Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
146 osób interesuje się tą książką
Drugi tom mrocznego cyklu romantasy „Wiedźmi krąg”. Można czytać bez znajomości pierwszej części.
Nala całe życie uczyła się jednego: przetrwać. Chronić młodszego brata, nie ufać obcym i nie słuchać zbyt uważnie lasu, który od pewnego czasu mówi do niej coraz głośniej.
Kiedy pod jej chatą pojawia się chory wilk, Nala robi coś, czego nie potrafi wyjaśnić. Wyrywa go z objęć Głodu — mrocznej siły pełzającej przez Czarny Bór, zarażającej zwierzęta, ludzi i wszystko, co żywe. Jej moc budzi las. I przyciąga uwagę wilkołaków.
Ronan, alfa watahy ukrytej za Czarnym Borem, nie ufa wiedźmom, obcym ani cudom, które przychodzą za późno. Potrzebuje jednak Nali, bo jego ludzie umierają, a Głód zbliża się do warowni. Ona potrzebuje bezpieczeństwa dla brata. Między nimi rodzi się niełatwy układ — pełen gniewu, napięcia i przyciągania, którego żadne z nich nie planowało.
Nala nie wie jeszcze, jaką cenę zapłaci za moc, która odpowiada na ból lasu. Ronan nie wie, czy zdoła ochronić kobietę, którą jego wilk rozpoznał szybciej niż on sam. A Głód czeka cierpliwie, bo wie, że każda siła ma granicę.
W tej części pojawiają się bohaterowie znani z pierwszego tomu, ale jako postacie poboczne. To historia Nali, Ronana i lasu, który upomina się o swoją Panią.
Dla czytelniczek, które lubią mroczne romantasy, silne bohaterki, wilkołaki, wiedźmy, powolne budowanie relacji i miłość, która nie przychodzi łatwo
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 441
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WIKTORIA PODLEŚNA
Pani Lasu
Tom II
WIEDŹMI KRĄG
Copyright © OptiKsięgi Agata Konieczna, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana, przechowywana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, w tym elektronicznie, mechanicznie, poprzez fotokopiowanie, nagrywanie lub inne systemy przechowywania i udostępniania informacji, bez uprzedniej pisemnej zgody autorki, z wyjątkiem krótkich cytatów wykorzystywanych w recenzjach lub omówieniach.
Niniejsza książka jest utworem fikcyjnym. Imiona, postacie, miejsca, wydarzenia i dialogi zostały stworzone na potrzeby powieści. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, miejsc lub zdarzeń jest przypadkowe.
Autor: Wiktoria Podleśna
Pani Lasu
Tom drugi cyklu Wiedźmi krąg
Projekt okładki: OptiKsięgi Agata Konieczna
Skład i przygotowanie do publikacji: OptiKsięgi Agata Konieczna
Wydanie I
ISBN: 978-83-981627-2-2
OptiKsięgi Agata Konieczna
Dziekanów Nowy 2026
Książka przeznaczona jest dla dorosłych czytelników. Powieść zawiera sceny przemocy, śmierci, krwi, traumy, przymusu, brutalności, przemocy domowej, elementy grozy oraz sceny erotyczne. Czytelnik podejmuje lekturę świadomie.
Rozdział 1. Za Czarnym Borem
Rozdział 2. Droga, która słuchała
Rozdział 3. Przed wilczą bramą
Rozdział 4. Tam, gdzie wilki znają twoje imię
Rozdział 5. Tam, gdzie kończy się cudza wola
Rozdział 6. Ścieżka, której nie było
Rozdział 7. Głos pod ziemią
Rozdział 8. Powrót przez ciemność
Rozdział 9. Wysłannik Pałacu Nocy
Rozdział 10. Noc bez ucieczki
Rozdział 11. Naczynie
Rozdział 12. Krew na ścieżce
Rozdział 13. Pani Lasu
Rozdział 14. Dom wśród korzeni
Za Czarnym Borem coś poruszyło się pod ziemią. Bez huku, bez błysku, bez krzyku, który wyciąga ludzi przed chaty i zrywa psy z łańcuchów. Najpierw dotknęło korzeni, pustych jam pod wykrotami i gardeł zwierząt śpiących za płytko. Stary basior z rozerwanym uchem podniósł łeb z mchu. Ślepe oko zaszło mu mleczną mgłą. Potem zawył cicho, boleśnie, z napięciem, które nie należało do niego.
Obcy głód siedział mu w brzuchu i ciążył razem z kośćmi. Lisy ruszyły w norach, sarny zerwały się z legowisk, a ptaki wcisnęły głowy pod skrzydła i trwały tak z otwartymi oczami. Nawet owady ucichły. Bór zatrzymał powietrze w liściach. Czarny Bór pamiętał więcej niż ludzie: krew na śniegu, ogień w deszczu, kobiety biegnące z dziećmi przy piersi i zaklęcia rwące się na ustach. Pamiętał srebro, krzyk i mokre uderzenia łopat o ziemię. A potem milczenie tak długie, że ludzie zdążyli nazwać je spokojem.
Las nigdy nie pomylił ciszy ze śmiercią. Pod jego korzeniami trwały linie krwi — w kobietach, którym nie powiedziano, po kim dziedziczą sny, w dzieciach wyczuwających burzę przed wiatrem, w zielarkach dosypujących do naparu jedną gałązkę więcej. Kiedy Mira z Wilczej Doliny stanęła w Kręgu, a król uklęknął przed pamięcią spalonych, ziemia usłyszała prawdę po dwóch stuleciach milczenia. Odpowiedziały wiedźmy. Odpowiedział Krąg. Odpowiedział też Głód. Nie pragnął mięsa, krwi ani ciepła. Był czarną, cierpliwą dziurą, której nie nasycało nic żywego.
Przez lata leżał pod światem, zwinięty w martwym drewnie, i czekał, aż ziemia znów zacznie pamiętać. A ziemia właśnie sobie przypomniała. Daleko za Borem, tam, gdzie mapy robiły się puste, stała mała wieś przy skraju lasu. Dla ludzi, którzy w niej żyli, była domem: kilkoma chatami, studnią z zimną wodą, kozą gryzącą wszystkich poza jednym dzieckiem i starym dębem przy drodze. Mieszkała tam dziewczyna, która od pewnego czasu słyszała za dużo.
* * *
Nala siedziała na progu chaty, z kolanami pod brodą i starym szalem na ramionach. Powinna spać. Jutro czekała ją woda, drewno, chleb, koza, brat i świat do utrzymania w jednym kawałku. Jak każdego dnia, odkąd pamiętała. Ale las nie pozwalał jej zasnąć. Od kilku nocy mówił. Najpierw myślała, że to wiatr, potem zwierzęta, później że może naprawdę zaczyna wariować. Nie przeraziło jej to tak bardzo, jak powinno. Człowiek, który zbyt długo żyje w strachu, w końcu słyszy różne rzeczy. Tak mówiła matka, zanim umarła. Tak mówił ojciec, zanim zniknął, choć on akurat wszystko potrafił zmienić w cudzą winę. Nala zacisnęła palce na brzegu szala. Nie myśl o nim. Las zaszeleścił ostrzegawczo.
Pamięć nie słuchała. Wracał ojciec, jego ciężki krok od progu wypełniał izbę ciszą gorszą niż krzyk, a dłonie uderzały bez pośpiechu, z okrutną dokładnością człowieka przekonanego, że ma prawo zostawiać siniaki tam, gdzie inni zostawiają słowa. Wracała też komórka za piecem: ciemna, ciasna, śmierdząca myszami i wilgocią. To tam Nala nauczyła się oddychać płytko, żeby panika nie rozerwała jej gardła. Nie myśl. Tylko, że pamięć nie słuchała. Nala potarła nadgarstek, choć dawne ślady dawno zniknęły. Ciało i tak je pamiętało. Ciało pamięta rzeczy, które skóra przestała nosić.
— Cicho — szepnęła.
Mówiła do drzew, do siebie i do tego czegoś, co od trzech dni budziło się pod mostkiem, ilekroć podchodziła zbyt blisko skraju lasu. W chacie za jej plecami Mik spał niespokojnie. Słyszała jego oddech — krótki, urywany, jeszcze dziecinny, choć od dawna próbował udawać, że jest większy, niż był naprawdę. Miał dopiero jedenaście lat, a już umiał chodzić cicho, nie trzaskać drzwiami, rozpoznawać kroki po ciężarze i wiedzieć, kiedy lepiej nie oddychać zbyt głośno. Nala nienawidziła najbardziej nie biedy, zimna ani chleba tak twardego, że trzeba było moczyć go w wodzie, lecz tego, że dom nauczył dziecko takich rzeczy. Z lasu dobiegł szmer wielu łap, nie gałęzi poruszanych wiatrem. Nala uniosła głowę. Na granicy drzew stała sarna: chuda ponad miarę, z zapadniętymi bokami i oczami tak ciemnymi, że dziewczynie zrobiło się zimno.
Za sarną poruszyły się kolejne cienie: lis, dwa zające, ptaki siedzące zbyt nisko na gałęziach, a dalej, głębiej, wilk. Nala powinna wejść do środka, zasunąć skobel, obudzić Mika i trzymać go przy sobie do świtu. Rozsądni ludzie żyli dłużej, o ile mieli szczęście, a ona nigdy nie ufała szczęściu. Zamiast tego wstała. Każdy ruch wykonywała wolno, jakby las i zwierzęta mogły uznać nagły gest za zgodę na atak. Nie z odwagi; odważni ludzie mieli wybór. Nala miała obowiązki i konsekwencje. Zrobiła krok w stronę drzew. Sarna nie uciekła, wilk również został, a wszystkie zwierzęta patrzyły na nią, czekając, aż wreszcie usłyszy to, co słyszały one. Nala przełknęła ślinę.
— Czego chcecie?
Las odpowiedział nie słowami, lecz obrazem wbitym nagle pod skórę: czarna jama pod korzeniami, wilki z pianą przy pysku, krew na mchu i coś pełzającego przez Bór bez ciała, za to z tysiącem ust. Coś, co nie jadło, żeby żyć, lecz żyło po to, by jeść. Głód. Nala cofnęła się gwałtownie. Sarna drgnęła, wilk został. Wyszedł spomiędzy drzew ogromny, szary, wychudzony, z jedną łapą uniesioną nad ziemią. Z pyska zwisała mu ciemna ślina. Tam, gdzie spadała na trawę, źdźbła czerniały i zwijały się jak przypalone włosy. Nala powinna bać się zębów. Bała się oczu, bo nie było w nich wściekłości, tylko prośba.
— Nie umiem — wyszeptała.
Wilk zachwiał się i zrobił jeszcze jeden krok. Ból wszedł w Nalę nagle, brutalnie, choć nie należał do jej ciała. Głód skręcił jej żołądek tak mocno, że w ustach poczuła metaliczny smak, pod skórą rozlała się gorączka, a w kościach osiadło zimno. Coś obcego próbowało wejść głębiej, przegryźć się przez ciało, krew i wolę, aż zostanie z niej pusta jama i zęby. Nala jęknęła i upadła na kolana. Ziemia pod jej dłońmi była zimna, cicha i nagle prawdziwsza niż wszystko wokół. Las zaszumiał. Nie usłyszała słów. Zrozumiała tylko nacisk pod palcami: zostań. Cienkie, blade korzenie wysunęły się z ziemi i oplotły jej dłonie. Nie więziły jej, tylko trzymały. Nala chciała je strząsnąć, ale wilk upadł przed nią, a jego ślina wsiąkała w ziemię. Trawa czerniała coraz szerzej; noc rozlewała się po niej od środka.
— Nie umiem — powtórzyła Nala, ciszej. — Ja naprawdę nie umiem.
Korzenie zacisnęły się lekko wokół jej palców. Była w tym cierpliwość czegoś, co czekało długo i nie zamierzało odejść tylko dlatego, że dziewczyna się bała. Nala zamknęła oczy i posłuchała. Najpierw usłyszała wilka: jego ból, głód i strach przed chwilą, w której rzuci się na pierwsze żywe stworzenie, choć przyszedł prosić o pomoc. Potem przyszła sarna, jej serce bijące szybko, szybko, szybko; później ptaki przyciśnięte do gałęzi, aż wreszcie sam las. Nie jeden głos, lecz tysiące: stare korzenie, młode pędy, grzybnia pod ściółką, ślepe robaki w ziemi, mech pijący noc, dąb pamiętający twarz jej matki sprzed lat, kiedy jeszcze potrafiła się śmiać bez oglądania przez ramię. Pod tym wszystkim tkwiła ciemna, chora nuta. Głód.
Nala otworzyła oczy. Ręka sama opadła na łeb wilka, jakby ciało wykonało gest wcześniej, niż strach zdążył go zakazać. Futro było mokre od potu i gorące jak rozpalony kamień. Wilk zadrżał. Mógłby odgryźć jej rękę jednym szarpnięciem szczęk, ale tego nie zrobił. Nala pochyliła się nad nim, czując, jak korzenie pod jej palcami wchodzą głębiej w ziemię, a przez nią przepływa coś powolnego, niezgrabnego i bolesnego. Nie znała słów ani zaklęć, nie miała nauczycielki, księgi, pierścienia ani księcia w czarnym płaszczu, który patrzyłby na nią jak na kobietę zdolną zmienić historię. Został jej las i zwierzę, które cierpiało.
— Oddaj — powiedziała.
Mówiła do wilka, do choroby i do Głodu, który wszedł w Bór i uznał, że wszystko żywe może stać się jego mięsem.
— Oddaj go.
Ziemia odpowiedziała prawie szeptem. Czarna ślina pod pyskiem wilka zaczęła dymić chłodem, a trawa wokół nich pokryła się szronem, chociaż noc była ciepła. Wilk zawył krótko i szarpnął się pod jej dłonią. Nala prawie cofnęła rękę, lecz korzenie przytrzymały jej palce. Nie przemocą; raczej prośbą, której nie umiała zignorować. Zacisnęła zęby.
— Oddaj — powtórzyła.
Tym razem coś oderwało się od wilka. Nie ciało, nie krew, tylko cień: cienki, czarny, wijący się pod skórą zwierzęcia jak robak zrobiony z pustki. Przeszedł przez jej dłoń i Nala krzyknęła, bo przez jedną straszną chwilę zapragnęła jeść czegokolwiek — mięsa, krwi, żywego ciepła. W chacie poruszył się Mik. Deska pod jego stopą jęknęła cicho. To wystarczyło. Myśl o bracie przecięła głód jak nóż. Nala chwyciła cień nie dłonią ani magią, której nie rozumiała, lecz czymś starszym od strachu i bardziej upartym od przerażenia. Wtedy korzenie wystrzeliły z ziemi, obwiązały czarny cień i zaczęły ściągać go w dół. Cień szarpnął się, próbując wejść w nią przez skórę, oczy i usta. Przez jedno mgnienie zobaczyła siebie pochyloną nad Mikiem, jego nadgarstek, ciepło jego krwi i usłyszała własny głos: tylko trochę. Wrzasnęła. Nie ze strachu. Z wściekłości.
— Nie jego!
Ziemia pękła. Korzenie wciągnęły cień pod mech, glinę, stare kości zwierząt i kamienie, tak głęboko, że krzyk, który nie był krzykiem, urwał się nagle. Wilk opadł bezwładnie, a wokół Nali zostały tylko dwa oddechy — jej i jego — oraz las, który przestał szumieć. Sarna zrobiła krok bliżej. Lis usiadł na skraju ścieżki, ptaki zaczęły powoli poruszać skrzydłami. Wilk otworzył jasne, zmęczone oczy, w których nie było już głodu. Nala dotknęła jego łba, tym razem lżej.
— Idź — wyszeptała.
Wilk z trudem podniósł się na łapy. Zachwiał się, przeniósł wzrok na nią jeszcze raz, a potem odszedł między drzewa. Zwierzęta rozproszyły się powoli. Nie w panice, raczej jak po zakończonym czuwaniu. Nala została na ziemi przed chatą, z dłońmi brudnymi od czarnej ziemi i paznokciami wbitymi w mech. Serce waliło jej tak mocno, że na moment nie słyszała nic poza nim. Potem usłyszała Mika. Stał w drzwiach. Bosonogi, w za dużej koszuli, z włosami sterczącymi we wszystkie strony i oczami szerokimi ze strachu.
— Nala?
Odwróciła się do niego. Kłamstwa podeszły jej do gardła odruchowo: wszystko w porządku, to tylko sen, wracaj do łóżka, mały, nic się nie stało. Nawet one jednak miały swoje granice, także wtedy, kiedy mówiło się je z miłości. Mik patrzył na korzenie oplatające jej dłonie, potem na las i znowu na nią.
— Co ty zrobiłaś?
Nala zerknęła na swoje palce. Korzenie powoli cofały się w ziemię, zostawiając na skórze ciemne ślady jak cienkie bransoletki z błota.
— Nie rozumiem jeszcze — powiedziała.
I po raz pierwszy od dawna nie było w tym wstydu. Las zaszumiał. Daleko, bardzo daleko, po drugiej stronie Czarnego Boru, coś odpowiedziało głodem. Nala podniosła głowę. Teraz już naprawdę słyszała — nie wiatr, nie zwierzęta ani własny strach, lecz las i to, co w nim rosło. Mik podszedł powoli i przytulił się do jej boku. Nala objęła go ramieniem, choć sama nadal klęczała w ziemi.
— Boję się — szepnął.
Nala oparła policzek o włosy Mika.
Przyciągnęła go mocniej. Mik dostał odpowiedź, zanim padły słowa.
— To co zrobimy?
Nala patrzyła w ciemność między drzewami. Ciemność patrzyła na nią z powrotem. Milczała długo, potem wstała, trzymając brata za rękę.
— Będziemy słuchać.
Las zaszumiał znowu, bliżej, jakby przyjął odpowiedź. Nala odwróciła się, żeby wprowadzić Mika do chaty, i wtedy zobaczyła coś przy starym dębie: cień większy od człowieka ze wsi, nieruchomy, szeroki w ramionach, z oczami odbijającymi noc bladym, drapieżnym światłem. Wilkołak. Mik zesztywniał przy jej boku; jego palce zacisnęły się na jej dłoni. Postać zrobiła krok naprzód. Jeszcze nie zaatakowała, ale las ucichł tak gwałtownie, że nawet drzewa zdawały się trzymać oddech.
— Wiedźma — powiedział mężczyzna niskim, chropawym głosem. Nie zostawił miejsca na wątpliwość. Nala cofnęła Mika za siebie. Korzenie pod jej stopami poruszyły się znowu, tym razem szybciej i odważniej, gotowe złapać jej strach. Mężczyzna uśmiechnął się bez ciepła.
— Alfa będzie chciał cię zobaczyć.
— Nie pójdę z tobą — powiedziała.
Wilkołak przechylił głowę. W jego uśmiechu pojawiły się zęby.
— Nie pytałem.
Nala nie znała jeszcze alfy ani watah żyjących za Czarnym Borem, walczących z Głodem i przegrywających coraz bardziej krwawo. Nie wiedziała, że chore wilki były dopiero początkiem, a jej imię zostanie wkrótce wypowiedziane w miejscu, gdzie obcych najpierw mierzono jak zagrożenie, a wiedźmy jak moc, za którą zawsze przychodzi cena. Wiedziała tylko, że wzrok tego mężczyzny przypomniał jej ojca stojącego przed zamkniętymi drzwiami komórki. Nala wyprostowała się. Dłoń Mika ścisnęła jej palce.
Przez kilka uderzeń serca nikt się nie poruszył. Słowa wilkołaka zostały między nimi jak ostrze wbite w próg chaty. Nala czuła za plecami Mika, jego palce zaciśnięte na jej dłoni i ten szybki, urywany oddech dziecka, które uczyło się ucieczki, zanim powinno nauczyć się świata. Las poruszył się pierwszy. Korzenie pod stopami Nali przesunęły się w ziemi cicho, ale już bez tamtej nieśmiałości sprzed chwili. Były bliżej, gotowe. Wilkołak to zobaczył. Jego uśmiech zgasł powoli.
— Nala, kto to jest? — wyszeptał Mik.
— Nie wiem — odparła Nala, nie zdejmując dłoni z ręki Mika. — Ale stoi za blisko.
Goran odsunął stopę o pół kroku.
— Goran — powiedział. — Z warowni po drugiej stronie Boru. Nie przyszedłem po was. Przyszedłem za wilkiem.
— Ludzie z warowni zawsze chodzą nocą po lesie i tropią chore wilki?
— Nie ludzie.
— To kim jesteście? — Mik wychylił się zza Nali, mimo że trzymała go za rękaw.
Goran zerknął na chłopca.
— Wilkołaki.
Nala nie cofnęła się. Nie z Mikiem za plecami.
— To miało mnie uspokoić?
— Nie, ale taka jest prawda. I prawdą jest też to, że nie porywamy dzieci z chat, nie zjadamy ludzi dlatego, że księżyc jest wysoko, i nie stoję tu po to, żeby straszyć was bajką opowiadaną przy piecu. To, co przyszło pod wasz próg, jest gorsze ode mnie.
— Czego chcesz? — spytała Nala.
— Powinienem wrócić i powiedzieć, że ślad się urwał. Byłoby łatwiej. Tylko że ten wilk nie był pierwszy. U nas takie kończą zwykle z toporem w karku albo w ogniu. Ty zostawiłaś go żywego.
Nala spojrzała na własne dłonie. Nie wiedziała, co zrobiła. I właśnie to przeraziło ją bardziej niż wilk.
— Widziałem wystarczająco. Ronan powinien cię zobaczyć.
Imię zabrzmiało obco. Twardo, jak kamień wrzucony do pustego wiadra.
— Następny wilkołak?
— Alfa. Ten, który prowadzi watahę.
W jego głosie nie było przechwałki. Było zmęczenie człowieka, który od dawna spał za mało, widział za dużo i przyszedł tutaj nie z własnej woli, tylko dlatego, że coś po drodze odebrało mu wybór.
— Mam przed nim klękać? — spytała Nala.
— Ronan nie lubi klękania — odparł Goran. — Zwykle oznacza, że ktoś coś ukrywa albo próbuje przeżyć za pomocą pochlebstwa.
Mik wychylił się zza jej ramienia.
— W tej warowni jest więcej takich jak ty?
— Jest wataha. Duża dość, żebyś nie czuł się sam, i mała dość, żeby każdy zauważył, że jesteście obcy.
— To też nie brzmi dobrze — mruknął Mik.
— Nie miało. Miało nie być kłamstwem.
Nala przeniosła wzrok na Gorana uważniej. Nie ufała mu, ale zaczynała rozumieć, że nie próbuje sprzedać jej cudzej łagodności. Niewygodne. Łatwiej odmawiało się ludziom, którzy kłamali pięknie.
— A jeśli pójdziemy? — spytała. — Nie mówię, że pójdziemy. Pytam.
— Weźmiecie tyle, ile udźwigniecie. Najważniejsze nie będzie to, co zabierzecie, tylko to, co zostawicie.
— Uważaj.
— Uważam od chwili, kiedy zobaczyłem, co zrobiłaś z wilkiem.
Powiedział jej wtedy to, czego nie chciała słyszeć: że Głód wróci, że wieś prędzej czy później zauważy zwierzęta pod jej chatą, czarną trawę i las poruszający się pod jej rękami. Że ludzie, kiedy boją się zbyt długo, szukają twarzy, którą można obwinić przy studni. Nala znała wieś. Znała kobiety, które udawały, że nie widzą siniaków, dopóki nie mogły użyć ich jako przyprawy do szeptu. Znała mężczyzn odwracających głowy od cudzego krzyku, a potem bardzo chętnych do stania po stronie większości.
— Powiedzą, że to ja — odezwała się cicho.
Goran milczał. To była jego pierwsza mądra decyzja tej nocy.
— A jeśli ojciec wróci?
To pytanie zabrało Nali powietrze. Goran nie zapytał, kim był ojciec. Wystarczyło mu to, jak chłopiec wypowiedział słowo „wróci”.
— Jeśli wróci tutaj — powiedział — znajdzie chatę na skraju lasu, wieś, która udaje, że nie widzi cudzej krzywdy, i was dwoje bez nikogo między nim a progiem.
— Nie znasz nas.
— Nie muszę znać wszystkiego, żeby widzieć, że chłopiec boi się mężczyzny, którego nie ma przy drzwiach. A ty słyszysz go w każdym cięższym kroku.
Miała ochotę uderzyć go za to zdanie. Dlatego, że nie było kłamstwem.
— W twojej warowni mam uwierzyć, że będzie inaczej? Bo wilkołaki są szlachetne i karmią sieroty?
— Nie jesteśmy łagodni. Ale dziecko, które siada przy naszym stole, je. Ranny nie leży sam, jeśli można przy nim siedzieć. A jeśli ktoś podniesie rękę na kogoś, kto jest pod ochroną watahy, odpowiada przed całą watahą.
— A ja byłabym pod ochroną watahy?
— Jeszcze nie wiem, kim dla niej będziesz. Wygodniej byłoby powiedzieć, że wszystko będzie proste, ale nie jestem aż takim kłamcą.
Mik długo patrzył w ciemną izbę za ich plecami.
— Możemy chociaż zobaczyć tę warownię? — spytał Mik. — Jak będzie źle, wrócimy, prawda?
Nala nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na Gorana dopiero wtedy, gdy cisza zaczęła ciążyć bardziej niż jego obietnica.
— Powtórzę to przy Ronanie — powiedział Goran. — Nie przyprowadziłem więźniów.
Nala popatrzyła na las, potem na chatę. Na próg, przy którym pilnowała, czy ojciec wróci. Na komórkę za piecem. Na drogę do wsi, gdzie rano ktoś mógł zobaczyć rozoraną ziemię i czarną trawę. I wreszcie na Mika: chudego, bosego, zbyt dorosłego w oczach. Mogła zostać i udawać, że jedna noc niczego nie zmieniła. Całe życie już tak robiła. Niczego to nie ocaliło.
— Porozmawiam z Ronanem — powiedziała. — Tylko porozmawiam. Jeśli uznam, że chcę wrócić, wracam z Mikiem. Jeśli ktokolwiek spróbuje mnie zatrzymać, pożałuje.
Goran przeniósł wzrok na korzenie przy jej stopach.
— Zaczynam w to wierzyć.
— Zaoszczędzimy czas.
Pakowali się szybko, prawie złodziejsko, jak ludzie okradający własne życie przed ucieczką. Trochę chleba, twardy ser, nóż, krzesiwo, dwie koszule, kilka ziół owiniętych w płótno, matczyna chusta ukryta pod deską. Mik wsunął do worka drewnianego jelenia, którego udawał, że nie bierze, a Nala udawała, że tego nie widzi. Na końcu Nala odwiązała kozę, wsypała do żłobu resztę owsa i otworzyła boczną furtkę na łąkę. Nie mogła ciągnąć zwierzęcia przez Bór, ale nie mogła też zostawić go przywiązanego przy chacie. Przy palenisku zatrzymała się jeszcze na moment. Pasek ojca wisiał na gwoździu, jakby miał więcej prawa do tego domu niż oni. Nala zdjęła go i wrzuciła w żar. Mik stał za nią bez słowa.
— Teraz możemy iść — powiedziała.
Goran czekał pod dębem. Nie wszedł za nimi, nie zajrzał przez próg, nie próbował przyspieszać. Nala zapisała to sobie w pamięci ostrożnie, bez wdzięczności, ale też bez pogardy.
— Pójdziesz z boku — powiedziała. — Tak, żebym cię widziała.
Goran skinął krótko.
— Jeśli znikniesz mi z oczu, uznam, że chcesz nas podejść.
Goran został tam, gdzie mogła go widzieć.
Ścieżka między leszczyną a krzywą sosną rozsunęła się, choć Nala mogłaby przysiąc, że wcześniej jej tam nie było. Przy korzeniu dębu wyrósł drobny biały kwiat, niemożliwy o tej porze roku. Mik zerknął na niego, potem na Nalę.
— To ty?
— Chyba nie. Ale las wie więcej ode mnie.
Ruszyli: najpierw ona, z Mikiem przy boku, Goran kilka kroków dalej. Bór przyjął ich bez szelestu. Gałęzie odsuwały się minimalnie, zanim dotknęły jej twarzy, a mech jaśniał tam, gdzie miała postawić kolejny krok. Za nimi chata zniknęła między pniami. Najpierw dach, potem komin, potem blady prostokąt otwartych drzwi. W progu nie stał ojciec. Nikt nie krzyczał. Nikt nie kazał jej wracać. Mimo to na moment miała wrażenie, że z ciemności komórki za piecem patrzy za nią stare posłuszeństwo, stary strach, ta część Nali, która nauczyła się przepraszać, zanim jeszcze wiedziała za co. Ścieżka skręciła i chata zniknęła. Mik wypuścił powietrze tak głęboko, że Nala dopiero wtedy zrozumiała, iż oboje wstrzymywali oddech. Goran szedł obok nich prawie bezgłośnie, ale co jakiś czas nadeptywał gałązkę albo potrącał liść płaszczem. Robił hałas dla niej. Tyle, by wiedziała, gdzie jest. Nie podziękowała. Nie była jeszcze gotowa. A przed nimi, po drugiej stronie Boru, był ktoś, kto jeszcze nie znał jej imienia. Ronan.
Ronan — ten, który dopiero miał usłyszeć, że w lesie obudziła się dziewczyna potrafiąca odebrać Głodowi jego ofiarę.
Goran zatrzymał się dopiero wtedy, gdy ścieżka skręciła tam, gdzie według niego nie miała prawa skręcać. Nie powiedział tego zaraz. Nala poznała po jego ruchu. Do tej pory szedł równo, z drażniącą pewnością kogoś, kto w lesie nie musi szukać drogi, bo droga sama układa mu się pod stopami. Teraz zamilkł ciężej. Zwolnił i spojrzał na jasną smugę mchu wijącą się między drzewami. Mik ścisnął jej dłoń.
— Coś jest nie tak? — spytał szeptem.
Nala nie odpowiedziała bez namysłu. Patrzyła na Gorana. Wilkołak stał nieruchomo, z twarzą zwróconą ku wąskiemu przejściu między bukami. Ciemny płaszcz miał mokry od mgły, włosy przy karku przyklejone do skóry, a blizna pod uchem wyglądała w mroku jak świeżo rozcięta. Nie bał się. Przynajmniej nie tak, jak bałby się człowiek ze wsi, który nagle zgubił ścieżkę między drzewami. Było w nim raczej napięcie drapieżnika, który poczuł zmianę w powietrzu i jeszcze nie wie, czy powinien warczeć, czy uciekać.
— Goran — powiedziała Nala. — Mów, zanim zacznę zgadywać. A dzisiaj naprawdę nie mam siły na zgadywanie.
Goran zerknął na nią krótko.
— Tej drogi nie było.
Mik wtedy popatrzył na mech pod stopami. Ścieżka wyglądała zwyczajnie, jeśli cokolwiek w Czarnym Borze można było tej nocy nazwać zwyczajnym. Była wąska, jaśniejsza od ziemi, miękka od wilgoci. Gałęzie układały się nad nią nisko, ale nie zaczepiały o twarz. Ciernie po obu stronach trwały w gotowości, jakby mogły zamknąć przejście jednym kaprysem.
— Może wcześniej jej nie zauważyłeś — mruknął Mik, choć sam nie brzmiał przekonująco.
Goran przeniósł na niego krótki, ostrożny wzrok. Nadal pilnował, żeby nie patrzeć na chłopca zbyt długo.
— Znam ten Bór na tyle, żeby wiedzieć, kiedy zaczyna udawać coś, czego wczoraj nie było.
Mik zmarszczył brwi.
— Las może udawać?
— Ten najwyraźniej może.
Nala zerknęła za siebie. Nie było już ścieżki, którą przyszli. Nie w sensie, że las zamknął ją ścianą albo nagle wyrósł za nimi mur cierni. To byłoby prostsze. Za ich plecami trwała po prostu ciemność. Mokre pnie, splątane krzewy, czarne prześwity między gałęziami. Żadnego jaśniejszego mchu. Żadnego przejścia. Mik przycisnął się do jej boku.
— Nala…
— Widzę. I naprawdę chciałabym tego nie widzieć.
Wolałaby nie widzieć. Goran poprawił pas z toporem.
— Powinniśmy iść dalej.
Nala spojrzała na niego z miną, którą zrozumiał bez dalszych wyjaśnień.
— Droga, której nie znasz, prowadzi nas tam, gdzie chce, za nami nie ma już niczego, co przypominałoby powrót, a ty mówisz, że mamy iść dalej?
— Nie podoba mi się to bardziej niż tobie.
— To ma być pocieszenie?
— Tyle umiem ci teraz dać.
Nie próbował brzmieć mądrze, nie pocieszał i nie udawał, że ma w ręku lepszy wybór. To akurat było gorsze od kłamstwa. Nala zerknęła na ścieżkę, potem na Mika. Kaptur płaszcza zsuwał mu się na oczy, a chłopiec odgarniał go bez puszczania jej dłoni. Drżał. Nie mocno, ale wystarczająco, by poczuła to przez palce. Mimo to nie płakał. Nie pytał, czy mogą wrócić do chaty. Nie udawał też, że jest dzielniejszy, niż był. Po prostu czekał, aż ona zdecyduje. Nala nie znosiła takich chwil. Świat bardzo lubił wkładać jej w ręce cudze bezpieczeństwo, a potem patrzeć, czy się pod nim ugnie. Nie ugięła się. Ruszyła pierwsza. Nie z odwagi. Nie tej nocy. Odwaga brzmiała zbyt pięknie jak na coś, co w rzeczywistości było zmęczeniem, uporem i świadomością, że za nimi nie zostało już nic naprawdę bezpiecznego. Ścieżka przyjęła jej krok bezszelestnie. Goran ruszył z boku, zgodnie z obietnicą. Nie przed nimi, nie za nimi. Blisko na tyle, by mogła widzieć każdy jego ruch, daleko na tyle, by Mik nie sztywniał przy każdym oddechu.
Po kilkunastu krokach Nala wyczuła kwaśny, mokry odór zepsucia. Przy korzeniu starej sosny czerniła się plama. Gęsta ślina — albo coś, co ślinę tylko udawało — leżała na trawie jak rozlana smoła. Mech wokół niej zwinął się w martwe, brunatne strzępy. Nie było tam zwierzęcia, żadnego ciała, żadnych śladów walki. Tylko czarna lepkość i cisza tak ciężka, że nawet Mik przestał oddychać przez nos.
— To od wilka? — spytał.
Goran przykucnął, ale trzymał ręce przy sobie.
— Wilk szedł inną stroną. To jest starsze.
Starsze. Nala wyczuła, jak to słowo osiada w niej nieprzyjemnie. Głód nie przyszedł dopiero pod ich chatę. Nie zaczął się od wilka, który upadł u jej kolan. Był tu wcześniej. Próbował lasu po kawałku. Zostawiał ślady i czekał, aż coś żywego podejdzie wystarczająco blisko. Coś w tej cierpliwości przypomniało jej ojca: nie samo uderzenie, lecz czekanie pod drzwiami, skrobanie paska o gwóźdź, ciszę, w której człowiek zaczynał oddychać ostrożniej, zanim jeszcze usłyszał kroki. Mik przełknął ślinę.
— I co teraz?
Goran wstał.
— Nie dotykamy. Nie wąchamy. Nie sprawdzamy patykiem. Odchodzimy.
Mik popatrzył na Gorana urażony.
— To brzmi jak zasady dla kogoś bardzo głupiego.
— Takie zasady najczęściej ratują ludziom życie.
Mik zerknął na czarną plamę i szybko odwrócił wzrok.
— Nie lubię dobrych zasad.
— Ja też nie — odparł Goran. — Dlatego zwykle pamiętam tylko te najważniejsze.
Nala zerknęła na czarną plamę. Pod ziemią coś poruszyło się lekko. Nie wyszło. Nie dotknęło jej. Tylko przesunęło się głęboko, jak korzeń, który obraca się we śnie.
— Idziemy — powiedziała.
Nie chciała sprawdzać, czy las sam to zabierze. Nie chciała wiedzieć, czy czeka na nią. Przeszli dalej, zostawiając za sobą martwy mech i smród, który jeszcze przez długi czas zdawał się iść za nimi, cienki jak nić przywiązana do gardła. Nie minęło wiele czasu, gdy noc zrobiła się gęstsza. Mgła podniosła się od ziemi, najpierw cienka, potem cięższa, pełznąca między pniami jak mleko zmieszane z popiołem. Ścieżka nadal była widoczna, ale wszystko poza nią traciło kształty. Drzewa stawały się wysokimi cieniami. Krzewy wyglądały jak przykucnięte zwierzęta. Coś szurnęło po lewej, a Mik odruchowo wstrzymał oddech.
— To pewnie lis — powiedział po chwili sam do siebie.
Goran przeniósł wzrok w tamtą stronę.
— Lis tak nie chodzi.
Mik zbladł.
— Mogłeś skłamać.
— Mogłem. Ale wtedy następny dźwięk byłby gorszy.
Nala zatrzymała się i spojrzała między drzewa.
— Co to było?
Goran milczał i nasłuchiwał. Nie bał się hałasu; próbował wyłowić z niego zamiar.
— Coś idzie równolegle do nas — powiedział w końcu. — Małe. Lekkie. Nie atakuje.
— Jeszcze — dodał Mik.
Nala spojrzała na niego.
— Bardzo pomocne.
— Uczę się od dorosłych. Mówicie dużo niepokojących rzeczy i udajecie, że to informacje.
Goran parsknął krótko, zanim zdążył się powstrzymać. Nala nie uśmiechnęła się, ale napięcie w jej ramionach odrobinę puściło.
— Trzymaj się bliżej — powiedziała do brata.
— Już się trzymam.
— Jeszcze bliżej.
Mik wsunął się pod jej ramię bez protestu. Nie chciał być niesiony. Nie rozpadł się. Po prostu rozumiał, kiedy warto udawać dorosłego, a kiedy lepiej przeżyć. Gałęzie po prawej stronie poruszyły się nagle. Goran sięgnął po topór. Z krzewów wyskoczył zając. A przynajmniej coś, co kiedyś było zającem. Miał złamane tylne łapy, ale biegł, ciągnąc je za sobą w nienaturalny sposób. Sierść na brzuchu była posklejana czernią, jedno oko całkiem czarne, drugie jasne i oszalałe. Nie skoczył na nich. Przemknął przez ścieżkę tuż przed stopami Nali, zostawiając po sobie smugę ciemnej wilgoci. Mik szarpnął się do tyłu. Nala przytrzymała go mocniej.
— Nie patrz za nim.
Oczywiście, że spojrzał. Dzieci czasem musiały sprawdzić potwora na własne oczy, zanim uwierzyły, że naprawdę nie powinny. Zając raz po raz uderzał w pień po drugiej stronie ścieżki. Coś w jego głowie kazało mu biec dalej, choć drzewo nie chciało ustąpić. Za czwartym razem ciało opadło w mokre liście i zaczęło drżeć. Nala wyczuła Głód. Słabiej niż przy wilku. Brudniej. Jak resztkę w misce po czymś zgniłym. To nie było głębokie opętanie. Raczej kawałek choroby, który wpadł w małe ciało i nie potrafił zrobić z nim nic poza bólem. Goran zrobił krok.
Nala uniosła rękę.
Goran zatrzymał się.
— Cierpi.
— Widzę. I dlatego nie będę patrzeć dłużej, niż muszę.
— Trzeba to skończyć.
Nala patrzyła na drżące ciało pod drzewem. Mik wcisnął twarz w jej rękaw.
— Nala…
Nie mogła uratować wszystkiego. Nie tej nocy. Może nigdy. Ta myśl przyszła okrutnie wcześnie. Wczoraj była jeszcze dziewczyną z chaty przy lesie, która martwiła się o chleb, wodę, drewno i brata. Dziś las dawał jej chore stworzenia pod ręce, jakby od zawsze miała wiedzieć, które da się ocalić, a które trzeba puścić. Podeszła do zająca. Goran napiął się natychmiast.
— Nala.
— Nie dotykaj mnie.
— Nie zamierzałem. Ale jeśli to coś skoczy…
— Nie skoczy.
Zając drżał. Czarne oko patrzyło ślepo w bok. Jasne już nie widziało nic. Nala przykucnęła w odległości kroku. Nie wyciągnęła ręki, nie położyła dłoni na sierści i nie chciała wpuszczać tego w siebie, jeśli nie musiała.
— Lasie — powiedziała cicho. — Jeśli możesz, zabierz ból. Nie Głód. Nie przeze mnie. Tylko ból.
Goran zesztywniał. Mik podniósł głowę. Przez kilka oddechów nic się nie stało. Potem mech pod ciałem zająca uniósł się miękko. Drobne korzonki wyszły z ziemi, cienkie jak włosy, i oplotły zwierzę ostrożnie. Zając drgnął raz jeszcze. Potem znieruchomiał. Czerń nie wypłynęła. Nie zniknęła. Została pod ziemią wraz z ciałem, powoli zakrywana przez mokry mech. Nala wstała. Nogi miała miękkie, ale nie upadła.
— Nie każdego da się uratować — powiedział Goran cicho.
Nala spojrzała na Gorana.
— Rozumiem, ale nie znaczy, że umiem się z tym pogodzić.
— To wystarczy, żeby przeżyć.
— Nie mów, że to coś dobrego.
Goran przyjął to bez sprzeciwu.
— Nie dobrego. Potrzebnego.
Mik wyszedł spod jej ramienia i spojrzał na miejsce pod drzewem.
— Przynajmniej już nie boli?
Nala przełknęła ślinę.
— Chyba nie.
— To też coś.
Powiedział to cicho. Nie szukał pocieszenia. Po prostu nazwał małą rzecz, bo większej nie dało się unieść. Nala przesunęła dłonią po jego mokrym kapturze.
Ruszyli dalej bez kolejnego słowa.
* * *
Po drugiej stronie Czarnego Boru noc ciążyła na kamieniach warowni. Nikt za murami nie wiedział jeszcze, że przez las idą dziewczyna i chłopiec. Wiedzieli tylko, że Głód jest coraz bliżej. W izbie chorych Mael przestał krzyczeć. Ronan stał przed drzwiami i słuchał tej ciszy, bo cisza bywała gorsza od wrzasku. Krzyk miał w sobie ciało, ból i opór. Cisza po drugiej stronie drewna oznaczała, że Głód znalazł inne miejsce, by przyczaić się w chłopaku. Matka Maela siedziała pod ścianą. Nie płakała. To niepokoiło Ronana bardziej, niż gdyby rozdarła sobie gardło szlochem. Miała dłonie splecione na kolanach tak mocno, że palce pobielały jej od nacisku, a wzrok wbity w drzwi, jakby mogła wydrzeć syna z choroby samym patrzeniem. Borun wyszedł z izby z miską ciemnej wody. Rękawy miał podwinięte do łokci, twarz szarą od zmęczenia i zły wyraz w jedynym zdrowym oku.
— Jeśli szukasz dobrej wiadomości, to nie ten korytarz.
Ronan nawet nie drgnął.
— Mów — powiedział Ronan.
Stary uzdrowiciel postawił miskę na ławie i otarł dłonie w szmatę, która dawno przestała być czysta.
— Gorzej. Czarne żyły podchodzą pod bark. Gorączka wraca szybciej, niż ją zbijam. Próbował przegryźć rzemień, potem własną rękę, a potem zaczął wołać matkę tak, że połowa straży udawała, że nie słyszy.
Matka Maela drgnęła. Ronan nie odwrócił do niej głowy.
— Ile?
Borun łypnął na zamknięte drzwi. Przez krótki moment wyglądał starzej niż zwykle.
— Do świtu. Może mniej.
Za drzwiami coś przesunęło się po podłodze. Powoli. Pazury po kamieniu. Matka chłopaka wstała.
— On się obudził.
Ronan stanął jej na drodze, zanim zrobiła krok.
— Zostań.
Zerknęła na niego z taką nienawiścią, że przyjął ją spokojnie. Była matką. Miała prawo nienawidzić każdego, kto stał między nią a głosem dziecka.
— Nie będziesz mnie od niego trzymał.
— Jeśli podejdziesz do tych drzwi, to właśnie zrobię.
— Słyszysz siebie?
Ronan w końcu na nią spojrzał.
— Słyszę jego. I dlatego stoisz tutaj.
Za drzwiami rozległ się głos Maela.
— Mamo?
Był cichy, zachrypnięty, prawie dziecięcy. Kobieta szarpnęła się do przodu, ale Ronan położył dłoń na jej ramieniu. Nie mocno, wystarczająco.
— To nie on.
Twarz matki Maela pękła.
— Nie mów mi, co jest głosem mojego syna.
Ronan nachylił się odrobinę, żeby usłyszała go tylko ona.
— Gdyby to był Mael, sam otworzyłbym drzwi. To, co mówi teraz, wie, kogo użyć.
Zadrżała. Nie cofnęła się, ale przestała napierać. Borun mruknął coś pod nosem, bardzo brzydkiego, po czym sięgnął po woreczek z ziołami.
— Dam mu naparu. Gorzkiego jak grzech. Może samo świństwo się obrazi i wyjdzie.
Ronan prawie się uśmiechnął. Prawie. Wtedy Mael za drzwiami zaśmiał się cudzym głosem.
— Idzie — wyszeptał.
Ronan znieruchomiał. Borun przestał mieszać zioła.
— Kto? — spytał Ronan.
W tej krótkiej pauzie po drugiej stronie było tylko chrapliwe oddychanie. Potem drewno jęknęło pod jednym mocnym uderzeniem.
— Ta, której las robi miejsce.
Matka Maela zakryła usta dłonią. Borun łypnął na Ronana. Już bez złośliwości.
— Goran powinien wrócić godzinę temu.
Ronan uniósł wzrok w stronę korytarza prowadzącego na mury.
— Podwoisz straż przy wschodniej bramie.
Borun zmrużył zdrowe oko.
— Czyli nie tylko ja czuję, że ta noc ma jeszcze zęby.
Ronan odwrócił się do najbliższego strażnika.
— Jeśli ktokolwiek zobaczy światło od strony Boru, przychodzi do mnie. Nie do bramy. Do mnie.
Strażnik skinął głową i odszedł. Za drzwiami Mael rozpłakał się. Tym razem własnym głosem.
* * *
Gniazdo znaleźli pod wykrotem. Ścieżka prowadziła prosto na nie. Najpierw Nala zobaczyła korzenie: grube, powykręcane, wydarte z ziemi razem z połową zbocza. Potem czarną jamę między nimi. Błoto w środku poruszało się leniwie, choć nie było wiatru ani wody. Od jamy ciągnęły się cienkie nitki, ciemne jak włosy utopione w smole. Wchodziły pod zdrowy mech, znikały w ziemi i pojawiały się dalej, jak coś próbowało zszyć las chorobą. Mik zasłonił nos rękawem.
— Co tu zdechło?
Goran zatrzymał się obok niego.
— Jeszcze nic.
Odpowiedź, której Nala się spodziewała, byłaby łatwiejsza do zniesienia. Podeszła o krok bliżej, zanim zdążyła się powstrzymać. Goran poruszył się odruchowo, chcąc ją zatrzymać, ale w ostatniej chwili cofnął rękę. Dobrze. Nala nie miała tej nocy miejsca na cudze dłonie, nawet ostrożne.
— Gniazdo — powiedział.
— Głodu?
— Tak mówi Borun. Małe się wypala. Duże omija.
— A to?
Goran popatrzył na jasny mech biegnący tuż obok gnijącej jamy.
— Małe. Ale w złym miejscu.
Nala przeniosła wzrok na Mika. Musiałby przejść o krok od czarnych nitek. Gniew przyszedł nagle. Nie wielki ani piękny, tylko zwykły, zmęczony gniew kogoś, kto przez całą noc nie dostał ani jednego dobrego wyboru.
— Jeśli już prowadzisz — powiedziała do lasu cicho, ale wyraźnie — to nie prowadź dziecka prosto przy tym świństwie.
Mik zamarł.
— Nala…
Goran spojrzał na nią z niedowierzaniem. W ciszy nic się nie stało. Potem mech pod ich stopami zadrżał. Jasna smuga przesunęła się powoli w prawo. Nie rozbłysła ani nie zniknęła; po prostu zmieniła kierunek, odsuwając się od wykrotu o kilka kroków. Gałęzie leszczyny ugięły się i utworzyły przejście, którego przed momentem tam nie było. Mik patrzył z otwartymi ustami. Nala też.
— Powiedziałaś do lasu — wyszeptał chłopiec.
— Zauważyłam.
— I on…
Nie dokończył, bo nie musiał. Goran odezwał się ciszej:
— Odpowiedział.
To słowo osiadło między nimi ciężko. Nala wyczuła zimno na plecach. Jeśli las odpowiedział, to musiał słuchać. A jeśli słuchał teraz, mógł słyszeć wcześniej. Za dużo wcześniej. W komórce za piecem. Przy płaczu Mika tłumionym w poduszkę. Przy matce gasnącej z dnia na dzień. Przy ojcu, który umiał zostawiać po sobie siniaki i winę tak samo łatwo jak ślady błota na podłodze. Nie. Ta myśl była zbyt duża.
— Idziemy — powiedziała.
Nie poczekała na zgodę. Nowa ścieżka była węższa, ale powietrze pachniało na niej igliwiem, a nie gniciem. Mik przestał zasłaniać nos, choć nadal trzymał się blisko. Goran szedł z boku, bardziej czujny niż wcześniej.
— Boisz się? — spytał Mik po kilku minutach.
Nala już otwierała usta, ale chłopiec patrzył na Gorana. Wilkołak odpowiedział dopiero po chwili.
— Tylko idiota nie bałby się drogi, której nie zna.
Mik przemyślał to bardzo poważnie.
— Czyli nie jesteś głupi.
— Nie rób z tego zasady.
Nala odetchnęła cicho przez nos.
— Zapamiętam.
Goran przeniósł na nią wzrok z ukosa, ale nic nie odpowiedział. Na moment szli w ciszy, która nie kaleczyła tak jak poprzednie milczenie. Potem usłyszeli wodę. Strumień przeciął ścieżkę nagle, srebrny i szybki, płynący po ciemnych kamieniach śliskich od mchu. Nie był głęboki, ale noc robiła z wody coś obcego. Człowiek widział tylko powierzchnię, a pod nią mogło czekać wszystko: kamień, dziura, korzeń, rzecz zębata i cierpliwa. Goran przeszedł pierwszy i zatrzymał się na drugim brzegu.
— Tędy.
Nala przeniosła wzrok na Mika. Chłopiec uniósł brodę.
— Dam radę.
— Nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć.
— Ale miałaś tę twarz.
— Jaką?
— Tę od przenoszenia mnie przez wodę.
Nala westchnęła.
— Nienawidzę tej twarzy.
— Ja bardziej.
Goran odezwał się z drugiej strony:
— Mogę pomóc.
Mik zesztywniał. Nala zerknęła na wilkołaka.
— Zostaw mu miejsce.
Goran nie dodał nic więcej. Cofnął się o krok, zostawiając im więcej przestrzeni przy brzegu. Nala weszła do wody pierwsza. Zimno przeszło przez buty aż do kości. Kamień pod stopą był śliski, ale zanim straciła równowagę, coś miękkiego ułożyło się przy jej kostce. Korzeń albo wodna trawa. Nie patrzyła w dół zbyt długo.
— Tam, gdzie ja — powiedziała do Mika.
Przechodzili powoli. W połowie strumienia spod przeciwległego brzegu wysunęła się czarna smuga. Cienka jak rozlana oliwa. Potem Nala zobaczyła małe ciało: kuna albo łasica, mokra, wykrzywiona, z pyskiem pobrudzonym ciemną śliną. Mik wciągnął powietrze.
— Nala…
— Patrz na kamienie.
— Ale…
— Kamienie, Mik.
Posłuchał. Goran sięgnął po topór. Las napiął się wokół nich. Nala wyczuła to w stopach, w wodzie, w powietrzu. Nie słowo ani rozkaz, raczej nagłe, wspólne wstrzymanie oddechu.
— Nie zabijaj — powiedziała.
Goran przeniósł na nią wzrok.
— Jeśli podejdzie do chłopca, nie będę pytał drugi raz.
— Nie podejdzie.
Nie wiedziała, skąd ta pewność. Chore zwierzę poruszyło się w wodzie. Nie rzuciło się na nich. Każdy ruch sprawiał mu ból, a jednak coś pchało je naprzód. Nala wyczuła krótkie muśnięcie Głodu: głuche ssanie pod żebrami, cudzą potrzebę, zimną i lepką. Korzenie olchy zeszły pod wodę. Oplotły zwierzę delikatnie, prawie ostrożnie, i odciągnęły je pod brzeg. Czarna smuga zadrżała, woda stała się lodowata, a Nala przez moment musiała oprzeć się ciężarem o Mika, żeby nie ugięły się pod nią kolana.
— Nala? — Chłopiec chwycił ją obiema rękami.
Oddychała przez zęby, nierówno, aż powietrze przestało drapać ją w gardle. Ucisk zniknął. Strumień popłynął dalej. Goran schował topór powoli.
— To przeszło przez ciebie?
Nala pokręciła głową.
— Obok. Chyba.
Tym razem była pewna przynajmniej tego: przy wilku coś przeszło przez nią. Tutaj była tylko blisko. Za blisko, ale jednak obok. Mik nadal trzymał jej rękaw.
— To lepiej?
Nala zerknęła na wodę, potem na korzenie znikające pod brzegiem.
— Trochę.
Goran milczał.
— Borun będzie chciał to zobaczyć.
Nala przetarła mokrą dłoń o suknię.
— Następny, który będzie czegoś ode mnie chciał?
— Stary uzdrowiciel — odparł Goran. — Gdera. Leczy. Daje gorzkie rzeczy i uważa, że to wystarczy za uprzejmość.
Mik skrzywił się słabo.
— Czyli mam go nie lubić w następnej sekundzie czy poczekać?
— Możesz poczekać — powiedział Goran. — On i tak nie zauważy różnicy.
Nala zerknęła na brata.
— Mik, nie zaczynaj wojny z uzdrowicielem, zanim dojdziemy do bramy.
— Nie zaczynam. Sprawdzam, czy warto się przygotować.
— Tym gorzej.
Goran położył suchą gałąź przy błotnistym brzegu tak, żeby Mik mógł podeprzeć się sam. Nie wyciągnął do niego ręki. Nie dotknął go. Po prostu zostawił pomoc tam, gdzie chłopiec mógł po nią sięgnąć bez strachu. Mik skorzystał, a Nala dopisała ten fakt do reszty. Nadal tylko fakt. Ruszyli dalej, ale Bór nie zamierzał pozwolić im zapomnieć, że nie prowadzi ludzi za darmo. Ścieżka wspięła się nagle ostro pod górę. Ziemia była śliska, rozmokła i poprzerastana korzeniami. Nala czuła zmęczenie w udach, w kręgosłupie, w palcach zaciśniętych na pasku torby. Mik dyszał coraz ciężej, ale kiedy obejrzała się na niego, tylko pokręcił głową.
— Nie pytaj.
— Jeszcze nie zapytałam.
— Ale już chciałaś.
— Może chciałam powiedzieć, że wyglądasz świetnie.
Mik popatrzył na nią z takim powątpiewaniem, że mimo nocy, Głodu i mokrych butów prawie się roześmiała.
— Kłamiesz coraz gorzej — powiedział.
— To przez zimno. Twarz mi zamarza i nie układa się do wiarygodnych kłamstw.
— Dobrze wiedzieć.
Na szczycie zbocza las nagle ucichł. Nie tak jak wcześniej — bez czujności i cierpliwości, martwo. Goran podniósł rękę. Nala zatrzymała się zaraz. Mik też. Przed nimi, między dwoma głazami, wisiały cienkie druty. Prawie niewidoczne. Rozciągnięte na wysokości kolan i gardła. Nala dostrzegła je dopiero wtedy, gdy kropla wody spłynęła po jednym z nich i odbiła resztkę światła. Na drutach wisiały drobne kościane dzwoneczki, tak stare, że część była już zielonkawa od wilgoci. Nie poruszały się.
— Pułapka? — spytał Mik.
Goran przykucnął przy najniższym drucie.
— Stara. Ludzka. Na wilki albo na coś, co ludzie uznali za wilki.
Nala wyczuła, jak niechęć przechodzi jej pod skórą.
— Z twojej warowni?
Goran obejrzał kościany dzwoneczek, ale go nie dotknął.
— Nie. W warowni nie robi się pułapek z ludzkich kości.
Mik zbladł. Nala stanęła przed nim odruchowo.
— Po co ktoś miałby…
— Żeby przestraszyć. Ostrzec. Albo sprawdzić, czy coś przejdzie mimo strachu.
Goran przeniósł wzrok na układ drutów.
— Mogę je przeciąć, ale nie wiem, co uruchomię. Mogą być już martwe. Mogą nie być.
— A obejść?
— Ścieżka prowadzi przez nie.
— Ścieżka już dziś zmieniła zdanie — powiedziała Nala.
Położyła dłoń na najbliższym pniu. Kora była zimna. Milcząca.
— Nie będę prowadzić dziecka pod drutem przy gardle — powiedziała cicho. — Nawet jeśli to stara pułapka. Nawet jeśli nic się nie stanie. Znajdź inną drogę.
Las nie odpowiedział bez namysłu. Mik patrzył na nią z boku. Goran patrzył na las. Nala czuła na sobie ich milczenie, ale nie cofnęła ręki.
— Proszę — dodała po chwili, trochę twardziej, bo to słowo w jej ustach wciąż bywało bardziej rozkazem niż prośbą.
Wtedy ziemia pod głazem po lewej stronie osunęła się cicho. Nie gwałtownie. Po prostu korzenie, które dotąd trzymały kamień, rozluźniły uścisk. Głaz przechylił się odrobinę, odsłaniając wąskie przejście między skałą a starym świerkiem. Za nim widać było dalszy ciąg jasnego mchu. Goran wypuścił powietrze przez nos.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego Głód może się tobą interesować.
Nala zdjęła rękę z pnia.
— A ja zaczynam rozumieć, że las jest uparty i nie lubi tłumaczyć się z własnych decyzji.
Mik zerknął na ukryte przejście.
— Czyli trochę jak ty.
— Jeszcze jedno słowo i jednak wrócimy do pułapki.
— Nie wrócimy.
— Nie, ale groźba była dobra.
— Średnia.
Goran przeniósł wzrok na nich i przez moment nie wiedział, czy powinien ich poganiać, czy po prostu przyjąć, że w ten sposób trzymają strach na dystans. Nie poganiał. Przeszli bokiem, jedno po drugim: Nala pierwsza, potem Mik, potem Goran. Skała zostawiła na ich płaszczach mokre ślady, świerk obsypał im kark igłami, ale druty pozostały za nimi, ciche, martwe i nadal paskudne. Kiedy ścieżka znów zrobiła się szersza, Mik obejrzał się przez ramię.
— Myślisz, że ta pułapka kogoś kiedyś złapała?
Nala nie odpowiedziała. Goran zrobił to za nią.
— Takie rzeczy zwykle zostawiają po sobie ofiary.
Mik zerknął na niego.
— Skąd wiesz?
— Bo ludzie rzadko zostawiają takie rzeczy bez powodu.
Mik zamilkł.
— Nie lubię ludzi.
Goran popatrzył na Nalę, potem na Mika.
— Czasem rozsądnie.
— A wilkołaki? — spytał Mik. — Mam je lubić?
* * *
Tymczasem, daleko od ścieżki prowadzącej Nalę i Mika przez Bór, w izbie chorych Głód odezwał się drugi raz. Twarz Maela zmieniła się odrobinę. Nie mocno. Dlatego Ronanowi zrobiło się zimniej. Głód nie zawsze ryczał. Czasem przesuwał cudze rysy o włos i czekał, aż ktoś kochający nie zauważy różnicy. Mael uśmiechnął się. Już nie jak Mael.
— Nie otwieraj bramy — powiedział.
Ronan nie cofnął dłoni z jego piersi.
— Przed kim?
Uśmiech chłopaka drgnął, mokry, obcy, cierpliwy.
— Przed tym, co idzie przez las.
Liora poruszyła się przy drzwiach. Ronan nie spojrzał w jej stronę.
— Goran?
Mael zaśmiał się cicho. Ten śmiech nie miał w sobie nic z chłopaka, który jeszcze niedawno podkradał placki z kuchni i myślał, że nikt tego nie widzi.
— Goran idzie obok. Jak pies, któremu pozwolono uwierzyć, że prowadzi.
Ronan nachylił się nad nim.
— Kto idzie z nim?
Przez krótki moment w izbie było słychać tylko oddech Maela i ciche trzaskanie ziół w misie przy stole. Potem chłopak obrócił głowę na poduszce. Czarne żyły pod jego skórą zadrżały, jak coś pod spodem przesunęło się bliżej powierzchni.
— Dziewczyna, której las robi miejsce.
Ronan znieruchomiał. Nie z wiary. Głód nagle mówił zbyt chętnie.
— Dlaczego miałbym jej nie wpuścić?
Usta Maela rozciągnęły się szerzej.
— Bo ona nie przyjdzie sama.
Borun zaklął cicho pod nosem. Ronan nadal patrzył na chłopaka.
— Mów dalej.
— Las wejdzie z nią — wyszeptał Mael. — W progi. W ściany. W sny. Będziecie myśleć, że trzymacie ją w warowni, a to ona zacznie trzymać was.
Liora zrobiła krok do przodu.
— Ronan…
Ronan uniósł rękę, nie odwracając głowy. Mael zaczął oddychać szybciej. Przez jedno uderzenie serca jego oczy wróciły do siebie — jasne, przerażone, mokre od bólu.
— Nie słuchaj — wydusił. — On kłamie.
Potem znowu uśmiech. Obcy i czarny.
— Kłamstwo jest tylko słowem dla tych, którzy chcą spać spokojnie. Zamknij bramę, Ronanie. Wyślij ludzi na mur. Każ Goranowi zostawić ją w Borze. Jeszcze możesz nazwać to rozsądkiem.
Ronan powoli zacisnął palce na krawędzi łóżka. Teraz rozumiał więcej, choć jeszcze nie wszystko. Ale wystarczająco dużo, żeby poczuć, jak pod gniewem budzi się podejrzenie. Głód nie ostrzegał. Głód próbował go popchnąć. A wszystko, co tak usilnie próbowało nadać jego decyzji jeden kierunek, musiało mieć powód, żeby bać się drugiego.
— Jeśli chcesz, żebym zamknął bramę — powiedział cicho — to znaczy, że powinienem zobaczyć, kto do niej idzie.
Uśmiech zniknął z twarzy Maela. Nie natychmiast. Najpierw zadrżał, jak cienka skorupa lodu pod butem. Potem chłopak szarpnął się tak mocno, że rzemienie jęknęły przy drewnie.
— Nie wpuszczaj jej! — wrzasnął Głód jego ustami. — Nie dawaj jej imienia przy ogniu! Nie pozwól dziecku przekroczyć progu! Nie…
Głos urwał się nagle. Mael opadł na posłanie, dławiąc się własnym oddechem. Na jego ustach pojawiła się świeża czerń. Ronan wyprostował się powoli. W izbie nikt się nie odezwał. Drzwi uchyliły się szerzej. Liora stała w progu, blada, z twarzą napiętą tak mocno, że nawet ironia nie miała gdzie się zaczepić.
— Na wschodnim murze widzieli światło między drzewami — powiedziała. — Albo Goran wraca, albo las postanowił przysłać nam kolejny problem z własnymi nogami.
Ronan uniósł wzrok jeszcze raz na Maela. Chłopak znowu patrzył własnymi oczami. Płakał cicho, bez łez, z twarzą wykrzywioną bólem i wstydem, który nie należał do niego.
— Borun do niego — powiedział Ronan. — Ty ze mną.
Liora nie zapytała dokąd. Już wiedziała. A Ronan, wychodząc z izby, pomyślał tylko jedno: jeśli Głód tak bardzo nie chce tej dziewczyny w warowni, to dlatego nie zamknie przed nią bramy.
Warownia była większa, niż Nala sobie wyobrażała. Z lasu wyglądała najpierw jak ciemna ściana wbita w skałę. Dopiero kiedy podeszli bliżej, zaczęła dostrzegać szczegóły: wysokie mury z nierównego kamienia, czarne od deszczu belki wbudowane między wieże, żelazne okucia na bramie, ślady starych napraw i nowszych uderzeń, których nikt nie próbował ukrywać. To miejsce nie było ładne. Nie miało być ładne. Było zbudowane tak, żeby przetrwać zimę, głód, oblężenie i każdego głupca, który uznałby, że wilkołaki da się łatwo wyciągnąć zza murów. Pod nogami mieli błoto wymieszane z igliwiem i drobnymi kamieniami. Woda ściekała z kaptura Nali na szyję, lodowata i uporczywa. Mik szedł tuż obok niej, coraz ciszej, z dłonią zaciśniętą na jej palcach. Przestał już udawać, że nie jest zmęczony. To znaczy — nadal próbował, ale robił to gorzej. Co kilka kroków ocierał nos rękawem, a potem prostował plecy, jakby samo wyprostowanie mogło zastąpić sen, jedzenie i suche buty.
Dym z mokrego drewna. Gotowane mięso. Skóry suszące się przy ogniu mieszały się tam z potem, wilczym futrem i żelazem. Coś ostrego i gorzkiego, jak zioła trzymane za długo nad płomieniem. Pod tym wszystkim była jeszcze krew — stara, wdeptana w kamień, i świeższa, której nie dało się pomylić z niczym innym. Nala wyczuła, jak żołądek zaciska jej się boleśnie. Nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że poczuł jedzenie. Wystarczyło to jedno ciche przełknięcie śliny, w następnej sekundzie schowane pod zaciśniętymi ustami. Dzieci, które za szybko nauczyły się braku, nie prosiły zaraz. Najpierw próbowały wyglądać jakby niczego nie potrzebowały.
— Trzymaj się blisko mnie — powiedziała cicho. — Nie za Goranem, nie przy strażnikach. Przy mnie.
Mik zerknął na nią spod mokrych włosów.
— Przecież się trzymam. Jakbym stał bliżej, musiałabyś mnie nieść.
— Wolałabym nie sprawdzać, czy mam jeszcze siłę.
— To dobrze, bo ja też wolałbym nie sprawdzać, czy umiesz mnie nie upuścić.
Powiedział to z tak poważną miną, że Nala prawie się uśmiechnęła. Prawie. Nie miała na to siły, ale samo „prawie” też było czymś. Goran szedł pierwszy. Przy bramie zatrzymał się bez wahania. Wracał do miejsca brutalnego, ale własnego. Podniósł głowę ku blankom.
— Goran — powiedział. — Z lasu.
Na murze poruszył się cień.
— Kto z tobą?
Nie: dlaczego o tej porze. W tej warowni najwyraźniej nie marnowano słów, kiedy człowiek wracał nocą z Boru, mokry, brudny i z twarzą kogoś, kto widział coś złego. Goran obejrzał się krótko na Nalę.
— Dziewczyna i dziecko. Do Ronana.
Strażnik patrzył krótko z góry. Nala czuła na sobie jego wzrok, choć nie widziała dokładnie twarzy. Widziała tylko ciemny kształt, mokry kaptur i kuszę opartą o kamień.
— Czekać.
Goran zrobił krok bliżej bramy.
— Otwieraj. Jeśli Ronan uzna, że zmarnowałem mu czas, sam mnie za to rozliczy.
Na murze zapadła krótka cisza. Potem rozległ się metaliczny zgrzyt zasuwy. Brama nie otworzyła się szeroko. Tylko boczne skrzydło, ciężkie, okute żelazem, przesunęło się z jękiem na tyle, żeby mogli wejść pojedynczo. Ze środka uderzyło ich ciepło, światło i hałas. Nala spodziewała się ciemnego dziedzińca. Zamiast tego weszła w miejsce pełne ruchu. Na kamieniach stały kałuże, w których odbijały się pochodnie. Pod ścianami suszyły się skóry i mokre płaszcze. Ktoś niósł wiadra z wodą. Ktoś inny ciągnął worek z drewnem. Przy zadaszeniu kuchennym para buchała z wielkich kotłów, a kobiecy głos kazał komuś „nie stać jak kołek, tylko podać sól, zanim zupa zdąży się popsuć”. Dalej, przy kuźni, żar świecił czerwono, a kowal o ramionach grubych jak belki odkładał młot na kowadło.
Ani spokojnie, ani ciepło. Żyło tak, jak żyją miejsca, w których wszyscy są zmęczeni, ale nikt nie może sobie pozwolić na bezruch. W powietrzu było napięcie. Ludzie rozmawiali ciszej, niż powinni przy tylu zajęciach. Wilki leżące przy schodach podniosły łby, kiedy Goran przeprowadził Nalę i Mika przez bramę. Mik zatrzymał się na pół kroku.
— Nala — szepnął.
— Co? — spytała Nala.
Mik wskazał brodą zabudowania, próbując ukryć zachwyt.
— Oni mają kuźnię.
— Nie będziemy teraz oglądać jej od środka.
— I wieżę. Prawdziwą.
Nala tylko ścisnęła jego dłoń. Chwilę później Mik dodał ciszej:
— I psy.
Jeden z wilków przy schodach podniósł łeb wyżej. Był ogromny, srebrnoszary, z jednym naderwanym uchem i pyskiem pooranym bliznami. Popatrzył na Mika spokojnie, z miną stworzenia, które rozumie, że właśnie został nazwany psem, ale nie uznał tego za obrazę wartą wstawania. Ziewnął szeroko, pokazując zęby, po czym znów położył pysk na łapach.
— On gryzie?
— Jeśli ma powód.
— Dzieci zwykle mają za mało mięsa, żeby warto było się fatygować.
Mik nie wiedział, czy to żart.
— Goran — powiedziała ostrzej.
Wilkołak obejrzał się na nią i po raz pierwszy od dłuższej chwili w jego zmęczonych oczach pojawiło się coś prawie rozbawionego.
— Dzieci nie gryzie. Chyba że dziecko włoży mu palec do ucha, ale wtedy sam bym rozważył.
Mik zerknął na wilka z nowym zainteresowaniem.
— Nie planowałem.
— To dobrze rokuje.
