drodze. Synka mają mieć.

– Pardon, czy mogłybyście mi pomóc, z łaski swojej? – przerwał nasze przekrzykiwania Marek.

– O kurczę! – wykrzyknęła znów pani Marysia, lecz teraz zamiast entuzjazmu w głosie miała przestrach. Spojrzałam na Marka. Krew lała mu się z nosa po brodzie, skapywała na koszulkę. – Zimną wodą to trzeba, Ewuniu, zimną wodą, wtedy plamy po krwi nie zostaną!

– Naprawdę? – Marek spojrzał na nią z przekąsem.

– Naprawdę, zimna woda rozpuszcza krew! Ciepła, nawet letnia tylko utrwali plamę – zaczęła tłumaczyć.

Zachciało mi się śmiać. Gdyby wzrok mógł zabijać, pani Marysia leżałaby martwa. Marek gotował się z wściekłości, próbując zatamować krwotok.

– O sorry, nie zauważyłam. – Podałam mężowi chusteczkę.

– Za to ja zauważyłem – warknął.

– Chodź, poszukamy jakiejś łazienki. Obmyjesz się. Mam nadzieję, że ci nic nie złamałam.

– Ja też…

Na szczęście w łazience krwotok udało się sprawnie zatamować, nos, mimo że spuchnięty, okazał się cały, a personel użyczył wszystkiego, co miał w apteczkach, nawet jeśli nie było potrzebne. Nadgorliwość pracowników prawie doprowadziła do wezwania karetki pogotowia, co, szczerze mówiąc, z jednej strony trochę mnie zirytowało, z drugiej poczułam ciepło na sercu, że tak bardzo się nami zajęli. Marek był wkurzony.

– Zrobiłem z siebie pośmiewisko! Wszyscy na mnie patrzą – marudził i na nic zdawały się moje tłumaczenia, że za pięć minut, a najdalej za godzinę nikt oprócz nas tej sytuacji nie będzie pamiętał. Uznałam, że najlepiej dać mu się wygadać, a sama się zamknęłam.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pod sklepem zobaczyłam panią Marysię!

– Przecież my się telefonami nie wymieniłyśmy! I zapraszam na kawę i ciastko! Koniecznie przyjdźcie z dziewczynkami! I zimną wodą tę plamę spierz! – wskazała palcem koszulę Marka. – Pan jest mężem Ewuni? – zwróciła się bezpośrednio do niego.

Chrząknął, uścisnął podaną mu rękę i wymamrotał coś w stylu „miło mi”, choć całym sobą wyrażał, jak mu niekomfortowo i że najchętniej uciekłby natychmiast.

Z zaproszenia skorzystaliśmy. Marek trochę prychał, ale im bardziej wykręcał się od odwiedzin u Skowronków, tym częściej opowiadałam mu historie z dzieciństwa, zaznaczając, jak ważna dla mnie w tamtym okresie była Marysia. Nie szkodzi, że ledwo ją pamiętałam. Zarzucałam go argumentami o zaletach odnowienia dawnej znajomości, wymyślałam, że skoro dziewczynki mają swoje babcie tak daleko, to może zyskałyby przyszywaną. Odbiło mi na jej punkcie. W tym obcym mieście ujrzenie dawno niewidzianej twarzy, przy czym podobno niegdyś tak kochanej, uruchomiło we mnie wszelkie tęsknoty, nadzieje i potrzeby bliskości z kimś, na kim mogę polegać. Koleżanki z pracy nie były dostatecznie godne zaufania, zresztą zajęte swoimi życiami, nie miały czasu na nawiązywanie nowych przyjaźni. Marek, mimo że najbliższy mi człowiek, nie mógł być przecież moim jedynym towarzystwem w nowym miejscu. A spotkanie z panią Marysią uświadomiło mi, że czuję się tu zwyczajnie samotna.

W końcu Marek zmiękł.

Zjawiliśmy się we czwórkę pod drzwiami budynku, który do złudzenia przypominał mi dom mojej babci, dziewczynki, przepychając się, nacisnęły dzwonek i… czekaliśmy. Czekaliśmy. Nadal czekaliśmy. W końcu usłyszeliśmy powolne kroki za drzwiami, dźwięk przekręcanego klucza, aż wreszcie naszym oczom ukazał się, jak wówczas słusznie domniemywałam, pan Skowronek.

Obrzucił nas zimnym spojrzeniem, na Marku zatrzymał wzrok dłużej.

– A to wy – stwierdził od niechcenia. – Marysia mówiła, że… – Nie dokończył.

Jakby automatycznie pogłaskał po głowie Sylwię, której już zbierało się na płacz, po czym gestem zaprosił nas do środka.

– Marysi pierwszy raz w życiu wyszedł zakalec. Załamała się. Poszła kupić coś do kawy, ale mam wam tego nie zdradzać. Macie myśleć, że sama upiekła. Już powinna tu być – zerknął na zegarek. – Nie jesteście za wcześnie?

Nie odpowiedzieliśmy. Spuściliśmy tylko głowy Marek, jako jedyny z zegarkiem na ręce, spojrzał na wyświetlacz, ale jego mina nie mówiła nic. Dziewczynki przycisnęły mi się do bioder.

Skowronek chyba dostrzegł nasze zakłopotanie, bo zaraz wpuścił nas do pokoju, zaproponował kawę, dziewczynki poczęstował cukierkami. Siedzieliśmy jak trusie przy stole, nie bardzo wiedząc, o czym rozmawiać. Nawet Sylwia i Natalka nie kręciły się na krzesłach, tylko siedziały wyprostowane, wpatrzone w stół, a zagadywane przez gospodarza, odpowiadały mu półsłówkami. Zupełnie jak nie one. Teraz to młodsza chciała się rozpłakać, jednak powstrzymywała łzy.

Krępującą atmosferę rozwiała niczym wicher wpadający do domu, bez najmniejszych oznak załamania, o których mówił pan Skowronek, pani Marysia. Już od progu szczebiotała w takim tempie, że nie robiła przerwy na wzięcie wdechu!

– Ależ się zagadałam, mężulku mój! Wpadłam na Krystynę, wiesz, tę, co na kijki razem chodzimy, i wyobraź sobie, że jej syn zmienił auto. Teraz ma takie duże, czerwone, Krysia mówi, że ładne, nawet klimatyzacja jest w nim zimniejsza, ma kamerki i siedzenia takie jasne, niepraktyczne, ale nadal bardzo ładne, Krysia siedziała na przednim fotelu, mówi, że miejsca a miejsca, spać by można. I taki wysoki jest, szkoda tylko, że czerwony, bo Krysi czerwone samochody źle się kojarzą. Śniło jej się kiedyś, że w czerwonym będzie miała wypadek, a wiesz, że ona w sny wierzy, choć żaden jeszcze nigdy jej się nie sprawdził. Ale co tam czerwony, te siedzenia jasne, będą plamy zostawać, ale ten jej syn mówi, że o tapicerkę nie ma sensu się martwić, bo są środki, ach tam, środki, kto to będzie prał?! Ale ładne to auto, takie duże czerwone…

– Marysiu, słoneczko moje… – próbował jej przerwać pan Skowronek.

– A ty jak myślisz, to ma znaczenie taka tapicerka? Trzeba może Jacka zapytać, on się zna, ale po co w sumie pytać, przecież auto kupione, to i tak już „po ptokach”. Ważne, żeby silnik był. No i hamulce działały.

– Gości mamy…

– Co tam jęczysz? To jak sądzisz, ma ta tapicerka znaczenie, czy Krysia przesadza z narzekaniem? Wiesz, czasem jak jej się pesymizm włączy, to nic jej się nie podoba, dziur w całym szuka, a auto przecież takie ładne, czerwone… jej to i królowa angielska pewnie by nie zaspokoiła. Ojejku! Już jesteście! – Wsunęła nos do pokoju. – A ja ciasto właśnie upiekłam! – Pokazała nieodfoliowaną jeszcze babkę i zaśmiała się. – W sklepie piekłam. A cóż to za urocze dwie księżniczki?

Położyła ciasto na stole i rzuciła się ściskać moje córki, zachwycając się przy tym ich urodą, sukienkami i wszystkim tym, co, przynajmniej stereotypowo, sprawia, że małe dziewczynki czują się przez moment wyjątkowe. Młodszą kupiła od razu. Sylwia wymagała czasu, jednak pani Marysia nie potrzebowała go wiele, by przejrzeć ją na wylot i zrozumieć, że jej bliżej do Wonder Woman czy innej supermanki niż typowych księżniczek.

– Moja wnuczka, ta z Anglii, ma całą kolekcję komiksów! – zainteresowała ją. – Jak się połączymy na kamerce, to poproszę ją, żeby ci pokazała. O, widzę, że nos się wygoił – spojrzała na Marka. Ten niepewnie zerknął na mnie. Nie poznawałam go. Zazwyczaj dusza towarzystwa, tu wyraźnie czuł się niezręcznie.

– Chodź pan – zwrócił się do niego Skowronek. – Dziewczyny zaparzą kawę, a ja pokażę panu inną kolekcję. Zna się pan na lotnictwie? Zbieram modele samolotów. Lubię sobie pokleić. Czasu na emeryturze mam dużo, to się muszę czymś zająć.

Była to chyba najdłuższa wypowiedź męża Marysi, jaką kiedykolwiek – przynajmniej do czasu późniejszych wydarzeń – udało się usłyszeć. Z Markiem za to szybko znaleźli wspólny język, przeszli nawet na „ty”. Wiele nie trzeba było, by dziewczyny również się rozbrykały, ale moje próby uspokojenia ich pani Marysia komentowała:

– A dajże im spokój, to dzieci. Niech biegają, póki mają siły.

Pierwsza wizyta była bodźcem do wielu kolejnych. Choć najczęściej przychodziłam sama pod durnym pretekstem przekazania pozdrowień od mamy – mimo że odzyskały kontakt i podobno potrafiły gadać godzinę przez telefon – to Marek nie wykręcał się specjalnie od wizyt u Skowronków, kiedy to na długie godziny mogli z panem Radkiem zniknąć w garażu.

Skowronek – mimo że minął niemal rok, od kiedy się tu wprowadziliśmy – wobec mnie wydawał się w jakiś sposób nieufny.

– Nie nieufny – stwierdzała pani Marysia, gdy jej mówiłam o moich spostrzeżeniach. – Rozgryza cię. A może nawet boi się ciebie. Kogoś mu przypominasz.

– Nawet „dzień dobry” mi nie odpowie – żaliłam się.

– Może ten wcale nie jest dobry…

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej