Pielęgniarki. Słoneczne tarasy - Danuta Chlupowa - ebook

Pielęgniarki. Słoneczne tarasy ebook

Danuta Chlupowa

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ucieczka z krakowskiego Salwatora na słoneczne stoki Beskidu Śląskiego — z secesyjnej willi do górskiego sanatorium

W przedwojennym Krakowie mieszka Joanna Kasperska. Dziewczyna i jej matka znalazły się w tragicznej sytuacji — zmarły ojciec zostawił je z długami, pomocną dłoń wyciągnął wuj, krakowski fabrykant. Uzdolniona plastycznie Joasia była spełnieniem jego marzeń o dziecku. Jednak z czasem dojrzewająca dziewczyna staje się obiektem niezdrowych zainteresowań krewnego… Osaczona Joanna zapisuje się do Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek i przeprowadza do internatu. Tylko tak może uciec z domu. Jest gotowa poświęcić marzenia o ASP na rzecz odkrywania tajników medycyny. Po zakończeniu nauki znajduje pracę w dziecięcym sanatorium przeciwgruźliczym w Istebnej. To tam odkryje swoje prawdziwe powołanie. Tam też pozna Stanisława, nauczyciela skrywającego smutną życiową historię.

Czy miłość okaże się lekarstwem na zranione dusze?

Czy uda się zapomnieć doznane krzywdy?

I czy w ogóle można uciec od przeszłości?

Słoneczne tarasy to pierwszy tom serii PIELĘGNIARKI — o kobietach, które szukając swojego miejsca na ziemi, znajdują szczęście w pomaganiu innym.

Pełna emocji opowieść o poszukiwaniu własnej drogi. Historia o kobiecej sile, odwadze i nadziei, która potrafi rozkwitnąć nawet w cieniu bolesnych doświadczeń z przeszłości.

Joanna Wolf, @nienaczytana

Ta powieść pokazuje siłę kobiet i hart ducha, które są w stanie przezwyciężyć nawet największe trudności. Wprost nie można się od niej oderwać! Kobiety takie jak Joanna to moje bohaterki. Nigdy się nie poddają!

Justyna Chaber, @onaczyta

Jeśli kochacie okres dwudziestolecia międzywojennego i macie ochotę przeczytać poruszającą książkę o pielęgniarce, która próbowała odciąć się od toksycznych relacji, to polecam Wam piękną powieść, w której odnalazłam cząstkę siebie.

Beata Owczarczyk, @lubieipolecampolskichautorow

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 341

Data ważności licencji: 1/30/2030

Oceny
4,0 (13 ocen)
5
4
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AdriannaSpark

Dobrze spędzony czas

Joanna Kasperska to mała dziewczynka, która straciła ojca w wyniku popełnienia przez niego samobójstwa. Dziewczynka wraz z matką trafiają do willi na krakowskim Salvatorze, gdzie mieszka jej ciocia (siostra jej matki) oraz jej wuj (krakowski fabrykant). Wydaje się, że Joanna dostaje się do raju, bo wujostwo nie mając swoich dzieci rozpieszcza Asię, ale wraz z jej dojrzewaniem wuj zaczyna okazywać jej niezdrową fascynację, co sprawia, że młoda już kobieta porzuca studia na ASP i zapisuje się do Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. Przeprowadza się do Internatu, a po zakończeniu edukacji zaczyna pracę w dziecięcym sanatorium przeciwgruźliczym w Istebnej, gdzie odkryje powołanie i pozna kogoś. Jednak czy ucieknie od przeszłości? Czy widomo wuja przestanie w końcu ją prześladować? W trakcie czytanie książki zaczęłam sprawdzać media społecznościowe autorki, aby dowiedzieć się czy będzie wydany drugi tom. Fakt wydania pierwszego nie oznacza, że będą kolejne. Na szczę...
00
Alutka95

Nie oderwiesz się od lektury

Siegnelam po tę ppwieść z zawodowej ciekawości. Z zainteredowaniem czytalam o systemie kształcenia pielęgniarek, starcie w pracy, w nowych placowkach. Problem gruźlicy mamy opanowany, ale droga do tego jest juz zapomniana, dlatego chętnie odświeżyłam sobie ten temat. Wątku obyczajowe również zajmujące
00

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt se­rii i okładkiANNA SLO­TORSZ / ART­NOVO.PL
Fo­to­gra­fie i ilu­stra­cje na okładce oraz we wnę­trzu © Mag­da­lena Rus­socka / Tre­vil­lion Ima­ges © Umar/Adobe Stock © mfz/Adobe Stock © Ki­rill/Adobe Stock © over­lays-te­xtu­res/Adobe Stock Do­mena pu­bliczna
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaELŻ­BIETA SPA­DZIŃ­SKA-ŻAK
Ko­rektaANNA KU­RZYCA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM – RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Po­lish edi­tion © Da­nuta Chlu­powa, Pu­bli­cat S.A. MMXXV (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6910-5
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­znica@pu­bli­cat.pl

„Śląsk wę­gla i że­laza daje Ślą­skowi gór i la­sów młode istotki, po­dobne ro­śli­nom ho­do­wa­nym w piw­nicy, dzieci o po­chy­lo­nych i zgar­bio­nych ple­cach, dzieci go­rącz­ku­jące po no­cach w cia­snych izbach ko­lo­nii ro­bot­ni­czych. Prze­my­słowy Śląsk Górny po­syła do Isteb­nej dzieci po zdro­wie”.

Słońce i zdro­wie dla gruź­li­czych dzieci Ślą­ska,cza­so­pi­smo „Pol­ska” 1939, nr 9

1928

– Do­rożka za­raz tu bę­dzie – po­wie­działa Elż­bieta Ka­sper­ska już po raz trzeci w trak­cie kilku mi­nut, choć jej córka stała obok spo­koj­nie i nie oka­zy­wała naj­mniej­szego znie­cier­pli­wie­nia.

Jo­asia była prze­ko­nana, że matka bar­dziej uspo­kaja samą sie­bie niż ją. Dziew­czynka miała dwa­na­ście lat, była by­stra i in­te­li­gentna. Do­brze wie­działa, dla­czego mama pra­gnie jak naj­szyb­ciej znik­nąć z tej ulicy. Elż­bieta nie mo­gła znieść, że z gór­nych pię­ter ka­mie­nicy ob­ser­wują ją oczy są­sia­dek. Śle­dzą ją i wi­dzą, jak mało rze­czy za­biera ze sobą do no­wego miej­sca za­miesz­ka­nia, jak bar­dzo skur­czył się jej do­by­tek. Wie­dzą, że mie­ści się cały w pod­ręcz­nym ba­gażu, po­nie­waż przed wy­pro­wadzką roz­prze­dała wszystko, co miało ja­ką­kol­wiek war­tość.

Jo­asia, w od­róż­nie­niu od matki, nie czuła się za­wsty­dzona sy­tu­acją, w ja­kiej się zna­la­zły. Nie czuła też żalu z po­wodu wy­pro­wadzki z pięk­nego apar­ta­mentu, który jesz­cze nie­dawno pe­łen był mniej i bar­dziej przy­dat­nych rze­czy, me­bli, sprzę­tów, ob­ra­zów, ksią­żek i mnó­stwa bi­be­lo­tów.

Te­raz miesz­ka­nie było pu­ste, zimne, bez ży­cia. Jak oj­ciec, kiedy zna­la­zły go z mamą na pod­ło­dze w ga­bi­ne­cie.

Kilka mie­sięcy wcze­śniej tra­ga­rze wy­nie­śli z pra­cowni Kon­stan­tego ma­sywne ma­ho­niowe me­ble. Jo­asia nie czuła wtedy żalu. Od­kąd się­gała pa­mię­cią, ten po­kój za­wsze ją przy­tła­czał. Oj­ciec rzadko ją zresztą tam wpusz­czał. Nie zno­siła za­pa­chu ty­to­niu wżar­tego w fi­rany i cięż­kie ko­tary z ciem­no­wi­śnio­wego bro­katu. Wszystko w tym po­miesz­cze­niu było cięż­kie, ciemne, przy­tła­cza­jące i na­są­czone ty­to­niem. Nie ro­zu­miała, jak oj­ciec może się tam za­my­kać na dłu­gie go­dziny – ona już po kilku mi­nu­tach czuła, że musi wyjść, bo w prze­ciw­nym ra­zie się udusi.

I wi­docz­nie jej prze­czu­cia były uza­sad­nione, choć w końcu to nie ona udu­siła się w ga­bi­ne­cie, lecz oj­ciec lu­biący w nim prze­by­wać.

Le­karz orzekł wpraw­dzie, że Kon­stanty Ka­sper­ski zmarł na atak serca i że przy­czyną zgonu była praw­do­po­dob­nie wro­dzona wada w po­łą­cze­niu z nad­uży­wa­niem al­ko­holu i na­pię­ciem ner­wo­wym wy­wo­ła­nym przez ban­kruc­two jego wła­snej firmy, lecz Jo­asia wie­działa swoje: ojca udu­sił ten przy­tła­cza­jący ga­bi­net, w któ­rym wiecz­nie się za­my­kał i zni­kał w kłę­bach dymu.

Pła­kała na po­grze­bie ojca, bo tak wy­pa­dało, zresztą jak tu nie pła­kać, skoro mama to­nęła we łzach, a na do­da­tek or­ga­ni­sta grał tak smutne me­lo­die, że serce się kra­jało.

Ale to był taki grzecz­no­ściowy płacz, od­po­wiedni do sy­tu­acji. Praw­dziwe łzy ro­niła Jo­asia kilka mie­sięcy póź­niej, gdy wy­no­szono me­ble z bu­du­aru mamy. Ten po­kój, w od­róż­nie­niu od pra­cowni ojca, dziew­czynka ko­chała. Był ja­sny, z oknem wy­cho­dzą­cym na po­łu­dnie, no­wo­cze­śnie urzą­dzony. Jo­asia za­chwy­cała się lek­kimi gię­tymi me­blami z wy­pla­ta­nymi sie­dzi­skami i opar­ciami, lu­biła po­dzi­wiać kwiaty w do­ni­cach, któ­rych wszę­dzie było pełno. To wszystko spra­wiało, że po­kój, choć nie miał na­wet bal­konu, wy­glą­dał jak we­randa z wyj­ściem do ogrodu.

Jo­asia nie­raz sia­dała w bu­du­arze ze szki­cow­ni­kiem w ręku. Ry­so­wała kwiaty i me­ble. Po­cząt­kowo wier­nie je od­twa­rzała, póź­niej sta­wały się dla niej już tylko punk­tem wyj­ścia, mo­ty­wem roz­wi­ja­nym przez jej wy­obraź­nię. Ma­rzyła, że gdy do­ro­śnie, bę­dzie pro­jek­to­wała go­be­liny z kwia­to­wymi wzo­rami. Lu­biła je oglą­dać na wy­sta­wach i choć była jesz­cze dziec­kiem, za­chwy­cała się tym mod­nym ostat­nio rze­mio­słem użyt­ko­wym jak do­ro­sła znaw­czyni.

Jej ulu­bio­nego po­koju już nie było. Miesz­ka­nie, ogo­ło­cone z wszyst­kiego, co nada­wało mu cha­rak­ter, było chłodne i obce. Bu­duar mamy stra­cił swój czar. Dziew­czynka miała matce za złe, że na­wet kwiaty sprze­dała, tłu­ma­cząc, iż wu­jo­stwo mają kom­plet­nie urzą­dzone wnę­trza we­dług wła­snego gu­stu.

Gdy wresz­cie nad­je­chała do­rożka, Jo­asia na­wet się nie obej­rzała na ka­mie­nicę, w któ­rej miesz­kała od uro­dze­nia.

Przy­pad­kowy chło­pak, wdzięczny za parę za­ro­bio­nych gro­szy, za­ła­do­wał ba­gaże Ka­sper­skich i znik­nął w bra­mie. Elż­bieta i jej córka usa­do­wiły się w po­wo­zie. Matka uści­snęła rękę Jo­asi.

– Za­czy­namy nowe ży­cie. U wuja i cioci bę­dzie nam do­brze, zo­ba­czysz, moja ko­chana – po­wie­działa po­krze­pia­jąco.

Dziew­czynka ski­nęła głową. Nie za­wsze po­do­bało jej się to, co mó­wiła lub ro­biła mama. Ale tym ra­zem była prze­ko­nana, że ma ra­cję. U wu­jo­stwa z pew­no­ścią nie bę­dzie tak mar­two, jak było przez ostat­nie pół roku w ich domu.

***

Pię­trowy dom Ma­ce­wi­czów stał na kra­kow­skim osie­dlu wil­lo­wym Sal­wa­tor, po le­wej stro­nie pną­cej się w górę ulicy Świę­tej Bro­ni­sławy. Z obu stron ocie­niały ją drzewa. Miej­sce to było spo­kojne i ustronne, a jed­no­cze­śnie, dzięki tram­wa­jom kur­su­ją­cym z po­bli­skiej pę­tli, do­brze sko­mu­ni­ko­wane z cen­trum mia­sta.

Osie­dle na wzgó­rzu, na­wią­zu­jące do kon­cep­cji mia­sta ogrodu, wy­bu­do­wało w prze­ciągu czte­rech lat To­wa­rzy­stwo Bu­dowy Ta­nich Do­mów Miesz­kal­nych dla Urzęd­ni­ków. Atrak­cyjne po­ło­że­nie wkrótce zwa­biło tu osoby za­li­czane do elit in­te­lek­tu­al­nych: pro­fe­so­rów uni­wer­sy­tec­kich, ar­ty­stów, praw­ni­ków.

Fe­liks Ma­ce­wicz, wła­ści­ciel usy­tu­owa­nej w Pod­gó­rzu fa­bryki ba­te­rii i la­ta­rek, pod wzglę­dem sta­tusu za­wo­do­wego od­sta­wał od są­sia­dów. Nie­mniej do­brze czuł się w tej oko­licy, nie tylko ze względu na swoje po­cho­dze­nie – jego oj­ciec był ad­wo­ka­tem – lecz przede wszyst­kim z po­wodu za­mi­ło­wa­nia do ma­lar­stwa, li­te­ra­tury, hi­sto­rii. Ma­rzył o tym, aby za­miesz­kać w uro­kli­wym miej­scu, wśród lu­dzi zaj­mu­ją­cych się sze­roko po­ję­tym pięk­nem.

Przed kilku laty udało mu się speł­nić to ma­rze­nie. Roz­glą­dał się wów­czas za no­wym do­mem dla sie­bie i żony. Wtedy li­czyli jesz­cze na to, że do­cze­kają się po­tom­stwa. Ucie­szył się nie­zmier­nie, gdy prze­czy­tał w pra­sie ogło­sze­nie o sprze­daży willi na Sal­wa­to­rze. W ciągu jed­nego po­po­łu­dnia zdą­żył obej­rzeć dom, pod­jąć de­cy­zję i pod­pi­sać umowę wstępną.

– Fa­brykę mogę mieć w Pod­gó­rzu, ale miesz­kać za­mie­rzam w ład­nym miej­scu w Kra­ko­wie – stwier­dził. De­cy­zji nie ża­ło­wał, choć każ­dego dnia tra­cił sporo czasu, do­jeż­dża­jąc do fa­bryki au­to­mo­bi­lem i na­rze­ka­jąc na re­stryk­cyjne prze­pisy na­ka­zu­jące po­ru­szać się po Kra­ko­wie z mak­sy­malną pręd­ko­ścią dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę.

Willa, którą ku­pił Ma­ce­wicz, spe­cjal­nie się nie wy­róż­niała. Nie miała bo­gato zdo­bio­nego por­tyku, pół­okrą­głych bal­ko­nów ani zdo­bień na fa­sa­dzie. Była dwu­pię­trową bryłą o pro­stych kształ­tach, z du­żymi pro­sto­kąt­nymi oknami i dwoma kla­sycz­nymi bal­ko­nami po bo­kach. Fe­lik­sowi to od­po­wia­dało. Po pierw­sze dom ten na­le­żał do tań­szych nie­ru­cho­mo­ści przy tej ulicy, po dru­gie za­mie­rzał go urzą­dzić w ku­bi­stycz­nym stylu.

Jo­asia z za­in­te­re­so­wa­niem roz­glą­dała się po jed­no­li­cie urzą­dzo­nym wnę­trzu. Od naj­młod­szych lat zwra­cała uwagę na formy i kształty. Za­cie­ka­wił ją spe­cy­ficzny styl, za­ło­żony na geo­me­trycz­nych li­niach i licz­nych za­ła­ma­niach. Na­wet kwiaty – za­równo po­ko­jowe, jak i sto­jące na ta­ra­sie – po­sa­dzone były nie w okrą­głych do­ni­cach, jak u jej matki, lecz w po­jem­ni­kach o sze­ścio­kąt­nych kształ­tach.

Z jed­no­li­tego stylu wy­ła­my­wał się tylko duży po­kój na pię­trze na­zy­wany ga­le­rią. Je­dy­nym me­blem, usta­wio­nym po­środku roz­le­głego po­miesz­cze­nia, była dwu­oso­bowa sofa w stylu na­śla­du­ją­cym ro­koko. Na ścia­nach, od su­fitu nie­mal do pod­łogi, wi­siały ob­razy ko­lek­cjo­no­wane przez Fe­liksa.

Ale do tego po­koju do­ro­śli nie po­zwa­lali Jo­asi wcho­dzić, po­nie­waż wuj ko­lek­cjo­no­wał akty.

Cio­cia Pola nie miała bu­du­aru z lek­kimi wi­kli­no­wymi me­blami, za to swoją syl­wetką, sty­lem ubioru, jak i po­ru­sza­niem się spra­wiała wra­że­nie lek­ko­ści. Do­piero przy ciotce, młod­szej o sie­dem lat od matki, szczu­płej, szyb­kiej w ru­chach, ubie­ra­ją­cej się w modne luźne su­kienki z ob­ni­żo­nym sta­nem, Jo­asia zdała so­bie sprawę, że jej matka bar­dziej pa­so­wała do cięż­kich sprzę­tów ojca niż do swo­ich me­bel­ków. Zde­cy­do­wa­nie tęż­sza od Apo­lo­nii, wkła­dała naj­czę­ściej nie­modne dłu­gie czarne suk­nie i białe, za­pi­nane pod szyję bluzki z koł­nie­rzy­kami. Pod­czas ża­łoby po ojcu za­stą­piła je czar­nymi. Włosy upi­nała w kok, za­miast ob­ciąć je krótko, jak zro­biła to jej młod­sza sio­stra.

Dziew­czynka ko­chała mamę, ciotkę na­to­miast po­dzi­wiała, choć rzadko się wi­dy­wały. Do­póki żył Kon­stanty, ro­dziny Ka­sper­skich i Ma­ce­wi­czów od­wie­dzały się spo­ra­dycz­nie. Szwa­gro­wie mieli ze sobą na pieńku. Fe­liks kry­ty­ko­wał nie­prze­my­ślane, ry­zy­kanc­kie de­cy­zje biz­ne­sowe Kon­stan­tego, słusz­nie się spo­dzie­wa­jąc, że gdy firma Ka­sper­skiego splaj­tuje, Pola bę­dzie ocze­ki­wała, że to on poda po­mocną dłoń jej sio­strze i sio­strze­nicy.

Obawy Ma­ce­wi­cza wy­peł­niły się co do joty, a na­wet z na­wiązką. Kon­stanty nie tylko zban­kru­to­wał, lecz na do­da­tek umarł, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie długi. W tej sy­tu­acji Fe­liks nie mógł od­mó­wić po­mocy szwa­gierce i jej córce. Jego wście­kłość ła­go­dził je­dy­nie fakt, że ta mała była taka uro­cza, a on i jego żona nie do­cze­kali się wła­snych dzieci.

***

Jo­asia pa­mię­tała, że nie wolno jej jeść zbyt szybko, żar­łocz­nie, ani mla­skać pod­czas po­siłku. Jed­nak tym ra­zem bar­dzo mu­siała się sta­rać, aby spro­stać za­sa­dom sa­voir-vi­vre’u wpa­ja­nym jej od naj­młod­szych lat przez matkę.

Po­trawy ser­wo­wane przez Zo­się, słu­żącą wu­jo­stwa, były na­prawdę wy­śmie­nite. Ro­sół, tłu­sty i do­brze do­pra­wiony, pach­niał i sma­ko­wał zu­peł­nie ina­czej niż ten go­to­wany przez Ka­się, do­póki jesz­cze pra­co­wała u Ka­sper­skich. A cze­goś tak smacz­nego, jak przy­rzą­dzone przez Zo­się wie­przowe po­lę­dwiczki w so­sie grzy­bo­wym, Jo­asia ni­gdy wcze­śniej nie miała w ustach.

W ostat­nich ty­go­dniach przed prze­pro­wadzką dziew­czynka pra­wie za­po­mniała, jak sma­kuje do­bry obiad. Za­trud­niona u nich słu­żąca ni­gdy nie była do­brą ku­charką, a w ostat­nim okre­sie służby wy­ko­ny­wała obo­wiązki byle jak. Wię­cej czasu i uwagi po­świę­cała szu­ka­niu no­wej pracy niż pro­wa­dze­niu domu wdowy, która no­to­rycz­nie za­le­gała z pen­sją, od­wo­łu­jąc się do trud­nej sy­tu­acji fi­nan­so­wej.

– Sma­kuje ci, prawda? – Cio­cia Pola z za­do­wo­le­niem przy­glą­dała się Jo­asi.

– Bar­dzo – po­twier­dziła dziew­czynka z ka­wał­kiem mięsa w ustach, co spo­wo­do­wało, że matka spio­ru­no­wała ją wzro­kiem.

– Nie mo­gli­śmy się z wu­jem do­cze­kać wa­szego przy­by­cia – cią­gnęła ciotka. – Prawda, Fe­lik­sie?

Wuj skwa­pli­wie po­ki­wał głową i rów­nież uśmiech­nął się do Jo­asi.

– Zro­bimy wszystko, aby było wam u nas do­brze – do­dał.

Jo­asia czuła się tro­chę nie­swojo. Za­raz pierw­szego dnia się prze­ko­nała, że w tym domu obo­wią­zują za­sady od­mienne od tych, które jej wpa­jano. W domu Ka­sper­skich nie mo­głoby się zda­rzyć, by uwaga zgro­ma­dzo­nych przy stole sku­piła się na dziecku. Ow­szem, ro­dzice Jo­asię ko­chali, na­wet oj­ciec, choć był su­rowy i za­ab­sor­bo­wany in­te­re­sami. Ale dziecko mu­siało znać swoje miej­sce.

Tym­cza­sem wuj Fe­liks i cio­cia Pola od po­czątku po­świę­cali Jo­asi wię­cej uwagi niż jej matce. Dziew­czynka mo­głaby się z tego cie­szyć, lecz nie­przy­zwy­cza­jona do ta­kiego trak­to­wa­nia, czuła się spe­szona. Oba­wiała się, że ma­mie bę­dzie przy­kro, a może na­wet bę­dzie się na nią gnie­wała.

– Zo­sia po­każe wam wa­sze sy­pial­nie – po­wie­działa po obie­dzie Apo­lo­nia. Tym ra­zem zwró­ciła się do sio­stry: – Mie­li­śmy po­koje przy­go­to­wane dla dzieci, lecz te, nie­stety, się nie po­ja­wiły. Nikt z nich nie ko­rzy­sta. Cie­szę się, że te­raz wam będą słu­żyły.

– Och, tak wiele dla nas ro­bi­cie! – za­wo­łała pa­te­tycz­nie Elż­bieta.

– Udo­stęp­nie­nie po­koi to bła­hostka – stwier­dził Ma­ce­wicz.

Ka­sper­ska od­po­wie­działa szwa­growi wy­mu­szo­nym uśmie­chem. Skie­ro­wała wzrok na ścianę. Udała, że za­in­te­re­so­wał ją nie­ty­powy por­tret ko­biety, dzieło ja­kie­goś cze­skiego ku­bi­sty, które w rze­czy­wi­sto­ści wcale jej się nie po­do­bało. Ale wo­lała oglą­dać brzydką ko­bietę o żółto-zie­lo­nej, trój­kąt­nej twa­rzy, niż pa­trzeć w oczy Fe­lik­sowi. Do­brze wie­działa, co miał na my­śli: po­koje były ba­ga­telą, o wiele po­waż­niej­szy pro­blem sta­no­wiły długi Kon­stan­tego, ona nie miała szans ich ure­gu­lo­wać, choć sprze­dała wszystko, co po­sia­dała.

Łącz­nie z ro­śli­nami do­nicz­ko­wymi, choć tych i jej, i córce było żal.

***

Do­póki miesz­kały w śród­mie­ściu, Elż­bieta za­bie­rała Jo­asię na spa­cery do kra­kow­skich par­ków. Dziew­czynka we wcze­snym wieku na­uczyła się nazw więk­szo­ści kwia­tów i krze­wów ozdob­nych. Nie­wiele z nich ro­sło w ogro­dzie Ma­ce­wi­czów – był on urzą­dzony dość mi­ni­ma­li­stycz­nie, je­śli cho­dzi o róż­no­rod­ność ga­tun­ków. Po­mimo to za­chwy­cał za­równo Elż­bietę, jak i Jo­asię. So­sny i mo­drze­wie stwa­rzały ilu­zję, że dom oto­czony jest la­sem. Wzdłuż ale­jek cią­gnęły się rzędy bo­gato kwit­ną­cych la­tem hor­ten­sji – na prze­mian nie­bie­skich i ró­żo­wych. Na traw­niku roz­rzu­co­nych było kilka du­żych kwa­dra­to­wych ra­bat: jedną gę­sto po­ra­stały fio­le­towe i po­ma­rań­czowe nie­cierpki, na dwóch in­nych przez cały se­zon czer­wie­niły się i żół­ciły róże. Ostat­nia, ob­siana przez ogrod­nika bar­dziej po­spo­li­tymi kwia­tami, przy­po­mi­nała frag­ment kwit­ną­cej łąki.

Jo­asia lu­biła spa­ce­ro­wać po ogro­dzie z mamą lub cio­cią, choć ta miała mniej czasu, po­nie­waż sporą jego część po­świę­cała spra­wom to­wa­rzy­stwa do­bro­czyn­nego, któ­rego była pre­ze­ską. Cho­dziło o ja­kąś ta­jem­ni­czą or­ga­ni­za­cję, a przy­naj­mniej tak są­dziła Jo­asia. Kiedy pew­nego razu w obec­no­ści matki za­py­tała ciotkę, komu to­wa­rzy­stwo po­maga, Apo­lo­nia od­po­wie­działa, że skrzyw­dzo­nym dziew­czę­tom.

– Przez kogo skrzyw­dzo­nym?

Nim Pola zdą­żyła od­po­wie­dzieć, Elż­bieta zna­cząco chrząk­nęła i szybko skie­ro­wała roz­mowę na inne tory, nie do­pusz­cza­jąc sio­stry do głosu.

Jo­asia czuła się do­brze w ogro­dzie także bez to­wa­rzy­stwa. Wy­my­kała się z domu ze szki­cow­ni­kiem i ma­łym ku­fer­kiem z przy­bo­rami do ry­so­wa­nia. Sia­dała w al­ta­nie i czer­piąc in­spi­ra­cję z oto­cze­nia, wy­my­ślała pro­jekty ogro­dów.

Pierw­sze dni i ty­go­dnie w willi wu­jo­stwa były dla niej szczę­śli­wym okre­sem. Jej ra­dość i za­do­wo­le­nie z ży­cia umac­niał fakt, że kil­ka­na­ście dni po prze­pro­wadzce roz­po­częły się wa­ka­cje, czas słod­kiego le­niu­cho­wa­nia.

Tego dnia Jo­asia wy­szła do ogrodu do­piero wie­czo­rem, po­nie­waż upał był tak uciąż­liwy, że w dzień na­wet w za­da­szo­nej i ob­ro­śnię­tej blusz­czem al­ta­nie czło­wiek miał wra­że­nie, iż wszedł do roz­pa­lo­nego pieca.

Za­brała ze sobą książkę, którą kilka dni temu ku­piła jej cio­cia Pola, gdy ra­zem wy­brały się do śród­mie­ścia i od­wie­dziły miesz­czącą się w Rynku księ­gar­nię Ge­be­th­nera & Wolffa. Z wy­pie­kami na twa­rzy po­chła­niała po­wieść O dwóch ta­kich, co ukra­dli księ­życ. Koń­czyła już ostatni roz­dział. Gdy do­brnęła do ostat­niej li­nijki, żal jej było że­gnać się z tą nie­sa­mo­witą hi­sto­rią i jej bo­ha­te­rami. Po­my­ślała, że zrobi do niej wła­sne ilu­stra­cje. Po­bie­gła do domu po blok i kredki.

Praca tak ją po­chło­nęła, że ode­rwała wzrok od kartki do­piero w mo­men­cie, gdy usły­szała sil­nik sa­mo­chodu. Pod­nio­sła się z ławki i wy­szła z al­tany, aby zo­ba­czyć wuja wcho­dzą­cego do ogrodu. Za­wa­hała się, czy po­winna wyjść mu na­prze­ciw i go przy­wi­tać. Nim się zde­cy­do­wała, na wy­sy­pa­nej żwi­rem ścieżce po­ja­wiła się cio­cia Pola. Po­de­szła do męża. Ob­jęli się i po­ca­ło­wali, po czym, za­miast do domu, ru­szyli do al­tany.

Jo­asia szybko wró­ciła na miej­sce. Nie chciała, by po­my­śleli, że ich pod­glą­dała. Czuła się nie­swojo. Może się po­gnie­wają, że tak się tu roz­sia­dła z tym swoim kra­mem? Pew­nie chcieli po­być w al­ta­nie we dwoje.

Za­mknęła blok i książkę, po­śpieszne uło­żyła kredki w pu­dełku. Ale wuj już ją za­uwa­żył.

– Kogo tu mamy? Na­szą Asieńkę! – za­wo­łał.

Twarz dziew­czynki ob­lał ru­mie­niec.

– Do­bry wie­czór, wuju. – Dy­gnęła. – Do­bry wie­czór, cio­ciu. Ja... Już się zbie­ram, nie będę prze­szka­dzała.

Fe­liks po­ło­żył na stole skó­rzaną teczkę, przez opar­cie ławki prze­rzu­cił ma­ry­narkę. Chustką otarł czoło.

– Zo­stań, dziecko – po­wie­dział ła­god­nie. – Prze­cież cię pra­wie nie wi­duję, cią­gle je­stem w pracy. A dzi­siaj ten wy­jazd w upale... Ale cóż, part­ne­rów han­dlo­wych na­wet la­tem nie można za­nie­dby­wać.

Za­jęli z Apo­lo­nią miej­sca przy okrą­głym stole z że­liwa i drewna, na jed­nej z dwóch ła­wek o łu­ko­wa­tym kształ­cie wy­ko­na­nych z tych sa­mych ma­te­ria­łów. Fe­liks ge­stem ręki za­pro­sił dziew­czynkę prze­stę­pu­jącą w za­kło­po­ta­niu z nogi na nogę, aby na po­wrót usia­dła.

– Co ta­kiego ry­so­wa­łaś? To ja­kaś ta­jem­nica, że tak szybko za­mknę­łaś blok? – za­py­tał ze śmie­chem.

– Pró­bo­wa­łam... Tak się ba­wi­łam... Szki­co­wa­łam ilu­stra­cje do książki. – Jo­asi z za­kło­po­ta­nia plą­tał się ję­zyk.

– Mo­żemy je zo­ba­czyć? – do­dała za­chę­ca­jąco ciotka.

Jo­asia z ocią­ga­niem otwo­rzyła blok. Po­ka­zała dwa wy­koń­czone ob­razki i je­den roz­po­częty.

Do­ro­śli spoj­rzeli po so­bie.

– Jak ty pięk­nie ry­su­jesz! – za­wo­łała z za­chwy­tem Pola. – Wpraw­dzie wi­dzia­łam cię już kil­ka­krot­nie z ołów­kiem czy kredką w ręku, ale nie przy­glą­da­łam się spe­cjal­nie, bo my­śla­łam, że to ta­kie zwy­czajne dzie­cięce ba­zgroły...

– A tym­cza­sem na­sza Jo­asia to praw­dziwy ta­lent – do­koń­czył Fe­liks.

Oto­czył dziew­czynkę ra­mie­niem i przy­tu­lił ją do sie­bie. Po­czuła za­pach wody ko­loń­skiej z lekką do­mieszką ty­to­niu. Wuj pa­lił zde­cy­do­wa­nie mniej niż jej świę­tej pa­mięci oj­ciec.

Po­czuła się nie­zręcz­nie, gdy po­ca­ło­wał ją we włosy. Z obawą zer­k­nęła na ciotkę, nie­pewna, czy to jej się spodoba. Ale Pola życz­li­wie się uśmie­chała.

Jo­asia po­my­ślała, że wi­docz­nie tak mają wy­glą­dać ser­deczne re­la­cje ro­dzinne. Szkoda, że oj­ciec nie trak­to­wał jej w taki spo­sób, jak trak­tuje ją wuj. Nie ozię­ble, z dy­stan­sem, lecz czule i tro­skli­wie. Daw­niej wie­rzyła, że oj­ciec na swój spo­sób ją ko­cha, lecz po­grą­żony w pracy i pro­ble­mach fi­nan­so­wych nie ma czasu i spo­sob­no­ści, aby to oka­zać. Te­raz za­częła w to wąt­pić. Prze­cież wuj Fe­liks był jesz­cze bar­dziej za­pra­co­wany, pro­wa­dził więk­szy za­kład, a mimo to był dla niej taki miły.

***

Ma­ce­wicz od kilku dni cho­dził za­sę­piony. Jo­asia, wraż­liwa nie tylko na bodźce es­te­tyczne, lecz także na ludz­kie na­stroje, do­my­ślała się, że wuja coś gnębi.

Pod ko­niec li­sto­pada, w wy­jąt­kowo zimny i słotny dzień, Fe­liks za­raz po ko­la­cji od­pra­wił Jo­asię do jej po­koju.

– Mamy do­ro­słe sprawy do omó­wie­nia – po­wie­dział, i tym ra­zem na­wet się do niej nie uśmiech­nął. Twarz miał na­piętą, minę za­tro­skaną. Wi­dać było, że coś go gry­zie.

Dziew­czynka ski­nęła głową, nie ośmie­liw­szy się choćby sło­wem za­pro­te­sto­wać. Do­piero gdy za­uwa­żyła, że Zo­sia wła­śnie przy­nosi de­ser – jej ulu­bione kru­che cia­steczka z ka­wał­kami cze­ko­lady – nie po­wstrzy­mała się od peł­nego wy­rzu­tów spoj­rze­nia.

Fe­liks nie do­strzegł jej miny, za to jego żona się uśmiech­nęła, w lot poj­mu­jąc po­wód roz­cza­ro­wa­nia sio­strze­nicy, i po­le­ciła słu­żą­cej:

– Niech Zo­sia dziś wy­jąt­kowo poda pa­nience ciastka do jej po­koju.

De­ser udo­bru­chał Jo­asię, lecz na krótko. Kiedy tylko prze­łknęła ostatni ką­sek, za­częła się za­sta­na­wiać, czego może do­ty­czyć ta po­ważna roz­mowa. Naj­chęt­niej by ją pod­słu­chała, lecz jej po­kój znaj­do­wał się na pię­trze, tym­cza­sem do­ro­śli sie­dzieli w ja­dalni na par­te­rze.

Wzdry­gnęła się, owiał ją chłód. A może to był po­wiew stra­chu?

„Na pewno cho­dzi o pie­nią­dze – po­my­ślała. – Na­wet na wa­ka­cje tylko na wieś wy­je­cha­li­śmy, choć po­dobno wuj z cio­cią co roku jeź­dzili la­tem do Za­ko­pa­nego albo do Kry­nicy. To pew­nie przez te długi po ta­cie... Wuj za­raz po­wie ma­mie, że mu­simy się wy­pro­wa­dzić”.

Łzy na­pły­nęły jej do oczu. Nie chciała opusz­czać willi. Z mamą, bez pie­nię­dzy, pew­nie skoń­czy­łyby w ja­kimś ciem­nym lo­kalu w brzyd­kiej, odra­pa­nej ka­mie­nicy. Tu było ład­nie i przy­tul­nie, ni­czego jej nie bra­ko­wało. W do­datku cio­cia i wu­jek byli dla niej tacy do­brzy.

Nie po­tra­fiła po­wstrzy­mać się od pła­czu. Łkała gło­śno, nie­mal już pewna, że zo­sta­nie wy­rzu­cona na bruk. A prze­cież i cio­cia, i wuj – on przede wszyst­kim – jesz­cze wczo­raj ją za­pew­niali, jak jej obec­ność ich uszczę­śli­wia.

Przez wła­sny płacz nie usły­szała pu­ka­nia do drzwi. Zo­sia lekko je uchy­liła, a zo­ba­czyw­szy, że pa­nienka to­nie we łzach, we­szła do środka i po­chy­liła się nad nią.

– Przy­szłam po ta­lerz... Co ta­kiego się pa­nience stało? Ciastka pa­nienkę roz­pła­kały? – pró­bo­wała roz­ła­do­wać at­mos­ferę.

Jo­asia mach­nęła ręką, jakby chciała od­pę­dzić ko­bietę. Osten­ta­cyj­nie od­wró­ciła się do niej ple­cami.

Słu­żąca była już nie­młoda, do­bie­gała pięć­dzie­siątki. Pa­mię­tała Ma­ce­wi­cza jako ma­łego chłopca, gdy usłu­gi­wała w domu jego ro­dzi­ców. Była przy­zwy­cza­jona do róż­nych ka­pry­sów dzieci z bo­ga­tych do­mów.

Wzru­szyła ra­mio­nami i wy­szła. Ale wi­docz­nie do­nio­sła do­ro­słym, że Jo­asia pła­cze, po­nie­waż po chwili do po­koju wtar­gnęli wuj i cio­cia. Matki z nimi nie było.

– Co ci się stało, dziecko? – Pola wzięła dziew­czynkę pod brodę i zmu­siła, by na nią spoj­rzała. – Chyba się nie po­gnie­wa­łaś, że wuj ka­zał ci wyjść? To nor­malne, że dzieci nie uczest­ni­czą w roz­mo­wach do­ro­słych. A mu­sisz przy­znać, że my rzadko wy­klu­czamy cię z na­szego to­wa­rzy­stwa.

Jo­asia po­wstrzy­mała płacz, szybko otarła opuch­nięte oczy.

– Wiem, cio­ciu – wy­szep­tała.

– To o co w ta­kim ra­zie po­szło? – chciał wie­dzieć wuj.

– Bo ja... Bo... – Wargi po­now­nie za­częły jej drżeć. – Boję się, że nie będę już mo­gła u was miesz­kać. Nie wiem, do­kąd z mamą pój­dziemy...

– Co?! – wy­krzyk­nęli jed­no­cze­śnie.

W Jo­asi za­kieł­ko­wała na­dzieja. Po­my­liła się?

Wuj ka­zał jej usiąść i sam za­jął miej­sce na­prze­ciwko.

– Są­dzi­łaś, że o tym roz­ma­wia­li­śmy? Że się ma­cie z mamą wy­pro­wa­dzić? Ależ z cie­bie głup­ta­sek, Jo­asiu. Po­pro­si­łem tylko twoją mamę, aby mi po­mo­gła w biu­rze z fran­cu­ską ko­re­spon­den­cją. Ja słabo znam ten ję­zyk, cio­cia nie­wiele le­piej.

Jo­asia po­czuła, jak ka­mień spada jej z serca.

Do tej pory ni­gdy nie ośmie­liła się pierw­sza przy­tu­lić do cioci czy wuja. Te­raz spon­ta­nicz­nie, nie na­my­śla­jąc się, czy wy­pada, ze­rwała się z krze­sła, ob­jęła wpół Apo­lo­nię, a na­stęp­nie Fe­liksa.

– I co? Mama po­może z tym fran­cu­skim? – spy­tała nie­mal ra­do­śnie.

– Po­może – po­twier­dził wuj, lecz w jego gło­sie sły­chać było po­wąt­pie­wa­nie. Wy­mie­nili z żoną po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, któ­rych sensu dziew­czynka nie ro­zu­miała.

Na­stęp­nego dnia rano Elż­bieta po­je­chała ze szwa­grem do biura. Na jej twa­rzy ma­lo­wało się sztuczne oży­wie­nie i chęć dzia­ła­nia. Jo­asia, zna­jąca matkę na wy­lot, wie­działa, że tylko udaje. Jej przy­pusz­cze­nia jesz­cze tego wie­czoru się po­twier­dziły.

Elż­bieta za­pro­siła córkę do swo­jego po­koju, ka­zała jej usiąść, po czym za­ga­iła:

– Mu­sisz być bar­dzo grzeczna, we wszyst­kim słu­chać wuja i cioci, wuja przede wszyst­kim, i ni­czym się im nie na­ra­żać.

– Oczy­wi­ście, sta­ram się – od­po­wie­działa grzecz­nie Jo­asia. – My­ślę, że na ra­zie są ze mnie za­do­wo­leni.

– Za­do­wo­leni! – Elż­bieta się ro­ze­śmiała. – To słabe słowo. Oni cię uwiel­biają i tylko dla­tego nam po­ma­gają.

Dziew­czynka się za­ru­mie­niła. Matka nie zwró­ciła na to uwagi. Śmiech szybko spełzł z jej ust. Po­sęp­nie wpa­try­wała się w ścianę, w je­den z tych dzi­wacz­nych jej zda­niem ob­ra­zów, któ­rych wszę­dzie było pełno. Za­tę­sk­niła do swo­jego kwia­to­wego bu­du­aru urzą­dzo­nego przed laty we­dług jej wła­snych upodo­bań.

– Coś ci po­wiem, dziecko – ode­zwała się po chwili, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ściany. – Tylko mi obie­caj, że ni­komu tego nie po­wtó­rzysz! Gdy­byś to zro­biła, byłby z nami ko­niec, to zna­czy z na­szym po­by­tem w tej willi.

– Obie­cuję – po­wie­działa dziew­czynka, na nowo pełna złych prze­czuć.

– Fa­bryka wuja Fe­liksa ma w miarę do­brą po­zy­cję na rynku, to zu­peł­nie co in­nego niż po ama­tor­sku pro­wa­dzona firma han­dlowa two­jego ojca. Nie­mniej te­raz, kiedy wuj spłaca także długi taty, nie jest ła­two. Dla­tego za­trud­nił mnie tym­cza­sowo, abym ze względu na mój do­bry fran­cu­ski – przy­dało się jed­nak na coś kla­syczne zie­miań­skie wy­cho­wa­nie, któ­rym moja młod­sza sio­stra gar­dziła – po­mo­gła mu w pro­wa­dze­niu ko­re­spon­den­cji i uzgad­nia­niu wa­run­ków współ­pracy z po­ten­cjal­nym part­ne­rem. Być może wnie­sie on ka­pi­tał do jego fa­bryki. Te­raz mu­simy się mo­dlić, aby ten Fran­cuz się nie wy­co­fał.

Jo­asia słu­chała, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, o czym matka mówi. Tyle tam było ob­cych słów i nie­zro­zu­mia­łych sfor­mu­ło­wań. Nie wie­działa, co to ta­kiego ten ka­pi­tał ani co zna­czy słowo „po­ten­cjalny”.

– Wię­cej nie mogę ci zdra­dzić, już i tak za dużo po­wie­dzia­łam – ucięła Elż­bieta. – Po­wta­rzam, że ni­komu nie wolno ci wspo­mnieć o na­szej roz­mo­wie.

– Oczy­wi­ście, ma­mu­siu. Nie wspo­mnę.

Matka uśmiech­nęła się i po­gła­skała córkę po ręce.

– Ufam ci, je­steś do­brą dziew­czynką. Je­żeli chcesz, mo­żemy za­grać w ja­kąś grę. W halmę na przy­kład.

Jo­asia, ucie­szona, po­bie­gła do sie­bie po ze­staw do gry. Uśmiech matki i pro­po­zy­cja wspól­nej za­bawy spra­wiły, że roz­wiały się jej obawy i wąt­pli­wo­ści. Po­czuła się na po­wrót bez­piecz­nie.

Po dwóch wy­gra­nych par­tyj­kach scho­wała plan­szę i pionki do pu­dełka i uca­ło­wała mamę na do­bra­noc. Wtedy Elż­bieta po­wie­działa:

– Za­wsze uwa­ża­łam i na­dal uwa­żam, że ko­bieta z mo­ich sfer nie po­winna pra­co­wać za­wo­dowo. Ale jak mo­głam od­rzu­cić prośbę Fe­liksa? Czy mi się to po­doba, czy nie, mu­szę się przed nim płasz­czyć. Obie mu­simy.

Jo­asia po­my­ślała, że ona się płasz­czyć nie musi, po­nie­waż wuj ją po pro­stu lubi. Ale wo­lała nie mó­wić tego gło­śno.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki