Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
22 osoby interesują się tą książką
„Dziewczyna z Wilczej Doliny” to pierwszy tom mrocznego cyklu romantasy „Wiedźmi krąg”.
To romans fantasy dla dorosłych czytelników.
Mira całe życie znała biedę, ciężką pracę i strach o rodzinę. Wilcza Dolina nie dawała wiele, ale była domem.
Do czasu, aż z lasu przyszły bestie, a ziemia odpowiedziała na jej rozpacz.
Wtedy Mira odkrywa, że nie jest zwykłą dziewczyną. Jest wiedźmą.
A wiedźmy od dwóch stuleci uznawano za wymarłe.
Jej moc przyciąga uwagę Kaela Varentisa, zimnego i niebezpiecznego księcia wampirów, który nie działa z litości. Kael widzi w Mirze szansę na rozwiązanie problemów własnego rodu, przełamanie dawnej klątwy i osłabienie Rady, która od lat trzyma królestwo w żelaznym uścisku. Oferuje jej ochronę, lecz jego pomoc ma cenę. Mira ma zostać jego narzeczoną.
W Pałacu Nocy każdy uśmiech może być groźbą, każde słowo pułapką, a każdy dotyk Kaela przypomina Mirze, że niebezpieczeństwo potrafi być przerażająco kuszące. Między strachem, pożądaniem i walką o władzę rodzi się więź, której żadne z nich nie planowało.
Mira musi zdecydować, komu może zaufać, zanim Rada odbierze jej wolność, rodzinę albo życie. Kael obiecuje ją chronić, ale nawet on nie wie, czy zdoła ochronić ją przed sobą.
To mroczny romans fantasy 18+ o przebudzonej magii, wampirach, wiedźmach, politycznych intrygach i namiętności, która rodzi się tam, gdzie zaufanie jest najniebezpieczniejszym wyborem.
Książka zawiera sceny przemocy, krwi, grozy, napięcia erotycznego oraz treści przeznaczone dla dorosłych czytelników.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 468
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dziewczyna z Wilczej Doliny
Rozdział 1. Wilcza Dolina
Rozdział 2. Obudziło się
Rozdział 3. Wiedźma
Rozdział 4. Książę Nocy
Rozdział 5. Cena odmowy
Rozdział 6. Droga do Pałacu Nocy
Rozdział 7. Wąwóz Ślepców
Rozdział 8. Czarne mury
Rozdział 9. Granice
Rozdział 10. Krew bez winy
Rozdział 11. Zgoda i ciernie
Rozdział 12. Kwiat na stole rady
Rozdział 13. Cień księcia
Rozdział 14. Dolne archiwa
Rozdział 15. Krew w korytarzu
Rozdział 16. Król i Krąg
Rozdział 17. Cisza przed Kręgiem
Rozdział 18. Krew przed świtem
Rozdział 19. Droga przez stare trakty
Rozdział 20. Korona z cierni
Rozdział 21. Król na kolanach
Epilog. Głód
Title Page
Table of Contents
WIKTORIA PODLEŚNA
Dziewczyna z Wilczej Doliny
Tom I
WIEDŹMI KRĄG
Czarny Cierń
Warszawa 2026
Strona redakcyjna
Copyright © Wiktoria Podleśna, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana, przechowywana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, w tym elektronicznie, mechanicznie, poprzez fotokopiowanie, nagrywanie lub inne systemy przechowywania i udostępniania informacji, bez uprzedniej pisemnej zgody autorki, z wyjątkiem krótkich cytatów wykorzystywanych w recenzjach lub omówieniach.
Niniejsza książka jest utworem fikcyjnym. Imiona, postacie, miejsca, wydarzenia i dialogi zostały stworzone na potrzeby powieści. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, miejsc lub zdarzeń jest przypadkowe.
Autor: Wiktoria Podleśna Dziewczyna z Wilczej Doliny Tom pierwszy cyklu Wiedźmi krąg Projekt okładki: Czarny Cierń Skład i przygotowanie do publikacji: Czarny Cierń Wydanie I ISBN: 978-83-981627-0-8 Czarny Cierń Warszawa 2026
Ostrzeżenie o treści
Książka przeznaczona jest dla dorosłych czytelników.
Powieść zawiera sceny przemocy, śmierci, krwi, traumy, przymusu, brutalności, elementy grozy oraz sceny erotyczne.
Czytelnik podejmuje lekturę świadomie.
Świt w Wilczej Dolinie zawsze pachniał dymem.
Nie tym łagodnym, domowym, który zimą snuł się pod powałą i przez chwilę pozwalał człowiekowi wierzyć, że świat jest prosty: drewno, chleb, ciepło i sen.
Ten był ostrzejszy: mokry, gorzki. Wgryzał się w gardło razem z mgłą, zapachem obornika, kwaśnego mleka i ziemi rozmokłej po nocnym deszczu.
Mira lubiła ten zapach. Może dlatego, że innego świata właściwie nie znała.
Stała boso na progu chałupy, z włosami związanymi byle jak kawałkiem starej wstążki, i patrzyła, jak słońce wyciąga się zza linii lasu. Nad łąkami wisiała mgła, gęsta i nieprzejrzysta. Dalej, za polami, zaczynała się ściana świerków i buków — stary las, którego nikt w okolicy nie nazywał po prostu lasem.
Mówili na niego Czarny Bór.
Mira nigdy nie była pewna, czy to była nazwa, ostrzeżenie, czy jedno i drugie.
Miała dziewiętnaście lat i wyglądała dokładnie tak, jak wyglądały dziewczyny z biednych domów, które od dziecka więcej nosiły, prały i dźwigały, niż siedziały bezczynnie przy oknie. Nie była drobna ani krucha. Była szczupła, mocna w ramionach, z dłońmi szorstkimi od pracy, cienką blizną przy kciuku po nożu do rzepy i twarzą, której słońce nie oszczędzało latem, a mróz zimą.
Włosy miała ciemnobrązowe, gęste, wiecznie wymykające się spod chust i wstążek. W słońcu pojawiały się w nich rude przebłyski, co denerwowało ją bardziej, niż powinno, bo Janek uparcie twierdził, że wygląda wtedy, jakby głowę podpaliła sobie od środka.
Twarz miała niezupełnie ładną. Przynajmniej nie w ten delikatny sposób, o jakim śpiewali grajkowie. Za wyraźne kości policzkowe. Trochę zbyt uparty podbródek. Usta częściej zaciśnięte niż uśmiechnięte. I spojrzenie, które potrafiło odpowiedzieć szybciej niż język.
Oczy odziedziczyła po matce — szarozielone, zmienne, trudne do nazwania.
Babka mówiła, że to oczy przed burzą.
Matka nigdy nie lubiła, kiedy babka tak mówiła.
Za jej plecami odezwał się ojciec.
— Zamkniesz te drzwi, Mira? Jak chcesz sobie popatrzeć na świat, to proszę bardzo, ale nie musisz przy okazji wietrzyć całej chałupy.
Mira obejrzała się przez ramię.
Ojciec siedział przy stole i próbował naprawić skórzany pasek od uprzęży. Miał duże dłonie, popękane od pracy, i twarz wiecznie trochę zmęczoną, trochę pogodną. Nazywał się Tomasz, choć mało kto we wsi używał jego imienia. Dla większości był po prostu Młynarzem, mimo że młyna nie mieli od pięciu lat. Rzeka zabrała wtedy koło, pół ściany i resztę nadziei na porządny zarobek.
Ojciec śmiał się czasem, że przydomek został, bo bieda też lubi pamiątki.
Mira weszła do środka i zamknęła drzwi biodrem.
— Nie patrzyłam na świat. Myślałam.
Ojciec aż przerwał robotę.
— Oho. To już poważnie.
— Bardzo śmieszne.
— Wcale nie żartuję. Myślenie z samego rana to ryzykowna sprawa. Człowiek zacznie od jednego zmartwienia, a zanim kasza dojdzie, ma już trzy nowe i ból głowy.
Mira oparła się biodrem o stół.
— Czyli twoja rada brzmi: nie myśleć?
— Myśleć, ale z umiarem. Jak z solą. Trochę trzeba, ale jak przesadzisz, wszyscy krzywią się przy jedzeniu.
Mira parsknęła pod nosem.
— Tobie przesolenie chyba nie grozi.
Ojciec uniósł wzrok. Przez chwilę udawał surowego, ale kąciki ust zdradziły go szybciej niż oczy.
— Po matce masz język. I to nie jest pochwała.
— Po tobie upór. Też nie wiem, czy powinnam dziękować.
— Upór to zaleta, jeśli człowiek wie, kiedy go używać.
— Czyli wtedy, kiedy ty go używasz?
— Właśnie. Widzisz? Jak chcesz, to rozumiesz.
Przy piecu matka mieszała kaszę w żelaznym garnku. Hanna była drobna. Dużo drobniejsza od ojca, ale Mira od dziecka wiedziała, że to tylko pozór. Matka jednym spojrzeniem potrafiła uciszyć ojca, trójkę dzieci, kozę i sąsiadkę Teklę, która nie milkła nawet podczas mszy. Miała ciemne włosy, zawsze ciasno splecione, i spokojne oczy, choć ostatnio coraz częściej podkrążone.
— Gdybyście oboje choć połowę tej energii wkładali w robotę, którą wkładacie w dogadywanie sobie od rana, może dach przestałby nam kapać prosto na siennik — powiedziała, nie odwracając się od garnka.
Ojciec westchnął ciężko, jak człowiek bardzo skrzywdzony przez los i własną żonę.
— Haniu, ty wiesz, że dach wymaga czasu, suchego dnia i desek. A z tych trzech rzeczy mamy najwyżej czas, i to też nie zawsze.
— Mamy też twoje wymówki. Tych nigdy nie brakuje.
— Widzisz, Mira? Tak wygląda małżeństwo. Człowiek oddaje kobiecie serce, a ona po latach wypomina mu dach.
— Dach kapie — powiedziała matka.
— Serce też czasem.
— To podstaw miskę.
Mira uśmiechnęła się pod nosem i sięgnęła po drewniane naczynia.
Dom był mały, biedny i krzywy. Zimą wiatr znajdował każdą szparę w ścianach, latem myszy każdą dziurę w skrzyniach, a deszcz miał szczególny talent do kapania dokładnie tam, gdzie ktoś postawił siennik. Ale był ich.
Pachniał dymem, cebulą, mlekiem, potem ojca i suszonym dziurawcem wiszącym pod belką. Mira potrafiłaby z zamkniętymi oczami wskazać każdą deskę, która skrzypiała, każde nacięcie na stole i każdy garnek po samym dźwięku, jaki wydawał po uderzeniu.
Jej świat był mały i jeszcze nie uważała tego za tragedię.
Z alkierza dobiegł huk, a zaraz po nim stłumione przekleństwo.
Matka znieruchomiała przy piecu.
— Janek.
— To nie ja! — krzyknął natychmiast młodszy brat, choć nikt jeszcze nie zdążył go o nic oskarżyć.
Ojciec westchnął i odłożył pasek na stół.
— Człowiek niewinny zwykle czeka, aż ktoś zapyta.
— U nas niewinni nie mają czasu czekać — mruknęła Mira. — Za szybko robią się podejrzani.
Po chwili zza zasłony wysunął się Janek: trzynastoletni, chudy jak tyczka, z włosami sterczącymi we wszystkie strony i miną człowieka, którego świat skrzywdził już o poranku. Pod pachą trzymał drewniany łuk, który ojciec zrobił mu zeszłej zimy. Strzały wystawały mu z pasa pod takim kątem, jakby sam był jeżem. Tylko takim, który jeszcze nie zrozumiał, że powinien się bać.
Matka spojrzała najpierw na łuk, potem na syna.
— Nawet nie próbuj mówić, że szedłeś z tym po wodę.
Janek zaczerwienił się po uszy, ale uniósł brodę.
— Chciałem sprawdzić sidła. Tylko sidła. Po naszej stronie strumienia.
Mira odłożyła miski na stół.
— Sidła są po naszej stronie strumienia. Czarny Bór po drugiej. A ty masz taką minę, jak człowiek, który bardzo dokładnie wie, gdzie kończy się jedna strona, ale udaje, że przypadkiem zobaczy drugą.
Janek posłał jej urażone spojrzenie.
— Nie jestem głupi.
— Nie jesteś — przyznała Mira. — I właśnie dlatego wszyscy wiemy, że kombinujesz.
Matka odwróciła się powoli od pieca.
Nie krzyczała. Rzadko krzyczała. Kiedy mówiła cicho, wszyscy słuchali uważniej.
— Do lasu dzisiaj nie pójdziesz. Ani blisko lasu. Ani tam, gdzie mógłbyś powiedzieć, że to jeszcze nie las, tylko krzaki przed lasem. Zostajesz przy ojcu.
Janek spuścił wzrok, ale Mira widziała, że w środku cały się buntuje. Znała tę minę. Miał dokładnie taki sam wyraz twarzy, kiedy sąsiad odmówił mu zapłaty za pomoc przy sianie, twierdząc, że „dzieciak i tak się przyuczył”. Janek był jeszcze dzieckiem, ale już nienawidził być bezradny.
Mira rozumiała go aż za dobrze.
— Pójdę z nim później — powiedziała spokojniej. — Po śniadaniu. Sprawdzimy sidła razem i wrócimy, zanim zdążysz wymyślić dziesięć powodów, żeby nas opieprzyć.
Hanna spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi.
— Najpierw pójdziesz do zielarki po maść dla Zosi. Potem zobaczymy, czy komukolwiek będzie się chciało bawić w sidła.
Na imię najmłodszej siostry Mira zerknęła w stronę ławy przy oknie.
Zosia siedziała owinięta starym kocem, blada jak mleko, z jasnymi włosami przyklejonymi do skroni. Miała osiem lat, wielkie oczy i kaszel, który od tygodnia brzmiał coraz gorzej. Uśmiechnęła się do Miry, jak gdyby chciała ją uspokoić, ale zaraz potem zakryła usta dłonią i zgięła się od kaszlu.
Mirę ścisnęło pod żebrami.
Nie była naiwna. Wiedziała, czym kończył się taki kaszel, jeśli trwał za długo. Widziała już dzieci wynoszone z chałup w zbyt małych zawiniątkach. Słyszała matki, które po wszystkim nie płakały głośno, tylko siedziały przy zimnym piecu i patrzyły w jedno miejsce.
Mira nie umiała udawać przed sobą, że Zosia po prostu „trochę się przeziębiła”.
— Pójdę — powiedziała. — Teraz. Im szybciej Maruna da maść, tym lepiej.
— Najpierw zjesz — zdecydowała matka.
— Nie jestem głodna.
Ojciec prychnął.
— U nas takie zdanie mówi się tylko wtedy, kiedy w garnku nic nie zostało. Siadaj i jedz, bo za godzinę będziesz chodzić po domu i szukać kawałka chleba.
Mira postawiła miski na stole. Kasza była rzadka, posolona oszczędnie. Na środku leżał kawałek sera, tak mały, że wszyscy udawali, iż go nie widzą, żeby ktoś inny mógł wziąć więcej. To była jedna z tych domowych grzeczności, które bolały bardziej niż jawna bieda.
Babka weszła ostatnia, jak zwykle nie wiadomo skąd.
Mira była przekonana, że Babka Jagna znała w tym domu przejścia, których nie znali nawet ci, którzy go stawiali. Albo po prostu była tak stara, że ściany same ustępowały jej z drogi. Miała twarz pomarszczoną jak suszona śliwka, przygarbione plecy i oczy ostre, czarne, dziwnie żywe. Podpierała się laską, choć Mira podejrzewała, że używała jej głównie do grożenia ludziom, kurom i czasowi.
Babka zatrzymała się w progu i spojrzała prosto na Mirę.
— Znowu śniłaś.
Nie zapytała. Stwierdziła.
Ramiona napięły jej się odruchowo.
Matka znieruchomiała przy piecu.
Ojciec westchnął ciężko.
— Mamo, daj ludziom zjeść choć trzy łyżki, zanim zaczniesz wieszczyć nieszczęście.
Babka zignorowała go tak, jak ignorowała większość rzeczy, które nie pasowały do jej własnego porządku świata. Podeszła do stołu, ale nie usiadła od razu. Jej wzrok ani na chwilę nie odrywał się od Miry.
— O lesie? — spytała. — Znowu był las?
Mira zacisnęła palce na krawędzi miski.
— Śniło mi się mnóstwo głupot. Człowiek śni różne rzeczy, kiedy ma dziurę w dachu i wiatr gwiżdże mu nad głową.
— Kiepsko kłamiesz.
— Bo nie miałam od kogo się uczyć. U nas wszyscy mówią prawdę, tylko każdy swoją.
Ojciec chciał się uśmiechnąć, ale matka spojrzała na niego tak, że od razu spoważniał.
Babka usiadła przy stole. Powoli, z trudem, ale w tej powolności nie było słabości. Raczej upór starego drzewa, którego nie ruszyła żadna wichura.
— Będziesz miała wiele okazji do kłamstwa, jeśli dożyjesz dworu.
W chacie zrobiło się cicho.
Nie tak jak wtedy, kiedy wszyscy jedzą i oszczędzają słowa. Inaczej: nagle, zimno, nieprzyjemnie.
Mira spojrzała najpierw na matkę, potem na ojca. To nie były twarze ludzi, którzy nie zrozumieli. To były twarze ludzi, którzy zrozumieli za dobrze.
— Dość — powiedział ojciec.
Babka nawet na niego nie spojrzała.
— Dość będzie wtedy, kiedy przyjdą po nią ci, którzy umieją wyczuć to, co śpi we krwi. A przyjdą, jeśli dalej będziecie udawać, że dziecko można schować przed światem pod spódnicą matki i dziurawym dachem.
Matka odwróciła się gwałtownie.
— Nie przy śniadaniu.
— A kiedy, Hanno? Przy pogrzebie? Przy pierwszym ogniu? Przy pierwszym człowieku, który zobaczy za dużo i sprzeda wieść za garść monet?
Zosia patrzyła z lękiem od jednej twarzy do drugiej. Janek przestał udawać, że nie słucha.
Mira poczuła pod skórą nieprzyjemne mrowienie. Nie ból. Raczej napięcie, jakie przychodzi tuż przed burzą, kiedy powietrze robi się za ciasne.
— Nie rozumiem, o czym mówisz — powiedziała.
Nie dodała „babko”. W tej chwili nie umiała.
Jagna popatrzyła na nią tak, jak patrzy się na dziecko stojące na cienkim lodzie.
— Jeszcze nie.
Matka uderzyła drewnianą łyżką o blat. Niezbyt mocno, ale wystarczyło.
— Mira pójdzie po maść. Janek zostanie przy ojcu. Zosia zje choć kilka łyżek, nawet jeśli będę musiała jej je podawać po jednej. A ty, mamo, jeśli nie potrafisz mówić tak, żeby potem dzieci nie bały się własnego domu, to lepiej nie mów wcale.
Babka uśmiechnęła się krzywo.
— Własnego domu? — powtórzyła cicho. — Hanno, ten dom już dawno przestał być bezpieczny. Tylko ty jeszcze udajesz, że wystarczy zamknąć drzwi, postawić garnek na ogniu i mówić dzieciom, że wszystko będzie dobrze.
Matka pobladła.
— Nie zaczynaj.
— A kiedy mam zacząć? Jak przyjdą po nią obcy? Jak Janek pierwszy raz pójdzie za głosem z Boru i nie wróci przed zmrokiem? Jak Zosia zakaszle tak, że już nie złapie oddechu?
— Dość — powiedział ojciec, ale zabrzmiało to słabo. Bardziej jak prośba niż rozkaz.
Babka nawet na niego nie spojrzała.
— Nie, Tomaszu. Dość to było wtedy, kiedy postanowiliście wszyscy milczeć i nazwać to ochroną. Jedna ma w sobie coś, co tylko czeka, żeby się obudzić. Drugi ciągnie do lasu, choć ma jeszcze mleko pod nosem. Trzecia choruje, a wy liczycie, że maść i kasza załatwią sprawę. I ty naprawdę myślisz, Hanno, że jeśli nazwiesz ich dziećmi, świat potraktuje ich łagodniej?
Hanna zacisnęła palce na drewnianej łyżce.
— Są moimi dziećmi.
— Wiem — odpowiedziała babka. Tym razem ciszej. I przez to gorzej. — Dlatego tak bardzo się boisz.
Mira wstała tak szybko, że ława zaskrzypiała.
— Pójdę teraz.
Ojciec podniósł głowę.
— Mira, zaczekaj. Nikt nie chce—
— Wrócę przed południem.
Nie czekała na zgodę. Wzięła z haka wełnianą chustę, zarzuciła ją na ramiona i wyszła, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać.
Na zewnątrz powietrze było chłodne i mokre. Mira nabrała go głęboko do płuc, ale ucisk nie minął. Słowa babki szły za nią jak cień.
Babka gadała różne rzeczy. O znakach na niebie, o ptakach, które przynosiły wieści, o kobietach zamienionych w jarzębiny i królach pijących krew z kielichów wykutych z kości. Cała wieś uważała, że Jagna albo wie za dużo, albo zmyśla za dużo.
Mira nigdy nie była pewna, gdzie przebiega granica.
Przy furtce dogonił ją Janek.
Nie powiedział od razu, że idzie z nią. Po prostu stanął obok, poprawił łuk na ramieniu i udał, że to zupełnie oczywiste.
Mira spojrzała na niego z ukosa.
— Nawet nie zaczynaj.
— Nic nie mówię.
Janek przez chwilę udawał obrażonego, ale długo nie wytrzymał.
— Zosia kaszle coraz gorzej. Ty to wiesz i ja to wiem. Ojciec będzie mówił, że to przeziębienie. Mama będzie udawała, że mu wierzy. A babka będzie krążyć po chacie z miną, jakby już widziała nasz pogrzeb i tylko nie mogła się zdecydować, od kogo zacząć. Więc idę z tobą. Jak Maruna da coś więcej niż maść, przynajmniej pomogę nieść.
Mira milczała przez moment.
Janek był jeszcze dzieciakiem. Chudym, upartym, z łukiem większym od rozsądku. Ale głupi nie był. Wiedział, kiedy matka bała się naprawdę, kiedy ojciec tylko udawał spokój i kiedy przy stole zapadała cisza, której nikt nie chciał nazwać.
Mira nie chciała mu tego odbierać. Sama nienawidziła, gdy ktoś traktował ją jak prostą dziewkę, która nie zrozumie niczego poza ceną mąki i pogodą na sianokosy.
— Idziesz obok mnie — powiedziała w końcu. — Nie przede mną. Nie znikasz w krzakach. Nie sprawdzasz śladów. Nie udajesz myśliwego, tropiciela ani bohatera z pieśni.
Janek pokiwał głową z powagą, która byłaby bardziej przekonująca, gdyby nie ten łuk pod pachą.
— A mogę oddychać?
— Możesz. Ale cicho.
— To trudne.
— Wiem. Słyszę cię od trzynastu lat.
Poszli drogą między polami.
Wieś budziła się powoli. Krowy ryczały w oborach, gdzieś płakało dziecko, ktoś rąbał drewno. Dachy chałup wystawały z mgły jak ciemne grzbiety zwierząt.
Wilcza Dolina nie była piękna w sposób, o jakim śpiewali wędrowni grajkowie. Była uboga, błotnista i uparta. Ludzie żyli tu blisko siebie, ale nie zawsze serdecznie. Każdy wiedział, kto ma ile kur, czyja córka rozmawiała za długo przy studni z parobkiem, kto pożyczył ziarno i nie oddał.
Mira znała wszystkich i wszyscy znali ją.
Stara Tekla stała przy studni, oparta o wiadro, jakby nie przyszła po wodę, tylko po cudze sprawy.
— Do zielarki idziesz? — zawołała.
— Do zielarki — odpowiedziała Mira, nie zwalniając.
— Powiedz jej, że ta maść na kolana nic nie dała. Tylko śmierdziała tak, że kot nie chciał ze mną spać.
Mira zatrzymała się mimo woli.
— Smarowałaś?
Tekla prychnęła.
— A co miałam robić? Patrzeć na nią?
— Miałaś smarować trzy razy dziennie przez tydzień.
— Raz posmarowałam. Jakby miało pomóc, to by pomogło.
Janek nachylił się do Miry i szepnął:
— Z taką logiką to można raz zjeść i mieć spokój do żniw.
Mira szturchnęła go łokciem, ale było za późno. Tekla zmrużyła oczy.
— Słyszałam.
— To dobrze — powiedziała Mira. — Znaczy, że uszy zdrowe. Z kolanami pójdzie trudniej, jeśli dalej będziesz leczyć je samym narzekaniem.
Janek parsknął śmiechem, a Mira pociągnęła go dalej, zanim Tekla zdążyła rzucić w nich wiadrem albo plotką.
Zielarka mieszkała na końcu wsi, tam gdzie pola przechodziły w podmokłą łąkę. Maruna nie była starą wiedźmą, choć połowa wsi mówiła tak o niej, kiedy czegoś od niej potrzebowała, a druga połowa, kiedy chciała się jej bać. Była kobietą po czterdziestce, samotną, z włosami zawsze pachnącymi szałwią. Znała zioła, kości, gorączki, porody i ludzką głupotę.
Zwłaszcza to ostatnie.
Drzwi otworzyła, zanim Mira zdążyła zapukać. Maruna spojrzała najpierw na nią, potem na Janka i łuk.
— Jeśli przyszliście po jajka, to ostrzegam, że kury dziś bojowe. Zwłaszcza ta ruda. Ma charakter po mojej matce.
Janek otworzył usta, ale Mira nadepnęła mu na stopę.
— Dla Zosi — powiedziała. — Kaszel się pogorszył.
Twarz Maruny spoważniała od razu. Wpuściła ich do środka bez dalszych pytań.
W chacie panował półmrok. Zioła suszyły się pod powałą, a na stole stały gliniane miseczki z maściami, nalewkami i czymś, co wyglądało jak błoto, ale pachniało miętą. Mira zawsze czuła się tam dziwnie spokojna. Może dlatego, że Maruna nigdy nie udawała, iż świat jest łagodniejszy, niż był naprawdę.
— Mów dokładnie — poleciła zielarka, szukając czegoś na półce. — Nie tak, jak ludzie mówią, kiedy chcą usłyszeć, że będzie dobrze. Jak kaszle?
Mira opowiedziała.
Że mokro. Że głębiej niż wcześniej. Że w nocy Zosia miała gorące czoło, a rano trzęsła się z zimna mimo koca. Że pociła się tak, że matka zmieniała jej koszulę przed świtem.
Nie dodała, że ojciec stał wtedy przy drzwiach i patrzył w ciemność, jakby mógł w niej znaleźć pieniądze na lekarza albo chociaż lepszy los.
Maruna słuchała bez przerywania. Dopiero gdy Mira skończyła, podała jej mały słoik, zawiniątko suszonych ziół i mniejszy pakunek zawinięty w szmatkę.
— Nacierajcie klatkę i plecy. Napar dwa razy dziennie, nie mocniejszy, niż mówię, bo dziecku bardziej zaszkodzicie niż pomożecie. Ma spać przy piecu, ale nie za blisko. I niech Hanna nie oszczędza miodu.
Mira spuściła wzrok.
Nie musiała mówić, że miodu zostało niewiele. Maruna i tak wiedziała. W Wilczej Dolinie ludzie rzadko musieli opowiadać o biedzie. Ona sama chodziła od domu do domu i zaglądała im w garnki.
— Dam trochę — powiedziała po chwili zielarka. — I nie rób takiej miny. Wiem, jak u was jest.
— Oddamy po targu.
— Wiem, że nie oddacie.
— Oddamy — powtórzyła Mira, twardziej.
Maruna spojrzała na nią uważnie.
Za uważnie.
— Ty byś oddała. Twoja matka też. Ale jeśli będziecie mieli wybierać między miodem dla dziecka a spłacaniem mnie, to dobrze wiem, co wybierzecie. I dobrze. Jeszcze nie zgłupiałam do końca, żeby mieć wam to za złe.
Mira ścisnęła słoik w dłoni.
— Dziękuję.
— Podziękujesz, jak kaszel puści.
Zielarka odwróciła się do półki, ale nagle znieruchomiała. Nie spojrzała od razu na Mirę.
To właśnie zdradziło ją najbardziej.
— Jagna coś mówiła rano?
Janek od razu zerknął na Mirę.
Świetnie. Bardzo pomocne.
Mira miała ochotę kopnąć go w kostkę, ale Maruna i tak już wszystko zobaczyła. Zawsze widziała za dużo. Ona, babka, matka. Wszystkie dorosłe kobiety w tej wsi miały oczy jak igły i dziwny zwyczaj wbijania ich dokładnie tam, gdzie człowiek próbował coś ukryć.
— Babka zawsze coś mówi — mruknęła Mira.
— Nie pytam, czy narzekała na pogodę albo przepowiadała komuś śmierć przed zimą.
Mira zacisnęła palce na pasku torby.
Mogła skłamać. Teoretycznie. W praktyce Maruna nie była Teklą, której wystarczyło rzucić byle plotkę pod nogi, żeby się o nią potknęła i zapomniała, od czego zaczęła.
— Mówiła, że dom nie jest już bezpieczny — powiedziała w końcu. — Że Janek ciągnie do Boru. Że Zosia kaszle coraz gorzej. I że wszyscy udajemy, że jak zamkniemy drzwi, to świat zostanie na zewnątrz.
Maruna zamarła tylko na chwilę, może na jedno uderzenie serca, ale Mira zauważyła.
— Co to znaczy? — spytała.
Zielarka odwróciła się do półki i zaczęła przestawiać słoiki, chociaż żaden nie był jej już potrzebny.
— To znaczy, że twoja babka jak zwykle mówi za dużo przy śniadaniu.
— Nie. — Mira zrobiła krok bliżej. — Ty też coś wiesz.
— Wiem, że Jagna lubi straszyć ludzi, zanim zdążą dopić kaszę.
— Maruno.
Zielarka spojrzała na nią ostro.
— Nie grzeb w tym, Mira.
— W czym?
— W rzeczach, które przez lata leżały cicho, bo wszyscy bardzo się starali, żeby tak zostało.
Mira poczuła chłód pod skórą.
— To miało mnie uspokoić?
— Nie. To miało cię zatrzymać.
— Przed czym?
Maruna przez chwilę milczała. Za oknem mgła przesuwała się wolno nad podwórzem, a gdzieś za ścianą jedna z kur gdakała tak, jakby miała własne zdanie na temat ludzkich tajemnic.
— Przed zadawaniem pytań ludziom, którzy nie dadzą ci odpowiedzi za darmo — powiedziała w końcu zielarka.
Mira przełknęła ciężko.
— Czyli odpowiedzi są.
Maruna odwróciła wzrok.
Mira poczuła złość. Nagłą, gorącą i bardzo trzeźwą. Nie taką, przez którą człowiek rzuca garnkiem, tylko taką, przez którą w końcu zaczyna widzieć, że wszyscy dookoła rozmawiają ponad jego głową.
— Wracajcie do domu. Dzisiaj nie idźcie blisko lasu.
— Dlaczego?
Zielarka przez chwilę milczała. Popatrzyła w stronę okna, choć zza matowego szkła widać było tylko mleczną mgłę i ciemniejszą smugę drzew daleko za polami.
— Bo coś w nocy przeszło przez Bór — powiedziała ciszej.
Janek od razu się wyprostował.
— Co?
— Nie wiem.
Mira zmrużyła oczy. Nie lubiła takich odpowiedzi. Ludzie najczęściej mówili „nie wiem” wtedy, kiedy wiedzieli wystarczająco dużo, żeby się bać, ale za mało, żeby mieć odwagę powiedzieć prawdę.
— Maruno.
Zielarka odwróciła się do niej powoli.
— Psy przy studni wyły do świtu. Nie do księżyca, nie do wilków. Inaczej. Jak wtedy, kiedy zwierzę czuje coś chorego. Nad ranem znalazłam na skraju łąki ślady. Wilcze, ale za głębokie. Jakby coś ciągnęło je do ziemi. Jakby głód w nich ważył więcej niż ciało.
Mira poczuła nieprzyjemny chłód na karku.
— Głód?
Maruna zacisnęła usta, jakby powiedziała więcej, niż zamierzała.
— Są takie choroby, których nie leczy się ziołami. I takie, które nie zaczynają się od gorączki.
— Mówisz o wilkach?
— Mówię, żebyście wracali do domu.
— To nie jest odpowiedź.
— To najlepsza, jaką dostaniesz.
Mira chciała zapytać dalej. Chciała przycisnąć Marunę tak, jak ta przyciskała ludzi, kiedy ukrywali gorączkę albo zakażoną ranę.
Wtedy na zewnątrz ktoś krzyknął. Potem drugi raz. I trzeci — coraz bliżej, coraz bardziej obco.
Nie był to zwykły krzyk, taki od rozlanego mleka, kłótni przy studni czy dziecka, które przewróciło się w błoto. Ten dźwięk od razu postawił człowieka na nogi.
Janek pierwszy dopadł drzwi.
— Stój — rzuciła Mira, ale już wiedziała, że nie posłucha.
Wybiegła za nim.
Na drodze od strony pól pędził chłopak od kowala. Biegł tak, jakby sam Czarny Bór deptał mu po piętach. Miał twarz szarą, oczy wielkie ze strachu i koszulę rozdartą na ramieniu. Przy studni potknął się, poleciał na kolana i zarył dłońmi w błoto.
— Z lasu! — wrzasnął. — Wilki idą z lasu!
Przez kilka uderzeń serca wieś zamarła.
A potem wszystko ruszyło naraz.
Kobiety zaczęły wołać dzieci. Ktoś krzyknął, żeby zamykać drzwi. Mężczyźni chwytali, co mieli pod ręką: widły, siekiery, grabie, stare włócznie wyciągnięte ze strychów bardziej dla odwagi niż pożytku. Psy szczekały jak oszalałe. Jedna kura zerwała się do lotu, choć nigdy wcześniej nie zdradzała podobnych ambicji, i wylądowała prosto w kałuży.
Ktoś pobiegł do kapliczki, ktoś inny do dzwonu alarmowego przy domu sołtysa.
Janek napiął się obok niej; Mira wyczuła to bez patrzenia. Zacisnął dłoń na łuku i już w głowie robił z siebie bohatera.
— Nie — powiedziała od razu. — Nawet o tym nie myśl.
Janek nie oderwał wzroku od drogi.
— Tam jest Zosia.
Tyle.
Dwa słowa i cały rozsądek Miry trafił szlag.
Ich chałupa stała bliżej skraju wsi. Bliżej pól. Bliżej lasu. Za blisko wszystkiego, co właśnie wychodziło z mgły.
Mira ruszyła pierwsza.
Błoto chlapało jej na spódnicę. Słoik od Maruny obijał się o biodro razem z zawiniątkiem ziół. Biegła tak szybko, że po kilku krokach zaczęło ją kłuć w boku, ale nie zwolniła. Janek trzymał się obok. Chudy, szybki i nagle przerażająco cichy.
Dzwon uderzył pierwszy raz, potem drugi i trzeci, a każde uderzenie rozlewało się po wsi ciężko i zimno.
Przed stodołą Gruszków ktoś przewrócił wózek z kapustą. Zielone główki toczyły się po błocie, zupełnie spokojne, idiotycznie zwyczajne w środku tego całego zamieszania. Krowa wyrwała się komuś z zagrody i pędziła drogą, rycząc tak rozpaczliwie, jakby też zrozumiała, że świat właśnie przestał działać normalnie.
A potem Mira zobaczyła coś, co z początku wzięła za wilka — tylko przez chwilę.
Wyszedł z mgły przy polu owsa. Szedł nisko przy ziemi, z opuszczonym łbem i grzbietem wygiętym pod dziwnym kątem. Był duży. Za duży. Ale nie w sposób, w jaki duże bywają stare, silne zwierzęta. W jego ciele było coś nieporadnego, poszarpanego, jakby natura zaczęła składać wilka, potem nagle zmieniła zdanie i dodała do niego coś obcego.
Miał długie, kościste łapy, zbyt masywne barki i klatkę piersiową, która poruszała się ciężko, prawie po ludzku. Sierść miejscami była czarna i skołtuniona, miejscami wyłysiała do sinej, napiętej skóry. Żebra sterczały ostro, a brzuch, mimo to, wyglądał na rozdęty.
Najgorszy był pysk: za długi jak na psa, za szeroki jak na wilka, mokry od śliny, która kapała z żółtych zębów długimi nitkami. Stworzenie oddychało chrapliwie, nierówno, jakby każdy oddech przechodził przez gardło pełne szkła.
I oczy. Nie były zwierzęce.
Mira nie umiała powiedzieć dlaczego. Może przez to, że przez ułamek sekundy wydawały się zbyt świadome. Może przez ból, który w nich mignął, zanim zalało go coś pustego i ślepego. Może przez ten jeden ruch łba, za bardzo przypominający człowieka, który próbuje sobie przypomnieć, kim był, ale nie znajduje już nic poza głodem.
Mira widziała w życiu głodne zwierzęta. Psy po zimie. Koty grzebiące pod korą za robakami. Krowy liżące puste żłoby, jakby mogły wydrapać z drewna choć garść siana.
Ale to nie był zwykły głód.
To coś wyglądało, jakby głód dostał ciało.
Za nim z mgły wyszło drugie stworzenie. Mniejsze, z naderwanym uchem i pyskiem umazanym czymś ciemnym. Poruszało się chwiejnie, lecz szybko, jakby ból tylko je poganiał. Potem trzecie, największe. To szło na dwóch łapach dłużej, niż powinno.
Tylko przez moment. Zaraz opadło znowu na cztery kończyny, z trzaskiem stawów tak głośnym, że Janek syknął obok niej.
— To nie są wilki — wyszeptał.
— Już nie — powiedziała Mira.
Nie wiedziała, skąd jej się to wzięło. Po prostu patrzyła na te powykręcane ciała, na zbyt długie łapy, na pyski mokre od śliny i coś w niej wiedziało, zanim jeszcze głowa zdążyła to nazwać.
To nie były wilki.
Nie takie, jakie znała.
Dobiegli do chałupy w chwili, gdy ojciec wychodził z siekierą w ręku.
Nie miał na sobie płaszcza. Tylko starą koszulę, kamizelkę i buty wciągnięte byle jak, jakby dopadł pierwszego, co było pod ręką. W drugiej dłoni trzymał kawałek skórzanego paska, ten sam, który jeszcze przed chwilą naprawiał przy stole. Musiał zerwać się tak nagle, że nawet go nie odłożył.
Matka stała za nim blada jak ściana, z Zosią przyciśniętą do biodra. Dziewczynka kaszlała w koc, zapłakana, rozgrzana gorączką i strachem. Babka była przy oknie.
Nie wyglądała na przestraszoną; najgorsze było właśnie to, że zdawała się przygotowana.
Patrzyła na podwórze tak, jakby od lat słyszała te kroki w snach i właśnie doczekała się chwili, w której wszyscy inni też musieli je usłyszeć.
— Do środka! — krzyknął ojciec.
Mira wepchnęła Janka przez próg tak mocno, że niemal wpadł na stół.
— Ej!
— Zamknij się i właź.
Nie kłócił się. To powiedziało jej więcej niż wszystko inne.
Ojciec spojrzał w stronę zagrody.
Krowa ryczała, ciągnąc za postronek. Koza szarpała się przy żerdziach, jakby już czuła na karku zęby. Płot trzeszczał. Jedno ze stworzeń krążyło przy nim nerwowo, szorując bokiem o drewno. Nie obwąchiwało. Nie szukało słabego miejsca jak zwykłe zwierzę. Uderzało ciałem w żerdzie, odskakiwało, kłapało zębami w puste powietrze i wracało znowu, jak gdyby coś w środku pchało je naprzód bez sensu, bez ostrożności, bez instynktu.
Drugie było dalej, przy rowie.
Trzecie zniknęło we mgle.
I to było jeszcze gorsze.
— Muszę je odwiązać — powiedział ojciec.
Hanna złapała go za rękaw.
— Nie.
Tylko tyle wystarczyło.
Nie krzyknęła. Nie zaczęła płakać. Powiedziała jedno słowo, ale trzymała go tak mocno, jakby mogła zatrzymać tym palcami cały świat.
Ojciec spojrzał na nią.
Mira nie powinna była tego widzieć. Nie w ten sposób. To nie było spojrzenie dla córki. To było spojrzenie męża do żony, człowieka, który boi się tak samo jak ona, tylko nie ma już miejsca, żeby to pokazać.
— Haniu…
— Nie idź — powiedziała. Ciszej. Gorzej. — Tomasz, proszę.
Na zewnątrz koza wrzasnęła tak przeraźliwie, że Zosia rozpłakała się na nowo.
Ojciec zacisnął szczękę.
— Jak wejdą do zagrody, stracimy wszystko.
— To są tylko zwierzęta.
— Nie. — Pokręcił głową. — To mleko dla Zosi. To masło na targ. To nawóz na pole. To zima, Haniu.
Matka zadrżała.
— A ty czym jesteś?
To pytanie zawisło między nimi ciężej niż dzwon alarmowy.
Ojciec nie odpowiedział od razu. Przez moment tylko patrzył na nią, a Mira zobaczyła, jak bardzo jest zmęczony. Nie dzisiejszym rankiem. Nie wilkami. Całym życiem, w którym człowiek wciąż musiał wybierać, co może stracić, żeby nie stracić wszystkiego.
W końcu położył dłoń na ręce Hanny.
Nie odsunął jej gwałtownie. Zrobił to delikatnie, palec po palcu, jakby bardziej niż stworzeń na podwórzu bał się tego, że ją zrani.
— Jestem tym, który ma największą szansę dobiec do płotu i wrócić.
— Nie masz żadnej szansy — wyszeptała Mira.
Ojciec spojrzał na nią dopiero wtedy.
Przez chwilę znów był tym samym człowiekiem, który rano śmiał się z przeciągu i kaszy. Tylko oczy miał inne.
— Może mam małą — powiedział. — A mała to więcej niż żadna.
— Idę z tobą.
— Nie.
— Mogę pomóc.
— Możesz zostać tutaj.
— Ojcze…
— Mira.
Nie podniósł głosu. Wcale nie musiał.
To nie był Tomasz żartujący przy stole. To nie był Młynarz, który udawał, że dach przecieka tylko z sympatii do deszczu. To był ojciec. Ten prawdziwy. Taki, który mówił rzadko, ale kiedy już mówił, świat w domu ustawiał się wokół jego słów.
Mira cofnęła się o pół kroku.
Ojciec natychmiast złagodniał. Jakby sam znienawidził to, że musiał tak na nią spojrzeć.
— Posłuchaj mnie. Choć raz bez kłótni, dobrze?
Nie odpowiedziała.
— Pilnujesz matki, Janka i Zosi. Jeśli coś podejdzie pod drzwi, bierzesz nóż spod stołu. Nie czekasz, aż odejdzie. Nie pytasz. Nie myślisz za długo.
Mira poczuła, że gardło jej się zaciska.
— A ty?
Kącik jego ust drgnął. Bardzo słabo.
— Ja postaram się zrobić to samo.
To wcale nie było zabawne.
I może dlatego zabolało bardziej.
Hanna znowu chwyciła go za rękę, tym razem nie za rękaw, tylko za dłoń.
— Tomasz.
Ojciec pochylił się i pocałował ją w czoło. Krótko. Prawie niezgrabnie. Jak człowiek, który od dawna nie miał czasu na czułość i nagle przypomniał sobie, że może już go nie dostać.
— Zasuń rygiel — powiedział.
— Nie każ mi tego robić.
— Zrób to dla dzieci.
Hanna zamknęła oczy.
Ojciec wyszedł.
Drzwi zamknęły się za nim głucho.
Matka stała z dłonią na desce. Przez chwilę nie ruszała się wcale. Potem powoli przesunęła rygiel.
Rygiel przesunął się z krótkim, suchym trzaskiem, który zabrzmiał w izbie jak coś ostatecznego.
Mira poczuła go w żołądku.
Janek dopadł okna pierwszy. Mira zaraz po nim.
Ojciec biegł przez podwórze w stronę zagrody, z siekierą w jednej dłoni i nożem zatkniętym za pas. Błoto chlapało mu spod butów. Nie obejrzał się ani razu.
Stary Bartek wybiegł zza sąsiedniej chałupy z widłami.
— Tomasz! — ryknął.
Ojciec machnął mu ręką, żeby został z tyłu.
Oczywiście, że Bartek nie posłuchał.
Dwóch innych mężczyzn próbowało zagonić dzieci do kapliczki. Jedno z nich płakało tak głośno, że aż brakowało mu tchu. Psy ujadały. Dzwon walił dalej, coraz szybciej, jak gdyby ktoś przy sznurze stracił rytm ze strachu.
Stworzenie przy płocie nagle skoczyło.
Żerdzie pękły.
Koza wrzasnęła.
Zosia zaczęła szlochać.
Hanna przytuliła ją mocniej i szeptała jej coś do ucha. Mira nie słyszała słów. Pewnie te same kłamstwa, które matki mówiły dzieciom od zawsze.
Już dobrze.
Cicho.
Nie bój się.
Jestem tutaj.
Kłamstwa, bez których świat rozpadłby się szybciej.
Ojciec dobiegł do zagrody i przeciął sznur kozy jednym ruchem. Zwierzę wyrwało do przodu, potknęło się, niemal upadło, ale ruszyło w stronę domu. Krowa szarpała się dalej, rycząc z przerażenia.
Ojciec dopadł do drugiego postronka.
Wtedy stworzenie odwróciło łeb.
Przez moment stało nieruchomo.
Nie jak wilk.
Za wysoko na przednich łapach. Z barkami zbyt szerokimi. Z głową przekrzywioną w sposób, który Mira widziała czasem u ludzi, gdy próbowali zrozumieć cudze słowa. W tym ruchu było coś obrzydliwie znajomego. Jak resztka człowieka w ciele, które już dawno przestało go słuchać.
Potem otworzyło pysk.
Nie zawyło ani nie warknęło.
Wydało z siebie niski, mokry dźwięk. Taki, od którego człowiek miał ochotę zatkać uszy i jednocześnie nie mógł przestać słuchać. Jak płacz. Jak głód. Jak gardło, które próbowało przypomnieć sobie mowę, ale zostało mu tylko skomlenie.
Janek pobladł.
— On nie zdąży.
Ojciec przeciął postronek krowy.
Zwierzę ruszyło ciężko, ryjąc kopytami w błocie. Tomasz odwrócił się za późno.
Stworzenie skoczyło.
Ojciec zamachnął się siekierą i trafił je w bok. Ostrze weszło głęboko. Za głęboko, żeby zwykły wilk mógł dalej stać.
Ale ono tylko zawyło.
Ciemna, gęsta krew spłynęła po skołtunionej sierści. Ciało stworzenia zadrżało, wygięło się gwałtownie, jakby ból przeszedł przez nie i nie znalazł niczego, co mogłoby go zatrzymać.
Ojciec szarpnął siekierę, chcąc ją wyrwać.
Nie zdążył.
Stworzenie odwróciło łeb.
Powoli.
Zbyt powoli jak na zwierzę, które właśnie dostało ostrzem w bok. Pysk miało rozciągnięty, mokry od śliny, a w oczach nie było strachu ani instynktu ucieczki. Tylko ten sam głód. Ślepy, lepki, nie do nasycenia.
Jakby rana nic nie znaczyła.
Jakby siekiera była tylko czymś, co przeszkodziło mu na chwilę w drodze do jedzenia.
Ojciec cofnął się o krok.
Bartek dopadł do niego od boku z widłami w rękach.
— Do domu! — krzyknął. — Tomasz, do domu!
Ojciec spojrzał na niego tak, jak gdyby chciał odpowiedzieć coś brzydkiego. Pewnie odpowiedziałby, gdyby miał czas.
Nie miał.
Zza stodoły wyszło drugie stworzenie.
Tak cicho, że słowa ledwie poruszyły powietrze.
Za cicho jak na coś tak dużego.
Mira zobaczyła je pierwsza.
Przez sekundę nie mogła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła tylko, jak wynurza się z mgły przy ścianie stodoły, nisko przy ziemi, z barkami uniesionymi zbyt wysoko i łapami stawianymi ostrożnie, prawie po ludzku. Szło nie na Bartka.
Nie szło na zagrodę, tylko na ojca.
— Tato!
Tomasz odwrócił głowę.
I właśnie wtedy pierwsze stworzenie rzuciło się na Bartka.
Bartek nie uciekł. Wbił widły prosto w pierś potwora i zaparł się nogami w błocie, próbując utrzymać go choć przez chwilę z dala od Tomasza.
Przez jedno uderzenie serca wyglądało, jakby mu się udało.
Potem stworzenie naparło mocniej.
Drzewce wideł jęknęło, wygięło się i pękło. Bartek wrzasnął, kiedy potwór uderzył go łapą w bok. Poleciał w tył i runął w błoto, a jego krzyk urwał się nagle, brzydko, jak przecięty nożem.
Drugie stworzenie przyspieszyło.
Ojciec miał przed sobą wolną drogę.
Tylko przez chwilę.
Jedną, krótką, okrutną chwilę.
Mógł pobiec do domu. Mira zobaczyła to tak wyraźnie, jak gdyby ktoś rozrysował mu ścieżkę po błocie: trzy kroki do płotu, potem przez podwórze, potem drzwi. Matka też to zobaczyła. Janek wstrzymał oddech. Nawet Zosia przestała płakać.
Ojciec również wiedział.
Ale między drugim stworzeniem a chałupą była koza zaplątana w zerwany postronek. Szarpała się przy progu zagrody, becząc rozpaczliwie. Dalej były drzwi. Za drzwiami Hanna. Zosia. Janek.
Mira.
Ojciec nie pobiegł do domu.
Pobiegł w bok.
Prosto na stworzenie, żeby odciągnąć je od drzwi.
— Nie! — krzyknęła Hanna.
Tym razem naprawdę krzyknęła.
Tomasz zamachnął się siekierą bardziej po to, żeby zatrzymać potwora, niż żeby go zabić. Trafił w bark. Stworzenie zachwiało się, ale nie upadło. Machnęło łapą, ciężką i długą, zakończoną pazurami, które bardziej przypominały czarne, połamane palce niż zwierzęce szpony.
Cios trafił ojca w pierś.
Tomasz poleciał w tył, uderzył plecami o słup zagrody i osunął się na jedno kolano.
Siekiera wypadła mu z dłoni.
Mira przestała słyszeć dzwon.
Nie słyszała już Zosi.
Nie słyszała matki.
Nie słyszała nawet własnego oddechu.
Widziała tylko ojca.
Ojciec klęczał w błocie, próbując sięgnąć po nóż przy pasie. Palce ślizgały mu się po mokrej skórze, zbyt wolno, rozpaczliwie wolno, a stworzenie stojące nad nim przekrzywiło łeb i wciągnęło powietrze, jakby zapach krwi był dla niego obietnicą.
Ale Tomasz nie patrzył na potwora. Patrzył na dom.
Na małe okno, za którym Hanna stała z Zosią przyciśniętą do siebie tak mocno, że dziewczynka niemal ginęła w fałdach jej spódnicy i starego koca. Matka miała twarz białą, nieruchomą, straszną w tym milczeniu, a jej usta poruszały się bezgłośnie, jakby modliła się albo przeklinała, albo robiła jedno i drugie naraz.
Na Janka, który nie schował się za nią, chociaż powinien. Stał pół kroku z boku, za brudną szybą, z łukiem uniesionym za nisko i szczęką zaciśniętą tak mocno, że Mira aż poczuła ból we własnych zębach. Był dzieckiem. Chudym trzynastolatkiem w za dużej koszuli. A jednak wyglądał, jakby zaraz miał rzucić się na coś, co mogło rozszarpać go jednym ruchem.
Na Mirę też patrzył.
I w tym spojrzeniu nie było prośby, żeby została w środku. Było coś gorszego.
Nie wychodź.
A zaraz potem — ciche, bezradne:
Przepraszam.
Przepraszam, że nie umiem was ochronić inaczej.
Stworzenie ugięło łapy.
Świat zwęził się nagle do błota pod stopami ojca, jego dłoni szukającej noża, otwartego pyska potwora i tego jednego, okropnego miejsca między nimi, w którym za chwilę miała wydarzyć się śmierć.
Nie pomyślała o tym, że może zginąć.
Nie pomyślała o matce, która krzyknie za nią.
Nie pomyślała nawet o tym, że nie ma w ręku nic, czym mogłaby walczyć.
Po prostu coś w niej pękło.
Nie było w tym nic ładnego ani bohaterskiego. Żadnej pieśni, żadnego rozsądku, żadnej odwagi, którą można by potem komuś opowiedzieć przy ogniu. Coś w niej pękło jak sznur naciągnięty zbyt mocno.
Mira szarpnęła rygiel.
Drzwi uderzyły o ścianę.
I wybiegła prosto w błoto, zimno i potwora, który właśnie skakał na jej ojca.
Zimno uderzyło ją w bose stopy, mokra ziemia rozchlapała się na łydkach, a powietrze wpadło do płuc tak ostro, jakby wzięła oddech pełen szkła. Nie miała planu. Nie miała broni. Nie miała nawet tyle rozsądku, żeby krzyknąć ojcu, by się odsunął.
Stworzenie już skakało.
Wszystko działo się za szybko i jednocześnie straszliwie wolno. Mira widziała rozciągnięty pysk, mokre zęby, sine dziąsła, czarne pazury wyciągnięte w stronę ojca. Widziała Tomasza klęczącego w błocie, z dłonią wciąż przy pasie, jakby do samego końca próbował sięgnąć po nóż.
Nie zdąży.
Ta myśl była prosta, okropna i prawdziwa.
Okropna.
Prawdziwa.
Mira krzyknęła.
Nie zawołała ojca po imieniu. Nie powiedziała „stój”, „nie” ani „uciekaj”. Z jej gardła wyrwał się dźwięk, który nie przypominał ludzkiego głosu. Był zdarty, dziki, prawie obcy. Taki, po którym w chacie zamilkła Zosia, Janek przestał oddychać, a Hanna chwyciła futrynę, jakby nagle ugięły się pod nią nogi.
Stworzenie było o ułamek sekundy od Tomasza, kiedy ziemia pod Mirą drgnęła.
Najpierw pomyślała, że to ona się zachwiała.
Że strach w końcu podciął jej kolana.
Ale błoto poruszyło się naprawdę. Kałuże zmarszczyły się jedna po drugiej, jak gdyby coś wielkiego przesunęło się pod powierzchnią podwórza. Ziemia zabulgotała przy korzeniach starej jabłoni, tej samej, pod którą latem Zosia układała lalki z patyków, a Janek chował się przed robotą.
Mira poczuła odpowiedź w stopach.
Nie w głowie ani w sercu, lecz w stopach, łydkach i kościach, jak gdyby coś głęboko pod nią obudziło się na jej krzyk i przez chwilę nasłuchiwało, czy naprawdę wołała właśnie je.
Potem korzenie wyszły z ziemi.
Wyrwały się spod jabłoni z mokrym trzaskiem, czarne od gliny, grube i poskręcane. Nie rosły. Nie pięły się powoli ku światłu. Wystrzeliły naprzód jak żywe sznury, brutalnie, rozpaczliwie, tak gwałtownie, że ziemia rozprysła się na boki.
Oplotły tylne łapy stworzenia w chwili, gdy jego pazury niemal dosięgnęły ojca.
Szarpnęły.
Potwór poleciał bokiem, zaskoczony własnym ciężarem i nagłym oporem, którego nie powinno być. Uderzył w płot z taką siłą, że żerdzie pękły, a suche drzazgi posypały się w błoto. Koza wrzasnęła jeszcze głośniej i szarpnęła się w postronku, jakby uznała, że to doskonały moment, żeby dołożyć własny koniec świata.
Mira stanęła bez ruchu.
Patrzyła na korzenie, na własne ręce i na ojca.
Tomasz podniósł głowę i spojrzał na nią tak, jak nigdy wcześniej. Nie jak na córkę, która znowu powiedziała coś za ostro. Nie jak na dziewczynę, która miała przynieść wodę, przypilnować Zosi albo pomóc matce przy piecu.
Patrzył na nią, jakby zobaczył coś, przed czym przez całe życie próbował ją zasłonić.
I nagle już nie mógł.
— Mira… — powiedział.
Ledwie to usłyszała.
Pierwsze stworzenie szarpało się przy płocie, ale korzenie trzymały je mocno. Wgryzały się w łapy, oplatały brzuch, ciągnęły w dół. Potwór gryzł je, rwał zębami, ale na miejsce jednego zerwanego pędu pojawiały się dwa następne. Ziemia pod nim pękała, jakby nie miała zamiaru wypuścić tego, co raz pochwyciła.
Wtedy drugie stworzenie odwróciło łeb.
Tym razem stworzenie nie patrzyło na ojca. Patrzyło na Mirę.
Zrobiło to powoli, z takim dziwnym, chorym skupieniem, że przez ułamek sekundy wyglądało niemal rozumnie. Ślina ciekła mu z pyska, klatka piersiowa pracowała ciężko, a pod wyłysiałą skórą na barkach coś drgało, napinało się i przesuwało, jak gdyby ciało nie nadążało za tym, co je zjadało od środka.
Mira cofnęła się o krok.
Błoto zassało jej stopę.
Nie mogła się ruszyć.
A może mogła, tylko strach przybił ją do ziemi skuteczniej niż gwoździe.
Stworzenie ruszyło na nią.
Nie było w tym wilczej ostrożności. Nie krążyło. Nie oceniało. Po prostu rzuciło się do przodu, pchane głodem tak wielkim, że aż bezmyślnym. Jego łapy rozchlapywały błoto, pazury darły ziemię, a pysk otwierał się coraz szerzej, jak gdyby ciało już szykowało się do ugryzienia.
Mira uniosła ręce.
Nie wiedziała po co; przecież nie miała w nich nic.
Ale kiedy podniosła dłonie, ziemia przed nią pękła.
Nie delikatnie. Nie jak w bajce, w której ziarno kiełkuje po deszczu. Pękła z głuchym trzaskiem, brudna, ciężka, mokra, rozrywając podwórze od jej stóp aż po ścieżkę do zagrody. Z tej szczeliny wystrzelił głóg.
Cała ściana głogu.
Dzika, splątana, ciemna od błota i wilgoci. Gałęzie rosły w oczach, grube jak nadgarstki, potem jak ramiona, kolczaste, powykręcane, wściekle żywe. Ciernie błysnęły mokro w szarym świetle poranka.
Stworzenie wpadło w nie z rozpędu.
Przez moment wyglądało, jakby gałęzie nie miały szans go zatrzymać. Jakby po prostu przebije się przez nie i dopadnie Mirę, zanim zdoła choćby krzyknąć drugi raz.
Ale głóg zacisnął się na nim.
Najpierw na przednich łapach, potem na szyi, piersi i brzuchu.
Ciernie wbiły się w skórę, sierść, mięso. Potwór zawisł w tej splątanej ścianie jak ryba w sieci, tylko że żadna ryba nie szarpała się z takim głodem, taką wściekłością i takim brakiem lęku przed bólem. Wył, gryzł gałęzie, łamał je zębami, a one rosły dalej, oplatały go mocniej, wchodziły głębiej.
Mira poczuła to w sobie.
Nie tak, jak czuje się zadrapanie albo uderzenie. To było gorsze i dziwniejsze. Każde szarpnięcie potwora przechodziło przez nią. Każdy złamany pęd bolał ją pod żebrami. Każdy cierń wbity w jego ciało zostawiał w niej gorący, ciemny ślad.
Nie umiała tego zatrzymać.
Nie umiała tym kierować.
Stała pośrodku podwórza, z rękami uniesionymi przed sobą, i czuła, jak coś ogromnego przepływa przez nią bez pytania, bez litości, bez żadnej instrukcji. Jakby przez dziewiętnaście lat była zamkniętymi drzwiami, a teraz ktoś wyrwał je z zawiasów.
— Mira!
Tym razem to krzyczał Janek.
Usłyszała go, ale jakby z daleka.
Z drugiego końca świata.
Odwróciła głowę.
Ojciec próbował wstać. Bartek leżał przy zagrodzie, nieruchomy albo prawie nieruchomy, Mira nie mogła teraz sprawdzić, nie mogła oderwać się od tego, co rosło z ziemi, od potwora uwięzionego w cierniach, od własnych dłoni, które drżały tak mocno, że aż bolały ją nadgarstki.
Hanna stała w progu.
Trzymała Zosię jedną ręką, drugą zasłaniała sobie usta. Nie wyglądała, jakby bała się wilków.
Patrzyła na Mirę.
I właśnie to zabolało najmocniej.
Mira chciała powiedzieć, że nie wie, co robi. Że to samo się dzieje. Że nie chciała. Że przecież tylko wybiegła po ojca, tylko po niego, tylko dlatego, że nie mogła patrzeć, jak umiera.
Ale wtedy trzecie stworzenie wyszło z mgły przy drodze.
Największe ze wszystkich. Cięższe od dwóch pozostałych, z barkami tak szerokimi, że przez chwilę wyglądało, jakby powinno iść na dwóch nogach. Zatrzymało się przy przewróconym płocie, wciągnęło powietrze i powoli odwróciło łeb w stronę chałupy — ku drzwiom, ku Hannie i Zosi.
Strach w jednej chwili stężał w niej w coś zimnego, czystego i ostrego.
To nie było słowo wypowiedziane na głos, lecz decyzja, która zapadła głębiej niż myśl.
Nie wejdziesz do mojego domu.
To jedno słowo wypełniło ją całą.
Nie wypowiedziała go na głos, a jednak miała wrażenie, że usłyszało je wszystko: błoto pod jej stopami, stara jabłoń przy zagrodzie, zarośnięta grządka pod oknem, mokra trawa przy progu i ziemia leżąca głęboko pod domem, starsza niż ich bieda, starsza niż strach, starsza niż wszystkie sekrety, które dorośli przez lata chowali przed nią za zamkniętymi ustami.
Nie wejdziesz. Nie dotkniesz ich. Nie zabierzesz mi domu.
Trzecie stworzenie ruszyło.
Nie biegło tak jak zwykły wilk, bez tej płynnej, drapieżnej lekkości, którą Mira widywała czasem u zwierząt na skraju Boru. To poruszało się ciężko i nierówno, jakby każdy krok łamał mu coś w środku, ale nic nie było w stanie go zatrzymać. Barki unosiły się za wysoko, łapy grzęzły w błocie, a pysk miał otwarty tak szeroko, jak gdyby ciało próbowało pochłonąć świat, zanim samo rozpadnie się od środka.
Mira zacisnęła pięści.
I ziemia pod stworzeniem zapadła się nagle.
Nie pękła. Nie rozstąpiła się z hukiem, jak w opowieściach o gniewie bogów. Po prostu ugięła się pod nim, miękka, mokra i głodna, jakby błoto zmieniło się w paszczę. Przednie łapy potwora runęły w dół. Stworzenie ryknęło, szarpnęło się gwałtownie, ale ziemia już je trzymała.
A potem wszystko zaczęło rosnąć.
Korzenie starej jabłoni przeciągnęły się pod podwórzem jak budzące się zwierzęta. Chwasty przy płocie wystrzeliły w górę. Trawa, cienka i zdeptana, nagle stała się ostra jak drut. Nawet łodygi warzyw z małej grządki Hanny, tych żałosnych, przemoczonych roślin, które rano wyglądały, jakby ledwie trzymały się życia, zaczęły skręcać się i piąć po ciele potwora.
Mira nie wiedziała, jak to robi.
Nie znała żadnego słowa, które mogłoby kierować ziemią. Nie znała modlitwy, zaklęcia ani gestu. Stała tylko pośrodku podwórza, bosa, umazana błotem, z włosami przyklejonymi do twarzy, i trzymała pięści zaciśnięte tak mocno, że paznokcie wbijały jej się w skórę.
Stworzenie szarpnęło się raz.
Ziemia puściła pod jedną łapą, ale zaraz objęła ją znowu.
Szarpnęło się drugi raz.
Pędy zagrzechotały o jego żebra, owinęły szyję, barki, pysk. Ciernie, których chwilę wcześniej na podwórzu w ogóle nie było, wysunęły się z zielonych łodyg i wbiły w skołtunioną sierść.
Za trzecim razem Mira poczuła ból.
Nie w miejscu, którego mogłaby dotknąć. Nie w dłoni, nie w brzuchu, nie w głowie. To było głębiej. Jakby coś zaczepiło się o jej kości i ciągnęło z nich siłę, powoli, bez pytania. Przed oczami zatańczyły jej czarne plamy. Kolana zadrżały, a świat przechylił się na bok.
Nie puszczaj.
Nie wiedziała, czy to była jej własna myśl, czy odpowiedź ziemi.
Nie miało znaczenia.
Jeśli puści, ono dobiegnie do drzwi.
A za drzwiami była matka.
Zosia.
Janek.
Ojciec, który próbował się podnieść, choć powinien leżeć.
Mira wbiła bose stopy głębiej w błoto i zacisnęła pięści mocniej.
Stworzenie zawyło. Chrapliwie, gardłowo, jakby ten dźwięk wyrywał się z ciała, które już dawno przestało być jednością. Pędy zacisnęły się na nim mocniej. Jeden z nich owinął się wokół pyska. Drugi szarpnął głowę w bok. Trzeci wszedł pod klatkę piersiową.
Coś chrupnęło.
Mira aż się wzdrygnęła.
Potem wszystko ucichło.
Nie do końca.
Psy nadal szczekały gdzieś przy drodze. Ktoś płakał. Ktoś inny wołał imię Bartka. Dzwon u sołtysa uderzał dalej, nierówno i rozpaczliwie, jakby człowiek ciągnący za sznur zapomniał już, czy alarm ma ostrzegać wieś, czy zagłuszyć własny strach.
Ale wokół Miry zrobiło się cicho.
Inaczej.
Jakby całe podwórze wstrzymało oddech.
Stała pośrodku tego wszystkiego, z rękami wciąż uniesionymi przed sobą, choć nie wiedziała, po co je trzyma. Ziemia wokół niej była popękana i porozrywana. Z błota wystawały korzenie, ciernie, powykręcane pędy głogu i chwasty grube jak sznury. Podwórze, które rano było tylko podwórzem, wyglądało teraz jak miejsce, w którym las próbował wydostać się spod ziemi i nie zdążył jeszcze zdecydować, czy chce ratować, czy zabijać.
Stworzenia leżały nieruchomo.
Dopiero teraz, kiedy przestały się ruszać, Mira zobaczyła, jak strasznie były żałosne. Nie mniejsze. Nie mniej groźne. Ale żałosne właśnie. Chude pod tą chorą masą mięśni, powykręcane, z brzuchami zapadniętymi mimo rozdęcia i pyskami otwartymi w ostatnim, niemym skowycie.
Jakby nawet śmierć nie mogła ich nakarmić.
Ojciec poruszył się pierwszy.
Podniósł się powoli, przytrzymując bok jedną ręką. Krew spływała mu z rozciętej brwi, mieszała się z błotem na policzku i kapała na starą koszulę. Przez chwilę wyglądał tak, jak gdyby chciał podejść do Miry od razu, ale bał się zrobić gwałtowny ruch. Nie dlatego, że bał się jej.
Właśnie to uderzyło najmocniej.
Bał się, że ona się przewróci. Że jeśli dotknie jej za szybko, rozsypie się jak coś pękniętego od środka.
— Mira — powiedział.
Tylko tyle wystarczyło.
Jej imię.
Zwykłe, domowe, znane.
A zabrzmiało tak, jakby wypowiedział je z drugiego końca świata.
Mira chciała zrobić krok w jego stronę.
Naprawdę chciała.
Chciała podejść, złapać go za rękę, sprawdzić, czy oddycha, czy żebra ma całe, czy ta krew na twarzy to tylko rozcięcie, czy coś gorszego. Chciała powiedzieć, że przeprasza. Nie wiedziała za co. Za wszystko. Za błoto, za korzenie, za to, że spojrzał na nią tak, jakby przez chwilę nie poznawał własnej córki.
Ale ciało jej nie posłuchało.
Zrobiła jeden krok.
Ziemia uciekła jej spod stóp.
Upadła na kolana.
Ból przeszedł przez nią tępo, ale był niemal ulgą, bo przynajmniej był normalny. Kolana w błocie. Zimno. Drżenie mięśni. To rozumiała. Z tym dało się coś zrobić.
Matka dopadła do niej pierwsza.
Mira nawet nie zauważyła, kiedy Hanna wybiegła z domu. W jednej chwili stała jeszcze przy progu z Zosią, w następnej klęczała już w błocie obok córki i obejmowała ją tak mocno, że Mira jęknęła.
— Moje dziecko — szeptała Hanna. — Moje dziecko, moja dziewczynko…
W jej głosie było wszystko naraz. Strach tak wielki, że aż łamał oddech. Ulga, która nie zdążyła jeszcze stać się płaczem. I miłość. Ta najgorsza, najboleśniejsza, matczyna miłość, przez którą człowiek chciałby schować drugą osobę pod własną skórą, jeśli tylko świat zrobi się zbyt okrutny.
Mira zesztywniała w jej ramionach.
Nie odrzucała tego dotyku; przeciwnie, chciała go aż za bardzo.
Ale czuła na sobie spojrzenia.
Ojca.
Janka.
Babki.
Ludzi gromadzących się przy drodze.
I bała się, że jeśli pozwoli sobie wtulić twarz w ramię matki, to już się z niego nie podniesie.
Ojciec uklęknął obok nich z trudem. Syknął cicho, gdy ugiął bok, ale udawał, że to nic. Oczy miał mokre nie od bólu. Mira znała jego twarz wystarczająco dobrze, żeby to wiedzieć.
To nie była odraza.
Nie lęk.
Nawet nie zdziwienie.
To była rozpacz człowieka, który właśnie zrozumiał, że przez całe życie próbował trzymać drzwi zamknięte, a świat i tak znalazł szczelinę.
— Córeczko — powiedział cicho.
Mira nie odpowiedziała.
Nie umiała.
Janek podszedł po chwili. Nie rzucił się na nią, nie zaczął mówić bez sensu, co było do niego zupełnie niepodobne. Stanął najpierw dwa kroki dalej, z łukiem opuszczonym wzdłuż nogi, blady jak ściana i umazany błotem prawie po kolana.
Otworzył usta.
Zamknął je.
W końcu przykucnął obok, ostrożnie, jakby nie wiedział, czy może ją dotknąć. Nie bał się jej. Mira zobaczyła to od razu. Bał się, że powie coś głupiego, a on akurat miał do tego talent niemal rodzinny.
— Nie mów, że to było wspaniałe — wyszeptała, zanim zdążył się odezwać. — Bo zwymiotuję.
Janek przełknął ślinę.
— Nie chciałem tak powiedzieć.
Mira spojrzała na niego spod mokrych włosów.
— Chciałeś.
Zawahał się.
— Trochę.
— Janek.
— Ale tylko dlatego, że nie znam innego słowa — wyrzucił z siebie szybko. — To było… straszne. I obrzydliwe. I chyba uratowało nam życie. Jak człowiek ma nazwać coś takiego, żeby nie brzmieć jak idiota?
Mira patrzyła na niego przez chwilę.
Nie wyglądał, jak gdyby chciał się od niej odsunąć.
Nie patrzył na jej ręce, jakby zaraz miały znowu poruszyć ziemię.
Patrzył na nią.
Na Mirę.
Nie na wiedźmę, nie na potwora, nie na coś, czego nazwy jeszcze nie znali.
Na siostrę, która klęczała w błocie i wyglądała, jakby zaraz miała rozpaść się od środka.
Mimo wszystkiego coś w jej gardle puściło odrobinę.
Jeszcze nie był to uśmiech, ale coś w jej gardle puściło odrobinę.
Babka stuknęła laską o ziemię raz, krótko i sucho, a ten dźwięk zabrzmiał dziwnie wyraźnie w całym zamieszaniu.
Wszyscy spojrzeli na nią.
Jagna stała kilka kroków dalej, na granicy podwórza i domu. Nie weszła od razu w błoto. Popatrzyła najpierw na martwe stworzenia, potem na korzenie oplatające płot, na głóg sterczący z ziemi jak czarna, kolczasta ściana, a dopiero na końcu na Mirę klęczącą w ramionach matki.
Jej twarz była stara.
Bardzo stara.
I bardzo smutna, choć usta wygięły się w ten krzywy uśmiech, który zwykle zapowiadał coś nieprzyjemnego.
— No — powiedziała cicho. — Obudziło się.
Hanna podniosła głowę.
— Nie.
Wystarczyło jedno słowo.
Ale było w nim wszystko: sprzeciw, strach, błaganie i rozpacz kobiety, która przez lata próbowała przykryć prawdę kocem, nakarmić ją kaszą, zamknąć drzwi na rygiel i udawać, że jeśli nikt nie mówi o potworach, to potwory nie znajdą drogi do domu.
Babka nawet na nią nie spojrzała.
— Nie zakrzyczysz tego, Hanno.
— Przestań.
— Las już wie — powiedziała Jagna. — Ziemia też. A ziemia ma dłuższą pamięć niż ludzie i mniej litości dla tych, którzy udają, że nic się nie stało.
Mira poczuła zimno, choć ciało nadal miała rozpalone wysiłkiem. Nie „ogień”. Nie gorąco takie, jak przy gorączce. Raczej resztki czegoś, co przepłynęło przez nią i zostawiło po sobie drżenie mięśni, pustkę w głowie i dziwne wrażenie, że jej stopy wciąż słyszą bicie serca ziemi.
— O czym ty mówisz? — spytała.
Głos miała obcy. Chrapliwy, zdarty krzykiem. Jakby należał do kogoś, kto przed chwilą połknął garść ziemi.
Babka podeszła bliżej. Powoli, z trudem, podpierając się laską, ale nikt nie miał wątpliwości, że idzie dokładnie tam, gdzie chce. Przykucnęła przed Mirą. Stare kolana trzasnęły cicho, a jej czarne oczy zatrzymały się na twarzy wnuczki.
— O tym, dziewczyno, że nie jesteś tym, czym pozwoliliśmy ci myśleć.
Matka wydała cichy, złamany dźwięk.
Ojciec zamknął oczy.
I to wystarczyło.
Mira patrzyła na nich po kolei. Na matkę, która nie umiała już udawać spokoju. Na ojca, który odwrócił twarz, jakby wstyd był bardziej bolesny niż rana po uderzeniu potwora. Na babkę, która wyglądała tak, jakby nie cieszyła się z tego, że miała rację, choć całe życie sprawiała wrażenie kobiety gotowej czerpać z cudzej pomyłki niezdrową satysfakcję.
