Pełnia słońca - Danuta Awolusi - ebook

Pełnia słońca ebook

Danuta Awolusi

0,0

Opis

Eliza od lat żyje z poczuciem, że w historii jej rodziny brakuje kilku ważnych stron. O zmarłej matce wie niewiele - jedynie tyle, że pochodziła ze Śląska i opuściła rodzinne strony po wydarzeniach, o których nikt nie chce mówić.

Kiedy poznaje Janka, młodego górnika, zakochuje się bez pamięci. Dla niego porzuca dotychczasowe życie i zamieszkuje w rodzinnym familoku, próbując odnaleźć swoje miejsce wśród jego bliskich. Nie wszyscy jednak witają ją z otwartymi ramionami.

Wkrótce odkrywa, że o Janka będzie musiała rywalizować z Albertą - kopalnią, której ukochany jest bezgranicznie oddany.

Czy Eliza ma szansę wygrać z Albertą? Czy miłość pokona lęk o przyszłość? I jakie tajemnice swoich rodziców odkryje na Śląsku?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 291

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Danuta Awolusi Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: Cloudyew (stock.adobe.com)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Kornelia Dąbrowska

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-78-0

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Prolog

W październiku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku Zyta Szafranek wsiadła do pociągu. Celem podróży był odległy Szczecin. Łzy spływały po jej policzkach bezustannie i nie dbała już o ich ocieranie. Cieszyła się, że Marek znalazł dla nich miejsce przy oknie, i to na dodatek w pustym przedziale. Kupił miejsca w pierwszej klasie, żeby miała choć trochę prywatności. Gdy jednak zamknął jej dłoń w swojej, serce ścisnęło się z bólu. Nie mogła dać mu wszystkiego, ale on jeszcze o tym nie wiedział.

Decyzja została podjęta i nie było odwrotu. Próba jej odkręcenia miałaby katastrofalne skutki. Zyta, porzucając uczucia i sentymenty, musiała jednocześnie zerwać każdą więź, jaka łączyła ją ze Śląskiem. Spalić mosty i nie oglądać się na przeszłość. Była zbyt słaba, by walczyć, a jej mąż dysponował potężną bronią, która mogła ją zniszczyć.

Bezustanna walka mocno nadwyrężyła jej siły. I dławił ją strach. Wciąż zerkała, czy na peronie nie pojawiła się przypadkiem milicja. Choć Florian dostał, czego chciał, mógł ją przecież zgłosić i doprowadzić do aresztowania. Pozostawało wierzyć, że jej mąż zachowa się tak, jak przewidywała. Był człowiekiem dumnym, bezwzględnym i hardym, który chyba nie złożyłby żadnego doniesienia.

Maszyna wydała przeciągły syk, a ona podskoczyła z przerażenia. Dźwięk bardzo przypominał huk wystrzału, który nie tak dawno słyszała. Marek próbował ją objąć, ale nie rozluźniła mięśni.

Tak naprawdę w wyobraźni wciąż klęczała w izbie teściowej, gdzie po długich bojach udzielono jej zgody na pożegnanie z synkiem.

– Pozwólcie mi go zabrać – szepnęła.

– Ty se możes jechać, kaj chces. Ale łon zostaje. Łon jest nasz! – warknęła kobieta, która uprzykrzała jej życie w ostatnich latach. – Mosz minuta. A potem ida na milicjo.

U jej boku sterczał teść, a na krześle siedział Florian, dysząc i czerwieniąc się z wściekłości. Zyta musiała przyznać rację swojej rozmówczyni: miała zaledwie chwilę na to, by znów nie rozpętało się piekło.

– To w takim razie tylko się pożegnam.

Na te słowa teściowa niechętnie rozluźniła uścisk i Bronek mógł do niej pokuśtykać. Był milczący, a jego twarzyczka raziła bladością. Okropny widok. Rozdzierająca scena, która miała z nią pozostać już na zawsze.

W końcu mogła utulić go do serca, po raz ostatni.

– Mamusia cię bardzo kocha. Bardzo, wiesz? Ale musisz zostać z tatą, babcią i dziadkiem. Będę cię odwiedzać, dobrze?

Malec wykonał głową ruch, który uznała za skinięcie. I nagle poczuła, że musi wyjść, natychmiast wyjść, bo inaczej jej serce eksploduje z bólu, a ona padnie trupem u stóp swoich największych wrogów. I dziecka.

Wszystko działo się tak szybko, całe pożegnanie to było zaledwie kilka minut. A przecież żegnała się z częścią siebie i z własnym zdrowiem psychicznym. Wiedziała już, że jej życie nigdy nie będzie udane. I choć Śląsk miał przestać dla niej istnieć, Bronek pozostanie otwartą raną, której nic nie mogło zasklepić.

Zanim przekroczyli próg, odwróciła się i wykrzywiła twarz w szczerej nienawiści. Miała jeszcze ostatnich kilka słów do swojego męża.

– Żeby cię w tej twojej kopalni piekło pochłonęło! Niech cię coś zabije, ale powoli.

Odpowiedziała jej złowroga cisza, co było do nich całkowicie niepodobne.

Rozdział 1

Kochana mamo, co się wydarzyło! Ile się dowiedziałam! Czuję, jakbym wsiadła na karuzelę, która to zwalnia, to przyspiesza, ale nie daje chwili wytchnienia. Tyle tych emocji, że coraz gorzej sypiam. I zaczynam za tobą tęsknić, choć myślałam, że mam ten etap za sobą. Tymczasem odkryłam ciebie na nowo, poznałam, jakbyśmy wcześniej były sobie obce. A każdy nowy fakt pokazuje, jak mało o tobie wiem.

Jest mi przykro. Tyle rzeczy mnie ominęło, tyle nie zdążyłaś mi powiedzieć. Byłam nawet na ciebie zła, a w życiu bym nie pomyślała, że można obrazić się na kogoś, kto nie żyje od dwudziestu sześciu lat. Ale tak, wściekłość i rozczarowanie sprawiły, że przestałam już mieć pewność, kim jestem i co robię na tym świecie. Mamo, jaka musiałaś być, że potrafisz zmieniać moje dorosłe życie? Zostawiłaś po sobie jakiś ślad. Niedokończoną sprawę, którą znalazłam, choć wcale jej nie szukałam.

Wiesz, co się okazało? Nie wiesz, bo skąd. Może i patrzysz na mnie z góry, ale pojęcia nie mam, czy w ogóle cię to interesuje. Wychodzi na to, że byłaś egoistką. Wiele rzeczy można usprawiedliwić, ale to...? TO się w głowie nie mieści. I mam nadzieję, że nigdy tak nie postąpię. Nigdy. Złamałaś mi tym serce, a przecież sama uczyniłaś mnie tak wrażliwą istotą. Spędziłyśmy wspólnie tylko pięć lat, a to wystarczyło, byś stała się całym moim światem i bym tęskniła za tobą niemal codziennie.

Mimo wszystko nie mogę cię nie kochać. Zawsze będziesz mamusią – nigdy przecież nie zdążyłam podrosnąć na tyle, by zacząć mówić mama. Tylko mamusia. Moja najpiękniejsza, pachnąca wodą różaną, ubrana zawsze w najpiękniejsze sukienki, jak gwiazda filmowa, mamusia.

Jeżeli więc nie śledzisz moich losów, co zaczęłam niedawno podejrzewać, sama ci o wszystkim opowiem. Może mi to jakoś pomoże poukładać sobie w głowie i w sercu, co jest moje, a co twoje. Co chcę zostawić, a co powinno odejść.

Zacznę od czegoś miłego. Zakochałam się, i to jak! Całe życie czekałam na miłość od pierwszego wejrzenia, bo tylko w taką wierzę. Zanim jednak to do mnie przyszło, zdążyłam zwątpić. Zwątpić wiele razy.

W liceum chodziłam z takim Tomkiem, ale on wyjechał na studia do Warszawy i się rozeszliśmy. Ja wybrałam uniwersytet w Szczecinie, żeby pozostać blisko dziadków. Wiesz, dziadkowie od strony taty stali się pontonem ratunkowym, na który wdrapałam się tuż po twojej śmierci. Utulili mnie najczulej, nauczyli niemal wszystkiego. Są zaprzeczeniem własnego syna, który dał się poznać jako beton. Betonowa twarz, betonowe myśli. Szkoda słów.

Babcia Bogusia i dziadek Leon po twojej śmierci stali się dla mnie rodzicami. Ojciec się od nas odciął emocjonalnie. Przyjął postawę dalekiego wujka, który podnajmuje pokój. Wpadał wieczorem, wczesnym rankiem znikał. Jego obecność odnotowywaliśmy podczas Wigilii i w Wielkanoc. A, no i w moje urodziny, choć to nie zawsze. Wiem, że babcia musiała mu o tym przypominać.

Miałam jednak pisać o miłości, a nie o jej braku. Wybacz dygresję, ale chcę, żebyś wszystko dobrze zrozumiała. I niech ci się zrobi wstyd, że wyszłaś za kogoś, kto nie sprostał wyzwaniu, jakim jest ojcostwo.

Dojeżdżałam na uczelnię, bo chciałam pomagać dziadkom i odwdzięczyć się za wszystko. Ucierpiało na tym moje życie studenckie. Zaraz po zajęciach wsiadałam do pociągu, omijając wszelkie imprezy, czasem tylko wyskoczyłam z kimś do kina albo na kawę. Co gorsza, na roku miałam niemal same koleżanki, jakimś cudem w ogóle nie spotykałam chłopaków na swojej drodze. Umówiłam się na kilka randek z polecenia, ale okazało się, że żaden z tych facetów nie myśli poważnie o związku. Chłopcy chcieli się wyszaleć, a może po prostu taki typ mnie pociągał?

I tak oto otrzymałam dyplom magistra, który dał mi niejako upoważnienie do startu w poważne, odpowiedzialne życie. Sprawy sercowe nie zaprzątały moich myśli. Ambicja, którą zaszczepiłaś we mnie, jak miłość do literatury, kazała mi bezczelnie ubiegać się o zlecenia, którym nie miałam prawa sprostać. Nie w tym wieku i nie z takim doświadczeniem, ale pozwolisz, że napiszę o tym później?

Przenieśmy się wreszcie do Świnoujścia. Dwa tysiące trzeci rok, lipiec, mój krótki urlop solo. Poniedziałkowy poranek zapowiadał się upalnie, a ja nie znoszę plaży w takie dni. Postanowiłam więc wybrać się na spacer o szóstej rano, a później wrócić do pokoju, by skończyć tłumaczenie pierwszego rozdziału Marqueza. Pracowałam nad tym od kilku tygodni, ale wciąż czułam, że tekst wymaga dopieszczenia.

Zamyślona nad słowami jednego z największych pisarzy naszych czasów, spacerowałam niespiesznie, rozkoszując się ciszą. Słona woda obmywała mi stopy, jak lubię. Wokół żywego ducha, pierwsi „parawaniarze” mieli się tu zjawić nie wcześniej niż o ósmej. Tym bardziej się zdumiałam, gdy dostrzegłam na piasku mężczyznę, który wyciągał przeraźliwie blade ciało na kąpielowym ręczniku. Miał na sobie granatowe szorty i słoneczne okulary. Rozłożył się tuż przy brzegu, więc nasze spotkanie było nieuniknione.

Od razu mnie zauważył. Oparł się na łokciach i bez zażenowania śledził każdy mój ruch. Dołączył do tego uśmiech, który należał do tych zaczepnych, wymuszających rozmowę.

– Dzień dobry. Pani też lubi plażę o świcie? – usłyszałam. W jego głosie czaiła się śpiewna nuta. Niby poprawna polszczyzna, ale obco brzmiąca. To kazało mi się zatrzymać i okazać zainteresowanie. Coś drgnęło w mojej duszy, mamo. To spotkanie nie mogło być przypadkiem.

– Dzień dobry. Tak, wtedy jest spokojnie i można pomyśleć.

– A nad czym tak pani myśli?

I znowu to zaciąganie. Przywodziło na myśl tylko jeden rejon: Górny Śląsk.

– To moja sprawa – odparłam niegrzecznie. – A pan...

– Janek.

– A pan, panie Janku, nie marznie przypadkiem?

Wiał zimny wiatr. Zanim temperatura przekroczyła dwadzieścia pięć stopni, na wybrzeżu było rześko i chłodnawo. Sama przed wyjściem narzuciłam na ramiona sweter.

– Ja? Ja muszę się ze słońcem najpierw przywitać. Jak bych przyszedł w południe, to wie pani, pani...?

– Elizo.

– Pani Elizo, że musieliby mnie na oddział wieźć? Z poparzeniem trzeciego stopnia. Ja do słońca nie jestem aż tak przyzwyczajony.

– A co, wypuścili pana z więzienia? – zażartowałam. Coś sprawiło, że przedłużałam naszą pogawędkę.

– Prawie. Ale nie, taki charakter pracy. Zgadnie pani?

Uśmiechnęłam się z politowaniem.

– Też mi zagadka.

– Blady jak kejza i boi się słońca – zaśmiał się.

– Górnik?

– Z dziada pradziada.

– Czyli górnik przyjechał na urlop. I to nad polskie morze. Nie szybciej byłoby w góry? Blisko macie.

Serce zabiło mi szybciej, mamo. I ty dobrze wiesz dlaczego. Niewiele wiedziałam o twojej przeszłości poza tym, że przyjechałaś za ojcem ze Śląska. I nagle spotykam Janka, jedynego człowieka na świnoujskiej plaży, którego nie mogłam przeoczyć. To chyba aż nadto wyraźny znak.

– Co za frajda? Jodu chciałem się nawdychać. Chyba pani rozumie, że pod ziemią brakuje świeżego, zdrowego powietrza.

– Wyobrażam sobie.

Znów śmiech, tym razem kpiący.

– Oj, nie wyobraża. Jak się wyjeżdża na górę i pierwszy haust powietrza można złapać, to się człowiek zawsze wzrusza. Zawsze! Bo to powietrze oznacza, że się wyszło z szychty całym i zdrowym. I że się wraca do domu.

Poderwał się do siadu, a potem zwinnym ruchem do pozycji stojącej. Nie wiedzieć jak i kiedy, zaczęliśmy wspólnie przechadzać się brzegiem morza.

– A pani na urlopie?

– W pewnym sensie. Przyjechałam, bo tu mi się lepiej myśli. Mogę pracować z dowolnego miejsca.

– Czym się pani zajmuje?

– Jestem tłumaczką literacką. Między innymi.

– Z jakiego języka?

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Założyłam, że książki nie będą go interesować.

– Hiszpańskiego.

– Hiszpania! Tam dopiero jest gorko.

– A pan sam z tak daleka przyjechał?

Przyznaję. Chciałam od razu wiedzieć, czy przywiózł ze sobą żonę i trójkę dzieci. Albo narzeczoną, bo wyglądał młodo. Janek był trochę niższy ode mnie, tak na oko z metr siedemdziesiąt pięć. Jasne włosy. Oczy dojrzałam dopiero później. Zachwyciły mnie. Chłodny, krystaliczny błękit, tęczówka jak u wilka.

– Mów mi Janek – poprosił. Już nie byliśmy obcy, wiedzieliśmy o sobie kilka rzeczy. A przecież rozmawialiśmy raptem kilka minut. – Zabrałem siostrę. Ale ona jeszcze śpi. Ja jestem bardziej rannym ptaszkiem. Najbardziej lubię w pracy zmiany poranne.

Tak poznałam Janka. Bladego jak kejza (czyli biały ser) i zakochanego bez pamięci w kopalni chłopaka ze Śląska.