Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pobiedziska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 662
Rok wydania: 1970
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Vestdijk PIĄTA PIECZĘĆ
Simon Yestdijk
PIĄTA PIECZĘĆ
450-010867-00-0
PIĄTA PIECZĘĆ
Powieść O EL GRECO
Przełożył MACIE] CI1EŁKOWSKJ
PAŃSTWOWY INSTYTUT WYDAWNICZY
Tytuł oryginału «HET YIJFDE ZEGEL»
AOSa
tik. ^7^
Okładkę i obwolutę projektował WŁODZIMIERZ TERECHOWICZ
'\ f , t-f
OSOBY:
ANTONIO DE HERREZUELA
baccalaureus prawa kanonicznego ELEONORA ALVAREZ DE CISNEROS, jego żona CARLOS DE SESO kacerze
JUAN SANCHEZ
AGUSTIN DE CAZALLA, augustianin FERNANDO RAMON ALVAREZ DE CISNEROS,
członek kortezów, krewny Eleonory MELCHIOR CANO, dominikanin, profesor akademii FILIP II, król Hiszpanii
ANNA DE MENDOZA Y LA CERDA, księżna d'EBOLI ANTONIO PEREZ, zdrajca
DOMENICO THEOTOCOPULI, zwany El Greco DIEGO MACIAS, służący El Greca POMPEO LEONI, rzeźbiarz włoski FREDERICO ZUCCARO )
ROMUL0 CINCINNATO / malafZe Wł°SCy W Escorialu
DON FADRIQUE 1 J
T . _________\ dworzanie
DON JAYME j
MIGUEL D'ANTONA, błazen
DIEGO DE CHAVES, dominikanin, spowiednik króla
FRANCISCO ESQUERRER, franciszkanin
GERONIMA DE LAS CUEVAS, nieślubna żona El Greca
JORGE MANUEL THEOTOCOPULI, ich synek
PABLO DE FEZ, mauretański chłopiec, wychowanek El Greca
MANUSSO THEOTOCOPULI, filozof, wuj El Greca
JUAN DE LAS CUEYAS, tkacz jedwabiu, brat Gerónimy
EUFROZYNA DE LAS CUEVAS, ich ciotka
FRANCESCO PREBOSTE, malarz, faktotum El Greca
MARTIN DE AYALA, hrabia na Fuensalidzie,
PEDRO MOYA DE CONTRERAS, inkwizytor
ALEJANDRO SENSINO, malarz, później urzędnik Inkwizycji
ANTONIO COVARRUBIAS, kanonik katedry toledańskiej
LUIS DE CASTILLA, sędzia
LUCASDE ALLENDE, dominikanin
MARKIZ DE YILLENA, właściciel domu, gdzie mieszkał El Greco
MIGUEL CARCANDIL, żydowski złotnik ^ Grecv DIOGENES PASOMONLIO, lekarz /
LUIS DE VELASCO J
BLAS DEL PRADO J, malarze toledańscy LUIS DE CARVAJAL j
LUIS TRISTAN I uczniowe E1 Grecfi
DIEGO DE ASTOR /
ALONSO ERCILLA Y ZUNIGA ^
> Doeci
LUIS DE GÓNGORA Y ARGOTE /
INEZ DE TORESS, kurtyzana, kochanka Martina de Ayala MARIA DE LA VISITACION, cudotwórczym MIGUEL j
ROSITA l służba El Greca
BARBARA j
EUSEBIO DE VILLAROJA, augustianin
ANDRES NUNEZ, preboszcz kościoła Santo Tomś
JUAN LOPEZ, wójt
BALTAZAR, żebrak
ISIDRO DE LA BARRA, żebrak
RODRIGO DE GRIS, franciszkanin
JULIO CLOVIO, miniaturzysta greckiego pochodzenia ALEXANDRA CLOVIO, jego córka
BENEDETTO BECCADELLI, prałat Kościoła rzymskokatolickiego INIGO DE CAZARES, gwardian klasztoru San Juan de los Reyes ANTONIO SILVESTRE DE PRIEGO Y CABREJAS, dominikanin, prokurator Inkwizycji JUAN DE MARIANA, jezuita, historyk
Ośmiu aragońskich żołnierzy, trzech portugalskich jezuitów, jeden majordomus, itd.
Prolog
VALLADOLID 24 czerwca 1559 r.
Ani całkowita bezradność, ani strach, ani rozterki sumienia nie dokuczały im tak jak ten smród coroz, który ich straszliwie oszałamiał, gdy tak szli między falującym, rozszalałym tłumem. Owe corozy, dla hańby założone kołpaki w kształcie stożków, z wymalowanymi na nich diabłami i językami ognia, czuć było stęchlizną dużo straszniejszą niż grobowy smród więzień. Tylko najmłodszemu z czterech więźniów, Juanowi Sanchezowi, przypominały owe kołpaki karnawał, bo tak samo karnawałowe były owe sanbenitos, koszule pokutnicze ozdobione płomieniami i diabłami, a u penitentów czerwonymi krzyżami św. Andrzeja z przodu i z tyłu, jak i małe zielone krzyżyki, które skazańcom wkładano za kajdany. Mniej już karnawał przypominały mordaza — kneble wtłoczone w usta, które z najbardziej zatwardziałych kacerzy robiły potulne, syte pytony. Trzeba było przecież zapobiec, by nie rozmawiali z otoczeniem, by nie dawali świadectwa swym bezbożnym, zuchwałym wierzeniom. Razem z innymi żuł nieustannie swój knebel, ledwie poruszając ustami, Antonio de Herrezuela, baccalaureus prawa kanonicznego, potomek jednej z najstarszych rodzin w Valladolid, mąż bardzo jeszcze młodej Eleonory Alvarez de Cisneros, która razem z innymi penitentami szła w pochodzie daleko przed nim. Żuł tak samo swój knebel mały Włoch, Carlos de Seso, który był duszą tajemnych kacerskich konwen-tykli w Valladolid i w Sewilli. Ponieważ, jak krążyły pogłoski, Juan Sanchez pierwszy załamał się przy prze-stechaniach, nie założono mu knebla. Tak samo nie zakładano knebla schorowanemu wątłemu ojcu Agustinowi de Cazalla, który był dawniej pierwszym kaznodzieją na dworze Karola V. Aż do chwili pozbawienia go godności kapłańskiej mógł jeszcze nosić czarny habit augustiański, teraz więc szydercze okrzyki tłumu raziły go może jeszcze bardziej niż iamtych trzech towarzyszy niedoli.
A karnawałowy pochód szedł nieprzerwanie. Tłum krążąc dookoła pokazywał sobie skazanych, przechodził bocznymi uliczkami, by znowu być jak najbliżej prowadzonych. Tu i tam widziało się trumny ze zwłokami kacerzy, którzy zmarli w czasie przesłuchania. Najprzedniejsi ze szlachty nosili je na ramionach, żądni tylko tego, by ich król zauważył. W oczach ich malowała się zawiść i zaciekłość, walczyli o pierwszeństwo, nic więc dziwnego, że często autodafe bywało zakłócane bójką. W innym miejscu, tuż przed urzędnikami Inkwizycji jadącymi na udekorowanych mułach, niesiono podobizny zbiegłych i osądzonych zaocznie kacerzy, bo nawet i ich cienie musiały być spalone. Dalej widać było trzy lalki na kijach w żydowskich szatach śmiertelnych, jednego zakonnika i ośmiu Hiszpanów. Ci, co je nieśli, zachowywali powagę — a i tłum był poważny — gdy tak przechodzili w pochodzie pochylając lalki jak marionetki. To był przecież karnawał. Ale już mniej przypominał karnawał ów kamień rzucony z okna, niepokojąco duży i kanciasty, który — przeleciawszy tuż obok Carlosa de Seso — długo jeszcze toczył się po bruku. Był to pewno wybryk wynikły z nadmiaru gorliwości, bo jak to już od tygodnia ludziom wbijano w głowę, każde wystąpienie na własną rękę w tym pierwszym autodafe przed młodym królem miało być surowo karane. Działo się to przecież zaledwie o parę kroków od miejsca, gdzie król miał czekać na skruchę skazańców. Może jednak rzucono kamieniem tylko dlatego, że nie dość szybko okazali skruchę, i Herrezuela, i San-chez, i de Cazalla, i wreszcie Carlos de l^eso, który tak jak inni patrzył tylko ciągle w górę szeroko otwartymi oczyma w fanatycznej twarzy, z głową wciśniętą w wykoślawione ramiona: śmieszna postać w mitrze, jeszcze do tego krzywo osadzonej na głowie. Cazalla wyglądał ponuro i wlókł się nie zwracając uwagi na ten wypadek, na który tłum zareagował wrzaskiem. Herrezuela szedł wyprostowany, ze zmarszczonym czołem, z podniesioną głową, jak gdyby był jedyną ofiarą prowadzoną po ulicach miasta. Ledwo kamień po swych kapryśnych podskokach zatrzymał się w miejscu, a już alguaciles1 wdarli się do domu, skąd został rzucony. Wtedy to właśnie Juan Sanchez wstrząsnął kajdanami i zaczął się demonstracyjnie śmiać. Jego piękne rozchylone usta wyrażały zdumienie i jednocześnie zadowolenie. Skoro tylko głos Juana wzniósł się ponad gwar tłumu, odległe warczenie bębnów i chór chłopięcy śpiewający „ora pro illis", zaraz dwóch dominikanów, w których asyście szedł, przyskoczyło do niego, by jak najprędzej usłyszeć jego wyznanie skruchy. Liczono na to na pewno. Był on najmłodszy i najmniej wykształcony z czterdziestu dwóch. Po nim z kolei miał mówić Cazalla. Ale zanim dominikanie podeszli do niego, zdążył wstrząsnąć kajdanami niezręcznym ruchem, boć ciążyły mu bardzo, i kolejno spoglądając to na Herrezuelę, to na Seso, którzy szli przed nim, zawołał głośno:
— „Mówię wam, ludzie, jeżeli ci milczą, to kamienie zaczną wołać..."
Był to werset ze świętego Łukasza. Można by dyskutować, czy werset ten był odpowiedni po rzuceniu kamieniem, najwidoczniej jednak przygotował go już przedtem. Okrzyki wzmogły się. Tłum zrozumiał wszystko prawie tak szybko jak dominikanie, którzy rozczarowani zaczęli się wycofywać. Żołnierze podali sobie ręce, by powstrzymać szalejący tłum; tak zatwardziałym kacerzom groziła każdej chwili śmierć z ręki jakiegoś fanatyka. Ale Juan Sanchez nauczył się na pamięć z małej, do więzienia prze-szmuglowanej, hiszpańskiej Biblii — nie Łukasza, lecz Mateusza. Trzej familiaresi Inkwizycji podbiegli jednocześnie do skazańców z trzema dyndającymi na skórzanych paskach mordazami, białymi, jakże skutecznymi narzędziami tortur.
— „Oto ja was posyłam jako owce między wilki, bądźcież tedy roztropnymi jako węże, a szczerymi jako gołę-bice!" — zawołał Juan Sanchez. Szedł trochę przechylony do tyłu, z niemal zadowolonym uśmiechem na ustach, jak młody andaluzyjski arriero2 za swoimi mułami, które właśnie mają ruszyć w drogę. Jego białe wilgotne zęby lśniły jakby na znak, że niczego się nie boi. „A strzeżcie się ludzi, albowiem będą was wydawać..."
Zaczęto w pośpiechu przekazywać instrukcje wpierw w sprawie Juana Sancheza, tak się przynajmniej wszystkim wydawało. Człowiek wyglądający na kościelnego, z odstającymi uszami i metalowym krzyżem na piersiach, z brodą desperacko wysuniętą do przodu, rozdawał kneble swoim pomocnikom na prawo i lewo, a tłum tymczasem szedł ciągle naprzód, powoli, wlokąc się prawie.
— Szatan, skurwysyn! Cara de hereje! Zabijcie go!
Juan Sanchez wstrząsnął pogardliwie głową, uśmiechnął
się, spojrzał jeszcze raz dużymi, brunatnymi oczyma na idących przed nim dwóch skazańców i w dalszym ciągu recytował Mateusza. Wyczuwał, że Herrezuela i de Seso byli szczęśliwi słysząc cytowane przez niego wersety, choć nie oglądali się za siebie. Czuł, że choć kiedyś był ostatni, teraz stanął na pierwszym miejscu w konwentyklu szlachciców i uczonych, którzy, opanowani panicznym strachem, prawie co do jednego wyparli się swej wiary i zdradzili ją. Tak też było naprawdę. Ten ubogi duchem człowiek wynagrodził Carlosowi de Seso wieloletnią pracę misjonarza; ziarno męczenników zaczęło w narodzie wydawać owoce — tak musiało być. A Herrezuela, słuchając głosu dochodzącego z tyłu, przestał po raz pierwszy myśleć o swojej młodej żonie, która go się wyparła, i o trzyletnim synku, który może na całe życie zostanie pohańbiony, a myślał już tylko o stosie jak o czymś pięknym, gdy przyjdzie mu cierpieć z takimi towarzyszami, z taką trójką przyjaciół.
— „A nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą; ale raczej bójcie się tego..."
W ogólnym zamieszaniu, jakie wynikło po upadku na ziemię Cazalli, wtykano kneble bardziej brutalnie niż zwykle. Przy zakładaniu knebla stracił Juan Sanchez jeden ząb, drugi ząb przebił mu język. Nie mógł nawet wypluwać krwi. Milczał teraz, a werble halabardzistów Inkwizycji, którzy otwierali pochód, przerwały ciszę narastającym grzmotem, który szybko zamarł. Wchodzili właśnie na plac, szeroki, skąpany w słońcu, otoczony murami obronnymi, na którym w oddali niewyraźnie rysowały się drewniane trybuny. Pochód skierował się teraz w lewo, stłoczony w wąskim przejściu, nad którym dwa dziwacznie rzeźbione wykusze stykały się niemal z sobą nad głowami przechodniów. Każdy wyciągał szyję. Każdy chciał rozpoznać króla pomiędzy innymi dostojnikami tam, w oddali. El Rey Nuestro Seńor, El Rey Don Felipe, młody, pobożny król, gdy tylko wyrok zostanie odczytany, będzie się rozkoszował skruchą tych trzech skazańców, triumfem wiary. Przed nimi stał stos, wielka atrakcja motłochu, stos, który nie mógł już być triumfem dla tych wyrafinowanych ludzi, stawiających dogmaty wyżej niż przysmażaną krew. To, co każdy z nich myślał, że Cazalla upadł na ziemię z powodu fizycznych dolegliwości, nie było prawdą, był jakiś inny powód. Teraz zwisał bezwładnie w ramionach dwóch dominikanów, którzy go czule obejmowali ramionami i mówili do niego, a on im tylko szeptem odpowiadał:
— Peccavi3, bracia...
Tłum, który był świadkiem tysięcy scen tego rodzaju, zrozumiał tak samo szybko, jak uczeni mnichowie, doniosłość tych słów. Kilkadziesiąt osób stojących w pobliżu przeżegnało się, wilgotne oczy wzniosły się ku niebu, jakaś stara kobieta uklękła i zaczęła odmawiać dziękczynne modły. Ksiądz, przedstawiciel Boga na ziemi, już nie błądził po manowcach, odwołał swój błąd.
Król złożył przysięgę przy ołtarzu na ręce wielkiego inkwizytora, Fernando de Valdesa, arcybiskupa Sewilli. W tym czasie wszystko wydawało się martwe, jedynie dymy kadzideł i języki ognia na żółtych świecach żałobnych nieznacznie się poruszały; król wyciągnął miecz, który nie zadrżał nawet, twarz króla była jak z wosku. Fioletowa postać cofnęła się, narzucona na nią komża trzepotała na wietrze, a tłum swoim głuchym „amen" akompaniował donośnym, choć przerywanym przez wiatr, słowom przysięgi wygłaszanej przy każdej z czterech stron placu. Potem słychać już było tylko frenetyczny okrzyk: „Viva El Rey!" Krzyk ten wznosił się ponad krzyże i halabardy, i ponad zielony krzyż na ołtarzu, którego przez całą noc strzegli dominikanie, i ponad owinięty czarną tkaniną krzyż żałobny, i ponad błazeńskie mitry i zielone krzyże skazańców, którzy siedzieli na najwyższych stopniach trybuny, wznosił się wzdłuż balkonów z powywieszanymi na nich reposteros 4; siedziały tam szlachetne damy i mieszczki poruszając nieustannie wachlarzami. Potem krzyk odbity koncentrycznie zwrócił się ku lekko pochylonej postaci z łańcuchem orderu Złotego Runa na piersiach. Z odsłoniętymi jasnymi włosami, odziany w ciemny aksamit, król stał pod perystylem ratusza, tuż przy środku balustrady, na której trzepotały na wietrze czerwono-żółta flaga i czerwony, oznaczony krzyżem, proporzec Inkwizycji. Król dyskretnym ruchem podziękował tłumom, potem cofnął się i stanął w pewnej odległości od świty. Wśród grona dygnitarzy państwowych zwracali powszechną uwagę Ruy Gomez, książę d'Eboli i jego młoda żona, Anna de Mendoza y la Cerda, córka wicekróla Peru, którą sam Filip wydał za mąż za podstarzałego dworzanina, swego faworyta. Przed ratuszem, po obu stronach ołtarza, wznosiły się dwie duże trybuny, po lewej stronie króla — dla oskarżonych, po prawej — dla inkwizytorów. Pod trybuną dla inkwizytorów znajdowało się oddzielne pomieszczenie, gdzie można było odpocząć lub też odbywać pilne narady. Agustin de Cazalla, zupełnie już załamany, a jednak ze szczęśliwym uśmiechem na ustach, opuścił właśnie to pomieszczenie i pochylony, zamyślony, pcd nieustanną obserwacją inkwizytorów i familiaresów, przeszedł do przeciwległej trybuny. Wspiął się na samą górę, zrobił znak krzyża i pochylił się ku Herrezueli.
W międzyczasie robiono przygotowania do odczytywania wyroków. Przyniesiono pod kazalnicę, z której Melchior Cano wygłaszał kazania, obitą czerwonym aksamitem skrzynkę z dokumentami; poustawiano ławki, na których wezwani mieli zająć miejsca; familiaresi biegali tam i z powrotem; inkwizytorzy, prałaci, dominikanie, niektórzy wycierając sobie usta, wchodzili kolejno na trybuny, gdy tymczasem damom w perystylu podawano pierwsze napoje orzeźwiające. Rozmawiano tu przeważnie o kazaniu Melchiora Cano; nawet księżna d'Eboli, której drobna, zarozumiała twarzyczka była z jednej strony zasłonięta czarną chustką (straciła oko przy szermierce), przyznać musiała, że owo kazanie było klasycznym majstersztykiem i że stanowiło sensację dnia. Ale kazanie to przedstawiało jeszcze coś więcej. Było ono generalną rozprawą z luterańskimi schizmatykami, z tymi, „zatrutymi gadami, roznosicielami choroby, źródłami zarazy". Inne zbrodnie, które miały być odkupione owym autodafe, oraz wykroczenia mające mniejsze znaczenie kaznodzieja pominął milczeniem, choć dla całkowitej pokuty nie powinny być przed królem zatajone. Dla tego, kto te sprawy rozumiał i znał dobrze samego mówcę, stanowiło ono krasomóv/cze wyzwanie całego hiszpańskiego Kościoła przeciwko papieżowi Pawłowi IV. W roku 1558 został papież poniżony przez hiszpańskie wojska, a mimo to kierował się własną jurysprudencją, nie publikował poddańczych buli i listów, co ciągle nie było w smak świeckiej autokracji i ambitnym kongregacjom. W gronie posłów brak było papieskiego nuncjusza. Nie chodziło tu o ratowanie Carlosa de Seso, nuncjusz, chcąc zaznaczyć sprzeciw rzymskiej Inkwizycji, niejednokrotnie już w tych sprawach protestował, a teraz przez swą nieobecność chciał wygrać ostatni, choć całkiem już bezsilny, atut. To, że papieskie więzienie i obozy dla kacerzy były jeszcze bardziej nieludzkie od hiszpańskich, nie grało żadnej roli, chodziło tu tylko o prestiż. Od pewnego już czasu papież stał na stanowisku, że wszyscy kacerze bez żadnej różnicy powinni być paleni na stosie; znał się on dobrze na ludziach, lepiej może niż niejeden świecki możnowładca, nabrał doświadczenia po tylu oszukańczych fortelach i teraz już nie przywiązywał większej wagi do nawrócenia w obliczu straszliwej śmierci; on nie czekałby na skruchę tak jak Filip! W tym wypadku wszyscy byli jednomyślni: Cano nie okazujących skruchy kacerzy za mało do skruchy nakłaniał, w każdym razie mniej niż król, by sobie tego życzył. Emocję, święte oburzenie, bezsilność wobec przytłaczającego go zapału słychać było w głosie sławnego dominikanina, profesora akademii w Salamance, koryfeusza soboru trydenckiego. Ten mały, stary człowiek, zawzięty przeciwnik jezuitów, mistyków i tego wszystkiego, czego nie dało się ogarnąć prostolinijnym rozumem, gdy tak czytał kacerskie nauki, wyglądał strasznie, twarz miał zbolałą, zapłakaną, jak gdyby brudną — jak gdyby zbierało mu się na mdłości — a ramiona wysoko podciągnięte. Z tego załamania — stosując metodę kontrastu — podnosił się za każdym razem tak na ciele jak i na duchu, osiągając szczyty ironii i ciętej jak lancet dialektyki, co wywoływało zawsze powszechny zachwyt. List apostoła Jakuba, który Luter nazwał pogardliwie „słomianym listem", skierował jak wyzywającą rękawicę przeciwko wyblakłemu i pozbawionemu mocy paragrafowi Augsburskiego Wyznania, gdzie dla usprawiedliwienia się stawiają wiarę wyżej niż dobre uczynki. Przytoczenie Summa teologiae św. Tomasza z Akwinu mogło by wystarczyć zwykłemu seminarzyście, Cano jednak po kilku upozorowanych dygresjach zaczął zgłębiać dzieła Pawła, najsilniejszą twierdzę nieprzyjaciela. Chodziło mu o to, by dobrym uczynkom przywrócić ich właściwą wartość, zgodnie zresztą z prawdziwymi intencjami Pawła, ale wynalezienie i podtrzymanie tej tezy wymagało nie lada kunsztu i scholastycznej mądrości.
Motywy z liturgii na dzień św. Jana połączył kaznodzieja misternie z liturgią na trzecią niedzielę po Zielonych Świątkach, która wtedy przypadała właśnie w dniu 24 czerwca. Najpierw przytoczył Ewangelię na tę niedzielę z 15 rozdziału świętego Łukasza, wprowadzając po raz pierwszy tak dawno oczekiwane porównanie z zagubioną owieczką, potem, trochę jak gdyby zażenowany, nawiązał do homilii świętego Augustyna, w których, jak na smak dominikanina, zbyt wiele było mowy o Niepokalanym Poczęciu. Nad sporną i drażliwą sprawą autorytetu papieża przeszedł mówca przezornie do porządku dziennego, tym bardziej nie wspominał o predestynacji, o zakwestionowaniu boskości Chrystusa, o krytyce Pisma świętego, o małżeństwie księży i o innych luterańskich bezecnoś-ściach, o których rozpowszechnianie oskarżone stały tam teraz na trybunie zabłąkane na manowce owieczki. Arcydziełem samym w sobie była perora wygłoszona na zakończenie kazania. Melchior Cano był nie tylko tomistą, lecz także humanistycznie wykształconym filozofem z pre-dylekcją do analogii i do zaskakującego wykazywania właściwych proporcji, jego kazania były zawsze kwieciste, głębokie, konsekwentne. Przypomnieć tu należy porównanie, które zrobił już na początku kazania, pomiędzy zapalonym poprzedniego wieczoru własnoręcznie przez króla ogniem na cześć świętego Jana, a stosem przygotowanym przez Święte Oficium. W dalszym ciągu kazania sięgnął do odległej, historycznej przeszłości, przeplatając ironię mnóstwem bardzo uczonych cytatów z pism żyjącego za czasów wczesnego chrześcijaństwa Szymona Maga, owego według apologety Ireneusza fałszywego proroka, „ojca wszelkiego kacerstwa". Istotnie, Szymon Mag był uznawany przez protestantów za gnostycznego prekursora reformacji, i właśnie protestanci przypisują mu „sola ji-des justificat"5 oraz odrzucenie dobrych uczynków, a co się tyczy legendarnej rozwiązłości obyczajów Szymona, to przypisują ją bujnej wyobraźni ojców Kościoła. Następnie Cano opowiadał, /jątk tó ó^V grzeszny czarodziej wędrował po Palestynie i jak go apostoł Piotr prześcignął w cudotwórstwie. Podróż odbywała się stale w towarzystwie jakiejś Heleny, która według Szymona była uosobieniem mądrości bożej, a w rzeczywistości była tylko przeklętą nierządnicą z Tyru, jeżeli mamy wierzyć Ter-tulianowi. Przy tej okazji Melchior Cano spojrzał badawczo i bardzo poważnie spod swoich krzaczastych brwi w kierunku Eleonory Alvarez de Cisneros, ślubnej małżonki Antonia de Herrezuela, który dawno już przyznał się swej żonie do herezji. Od tej chwili kaznodzieja na nią nie patrzył. Aluzja była dla wszystkich więcej niż zrozumiała. Jan Chrzciciel i Salome dokonali reszty.
— Jeżeli mamy wypełnić smutny obowiązek wobec naszego arcychrześcijańskiego majestatu i w streszczeniu przedstawić alegoryczny obraz grzechów, które mają być w dniu dzisiejszym sądzone, to obraz ten będzie tak wyglądał: Helena, ta nieobyczajna nałożnica Antychrysta, to siostra rozpustnej morderczyni Gwiazdy Zarannej Chrześcijaństwa, Świętego Wysłannika Boga, którego dzień urodzin dzisiaj właśnie obchodzimy i którego duch, oby nas wszystkich oświecił! Obie teraz pewno wzdychają, i ta jedna w nieprzeniknionych ciemnościach, i ta druga, kobieca — i jednocześnie jakże mało kobieca! — Gog i Magog. A z nimi razem wzdychają i będą wzdychać pokrewni im duchem, ich potomstwo, ich przeklęte ziarno, dzieci i wnuki ich zarażonych brzuchów! Jednakże zamierzenia boskie są nieodgadnione. Jego cierpliwość jest niewyczerpana, tak że nawet dla kacerzy jest jeszcze jakiś ratunek w perspektywie! Łaska może się objawić przez nawrócenie na wiarę Chrystusa, a jeżeli nie ma nawrócenia, to łaska objawia się oczyszczającym ogniem, który, ct^ć spala ciało, to jednak duszy żałującej za grzechy daje możność przy pomocy niebieskiej uniknąć wiecznego potępienia! „Morbida facta pecus totum coTrumpit ovile"6. Oby ta lapidarna maksyma, jak również i dewiza naszego św. Dominika: ,,Justitia et mi-sericordia"7 przez długie dni stanowiły drogowskazy Świętego Oficium, które dlatego też nie odtrąca nieodwołalnie owych parszywych owiec. Bo przecież, bracia, dla naszego Pana, dla Boga w Trójcy Jedynego i naszej Świętej Matki Kościoła wszystko jest możliwe. I choć doświadcza On w nadmiarze niepojętej łaski tych wszystkich, których kocha, to ci, którzy Go kochają, choćby nie wiem jak byli grzeszni, nawracać się powinni z miłości, a nie z niewolniczej skruchy, nie z obawy przed męczeństwem! Bracia, czyliż w niebie nie będzie więcej radości z jednego grzesznika, który przez Chrystusa na nowo się narodził w Duchu Świętym i z powrotem zostanie przyjęty na łono Kościoła, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia?
Nic więc dziwnego, że w czasie tego wspaniałego popisu krasomówczego oczy wszystkich obecnych były stale zwrócone na Eleonorę de Cisneros, a ta, blada i bezsilna, siedziała w pierwszym rzędzie trybuny pomiędzy chłopem, który w dniu 23 marca 1551 roku twierdził po pijanemu, że małżeństwo jest jednak zawsze lepsze od celibatu (opinia bardzo często wygłaszana i ze specjalną zawziętością zwalczana przez Inkwizycję), a Żydem, który na sobotę specjalnie się wystroił. Obaj zostali napiętnowani i oskarżeni o kacerstwo, a ich źle opatrzone, ropiejące rany czuć było teraz jeszcze bardziej pod działaniem promieni słonecznych. (Z uwagi na to, że jedni zatwardziali grzesznicy przyznali się całkowicie do winy, inni zaś swe herezje odwołali, dodatkowe śledztwo było już niepotrzebne, a wobec luteranów nie stosowano nawet dręczącego przesłuchiwania.) W tym czasie rozważano szanse Cazalli, który wciąż jeszcze słowami i gestami starał się nawrócić Her-rezuelę, a nawet od czasu do czasu zwracał się do innych. Nie mogli mu odpowiadać, wstrząsali tylko przecząco głowami. Nie mogli nawet myśleć, bo głowy ich były wypełnione wymawianymi przez Cazallę słowami i tym wszystkim, co słyszeli z ust consultores8 przez całe czternaście dni, a także z powodu upału, zaduchu gnoju i mordazas. Tylko Herrezuela, wpatrując się w naznaczoną czerwonym krzyżem Włosienicę swojej żony i w to miejsce, z którego jeden po drugim, z zapalonymi świecami w rękach, wychodzili pokutnicy, by usłyszeć każdy swój wyrok, myślał
0 swym zmarnowanym życiu. Bo nawet gdyby nie stał twardo przy swoich zasadach, nawet gdyby swe wierzenia zawczasu odwołał, to i tak życie jego było zmarnowane przez ściągniętą na siebie hańbę i wszelkie możliwe dyskryminacje. Wzroku nie podnosił wyżej jak do swej drewnianej ławki. Stracił już zupełnie nadzieję na znak z pery-stylu, którym miano go zawiadomić, że jego synek jest już w bezpiecznym miejscu, gdzie będą go wychowywali pod innym nazwiskiem.
Odczytywanie wyroków było raczej monotonne: grzywny, konfiskaty (przy których skarbnik koronny ostrzył sobie zęby), biczowanie, galery, kara więzienia z obowiązkiem nieustannego noszenia sanbenito, kary moralne dla w pełni wyrażających skruchę luteranów i kalwinów. Tłum zaczął już robić zakłady co do kolejności, w jakiej owi trzej zatwardziali będą się załamywać przy torturowaniu, co do stopnia doskonałości stosowanych tortur
1 co do tego, jaki koniec każdego z nich czeka. Powszechna wściekłość na krnąbrnych kacerzy łagodzona była nadzieją, że ujrzy się ich w płomieniach bez wstępnych tortur z duszeniem włącznie. Dopiero wtedy, gdy Eleonora de Cisneros przeszła ku przodowi i gdy usłyszała nad sobą piskliwy głos sekretarza, widowisko stało się znowu centrum ogólnego zainteresowania. Wysoko na trybunie towarzyszący Agustinowi de Cazalla dominikanie prześcigali się w walce o jego duszę.
Don Fernando Ramon Alvarez de Cisneros stał zupełnie z tyłu, pomiędzy innymi członkami kortezów. Unikano go raczej z poczucia taktu, a nie z obawy, by zostać skompromitowanym, bo mimo wszystko był w dalszym ciągu persona grata Filipa, on to przecież bronił praw króla wobec innych stanów. Eleonora była jego wnuczką stryjeczną, a stosunki z Herrezuelą, który nigdy nie należał do rojalistów, do zwolenników absolutnej władzy monarszej, były raczej oficjalne. Nikt nie myślał, by go posądzać
0 kacerstwo, z natury twardy i uparty miał na tyle odwa-
by składać z góry skazane na niepowodzenie wnioski w każdym urzędzie, który wchodził w tych sprawach w rachubę. Pozwalano mu wnosić podania i potem zostawiano go w spokoju. Jedyną rzeczą, jaka mu się udała, było uprowadzenie małego Antonia; na wsi, niedaleko Me-dina del Campo, miał być chłopiec wychowywany w rodzinie leśniczego, pod innym nazwiskiem, tak by go nie dosięgła hańba, która rodziny skazanych pozbawiała wszelkich praw. Niepomny na sukces, oczywisty dla każdego rozsądnego człowieka, Fernando był wciąż wściekły i podniecony. Obecność Filipa, którego do pewnego stopnia uważał za swego protektora, była mu solą w oku. Jego duma i subtelność buntowały się przeciw corozas, przeciw źle założonemu sanbenito Eleonory, przeciw kneblom, które ze skazańców robiły bezbronne ofiary i przeciw augustianinowi, o którego tchórzostwie opowiadano już sobie ostrożnie w jego otoczeniu najrozmaitsze dowcipy. Fernando był jeszcze dosyć młody, bardzo energiczny
1 stanowczy, za nic na świecie nie cofał się z raz obranej drogi; w czasie służby wojskowej we Włoszech odznaczył się odwagą, niektóre z jego wyczynów przysporzyły mu sławy, wieści o nich dotarły nawet do dworu królewskiego, choć zrobiły tam może mniejsze wrażenie niż sprawy grandów, którzy stale siedzieli w domu i pojedynkowali się o każde lekceważące spojrzenie. Jeżeli teraz, w tej właśnie chwili, nie będzie działał, to przez całe życie będzie się czuł pohańbiony, nawet bez udziału Inkwizycji. Nuda, upał, chęć poruszenia się z miejsca robiły jednak swoje, nawet w najbliższym otoczeniu króla zaczęto już zmieniać stanowiska i wtedy Fernando zorientował się, że jego szansa nadeszła. Wystąpił z szeregu, przeszedł okrężną drogą, na której słońce jeszcze bardziej paliło jego i tak już opaloną twarz oraz spłaszczony trochę, orli, przechodzący bezpośrednio w czoło nos — i podszedł do Filipa. Idąc starał się nie dotykać rękojeści szpady. Za plecami jakiegoś wysokiego urzędnika Inkwizycji, z którym król właśnie rozmawiał, starał się uchwycić choć jedno spojrzenie tych zimnych, sennych, zmęczonych, szaroniebieskich oczu pod ciężkimi, zwisającymi powiekami. Urzędnik po chwili oddalił się, Fernando de Cisneros, ku wielkiemu zdziwieniu czterech czy pięciu stojących za królem szlachciców, wysunął się szybko ku przodowi i owijając się mocniej płaszczem, głośno, władczym tonem powiedział:
— Chyba nie zasłużyłem sobie u waszego majestatu, by w tak niegodny sposób traktowano wykształconego cabal-lero oraz spokrewnioną ze mną kobietę.
Było to niesłychane naruszenie etykiety, ale Filip uważał się tego dnia za sługę bożego i każdą próbę usprawiedliwienia się przyjąłby chyba życzliwie. Od urodzenia jąkał się, w trochę niekształtnej, atletycznej szczęce i w mięsistych wargach trudno mu zwykle przychodziło formułować słowa, a jednak teraz, zanim któryś z dworzan otrząsnął się z przerażenia, miał już odpowiedź gotową. Zdecydowana postawa tamtego sprawiła, że i on stał się zdecydowany, tym bardziej że myśl miał zawsze bystrą, a tę wadliwą, skąpo 'wymierzaną mowę należało w znacznej mierze przypisać reakcjom na służalcze i dyplomatyczne otoczenie, obsypujące go uprzejmościami, o których zawsze myślał, że odnoszą się do jego ojca.
— Gdyby mój syn był kacerzem — powiedział — to sam, własnymi rękoma, nosiłbym drewno na stos dla niego.
— Ale nie wolno stawiać go z kneblem w ustach pod pręgierzem!
— Widać na to zasłużył.
— A jednak tak się nie stanie! — zawołał Fernando de Cisneros z wściekłością.
Jakaś chłodna, wilgotna ręka chwyciła go za przegub dłoni i odciągnęła do tyłu. Opanował w sobie chęć rzucenia się na króla, a tymczasem król odwrócił się od niego i wpatrywał się teraz nieruchomo w plac, na którym odczytywano ostatnie wyroki. Promienie popołudniowego słońca padały na wznoszące się po wschodniej stronie pagórki; wysoko na trybunie błyszczały wyzywająco trzy spiczaste czapki. AIg pod spiczastymi czapkcimi nic było już widać knebli...
Jeszcze tylko kilka minut — szepnął mu jakiś głos do ucha i ktoś odsunął go jeszcze bardziej w bok, do samej balustrady. — Nie psuj jego królewskiej mości efektu, Don Fernando.
— I tak już jestem w niełasce — odpowiedział gwałtownie członkowi kortezów, który chciał go uciszyć. — Cóż to za komedia?
Teraz zrozumiał wszystko. Sekretarz stanął znowu za pulpitem. Pod nim, ukośnie, wsparta o Żyda leżała Eleonora de Cisneros. Była to ostatnia szansa dla tych trojga, Filip czekał na skruchę. Gdy ich stamtąd wypuszczą i przekażą świeckim oprawcom — na skruchę będzie już za późno. Wtedy pozostawała już tylko garrote, żelazny przyrząd do duszenia, ona tylko mogła ich wybawić od mąk w płomieniach. Ukradkiem spoglądał na króla, który musiał chyba wydać rozkaz, by pozdejmowano kneble z ust oczywiście pod warunkiem, że kacerze nie będą głośno się wypowiadać. Rzeczywiście z najwyższego rzędu ławek nie słychać było ani krzyków, ani śpiewów, ani nawet słów Ewangelii. Długa, młoda, trochę końska twarz z filigranowym noskiem wydawała się teraz pogrążona w rozmyślaniach. Filip II był nie tylko pobożnym dogmatykiem, był także artystą, choć teatr w jego kraju znajdował się jeszcze wtedy w opłakanym stanie. To swoje pierwsze autoda-fe wyobrażał sobie jak Sąd Ostateczny z niewidocznym archaniołem Michałem, który błyskawicami serca ludzkie będzie nawracał nawet wtedy, gdy nikt się już nawrócenia nie będzie spodziewał. W jego oczach był strach, bezradny strach, że palec boży może zrobić zawód. I choć sekretarz do końca mówił wolno i robił przerwy po każdym zdaniu, choć prosił świeckie władze o łagodne i łaskawe traktowanie skazańców, to jednak żaden znak nie przerwał mu przemówienia. Promienie słońca padały teraz z ukosa na scenę. Antonio de Herrezuela, Carlos de Seso, Juan San-chez mogli przełykać, żuć, oddychać ustami, ziewać, pluć, wyciągnąć język, nic jednak nie mówili. Tłum zamarł w milczeniu. Teraz wydawało się, że pokutnicy ubrani w żółte koszule z czerwonymi krzyżami, automatycznie trzymając przed sobą wypalone już świece, pełzając, jak gdyby zbliżali się do siebie; najniższy rząd ławek był już w zupełnym cieniu. Na trybunie inkwizytorów ludzie siedzieli podpierając rękoma podbródki. Król odwrócił się i ze spuszczoną głową zniknął w sali recepcyjnej ratusza.
Fernando de Cisneros na szczęście przypomniał sobie wreszcie o zadaniu, jakie miał do wykonania. W pół godziny później udało mu się dać znak Herrezueli, że jego dzieckiem ktoś się zajmie. Nienawiść Fernanda do króla wzmogła się jeszcze bardziej, bo właśnie zobaczył, jak dla chwilowego wytchnienia pędzą do więzienia trzech skazańców z kiwającymi się kołpakami na głowie, z kneblami znowu na ustach, wśród przeklinającego ich tłumu. Odgłos dzwonów rozlegał się, nie żałowano ani kamieni, ani zgniłych owoców.
A jednak palec boży nie stracił jeszcze zupełnie swojej mocy. O północy Carlos de Seso załamał się, odwołał swoje herezje i zażądał księdza. Pozwolono mu się wyspowiadać i przyjąć komunię, ale oczywiście nie dano mu ostatniego namaszczenia, choć o nie prosił. Za skruchę i dobre sprawowanie zamiast sakramentu dostał na pociechę trochę wina do picia, potem dodawano mu otuchy, przypominano, że choć nawrócenie przyszło zbyt późno, to jednak kara, jak to jest we zwyczaju, zostanie złagodzona. Wcześnie z rana, razem z innymi, ale bez knebla zawieziono go pod stos i możliwie jak najszybciej uduszono w garotte. Kat, którego nazywano Luis de Jesus dostał polecenie wykonania wzorowo swej pracy. Tym razem nie wolno mu było stosować powolnego duszenia, w którym hiszpańscy kaci byli takimi mistrzami i co stanowiło podstawę ich dochodów, bo można się było wykupić, płacąc dziesięć pesetów za każdą minutę skrócenia tortury. Pierwsze autodafe przed młodym królem winno być wykonane pokazowo, aż do finału. Do dwóch słupów bez żelaznych obręczy przytroczono Antonia de Herrezuela i Juana Sancheza. Pomimo najbardziej przemyślnych środków ostrożności skazańców kilkakrotnie dosięgły kamienie, tak samo jak i dominikanów, którzy do ostatniej chwili starali się ich nawrócić. W stłoczonym tłumie byli także ludzie w gorącej wodzie kąpani, którzy za wszelką cenę chcieli widzieć krew przed rozpaleniem ognia; inni, bardziej szlachetni, obozowali dookoła stosu zajadając olla podrida9 i owoce. Zapach ich był dla skazańców taką samą udręką nie do zniesienia jak woń smrodliwego powietrza. Ci szlachetni liczyli na palcach, jakie to rozkosze ich jeszcze czekają: uroczysty wjazd króla, walka byków (przed kilku laty papież zakazał walki byków i dlatego ta właśnie miała się odbyć z wielką okazałością), piękne ognie sztuczne, dwie msze pontyfikalne, spalenie trzech kacerzy, z czego dwóch żywcem, a po południu jeszcze biczowanie jadących na mułach przez ulice delikwentów! Skoro tylko usłyszano pierwsze trzaski z zapalonych stosów, księża z rezygnacją wycofali się. Oni także zaczynali się buntować. Któż był owym kacerzem, który odrzucał pomoc dobrych, mądrych mnichów? Nikt z obecnych nie znał Herrezueli w jego prywatnym życiu, ale teraz nie ulegało żadnej wątpliwości, że biały knebel na chudej, pomarszczonej twarzy, o zapadniętych, trochę może skośnych oczach i pełnym napięcia wyrazie pod kołpakiem kacerza, robił wrażenie śmiesznej, irytującej arogancji. Dla Juana Sancheza mieli ludzie jeszcze trochę współczucia, ale tamtego, spode łba patrzącego drągala chcieliby od razu pochwycić za gardło. Panowało powszechne przekonanie, że to on sprowadził młodzieńca na manowce; widać było, że to szlachcic, hidal-go, jeden z tych bogatych nierobów, dla zlikwidowania których Inkwizycja została przecież także ustanowiona. Jakiś krępy człowiek, wyglądający na Maura, wyskoczył do przodu i rzucił niespodziewanie wyrwaną jakiemuś żołnierzowi halabardę, jak oszczep, w bok Herrezueli. Krew spływała teraz obficie po zwisającym drzewcu. Ale, być może, występek ten był dla niego właśnie dobrodziejstwem; ból odwrócił jego uwagę, uśmierzył paraliżujący go strach przed tym najdłuższym z płomieni, który właśnie zaczął obejmować jego prawą rękę i którego zbliżanie się obserwował już od pewnego czasu, schylając jak najniżej głowę. Te dwa uczucia bólu utrzymywały się teraz mniej lub więcej we wzajemnej równowadze, łatwiej więc było nad nimi panować, a do tego prąd powietrza spowodowany ogniem rozpędził do reszty odrazę budzący smród. Za nim gorzał ogień, kłęby dymu zasłaniały przed jego widokiem biały krzyż ustawiony na szczycie stosu. Poprzez ubranie płomienie zaczęły teraz lizać skórę Juana Sancheza; przedtem jednak, dochodząc do niego drogą okrężną, przepaliły na nim więzy, tak że za jednym poruszeniem mógł się z nich uwolnić. Paląc się, zataczając i przekręcając oba ramiona szedł teraz do krawędzi stosu; ręce miał jeszcze związane. Spojrzał na najeżone halabardy, zawahał się, chciał przykucnąć, by skoczyć na ziemię. Otaczający go ludzie i żołnierze niezdecydowanie rozstąpili się, pokazywano sobie wzajemnie, jak płomienie ogarniały mu twarz. Obejrzał się i zobaczył zwrócone na siebie oczy Herrezu-eli. Natychmiast zaczął biec z powrotem, nogi szybko i gorliwie wyszukały sobie przejście, po chwili stał znowu na dawnym miejscu i opierał się o zwęglony słup, który za nim już się rozpadał. Niektórzy przypominali sobie jeszcze jego szczery, młodzieńczy uśmiech z dnia poprzedniego. To, na co liczono, a więc na jakąś kolejność, na jakąś hierarchię nie ziściło się. Pozostał już tylko jeden, a ten właściwie już się nie liczył. Juan Sanchez po namyśle postanowił pozostać na miejscu, gdzie stał. Tak, ci dwaj bohaterzy byli teraz tak samo wielcy, tak samo nieustraszeni. Stopniowo można było w ich sztywniejących twarzach odczytać radość, zanim nie spaliły się na czarno i nie pokryły fałdami oraz zgorzeliną jak ciało Carlosa de Seso, które pierwsze stało się pastwą płomieni. Zwęglone cząsteczki niesione wiatrem wpadały widzom w oczy, musieli je potem z nich usuwać.
W rok później Eleonora de Cisneros została zwolniona z więzienia Inkwizycji i przekazana władzom świeckim. Działo się to 9 kwietnia 1560 roku w czasie postu, tak że tym razem były wprawdzie owoce, rie było jednak olla podrida. Zamiast króla, który zajęty był w tym czasie przygotowywaniem swego ślubu z Elżbietą de Valois, centrum zainteresowań był tym razem poseł papieski, nie nuncjusz, ale legat nadzwyczajny Piusa IV, przychylnie usposobionego dla Hiszpanii. Legat ów otrzymał polecenie doręczania osobiście Złotej Róży poświęconej w czwartą niedzielę postu w kościele Laterańskim przez jego świątobliwość. W kilka tygodni później Złota Róża miała być wręczona Don Carlosowi, książęcemu obżartuchowi, który chcąc uczcić to święto spożył wyjątkowo obfity posiłek i dopiero po zastosowaniu lewatywy był w stanie przyjąć tę wiadomość osobiście w trochę mniej psychopatycznym nastroju. Trzeba mu było wyjaśnić, co to jest ta Złota Róża. Czy można się w niej przeglądać, czy to zabawka, czy wydaje zapachy? Kardynał-biskup, monsignore Cayetan, dwa razy musiał przerywać swą mowę, bo następcy tronu strasznie się odbijało. Złota Róża grała też pewną rolę w kazaniu dominikanina w czasie owej autodafe. Melchior Cano (zmarły w międzyczasie, krótko po śmierci Pawła IV, z żalu, jak mówiono, że nie ma już przeciwnika i nie może zwalczać rzymskiego nepotyzmu) pozostawił dobrą szkołę zuchwałej retoryki, w której mieszano liturgię, dzieje biblijne i aktualne sprawy. Tym razem kazanie było skierowane przeciwko Eleonorze de Cisneros i było naszpikowane aluzjami do Złotej Róży, do palącego się krzaku cierniowego i do Marii Egipcjanki, której święto właśnie wtedy przypadało. (Tak jak Mojżesz w Egipcie znakiem tym został wybrany, tak i ta grzesznica w luterańskiej pustyni zostanie oczyszczona płomieniami, które będą dla niej złotymi różami.)
Nie szczędzono ani wysiłków, ani starań, by odciągnąć Eleonorę od błędnej nauki, ale nic nie pomagało, pozostała niewzruszona. Nie mogła zrozumieć, jak kiedyś, bardzo podniecona, może ogarnięta strachem, mogła się wyprzeć
Herrezueli. Niektóre motywy, a więc nadzieja, że przykładną skruchą uratuje Herrezuelę od stosu, i obowiązek zachowania życia dla syna stały się już w międzyczasie nieaktualne. Straciła ich obu w roku 1559. Klaryski, które pilnowały jej w Casa de la Penitencia, były na tyle sprytne, że orientowały się, co ta zmiana oznacza, i starały się dziecko odnaleźć, ale nie były pewne, czy jej wyrzuty sumienia są szczere i czy korzystny wynik poszukiwań, możność widzenia chłopca i wychowania go później pod własnym nazwiskiem jest tym, czego pragnie naprawdę. Fernando de Cisneros był już wtedy w Meksyku i zerwał wszelkie nici łączące go jeszcze z małym pohańbionym chłopcem.
Paliła się tak samo spokojnie jak Herrezuela. Niektórzy twierdzili nawet, że jakiś litościwy, zatrudniony przy Inkwizycji lekarz podsunął jej środki oszałamiające. Ze zgrozą, ale także z pewną satysfakcją przyglądał się tłum jej dolnym częściom ciała, jak były chude i białe z początku, a potem stały się czarne. Była jedną z ostatnich luteranek, jakie spalono w Hiszpanii, potem palono już tylko Żydów, cudzoziemców, a od czasu do czasu jakiegoś bardzo bogatego Maura. Jej prochy zostały rozsypane nad bystrą wodą przy mrukliwym akompaniamencie świątobliwych zaklęć. Potem wody zaniosły jej popiół na Zachód, przez Hiszpanię, Portugalię, wzdłuż Sierras, lasów, ogrodów o-liwnych, winnic. Przez pewien czas były rzucane tam i z powrotem przez olbrzymie fale Oceanu Atlantyckiego, wreszcie osiadły na wybrzeżu, gdzie leżą jeszcze ad maio-rem Dei gloriam10.
Część pieriusza
Rozdział pierwszy
ESCORIAL, 2 MAJA 1583
Doszli już do najwyższego punktu na swej drodze, a gór Guadarrama wciąż nie było widać. Dolina leżała spowita srebrną, szybko podnoszącą się mgłą, pędzoną lodowatym, orzeźwiającym wiatrem północnym; krople deszczu jak strzały biły brunatną, przemoczoną glinę. Jednakże to, co sprawiło, że zaprzężony w woły wóz, którego koła z lewej strony stały na nierównej drodze o wiele wyżej niż koła z prawej, omal się nie wywrócił, i co sprawiło, że niesiona o jakieś dziesięć metrów za wozem lektyka kołysała się tam i z powrotem — jak na wzburzonych falach — nadeszło nie z północy, lecz z zachodu. Tuż nad ich głowami, wirując, dwa prądy staczały ze sobą boje, strumienie deszczu zmieniły kierunek, zaczął padać gęsty grad. Po pierwszym podmuchu już trzepotał w powietrzu zrobiony z żaglowego płótna dach wozu. Sześciu ludzi, choć całym ciężarem zawisło na linach, nie potrafiło go utrzymać. Woły o podwójnie skręconych rogach, z grzywami przeplatanymi trzciną i ociekającymi wodą, stały wciąż jeszcze mocno na nogach. Nawet lektykę trzeba było postawić na ziemi. Ktoś przebiegł od pierwszego pojazdu do ostatniego.
— Grad pada, seńor!
Wnętrze lektyki rozświetliła nagle żółta błyskawica. Podróżny w płaszczu futrzanym wypuścił z rąk książkę, ruchem misternym zdjął z nosa oprawione w róg okulary, dotknął kapelusza, potem zamkniętego okna — jak jakiś energiczny drapieżny ptak, który chce doprowadzić do porządku swe pierzaste odzienie i całą klatkę, skrupulatnie, jak tylko można najszybciej — i czekał z niecierpliwością, czy pachołkowi uda się otworzyć lektykę. Ale mężczyzna krzyknął jeszcze raz to samo przy akompaniamencie dudniącego grzmotu.
— Grad?
— Tak, seńor, wozu już prawie nie można utrzymać... — patrzał przed siebie mocno mrużąc oczy przed smagającymi powieki kuleczkami gradu — wiatr uszkodził nam dach, seńor!
— Gdzież więc jest Diego?
— Diego ciągnie z innymi wóz, woły boją się burzy. Dach; jest już z dwóch stron obluzowany!
Cofnął się przed krzykiem i przekleństwami wydobywającymi się z lektyki. Po grecku nie rozumiał. Nowa błyskawica oświetlając rozwścieczoną twarz przeklinającego zabarwiła ją szafranową barwą. Wydawało się, że żółć zalewa mu policzki i łyse zwężające się ku górze czoło. Wymowa tej twarzy miała w sobie coś zdumiewającego: oburzenie malowało się nie w oczach, lecz w podniesionych brwiach, zacierających wyraz bezbronności, którą podkreślał zgarbiony, pomarszczony ze strachu nos i drżąca spiczasta bródka. Wynajęty specjalnie na tę podróż pachołek nie znał jeszcze napadów wściekłości tego, jak go Diego nazywał, Messer Domenico. Z przerażeniem przyglądał się, jak człowiek w futrze chwycił nie za kapelusz, lecz za sękaty kij, jak zataczając się, wymachując kijem, mimo że się kilka razy pośliznął, w jednej chwili przebiegł owe dziesięć czy piętnaście kroków, które go dzieliły od zaprzęgniętego w woły wozu. Chociaż grad siekł niemiłosiernie, podróżny brwi miał wciąż podniesione, oczy otwarte. Był mały, trochę przygarbiony, silnie zbudowany. W jego chodzie było coś niezwykłego, jak gdyby szalejąca burza miała jakiś wpływ na jego ciało. Niebezpieczny drapieżny ptak! Ale w swym ciężkim futrze wyglądał jak stara swarliwa kobieta. Podmuchy wiatru przybierały na sile.
Diego nie nosił tak jak inni czerwonej chustki, miał na głowie sombrero przymocowane pod brodą paskiem. On to wreszcie wyciągnął wóz, który jak na taką drogę był za delikatny, a ciężar na nim był nierównomiernie rozłożony. Nieraz już o tym wspominał, teraz miał zamiar powtórzyć to raz jeszcze. Ale nad trzema głowami służących zaświstał już puszczony w ruch kij. Messer Dome-nico przeklinał po hiszpańsku, choć z greckim akcentem. Diego odwrócił się dyskretnie w drugą stronę. Człowiek w futrze krzyczał:
— Na Virgen de los Desamparados, zwalniam was!
— Przecież ostrzegałem, Messer Domenico — powiedział sługa podtrzymując jedną ręką wóz i robiąc wysiłki, by samemu nie upaść. Tamci trzej starali się niezręcznie umocować łopoczące płótno.
— Obraz jest za lekki jak na taką burzę. Nie tylko malarze, my także mamy tylko dwie ręce. Co pan woli; dzieło sztuki w błocie albo trochę gradu na werniksie?
— Czy ci nie kazałem, byś się trzymał środka drogi? Wóz stoi teraz krzywo, och, ty mule!
— Ta droga nie ma środka, seńor.
— Na drugi raz wynajmę sobie oddział żołnierzy, ty nędzny łajdaku!
— A gdyby tak odmówić modlitwę do świętego Krzysztofa, wasza wielmożność?
— Santa Maria!
Ani oburzenie, ani wściekłość nie przejawiły się już w jego głosie na to ironiczne zapytanie podwładnego, w głosie tym wyczuwało się tylko paniczny strach wobec tego, co zobaczył. Pod trzepoczącym strzępem żaglowego płótna widać było długi trójkątny fragment ciemno zabarwionego obrazu, jakiegoś rozciągniętego węża trzymającego w paszczy kawałek zapisanego literami papieru, jakąś nagą stopę, jakiś pień drzewa, jakieś kwiaty, jak błyszczące szlachetne kamienie. Spiczaste ziarenka gradu były niewielkie, ale spadały z duzą siłą na to małe, jak gdyby zawstydzone arcydzieło. On to zobaczył, on to o czuł, on wiedział, co to znaczy: kawał pracy jego życia, dzieło, które miało mu zdobyć światową sławę, odsłonięte, wystawione na grad! Od razu zmienił się do niepoznaki, odrzucił na bok kij i pomagał innym jak najniższy z pachołków. Zadziwiająca była ta przemiana, bo nagle z zagniewanego władcy, u którego gwałtowność była czymś naturalnym, przekształcił się w praktycznego rzemieślnika. Zadyszał się. Jego przykład i znajomość rzeczy zagrzewały do pracy innych. Prędkimi ruchami umocował rozluźnione sznury, wygładził żaglowe płótno, przykrył obraz jak matka swe własne dziecko. Słudzy, którzy teraz podnosili wóz i uspokajali woły, nie usłyszeli już z jego ust ani jednego przekleństwa. Nagle grad przestał padać; wiejący z dwóch kierunków orkan porwał w swój wir ostatnie strzępy mgły, potem uspokoił się i gdzieś hen daleko, na północy, odsłonił się powoli, wpierw z lewej, potem z prawej, masyw Sierra de Guadarrama: najpierw trzy ośnieżone szczyty, później siedem.
— Te siedem aniołów to już ostatnia przeszkoda — powiedział malarz śmiejąc się z zadowoleniem. Sam nie wiedział, jak mu przyszło do głowy to porównanie. Zauważył, że Diego ma skrwawioną rękę,- chciał do niego podejść, ale tamten zatrzymał go stanowczym ruchem i wskazując drugą, wyciągniętą ręką, powiedział:
— El Escorial, seńor.
Tuż pod siedmiu szczytami, na tle zielonego krajobrazu, ukazała się niewyraźna, szarobiała bryła. Cień chmury rozciągał się nad nią, a jeszcze wyżej migotały tu i ówdzie bladożółte promienie słoneczne. Ogarnięty nagłym strachem Grek odwrócił się i zobaczył, jak czterech tragarzy ustawia teraz prosto przewróconą przez wiatr lektykę i jak pomagają im przy tym jakieś dziwacznie odziane postacie. Było ich ośmiu czy dziewięciu, wszyscy w podartych i połatanych mundurach, wszyscy z takim czy innym mankamentem, ten kulawy, tamten pokrzywiony, jeden bez prawej ręki, drugi o kulach. Widać było, że pracują z wielkim zapałem, choć ruchy ich okaleczałych postaci były niezdarne.
Oto wasz oddział żołnierzy, seńor — powiedział Die-go przez zaciśnięte zęby.
Malarz, odwrócony tyłem ku północnej stronie, patrzył przed siebie i milczał.
Podczas dalszej podróży okazało się słuszne to, co Diego powiedział: ,,Ta droga nie ma środka". Cała służba przeklinała upartego Greka, bo nie chciał jechać przez Madryt, tylko wprost z Toledo na północ, po drogach tak skalistych i wyboistych, że na każdym skrzyżowaniu, które równie dobrze mogło być punktem stycznym trzech albo czterech dróg, trzeba by było zakładać ładunki prochu, by drogi nadawały się do przejazdu. Trzy razy pojechali śladami mułów, które wiodły do nikąd albo też kończyły się stale w tym samym kamieniołomie, gdzie nogi wołów tonęły w poplątanym zielsku. Właściwą przyczyną tych perypetii nie była niechęć Messer Domenica, by zapłacić cło — było aż pięć urzędów celnych na tej długiej drodze i tym tłumaczył się wobec Diega — chodziło mu raczej o to, by nie narażać wozu na ciekawość mieszkańców stolicy, gdzie znano go tak samo dobrze jak i w Toledo. Połączone to było oczywiście z niewygodami, jak noclegi w podłych oberżach. Ale jako wynagrodzenie spadła mu teraz z nieba pomoc owych ośmiu żołnierzy. Gdy tak szedł obok lektyki, na której suszyło się jego futro, przyglądał się tej źle odzianej żelaznej gwardii, ni to żebraków, ni żołnierzy, którzy po wojnie przeciw Portugalii pozostawieni swemu losowi włóczyli się teraz po całej Hiszpanii. Z jego skarbem obchodzili się jak kanonierzy z armatą, która pod okiem dowódcy ma zjechać z przełęczy górskiej. W wąskim, śliskim wąwozie, po którego ścianach woda spływała ciurkiem — obraz jego był już bezpieczny. A żołnierze, mimo swoich ułomności, dwoili się i troili na każdym miejscu. Gdy wóz dojechał już do niższego płaskowyżu i można go było na dalszą drogę pozostawić podróżnym, żołnierze ustawili się obok siebie w szeregu, godni, wyprostowani czekali na niego; u jednego kikut ramienia wystawał do przodu, u drugiego wykręcone kolano od-stawało do tyłu, nic więc dziwnego, że szereg nie był tak zupełnie wyrównany. Ich szef miał odstrzelony nos i mówił z lekkim obcym akcentem.
— Ludzie, weźcie to ode mnie, jadę teraz do Escorialu, gdzie mam dostać dużo pieniędzy, to dług honorowy! — wołał Grek stojąc przed nimi z sakiewką w ręku i przyjmując mimo woli pozycję dowódcy. Na żadnej z opalonych, ostro zarysowanych twarzy nie ukazał się uśmiech.
— My także idziemy do Escorialu, seńor, tam są też tacy, co mają wobec nas długi honorowe.
— Jako chrześcijanin mogę więc wam tylko podziękować, bracia!
Pokuśtykali przed nim ze sto kroków, tam gdzie czer-wonobrunatne skały graniczyły z zielonymi łąkami. Przez pewien czas nie spuszczał ich z oka, potem zwrócił wzrok ku błyszczącym górom Sierra, ku długiemu, zabarwionemu żółtymi plamami płaskowyżowi, tonącemu w słońcu aż po Madryt, ku kamienistej równinie, wznoszącej się z lewej strony aż do lasów sosnowych la Grania, gdzie białe kuleczki gradu ginęły w dymiącym brązie, fiolecie i zieleni, potem ku ogrodom i huertas11 okalającym szarą bryłę, która coraz bardziej dominowała teraz nad krajobrazem. Ale tego centrum unikał jeszcze ciągle wzrokiem, jak gdyby pod wpływem szacunku — oczy jego kierowały się wciąż z uporem to na wioskę, to na żołnierzy, to na samotne, srebrzyste drzewko oliwne, fantastycznie wyglądające z tak dużej odległości. Jakże długo musiał odkładać tę wymarzoną podróż, lata, całe lata! Escorial znał tylko z ilustrowanej książki Juana de Herrera, w której znalazł także różne szczegółowe opisy. Wyśmiewano się z niego, ponieważ trzymał się na uboczu, uważano to jego zachowanie za niezrozumiały kaprys, tym bardziej że był cudzoziemcem. Ale on wiedział, co robi. Do tego klasztoru--pałacu nie chciał wchodzić jak choćby najbardziej gościnnie przyjmowany gość — chciał tam wejść jak zwycięzca. „Ósmy cud świata" chciał oglądać tylko wtedy, gdy będzie mu towarzyszył jego własny cud świata, który spoczywał teraz na dnie zaprzężonego w woły wozu. Nie grała w tym wypadku zasadniczej roli ambicja, by stać się nadwornym malarzem, nadwornym artystą króla (długo odkładał swoją podróż z Rzymu do Hiszpanii, bo oprócz przyczyn odnoszących się do prywatnego życia, chciał mieć pewność, że będzie tam primus inter pares12), główną przyczyną były jego nieliczne, nieśmiałe, powierzchowne stosunki ze światem zewnętrznym, który dla tego przenikliwego, tak niezależnego indywidualisty, był jedynie wtedy znośny, gdy przynosił mu zaszczyty i uznanie. Nie wymagał maksimum, wystarczyło mu minimum tego, co świat mu był dłużny. Tak, to był taki sam dług honorowy jak ten, o którym wspominali owi okaleczeni żołnierze, i trzeba było go odebrać w tym samym miejscu.
Znowu wzrok jego spoczął na olbrzymiej budowli, dookoła której widać już było pierwsze postacie ludzkie przy stawach i przy głównym, zachodnim wejściu, podpartym ośmioma doryckimi filarami. Tak, dopiero wtedy oczy jego będą mogły swobodnie i z zachwytem oglądać pałac, gdy to, co było złożone na zaprzężonym w woły wozie, dojedzie na miejsce, zostanie przyjęte i poświęcone na ołtarzu świętego Maurycego, patrona reumatyków, głuchych, żołnierzy, inwalidów wojennych stojących tam, na dole, jak jakiś dobry omen — jak również malarzy na szkle, więc zapewne i wszystkich malarzy. Gdy to zostanie osiągnięte, nie będzie już żadnych kompromisów! Niech no tylko siądzie w siodle, a będzie narzucał gusta wśród zabłąkanych gustów owych czasów, gustów, na które wprawdzie nie skarżył się, ale które tym niemniej stanowiły ostatnią przeszkodę w jego rozwoju. Umiał pochlebiac upodobaniom panujących, jak to było na obrazie świętego Maurycego, a jeszcze bardziej na szkicu, który zrobił przed kilkoma laty, z dziwacznym wielorybem przy modlącym się królu. Ale teraz chciał już skończyć z kpinami z samego siebie, w przyszłości nigdy się to nie powtórzy.
Szedł naprzód, wciąż podziwiając krajobraz, a za nim słychać było skrzypienie wozu z cennym ładunkiem. Przypomniał sobie o owych aniołach, o których myślał patrząc na szczyty Guadarrama, i teraz myśl jego z dwóch stron kierowana była ku Apokalipsie: z jednej strony aniołowie i siedem ostatnich plag, z drugiej — nowe Jeruzalem, o którym myślał w lektyce, czytając wydaną przed kilku laty wielką epopeję Torąuato Tassa. Nowe zadanie dla jego pędzla: „Patrz, wszystkie rzeczy robię od nowa!" — to była dla niego odpowiedź Biblii. Czuł teraz jakąś przewrotną radość porównując wszystko, co go otaczało, do proroczych twarzy Objawienia, i to, co miał już za sobą, „pioruny, grzmoty, wielki grad, którego każde ziarno ważyło talent" — i tę bladą sylwetkę Escorialu. Escorial widniał już w odległości strzału z muszkietu. Tam, w środku krajobrazu, umieścił Nowe Jeruzalem, ponure i wciąż zmieniające się. Zamiast jaspisu i czystego złota był tutaj granit i łupek, zamiast niebiańskiego spokoju i szczęścia — szpiegowanie 2673 okien — judaszy, liczniejszych niż ilość apokaliptycznych bestii. Przy pomocy trzcinowego drążka można było zmierzyć tę budowlę, tak samo jak i tamtą, w obu geometria grała główną rolę, ale tutaj panowało zamieszanie i dowolność, konglomerat surowych, gołych prostokątów, stożków, kul, półkul, pryzm, trójkątów — monumentalny schemat. Drżał lekko na całym ciele mając przed sobą ten nieprawdopodobny obraz, wolał przypomnieć go sobie ze szkiców Herrery, bał się spojrzeć na niego wprost. Bardziej stalowy niż kamienny spokój wież kościelnych i spokój kopuły stojącej oddzielnie, otoczonej kwadratowym murem, tonącej w zieleni krajobrazu i z lekka zaciemnionej — czyż to wszystko nie było tylko mglistym planem architekta z wyjaśniającym napisem pod świeżo namalowanym obrazkiem? Był zdumiony patrząc na tę budowlę nie dlatego, że zbyt mało, ale dlatego że za bardzo przypominała mu znane już od dawna ilustracje! Wszystko dookoła błyszczało i świeciło się, nawet marmurowa posadzka, po której spacerowali dworzanie i mnisi. Ale sam budynek był martwy. Owe rozważania przerwało mu ukazanie się oddziału ubranych w czerwono-żółtą liberię królewskich jeźdźców, którzy wracali właśnie z Madrytu i do których podjeżdżali posłańcy. Ale po chwili zwrócił znów wzrok na weteranów, którzy w międzyczasie podeszli pod pałac. Tak jak przed pół godziną stali teraz znowu w tym samym, nieregularnym ordynku. Patrzano na nich trochę ze zdumieniem, trochę z przerażeniem, nie tyle z powodu łachmanów i kalectwa, co dla beznadziejności i zdeterminowania malujących się na ich twarzach. Malarz zwrócił uwagę, że kiedy przed chwilą mijali jeźdźców, nie oddali im honorów, wszyscy odwrócili głowy z wyjątkiem jednego, ale ten miał sztywną szyję. Inny znowu na swych podartych łachmanach rysował palcem czerwone i żółte linie, barwy Aragonii. „Nie są to przyjemni goście" — pomyślał sobie. Teraz, gdy pałac był tak blisko, miał już dosyć odwagi, by na niego spoglądać. Z architrawów i fragmentów fasady ściekała kropelkami woda. Gdzieś wysoko zabrzmiały niespodziewanie głosy chłopięce, podniósł głowę i zobaczył ze dwudziestu seminarzystów w krótkich scapulierach13, którzy wychylali się z najwyższych okien, pokazywali sobie coś palcami i śmiali się. Jakiś ojciec augustianin nadbiegł z jednego z otaczających ogrodów i pogroził im pięścią. Głowy zniknęły natychmiast. Domenico Theotocopuli nie był pewien, czy śmiali się z żołnierzy, których właśnie w tej chwili straż pałacowa usuwała z brukowanej drogi, czy też z zaprzęgniętego w woły wozu i błotem okrytej lektyki, na której wisiało mokre futro.
Pater hospitarius14 Escorialu nie był nazbyt rozmowny. Zaprowadził malarza do jednej z cel gościnnych, mruknął pod nosem „pax vobiscum" i zaraz potem zniknął pozostawiając Greka wyciągniętego na twardej pryczy w przywiezionym w lektyce stroju, kosztownym, aksamitnym ubraniu z kołnierzem z weneckiej koronki, które po raz pierwszy włożył na siebie w pracowni Pompeo Leoniego. W rogu źle oświetlonej izby stały jego laska i szpada, na ścianie wisiał tylko krucyfiks i naczynie z wodą święconą. Z uczuciem niepokoju zastanawiał się, czy nie powinien postawić pędzla obok laski i szpady, dla zwalczenia uroków. No cóż, w dniu tym został przyjęty raczej jak cabal-lero, a nie jak sławny artysta, chociaż król niecierpliwił się już i chciał wreszcie, po tylu latach pertraktacji i odkładania, zobaczyć obraz, jak o tym świadczyły listy marszałka dworu. Wśród licznych dworzan, artystów i uczonych w tym wielkim ulu nikt go nie znał. Ze stu pięćdziesięciu zakonników, od przeora do najniższego hor-tulanusa2 — a było wśród tych hieronimitów wielu prostych ludzi, raczej rzemieślników niż uczonych księży — żaden nie miał powodu, by dla Greka z Toledo być specjalnie życzliwie usposobionym. Zastępcę przeora, ojca Diego de Yepes, można było nawet uważać za osobistego wroga malarza, chociaż nigdy się jeszcze nie spotkali. Ale swego czasu, gdy Yepes był przeorem w klasztorze hieronimitów La Sisla w okolicach Toledo, zdarzyło się coś takiego, co nie mogło się inaczej skończyć jak wzajemną nienawiścią. Historia ta ma związek z licznymi przygodami malarza występującego przeciwko zbyt niskim honorariom. Pewnego razu bogaty klasztor w La Sisla zamówił u Luisa Tristana nieśmiałego ucznia Domenica Ostatnią Wieczerzą. Obraz był udany, sprawdził go sam mistrz. Ale mnisi nie chcieli wypłacić uczniowi ustalonej uprzednio sumy dwustu dukatów, zawołali do siebie Domenica i chcieli się wykręcić stu dukatami. Messer Domenico kazał wezwać ucznia i zapytał go, czy rzeczywiście miał tę czelność, by domagać się dwustu dukatów. Tak, przytakiwali zakonnicy. Natychmiast, krzycząc: „Dajcie mi tego łajdaka!" — Grek rzucił się na Tristana, gonił za nim dookoła długiego stołu w refektarzu, przewracając przy tym świeżo zakupioną statuetkę świętej Eulalii z kości słoniowej, a oczy wyszły mu na wierzch, jak gdyby lada chwila miała go tknąć apopleksja. „Powstrzymaj się, mistrzu! — wołali przerażeni hieronimici. — Opamiętaj się! On już sam nie wie, czego żądał, ten młody człowiek. On z pewnością..." — Grek wrzeszczał: — „Muszę go dostać w swoje ręce, bo nie zażądał pięciuset dukatów za tak wspaniałe dzieło sztuki; on zdradził swój stan, ten bezwstydnik!"
I Luis Tristan dostał swoje pięćset dukatów.
Dawniej śmiali się często, wspominając z Tristanem i z jego kolegami tę z góry ukartowaną grę, tym razem jednak na myśl o niej sposępniał. W tym otoczeniu mógł się spodziewać tylko wrogości. Ot, dla przykładu, co to miało znaczyć, że zrobiony dla króla na próbę obrazek jego wisiał w jakiejś ciemnej sali, zupełnie z tyłu? Pompeo Leoni starał się go uspokoić, tłumacząc, że obraz zawsze tam wisiał. Później okazało się, że wszystko wyglądało tak jak to kiedyś rzeźbiarz przedstawił opisując salę, tylko że opis ten był zbyt pochlebny. Leoni wciąż bezgranicznie zachwycał się płótnem — malarz powstrzymywał się od samokrytyki, ale chętnie przyznał, że gdziekolwiek obraz będzie wisiał, wszędzie będzie się dobrze prezentował. Obraz jednak nie był dobry! Dopatrzono się w nim pewnych wpływów Hieronima Boscha, może dlatego że Filip był zawsze wielkim entuzjastą Boscha. Pomysł z grozę budzącym wielorybem, który połyka całe zastępy niewiernych, nasunęło mu opowiadanie Leoniego o szczęce wieloryba, którą na Escorialu bawili się infanci. Filip ubrany na czarno, modląc się, miał klęczeć na środku kwiecistego dywanu, kompozycja jednak nie udała się, czarna barwa psuła harmonię kolorów. Takie wątpliwej jakości motywy, jak na tym obrazie próbnym, występowały także i na nowym płótnie, które zaraz po przyjeździe mu zabrano, by je przedstawić królowi. Ale tutaj, na obrazie przedstawiającym świętego Maurycego i jego oficerów, schlebianie gustom możnych tego świata ograniczało się tylko do form zewnętrznych, tu dominował wenecki koloryt i nadmiar ultramaryny, którą mu król przysłał na jego specjalne życzenie. Nie, teraz po tylu wykrętach, z których jednym był właśnie brak ultramaryny — nie żałował już wcale, że przyjął zamówienie. Na tę farbę nie miał pieniędzy, a — jak pisał — bez ultramaryny nie można było malować świętego Maurycego. Nigdy się nie dowiedział, czy mu uwierzono, czy nie, w każdym razie w ciągu tygodnia wątła kasa państwowa dostarczyła mu niebieskiej farby w takich ilościach, że mógłby wszystkie hiszpańskie kościoły i klasztory zaopatrzyć w kopie. Wtedy odmowa była już niemożliwa.
A może lepiej było pod jakimś nowym pretekstem znowu odmówić, farbę odesłać i napisać to, co naprawdę myślał? Że nie chce pracować dla Escorialu, że pomimo wielkich ambicji nie ma zamiaru tracić swej niezależności, że nie chce być malarzem dworskim, na którego król będzie ciągle zerkał przy pracy. Opowiadano dużo o flamandzkim malarzu Antonim Mor, który malował trzech pierwszych królów i Filipa „ukochanego syna Antonio", a tytułował się „Pintor y Ayuda de Camara" *. Malarz ten musiał uciekać do Flandrii, gdyż dworzanie straszyli go Inkwizycją, która miała go rzekomo ścigać za rzucenie czarów na króla. Grek nigdy nie uwierzył w prawdziwość tych opowiadań (zresztą krążyły też i inne na ten temat). Widocznie Flamandczyk odszedł, bo nie mógł pogodzić przymusu i królewskich kaprysów z sumieniem artysty. A ten jego sędziwy przyjaciel, Antonio Covarrubias, głuchy kanonik z toledańskiej katedry, który w ostatnich tygodniach żył w wielkim napięciu, tak jak żona malarza, jego uczniowie i faktotum Preboste, on, tenże Covarrubias, uczony grecysta, ileż to razy ostrzegał go przed zgubnym wpływem dworu, raz przytaczając łacińskie przysłowie z Lukiana: „Exeat aula, qui vult esse pius",15 to znów dodając cytat z Owidiusza: „Bene qui latuit, bene vixit" czyniąc aluzje do tyle razy omawianych wspólnie cech charakteru Greka, który w miarę możliwości starał się trzymać na uboczu, zwłaszcza jeśli chodziło o ludzi nie rozumiejących go, a zamiłowanie do luksusu zaspokajał najchętniej w swoich czterech ścianach. Teraz Rubikon został przekroczony, Maurycy nie był już w jego mocy, Maurycy był u króla.
Historyjki i anegdoty Pompeo Leoniego krążyły mu ciągle po głowie. Rzeźbiarz nie tylko pokazał mu wszystko, co w wielkim pałacu-klasztorze było godne widzenia, ale mu wszystko opowiedział, wszystko wyjawił, do wszystkiego robił jakieś aluzje. Rozebrawszy się i zgasiwszy światło w małej pracowni, w której niedokończone jeszcze popiersie króla zimno na niego spoglądało, Domenico starał się zapamiętać najważniejsze punkty z przygniatającej go powodzi usłyszanych słów. Wpierw przypomniał sobie owych ośmiu okaleczonych wojaków, którzy mu pomogli wydostać wóz z błota, a teraz prawdopodobnie spali gdzieś w jakiejś nędznej oberży, w wiosce, w Dolnym Escorialu.
— To są Aragończycy — powiedział Leoni takim tonem, jak gdyby ich, tak jak malarz, oglądał z bliska. — O, ci to potrafią przebić mur głową, przyjacielu Domenico, król nie tak prędko się ich pozbędzie! Przychodzą tu rzekomo żądać zaległych żołdów, oni nie pierwsi, a może kryje się za tym jakaś polityka? Oczywiście, to bardzo nierozsądnie, że nie traktuje się ich lepiej niż biedaków z Dolnego Escorialu, którym codziennie wydaje się posiłki.
Leoni opowiadał mu jeszcze o niezadowoleniu panującym w Aragonii, gdzie już od 1577 roku nie zwoływano stanów, rzecz nie do zniesienia dla miłującego wolność narodu, nie życzącego sobie, by rządzili nim inkwizytorzy, kamaryle dworskie i tacy cudzoziemcy jak Mon-sigrtore Granvelle. Już od pewnego czasu wrzało wśród miejscowej szlachty w związku ze skandalem wywołanym przez Antonio Pereza — zdrajcy, choć aragońskiej krwi — który wraz ze swą kochanką, księżną d'Eboli, wdową po zmarłym faworycie króla, Ruy Gomezie, już od dłuższego czasu był trzymany w więzieniu — wbrew prawu, jak twierdzili wichrzyciele. O tym malarz dobrze wiedział, bo każdy te sprawy znał. Nie wiedział jednak, że proces niespodziewanie został przekazany Inkwizycji, i że na podstawie intryg spowiednika króla, padre Diega de Cha-ves — byłego sekretarza stanu poddano torturom, bo miał rzekomo powiedzieć w śledztwie: „Jeżeli Bóg mi przeszkodzi bronić się według własnej woli, to mu odgryzę nos." Uznano go przez to winnym kacerstwa waldensów, którzy twierdzili, że Bóg ma ciało, więc także i nos.
— To jest oczywista przesada, mój przyjacielu — szeptał Pompeo Leoni odwracając się na krześle tak, by mieć popiersie króla z tyłu — król bez wątpienia w tych sprawach przesadza: wszystko oddaje ze swoich rąk, przekazuje Świętemu Oficjum i potem nie może się już cofnąć.
Z kolei opowiadał o najnowszych „kwiatkach", o brutalnych poczynaniach sądu duchownego, który dopiero co zamknął w więzieniu dwóch najsławniejszych hiszpańskich uczonych, Luisa de Leon i Francisco Sancheza, i jak to król Filip II wielkiego inkwizytora, Gaspara de Quiroga, kardynała, arcybiskupa Toledo, prymasa Hiszpanii — obok Granvelle'a jednego ze swych najbardziej zaufanych doradców, znanego zresztą z umiaru i humanizmu — na próżno prosił, by chociaż na krótko wypuszczono z więzienia znanego żydowskiego lekarza, bo chciał zasięgnąć porady na dręczącą go podagrę.
— Miejmy nadzieję, że twój Maurycy lepiej mu na nią pomoże — dodał jeszcze rzeźbiarz czyniąc pierwszy i ostatni raz aluzję do obrazu.
Po chwili był już myślą gdzie indziej, już robił polityczne intrygi, ołówkiem rysując schemat, na którym przedstawione były obie, raz zwalczające się, to znów pogodzone ze sobą partie: stara partia pokojowa Ruy Gome-za pod przewodnictwem Quiroga oraz stara także partia Alby, kierowana przez kardynała Granvelle'a, wobec której prawie każdy był w opozycji. Pomiędzy tymi partiami była Inkwizycja, była Suprema 16, były miejscowe trybuna-było niepowodzenie planu ustanowienia rycerskiego orderu Inkwizycji: Santa Maria de la Espada Blanca17 (co mogło oznaczać bardzo wiele), był admirał Doria, którego przeciwstawiano markizowi de Santa Cruz, byli franciszkanie i dominikanie, i to wszystko, co obecnie ścierało się nawzajem i utrudniało orientację, nie zapominając o jezuitach i o Portugalczykach! Grecki przyjaciel był oszołomiony, choć sześć lat mieszkał w Toledo.
Oszołomienie nie przeszło nawet wtedy, gdy zapadał już w sen i gdy przed oczyma majaczyły mu jeszcze obrazy i wspomnienia tego pierwszego dnia w Escorialu. Pozbył się Maurycego, bo go już nie chciał widzieć, pozbył się Pompeo Leoniego, bo go widział zbyt długo. Ileż to nowych wrażeń przesunęło się w jego pamięci: sale, obrazy, setki twarzy. Wspominał małego, nadwornego błazna, o krótkich nóżkach i ze świecącym, okrągłym noskiem na olbrzymiej głowie, jak wyłonił się przed nim zza rogu dwa razy. Dwa razy zobaczył też jeszcze w wilgotnych ogrodach aragońskich żołnierzy, którzy ciągle dobijali się do pałacu z petycją w ręku, ale za każdym razem przepędzali ich odziani w liberie pachołcy. Przypominał też sobie Federica Zuccaro — aroganckiego florentyńskiego malarza, którego król (choć wolał Veronese'a), przed kilku miesiącami przyjął jak księcia krwi, z całym orszakiem Włochów, ale żaden z jego obrazów, zrobionych dla sali kapituły czy dla głównego ołtarza — królowi się nie podobał. Zuccaro zresztą nie bardzo się tym przejmował. Grekowi ukazał się teraz znowu Zuccaro, jak stał przed wielkim płótnem rozciągniętym na ogromnych sztalugach, otoczony uczniami i służbą; odrzucił do tyłu swoją lwią czuprynę, zmarszczył czoło i prawym ramieniem wzniesionym do góry wykonał jakiś teatralny gest w kierunku namalowanego na fioletowo anioła, wywołując wśród obecnych pomruki szacunku i uznania; na kolegę, który właśnie przechodził ze swoim towarzyszem — nie zwrócił najmniejszej uwagi. Ale to nie miało znaczenia, zaraz bowiem ukazały się inne postacie, pędzące z nawałnicą wspomnień ku zapomnieniu, by go pocieszyć, przestraszyć czy oczarować. Z pomiędzy wielu braciszków, których spotykał wszędzie, na podwórzach i na gankach klasztornych, przypomniał mu się nagle, na tle pełnego wdzięku, otoczonego krużgankami, rozbrzmiewającego szumem fontann Patio de los Evangelistas — jeden, o wąskiej, przenikliwej twarzy, takiej twarzy, jaką powinien mieć każdy mnich, obojętne z jakiego zakonu. Tego mnicha umieści na swoim obrazie, na Pogrzebie hrabiego Orgaza. Mnich zniknął teraz, a pozostało otoczenie, Patio de los Evar;gc-listas. Czterech Ewangelistów, marmurowe posągi Mone-gro, a przed nimi tryskające fontanny... to były te cztery zwierzęta Objawienia, bez odpoczynku nieustannie zanoszące modły dookoła tronu Baranka, pełne oczu z przodu i z tyłu, jak owe okna — oczy Escorialu, tego Escorialu, co to nie mógł się jeszcze przemienić w Nowe Jeruzalem...
Nagle, niewyraźnie, chociaż był tego pewny, ukazała mu się w otwartych drzwiach jego żona, jak go odprowadza owego poranka, jak niesie za nim szpadę. Na jej miejsce pojawiła się teraz księżna d'Eboli, piękna, jednooka dama, którą malował przed sześciu laty i od której pół roku temu otrzymał z więzienia list z prośbą o przysłanie jej kopii obrazu, bo jest już stara i brzydka. Wyobrażał ją sobie w więzieniu, na jakimś odludnym zamku, pod ciemnym, zasnutym kłębiastymi chmurami niebem, niebem złowrogim i nieubłaganym. Płomień z nieba o-świetlił teraz nagle od środka lektykę, chmury znowu pociemniały i wyglądały tak jak na wizerunku świętego Maurycego, gdzie widać było żołnierzy z odciętymi głowami, owych okaleczonych, godnych, groźnych żołnierzy Ara-gonii. Parujące pod promieniami słońca szczyty Sierra — opary zasnuwające równiny, przemieniły się w zjawy niebieskie z kikutami, krzywymi, wychudłymi nogami, prześwietlonymi na wylot światłem; znowu gdzieś daleko, z tyłu, ukazał się ów mnich patrzący boleśnie z ukosa, aż mnich zamienił się z kolei w Diega, mówiącego bardzo powoli: „Ta droga nie ma środka, seńor..." Nie ma środka? Nie ma drogi pośredniej? Czy nie ma kompromisu, czy malować tylko to, co nieokiełznane, jak owi Aragończycy, co mu pomogli nie żądając wzamian zapłaty?
Po raz trzeci wyłoniła się przed nim pociągła twarz mnicha w chaosie płomieni i zniekształconych ciał, które wyciągały teraz ręce ku fioletowemu aniołowi Federico
Zuccaro. Wszystko poruszało się równomiernie, to w górę, to w dół, ale bardziej ku dołowi, tak że stopniowo on sam wzniósł się ponad otoczenie. Gdy znów usłyszał pod sobą głosy śpiewające pieśń nabożną — wizja zapadła się w wodą zroszoną przepaść, marzenia senne rozwiały się. Ostatnie takty gregoriańskich śpiewów przytłumiły resztki świadomości. Była już pierwsza w nocy.
Rozdział drugi
ŚWIĘTY MAURYCY
W siedem godzin później wyskoczył z łóżka, zmarznięty, rozczarowany, sam nie wiedząc dlaczego. Dzień był szary. Wszędzie, na całej podłodze leżała warstwa wysuszonego błota. Zwykle pracował w nocy, nie był więc przyzwyczajony wstawać tak wcześnie. Gdy zdał sobie już sprawę, w jakim znajduje się otoczeniu, nie zdziwiło go wcale, że trzeba było pytać aż trzech osób, gdzie się dostaje coś do jedzenia. Zjadł śniadanie w bocznej sali refektarza, do której co chwila wchodzili najrozmaitsi robotnicy. Braciszek, który mu usługiwał, nie odpowiedział na jego pytanie, gdzie mógłby spotkać rzeźbiarza Leoniego. Sądząc po głupawym uśmieszku na brodatej twarzy, umyślnie nie udzielił odpowiedzi. Grek wrzucił garść maravedis18do wyciągniętego przed nim woreczka, przeżegnał się i wszedł do labiryntu pałacowego, by szukać Pompeo Leoniego, sala po sali, unikając badawczych spojrzeń nieznanych mu ludzi. Raz spod sufitu oblano go gipsem, potem szedł przez długie korytarze klasztorne, które wychodziły na patio,
