Pani trzech róż - Weronika Wierzchowska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Pani trzech róż ebook

Weronika Wierzchowska

0,0

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Tajemnica z przeszłości, która na zawsze związała ze sobą losy dwóch niezwykłych kobiet…

 

 

 

Rok 1674. Cecylia Białobłocka opiekuje się piętnastoletnią Ludwisią, córką swojej zmarłej przyjaciółki, Joanny. Młoda dziewczyna pragnie wreszcie poznać prawdę o matce. Cecylia zabiera ją więc w emocjonalną podróż do przeszłości – do czasów, gdy obie dorastały na dworze Radziwiłłów.

 

 

 

Ich niezwykła więź przetrwała rozłąkę, małżeństwo Joanny z dużo starszym magnatem, bezmiar tragedii po śmierci dziecka, religijne szaleństwo, okrucieństwo wojny i wdowieństwo. Pod wpływem tych ciężkich prób Joanna z beztroskiej dziewczyny stała się silną, mądrą i sprawiedliwą panią rozległych włości. Cecylia zaś niezmiennie trwała u jej boku przez te wszystkie lata – jako powiernica, oddana przyjaciółka i jedyna osoba, która odważyła się zawsze mówić jej szczerą prawdę.

 

 

 

Kolejna powieść Weroniki Wierzchowskiej to poruszająca historia głębokiej przyjaźni dwóch kobiet, które nie bały się stawić czoła przeciwnościom losu i konsekwentnie próbowały odnaleźć własną drogę w świecie bezwzględnie rządzonym przez mężczyzn.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 377

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Weronika Wierzchowska, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Magdalena Białek

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Grzegorz Araszewski / garasz.pl

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Magnific z wykorzystaniem narzędzi AI

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannaszz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68987-25-6 (EPUB); 978-83-68987-26-3 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PROLOG
DZIAŁO SIĘ W DZIEŃ ŚWIĘTEGO ANTONIEGO, 13 IUNIUS, ANNO 1674, W PUCKU
 

Ludwisia zdawała sobie sprawę z tego, że pościg się zbliża. Zawsze mieli ją na oku, z pewnością zauważyli, że się wymknęła, i już za nią kogoś wysłali, czuła to każdym włoskiem jeżącym się na rękach. Rzuciła się biegiem pod górę. Grzęzła nieco w sypkim piasku, ale nie zwalniała. Niezawiązane wstążki zatrzepotały, po czym słomkowy kapelusz odleciał z pierwszym mocniejszym podmuchem wiatru. Dziewczyna akurat wybiegła spomiędzy drzew na wydmową łachę i w twarz uderzyła ją morska bryza. Zmrużyła oczy od ostrego słońca. Na wściekle błękitnym niebie jaśniały postrzępione chmurki, morze szumiało łagodnie i kojąco. Skrzeczały mewy, w wodzie tańczyły słoneczne błyski. Ten szum usypiał ją, kiedy była dzieckiem, towarzyszył przez całe dzieciństwo i kojarzył się z czymś przyjemnym i swojskim, z domem, z radością i szczęściem.

Nie pora jednak na sentymenty, teraz musiała wyrwać się z łap pościgu. Przed nią w obie strony ciągnęła się pusta, pachnąca morskim wiatrem plaża, o piasku tak złotym i jasnym, że kłuł w oczy. Ludwisia chwilę skakała na jednej nodze; zerwała z niej płócienny trzewik na skórzanej podeszwie, potem drugi, ściągnęła pończochy, po czym już boso zbiegła po wydmie. W oddali widziała port w Pucku i maleńkie stąd zabudowania. Nieco bliżej rysowały się szare mury niewielkiego fortu, który wzniósł pierwszy mąż jej matki. Ona jednak nie pędziła w stronę ludzkich siedzib, tylko prosto jak strzeli w kierunku Bałtyku.

Kiedy do brzegu zostało kilkanaście kroków, zatrzymała się i ściągnęła przez głowę sukienkę, została w lnianej halce i majtkach. Grzech śmiertelny paradować w ten sposób w biały dzień, pod gołym niebem! Właśnie doliczyła sobie kilka ładnych latek na mękach czyśćcowych. Tak by pewnie powiedział ojciec Grzegorz Gdański, który od dziecka wpajał jej zasady wiary i poszanowanie oraz przywiązanie do wszelkich cnót niewieścich. Przede wszystkim do posłuszeństwa i wierności, do skromności i czystości myśli oraz uczynków.

– Furda tam, mam to w nosie – prychnęła ze złością, rozłożyła szeroko ręce i z wrzaskiem rzuciła się do morza.

Krzyk przeszedł w pisk, kiedy lodowata woda zmoczyła jej nogi. Wbiegła w nią z impetem, setki kropel rozbryznęły się na wszystkie strony. Potknęła się i padła na kolana, fale na chwilę pochłonęły ją aż po szyję, usta wypełnił słony smak. W zatoce woda rzadko była wzburzona, nie aż tak strasznie zimna, by od razu umierać, poza tym płycizna ciągnęła się tu milami i utopić się było raczej trudno. Ludwisia zresztą wcale nie bała się utonięcia czy zamarznięcia. Co prawda, o szkodliwości kąpieli stary, srogi franciszkanin też wiele razy klepał, a wskoczenie do morza uważał za coś równoznacznego z samobójstwem; takiej kąpieli wszak nie sposób było przeżyć. Woda morska sprowadzała chorobę, gorączkę i rychłą śmierć, w dodatku w męczarniach. Mimo tego Ludwisia i tak od dziecka się kąpała, zresztą zwykle ze swoją opiekunką i nauczycielką. To ona nauczyła ją tego dramatycznie niebezpiecznego i grzesznego zwyczaju.

Położyła się na wodzie i zaczęła płynąć. Niemal natychmiast przejmujący chłód zniknął, mięśnie rozgrzewała krew żwawo krążąca w żyłach i Ludwisia poczuła się cudownie, jakby frunęła. Przewróciła się na plecy i rozłożyła ręce, woda sama ją niosła. Dziewczyna patrzyła w niebo, po chwili jednak zerknęła na brzeg. Tak jak się spodziewała, pościg był blisko. Właśnie wyjechał z lasu i przesuwał się po piasku na karym wałachu, wielkim i groźnym. Pościg składał się z jednego jeźdźca, w dodatku była nim kobieta – bardzo jeszcze ładna, mimo tego, że przekroczyła czterdziestkę. Jechała dumnie wyprostowana, wręcz wyniosła jak królowa. Ubrana w granatową suknię i czepiec w tym kolorze, mogłaby uchodzić za stateczną, nabożną szlachciankę z miasta, gdyby nie dwa olstra z pistoletami przy siodle, które zdawały się krzyczeć, że lepiej z tą niewiastą nie zadzierać. Ludwisia przekręciła się na brzuch i zaczęła energicznie płynąć przed siebie, byle dalej od brzegu.

– Stój, waćpanna! Dokąd to?! – wrzasnęła przybyła, Cecylia Kazimiera Białobłocka herbu Lubicz.

Ludwisia udała, że nie słyszy, zresztą słowa przybyłej i tak pochłaniał szum morza.

Cecylia zagryzła wargę. Podejrzewała, że dziewczyna szaleje, bo niedawno się dowiedziała, że wuj sprawujący nad nią pieczę, jaśnie oświecony książę Michał Radziwiłł, znalazł jej męża i lada dzień zakończy się beztroski okres dzieciństwa i panieństwa małej Ludwisi. Miała już piętnaście lat i musiała przysłużyć się rodzinie, wchodząc w korzystny politycznie mariaż. Właściwie osiągnęła wiek, w którym wręcz należało ją wydać za mąż. Oczywiście wuja musiała słuchać, zwyczajnie nie miała innego wyjścia. Poza tym uczono ją od dziecka, by pokornie wypełniała wolę mężczyzn i służyła rodowi, królowi, ojczyźnie, tak jak kobieta służyć powinna. Musiała założyć czepiec statecznej żony, rodzić kolejnych dziedziców, przyszłych rycerzy, którzy walczyć będą za króla i Rzeczpospolitą. Nie było o czym dyskutować i nad czym się zastanawiać. Wszyscy tego od niej oczekiwali, łącznie z samym Panem Bogiem.

Tyle że tak naprawdę żadna się nie pali, by wychodzić za mąż za nieznajomego, którego nawet na oczy nie widziała – westchnęła Cecylia w duchu.

Buntu należało się zatem spodziewać, tyle że dobrze ułożona panna powinna się buntować, jak przystało kobiecie z klasą – rozpłakać się, może nawet omdleć, i zmożona słabością nic nie jeść przez kilka dni, przyprawiając wszystkich bliskich o kilka siwych włosów ze zmartwienia. Potem żarliwie wyżalić się spowiednikowi, który zaraz by jej wytłumaczył, sypiąc cytatami z Pisma, że powinna być posłuszna i właściwie szczęśliwa.

– Ta mała nie jest dobrze wyćwiczoną klaczą rozpłodową – mruknęła Cecylia, kierując konia do brzegu.

Ponagliła go ściśnięciem ud i łydek, by wszedł do wody. Nie używała ostróg, nie lubiła sprawiać zwierzęciu cierpienia.

– Nie daje się ułożyć, woli robić wszystko po swojemu, jak jej matka. – Uśmiechnęła się do wspomnień, do obrazu Joanny, który miała właściwie stale pod powiekami.

Ściągnęła wodze, kiedy woda zaczęła chlapać na jej stopy w strzemionach. Nie miała ochoty się zamoczyć z powodu humorów i kaprysów podlotka.

– Dokąd to waćpanna płyniesz? – zagrzmiała mocnym głosem.

– Do Szwecji!

– Mnie się widzi, że kierujesz się na Królewiec, Szwecja jest na północy. Ale jak tam sobie chcesz, stopy wody pod kilem! – Cecylia oparła jedną rękę o biodro i zmrużyła oczy przed ostrym słońcem. – Powiedz jeno, komu mam oddać twoje błyskotki? Szkoda też, że wiano się zmarnuje. Pewnie wuj przekaże waćpanny apanaże na rzecz klasztoru! Imaginuj sobie franciszkanów, jak przymierzają twoje suknie!

Ludwisia parsknęła śmiechem, zawróciła, po czym sprawnie podpłynęła do swojej prześladowczyni. Nie wstawała jednak, unosiła się w płytkiej wodzie, zanurzona po szyję. Cecylia pochyliła się do niej w siodle i odezwała już znacznie ciszej:

– I po co te dąsy i humory? Niczego nimi nie zmienisz, poza tym powinnaś się cieszyć, że wuj okazał ci tyle serca i wybrał na męża wcale zdatnego młodzieńca. Oglądałam jego konterfekt[1], ten, co ci przysłali. Kawaler jak malowany: urodziwy, rosły i silny, a co najważniejsze, młody! Mości Józef Słuszko jest niewiele od ciebie starszy, ledwie o siedem lat, znaczy w sam raz! Poszczęściło ci się. Pokochacie się prędko i zanim się obejrzysz, będziesz piszczała na jego widok.

– Mnie też się podoba, choć pewnikiem konterfekt nieco upiększony. Nigdy na nich nie malują dziobów po ospie, wrzodów, krzywych nosów i połamanych zębów. Ale prawda, że mości Słuszko młody i ładny, jestem mu rada. Pójdę za Józefa, jak wuj przykazuje – odparła dziewczyna.

– Nie będziemy tak gadały, bo siedzenie za długo w ziemnej wodzie to proszenie się o kłopoty. Zaraz dostaniesz gorączki i medyk będzie ci krew puszczał, co rychło z każdego siłacza może siły wyssać i złożyć go do grobu. – Cecylia wyciągnęła do niej rękę. – Minęłam po drodze rybaków ze wsi, pewnie zaraz tu przylizą. Chcesz, by oglądali cię prawie gołą? Najpierw się napatrzą, potem polecą ze skargą do ojca Grzegorza i jak ten przyfasonuje ci pokutę, to dopiero zobaczysz...

– Jutro wyruszamy do Warszawy, ojczulek nie zdąży mnie wziąć na męki – odparła Ludwisia, ale wstała i wynurzyła się z wody niczym Wenus.

Cecylia wciągnęła ją na koński zad za swoimi placami, wyjechały na plażę, gdzie na kupce leżała zarówno suknia, jak i buciki, a nawet kapelusz, które Cecylia zebrała po drodze. Dziewczyna, dygocząc, ściągnęła przemoczoną bieliznę i wciągnęła suknię na nagie ciało. Z zimna usta jej posiniały, a zęby szczękały jak kołatki pokutników.

– To po coś ty tu przylazła, jak nie po to, by uciec przed zamążpójściem? – spytała podejrzliwie Cecylia.

– Pożegnać się z morzem chciałam. Wyjedziemy do Warszawy, skąd pan mąż zabierze mnie na swoje włości na Litwie. Nigdy już morza nie zobaczę...

– Aj tam, żałować nie ma czego, to tylko duża kałuża. – Cecylia machnęła niedbale ręką. – Będziesz się z panem mężem kąpała w jeziorach. Woda cieplejsza i ojciec Grzegorz daleko... – Znów pomogła jej wspiąć się na konia i usadowić za swoimi plecami, a że jeździły tak razem od dziecka, miały to przećwiczone. – A teraz prawdę mów – rzuciła przez ramię. – Małżeństwo i kawaler ci nie wadzi, to co cię frasuje?

Dziewczyna nie odezwała się od razu. Przywarła mocno do Cecylii, obejmowała ją rękami w pasie, oparła głowę o jej plecy.

– Cesiu, duszko, nie wiesz, czemu cierpię? Porzucasz mnie, wypychasz w świat, na poniewierkę – powiedziała wreszcie. – Ponoć poprzysięgłaś mamie, że mnie nie zostawisz. I co? Tyle twoje słowo warte? Przy pierwszej okazji pozbywasz się mnie, i tyla! Tak ci niemiłe było moje towarzystwo?

– Gdyby było niemiłe, dawno temu mogłabym zostawić cię pod opieką wuja i ruszyć w swoją stronę. Nie jestem tu na służbie, ta się zakończyła wraz z odejściem Joasi. Alem zawsze kochała cię jak córkę, twoja pani matka była mi zaś bliższa niż siostra. Ranisz mnie tymi przyganami, ale wiem, że nie robisz tego przez złośliwość. Wyruszasz w dorosłe życie i czujesz się opuszczona. Ale tak to już jest, że kiedy pisklę dorasta, wypycha się je z gniazda. Musi sobie radzić samo. Wszelkie stworzenie sobie w ten sposób gospodarzy. Matka, nawet przybrana, taka jak ja, nie może cię cięgiem prowadzić za rączkę przez życie. Wchodzisz w dorosłość, zzujesz kapelusik panienki i założysz czepiec matrony. Będziesz gospodarzyć na swoim, będziesz dzielić i rządzić dla swego pana męża. Taka stara baba jak ja do niczego ci tam nie będzie potrzebna.

– Mogłabyś pojechać ze mną. Zamieszkasz w naszym dworze, mój pan mąż nie będzie miał nic przeciw temu. Niechby tylko spróbował... Zresztą mogę mieć swój fraucymer, tak jak miała mama. – Ludwisia ścisnęła ją mocniej. – Musisz się zgodzić, inaczej znów ucieknę i tym razem odpłynę aż do Szwecji.

– Przeziębisz się, by zrobić mi na złość? – prychnęła Cecylia. – Nie bądź dziecinna. Pojadę z tobą do Warszawy, tak jak było ustalone. Zobaczę twojego wybranka, sprawdzimy, czy to nie gwałtownik albo gładysz szaławiła. Ale wszystko wskazuje na to, że dobry z niego chłopak. Zaraz się zakochasz i zapomnisz o mnie, odejdę w przeszłość, tak jak całe twoje dzieciństwo.

– Mogłabyś się poświęcić i zamieszkać z nami choć na kilka lat – mruknęła dziewczyna. – Odrobinę poświęcenia: czy o wiele proszę?

Cecylia nie odpowiedziała, zagryzła wargę. Zrobiło się jej przykro, do tego ogarnęły ją słabość i żal. Za mało już poświęciła? Zanim jednak coś odpowiedziała, napotkały rybaków taszczących naprawioną sieć. Na widok jejmościanek zatrzymali się i zdjęli czapki, a one skinęły im głowami i pojechały dalej.

– Dla mamy to jednak zrobiłaś – naciskała nadal Ludwisia. – Wiem, ojciec Grzegorz opowiadał o niej, jaka to była pobożna, wzór cnót i dobroci, uczynna, pełna pokory i do tego posłuszna. Coś mi się jednak widzi, że nie dlatego przy niej zostałaś. Że to tylko natchniona gadanina starego zakonnika, który chciałby, żeby każda niewiasta była taka, jak on oczekuje. Czemu waćpanna nic nie mówisz? Jaka ona była naprawdę? Kim była moja pani matka? Czemu mi o tym nigdy nie opowiadasz?

Cecylia opuściła głowę i chwilę jechała z zamkniętymi powiekami. Starała się powstrzymać niepływające do oczu łzy.

– Bo ciągle za nią tęsknię. Boję się, że jak zacznę wspominać, to serce mi pęknie – wyznała, po czym poruszyła się w siodle, jakby chciała odwrócić w tył. – W końcu jednak muszę ci o niej opowiedzieć, trzeba to zrobić, zanim się rozstaniemy. Słuchaj zatem... Joanna była niezwykła, jedyna w swoim rodzaju, jakby nie z tego świata. Miała wielkie, zielone oczy i stale się uśmiechała w taki sposób, że miękły dla niej najtwardsze nawet serca...

ROZDZIAŁ 1
DZIAŁO SIĘ DWADZIEŚCIA CZTERY LATA WCZEŚNIEJ, W DZIEŃ ŚWIĘTEGO BENEDYKTA, 21 MARTII, ANNO 1650, W PAŁACU W BIAŁEJ RADZIWIŁŁOWSKIEJ[2]
1

To Joanna wpadła na pomysł, by spłatać jakiś złośliwy figiel mademoiselle Madeleine de Maillard. Nie żeby naprawdę zrobić jej przykrość – no może odrobinę – ale choć trochę odegrać się za cierpienia, jakich francuska bona przysparzała pannom z pałacu. Została sprowadzona przez pana ojca Joanny, czyli jego książęcą mość marszałka wielkiego litewskiego Aleksandra Ludwika Radziwiłła, lata temu, by uczyć małe książęce dzieci stosownych podstaw cywilizowanego wychowania, czyli przede wszystkim dworskiego savoir vivre’u oraz języka francuskiego. Dziewczęta miała również szkolić w tańcach dworskich oraz godności i gracji w ruchach, gestach i wysławianiu.

Dama pochodziła z rycerskiego rodu z Bretanii, choć mocno finansowo podupadłego, dlatego przyjęła tę pracę. To była dla niej szansa, by odbić się od dna i przy okazji znaleźć w Polsce stosownego męża. Wielu biedujących Francuzów, właściwie całe ich tłumy, ściągnęło w podobnym celu razem z przyszłą polską królową Ludwiką Marią Gonzagą, by skorzystać z mody na francuskość i robić karierę oraz pieniądze w Rzeczypospolitej, panna de Maillard nie była zatem żadnym wyjątkiem.

I rzeczywiście, początkowo nieźle szło jej nauczanie, przynajmniej z pierwszą, najstarszą córką księcia, Anną Eufemią. Ta jednak szybko dorosła i opuściła rodzinne gniazdo. Potem los jakby się uwziął i kolejnych pięcioro dzieci Radziwiłła zmarło w niemowlęctwie lub we wczesnym dzieciństwie, dopiero Michał Kazimierz i Joanna Katarzyna dorośli na tyle, by mademoiselle mogła je szkolić. W tym czasie nieźle nauczyła się po polsku, poznała miejscowe obyczaje i układy, ale jak na złość kawalerowie nie palili się, by uderzać do niej w konkury. Nie chodziło tylko o to, że nie miała grosza przy duszy i niczego nie mogła im wnieść w posagu, ale też o to, że była zwyczajnie szpetna i wredna. Wysoka i chuda jak tyka, bez modnych i pożądanych przez panów krągłości, z zawsze ponurą miną i ustami zaciśniętymi w wąską kreskę, odstraszała absztyfikantów. I to mimo tego, że na dworze Radziwiłłów zawsze pełno było wszelkiej maści kawalerów, zarówno żołnierzy, jak i urzędników lub po prostu wolnych panów szlachciców.

Nieuchronnie mademoiselle Madeleine gorzkniała, pogrążała się w poczuciu osamotnienia i beznadziei. Nigdy nie była nauczycielką z powołania, teraz zupełnie straciła przyjemność z dzielenia się wiedzą z dziećmi. Te irytowały ją coraz bardziej, szczególnie panny: świeże, piękne i pełne nadziei na szczęśliwie życie. Widziała w nich siebie sprzed lat i paliło ją to do żywego. Ich głośne śmiechy, energia i naturalna radość były dla niej niczym rozżarzony pręt wetknięty w ranę. Miała ochotę sprawić im ból i czerpać radość z rozczarowania. Z każdym rokiem pogrążała się w mroku coraz głębiej, jej mina już na stałe wyrażała gniew i niezadowolenie. Wobec dziewcząt stała się złośliwa, przesadnie wymagająca i zwyczajnie okrutna. Męczyła je niepotrzebnie szczegółową gramatyką, karciła za każdy nieodpowiedni gest, złą postawę lub choćby za zbyt głośne oddychanie w czasie lekcji.

Nie odważyła się męczyć młodego księcia Michała Kazimierza, wyczuwała w nim bowiem gniew, dostrzegła, że jest pamiętliwy, i domyśliła się, że potrafi być jeszcze okrutniejszy od niej. Jego traktowała zatem łagodnie, wręcz przymilnie, wszelkie błędy i niedociągnięcia odpuszczała ze sporą dozą pobłażania. Co innego panny, z nimi mogła sobie poużywać. Prócz księżniczki Joanny Katarzyny miała bowiem pod opieką jeszcze sześć dziewcząt. To były tak zwane panny respektowe, czyli szlachcianki pochodzące z zasłużonych Radziwiłłom rodzin, ale ubogich lub borykających się z trudnościami. Książę pan przyjął je pod swój dach na wychowanie, zapewnił nie tylko wikt i opierunek, ale też stosowne dla niewiasty wykształcenie. Finalnie znajdzie dla każdej stosowną partię i wyda je kolejno za mąż, a nawet obdarzy każdą jakimś małym wianem. Mademoiselle Madeleine miała zatem aż siedem uczennic, które mogła okładać rózgą lub palcatem, wrzeszczeć na nie, poniżać i pomiatać nimi ile dusza zapragnie. Nikt nie ingerował w jej metody wychowawcze, zresztą w Polsce od zawsze ćwiczono młodych, nie żałując kija. Uważano ją za dobrą bonę, właściwie guwernantkę, zresztą zarzucać nie było czego, bo każda z panien umiała się zachować i wysławiać po francusku, jak należy.

– Asiu, ale wiesz, że ona nie znosi facecji? – Cecylia, najbliższa przyjaciółka księżniczki Joanny, starała się czasem temperować jej entuzjazm i żywiołowość. – Jak nas przyłapie, nie podaruje, w ruch pójdą rózgi...

– Boisz się, że znów będzie próbowała wszystkie plagi, co mi się należą, wlepić tobie? – Joanna zmrużyła oczy. – Niedoczekanie. Nie pozwolę na to, mowy nie ma. Jeśli nas złapie, obie oberwiemy po równo!

Cecylia westchnęła ciężko. Mademoiselle Madeleine jeszcze latem przyłapała je na nieuwadze podczas lekcji i gapieniu się przez okno na półnagich hajduków, którzy w upał prowadzili konie do pławienia w rzece. Chciała ukarać je rózgami za – jak to określiła – nieczystość myśli mogącą prowadzić do rozwiązłości, ale po zastanowieniu zdecydowała, że nie uchodzi solidnie zlać księżniczki. Co innego przyrżnąć jej po łapach za błędy, ale chłosta to już poważniejsza sprawa. Kara musiała jednak zostać wymierzona, więc bona zdecydowała, że przyjmie ją na swój zadek współwinna: Cesia oberwie dwa razy, za siebie i za przyjaciółkę. Joannę tak zabolała ta niesprawiedliwość, że wybuchła histerycznym płaczem, teatralnie przerysowanym; darła się, szarpała za włosy, na koniec udała że mdleje z rozpaczy. I jakoś wówczas im się upiekło, ale bona zastrzegła, że następnym razem nie daruje. Mało tego, do wymierzenia kary zawoła hajduków i to im poleci, by wlepili pannom po tuzin batów na goły tyłek.

To wydało się obu tak przerażające, że od tamtej pory podczas zajęć żadna nawet nie spojrzała w okno. Bona czuła się chyba coraz pewniej, bo w najlepsze dręczyła pozostałe panny. Kiedy pisały dyktowane przez nią francuskie frazy i maksymy, przechadzała się z bambusowym kijkiem i za najmniejszy błąd lub choćby kleks lała po rękach lub plecach. Świst kija i okrzyk bólu były właściwie stałym akompaniamentem w czasie lekcji.

– Nie turbuj się teraz karą, zresztą nie złapie nas, nie ma obawy. – Joanna była pewna siebie, uśmiechała się zadziornie, a w jej oczach błyskały diabelskie ogniki.

Skradały się po schodach na najwyższe piętro pałacu, który został wzniesiony w stylu włoskim i zasadniczo składał się z jednego, pozbawionego skrzydeł, za to piętrowego budynku, tyle że z narożnymi basztami. Zawsze po korytarzach ktoś się kręcił: czy to służba, czy oficjaliści, czy rezydenci. Jak na każdym magnackim dworze również na książęcym garnuszku była masa ludzi, z czego część rzeczywiście okazywała się pasożytami. Mało kto z tego licznego towarzystwa zwracał uwagę na podlotki. Ludzie żyli tu intrygami, próbami wkupienia się w łaski Radziwiłła lub załatwiania interesów. Pałac wizytowali również przyjezdni oficjaliści z Warszawy, ważni waszmościowie, przybyli w sprawach państwowych lub wojskowych. Wszak jego książęca wysokość piastował nie tylko funkcję wojewody, ale i marszałka wielkiego litewskiego, przez co miał mnóstwo obowiązków na głowie.

Joanna szła pewnie przed siebie, udając, że obie z przyjaciółką są czymś pilnie zajęte, zresztą nikt z mijanych chyba nie rozpoznawał w niej księżniczki, tyle tu się kręciło osób. Nieraz zastanawiała się nad tym, że to dziwne być anonimowym we własnym, rodzinnym domu.

Tylko czy można to zimne gmaszysko nazwać domem? – dumała. Ojca widywała od czasu do czasu, kiedy akurat nie podróżował, i nie była pewna, czy w ogóle ją zauważa, wiecznie czymś zajęty. Mamy, księżnej Tekli Anny, nawet nie pamiętała. Przyszła na świat jako ósme i ostatnie dziecko, Tekla bowiem zmarła dwa tygodnie po urodzeniu Joanny, strawiona gorączką połogową. Najstarsza siostra zawsze pozostawała chłodna i nieobecna, nadmiernie poważna i zajęta sobą. Lepsze kontakty miała Joasia z dwa lata od niej starszym bratem, Michałem Kazimierzem. Młody książę potrafił jednak być nad wiek srogi i groźny, choć chyba na swój sposób kochał siostrzyczkę i nigdy jej nie dokuczał. Reszta rodzeństwa wymarła, nie licząc najmłodszej, Cecylii Marii, urodzonej przez trzecią żonę ojca, Lukrecję z Italii. Najmłodsza siostrzyczka była jednak jeszcze berbeciem, ciągle uczepionym sukienki mamki.

Joanna ścisnęła mocniej Cesię ze rękę, spojrzała na nią z ukosa, jakby chciała się upewnić, że przyjaciółka jest w pobliżu. To ona tak naprawdę była jej najbliższą rodziną, właściwe prócz niej nie miała tu nikogo, kto by darzył ją ciepłem i bezinteresowną serdecznością.

Cecylia Kazimiera Białobłocka należała do panien respektowych. Trzy lata starsza od Joanny, od pierwszych dni swojego pobytu w Białej Podlaskiej wiernie się jej trzymała i opiekowała niczym młodszą siostrą. Urodziła się jako córka szlachcica szaraczkowego z Białobłotów, co znaczyło, że jej ojciec sprawował pieczę nad jedną lichą wioską i należało do niego tylko kilkanaście domów z chłopami, trochę ziemi i kawałek lasu. W chałupie bida z nędzą, nie mógł sobie pozwolić na wychowanie córki, zresztą nie miał grosza na jej wiano. Na szczęście imć Białobłocki służył wiernie Rzeczypospolitej. Najpierw podczas wojny ze Szwecją bronił Rygi, potem u boku Krzysztofa II Radziwiłła bił się w wojnie smoleńskiej, gdzie jako kapitan rajtarów kilka razy przebił się do oblężonego przez Moskwiczan miasta i raz uratował życie samemu księciu. W nagrodę Radziwiłłowie wzięli mu córkę na wychowanie, zwalniając z tego jakże kosztownego i niewygodnego obciążenia.

Mimo tego że Cesia pochodziła z jakieś zabitej dechami wioski w środku lasu, szybko się odnalazła w gwarnym i rojnym pałacu. Rozsądek, który odziedziczyła po matce, podpowiadał jej, jak ma sobie radzić w tym gnieździe żmij, bo dwór Radziwiłłów był właściwie kopią dworu królewskiego, jego mniejszą wersją; intrygi i polityka grały tu zatem pierwsze skrzypce. Jej nieformalnie przybrana siostrzyczka, Joasia, pomogła jej znaleźć się w tym środowisku i to ona wprowadziła ją w zawiłości życia w pałacu.

Teraz wiodła ją na pewną zgubę na najwyższe piętro, gdzie znajdowały się pokoje dla gości i służby wyższej, do której zaliczała się także francuska bona. Pierwszym punktem planu, w całości wymyślonego przez Joasię, było dostanie się do pokoju francuskiej harpii, oczywiście w sposób niezauważony. Po korytarzu na górze snuło się kilka osób, dwaj służący taszczyli drewniane wiaderka z popiołem po oczyszczeniu pieców w pokojach, odziany z europejska jegomość w peruce, spodniach do kolan i białych pończochach prawił słodkie słówka pokojówce z tacą zastawioną kubkami, przy oknie palił fajkę któryś ze starych rezydentów dożywających w pałacu ostatnich dni na pańskiej łasce. Dziewczęta dotarły do celu i nie wahały się ani chwili. Cecylia wyprzedziła księżniczkę i jako pierwsza złapała za klamkę. Chciała w razie czego wziąć całą winę na siebie. Szlachetność Joanny to jedno, ale nie mogła pozwolić, by ta dostała w skórę. Jeśli je złapią, bez wahania przyzna, że to ona wszystko przygotowała i przeprowadziła fortel. Zezna, nawet na torturach, że namówiła Joannę na ten wygłup, nie dopuści, by została zhańbiona chłostą, sama przyjmie wszystkie baty.

Księżniczka była tak podniecona żartem, że nie dostrzegła tego gestu i nie domyśliła się, że jest chroniona w ten sposób. Wśliznęła się do komnaty za przyjaciółką, zachichotała, rozglądając się ciekawie. Wnętrze wyglądało jednak całkowicie zwyczajnie: łóżko, ciężka szafa i kufer z rzeczami, mały sekretarzyk, pewnie służący także do upiększania, jeśli postawiło się na nim zwierciadełko, krzyż na ścianie, stolik z lampą oliwną i pojedynczy świecznik. Nuda, nic ciekawego tu nie było.

– Mówiłam, że nie zamyka drzwi na klucz! – Księżniczka zaklaskała z uciechy.

– Nie ma niczego do ukrycia. Widać, że żyje jak mniszka. O, Pismo Święte po francusku i modlitewnik po łacinie. Niczego więcej tu pewno nie znajdziemy... – mruknęła Cecylia.

Joanna, uśmiechnięta z zadowolenia od ucha do ucha, obeszła pokój w radosnych podskokach. Z natury cieszyła się każdą chwilą i starała się czerpać z życia jak najwięcej radości. Miała trzynaście lat, była niemal dorosła i potrafiła zachować niezwykłą powagę, wręcz dostojeństwo, których niejedna wielka matrona mogłaby pozazdrościć, ale kiedy nikt nie patrzył, chętnie zmieniała się w trzpiotkę i brykała jak źrebię.

Dopadła do kufra, który też nie został zamknięty. Widocznie mademoiselle nie kłopotała się przesadnym dbaniem o prywatność albo pokładała zaufanie w przyzwoitość mieszkańców pałacu. W środku Joasia znalazła dokładnie to, czego się spodziewała: starannie poskładaną garderobę. Suknie i płaszcze pewnie wisiały w szafie, w kufrze znajdowała się głównie bielizna i drobiazgi oraz – jak się okazało – także paczuszka z listami, różaniec i kilka kolorowych wstążek, choć bona zwykle ubierała się na szaro bądź biało, jak przystało na nieskalaną dziewicę.

– Jest! Tegośmy szukały, prawda? – Joasia wyciągnęła pakuneczek pociętych w równe prostokąty płóciennych szmatek.

Cesia twierdząco pokiwała głową. To materiał służący do hamowania krwawienia podczas „regularności”. Joanna przeszła swoją pierwszą ledwie kilka miesięcy temu i to wówczas, kiedy przyjaciółka pokazała jej, jak niewiasty radzą sobie z tym problemem, wpadła na pomysł, by zmalować podłego psikusa nielubianej bonie. Teraz wyciągnęła z kieszeni małą sakiewkę i wysypała na dłoń przygotowaną mieszankę: drobne, ostre plewy, które zebrały w stodole, i utarty pieprz. Ten drugi specyfik nie należał do tanich, przeciwnie – jak każda przyprawa korzenna uchodził za zbytek, ale księżniczka uznała, że może sobie pozwolić na kradzież i zmarnowanie odrobiny. Wtarła teraz mieszankę w paski materiału, tak by nie było widać, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Cecylia parsknęła śmiechem, bardziej z nerwów niż rozbawienia.

– Zapiecze ją do żywego, jak ognie na mękach piekielnych.

Wyobrażała sobie, jak bona siada podczas lekcji i zaczyna się wiercić, aż wreszcie z krzykiem bólu wybiega. Pewnie będzie musiała usiąść w beczce z wodą, by schłodzić sobie wstydliwe miejsce, kiedy już plewy z pieprzem się w nie wetrą.

– Nie tak bardzo zapiecze, jak mnie piekły dłonie, kiedy sprała mnie po nich tym swoim kijaszkiem – mruknęła Joasia, starannie składając podpaski.

– A mnie łydki i uda, kiedy nie mogłam spamiętać kroków gawota. – Cecylii minęły skrupuły na wspomnienie bólu i upokorzeń zadanych przez harpię. – Dosyp jeszcze trochę, nie ma co żałować naszej łaskawej nauczycielce. Gdzie byśmy zdobyły tyle eksperiencji, gdyby nie jej poświęcenie w laniu nas po łapach i zadkach?

Obie zaśmiały się głośno i złowieszczo niczym dwie wiedźmy. Odłożyły wszystko na miejsce i zamknęły kufer, Cecylia ostrożnie uchyliła drzwi i wyjrzała na korytarz. Odskoczyła od nich jak oparzona, oczy zrobiły się jej wielkie i pełne zwierzęcego przerażenia. Joasia nie musiała nawet pytać, co się dzieje, domyśliła się, że mademoiselle się zbliża. Zagryzła wargę. Coś się nie zgadzało, o tej porze powinna uczestniczyć, jak co piątek, w popołudniowej mszy świętej, bo wówczas przyjeżdżał odprawiać ją w kaplicy pałacowej ojciec dominikanin z klasztoru w Brześciu. Bona uważała tego duchownego za osobistego spowiednika i zwykle zostawała po mszy, by z nim porozmawiać.

Dziewczęta poznały jej codzienne zachowania, obserwowały uważnie przez kilka tygodni, zanim zdecydowały się przeprowadzić dzisiejszy fortel.

Czyżby dziś ojczulek nie przyjechał? Może coś go zatrzymało, może zachorował? Teraz to zresztą nie miało znaczenia. Musiały zapaść się pod ziemię, inaczej stanie się coś niewyobrażalnie strasznego, ta żmija złapie je u siebie w komnacie. Pewnie każe z nich drzeć pasy za taką zbrodnię!

– Pod łóżko! – Spanikowana Cecylia miotała się po pomieszczeniu.

– Za małe, lepiej do szafy! – Joasia wskazała wielkie pudło z czarnego drewna.

Szafy gdańskie to nie byle co, kosztowały krocie, ale budowano je tak solidnie, że można było ich używać jako maszyn oblężniczych. Okazało się, że są też niezwykle pojemne. Dziewczęta bez trudu wepchnęły się między wiszące tu płaszczyki, salopy, kubraki, krymki, węgierki, sałtany i jeszcze inne wierzchnie elementy garderoby. Zdaje się, że ta jedna szafa przypadała na kilka pobliskich komnat i u mademoiselle ubrania przechowywały także sąsiadki. Może dlatego nie zamykała drzwi na klucz? By inne mogły skorzystać z szafy, kiedy jej nie ma?

Ledwie zamknęły za sobą drzwiczki, gdy do komnaty wpadła bona. Zaraz za nią wśliznął się niczym kocur jakiś mężczyzna. Joasia przyłożyła oko do szpary między deszczułkami. Gdańska szafa musiała mieć już swoje lata i nieco się rozeschła, dzięki temu dziewczęta nie zostały zamknięte jak w grobie, miały trochę powietrza i światła wpadających przez szpary. Starały się być ostrożne, by drewno nie zaskrzypiało. Na szczęście para zajęta była rozmową i jak się okazało, nie tylko nią. Gdy ich głosy ucichły, Cesia ze zgrozą spostrzegła, że się całują. Włosy stanęły jej dęba. Mademoiselle ma kochanka?! Taka stara, sucha jak wiór wiedźma? Przecież ona ma po czterdziestce, jest niemal staruszką!

Joasia aż spazmatycznie wciągnęła powietrze, kawaler bowiem klęknął przed boną, ale nie po to, by czynić romantyczne wyznania. Oburącz zadarł jej kieckę i sprawnie ściągnął przez głowę. Obie poznały, kto to taki, mimo że stał tyłem – choćby po trzewikach ze złotymi klamrami i białych pończochach. Za amory z boną brał się Francesco Bianchi, włoski metr, czyli nauczyciel muzyki i tańca, poza tym dyrygent orkiestry pałacowej, prywatnie kompozytor i wirtuoz gry na harfie. Książę pan bowiem utrzymywał orkiestrę, nie tylko dlatego, że tak wypadało i by grała mu do wieczerzy utwory poprawiające trawienie, ale też po to, by zrobić przyjemność swojej młodej żonie, Lukrecji. Macocha Joasi była melomanką, sama pasjami grała na klawikordzie i śpiewała, czasem na cały pałac.

Francesco i Madeleine tymczasem już niemal całkiem się rozdziali, ich garderoba latała po całej komnacie, ciskana na oślep. Pomieszczenie wypełniły głośne oddechy, szelest i szeptane w uniesieniu zapewnienia oraz wyznania, na przemian po francusku i włosku: Mon amour! La mia bellissima! Embrasse-moi! Voglio te![3]

Joasia ze zgrozą poczuła, że ciśnie ją pęcherz. Nie wytrzyma w tym pudle, aż skończą. Ale też paraliżował ją strach, bo przecież bona je udusi, jeśli przyłapie podglądające w szafie. Zerknęła znowu i ujrzała gołe pośladki metra, pryszczate i chude, podrygujące między rozłożonymi nogami Madeleine, która ściągnęła tylko jedną pończochę. Gdy spojrzała na przyjaciółkę, Cecylia odpowiedziała spojrzeniem szeroko otwartych oczu i zaciskała mocno usta, ale kąciki jej drgały. Joasia w jednej chwili poczuła to samo; wiedziała, że zaraz wybuchnie śmiechem i jednocześnie się zsika. Przycisnęła dłoń do ust, by powstrzymać cisnącą się eksplozję wesołości. Oczy zaszły jej łzami. Cesia uszczypnęła się w policzek, by jakoś zwalczyć wesołość, ale efekt był taki, że obie zaczęły dygotać, wstrząsane niemym śmiechem.

Kiedy po paru minutach Joasia otarła łzy i znów zerknęła przez szparę, bona klęczała, a jej suche i wyciągnięte piersi kołysały się w rytm pchnięć metra, który brał ją od tyłu.

Jak dwa pieski! – pomyślała dziewczyna ze zgrozą. To było zarówno straszne, jak i przeraźliwie śmieszne, znów musiała zacisnąć nie tylko usta, lecz także kolana, by nie popuścić. Starała się oddychać przez nos, by nie eksplodować. Cesia złapała ją za rękę i ścisnęła, dodając otuchy. Trwały tak kolejne godziny, może nawet lata, tak przynajmniej się im wydawało. Nagle na korytarzu rozległ się hałas, podniesione głosy, ktoś zastukał energicznie w drzwi komnaty. Para przerwała amory i w panicznym pośpiechu zaczęła się ubierać, bona wrzasnęła po polsku, by nikt nie wchodził.

Po paru minutach metr wyjrzał ostrożnie i wyśliznął się po kociemu, z gracją zawodowego tancerza i wytrawnego kochanka. Dziewczęta zamarły ze zgrozy, ale na szczęście bona nie podeszła do szafy, tylko chwilę poprawiała przed zwierciadełkiem włosy, wreszcie też wyszła. Cecylia wyjrzała z ich schronienia jako pierwsza, potem ostrożnie uchyliła drzwi i machnęła ponaglająco na przyjaciółkę. Wyszły na korytarz z godnością, po czym galopem puściły się po schodach na dół. Tam się zatrzymały, bo przyglądały się im rezydentki, żony oficjalistów. Dalej ruszyły z powściągliwością i godnością, trzymając dłonie złączone na podołkach i skromnie spuszczając wzrok.

– Nikomu nie powiemy – zdecydowała Joasia, a przyjaciółka kiwnęła twierdząco głową. – To zbyt straszne, by o tym wspominać. Nie chciałam nawet wiedzieć, że coś takiego dzieje się w naszym pałacu. Imaginuj to tylko sobie, waćpanna: bona najpierw tłucze nam do głów o czystości i godnym zachowaniu niewiasty, a potem udaje psa, a nawet sukę, przed tym starym chudzielcem...

– Nie oceniaj ich zbyt pochopnie, moja książęca wysokość – odparła Cecylia z powagą. – Każdemu wolno grzeszyć na swoje konto, żadne nie zostało do tego przymuszone. Przynajmniej tak to wyglądało, że obojgu sprawiało to radość i zadowolenie.

– Masz, waćpanna, rację. Skoro nikogo nie krzywdzili, to co w tym złego? – Joanna zmarszczyła brwi. – Wolałabym jednak tego nie oglądać. Nie wiem, czy z moim przyszłym panem mężem chcę robić coś takiego...

– Ja nigdy nie pozwolę żadnemu ujeżdżać się jak klacz. – Cecylia zadarła nosa.

– Obawiam się, że bez tego nie da się mieć dzieci.

– To nie będę ich miała, męża też nie chcę. Zostanę twoją panną z wyższego dworu, będę ochmistrzynią waszej miłości fraucymeru, wasza książęca mość. – Dygnęła przesadnie teatralnie.

– Czemu, waćpanna, zakładasz, że cię wezmę?

– Bo nikogo lepszego nie znajdziesz, księżniczko – prychnęła w odpowiedzi Cecylia. – Tylko ja wiem, o czym myślisz, i zgaduję twoje życzenia, zanim łaskawie o nich raczysz napomknąć.

Joasia wykrzywiła usteczka w złośliwym uśmiechu.

– Doprawdy? To o czym teraz myślę?

– Frasujesz się, księżniczko, czy zdążysz dobiec do wychodka – odparła Cecylia. – Po tym, jak raczysz przebierać nogami, wnoszę, że to twoje meditamentum. Pędźmy rychło, bo mnie też wzywa potrzeba!

Złapały się za ręce i pognały przez pałac do miejsca, gdzie załatwiano sprawy niewymowne.

2

Zajęte zaspokajaniem naturalnych potrzeb panny nie zwróciły uwagi na zamieszanie panujące w pałacu. Działo się jednak coś niecodziennego, skoro wybuchł gwar i bieganina, przerwano bonie i metrowi schadzkę oraz wezwano oboje w jakichś pilnych sprawach. Nawet mijając muzyków z orkiestry, ubierających się w biegu w wieczorowe fraki i peruki, dziewczęta nie przywiązały do tego wagi. Dopiero kiedy wróciły na korytarze po załatwieniu spraw oraz poprawieniu garderoby, spostrzegły, że coś się dzieje.

– Niech no zgadnę: mój szlachetny pan ojciec wraca z wojaży – stwierdziła Joanna.

Książę Aleksander wyjechał dwa miesiące temu do Warszawy, zresztą na królewskie wezwanie, by wziąć udział w obradach i chyba jakimś sejmiku. Joasia nie dociekała, nie zaprzątała sobie sprawy polityką, to nie były sprawy, którymi niepokojono białogłowy. Co prawda, wiedziała o trwającym na Kresach straszliwym powstaniu Chmielnickiego, o ciągłych ruchawkach z Moskwiczanami, którzy wykorzystywali każdą sytuację, by dopiec Rzeczypospolitej, o najazdach Tatarów, zagrożeniu ze strony Imperium Osmańskiego z południa i Szwecji z północy, ale tu, w Białej, wydarzenia z wielkiego świata ich przecież nie dotyczyły. Tu życie toczyło się zawsze swoim rytmem, spokojnym i sielskim. Zresztą panien w czasie nauki nie dręczono sprawami wielkich tego świata. Nie poruszali tej skomplikowanej tematyki politycznej ani bona, ani ojczulek Tomasz – jezuita, który uczył panny podstaw matematyki i rachunków, by mogły prowadzić gospodarstwo domowe. Zakonnik, prócz pełnienia opieki duchowej, wykładał im jeszcze zagadnienia przyrodnicze i wiedzę praktyczną, przydatną w domu. Po co miałby mieszać przyszłym matkom i gospodyniom w głowach tematami politycznymi czy gospodarczymi? Zupełnie tego do życia nie potrzebowały.

Tak czy inaczej, pan i władca wracał właśnie do domu i cały pałac ożywił się na tę wieść, zerwał do gwałtownych przygotowań, by odpowiednio księcia pana powitać. Joanna nie zdążyła przyłączyć się do bieganiny, kiedy spod ziemi pojawił się przed nią starszy brat, książę Michał Kazimierz.

Piętnastoletni młodzieniec, szczupły i smukły, z długimi włosami opadającymi na ramiona, prezentował się jak czystej krwi arystokrata. Teraz był w jedwabnym kubraku z koronkowym kołnierzem i jak zawsze elegancki. Wobec niewiast pełen kurtuazji, wobec mężczyzn pewny siebie, wobec służby władczy. Patrzył wyniośle i mówiąc, unosił głowę, by nie powiedzieć: zadzierał nosa. Mimo tego wszystkie panny respektowe w pałacu wzdychały do niego, zdarzało się, że omdlewały, jeśli którąś raczył zauważyć. Dla niejednej był niczym anioł i chyba każda padłaby mu do stóp, gdyby tylko skinął ręką i wybrał ją na swoją towarzyszkę. Wszystkie o tym marzyły, choć takie związki pozostawały nierealne.

Podobny mezalians, by książę złączył się z byle szlachcianką, nie wchodził w grę. Przedstawicie magnackich rodów, szczególnie dziedzice, przeznaczeni byli do związków mających znaczenie polityczne nie tylko dla rodu, ale często dla całego kraju lub nawet kontynentu. Wiązano ich mariażem ze starannie wybranymi przedstawicielami innych, kluczowych rodów, by zawiązać sojusze, scementować władzę królewską i scalić państwo koligacjami. Każda panna wiedziała zatem, że piękny książę Michał ożeni się z jakąś księżniczką lub może nawet przedstawicielką wielkiego królewskiego rodu europejskiego. Że jest stworzony do wyższych celów niż miłość.

– Tu jesteś, siostrzyczko!

Złapał Joasię, jakby chciał zapobiec jej zniknięciu. Dostrzegł Cecylię i skinął jej głową, ale w tym samym momencie przestała dla niego istnieć jako persona obecnie nieistotna.

– Przyjechał kurier z wieściami, że pan ojciec już blisko. Jak Bóg da, będzie na miejscu może za godzinę, nasza macocha zatem zarządziła, że przywita go z wszelkimi honorami. Wiesz, co o tym myślę? Żałośnie egzaltowane i nieszczere babsko, pewnie zamierza urządzić teatrum z muzyką, dramatycznymi scenami i przemowami. Włoska koza, hałaśliwa i próżna, z usposobienia gadatliwa i natarczywa niczym baba z targowiska, z upodobania, jak to u nich mówią, prostituta...

– Pst! Panie bracie, bójcie się Boga, nie uchodzi tak prawić o naszej pani matce! – syknęła Joasia.

– Nie jest naszą matką – mruknął w odpowiedzi.

Michała chyba coś ugryzło, skoro otwarcie przy Cecylii obrzucał macochę wyzwiskami. Wiadomym było, że nie zaakceptował wybranki ojca i nie przywykł do niej, mimo że ślub odbył się już niemal dekadę temu. Kiedy Lukrecja pojawiła się w pałacu, była jeszcze młodą osóbką, właściwie w wieku najstarszej córki księcia Aleksandra. Ten upatrzył ją sobie wśród fraucymeru królowej Cecylii Habsburżanki, pierwszej żony Władysława IV. Macocha Joasi i Michała była zatem ledwie dwórką, z pośledniego włoskiego rodu z Mantui, tyle że bardzo ładną i słodką aż do mdłości. Książę Aleksander nie wziął sobie żony z powodów politycznych czy dynastycznych, ale dlatego, że zakochał się w czarnookiej i śniadolicej ślicznotce i zapragnął ogrzać ją, bo strasznie się trzęsła w zimnym warszawskim Zamku Królewskim.

Lukrecja bardzo chciała zostać dobrą macochą dla dzieci księcia Michała, ale kiedy przyjechała do Białej, nie znała jeszcze ani słowa po polsku, one zaś ani słowa po włosku. Pierwszy kontakt był zatem mocno utrudniony, porozumiewali się początkowo za pośrednictwem ojca. Ten jednak ciągle wyjeżdżał w pilnych sprawach wagi państwowej i dzieci musiały spędzać czas z energiczną i pełną zapału macochą, która śpiewała im po włosku i grała na klawikordzie albo gadała jak nakręcona w swoim rodzimym języku. Zresztą, kiedy wreszcie zaczęła kaleczyć polski, niewiele się zmieniło, nie miała bowiem do powiedzenia nic mądrego, jak cierpko stwierdził Michał.

Joasia miała inną opinię o Lukrecji, ponieważ pamiętała wcześniejszą macochę. Książę Aleksander po śmierci pierwszej żony związał się z wdową po księciu Wiśniowieckim, Katarzyną Eufemią. Joasia miała wówczas kilka lat i zapamiętała tę kobietę jako zimną i opryskliwą, odpychającą garnące się i szukające ciepła dziecko. Do pałacu Katarzyna przywiozła dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa i na nich się skupiła, pasierby ją tylko irytowały. Na szczęście szybko pokłóciła się z Aleksandrem, po czym uciekła, zabierając dzieci, i schroniła się u teściów, rodziców pierwszego małżonka. Książę Aleksander, zamiast ją ścigać, dał jej rozwód. Dotarło do niego, że nic z tego nie będzie i szkoda fatygi.

Lukrecja, pełna zapału i szczerych chęci, by pokochać pasierbów, była zatem dla wówczas sześcioletniej Joasi niczym wybawienie. Dziewczynka szukała matczynego ciepła, rozpaczliwie garnęła się do nowej opiekunki. I mimo bariery językowej złapała z nią dobry kontakt, choć Lukrecja nie była w stanie zastąpić jej prawdziwej matki, ale traktowała małą niezwykle serdecznie i troskliwie. Nauczyła ją grać na kilku instrumentach, sprowadziła nawet dla niej małe pianino, i spędzała z dziewczynką sporo czasu na zabawach i strojeniu się przed lustrem. Joasia ją lubiła, choć mocno się różniły temperamentem i upodobaniami.

– Gorączkujesz się, bo pani Lukrecja życzy sobie, byśmy witali książęcą wysokość u jej boku? – Joasia od razu rozgryzła powód złości brata. – Przecie zawsze stawiała rodzinę na pierwszym miejscu, chce pokazać panu ojcu, że wraca nie do pałacu pełnego obcych ludzi, ale na prawdziwie rodzinne łono. Wystarczy, byś stał ze swoją dumną miną i nie wadził pani matce w przedstawieniu. Nie ambarasuj jej tego teatrum, to i ojcu zrobisz przyjemność...

– Dobrze, już dobrze. – Machnął niedbale rękę, po czym nadstawił jej ramię.

Odwrócił się plecami do Cecylii, traktując ją jak zwykłą służkę, czyli jak powietrze. Joasia już zaczerpnęła oddechu, by zwrócić mu uwagę, ale przyjaciółka dała znak, żeby tego nie robiła, dygnęła grzecznie i się oddaliła.

Książęce dzieci przeszły do głównego holu, gdzie Lukrecja ustawiała orkiestrę, jednocześnie trzymając córeczkę Cecylię Marię za rączkę. Mała na widok starszej siostry wyrwała się matce i podbiegła do Joasi, która natychmiast wzięła ją na ręce.

– Santa Maria, abbracciami! Gdzie skzypki? Skzy-pe-cki! Tu do mnie, z przodu, presto,presto! – Lukrecja ustawiała orkiestrę, która miała stać w podcieniach i zaskoczyć księcia pana muzyką. – Bellissima Joasia e bello Michał, cieszę si, ze jesteści! Tu koło mnie staniecie, Cesia nie biegaj tak, per favore!

Włoszka była w swoim żywiole, choć może to właśnie ona stanowiła żywioł – serce cyklonu. Ubrała się w barokowo wspaniałą suknię w stylu francuskim, obecnie modnym za sprawą królowej Ludwiki Marii, czyli z głębokim dekoltem i odsłoniętymi ramionami. Dla konserwatywnych Polaków, przywykłych do tego, że niewiasty wkładały suknie zapinane wysoko pod szyją, wyglądała bardziej wulgarnie, niż by chodziła nago. Ale książę pan właśnie taką ją uwielbiał: ponętną i gorącą jak słoneczna Italia.

Zezłościła się, bo po dziedzińcu pałacu, tuż przed samym wejściem, trzech chłopów właśnie teraz przepędzało tuzin wołów. Zwierzęta te stanowiły książęcą własność, były cenne niemal jak konie, stanowiły podstawową siłę roboczą przy pracach rolnych. Ale były brzydkie, wielkie i powolne, raziły oczy księżnej Lukrecji swoją topornością i przaśnością. Zresztą tak samo jak ich pasterze, ubrani w łachmany i słomiane kapelusze o postrzępionych brzegach, w łapciach z łyka, bo było jeszcze za chłodno, by łazić boso. Teraz jeden z wołów postanowił przystanąć, zadrzeć ogon i narobić przed samym wejściem. Lukrecja się zagotowała. Michał parsknął śmiechem.

– Precz! Uscire! Wyniocha mi, jusz! – natarła z furią na zaskoczonych wieśniaków, wymachując rękoma.

Po jej bokach wnet pojawili się usłużni hajducy. Któryś kopnął pasterza, a ten się skulił i złożył ręce w błagalnym geście. Przecież co dzień przeprowadzali woły z pańskich obór na pola. Ktoś musiał uprawiać jaśniepańskie zagony, by nakarmić całe to towarzystwo biesiadujące w pałacu. Drugi z hajduków zamachnął się knutem na woła i zwierzę ryknęło z bólu.

Joasia zmarszczyła brwi, nie podobało się jej takie traktowanie ludzi i zwierząt. Niby szlachta, potomkowie starożytnych Sarmatów, stanowili inną rasę niż chłopi, ale to nie powód, by z byle powodu okazywać im okrucieństwo. To nie były jej słowa, tylko Cesi. Dla Joanny prostaczkowie nie istnieli, przynajmniej dopóki przyjaciółka nie zwróciła jej uwagi na ich los, na życie w ciągłej nędzy i nieustannej harówce. I już księżniczka ruszyła, by nawrzeszczeć na hajduków lub przynajmniej przywołać ich do porządku, ale na szczęście woły ruszyły z placu. Posługaczki zgarnęły łajno do wiadra i dziedziniec znów wyglądał jak należy.

Ustawianie towarzystwa mającego powitać jaśnie wielmożnego księcia wojewodę trwało jeszcze jakiś czas, wreszcie Lukrecja się uspokoiła. Stała, trzepocząc zawzięcie wachlarzem, choć panował wiosenny chłód. Zerknęła na małą Cecylię Marię, ale widząc, że ta trzyma się Joasi, uśmiechnęła się z aprobatą i wbiła wzrok w drogę niknącą wśród drzew. Służba, ustawiona w podwójny szpaler, prężyła piersi niczym wojsko oczekujące na bitwę, a schowana orkiestra stroiła instrumenty.

Wreszcie na drodze pojawili się konni – awangarda złożona z chorągwi rajtarów, czyli kawalerii w stylu zachodnioeuropejskim. Jego książęca wysokość nie potrzebował aż tak groźnej i licznej obstawy, ale Lukrecja nalegała, by dbał o bezpieczeństwo w podróży, szczególnie że czasy były tak niepewne. Do tego wszak piastował fotel marszałka wielkiego, musiał otaczać się zbrojnymi, tego wymagała powaga stanowiska. Za uzbrojoną w broń palną kawalerią jechały karety, jedna z księciem i jego sekretarzem oraz osobistym lokajem i druga z bagażem. Kawalkadę zamykała rota lekkiej jazdy wołoskiej.

Kareta książęca zatrzymała się przed wejściem, na wprost podwójnego honorowego szpaleru służby i czeladzi. U wylotu stała jaśniejąca niczym gwiazda księżna Lukrecja w towarzystwie dzieci. Lokaj podstawił schodki do karety i otworzył drzwiczki. Książę Aleksander zszedł po nich, udając w przerysowany sposób zaskoczenie i onieśmielenie. Mający lat pięćdziesiąt sześć arystokrata mocno się ostatnimi laty roztył i taszczył przed sobą pokaźne brzuszysko, ale nie wyglądał jak typowy przedstawiciel polskiej szlachty, nosił się bowiem po europejsku. Głowę zdobiła mu peruka z długimi, ciemnymi włosami opadającymi na ramiona. Zakręcone z francuska wąsy i kozią bródkę dziś pokrył czernidłem, tak że nie dało się dostrzec siwizny. Gdyby nie tusza, mógłby uchodzić za mężczyznę w kwiecie wieku.

Lukrecja nie wytrzymała i wybiegła mu naprzeciw z rozłożonymi rękoma, ale nie wpadła w mężowskie ramiona, tylko zatrzymała się wcześniej i wykonała dworski ukłon. Orkiestra zaczęła grać, mylnie biorąc wymachy jej rąk za znak do rozpoczęcia koncertu powitalnego. Spojrzała na nich ostro, szczególnie na dyrygenta, notabene jej rodaka, który niedawno wizytował bonę w apartamencie. Francesco Bianchi nie spostrzegł jednak, że robi coś źle, i dalej wymachiwał batutą, Lukrecja zatem zwróciła się z błogim uśmiechem do męża, zatrzepotała rzęsami i zasypała księcia potokiem słów:

– Caro, unico, mio ben e tessoro, quel, che ho solo in questo mundo da Dio a me dato e patron et benefattor marito dilettessimo, mio signore, signore clementissimo![4] – zagrzmiała głośno, tak że zdołała zagłuszyć orkiestrę. – Moje słodko, moja duszo, którego jedynie na tym świecie po Bogu kocham, mój najdroższy skarbie! Czekałam na ciebie, oddana służebnica i niegodna żona, twoja malutka, malutka Lukrecinka! I wreszcie, dzięki Bogu, jesteś, bym mogła ci służyć i nóżki twoje całować![5]

Książę pan wyglądał na zachwyconego i szczerze wzruszonego. Michał nie powstrzymał kolejnego, pogardliwego parsknięcia, ale na tyle cichego, że tylko stojąca obok Joasia mogła je słyszeć. Rodzeństwo się domyślało, że tych zdrobnień i obietnic całowania po nóżkach Lukrecja nauczyła się od męża podczas igraszek w alkowie. Joasię wzruszyło jednak przede wszystkim to, jak ta śliczna i młoda jeszcze kobieta okazuje szczere uczucie księciu, który nie należał ani do młodych, ani do atrakcyjnych. Czyżby miłość między arystokratami była jednak możliwa? Taka prawdziwa, a nie udawana, nie polityczna i nie wyrachowana? Chciałaby coś takiego przeżyć. Może jak się postara, to i ona szczerze i z całego serca zakocha się w mężu, którego ojciec jej kiedyś wybierze?

Jeszcze dwa lata – pomyślała. Wtedy wkroczy w szesnastą wiosnę, a to idealny wiek, w którym zwykle magnaci wydawali córki za mąż. Uchodziły wówczas za w pełni dojrzałe i gotowe do rodzenia potomstwa, a równocześnie ich największą zaletą była młodość.

Orkiestra grała już na całego zapewne jedną z kompozycji, których zapisy nutowe Lukrecja dostawała w korespondencji z muzykami i kompozytorami zarówno z dworu wiedeńskiego, jak i polskiego. Jej zamiłowanie do tej formy sztuki było bowiem znane i królewscy grajkowie chętnie się z nią dzielili swoimi pracami.

Książę pan raczył wreszcie odkleić się od rozszczebiotanej żonki. Wziął na ręce małą Cecylię, następnie wyściskał i wyklepał swego dziedzica Michała, który nawet z tej okazji uśmiechnął się lekko, aż wreszcie wziął w ramiona Joasię i przycisnął do wielkiego brzucha.

– Moja duszko, z tobą później chcę porozmawiać w cztery oczy – oświadczył ku jej zdumieniu.

Powiódł żonę na pałacowe komnaty, a Joasia została z tyłu, ciągle niepomiernie zdziwiona, bo jeszcze się nie zdarzyło, by ojciec chciał z nią o czymś mówić. O czym miałby prawić ktoś taki jak marszałek wielki i wojewoda z młodą niewiastą, która nie miała nic w głowie? Zwykle po prostu coś córce oświadczał lub w przypływie dobrego humoru tłumaczył, ale nie rozmawiał z nią! I w dodatku tak nagle, po powrocie ze stolicy, z królewskiego dworu?

Dziewczyna poczuła palący niepokój, ale i przyjemne podniecenie. Coś się zaczynało dziać w jej życiu, coś nowego.

3

Wieczerzę wydano w głównej sali jadalnej, tradycyjnie dla wszystkich mieszkańców pałacu jednocześnie. Jego książęca mość zajął miejsce u szczytu stołu ustawionego w podkowę, przy nim zasiadła rodzina i najważniejsi goście oraz rezydenci, a dalej usadowiono osoby poślednie i mniej się liczące. Na szarym końcu lądowali ci znajdujący się w niełasce. Tam służba przynosiła jedzenie już wystygłe, przebrane z najlepszych kąsków. Zwyczaj biesiadowania w taki sposób, choć pochodził ze średniowiecza, nadal praktykowano na największych magnackich dworach. Coraz częściej jednak jadano w mniejszym gronie, bez obsługi licznych zastępów sług i przygrywania przez orkiestrę, bez pieczonych w całości prosiaków czy imponująco przystrojonych dań zajmujących półmiski tak wielkie, że musiało je na stół taszczyć kilku służących. Tego wieczora sytuacja była jednak wyjątkowa, Lukrecja chciała uczcić przyjazd męża i wydała wieczerzę z pełnym blichtrem. Gospodyni bowiem niezwykle lubiła barokowy monumentalizm, rozmach i przepych.

Joasia nie przepadała za uczestniczeniem w podobnych ucztach, wlekły się one bowiem godzinami, podczas których musiała tkwić za stołem, ładnie się uśmiechać i znosić zabawianie rozmową przez sąsiadów. Zazwyczaj w pobliżu księcia, a zatem i książęcej rodziny, siadały ważne persony, niestety często panowie szlachta, grubi i cuchnący, o nochalach fioletowych z przepicia i pokrytych alkoholowym trądem albo naroślami. Dopóki była dzieckiem, nie musiała w czymś takim uczestniczyć i znosić bełkoczących pijaków, dzieci karmiono w oddzielnym pomieszczeniu, ale odkąd skończyła jedenaście lat, uznano ją za pannę i chcąc nie chcąc, uczestniczyła w tych okropnych biesiadach. Z daleka mogła tylko spojrzeniami, uśmiechami i grymasami porozumiewać się z Cecylią, zwykle ulokowaną gdzieś na końcu stołu razem z pozostałymi pannami respektowymi.

Nie inaczej było i podczas tej kolacji. Z jednej strony miała pułkownika rajtarów, który eskortował księcia z Warszawy, z drugiej starszego brata. Michał okazał jej na tyle zainteresowania, że nie musiała męczyć się z wysłuchiwaniem wynurzeń żołnierza. Nie lubiła wojaków. Wszyscy, z którymi dotychczas miała do czynienia, okazywali się zadufanymi w sobie gburami, przekonanymi o własnej wielkości narcyzami lub pyszałkami, ostatecznie milczącymi ponurakami, wlewającymi w siebie kielich za kielichem. Ale czegóż spodziewać się po jegomościach parających się zawodowo krzywdzeniem ludzi? Nie dała sobie mydlić oczu heroicznymi opowieściami o rycerstwie i powinności, o obronie króla i kraju, chwale i poświęceniu. Dla niej ktoś, kto dźga przeciwników rapierem lub rąbie szablą, był przede wszystkim mordercą i brutalem, romantyzowanie przemocy na nią zupełnie nie działało. Choć nie mogła się do tego przyznać, szczególnie przed ojcem lub bratem, choćby dlatego, że większość szlachetnych przodków parała się wojskowym rzemiosłem, zatem cała chwała rodu została zbudowana właśnie na przemocy.

Pułkownik nie próbował na szczęście jej dręczyć, należał do tych gburowatych milczków, którzy korzystali z okazji, kiedy posadzono ich przy wielkopańskim stole, i pilnowali się, by nie przegapić żadnego toastu i zawsze podstawiać kielich służce przechodzącej z dzbanem.

Joanna z przyjemnością przyglądała się ojcu i macosze, którzy zdawali się świetnie bawić i doskonale czuć w swoim towarzystwie. Aleksander karmił młodą żonę, palcami podając jej do ust najlepsze kąski, ona szczebiotała nieustannie, jak to miała w zwyczaju, co chwila też podsuwała mu kielich, do którego dolewała lubianego przez księcia miodu pitnego. Zdawać by się mogło, że cały dwór mógłby dla nich nie istnieć, tak byli zajęci sobą.

Kolacja wreszcie się skończyła, do czego sygnałem było wstanie Aleksandra od stołu. Natychmiast całe towarzystwo odłożyło widelce i kielichy, po czym również się podniosło. Wszyscy byli przekonani, że stęskniony książę zabierze żonę do alkowy i dziś już nie raczą pojawić się publicznie, ale Aleksander nagle zwrócił się do Joasi i skinął na nią ponaglająco.

– Pozwól, waćpanna, poprowadzisz starego ojca do gabinetu, pogwarzymy sobie po drodze – powiedział, nadstawiając jej ramię.

Nie pamiętała, kiedy ostatnio dostąpiła łaski tak bliskiego kontaktu z ojcem. Kiedyś, dawno temu, zdarzało się, że jako mała dziewczynka wspinała mu się na kolana, o ile udało się go zastać w pałacu. Teraz nagle wydał się jakiś niższy i mimo tuszy drobniejszy, niż miała to w głowie. Skurczył się czy to ona urosła? Trudno powiedzieć. Szli korytarzem w kierunku schodów, to nie ona wisiała na ramieniu ojca, tylko on opierał się o nią lekko. Zasapał się, zanim pokonali połowę korytarza, z jego ust unosił się zapach miodu, ale i czegoś kwaśnego, czym zionęli ludzie chorobliwie otyli. Joasia się zmartwiła, nagle ojciec wydał się jej po prostu stary i przede wszystkim chory.

– Rzeknij mi, duszko, czy opowiadałem ci kiedy o mojej kompaniji z czasów studiów w Bolonii? Ech, chyba nie.

Książę nigdy jej nie opowiadał ani o swoich kompanach, ani o młodości, ale przez grzeczność nie przypominała mu o tym.

– Nie będę cię zanudzał szczegółami naszych nauk, starczy powiedzieć, że podówczas do dobrego tonu wśród porządnych rodzin należało wysyłanie synów w świat, by nabrali eksperiencji, ogłady, zobaczyli, jak żyją ludzie w Europie, przynajmniej w tej cywilizowanej części. Jechaliśmy z Polski najczęściej albo do Padwy, albo na Uniwersytet Boloński. Ja znalazłem się na tym drugim i tam miałem okazję spotkać wielu znamienitych rodaków, z którymi zaprzyjaźniłem się serdecznie, bo studenckie życie zachęca do zacieśniania kontaktów.

– Pewnie spędzaliście całe noce na rozmowach o sztuce, polityce i literaturze klasycznej – wtrąciła Joasia z powagą.

Kpiła nieco bezczelnie, do tego weszła ojcu w słowo, ale ten tylko parsknął.

– Bóg mi świadkiem, że tak właśnie było. – Pokiwał głową. – I jeszcze o teorii wojskowości, ale mniejsza z tym, ważne, że zawiązałem tam przyjaźnie, które trwają do dziś. Choćby z Mikołajem Słuszką, Janem Tarło, Daniłowiczem czy Tomaszem Sapiehą, aż wreszcie z Jakubem Wejherem. O nim właśnie pragnę ci napomknąć kilka słów. To przedstawiciel zacnego, obecnie kluczowego politycznie rodu z Prus Królewskich. Co ważne, bracia Wejherowie, bo jest jeszcze młodszy, Ludwik, są katolikami. W Prusach przewagę mają protestanci! Po studiach Jakub wstąpił na służbę do armii Habsburgów, by wziąć w udział w trwającej wówczas wojnie trzydziestoletniej, właśnie po stronie Ligi Katolickiej!

Joasia zmarszczyła czoło, nie miała pojęcia, do czego ten wywód prowadzi. Co ją obchodził jakiś stary żołnierz, dawny kompan ojca z czasów studenckich pijatyk w Bolonii? W głębi umysłu pojawiło się jednak podejrzenie, które zaczęło wiercić się niczym robak. Dziewczyna się wzdrygnęła, ale zapanowała nad niepokojem.

– Tak, Kubuś Wejher bił się już jako szczenię pod komendą największych dowódców cesarstwa. Miał coś ze dwadzieścia lat, kiedy dostał od Ferdynanda II patent pułkownika. Dowodził kawalerią, zbójami autoramentu cudzoziemskiego i przemierzył z nimi pół Europy, od Hiszpanii do Niemiec. Zdolna bestia! Prawdziwy ogier, herkules, zawadiaka z piekła rodem! Wrócił jednak do kraju na wezwanie króla Władysława, by służyć ojczyźnie. U nas na rozkaz króla formował regiment cudzoziemski, jako że nie tylko zacnie radził sobie z draniami z całego świata, to jeszcze gadał perfecto w ich językach. Od tamtej pory walczył z Kozakami, Tatarami i Moskwą. Stary wilk, ranny setki razy, zawsze na czele swoich żołnierzy, odważny jak lew. Wyobraź sobie, że podczas oblężenia Smoleńska poprowadził atak kawalerii na fortyfikacje, akurat kiedy te zostały wysadzone w powietrze przez saperów. Zwaliły się na jego chorągiew całe góry ziemi i pogrzebały go razem z kawalerzystami i końmi. Kiedy go wreszcie odkopano, wszyscy myśleli, że już trup, ale on otrzepał się z ziemi, splunął piachem i spytał, gdzie jest jego szabla!

– Bardzo dzielny mąż z tego pułkownika – stwierdziła Joasia. – Ale panie ojcze, ile on ma lat?

– Kubuś? Młody jeszcze chłopak! Ledwie czterdzieści! Znacznie ode mnie młodszy, jak widzisz, nie obawiaj się, że opowiadam ci o jakimś staruchu w moim wieku. – Książę zaczął ciężej oddychać, bo wspinali się po schodach, przerwał nawet opowieść z tej okazji.

Joanna myślała gorączkowo. Robak, który zagnieździł się jej w myślach, przegryzł się już do świadomości, przynosząc pewność w domysłach, do czego to zmierza. Ojciec nie opowiadałby jej o jakimś ważnym waszmościu bez powodu, jedynie dla rozrywki. Oczywistym było, po co to robi. Milczała jednak, zagryzała wargę, pomagając ojcu pokonać stopnie. Znaleźli się przed pokojami państwa, gdzie książę miał bibliotekę, pokój myśliwski i gabinet. Niewiasty tam zwykle nie zachodziły, by nie przeszkadzać. Tam mężczyźni toczyli ważne rozmowy, tam ważyły się losy państwa.