Pani Architekt - Adriana Kowalczyk - ebook
NOWOŚĆ

Pani Architekt ebook

Adriana Kowalczyk

4,6

728 osób interesuje się tą książką

Opis

Dark romance z motywem age gap! 

Jest niebezpieczny. Powinna uciec, kiedy jeszcze mogła…

Arthur Crawford popełnił jeden błąd. I płacił za niego latami. Teraz, gdy wyszedł z więzienia, był już gotowy, żeby wrócić do gry na własnych zasadach. Stał się zimny, wyrachowany i niebezpieczny. Miał plan i zamierzał go zrealizować. 

Młoda pani architekt stanowiła łatwy cel, ale nie zamierzał pokazywać jej, kim naprawdę jest. Dla niej był ideałem – czarującym, uważnym i niegroźnym. Potrafił ukrywać swoją prawdziwą twarz. Ale wiedział, że Maria McKenzie okaże się tego warta. 

Instynkt kobiety dobrze jej podpowiadał, żeby trzymała się od Arthura z daleka. Nie posłuchała go jednak na czas, a ze względu na swoją przeszłość pragnęła poznać prawdę o tym, kto zabił jej ojca.

 

Lecz Arthur nie przewidział jednego. Że ta gra może wymknąć się spod kontroli. Jego kontroli…

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 449

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (13 ocen)
9
3
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Vdrivnnv21

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka. Szybko się czyta. Ada jak zawsze nie zawodzi.
00
IzkaRaczynska

Nie oderwiesz się od lektury

❤️
00
FQVL1

Nie oderwiesz się od lektury

jedna z lepszych książek jakie czytałam polecam
00



Copyright © for the text by Adriana Kowalczyk

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Wiktoria Garczewska, Emilia Ziarnik

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-888-0 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

PLAYLISTA

Prince – Purple Rain

Eagles – Hotel California

Frank Ocean – American Wedding

Massive Attack – Angel

Lady Pank – Znów pada deszcz

Soap & Skin – Me and the Devil

Dutch Melrose – RUNRUNRUN

Elley Duhe – Middle of the Night

James Blunt – Goodbye My Lover

Tom Odell – Black Friday 

Billie Eilish – Wildflower

George Michael – Father Figure

Sam Tinnesz feat. Yacht Money – Play With Fire

Whitesnake – Is This Love

Saygrace feat. G-Eazy – You Don’t Own Me

Chase Atlantic – The Walls

Cigarettes After Sex – Apocalypse 

Chris Grey – Always Been YouMellina Tey – Before I Move On

PROLOG

22 lata wcześniej

LAS VEGAS

Kiedyś mój tata powiedział, że zawsze będziemy z mamą bezpieczne. Jego głos był ciepły i spokojny, potrafił nim uspokoić nawet największą burzę. Wierzyłam mu bez wahania. Dla mnie był opoką, silny, a zarazem niezniszczalny.

Byłam wtedy małą dziewczynką, która znała świat jedynie z perspektywy beztroski. Moje dzieciństwo pachniało świeżo upieczonym chlebem mamy, rozgrzanym słońcem podwórkiem i głośnym śmiechem, który wypełniał nasz dom. Wszystko wydawało się tak pewne i dobre.

Nigdy nie pomyślałabym, że ten spokój to tylko krucha bańka mydlana. Piękna, ale gotowa pęknąć od najmniejszego dotknięcia. I pękła. Pękła tamtego jednego, na zawsze przeklętego dnia.

Pamiętam krzyk mamy. Krótki i urwany, jakby ktoś jednym ruchem odciął jej głos. Pamiętam tupot butów na drewnianych schodach, zbyt ciężkich, zbyt obcych w naszym domu.

Tata kazał mi się schować. Jego oczy, zawsze spokojne, tym razem błyszczały czymś, czego nie znałam. Strachem. A ja odczułam ten stan na własnej skórze.

Zsunęłam się pod łóżko. Materac był nisko, deski pachniały kurzem, a przestrzeń wydawała się tak ciasna, że ledwo mogłam oddychać. Mimo to milczałam, wtulona w zimną podłogę, tak mocno, że aż bolały mnie żebra.

A potem… huk. Głuchy, brutalny i nienaturalnie głośny. Nie wiedziałam jeszcze, że to strzał.

Dwóch mężczyzn weszło do pokoju. Widziałam tylko ich nogi, ciężkie buty. Jeden z nich przykucnął. Podłoga ugięła się pod jego ciężarem.

Zobaczyłam dłoń. Dużą i twardą, z czarnym tatuażem kruka rozpostartego jak do ataku. Na palcu błyszczał sygnet. Złoty i bardzo masywny, tak nienaturalnie piękny w tym koszmarze, że zapamiętałam go lepiej niż własne zabawki.

A potem zobaczyłam tatę. Leżał, tak jak ja, na podłodze, miał otwarte, lecz niewidzące już niczego oczy. Krew powoli rozlewała się po podłodze, jakby chciała przesiąknąć we wszystkie kąty pokoju.

Nie mogłam krzyczeć. Strach trzymał mnie za gardło jak żelazna obręcz. Gdybym wydała choć jeden dźwięk… wiedziałam, że spotkałby mnie taki sam los. Miałam tylko sześć lat, a już to wiedziałam.

Leżałam więc nieruchomo, nasłuchując odgłosów, które brzmiały jak z innego świata. Przytłumionych szeptów, oddechów mężczyzn, ich kroków, gdy odchodzili.

Dopiero kiedy zapadła cisza, zrozumiałam, że nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Leżałam pod łóżkiem tak długo, że straciłam rachubę, czy minęły minuty, czy godziny. Mrok gęstniał, a cisza była tak nienaturalna, że bolały mnie uszy. W pewnym momencie zrozumiałam, że wciąż zaciskam palce na pluszowym króliku, którego zabrałam ze sobą instynktownie, jakby miał mnie ochronić.

Potem usłyszałam kolejne dźwięki.

Najpierw ciche, potem szybkie kroki na schodach. Ktoś wbiegł na górę, uderzając butami o drewniane stopnie. Usłyszałam piskliwy, jakże przerażony ton.

– Adam?! Adam, gdzie jesteś? Odpowiedz mi!

To była mama.

Nie poznałam jej. Głos miała złamany i roztrzęsiony. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby ktoś tak wzywał drugiego człowieka. Z przerażeniem, nadzieją i rozpaczą w jednym.

Za nią rozległy się cięższe kroki.

Usłyszałam męski głos.

– Proszę pani, proszę nie wchodzić dalej. Musimy najpierw sprawdzić pomieszczenia.

– Moja córka! – Mama krzyknęła tak głośno, że aż zadrżały ściany. – Moja córka jest gdzieś tu! Mario! Słyszysz mnie?! Mario!

Zamarłam i miałam wrażenie, że jeśli odpowiem, znów sprowadzę na siebie śmierć. Policjanci weszli ostrożnie, wydając krótkie komendy.

– Jeden trup na podłodze. Mężczyzna. Rana postrzałowa – powiedział jeden do jakiegoś urządzenia, gdy wszedł głębiej do pokoju.

– Sprawdźcie każdy kąt. Dziecko może się ukrywać – powiedział drugi.

Głos mamy przerodził się w szloch, a moje maleńkie serduszko zaczęło się zaciskać.

– Adam… Boże… Adam…

Słyszałam, jak opada na kolana. Jak jej oddech łamie się na krótkie i ostre wdechy. W mojej klatce piersiowej coś pękło… Chciałam pobiec do mamy, przytulić się, powiedzieć, że tu jestem. Ale strach paraliżował mnie tak mocno, że znów nie mogłam wydać żadnego dźwięku.

Nagle tuż obok usłyszałam męski głos, pamiętam ten strasznie służbowy ton.

– Halo, mała? Jeśli tu jesteś, nic ci nie grozi. Jesteśmy z policji. Możesz wyjść.

Zobaczyłam podłogę, potem czarne buty funkcjonariusza, który nagle przykucnął. Błysk latarki przesunął się pod łóżkiem, oślepiając mnie na sekundę.

– Chyba ją mam! – zawołał.

Moje serce zaczęło bić tak mocno, jakby próbowało wyrwać się z piersi. Policjant nachylił się i wyciągnął rękę.

– Mario? To twoje imię, tak? Możesz mnie złapać. Już po wszystkim.

Ale nie mogłam się ruszyć. Dopiero głos mamy coś we mnie przełamał.

– Mario! Kochanie, jesteś tam?!

Jej twarz pojawiła się obok policjanta. Była zapłakana, blada i dosłownie starsza o dziesięć lat. Moje imię wyszeptała tak delikatnie, jakby się bała, że rozsypię się pod jej dotykiem.

– Mamusiu… – pisnęłam.

To jedno słowo uwolniło mnie z odrętwienia.

Mama wsunęła ręce pod łóżko i wyciągnęła mnie zdecydowanie, jakby wyrywała mnie z paszczy czegoś niewidzialnego. Mocno mnie przytuliła, aż zabrakło mi tchu.

– Już dobrze… już jestem… już cię mam… – powtarzała, ale drżała tak mocno, że wiedziałam, iż wcale nie jest dobrze.

Za nami policjant cicho powiedział do drugiego:

– Zamknijcie pokój. Niech tu nikt nie wchodzi. I powiadom techników.

Mama odciągnęła mnie od ciała taty, zasłaniając mi oczy dłonią. Jej palce drżały, ale były silniejsze niż mój strach.

A ja wciąż widziałam tamtą dłoń.

Kruka.

I złoty błysk.

Zabrano nas na komisariat jeszcze przed świtem. Mama siedziała obok mnie w samochodzie, trzymając mnie za dłoń tak mocno, jakby się bała, że ktoś znowu może mnie zabrać. Ja nie odzywałam się ani słowem. Patrzyłam na mijane latarnie jak na jakieś obce gwiazdy, które świecą, ale już nie dają światła.

Na komisariacie pachniało kawą i chłodnym metalem. Policjanci mówili cicho, jakby bali się mnie przestraszyć, ale i tak słyszałam każde słowo, które padło za moimi plecami.

– Sześć lat… Boże, biedne dziecko.

– Trzeba to zrobić delikatnie. Ale musi nam powiedzieć, co widziała.

Posadzili mnie w małym pokoju z szarymi ścianami. Mama nie mogła wejść. Powiedzieli, że lepiej, żebym odpowiadała sama, obok siedziała pani psycholog, bo tak mi powiedziała. Gdy zamknęły się drzwi, poczułam, jakby świat znowu mnie połknął.

Przysiadł się do mnie ten sam policjant, który znalazł mnie pod łóżkiem. Miał zmęczone oczy, ale starał się uśmiechnąć.

– Mario… pamiętasz mnie? Nazywam się Clinton. Pomogłem twojej mamie znaleźć cię w domu.

Skinęłam głową, ale nie podniosłam wzroku.

– Wiem, że to trudne. Ale żeby złapać tych złych ludzi, musimy wiedzieć, co się wydarzyło. Umiesz mi o tym opowiedzieć?

Przez chwilę milczałam. W pokoju było tak cicho, że słyszałam własny oddech. Krótki, szybki i urywany. Policjant przesunął w moją stronę kubek z ciepłym kakao.

– Nie musisz się spieszyć. Jesteś bezpieczna – próbował mnie pocieszyć.

Słowo „bezpieczna” zabolało bardziej niż cokolwiek innego.

– Tata… leżał na podłodze. I… oni… – W końcu szepnęłam.

Głos mi się załamał. Policjant nie przerywał. Pozwolił mi płakać, dopóki łzy nie przestały lecieć.

– Mario, widziałaś ich twarze?

Pokręciłam głową.

– Tylko… tatuaż – odpowiedziałam cichutko.

Clinton pochylił się lekko, ale nie za blisko, jakby nie chciał mnie spłoszyć.

– Jaki tatuaż? – dopytał zainteresowany.

Zamknęłam oczy. Obraz dłoni znów pojawił się tak wyraźnie, że aż zrobiło mi się niedobrze.

– Kruk… taki rozpostarty. I… sygnet. On był złoty.

– Sygnet? – powtórzył, wyciągając notes. – Możesz opisać? – zapytał delikatnie.

Przełknęłam ślinę. Czułam, jak wpadałam w odrętwienie strachu.

– Był duży. Ciężki. Świecił… nawet w ciemnym pokoju.

– Miał jakiś znak? Literę? Kształt?

Zawahałam się, bo nie byłam pewna, czy dobrze pamiętam. Ale obraz wrócił.

– Chyba… jakby… tarcza. I coś w środku. Może litera… K?

Policjant zmrużył oczy, jakby to słowo było kluczem, którego szukał.

– K, mówisz?

Skinęłam głową. Nie potrafiłam już odpowiedzieć, niewidzialna kolczatka owinęła się wokół mojej szyi.

Clinton spojrzał w stronę lustra weneckiego na ścianie. Kiedyś widziałam podobne w filmie, który oglądali moi rodzice, a ja podglądałam go ukradkiem. Wtedy ktoś tłumaczył, czym jest takie lustro i do czego służy. Wiedziałam, że ktoś za nim stoi i słucha.

– Mario… ostatnie pytanie na dziś. Oni coś mówili? Jakieś słowa? Imiona?

Tego nie chciałam wspominać, jednak odpowiedziałam. Musiałam, byłam na tyle mądra, by wiedzieć, że muszą ponieść karę.

– Jeden z nich powiedział… „oni będą zadowoleni”.

Policjant zastygł i przez sekundę wyglądał, jakby zrobiło mu się zimno.

– Dobrze, Mario. Bardzo dobrze. Pomogłaś nam. Możesz teraz wrócić do mamusi. Zrobiłaś coś bardzo odważnego i gdyby ci coś się przypomniało, powiedz to mamie, a ona nam to przekaże. Byłaś bardzo, ale to bardzo dzielna.

Tyle że ja nie czułam się dzielna. Czułam tylko pustkę. I strach, który siedział we mnie jak żywe stworzenie.

Drzwi się otworzyły i mama rzuciła się, by mnie objąć.

A gdy wychodziłyśmy, usłyszałam coś, czego nie powinnam była usłyszeć.

– Jeśli to faktycznie oni… to nie odpuszczą.

Pierwsza noc po przesłuchaniu była najgorsza. Mama zasnęła obok mnie, trzymając mnie za rękę, tak jakby mogła mnie uratować przed wszystkim, co kryło się w mroku. Ale kiedy tylko zamknęłam oczy, świat przestał być bezpieczny.

I znów byłam tam.

Pod łóżkiem.

Zimna podłoga pod policzkiem.

Przyprawiający o duszność zapach kurzu i strachu.

We śnie wszystko było wykrzywione. Ściany zwężały się jak dłonie zaciskające się wokół mojego małego ciała. Cień mężczyzny wydłużał się nienaturalnie, jakby ciągnął się w nieskończoność i sięgał aż pod łóżko.

Zawsze zaczynało się tak samo.

Najpierw szept. Cichy, przeszywający, jakby tuż przy moim uchu.

– Mario… widzę cię.

Potem tatuaż.

Nie na dłoni. We śnie kruk przylegał do podłogi jak żywy, jego skrzydła powoli się unosiły, jakby zaraz miał ruszyć… prosto na mnie. I ten sygnet. Odbijał światło, którego nie było. Błyszczał jak oko drapieżnika.

Wtedy pojawiały się buty. Ciężkie i czarne. Każdy krok przypominał grzmot. Nadchodziły powoli, jakby ten ktoś chciał, żebym dokładnie wiedziała, że idzie po mnie.

Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam, wydobył się ze mnie tylko szept, cienki jak nitka.

– Mamo…

Ale mama nie przychodziła, bo we śnie niestety jej nie było. Zostałam w nim sama. Bez żadnej pomocy dorosłego.

Kiedy buty zatrzymywały się przy krawędzi łóżka, wiedziałam, że zaraz ktoś zajrzy pod spód. Wiedziałam, że tym razem mnie zobaczy. Że nie zdążę się schować. Że światło latarki zamieni się w coś zupełnie innego, w błysk noża lub broni.

A potem zawsze następowało to samo. Ręka wślizgiwała się pod łóżko. Ta sama, z tatuażem i sygnetem na palcu. W każdym śnie była coraz bliżej, a później zaciskała się na nadgarstku. I wtedy zawsze się budziłam. Wyrwana z koszmaru zawsze drżałam. Czasem budziłam się z krzykiem, bez tchu.

Te sny zawsze były takie same. Mamusia mi tłumaczyła, że to tylko złe koszmary i nic mi nie grozi, ale ja wiedziałam, że to nieprawda. One nie były tylko wspomnieniami, one brzmiały jak jakieś ostrzeżenie. Jak echo czyichś kroków, które może znów kiedyś usłyszę.

Nie we śnie, ale w rzeczywistości.

ROZDZIAŁ 1

– Mamo, nie zatrzymuj mnie, bo spóźnię się na samolot!

Minęły dwadzieścia dwa lata od śmierci ojca. Miałam już dwadzieścia osiem lat, a moja matka wciąż traktowała mnie, jakbym była tą małą, bezbronną dziewczynką, która kiedyś zobaczyła zbyt wiele. Nie mogła pojąć, że tamto dziecko dawno zniknęło, ustępując miejsca wykształconej i pewnej siebie kobiecie. Dostałam szansę pracy w prestiżowej firmie w Las Vegas. Tej samej, w której kiedyś pracował ojciec. Po jego śmierci wróciłyśmy do Polski, gdzie mieszkała rodzina mamy.

– Sprawdziłaś wszystko? – Była jak tornado, otwierając i zamykając moje torby. – Paszport? Wiza?

– Mamo! – Chwyciłam ją za ramiona. – Uspokój się, wszystko mam. A jeśli zapomniałam czegoś z ubrań, wyślesz mi kurierem. Pamiętasz? Kurier, taki magiczny ktoś, kto przywozi paczki.

Parsknęła nerwowo i wypuściła powietrze.

– Wiesz, że się martwię. Nie chciałabym, żebyś tam wracała… zwłaszcza ty. – Uśmiech miała słaby, ukrywała za nim strach.

– Nic mi nie będzie. – Przytuliłam się do jej filigranowego ciała. – To, co się stało kiedyś, nie może nami rządzić. – Pocałowałam ją w czubek głowy.

– Jesteś moją jedyną dziewczynką – szepnęła.

– Na jakiś czas mamo. Kocham cię.

– Ja ciebie też, moja mała.

– Już nie taka mała… – Prychnęłam.

– Fakt, poszłaś w Adama. – Uśmiechnęła się słabo.

Ojciec był prawie dwumetrowym, umięśnionym gigantem. Mama miała ledwo metr sześćdziesiąt. Ja wylądowałam pośrodku. Nie żyrafa, ale też nie krasnal.

Oderwałam się od niej, a ona jeszcze potargała moje blond włosy. Tylko jej wolno było to robić.

Chwyciłam ogromną walizkę, która chyba ważyła więcej niż ja. Chciałam zabrać z domu jak najwięcej, choć większość rzeczy mogłam przecież kupić na miejscu. Miałam się zatrzymać w domu ojca, które wciąż było w naszym posiadaniu. Rodzinny dom mama sprzedała od razu po jego śmierci. Chciała odciąć się od wspomnień.

– No to pa, mamusiu – powiedziałam cicho.

W jej oczach błyszczały łzy, których nie chciała wypuścić.

Ta praca była dla mnie życiową szansą. Świeżo po rozstaniu z Dominikiem nic mnie już tutaj nie trzymało. Oprócz niej… ale musiała pozwolić mi odlecieć. Zawsze byłam kobietą, która lubiła wyzwania.

Lot był długi i męczący, ale dzięki biletowi w klasie biznes dało się to jakoś przeżyć. Po piętnastu godzinach wreszcie dotarłam do Las Vegas. Spocona, zmęczona i zirytowana szłam przez zatłoczony terminal, marząc już tylko o prysznicu. Mój wygląd po tej całej podróży pozostawiał wiele do życzenia.

Byłam już prawie przy wyjściu, dokąd zmierzałam ze spuszczoną głową, bo nie miałam siły ani ochoty się rozglądać.

Nagle przede mną wyrósł mężczyzna. W pierwszej chwili zauważyłam jego wypolerowane buty, w których mogłam się niemal przejrzeć. O mało co na niego nie weszłam, ale w porę się cofnęłam. Uniosłam wzrok i oniemiałam. Takich mięśniaków widywałam dotąd jedynie na okładkach magazynów dla kulturystów. Z respektu i lekkiego strachu zrobiłam jeszcze krok w tył, aby poczuć się bezpieczniej.

Patrzył na mnie przenikliwie, a ja nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Postanowiłam go wyminąć, lecz on zablokował mi drogę. Serce zabiło mi trzy razy mocniej, niż powinno.

– Przepraszam, ale chciałabym przejść. Zastawia mi pan drogę – powiedziałam spokojnie, choć zaczynało się już we mnie gotować.

– Pani mówi do mnie? – odezwał się grubiańskim tonem.

Zmarszczyłam czoło.

– Tak. To pan mi zagrodził przejście, a na dodatek nie chce mnie pan przepuścić. I nie wiem dlaczego.

Patrzył na mnie chwilę swoim chłodnym, przeszywającym wzrokiem, po czym odezwał się, jakby dopiero uruchomił proces myślenia.

– Zaraz pani przejdzie, ale mój szef musi mieć pustą drogę. Nie lubi zatłoczonych miejsc.

Chyba sobie ze mnie żartował. A kim on niby był? Donaldem Trumpem? Rozejrzałam się dopiero teraz. Kilku ochroniarzy w taki sam sposób blokowało przejście innym osobom.

Byłam zmęczona, rozdrażniona i głodna. A kiedy byłam głodna, to zdecydowanie nie byłam sobą. Nie znam nikogo, kto wykrzesałby z siebie sympatię z pustym żołądkiem. W takim stanie każdy szybciej traci panowanie nad sobą. Do tego byłam cała przepocona i marzyłam o prysznicu. Aż zrobiło mi się słabo, kiedy pomyślałam, że gdy wyjdę z terminalu, buchnie na mnie piekielny żar lejący się z nieba.

– Nie będę na nikogo czekać – mruknęłam i minęłam go.

Zaczął coś mamrotać pod nosem.

Pocałuj mnie w tyłek.

Nie kategoryzowałam ludzi, ale kim on był, że wszyscy mieli na niego czekać? Roszczeniowy bogacz i tyle.

– Proszę zaczekać! – krzyknął, a ja przyspieszyłam.

Ciągnęłam walizkę ostatkiem sił, choć była masakrycznie ciężka. Nagle ktoś złapał mnie za nadgarstek. Tego było już za dużo. Nikt nie będzie mnie dotykał!

– Niech mnie pan posłucha! – wyrzuciłam, odwracając się gwałtownie. Ale przede mną stał już ktoś inny. – Przepraszam, myślałam, że…

– Że to jeden z moich ludzi? – zapytał poważnie.

Czyli to on był tym roszczeniowym bogaczem.

Facet przede mną był wysoki i przystojny. Mocno zarysowana szczęka, a na niej perfekcyjnie przystrzyżony, ciemny zarost. Magnetyzujące oczy koloru butelkowej zieleni i ciemnobrunatne, zaczesane do tyłu włosy. Czuć było od niego pieniądze: wyperfumowany, zadbany, garnitur skrojony na miarę, lakierki wypucowane lepiej niż moja kryształowa zastawa. Widywałam takich, kiedy projektowałam im wnętrza domów w Polsce.

– Może mnie pan puścić? – Spojrzałam na swój nadgarstek, a on od razu cofnął rękę. – I tak na przyszłość: to, że ma pan pieniądze i jakąś tam władzę, nie znaczy, że może pan zatrzymywać zmęczonych ludzi, bo „pańcio musi przejść” – ironizowałam. – A teraz przepraszam, spieszę się.

– Spieszysz się do kogoś? – Jego ton pozostał opanowany i chłodny. Wciąż obserwował mnie tym przeszywającym spojrzeniem.

– Pan z policji? – uniosłam brew.

– Akurat z nimi… bardzo się nie lubię.

– W takim razie żegnam.

– Nie skończyłem z tobą rozmawiać.

– Słucham?! – rzuciłam lekceważąco. – A kim pan jest, żeby mówić mi, co mogę, a czego nie?

– Kimś, na kogo powinno się uważać.

– Tak? To pana tekst na podryw czy co? – zapytałam ze sztucznym śmiechem.

– Arthur. Nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie „pan”.

– W takim razie żegnaj, Arthurze. – Znów wymusiłam uśmiech.

Marzyłam o tym, by wreszcie dotrzeć do domu. Mężczyzna był przystojny, ale byłam wyczulona na takich bogaczy.

Znowu złapał mnie za nadgarstek, co podniosło mi ciśnienie, ale spojrzałam mu głęboko w oczy. Były zimne, przeszywające. Serce zabiło mi mocniej z lekkiego strachu. Nie miał prawa mnie dotykać. Za kogo on się uważał?

– Podasz mi swój numer telefonu? – zapytał bezpośrednio, bez cienia romantyzmu.

Nachyliłam się do niego tak blisko, że poczułam jego intensywne perfumy.

– Dziewięć jeden jeden. Zadzwoń tam, bo ego chyba zainfekowało ci organizm. Pomogą – szepnęłam mu do ucha, po czym z premedytacją pocałowałam go w zarośnięty policzek.

Potem przejechałam walizką po jego zapewne włoskich, absurdalnie drogich butach i ruszyłam dalej, tym razem już z szerokim uśmiechem.

Usłyszałam ciche przekleństwo, które tylko bardziej mnie usatysfakcjonowało.

Walizka turkotała po betonowej posadzce terminalu, a ja z każdym krokiem czułam narastającą ulgę. Jeszcze tylko ta przeklęta taksówka, potem prysznic, jedzenie i mogę udawać, że nigdy nie spotkałam tego roszczeniowego milionera. Serio, jakby świat wrzucał mi do życiowego plecaka dodatkowe ciężary, tylko po to, by sprawdzić, kiedy w końcu pęknie mi kręgosłup.

Kiedy otworzyły się automatyczne drzwi, buchnęła na mnie fala żaru jak z rozgrzanego piekarnika. Westchnęłam ciężko.

– Idealnie… – mruknęłam, czując, jak spływają mi z twarzy resztki sfatygowanego lotem makijażu.

Złapałam za rączkę walizki i ruszyłam w stronę postoju taksówek. Ludzie mijali mnie w pośpiechu, a ja próbowałam lawirować między nimi tak, żeby nikogo nie potrącić. Prawie się udało.

Prawie.

– Uważaj! – syknął ktoś, kiedy walizka otarła mu się o nogę.

Nie miałam siły na przeprosiny, więc tylko uniosłam rękę w geście sugerującym: „Sorry, ale żyję na oparach”.

Dotarłam do kolejki taksówek i stanęłam, odchylając głowę do tyłu, jakbym mogła złapać powietrze z sufitu nieba. I wtedy to poczułam.

Tę samą intensywną, cholernie drogą woń człowieka, który przed chwilą wystawiał moją cierpliwość na próbę w terminalu.

Zamarłam.

To musiał być on.

Arthur.

Opierał się nonszalancko o połyskujący idealną czernią samochód. Nie o taksówkę. Nie o auto z wypożyczalni, tylko takie, o którego cenę lepiej nie pytać, żeby nie poczuć się jak marny posiadacz komunijnego roweru.

– Zgubiłaś coś – powiedział, trzymając w palcach… mój paszport.

– Co?! – szarpnęłam się, sprawdzając nerwowo kieszenie plecaka. – To niemożliwe, przecież miałam…

No i nie miałam.

– Proszę – podał mi dokument z chłodną uprzejmością. – Wypadł ci, kiedy tak… elegancko mnie żegnałaś.

Świetnie. Po prostu cudownie.

– Dzięki – mruknęłam, chowając dokument.

– Zawsze miewasz taki temperament? – zapytał z niepokojącą ciekawością.

– Zawsze zajmujesz się nie swoimi sprawami? – odbiłam piłeczkę.

Uśmiechnął się. Minimalnie, ale jednak. Jakby moja impertynencja była dla niego atrakcyjna.

– Jesteś zabawna.

– To nie jest komplement – rzuciłam automatycznie.

– Nie zamierzałem ci ich prawić. – Wzruszył ramionami.

Chciałam go zignorować. Naprawdę. Odwrócić się, wejść do taksówki i nigdy więcej na niego nie patrzeć. Ale zanim zrobiłam krok, on otworzył drzwi swojego samochodu.

– Podrzucę cię.

Zaczęłam się śmiać. Histerycznie, chyba ze zmęczenia.

– Tak, jasne. A potem co? Zabierzesz mnie do swojej luksusowej jaskini i pokażesz kolekcję zegarków, licząc, że zrobi to na mnie wrażenie?

– Nie mam kolekcji zegarków – odpowiedział spokojnie. – Kolekcjonuję zupełnie inne rzeczy.

Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie zbyt długo.

– A ja kolekcjonuję czerwone flagi – odburknęłam. – Więc dziękuję, ale nie.

– W takim razie… – zaczął, po czym postawił moją walizkę przy otwartym bagażniku – …pojedzie ze mną sama.

Oniemiałam.

– Oddaj moją walizkę! – wrzasnęłam, podchodząc bliżej.

– Wsiadaj. Odwiozę cię. Nic więcej.

– Nie znam cię!

W głowie miałam same czarne myśli.

– Wiesz, jak mam na imię.

– To nie znaczy, że…

– Zaczekaj. – Uniósł rękę. – Nie robię tego, żeby cię do czegoś zmuszać. Po prostu… odwdzięczam się za twoją wyjątkowo oryginalną formę pożegnania.

Przez sekundę patrzyliśmy na siebie. Ja z wściekłością. On z czymś, czego nie potrafiłam odczytać. To nie była arogancja. Nie tym razem. Raczej… ciekawość? Albo irytacja, że ktoś go ignoruje?

A potem dodał:

– Poza tym… – jego ton stał się niższy i niebezpiecznie spokojny – ktoś taki jak ty nie powinien wracać sam.

Zrobiło mi się zimno. Nie wiem czemu. Albo raczej: wolałam nie wiedzieć.

– Wsiadasz czy mam błagać? – zapytał cicho.

Serce zaczęło mi walić jak młot pneumatyczny. Instynkt, ten sam, który zwykle ratuje ludziom życie w filmach akcji, a w realnym życiu po prostu ratuje przed idiotycznymi decyzjami, nakazywał mi tylko jedno.

Uciekaj.

Nie dałam mężczyźnie szansy na powtórkę.

– Wiesz co, Arthur? – powiedziałam z wymuszonym spokojem, a moje palce zacisnęły się na pasku plecaka. – Może i masz pieniądze, ochroniarzy i te swoje… kolekcje. Ale ja mam jedną przewagę.

Uniósł brwi, jakby naprawdę się zastanawiał, co mogę mieć ja, a czego nie ma on.

– Jaką?

– Szybkie i sprawne nogi.

I zanim zdążył mrugnąć, odwróciłam się, chwyciłam cholernie ciężką walizkę i ruszyłam pędem przed siebie.

Co prawda wyglądałam zapewne jak spocona wersja Bambi próbująca uciec przed drapieżnikiem, ale nieważne. Liczyło się tylko to, by się od niego oddalić. Od jego auta. Od jego ochroniarzy. Od jego chorej pewności siebie.

Czy dotąd każda laska leciała na jego furę i wsiadała, ot tak, bez problemu? Życie mnie nauczyło, że nie można nikomu ufać. Większość z tych kobiet pewnie nie widziała na własne oczy, jak mordują ich ojców.

Usłyszałam jeszcze za plecami jego głos.

– Serio?! – Zaśmiał się. – Nie utrudniaj sobie, tylko dlatego…

– WON! – wrzasnęłam przez ramię, nie zwalniając.

To przyciągnęło uwagę kilku ludzi. Parę osób odwróciło głowy. Jakiś mężczyzna przystanął, jakby chciał zareagować. Dobrze. Im więcej świadków, tym lepiej. Byłam zmęczona, ale desperacja dodaje skrzydeł.

Dotarłam do taksówki, która właśnie podjechała. Otwarte drzwi, jak wybawienie.

– Zajęte! – zawołałam do jakiegoś mężczyzny, który miał zamiar wsiąść.

Facet obejrzał się i w reakcji na mój wyraz twarzy od razu się odsunął.

Wrzuciłam walizkę do środka i wpakowałam się do środka, zatrzaskując drzwi tak gwałtownie, że taksówkarz aż podskoczył.

– Proszę jechać! – powiedziałam, sapiąc jak po maratonie. – Szybko, proszę!

– Ale dokąd pani jedzie? – zapytał kierowca.

– Nieważne! Byle daleko stąd! – wyrzuciłam z siebie.

Spojrzałam przez szybę.

Arthur stał przy swoim aucie, oparty dłońmi o dach, jakby próbował zrozumieć, co właśnie zobaczył. Nie wyglądał wściekle. Nie wyglądał nawet na urażonego.

Wyglądał, jakby… analizował. A jego wzrok utknął w szybie mojej taksówki. Widać było, że wszystko zapamiętuje. Każdy szczegół.

Kierowca ruszył, a ja opadłam na siedzenie, czując, jak kolana zaczynają mi drżeć.

– Kto to był? – zapytał taksówkarz, zerkając we wsteczne lusterko.

– Problem – wymamrotałam. – Jeden wielki, cholerny problem.

Podczas długiej trasy zaczęłam wszystko analizować. Nie wiedziałam, kim był ten człowiek ani czym mógł się zajmować. Kazałam taksówkarzowi jechać do centrum, a potem zamierzałam się przesiąść do innego samochodu. Nauczyłam się, by nie zostawiać po sobie śladów.

ROZDZIAŁ 2

Uspokoiłam się po incydencie z nieznajomym, choć wciąż nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego przy nim nie czułam strachu. Instynkt podpowiadał mi jednak, by zachować ostrożność.

Zawsze byłam rozważna, szczególnie po wydarzeniach, które na długo odcisnęły się na moim życiu. Przez wiele lat korzystałam z pomocy psychologa i choć terapia przyniosła znakomite rezultaty, zdarzały się noce, kiedy lęki wracały niespodziewanie i ściskały mi szyję jak zimna dłoń.

Dotarłam pod wskazany adres domu mojego ojca. Taksówkarz pomógł mi wyciągnąć bagaż, naprawdę ciężki. Pomyśleć, że z nim biegłam… Owszem, miał kółka, ale stanowczo swoje ważył.

Nagle przemknęło mi przez myśl, czy tamten nieznajomy bogacz będzie miał siniaki na palcach po tym, jak się wyrwałam. Może go to choć trochę nauczy pokory.

Czy było mi go szkoda? Nie. Ani trochę.

Dom stał na obrzeżach Las Vegas, w bogatej dzielnicy, w której kiedyś też mieszkaliśmy, gdy byłam dzieckiem. Po śmierci taty spędziłyśmy w Las Vegas jeszcze rok w oczekiwaniu na wyjaśnienie sprawy.

Takie rzeczy potrafią ciągnąć się latami, a to miejsce źle wpływało na mnie i na mamę. Widziałam, jak każdego dnia gasła, jak coraz częściej oglądała się przez ramię, jakby ze strachu, że ktoś znowu nas skrzywdzi.

W Polsce też przez jakiś czas żyłyśmy w ciągłym napięciu, ale tam strach powoli odpuszczał. W końcu wróciło poczucie bezpieczeństwa. Pojawiła się normalność. Mama znalazła nawet nowego mężczyznę. Dobrego i spokojnego, który w pewnym sensie zastąpił mi ojca, choć pustka po nim nigdy nie zniknęła.

Dom od dawna nie był remontowany. Pozostawał pod ochroną pewnej firmy oferującej swoje usługi, ale niestety, nieużytkowany i pozostawiony sam sobie przez lata, wymagał odnowienia.

Postanowiłam, że sama sprawdzę, jaka jest skala zniszczeń po tym czasie. Ściany pomaluję własnoręcznie, a resztę powierzę firmie remontowej.

Rozglądałam się po drodze, gdy szłam kamiennym podjazdem. Trawa wymagała strzyżenia i solidnego podlewania, a wysokie i okazałe już teraz drzewa przypomniały mi, ile czasu upłynęło od mojego ostatniego pobytu tutaj.

Szłam pod górkę, momentami potykając się o kamienie, i odczuwałam coraz większe zmęczenie. W tle słychać było szum drzew i śpiew ptaków. Całe szczęście, że konary dawały cień. Słońce paliło niemiłosiernie. Najchętniej wskoczyłabym do basenu, który kiedyś tu był, lecz on również wymagał odnowienia. Zamierzałam się tym zająć, gdy tylko odpocznę i wezmę prysznic. Już wyobrażałam sobie, jak po pracy wyleguję się nad wodą na leżaku, popijając zimną lemoniadę i łapiąc każdy promień słońca.

Miałam weekend, by załatwić wszystko, posprzątać w domu i przygotować się na poniedziałkowe spotkanie z moim nowym szefem.

Szczerze mówiąc, nie mogłam się doczekać! Nowa firma, nowe miejsce, nowi klienci… czułam ekscytację w całym ciele.

Stanęłam przed białym budynkiem. Pamiętałam, jak tata czasem mnie tu zabierał. Robił to nieczęsto, bo mieszkaliśmy gdzie indziej. Zawsze powtarzał jednak, że ten dom kiedyś będzie mój, dlatego go zostawił. Z tyłu rozciągały się ponad dwa hektary ziemi. Wiem, że nieraz pojawiały się propozycje kupna za grube miliony, ale mama zawsze odmawiała. Z tego, co mówiła, nikt w tej dzielnicy nie miał tak dużej działki, a dla bogaczy była to niezwykle atrakcyjna okazja.

Mój oddech się uspokoił, gdy stanęłam przed drewnianymi drzwiami z charakterystyczną kołatką w kształcie lwa. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by wróciły wspomnienia. Przed oczami pojawił się uśmiechnięty ojciec, który mnie gonił, a mój dziecięcy śmiech dźwięczał w uszach. Serce zabiło szybciej pod wpływem emocji i wspomnień.

Tata był dobrym i troskliwym ojcem, choć często znikał na kilka dni. Mama tłumaczyła mi zawsze, że ciężko pracuje, byśmy mogły żyć na wysokim poziomie. Bywały miesiące, gdy nie pracował wcale i spędzał z nami mnóstwo czasu.

Czym się zajmował? W jednej rozmowie mama zdradziła mi, że tata handlował złotem, miał bogatą klientelę. Jakiś czas przed śmiercią zrezygnował z tego zajęcia i wrócił do swojego wcześniejszego zawodu. Pracował jako architekt wnętrz w tej samej firmie, do której teraz zostałam przyjęta. Poszłam więc w jego ślady.

Wchodząc do domu, usłyszałam skrzypienie drzwi, a w środku poczułam zapach starych, drewnianych mebli przykrytych białymi płótnami. Ściągnęłam jedno z nich, a kurz uniósł się w promieniach słońca. Dom miał około stu metrów kwadratowych, dużą kuchnię połączoną z salonem, a na zewnątrz taras i basen. Wnętrze było umeblowane dość ekstrawagancko. Ciemne, ciężkie meble przytłaczały i zmniejszały przestrzeń, dlatego chciałam wpuścić tu więcej świeżości.

Planowałam pomalować wszystkie ściany na biało, żeby powiększyć optycznie przestrzeń i wprowadzić do wnętrza trochę życia. Dodać rośliny i ozdoby, a także pewnie wymienić lodówkę i inne sprzęty, od lat nieużywane. Już wyobrażałam sobie, jak po remoncie dom znowu ożyje i stanie się bardziej komfortowy i przyjemny.

Lubiłam go za wysokie okiennice, które wpuszczały mnóstwo światła. Dzięki temu wnętrze było jasne, a światło można było włączać dopiero późnym popołudniem, co pozwalało oszczędzać energię. Teren był ogrodzony, z dala od ciekawskich oczu, więc mogłam czuć się swobodnie nawet w bieliźnie. Rolety antywłamaniowe działały bez zarzutu, podobnie jak alarm i inne zabezpieczenia, ponieważ firma doglądająca domu raz na pięć lat przeprowadzała tu generalne sprzątanie i sprawdzała wszystkie elementy związane z jego funkcjonowaniem.

Podeszłam do komody w salonie i zauważyłam zakurzone zdjęcie.

Ja z rodzicami.

Przycisnęłam je do serca, uśmiechając się słabo, jakby sama obecność fotografii przynosiła ulgę.

Wciąż dręczyło mnie pytanie: kto zabił mojego ojca i dlaczego? Przecież był porządnym człowiekiem, nigdy się z nikim nie kłócił. Ta niewyjaśniona tragedia ciążyła nade mną przez całe życie i kładła się na nim cieniem w najmniej oczekiwanych momentach.

Udało mi się! Miałam szczęście i zdołałam znaleźć firmę zajmującą się renowacjami basenów. Całe szczęście, pracy nie będzie wiele, bo basen był co jakiś czas czyszczony i kontrolowany.Fachowcy mieli przyjechać lada moment. Zamówiłam też ekipę do sprzątania. Myślałam, że sama sobie poradzę, ale musiałabym przyjechać tu dwa tygodnie wcześniej, żeby wszystko spokojnie ogarnąć przed rozpoczęciem pracy już w poniedziałek.

Gdy obie ekipy przyjechały w tym samym momencie, postanowiłam wybrać się do pobliskiego sklepu. Chciałam zrobić drobne zakupy, a na kolację zamierzałam wstąpić do jakiejś restauracji. To miał być mój krótki moment oddechu, zanim wrócę do chaosu.

Wyszłam z domu i właśnie chciałam przejść przez jezdnię, gdy zauważyłam rozpędzony czarny samochód. Pokręciłam głową z niedowierzaniem, przecież tutaj obowiązywało ograniczenie prędkości! Mogły się tu bawić dzieci, a ten szaleniec jechał chyba ponad sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Stałam, obserwując, jak mknie, i chciałam mu pokazać, że powinien się puknąć w głowę z powodu tak szybkiej jazdy.

Nie zdążyłam nawet dostrzec kierowcy w tym ekstrawaganckim aucie, bo przejechał błyskawicznie. Dopiero gdy oddalił się na bezpieczną odległość, popukałam palcem w głowę, tak to sobie mógł jeździć po torze wyścigowym albo autostradzie, ale nie tutaj… W takich miejscach zawsze było ograniczenie do trzydziestu kilometrów na godzinę.

Gdy wreszcie przeszłam na drugą stronę, auto niespodziewanie znów przemknęło obok mnie. Wiatr uniósł lekko moją sukienkę.

Zatrzymałam się, zdumiona tym, że szaleniec wjeżdża na posesję obok mojego domu.

Mhm… wygląda na to, że mam sąsiada kierowcę rajdowego. Albo sąsiadkę.

Nie powiem, przyspieszyłam kroku z ciekawości, by ujrzeć kierowcę, ale nic z tego. Nie zdążyłam i pozostało to dla mnie tajemnicą.

Zastanawiałam się, kim był lokalny rajdowiec. Może kimś, kto szuka emocji, adrenaliny? A może po prostu nie zważał na ograniczenia prędkości… Przestałam się nad tym zastanawiać, musiałam się zająć moim nowym domem, który odziedziczyłam, i życiem, które dopiero zaczynało nabierać nowych barw.

Po krótkich zakupach wróciłam do domu. Ekipy właśnie zaczynały działać. Sprzątaczki odkurzały i czyściły meble, a fachowcy od basenu przeglądali instalacje i notowali wszystko w swoich tabletach. Stałam w salonie i obserwowałam ich w akcji z mieszaniną satysfakcji i lekkiego stresu. To był mój weekend, a jednocześnie początek czegoś nowego.

Postanowiłam sama zabrać się do pracy i najpierw ogarnąć kuchnię. Odsunęłam ciężkie krzesła, starłam z blatów kurz i powoli zaczęłam segregować stare naczynia i sprzęty.

Co chwilę spoglądałam przez okno na basen. Woda zupełnie z niego wyparowała i zostały tylko liście, ale oczyma wyobraźni już widziałam go w pełnej krasie, błyszczący w słońcu, gotowy na relaks z książką i lemoniadą.

W przerwie między pracą a obserwowaniem ekip postanowiłam przejrzeć pozostawione w salonie pudła. Znalazłam tam mnóstwo rzeczy z dzieciństwa. Stare gry planszowe, rysunki, zeszyty. Każdy przedmiot wywoływał wspomnienie, uśmiech, czasem lekkie ukłucie smutku. Zdjęcie z rodzicami nadal leżało na komodzie. Ścisnęłam je mocniej, przypominając sobie ojca i jego uśmiech, ten jego sposób patrzenia, jakby chciał powiedzieć: „Wszystko będzie dobrze”.

Po kilku godzinach intensywnej pracy w domu, gdy kurz opadł, a ekipy wykonały swoje obowiązki, usiadłam na tarasie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, oświetlając trawę i drzewa złotym blaskiem. Popijałam zimną lemoniadę, przepełniona ulgą i spokojem. Wreszcie mogłam sobie pozwolić na chwilę oddechu, na obserwowanie swojego świata, który powoli wracał do życia.

Postanowiłam oderwać się od remontowego chaosu i wybrać na kolację. Chciałam poczuć miasto, życie wokół, a przy okazji mieć chwilę dla siebie, zanim całkowicie mnie pochłoną dom i obowiązki.

Wzięłam torebkę, poprawiłam sukienkę i wyszłam na ulicę. Powietrze było gorące. Musiałam się do tego na nowo przyzwyczaić.

Szłam spokojnym krokiem w stronę taksówki. Moje oczy same wędrowały na sąsiednią posesję. Czarny samochód już tam nie stał, a ja poczułam ulgę i… lekkie rozczarowanie. Ciekawość była silniejsza niż spokój.

Światła Las Vegas odbijały się od szyb samochodów i witryn sklepów, tworząc migoczące refleksy.

Restauracja była niewielka, przytulna, jasno oświetlona. W środku pachniało przyprawami. Zajęłam stolik przy oknie, skąd mogłam obserwować ulicę i świat na zewnątrz, a jednocześnie czuć się bezpiecznie. Zamówiłam lekki posiłek i kieliszek wina. Każdy łyk i każdy kęs pozwalały mi odsunąć się od chaosu domu, choć myśli o ojcu, remoncie i sąsiedzie wciąż krążyły mi po głowie.

Patrząc przez okno, pomyślałam, jak dziwnie połączyły się wszystkie wątki mojego życia: wspomnienia z dzieciństwa, plany remontu, nowe obowiązki w pracy i nieznajomy sąsiad. Czułam, że zaczyna się tu dziać coś, co może zmienić mój świat, choć jeszcze nie wiedziałam, w jaki sposób.

Kolacja była spokojna, wręcz terapeutyczna. Mogłam wreszcie odetchnąć, a miasto wokół pulsowało własnym rytmem, zupełnie innym niż dom, który powoli odzyskiwał życie.

Gdy wychodziłam z restauracji, wydarzyło się coś, w co nigdy bym nie uwierzyła. Przecież Las Vegas to ogromne miasto! Tymczasem ja… natknęłam się na nieznajomego z lotniska. Nie zauważył mnie, więc z dudniącym sercem uciekłam do środka i schowałam się w łazience.

Musiałam tylko poczekać, aż wejdzie do środka i sprawa będzie załatwiona.

Ależ miałam pecha! Spośród tylu restauracji w mieście musieliśmy oboje wybrać akurat tę!

No trudno, zdarzało się i tak.

Przejrzałam szybko Instagram, by zająć czymś myśli, i po dziesięciu minutach wyszłam z łazienki. Musiał już zająć stolik, bo w środku nie było tłoczno.

Tyle że gdy tylko otworzyłam drzwi, aż cofnęłam się o krok, bo ujrzałam osobę, przed którą się ukrywałam.

Chciałam go minąć bez słowa, jednak chwycił mnie za ramię.

Czułam, że nie odpuści.

– Coś nie tak? – zapytałam spokojnie.

– Wiesz, że powinnaś mnie przeprosić za to, że przejechałaś mi tą swoją ,,lekką’’ walizeczką po palcach? – przypomniał mi.

– Przepraszam.

– Nie wiedziałem, że pójdzie tak szybko…

– W takim razie chyba jesteśmy kwita, prawda?

– O nie, nie, nie. – Uśmiechnął się cierpko. – Zjesz ze mną kolację, nadal mnie bolą palce. To będzie zadośćuczynienie.

– Po pierwsze, już jadłam. Po drugie, powiem ci coś szczerze. Znam takich jak ty.

– To znaczy jakich?

– Wyjaśnisz mi coś? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

– No dobrze… – zgodził się z lekkim oporem.

– Byłeś pewien, że na lotnisku złapiesz mnie w sidła?

– Tak – odparł bez wahania. – Żadna kobieta mi nigdy nie odmówiła.

Zaśmiałam się głośno, kręcąc głową z niedowierzaniem.

– No właśnie, a ja mam uczulenie na taki typ mężczyzn jak ty. – Udawałam, że kicham. – Takich, którzy myślą, że jak mają kasę i prezencję, to poleci na nich każda laska. Niepotrzebny mi mężczyzna, który co noc ma inną, wiesz? Gdybym sama chciała kogoś na jedną noc, to bym się zgodziła.

– Dlatego mnie zaintrygowałaś. Z tego powodu, że jako pierwsza mi odmówiłaś. Jesteś bardzo charakterna.

– Mhm, i co dalej? Myślisz, że teraz mnie wyrwiesz? Znam takich typów jak ty, więc unikam ich jak ognia. Przepraszam, ale… no nie.

Jego oczy się rozszerzyły, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Wolałam być z nim szczera. Okej, naprawdę był pociągający, wyraźnie biła od niego władza, która w jakiś sposób mnie kręciła, ale kiedyś się już na to nabrałam. Kiedyś podobny osobnik złapał mnie na haczyk i zostawił tuż po tym, jak zdołał zaciągnąć mnie do łóżka.

– Przepraszam, ale nie chcę ci przeszkadzać. Wracam do domu, bo naprawdę jestem zmęczona.

Bez słowa go wyminęłam i tuż przy drzwiach stanęłam jak wryta. Ciało pokryła mi gęsia skórka, a serce na chwilę dosłownie stanęło. W progu stał łysy, otyły mężczyzna, który trzymał przy uchu telefon. Na jego palcu połyskiwał identyczny sygnet, jaki widziałam u zabójcy mojego ojca.

Wspomnienia powróciły w jednej sekundzie. Czułam, jak tracę oddech i ogarnia mnie znana panika.

Nie mogłam wydobyć z siebie słowa, a przed oczami zrobiło mi się ciemno. Zaczęłam drżeć ze strachu, nie mogłam się ruszyć nawet o milimetr. Czułam, jak ściany wokół mnie się zwężają i dosłownie mnie przytłaczają.

Nagle stanął przede mną Arthur. Teraz jego twarz była łagodniejsza, a chłód w spojrzeniu zastąpiła subtelna troska. Mówił coś do mnie, ale słowa rozmywały się, szumiało mi w uszach.

Uniósł dłoń i delikatnie dotknął mojego policzka. Wtedy odzyskałam przytomność i poczułam się bezpiecznie. Wszystko, co mnie paraliżowało, zniknęło, za to wybuchnęłam niekontrolowanym płaczem.

Zaskoczony moją reakcją, przyciągnął mnie do siebie i objął ramionami. Jego ciepło i męski uścisk powoli koiły strach.

– Mario, uspokój się – usłyszałam jego opanowany głos.

A potem, jakby zza mgły, dotarły do mnie ostrzeżenia.

Musisz uciekać! Mario!

Instynkt podpowiedział mi, że nie mogę zostać. Wyrwałam się z objęć i wybiegłam z restauracji ile sił w nogach.

Biegłam po chodniku, serce waliło mi w piersi, z trudem też łapałam oddech. W końcu zabrakło mi sił. Zatrzymałam się, ciężko oddychając, zdezorientowana. Bez chwili namysłu wsiadłam do pierwszej napotkanej taksówki, jakbym tam szukała ratunku.

Roztrzęsiona wróciłam do domu, niemal nie czując własnych nóg. Drzwi zamknęłam za sobą głośno, bojąc się, że sam ten dźwięk mógł mnie zdradzić. Natychmiast zasunęłam wszystkie rolety antywłamaniowe, jedną po drugiej, z narastającym niepokojem, jakby ktoś mógł mnie obserwować. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie opaść na łóżko. Podkuliłam nogi pod siebie, objęłam ramionami kolana i próbowałam złapać oddech, lecz serce wciąż biło zbyt szybko.

Myśli kłębiły się w mojej głowie. Nie byłam pewna, czy ten mężczyzna był jednym z zabójców mojego ojca. Przecież taki sygnet mógł nosić każdy… Zwykły pierścień, nic więcej. A jednak nie potrafiłam pozbyć się tego obrazu. Nie wiedziałam, czy należał do jakiegoś mafijnego stowarzyszenia, czy został wykonany na specjalne zamówienie dla jednej osoby, czy może był tylko bezwartościową ozdobą kupioną w sklepie jubilerskim albo podarunkiem od kogoś bliskiego. Takich pierścieni mogło istnieć wiele… a mimo to coś we mnie krzyczało, że ten jeden znaczył więcej.

Wspomnienia wróciły nagle, bez ostrzeżenia. Zapach krwi, strzępy rozmów, uczucie bezsilności i strachu sprzed lat. Zacisnęłam powieki, próbując je odepchnąć, lecz obrazy nie chciały zniknąć. Kim on był? Dlaczego jego obecność wywołała we mnie tak silny niepokój? Każda próba logicznego myślenia rozpadała się pod naporem emocji.

Nie miałam pojęcia, kim był ten mężczyzna.

Czułam się zagubiona i przerażona. Nie wiedziałam, czy to tylko gra mojej wyobraźni, czy przeczucie, ostrzeżenie, którego nie powinnam ignorować. W końcu zmęczenie wzięło górę. Myśli zaczęły się rozmywać, a napięcie powoli ustępowało. Nie zauważyłam nawet, kiedy zasnęłam. Siedząc na łóżku, skulona, z sercem wciąż pełnym lęku.